Pan Tealight i Balonik…

„Trząsł się i telepał na gałęzi… zapomniany, przeterminowany. Wiecie, taki balonik w kształcie Mikołaja, tego ze świętych. Znaleźli go zaraz za zakrętem, chcąc wyprawić się na dłuższą wędrówkę, ale nagle jakoś im przeszło. Ona już nie chciała, on odczepił balonik, dopompował i postanowił, że ponieważ ona tak nienawidzi Wielkanocy, to znowu zrobi jej Merry Christmas.

Bo może…

Lekko go obczyścił, dodał ładną wstążkę i powiesił u drzwi Sklepiku. Jakoś tak na zachętę, wiecie, miał nadzieję, że ona przyjdzie do nich, ale spoglądając na pogodę, na tą wietrzność, mokrość nie do końca będącą oną zimową, to jednak… jednak jakoś tak po godzinie zdjął balonik, wprowadził go do środka, cieplejszego i suchszego, no i czekał dalej. W końcu stracił nadzieję. Po prostu, czasem przychodziła, czasem nie. W rzeczywistości nie było w jej odwiedzinach jakiejś regularności, ale gdy nie pojawiała się przez dłuższy czas, zaczynał wpadać w panikę, bo…

Bo ostatnio… ostatnio jakoś bardziej mu jej brakowało i wpadał w dziwną panikę, gdy tylko do szarej głowy zakradła mu się myśl, że ona może zniknąć. W końcu przeniknąć w inny świat i już tam zostać, albo tak dobrze czuć się w swoim czasie, że tam już zostanie, albo ktoś ją tak pokocha, że po prostu wciągnie ją do swojego świata i już nie puści. Nigdy w życiu. W życiu wszystkich… Czy to znaczyło, że się aż tak od niej uzależnił? A może tak naprawdę zawsze była w nim?

Czekała.

Deszcz bębnił o szyby, o dach, ale dziwnie pod takim kątem, jakoś tak, że wygrywał posępnie żałośnie smutną melodię i naprawdę go dobijał. Wiedział, że na lubiła taką pogodę, więc pewno była w domu. Może czytała, może pracowała, szukała krzyżyków, może jednak bawiła się, może wymyślała coś… coś, co odciągnie ją od niego, coś co sprawi, że zapomni o nich wszystkich…

Taaaak… Pan Tealight źle reagował na wiosnę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Gdzie jest Mia?” – … no właśnie. Kto uwierzy matce? Czy może znajdzie się ktoś?

No dobra, może i filmowo pamiętam kilka takowych obrazów o zagubionych pociechach, różnorakich, raz dzieci były, raz ich nie było, istniały lub nie, porwane, zjedzone, kompletnie urojone, dziwnie chciane, a może naprawdę tylko zarysowane w pamięci, zagubione gdzieś tam w czasie i przestrzeni… więc wiecie, nie oczekiwałam wiele. Ale to, co dostałam, nie do końca spełniło moje oczekiwania. Cała historia jakoś tak się nie kleiła. Pomieszanie chronologiczne fabuły, dziwne postępki matki, przewidywalność… No serio, jak kto mógł się nie domyśleć co się stało? Serio?!!

Dobra, powieść jest niedopracowana, przewidywalna i jak dla mnie… dziwnie odpychająca. Zmęczyłam ją. Naprawdę. Znienawidziłam główną bohaterkę i nie zależało mi wcale na rozwiązaniu tej sprawy. Jej mąż to piece of shit, a cała powieść sklejona z obrazów, które wnoszą dziwnie za mało by wczuć się w ból matki. W to wszystko, co zwykle dzieje się w związku po zaginięciu dziecka. Jako czytelnik przez cały czas stałam gdzieś obok, jak jakiś całkiem obojętny obserwator, a takie powieści powinny nam skakać po wątrobie, walić po łbie, ściskać za serce i naprawdę wpływać na postrzeganie świata.

Ta tego nie robi. Jest po prostu za słaba. Albo ja mam ich za wiele za sobą. Może dla początkującego czytelnika się nada?

Kolejne dni w raju…

Na plaży wieje…

… w mieście wieje mniej i jaja na dwóch drzewach lekko ino się chybotają. Po prostu jak zwykle. Morze piękne. Czystość wody maks, niewielkie fale, pływać można. W mieści masa ludzi do 14tej – bo to sobota. Potem nagle wszystko pustoszeje. Podobno po wielu latach po raz pierwszy Kvickly w Rønne będzie zamknięte w święta. Zwykle nie było, bo jest przy plaży i podpadało pod jakieś ta prawa, ale teraz prawa sklepowi odebrano, więc kanał. Niby nie do końca, bo po prostu trza będzie kupić paczkę mrożonych bułek i tyle, ale… ale w świecie, gdzie w święta wszystko winno skupiać się na Turyściźnie, to trochę mocno śmieszne. Bo sorry, ale jak oni przypłyną, to przecież nie będą ze sobą ciągnąć oczywistego żarcia.

Ale co tam, nielogiczność to ostatnio nasz wyznacznik. Robią wszystko, byśmy wyszli na durniów i idiotów. No sorry. Nie obejrzałam jeszcze nowego centrum przy ruinach, ale już wiem, że nabędziecie tam czipsy produkowane w Szwecji, oraz ceramikę z Portugalii. I pamiętajmy, że mówimy miejscu, gdzie co najmniej połowa ludności to artyści. I oni się dziwią, że ludzie stąd spieprzają.

Nie da się żyć wyłącznie naturą…

Tylko dla mnie, nie można żyć bez niej. Po prostu nie można. Siedzenie – nawet w wietrzny, słoneczny, ale chłodny dzień na piachu pod brzozami, obserwowanie piaszczystej strony, która mocno ucierpiała podczas sztormów i powiedzmy sobie szczerze, bardzo się zmieniła… wdychanie onej świeżości i chyba psiego gówienka… no wiecie, natura, to jednak coś, bez czego już nie umiem sobie poradzić. Nawet jak nagle dorywa cię pies, a właściciel cię opieprza, gdy zwracasz mu uwagę, że w lesie pies powinien być na smyczy. Właściwie, szczerze, to znowu nauczyłam się uciekać, kryć się i zamykać od razu samochód, gdy tylko wsiądę. No wiecie, jak kiedyś w Polsce. Po prostu jest niebezpiecznie. A nawet jeśli znajdziecie gliny, to nie mają dla was czasu. Bo wiecie, pewno frokost kurna!!!

Jest gorzej. Drogi w mieści… hmm, czy winnam wspominać, że miasto znaczy Ronne? Może powinnam, więc wspomnę… no więc one drogi straszne. Pomysł idiotyczny z klombami na szosie – wiecie, zamarzyło im się, że i ludzie będą mieli deptak i auta jeżdżenie – na szczęście został zlikwidowany, ale nie wszyscy zostali chyba o tym poinformowani. Dodatkowo uważajcie na pasach. Nie ma już pewności, że auto się zatrzyma jak to drzewiej bywało i wszyscy karnie się zatrzymywali na widok czekającego pieszego.

Uważajcie…

No bo jest źle.

Czy można żyć tutaj tylko i wyłącznie z powodu natury? I to takiej, którą systematycznie niszczą? Zaczynam wątpić.

Ale ten piasek na plaży, te brzozy i sosny pokrzywione. Takie jakieś inne, takie cudowne, takie wciąż zielone, takie, wcale nie do końca przekonane, że będzie wiosna. I wcale im się nie dziwię, w nocy było 5, ale na minusie!!! Podobno przyszły tydzień może zaśnieżyć. Zresztą wciąż trzymają w niektórych miejscach spore kupki i czapy śniegowe. Przebiśniegi się przebiły, na stokach nasłonecznionych potworzyły niezłe plemiona i kolonie, ale jednak, jakoś tak…. wszystko to wygląda dziwnie niepewnie.

Tymczasowo.

Hmmm… rzeczywiście gadanie o pogodzie to super pomysł, serio. Pogoda jest apolityczna i raczej wpływ na nią mamy pokrętny, więc… pogadajmy o pogodzie. O kamieniach porośniętych onym zielonym sałatowym czymś, które mieni się w wodnistej przestrzeni. O tych falach uderzających rytmicznie, o onej kryształowości, dwóch głowach bujających się w wodzie. Ale nie ma to tamto, całkowicie zawinięte w pianki. Nawet na twarzach je mają. Ledwo im oczy i usta widać. Kurcze, ci ludzie tacy mało wytrzymali. Nawet w tych piankach dygotają jak martwiaki jakie w sporym prądzie, zamiast popływać, rozgrzać się i wyleźć, a nie cyrkować.

Ale może lubią dygotać.

No a teraz piasek.

Oczywiście byliśmy na plaży pod Rønne, więc… śliczniuchny i mięciuchny, lekko grząski. W wodzie wielkie głazy i mniejsze, wszystkie gładzone wodą przez wieki, więc wyglądają jak grzbiety jakichś potworów, czy innych tam stworków. A może to statki kosmitów? Kto to tam może wiedzieć? W końcu nikt nie zapukał i nie zapytał, czy wejść można, tudzież z kawą i kwiatami nie wita przybyszów. Może przecież dopiero się obudzili? Może śnili przez wieki mocniej zakryci, a nawet miejscami całkowicie…

Choć może to potwory?

Kuzyni Nessi, tudzież dinusie, które zwyczajnie przetrwały, bo tak, bo mogły i nic im nikt nie mógł zrobić. Zmutowały karmiąc się tym, co znalazły w głębinach, a że tam śmieci, to wiecie, dziwne są, ale jak najbardziej współczesne. Albo może raczej drugowojenne. Ech, wyobraźnia ratuje człowieka przed rzeczywistością. Czasem wydaje mi się, że wariatami są właśnie ci, którzy wybierają teraźniejszość.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Balonik… została wyłączona

Pan Tealight i Piękno…

„Wszystko zaczęło się od kolejnej kłótni pomiędzy Księżniczkami, Królewnami Po Best Before i Wiedźmami z Pieca. Gdy tylko coś ono zawisło w powietrzu, wiecie, to coś, co sprawia, że się baby za kudły biorą, bo akurat mają taką ochotę, ono dziwne coś, co na sekundy przed rozpoczęciem wszystkiego ostrzega tych o zawsze niespokojnych duszach… Wiedźma Wrona Pożarta od razu złapała Pana Tealighta za jego nowy sweterek z dziwnie tęczowym golfikiem i zbyt długimi rękawami i obydwoje dali wszystkie posiadane i te wymarzone, nogi z miejsca zdarzenia. Serio, żadne z nich nie chciało brać w tym udziału.

Czy stchórzyli?

To oceni przyszłość, Jebana Historia, Wszelaka Ocena i takie tam… wiecie, one gromady ludzi, które wolą patrzeć na innych, niż na siebie i wydawać opinie. Cenzurki wypisywać, znaczki skarbowe na nie lizać i tak dalej. W trakcie lepiej uciekać, a nie stać jak durny i być wielce tam Świadkiem Historii. To się serio nie opłaca, naprawdę. Oni przekonali się o tym już tyle razy, że woleli…

Nawiać.

Zresztą, gdzie bab się tyle bije, ta co spieprzyła korzysta!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra, znowu poranek zaśnieżony.

Tak wiem, wiosna.

Ale trudno oderwać wzrok od tego wiatraka, żywopłotu, lasku w niewielkiej oddali, pola z mewami, wron, ptaszków w karmniku, ptaszków dookoła karmnika, choineczek w doniczkach i innych drzewek… onych czereśni… moich najpiękniejszych strażniczek, trawnika, głównej choinki, światełek, co dogorywają w carporcie… wszystkiego obsypanego puchem, z poduszeczkami na gałązkach, cudownie jakoś tak opudrowanego, olukierowanego.

Po prostu bajka!!!

Nie da się nie zachwycać.

Zresztą, nie czekam na wiosnę. Nie jestem zainteresowana jej ofertą i tak dalej. Gdzieś mam jakąś dziwną radosność, którą to podobno ma przynieść – jak co roku – i szczerze nienawidzę tych świąt!!! Po prostu no nie wiem co ze mną nie tak, znaczy wiem, nie lubię porodów i tyle, zmian oraz wszelkich opisów chrześcijańskich, ale… żeby aż tak tego wszystkiego nienawidzić? Przecież są króliczki, kurczaczki… bleee, małe kurczaczki strasznie cuchną, trzeba je pod lampą trzymać i wciąż srają, yyyy, może to dlatego, że to wiem? Kurcze, możliwe. No i te owieczki, baranki, krzyżyki niemoje.

Nie… to nie dla mnie.

Omijam więc świąteczności.

Na szczęście u nas są one skromne, w sklepach z każdym rokiem coraz mniej, jakby puchatość króliczków i dziwna niewinność owieczek – wiecie, cały ten poganizm, pod którym podpisuje się obecnie tzw. Kościół, był naprawdę nie na czasie… i wiecie, spacerowe. Żadnego gotowania, sprzątania, po prostu wolne i już. W końcu można się wyspać, odpocząć i jeszcze może się wiecie, mocniej wyegzaltować z onej, dziwnie bolesnej, codzienności?

Księżna Koronna się spojawiła, ale pogoda nie dopisała.

Biedna H. K. H. Kronprinsessen Mary wyglądała jak zwykle ślicznie, o wiele młodziej niż brytyjska Catherine, która jest przecież wyłącznie diuszesą, przynajmniej na razie; w także zielonym płaszczyku – czy to moda, czy wspomnienie po świętym Patryku – wysokich botkach i rozpuszczonych włosach. Przy niej to wszyscy wyglądają jak dziunie. Serio, nabrała onego królewskiego szlifu. Nie żeby patrzyła z góry na ludzi, wywyższała się, czy coś, wprost przeciwnie, ale wiesz, że koleżanki do szklanki z niej nie będziesz miał. Po co przybyła? No wiecie, poświęcić to ono widowisko, które pochłonęło masę milionów, ale dziury w drogach nadal mamy. Jaki sens w tym wszystkim? Ja chyba nie widzę. Znaczy kompletnie żadnego nie widzę. Bo taką kasę, TYLE kasy można było wydać inaczej. Na ekologiczność, czystość, na wszelakie uturyzmienie leniwości Tubylców…

Można było…

I tyle.

Dobra, zgadzam się.

Ono cudo jest fascynującym pokazem architektury serio, ale to co musieli zniszczyć, te skały, drzewa i tak dalej, to strasznie mocne poświęcenie… dla mnie zbyt wiele. Że niby ruiny teraz lepiej widać? Bez przesady, przedtem też było je widać. Tylko wiecie, trzeba było ruszyć tyłek, a teraz, teraz ludzie będą parkować i siedzieć i się gapić nie ruszając dupsk kompletnie. No i drogi… właśnie, jak ich wytrzęsie na tych naszych obecnie drogach, to ja nie wiem czy wciąż dobrze będą się czuli. I wiecie, czy docenią całe to oplevelse. Czy będzie im się chciało czytać tabliczki?

Może w weekend uda mi się obejrzeć wszystko. Czwartkowe otwarcie mimo wszelakiej darmochy nie przyciągnęło tłumów z logicznego powodu – tłumy w robocie były. No kto to widział robić takie rzeczy w dzień całkowicie roboczy i kończyć je dokładnie wtedy, gdy ludzie wracają do domów? Ech… widać braci pracującej się muzyczki i inne tam darmoszki nie należą, jak zwykle.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piękno… została wyłączona

Pan Tealight i Koszmar Jakzwykle…

„Czy uznawała je za sny wszystkie?

A kto to może teraz wiedzieć? Po tylu latach pewnie sama się gubiła w stworzonych przez siebie definicjach, ale ponieważ ostatnio strasznie smarczyła… więc wiecie, spała mniej, dziwaczniej i pokrętniej. Dlatego tak jej pilnowali.

Na pewno wyglądało to dziwacznie, gdy tak nad nią wisieli. Od pewnego czasu już nie stali, siedzieli, czy przycupywali w rogach posłania, już im się nie chciało, a niektórzy – znaczy większość – po prostu się bali. Bo wiecie, te jej sny czasem wyłaziły i robiły Buuu albo kawę, nagle zadzierały fartuszek i zaczynały coś piec, o czym zapominały i trzeba było interweniować, czy coś w ten deseń, więc… więc ostatnio wysyłali nad nią Wiszące Wszowidzące Oko. Znaczy poza Tym, Co Czuwa, który zawsze się na nią gapił pokrętnie, obleśnie i silnie karalnie, i który oczywiście zawsze obrzydliwie i wrednie milczał. Ale nad nim nie mieli wpływu. Nawet Pan Tealight od jakiegoś czasu zaprzestał poszukiwań celu, w którym naprawdę go stworzył, bo przecież musiał chyba? A przynajmniej brać udział w jego transporcie, czy malowaniu, no wiecie, w końcu Przedwieczny. Nie pamiętał… ale ostatnio uświadamiał sobie, że niepamięć to rzecz dobra, więc olewał sprawę.

Mocno.

No więc wisieli i tyle… podglądali.

Bez wyrzutów sumienia, raczej z Wyrzutem Sumienia, z którego serio wścibska bestia jest. Robili sobie herbatę i tak jak inni telewizję, czy youtuby wszelakie, lub porno… po prostu patrzyli. A było na co. Bo było dziwacznie i strasznie i pokrętnie i co najdziwniejsze, przez właściwie cały czas.

Cały kompletnie czas, więc jak miała wysupłać z tego gorsze i lepsze momenty?

No jak?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna…

Znaczy no dobra, zapowiadają jeszcze mrozy, ale na razie wiosna… kwiatki wylazły, jakby po prostu chciały udowodnić, że to już czas, wyrobić normę. Krokusy nie przetrwały. Nic a nic. Poza tymi w mocno nasłonecznionych miejscach marnie skończyły pod śnieżnymi nawałnicami. Podobnie ze śnieżynkami. Nic z tego nie będzie. W większości miejsc nawet dzielne, kochające zimno ranniki się nie odważyły… czy to powinno coś nam powiedzieć? Może jednak zimowość jeszcze wróci?

Wiecie, że ja nie mam nic przeciwko… ale też doskonale zdaję sobie sprawę z tej całej wegetacji i tak dalej.

No mniejsza.

Poza tym na Wyspie jak zwykle. W końcu więcej ludzi przyznaje się do tego, że zostały zaatakowane przez psy. Policja jednakowoż nie ma dla nich czasu, więc polowanie nadal trwa. Serio uważam, że to prawo ze strzelaniem było dobre. Nie po to by strzelać do zwierzaków, ale dlatego, że były pod kontrolą. Nikt nie puszczał ich samopas, każdy trzymał na smyczy i wiecie… była jakaś cywilizacja, ale teraz, samowolka. I spróbuj coś powiedzieć. Od razu cię zjebią. I to mocno. A tutaj jak dają komuś zjebkę, to idzie taki błyskotliwy ostracyzm, że aż człek staje i niedowierza. Naprawdę niedowierza, że ludzie tak potrafią. A potrafią wybitnie. Od razu na wszystkich frontach. I mejle i do gazety i listy pisane i internet… Po prostu idą na całość totalną. Bezsprzecznie zaskakującą. I nie wierzę. No przecież… to Dania. Ale, w końcu spadliśmy na trzecie miejsce w rankingu onych najszczęśliwszych państw, więc… jeżeli chcecie szczęścia to do Norwegii i Finlandii. Aczkolwiek jeśli chodzi o ten drugi kraj, to mam garstkę fińskich znajomych i wciąż nie mogą uwierzyć w oną szczęśliwość…

Ale, może jednak tylko perkele i picie? No wiecie, ktoś dołączył do badań one rachunki za procenty i jakoś tak… Bo serio, jakie były kryteria?

Szczęśliwość, to takie niesprecyzowane pojęcie przecież… Co zbadać? Poczucie bezpieczeństwa? Dostępność do szpitala, gliniarzy, wojskowości… a może jednak tylko uśmiechanie się? Bo jeżeli to, to przecież większość z nas udaje, gdy jest taka potrzeba. A ilu udaje da badań? Zresztą, kto to sprawdzi? Niskie podatki? Wysokie podatki? Potwory, legendy, mity…

… a może to Rosja?

No dobra, Wyspa panikuje. Jest to dość dziwne, ale jednak z czasem zaczyna być nie tylko zrozumiałe, ale się i udziela. Oczywiście wszystko się rozbija o dno morza, o linię gazociągu, czy innego tałatajstwa i to, że Niemcy tego chcą, a my nie, no a to wszystko oczywiście jest made in CCCP, więc… już to, że ganiają się po niebie i przepędzają spod granic, człowieka wyprowadza z normalności, ale to, co teraz dzieje się w głowach ludzi… ech… Nigdy bym nie pomyślała, że ludzie tutaj wciąż żyją z tym lękiem przed wojną, że są tak bardzo przerażeni, że dla nich to jest takie…

… MOŻLIWE.

A może to znowu tylko nagonka mediów?

Ale ja mediów nie słucham.

PS. Czy ja mówiłam coś o wiośnie? Bo od kilku dni co rano biel na zewnątrz, która powoli topnieje i zmienia się w oną, teraz dziwnie wątpliwą, zieleń. Czy chciałabym żeby biel została? Wiecie, wredna jestem, więc TAK!!! Lepiej czuję się w zimie, ale przecież zima nie może trwać wiecznie. Chociaż, może… jak na razie zmiotła z ludzkich zamyśleń święta w ciepełku i kolorkach. Ma być mroźno i biało. Ale to się jeszcze zobaczy. Wiecie, powiedzmy sobie uczciwie… co jak co, ale Wyspa sam decyduje co ma być, jak i kiedy.

Kurcze… czy u was też pojawiają się takie reklamy wszelakiego strzelania? No wiecie, niby paintball, ale jak reklamują to z wizerunkiem dzieciaka i tekstem: strzelanie jest fajne, to człowiek czuje, że coś jest nie tak z tym światem. No bo nie dość, że strzelanki w kompie, strzelanki w telewizji, to teraz i rozrywka w postaci strzelanek? A ja nadal uprawiam groszek na swojej farmie.

A co…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszmar Jakzwykle… została wyłączona

Pan Tealight i Łapacz Chmur…

„Znalazła go na spacerze.

Ot tak po prostu czasem się zdarzało i tyle… nie wracała z nich sama i właściwie, właściwie już do tego przywykli, ale nie do końca. Czasem się bali, czasem byli zaintrygowani, a czasem woleli tego nie zauważać. Ale ten mały ludzik, zdający się mieszanką szklanych kropel, nie wydawał się groźny. Był nawet słodki z tymi wielkimi oczami, sporymi, zaokrąglonymi uszkami i wielkim noskiem… siąpiącym i ciągle przecieranym chusteczką zdobioną w fiołkowe koronki i małe kwiatuszki na batystowej, dziwnie czystej, choć używanej raczej, kwadratowej powierzchni.

Znalazła go, a może to on znalazł ją?

Nie wiedzieli i rodziło to wiele niepokojów, ale tak naprawdę, to przecież chyba im nie zagrażał. Może byli trochę zazdrośni, bo teraz jemu poświęcała więcej uwagi, ale jednak… ale jednak nie było źle. Jakoś tak pasował idealni do tego miejsca, no i na dodatek umiał łapać chmury.

… a z chmur robił torty i wszelakie desery, ciepłe, letnie, miękkie i twarde, zimne i całkiem galaretowate, mieszane, monochromatyczne i bardzo kolorowe, fluorescencyjne i takie wiecie, bardziej babusiowate. Stare i nowe. Wszelako znajome w smaku, albo przynoszące zaskakująco nowe doznania. Albo wiecie, te proste, albo skomplikowane, albo te tak bardzo wyuzdane, że wymagały dni, by się ustać, okrzepnąć, by być gotowymi by je zjeść… Po prostu nie można było go nienawidzić, gdy tak latał dookoła i pozwalał wylizać wyłączony mikser. Albo trzepaczkę. Albo wiecie, tą wielką, drewnianą łyżkę. Albo miskę, ale to tylko wybranym…

A wszystko pochodziło z chmur… które tylko on potrafił łapać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Córka króla moczarów” – … czy specyficzna? No oczywiście, że tak. Mocno TAK!!! Wyobraźcie sobie doskonałe, cudowne, swobodne dorastanie, a potem zderzenie się z wiadomością, że to wcale nie tak, że to wszystko kłamstwo. Że ojca macie nienawidzić…

Ta powieść to niesamowity, psychologiczny pokaz zniewolenia oczami dziecka. Ono go po prostu nie widzi. Czasem coś czuje, ale tak naprawdę jest szczęśliwe i kocha swojego ojca. Niczym te dzieci wychowane przez zwierzęta i las. Całkowicie nierozumiejące, że może być inaczej, że to jest złe. Ale zawsze przychodzi ten moment i dla naszej bohaterki też przyjdzie i wtedy wszystko się załamie, zapadnie, ale uczucia… wciąż pozostaną. Czy może być dorosłą, sprawną umysłowo osobą? A może po prostu powinna ze sobą skończyć? Bo gdy wszystko na nią spadnie i potwór powróci, miłość może sprawić, że przegra, a wtedy, zginą i inni… gdy przeszłość powróci…

Ta powieść jest niesamowita.

W tak genialny sposób pokazuje umysł dziecka, którego nikt nie informuje, że jest więźniem tak naprawdę, które kocha swoich rodziców a jego najbardziej. Po prostu genialna! A finalna scena… ech, zwyczajnie warto. Warto gdy kochacie kryminały, sensację czy powieści sfiksowanie familijne. Gdy kręci was antropologia, socjologia i psychologia. Gdy wymagacie od powieści czegoś więcej.

I powiało.

Teraz posprzątać i wiecie, chyba szykować się na wiosnę, co? A już na pewno na ferie świąteczne!!! Po prostu nie mogę się ich doczekać. Otworzą na chwilę sklepy… oczywiście tylko te, które przetrwały zimę i może, może jednak ten zniszczony zakątek śnieżyc jakoś przeżyje? No wiecie, może jednak? Chronione w innych miejscach, tutaj pały ofiarą idiotów, którzy stwierdzili, że wytniemy sobie, podepczemy, rozwalimy, rozkopiemy i w ogóle… rozjebiemy brzeg. Bo i po co te drzewa, przecież korzeniami drogi nie trzymają, co nie… wiecie, w Saltunie droga biegnie sobie radośnie właściwie nachylając się już ku wodzie. Podtopienia są częste, podczas deszczowych dni i nocy zalewa ich tam nieźle, dodatkowo… cuchną, a jednak, wolą wyeksmitować drzewa na zawsze. Wytłumaczcie mi logikę onych zdarzeń, bo chyba nie rozumiem… ale co tam ja. Nie dość, że obce, to na dodatek kobieta, wiecie… głupek.

Ale nic to, bo idą ferie. Turyścizna się pewnie troszkę zjedzie, znowu trzeba będzie uciekać przed psami, ale co tam, wliczy się to w zachowania obronne, ćwiczenia w obronie cywilnej oraz wszelaki jogging. Bo z ludźmi nie wygrasz. Wiecie, no oni jakoś nie słuchają, a jednak słuchają, ale nie myślą, czy coś?

Nie wiem…

Mniejsza… otwarte lody i frytki.

No po prostu cywilizacja jak nic. Nie żeby mnie kręciły, ale jednak, powinien się człowiek cieszyć, a może tylko zastanowić na jak długo zamkną przybytki po feriach? I jak to w ogóle będzie teraz z nowym przewoźnikiem już na maksa i całoroczną dostępnością dla Niemców. Bo jak ktoś na mnie: haltnie, to szczątkowe DNA po Babci, co to na przymusowych wakacjach była w Niemclandzie, mogą się wiecie, uruchomić dziwnie. Oj mogą. Ja już nie wiem co z tymi ludźmi. Czy oni wszędzie są tacy niemili? Wiecie, no przecież każdy ma swoją Turyściznę!

… uciec do lasu?

Może uciec do lasu, ale przecież i tam nagle na człowieka wpadają. Dlaczego nikt nie szanuje czegoś takiego jak cisza. Przecież tyle trąbią o naturze i jej walorach wszelakich, a jednak… cisza z Turyścizną zanika. Mam nadzieję, że nie zaniknie z nowym włoskim sąsiadem. No… auto się pojawiło, dumnie wkroczyła do domku kanapa, ale człowieka na razie nie widać. Ale nic to. Co do mnie, to ja tam mogę mieszkać obok kanapy, serio nie jestem rasistką czy kanapofobką. Czy wolałabym dwa fotele?

Pewno tak, ale w swoim domu!!!

Wiatr ucichł.

Potem nagle zniknął i dziwnie jest pusto bez niego. Przeraźliwie tak. W niektórych miejscach jednak wciąż możecie natknąć się na kupy skostniałego z ciepła śniegu, zamrożone drogi. Sopele na skałach… na przykład w takiej Krowskiej Dolinie… jak tam niesamowicie. Te brzozy i iglaki. Drugie wciąż zielone, logiczne przecież, a brzozowe witki w blasku słońca, które obmyło zeszły weekend, cudownie świeciły się różami i fioletami. I ten rąbany błękit nad głową i tylko szemranie strumyka, zeschnięte trawy, plamki śniegu, ślisko miejscami, ale idziesz… bo choć wieje, to między drzewami przecież spokój, no i to światło, tak dawno takiego nie było.

Prawdziwie Rajskie to Wzgórza. Serio. Warto zobaczyć, bo wiecie, zaraz zetną i po ptokach będzie, chociaż, skał przecież nie usuną, wody może też nie zamkną… uuuu smrodek nawożenia przebija się poprzez gołe gałęzie… ech, no jak nic idzie wiosna, choć w tym roku przysięgam, orali i nawozili i zimą, jakby chcieli wymusić znowu na ziemi bidulce podwójną zbieralność. Kolejną wegetację wydusić z tych ciemniejszych i jaśniejszych bruzd. Z onych czarniawych i brązowawych bruzd żyzności… dziwnie umęczonych… cierpiących prawie.

Ale tutaj w dolinie tylko cisza i trochę wody poza strumieniem… tak sobie myślę, że gdyby nieźle popadało, a nawet więcej – podtopiło – którędy popłynęłaby sobie woda. Gdzie narodziłyby się nowe rzeki i wodospady? Nie da się o tym nie myśleć słysząc to całe skraplanie i skapywanie… oną wilgotność…

Wiosna…

PS. A jak zauważycie dziurę w dachu, na przykład wynajmując domek na Dueodde, to pamiętajcie, że może być sporo wart on kamień, co ją zrobił. A tak, jak coś z nieba spada, to wiecie, się meteoryci.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łapacz Chmur… została wyłączona

Pan Tealight i Inne głosy…

„… a wszystko przez jej zatkany nos.

No dawno nie była tak chora, wiecie, obsiąpiona dosadnie dookoła ust i nosa, wielkiego, większego niż zwykle, zasmarkana, właściwie nie tyle zasmarkana, co z wyrazistymi, małymi wodospadami cieknącymi jej z dziurek od nosa. Opuchnięta, umęczona, bolesna… kaszląca, usznie nie do końca świadoma dźwięków, dziwnie miękka, poruszająca się w pokrętnie miękkim świecie…

Naprawdę, Wiedźma Wrona Pożarta była chora i co gorsza, ciągnęło się to już drugi miesiąc, ale teraz jakby się zaogniło. Jakby chciało jej pokazać, że może. Że przecież zarazie wolno wszystko i zaraz jak najbardziej wybiera sobie cele i miejsca. Bo kto ją zatrzyma? Świat, w którym antybiotyki już nie działają? Zresztą, przecież to chyba tylko katar? No wiecie, logiczne przeziębienie…

… więc o co ten krzyk?

Ale czym było wcześniej?

Grypą? Taką, która mutowała w coś, co winno być mniejszym coś? A może jednak… po prostu zmieniła się? Wiecie, choroby zwykle brzmią tak kobieco… więc dlaczego nie mają się zmieniać. Zmienność to przecież tak bardzo rzecz kobieca. Czyż nie? A może jednak to nowy rodzaj zarazy?

… no ale, chodziło o to, że przez chorobę się jej wymiary pomieszały, drzwi i kluczyki, wszelkie cudactwa, które tylko ona widziała i… nie dość, że słyszała dziwne rzeczy, to jeszcze w całkiem pokręconych tonacjach!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

No weźcie, przecież dawno aż tak nie wiało. LOL!!! Należy o tym wspomnieć. Może i świat dookoła mnie serio dostaje fioła na punkcie mikroplastiku w morzu i wodzie pitnej, to jednak ja, świadoma swojej własnej niemożliwości uczynienia czegokolwiek postanowiłam się rozchorować na amen z pacierzem, nowenną i psalmami na dodatek. A tak Dania sfiksowała na punkcie mikroplastiku, co oznacza, że pewno podniosą nam podatki i tyle. Bo przecież jak w każdym kraju podatek samochodowy na drogi nie idzie, tak i ekologiczny pewno z ekologią nic więcej wspólnego niż nazwa nie ma.

Po prostu nic ino zakończyć żywot.

Serio.

Z jednej strony plastik, krzyczą na tych noszących torby wieloużytkowe, że podobno współczesny plastik się rozkłada tak fajnie, a ja dobrze pamiętam, że jak zakazali darmowych torebek w sklepach to w końcu przestały wisieć na drzewach, a teraz… znowu wrócą plastikowe ptaki. I nie, nie ma – poza onym plastikiem z roślinek – takiego, który się całkowicie rozkłada. Każdy stworzony jest tak, mówię tutaj o onym ekologicznym, z części rozkładalnej i tej wiecie, o której się nie wspomina. Ale kto by tam czytał mały druczek. Że psy srają? Że żwirek dla kotów z silikonu… nie wiem, serio, gdzie żyję. W 2006 to był taki spokojny raj, układ skład i ordnung ze słodkim hygge, a teraz, wszystko ma metkę i nalepkę z ceną.

Serio…

Ale wieje.

Przedstawia myśli pod kopułką, macha dachem, ogólnie szaleje. Obija się od ścian, majta nimi, wgryza się w nie, jakoś tak się do nich tuli, a potem wiecie, z plaskacza. Naprawdę dziwnie uczłowieczony jest ten wiatr. A może to ludzie jakoś tak od niego przejęli pewne zachowania? Kto to wie? W końcu wieje już od tak dawna… od zawsze. Ale wiecie, człowiek jest jakoś przyzwyczajony do tego, że wieje nocą, jakoś jest to normalne, głowa pod kołdrą, pierwotny lęk, dziwne modlitwy kłębiące się pod kopułką… ale w dzień. W dzień to wygląda tak bardzo dziwnie. Tak niesamowicie porywająco.

No więc wieje…

Dodatkowo w przeróżnych miejscach zrobiły się intrygujące ślizgawki, więc jeździjcie ostrożnie. Nawet bardzo ostrożnie. A najlepiej posiedźcie w domu, posprzątajcie, może upieczcie ciasto?! No co? Ciasto fajna rzecz, chociaż ja chyba bardziej wolałabym zupę. Taką warzywną, potem zmiksowaną z maciupkimi grzaneczkami. Ech… mniam!!! Wiecie, na taką pogodę nic tak nie działa jak gorąca zupa.

Nawet jak sparzy w język.

I ten śnieg…

… pewnie, że zaraz zniknie, ale taki on cudownie specjalny, specyficzny, jedyny w swoim rodzaju!!! Jednocześnie świeci słońce i on tańcuje sobie w powietrzu, wiatr nim zamiata, popycha go, mąci, ale jednak… jakoś tak to wszystko do siebie pasuje. Tak jakoś jest hipnotyzująco piękne. Podobno znowu odwieźli jakiś durniów, którzy stwierdzili, że mimo połowy pelikana – wiecie jak to Duńczycy mówią, że wieje na pół pelikana… – oni sobie posurfują. Na szczęście helikopterowi udało się ich wyciągnąć… Chociaż czasem się zastanawiam, czy na szczęście. Wiecie, takie tam Nagrody Darwina i eliminacja idiotów. Bo jakoś ona eliminacja idiotów to chyba ostatnio nie idzie dobrze. Mówiąc majnkraftowo, spałnią się jak nie wiem co. Ekhm, no co, może nie gram, ale lubię sobie posłuchać przy robocie jak to inni sobie grają.

Na termometrze minus trzy!!! W powietrzu tak pieroński, gryzący chłodek, że wystawione pranie staje dęba, no ale. Przetrwamy to. A raczej, lubimy to, nie oszukujmy się. Nawet czasem tak wyjść i się przewietrzyć. Nawet czasem tak dać się popchnąć… nawet czasem pofrunąć!!! Hihihi. Życie na wyspie, pewno każdej w takim czy mniejszym rozmiarze, jest właśnie takie. Naturalnie utrzymujące dwunogi w domu. Gdy wieje, albo tak siecze deszczowo, że skórę zdziera.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inne głosy… została wyłączona

Pan Tealight i Twarze na suficie…

„Pojawiały się powoli…

Nawet bardzo powoli, tak, że początkowo nikt ich nie zauważał, początkowo, nikt nie słuchał, widział, początkowo nie zwracał uwagi. Ot po prostu zwykłe plamy na dziwnie ruchomej zwykle powierzchni, ot kolejna doskonałość niedoskonałości… wiecie, w tym miejscu wszystko jest możliwe, ale… problem w tym, że te twarze najpierw zaczęły mieć usta i śpiewać…

I koszmarnie fałszowały!!!

Tego nie mogli wytrzymać.

Nie żeby wszyscy mieli perfekcyjne głosy i słuch, ale jednak, no bez przesady, trzeba mieć jakieś standardy. Naprawdę trzeba. W końcu są pewnym, jedynym własciwie takim miejscem i jakoś no… no nie mogą, nie można, nie wolno im zwyczajnie… No dobra, chodziło o to, że one im po prostu przeszkadzały. Wkurzały ich, wkurwiały i piskliwie grały na nerwach. No weźcie no… jeszcze jako naścienna rzeźba, nie do końca płaska, no dobra, nie oszukujmy się… nie mogli ich ścierpieć. I po raz pierwszy w Sklepiku z Niepotrzebnymi zapanowała totalna jednomyślności, ale…

… ale co mieli zrobić?

Wyskrobać je?

Wyrzezać?

Zakneblować, a potem podpalić?

A może jednak… przekupić?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wilgotno i dziwnie zimnawo.

Wilgoć wdziera się wszędzie, pleśń pojawia się na ramach okiennych… no co, trochę naturalizmu dobrze nam zrobi. Nie wdepnęłam w gówno, bo choruję i mam szlaban na długie spacery, więc muszę sobie obserwować świat zza onej szybki. Śliczny świat, z wiatrakiem, gaardem i w oddali morską linią, ale jednak… wciąż widzieć tylko zza szybki. Jak ona małpka czy inne ustrojstwo z zoologa. Albo gorzej, jak coś, co świat sobie obgląda. Ech, a ja taka roznegliżowana!!! Ale czy świat jeszcze o to dba? W końcu już mnie widział. Widzi mnie zawsze, przez cały czas, w końcu u nas nie ma zasłonek i firanek i całego tego cyrku. Właściwie, to zlewa mi to czy ktoś coś widzi, czy nie… serio. Nie żebym stała z cyckami na wierzchu w kuchni, ale wiecie, po prostu potrzebujemy światła, a nie jebanych koronek.

Oczywiście zasłonki od światła są – rolety. Zawiązane. I w sypialni. Tyle… mamy też dziwną swobodę, gdybyśmy chcieli, sikania w ogródku, bo raczej nikt nas nie zobaczy. No wiem, zbyt wiele informacji, no ale… jakoś mi się tak zebrało.

Ogólnie mówiąc, człowiek tutaj jest taki wolny. Nawet w ciągu sezonu olewa to wszystko. Gacie bez dziur, ubranie odświętne. Nie wiem nawet czy coś takiego tutaj istnieje, bo zwykle każdy ma na sobie portki i sweterek czy koszulę i tyle. Krawat to chyba tylko na ślub i to rzadkość. Za to ubranka robocze, wiecie, takie zielonkawe lub pomarańczowe. Nieprzemakalne. Się nie gniecące i tak dalej. Wiecie, jak się wydaje dobre na każdą okazję, dodatkowo dostępne w większości sklepów. Mają je chyba wszyscy. Ja się jeszcze nie dorobiłam. Może już czas na to, ale nie ma czarnych, a ja źle się czuję w pomarańczach. Wiem, że to wszystko po to, by być widocznym, szczególnie na morzu, ale jednak… może jest troch bardziej obcisły styl i czarność. Może jednak tak bardziej kobieta kot? A raczej miś.

I z uszkami i kapturem, co?

Czasem się zastanawiam, czy ludzie w ogóle zwracają na ciuchy uwagę. Powiązane drutem, czy sznurkiem buty to normalność. Nie oznacza to, że ludzie nie ubierają się malowniczo i intrygująco, ale nie ma tu metek, jest wygoda i tyle. I ciepło, tudzież przewiewność, no i oczywiście wykorzystywanie wszystkiego do końca, chociaż… najnowsza moda na plastikowe, jednorazowe torebki, to chyba przesada!!! Serio? Podobno te bawełniane, które noszę ze sobą zawsze, zatruwają środowisko.

Serio kurna?!!!

… no i nagość.

Istnieje.

Spotkanie gościa bez gaci na plaży, nie żeby wam machał przed nosem, po prostu pływa i tyle. Noł problemo!!! Plus wycieranie się bez krępacji. Ale to starsze pokolenia. Podobno badania wskazują, że młodsze pokolenia boją się golizny. Zakładają na siebie coraz więcej i robią namiociki… ale w lesie przy plaży, czy za kamieniem, wiecie, no… bzykają się zwyczajnie.

… bez krępacji.

Ech… te odmienne standardy.

No ale… znowu idzie wiatr i mamy trupa. Nie żeby u nas w domu, odpukać, ale wiecie, jakiś czas temu zaginęła kobieta – znowu! ostatnio jakoś ino te baby się zaginują i zaginują  zaginują, nie wiem, czy to jakaś epidemia, czy co, no ale niestety to zaginięcie się zakończyło śmiercią. Na razie żadnych więcej wieści, no ale… pewno w końcu będą wszelakie. Taki oto dowód na to, jak tak naprawdę nikt tutaj o nikogo nie dba. Wcale i w ogóle. Boleśnie.

A wiatr… wiatr mocny, wiatr silny i majta Chatką. Uderza w ściany targa dachówkami, a mi z nosa kapie na klawiaturę. Yyyyy blee!!! No ale, czyżby to miało być ono obiecane ochłodzenie? No wiecie, podobno miało być! Oj wiem, że połowa marca i wiosna i takie tam wszystkie kwitnięcie, przecież to już było, więc może być znowu zima, czyż nie? No przecież co w tym złego? Oj no dobra, wiem w jakiej szerokości geograficznej żyjem, ale przecież aura zmienną jest, a i wszelaka pogodowość doznaje dziwnych transfuzji… „Pojutrze” może nadchodzi? Co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Twarze na suficie… została wyłączona

Pan Tealight i Duch Przychodzący Nad Ranem…

„No dobra, wielu miało mu to seryjnie za złe, bo raczej w tych okolicznościach przyrody nadranności była dość drażliwym tematem. Takim naprawdę nietykalnym w rozmowach, lekko taboo… z jednej strony każdy wiedział, że nie, tego się nie robi, ale z drugiej, jakoś tak wiecie, nikt otwarcie o tym nie głosił. Nikt raczej nie wywieszał ogłoszeń, nikt nie rozpisywał planów i regulaminów, nikt…

… nikt nie pisał pieśni, ale jednak…

Wszyscy wiedzieli, że nad ranem ma być cisza i tyle.

Ale on… no po prostu nie mógł wybrać innego terminu. Miał go wpisany w swoje dziwne DNA, w swoją tożsamość i wszelaką codzienność. Próbował innych pór. Próbował południa, wczesnego, ale jednak, wieczoru, może trochę późnego, ale przecież wieczoru, często jeszcze jasnego, czasem już prawie czarnego nadchodzącą nocą; mieszanej prawie nocy, ale z tym to już kompletnie dał ciała, którego nie posiadał, więc no wiecie… musiał.  Nie miał innego wyboru. Taki już był. A przychodzenie było jego obowiązkiem. W końcu przychodził by dać Wiedźmie Wronie Pożartej szansę na wyraziście poranne wstawanie. Przychodził i nucił. Przychodził i przynosił ze sobą chłód. Przychodził i wszystko stawało się… niestety o wiele bardziej sprzyjające snom i śnieniom, więc… wiecie co, po kilku latach każdy w końcu się łamie, więc zwyczajnie Wiedźma Wrona zaczęła mu zostawiać kocyk i poduszeczkę w nogach swojego posłania i on tam zasypiał. Problem w tym, że skurczybyk jeden chrapał jak parchata, chora na zatoki i mająca gruźlicę lokomotywa!!! No po prostu głośno!!!

W pewnym momencie nawet chciała go udusić, ale jak zrobić to z duchem? No wiecie? Egzorcyzmy, oczywiście, ale ten był już tyle razy egzorcyzmowany, że zwyczajnie zaczął być odporny na wszystkich bogów, kropidła, wody, olejki, zaśpiewy, nowenny i wszelkie modlitwy. Ale jednak coś z tym trzeba było zrobić!

Tylko co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowe jedzonko!!! Świeżutkie! Błogosławmy tanią przesyłkę z Empiku dzięki której mogę sobie pozwolić na książki!!! Serio.

Pada…

Mokro i lekka mgła. Wszystko, no dobra prawie, stopniało. W oddali gdzieś ktoś zapowiada ochłodzenie, ale tak naprawdę, to ona dziwna ciepłość zdaje się być maksymalnie nienaturalna. Jakaś taka pokręcona. Jakaś taka, wiecie, niepasująca do tego, co czuję, przecież rok temu… rok temu fotografowałam całe kocyki śnieżyn, krokusy rozwarte i modlące sie do słońca i złorzeczyłam na gościa, który przemalował oną małą chatkę, szopę się znaczy w Saltunie. W ogóle w zeszłym roku mocno poszalał, a teraz nadal ona wycinka, kastracja i zmiany wszelakie tam trwają. Jak nic spa jakieś pobuduje, czy coś… a może obóz dla wędrownych?

Wiecie co… niby zmiany jako takie pojawiają się na Wyspie rok w rok. jest to normalne, ale zwykle nie są tak diametralne, jak wyburzenie, czy przemalowanie domu!!! I to wiecie, takiego prawie zabytkowego. Prawie… nie oszukujmy się, żaden to zamek, czy dworek no! Ale jednak znaczący punkt na mapie, więc… więc dziwnie się człowiek czuje. No nie mogę już tam chodzić. Po prostu nie mogę. Choć sprawcą onej dziwnej niechęci i łzawości ostatnio, mogą być też kolejne wycinki drzew. A tak, są kolejne, plaga jakaś… ale to w końcu kraj, w którym rozpierniczają zabytkowy most i zastępują go rurą z plajzdiku, bo architekt powiedział, że tak ma być. No, serio. co? Myśleliście, że takie sprawy, to ino w Polsce?!!! ha ha ha!!! Pewno znowu ktoś posmarował… ech, ten mój brak wiary w ludzką myślność i rozmyślność, znów zyskał potwierdzenie!

Na razie najważniejszą wieścią jest przyjazd Jej Wysokości Księżnej Koronnej – bo to chyba tak się powinno tłumaczyć na polski, czyli Mary Duńskiej. Po co się spojawia? A wiecie, bo wyburzyli wszystko to, co kiedyś stało przy parkingu przy Hammershusie, wycięli drzewa, wypieprzyli masę natury, dali wąską, pierniczenie niebezpieczną drogę i stworzyli taras widokowy na skale i sklepiki oraz centrum rekreacyjne w skale. Nie no, pewno że architektonicznie to wygląda dla wielbicieli gatunku super, ale mi żal drzew i skał. I tych prześlicznych budynków… i tego hotelu, który tu był dawno temu… i tego domu, który też zniknął… i nic nie rozumiem.

Idę na plażę…

Może jakiś wodniak się wywali na śliskim kamieniu i poczuje chłód morskiej nietoni? No co? Taka tam rozrywka. Nagle się człek dowiaduje, że prawnie, przez kilka miesięcy pozasezonowych można spuszczać psy ze smyczy, ale te ułożone i nad którymi ma się stałą kontrolę… no i buba, jak cię coś pogryzie na piachu, masz przegibane. Bo jak udowodnić, że nie był dobrze ułożony do tego gryzienia?

Nie da się.

Zresztą, kto się przyzna do tego, że nie panuje nad zwierzakiem? Królestwo takiemu i konia!!! No weźcie… nikt się nie zgłasza?

No nic, trza jakoś żyć.

Może zbroja?

Zresztą, na te koronne odwiedziny zdałoby się jakoś odstawić, a kto powiedział, że jak baba, to nie może? Z tego co pamiętam są napierśniki i dla tych z większymi cyckami. He he he!!! Serio, to może być przydatne, chociaż kompletnie nieporęczne… no i tak bez konia? Może z aluminium? No nie wiem… może? Ale jak już, to chyba raczej należy iść z duchem przeszłych czasów!!!

Poza tym wszystkim, to świat szykuje się na święta, które tutaj obchodzi się jak zwykle rodzinnie. Czyli każdy siedzi sobie w domu, większość samotnie, zapija smutki i spacery uwzględnia i tak dalej. TV oglądają pewnie, ale wiecie, ze nie to kiepski znawca Tubylców. Ja ich widuję wyłącznie w przyrodzie… W sklepach oczywiście skąpe bardzo elementy wystroju wnętrza, kilka drewnianych zajączków, jakieś sztuczne kwiatki, doniczki z prawdziwymi… w rzeczywistości, to większość świętuje wolny dzień  tyle. Czas na hobby… ekhm, bo to tutaj mus, mieć hobby. I lepiej, żeby to nie była twoja praca. I jak już, to najlepiej na sportowo i od razu szykuj się do tego killera maratonu, tudzież iron man’a. Innych rzeczy nie akceptują. Spacery i natura ino dla starszych. Czasem dacie się okpić fotografią, ale to rzadko… le ta sporadyczność świątecznych rzeczy, to coś dziwnie przygnębiającego. Już mnie dobiło w poprzednie święta… i choć tych nie obchodzę, to jakoś tak… dziwnie. Nie dziwota, że większość ludzi wyjedzie na jakiś urlopik w góry, tudzież ogólnikowo określane jako ciepłe kraje. A przecież miało być inaczej? Prosperity i t sprawy, Szwedzi w Warszawie, znaczy na Wyspie…

Dziwny czas, dziwne ciepło, dziwny deszcz…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Przychodzący Nad Ranem… została wyłączona

Pan Tealight i Śnieżny Łeb…

„Znalazła go w nikniejącej zadymce.

Jakoś tak wiecie, wyszła by maksymalnie wykorzystać Zimę, a ta nie miała nic przeciwko temu, bo cieszyło ją to, że ktoś się aż tak cieszy śniegiem, wiatrem, wszelaką mroźnością i wiecie, tym wszystkim, po którym do domu wracało się mokrym całkowicie i do końca… że ją ktoś docenia, że naprawdę umie się nią bawić i w końcu nie marudzi tak jak większość świata, która… ech, no sami wecie. Trudno w dzisiejszych czasach być Zimą, prawdziwą, taką, prawie jak kiedyś.

Ale ona go oczywiście znalazła.

Jakoś tak, jakby to było przeznaczenie, albo zwyczajna, kolejna, wpadka Losu, który zapomniał pochować swoje zabawki. Bynajmniej teraz było już za późno. Ona go znalazła, no i nie mogła tak go zostawić. Wiedziała, że świat się wkrótce ociepli i wiedział to świat, więc tylko oczyściła mu rysy, poprawiła je troszeczkę i ostrożnie, by nie uszkodzić go swoim oczywistym ciepłem, zaniosła do Sklepiku z Niepotrzebnymi i po cichu  umieściła w specjalnej, ogromnej jak pokój, lodówce z telewizorem, pełnym barkiem i wszelakimi utensyliami. No wiecie, przecież była dobrą gospodynią, nawet jeżeli nie w swoim własnym domu…

Gdy Pan Tealight natknął się na niego przez całkowity przypadek, lekko go przytkało, potem pobiegł wrzeszcząc sprawdzić pokój Ojeblika… spała, a potem dopiero zaczął zadawać poprawne, choć lekko ciche, pytania. I usłyszał historię. Historię tak bardzo poruszającą, tak bardzo łzawą, opowieść o miłości i odrzuceniu, o klątwie i trwodze oraz wszelakiej magii… O czarownicy zazdrosnej, o księżniczce zbyt rozpieszczonej i o jej rodzinie, która teraz miała w posiadaniu wszystkie jego majątki. I o samobójczej próbie, której Pani Wyspy jednak nie przyjęła…

I o dziwnej, niskiej, roztrzepanej osobie, która go poprawiła i tutaj umieściła, ale jeśli ma odejść, to odejdzie… tylko gdzie? Bo tego nie wie. Nie zna kierunku, nie zna miejsca, do którego miałby dotrzeć… po prostu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Cień bestii” – … wątpliwości. Oj miałam ich całą masę sięgając po tę powieść, ale wiecie co, wygrała. Od dawna nie czytałam tak fajnie skonstruowanej powieści.

Serio!!!

Z jednej strony schemat.

Mamy skrzywdzonego bohatera, który oczywiście jest genialnym gliną, po świeżych przejściach, z traumą i przesprytnego złoczyńcę. No i jeszcze gromadkę idealnie dobranych bohaterów pobocznych, którzy po prostu są niesamowici. I wszyscy oczywiście tworzą genialny zespół… złapią każdego. A mają kogo łapać, bo tak naprawdę możliwe, iż każdemu z nich coś grozi. A ten złoczyńca. Intrygujący. Wielki zbawca i nauczyciel. Po prostu cukiereczek… czyli nic nowego, a jednak…

Porywa, wciąga i trzyma w napięciu. Nie spodziewacie się co czai się za rogiem, chociaż tego złego, po kilku przemyśleniach, łatwo wytypujecie z kilku podejrzanych. Naszym bohaterom oczywiście zajmie to więcej czasu, ale to przyjemność obserwować ich. I ich znajomych, rodzinę – kapitalne osobowości. Po prostu zakochujecie się w niektórych i już od razu zamawiacie tom drugi.

Dostępny, właśnie czytam… wciąż trzyma poziom. Wciąż i przeraża i budzi łzy, jest tak prawdziwy…

Dodatkowo to Wydawnictwo Filia, które, co muszę napisać, zaskakuje brakiem błędów, literówek, dobrą, choć czasem potrzebującą niewielkiej korekty pracą tłumacza, świetnymi okładkami i dopracowaniem. Jak tak dalej będą wybierać książki, które wydają, to trzeba się im mocniej przyjrzeć. Może ich „babska” strona to powieści nie dla mnie, ale kryminały i ogólną sensację wybierają zaskakująco smakowitą! Coś mi się wydaje, że jako wciąż dość młode wydawnictwo, w końcu uszczuplą zasoby tych wiecie, tuzów. Tych co gdzieś mają czytelników… już od jakiegoś czasu.

Nadal topnieje…

Ale nie to jest najważniejsze. Bo przecież jest to logiczne. Wiosna za progiem, więc zima… tak, spoglądając na zdjęcia zrobione rok temu, mieliśmy już tyle kwiatów i tak ciepło, że obecny chłodek i wciąż śniegowa miejscami pierzynka to coś owego. Ale to tylko natura. Zmienna, pokrętna i działająca według sobie znanego schematu. A może niemająca żadnego? W końcu może wszystko!!! Ale… nie o to mi chodzi, bo dziś jest mgła. Gęsta, mleczna i fascynująca. Zaczyna się tuż za żywopłotem, tak, że wiatraka już nie widać, ulica w niej zdaje się tonąć, a wszystko dookoła mięknąć…

Mgła…

… więc zima odchodzi, ale jakoś tak wstydliwie chyba wiosna chce się w tym roku spojawić i otuliła się onymi mgłami. Ciężkimi, niesamowitymi… wydają się zbliżać do Chatki i naprawdę nie mam nic przeciwko temu, naprawdę. Mam dość widzenia świata, wolę oną mgłę, która sprawia, że czuję się bezpieczna. Nawet od tych kościelnych wysłanników co to chodzą od domu do domu podobno i znowu chcą kasy. Pierun wie na co, ale serio… ode mnie kasy? Może byście pozbierali na mnie, co? Kilka operacji by się zdało, życie bez strachu, ubezpieczenie, jakiś dom prawdziwy… ale nie. O swoich się przecież nie dba. Zresztą tutaj nigdy nie będę swoja.

Nikt kto się nie urodził nie zyskuje tego miana.

Nigdy.

Ale w końcu przybyłam tutaj z miłości do natury, więc… czy powinni obchodzić mnie ludzie? Tak naprawdę? Czy w ogóle powinniśmy pozwalać ludziom niszczyć nasze życie? Zmuszać się, naginać, by im było inaczej? Lepiej? By ucieszać tylko innych, a tym samym ranić wciąż siebie, nie być sobą… serio… Bo przecież da się bez nich żyć? A może nie? Może się tylko oszukuję… ale to kurde wyszło by, że od urodzenia!!!

Ale ta mgła.

Jest tak bardzo wyjątkowa dla introwertyków. Dla tych, co nie chcą, co mają dość, co nie potrzebują… przecież tacy ludzie, bojący się innych, istnieli od zawsze, więc o co wszystkim chodzi z oną promowaną przyjaźnią i wspólnotą… promowaną przez media ostatnio? Moja mgła się nie zgadza.

Moja mgła jest moja…

Mgła…

Podchodzi coraz bliżej i zdaje się by jeszcze bardziej ciężka i jeszcze bardziej gęsta i sprawiająca wrażenie pierzyny, przez którą jednak da się oddychać. Wysoka wilgotność zawieszona w powietrzu pasami, miejscami lekko się kuląca… przytulająca cię i dająca uczucie wyzwolenia.

Od wszystkiego…

Wyspy wszelkiego rodzaju, ale wiecie, te raczej niewielkie, zdają się za każdym razem gromadzić osobników o specyficznych umiejętnościach, pragnieniach i charakterystycznych. Bardzo charakterystycznych. Większość z nich nie pcha się do was drzwiami i oknami. Z jednej strony na początku stanowicie jakąś tam rozrywkę, albo powód do wkurwa… bo podebraliście mieszkanie – nie ważne, że legalnie – członkowi rodziny, a oni mieli w planach zaludnienie ulicy pełnej domków socjalnych wyłącznie swoimi potomkami – co jest totalnie nielegalne… podobnie pewno jak nieletnia córka mieszkająca ze swoim chłopakiem, ale co tam. Przecież oni płodzą dzieci z co najmniej dwoma partnerami w życiu, a z trzecim się żenią, więc… a potem wiecie, wymijają was, wytykają niedoróbki, zapominając o tym, że sami nie wyplewili swojego podjazdu, ale przecież oni nie muszą, mają odpowiedni paszport, czyż nie…

Tia… mgła przypomina, że Duńczycy są niemili.

Są genialnymi aktorami, mataczami, zawsze podkradną wam pomysł, a potem oskarżą was o to, że oni byli pierwsi i to wasza wina, że ich biznes nie wyszedł… no i mają kraj z genialnym pijarem. I tyle. Teraz ja muszę się tego nauczyć, onego kłamania, ściemniania i całej tej gry. Bo chcę być Duńczykiem. A co. Kocham to miejsce, jest dla mnie wszystkim i nie jestem Niemcem – oni mają tutaj takie przywileje, że łeb boli – więc nie mam wyboru. Problem? Nauka języka wisi i powiewa a znajomość współczesności, onej telewizyjnej nie istnieje.

Przecież ja nie mam telewizora!!!

Mam tylko specyficzność. Pragnienie skrycia się, zatopienia w mgłę, rozumienia natury, lekkości fal, fascynacji każdym załamaniem pogody i migreny, gdy nadchodzi wiatr. No i kocham ogień. Powinno wystarczyć, co nie? Powinno… ale nie wystarczy. Z drugiej strony… to miejsce, które wciąż traci ludzi, bo życie tutaj to nie bajka. Pokazuję wam zdjęcia, ale czy tak naprawdę wiecie, jak się żyje w takim miejscu, które latem jest zatłoczone, a zimą puste? Jak w jakimś schizofrenicznym wszechświecie, gdzie ktoś umieścił naturalną natury perełkę.

Którą niszczą…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Śnieżny Łeb… została wyłączona

Pan Tealight i Żałobny Trel…

„Najpierw usłyszeli dziwny dźwięk.

Coś jakby trące o siebie płyty, a potem coś metalicznego, kreda na tablicy wściekłej matematycy, dzwonki niewpadające w odpowiedni, wszelako melodyjny ton… wiecie, jak ten dźwięk, który sprawia, że gęsia skórka staje się waszą i na dodatek od razu jest w ziołach, przypieczona i posmarowana pomarańczą.

Potem usłyszeli drgania w powietrzu, jakby cząsteczki zimnego powietrza wpadły w dziwny stan, trelować. Wszystko jakby przytuliło się do tego dźwięku, w końcu zmieniającego się w melodyjny zaśpiew… przepełnionym żalem, bardzo mocno nasyconym kirem, słonością łez i wszelkim łkaniem. Ale nie rozumieli go, bo nie poczuli żadnego odejścia. Wszelakiego ześmiercenia, które przecież nie znaczyło tak do końca odejścia… które przecież rozumieli, które mogliby wyczuć.

A potem znaleźli skuloną Wiedźmę Wronę Pożartą i stertę przybrudzonego, topniejącego śniegu… i zrozumieli. No dobrze, może i nie do końca, ale… W dłoniach trzymała oklapnięte główni brutalnie pomordowanych ranników, a zęby miała zażółcone ich pyłkami. Oczy rozpalone wielkim obłędem, a cała jej postać trzęsła się i tak bardzo chciała się połączyć ze śniegiem…

Dopiero po pewnym czasie zauważyli, że na czubku zaspy siedziała Pani Zima i malała, kurczyła się, znikała, zanikała, mgliła się, jakby wymazywała się z powierzchni tego świata, jakby… jej czas znów nadszedł. Może i obie nie były tym zaskoczone, ale naprawdę… żadna nie chciała drugiej zostawić, więc Pan Tealight przyniósł kolejną śnieżną kulę i stworzył mały domek w niej, ośnieżony, i wtedy iskierka Pani Zimy wpadła do niej, by Wiedźma Wrona miała ją na zawsze…

…. a potem Pani Zima zniknęła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No topi się…

Dnie zmieniają się w dość dziwne, czasem mamy słońce, częściej nie… czasem w powietrzu tańczy śnieg, ale częściej jednak deszcz. Noce może już nie zawsze się mrożą, ale jednak wciąż w kościach jakiś chłód, czy coś? Dziś na przykład może znowu przymrozić, ale dzień ma być cieplejszych…

Musiało się raczej rozmrozić, bo w końcu przyjechała śmieciarka. Serio, u nas śmieciarze to ostatnio mega primabaleriny! I to takie z największym fochem. Po pierwsze dojadą jak im się będzie chciało. Po drugie worek nie może ważyć więcej niż dwadzieścia kilo, czego nie mam pojęcia jak zmierzyć, bo wiecie, worek jest w tym czymś z siatki metalowej i ma klapkę, a ja braki w wadze… no ale, z powodu śnieżnego kryzysu, który listonoszowi nie przeszkodził, po prostu koleś zostawił auto i z buta doręczał pocztę na zakopanych uliczkach, podobnie panie od gazet – ale to wiecie, kobiety, one zawsze znajdą jakiś sposób… takie jesteśmy. Nie znaczy, że dostaną kwiatka na 8 marca… choć w dzisiejszych czasach takie kwiatki to prośba  proces, albo coś…

Nigdy nie wiadomo.

Ale wracamy do śmieci. Ordnung przyszedł od jakiejś ichniej, na pewno samozwańczej i niekoronowanej królowej śmieciarzy, no wiecie jak wszyscy oczywiście rzecznika mają, w spódnicy, że mamy se wsadzić je w worki dodatkowe, a oni zabiorą wszystko… ekhm, choć drogi są przejezdne od tygodnia już, to oni sobie odczekali tydzień, więc choć mamy niewiele śmieci, to jednak nawet i my skołowaliśmy se worek i co… i oczywiście, choć nie wywalamy jedzenia, jednak jakoś, pewno to moja babska wina, zanęciliśmy dziką zwierzynę. Kurde!!! Niech mnie ktoś oświeci, jak to możliwe, by na Wyspie, która ma problem szczurowy wysoki, wybitny i bardzo pokrętnie silny, wzrastający… śmieci walają się pod domostwami? Oczywiście jak ci coś rozerwało worek to ci śmieciarze nie zabiorą śmieci i masz przesrane…

Chowaniec ganiał nasze po podwórku!!! Dzielny facet.

Śmieci oczywiście ganiał, nie szczury.

No ale dziś wzięli!!!

Ten foch czułam przez ściany obmywane skąpym deszczem. Serio… po prostu chciałam iść i przeprosić za to, że firmy pakują wszystko we wszystko, tudzież cokolwiek!!! No i wiecie, że w ogóle śmieci istnieją i choć butelek nie mamy, a i plastiku mało, szkło też do recyclingu, papier też… no wiecie, jednak coś leci do tego kosza. Nie da się kurde wszystkiego przeżuć.

Nie trawię celulozy!!!

Na razie spokój na tydzień.

Czy w piątek się pojawią, to tajemnica, którą może uda mi się odkryć jeśli tylko z nerwów, że zmuszam kogoś do bycia śmieciarzem, nie wywinę orła. Znaczy wiecie, nie kojfnę. No bo naprawdę!!! Jak śmiem!!?

Wpatruję się w szczątki śnieżne i żal mi ich… tak sobie topnieją lekko górą już zabrudzone… lekko już takie zleżałe, bardzo takie ubite. Patrzę na nie i się żegnam z nimi. Bez urazy, jestem mega wdzięczna za oną prawie tygodniową zimę, choć słonka mało było, prawie wcale i szronu, szadzi i innych tam też nie, ale jeśli chodzi o sopele, to znalazłam w swoim rozmiarze!!! Serio, takich gigantów, możliwych, bo domki u nas w sporej większości bardzo niskie, więc i stalaktyty i stalagmity i stalagnaty powstały… aż można zmierzyć im stratygrafię. Aż można… ech, niesamowite są nawet jak tak powoli sie skraplają, powoli bardzo, skąpią wody…

A teraz co?

Wiosna już?

Spod śniegu wylazły kwiatki całkiem niepotrącone. Znaczy wiecie, nieponiszczone, tudzież nawet nie gniecione. Odprasowane, tafla lodu zniknęła i tylko na murku dumnie pręży się, również topniejąc, popiersie na poły Andersena, na poły pierun wie jakiego dziwaka ze skąpą fryzurką z kawałeczków traw zeschniętych. Niesamowite, gdy tak człowiek z daleka patrzy, ale z bliska lekko creepy! Że też się komuś chciało.

Że ja o tym nie pomyślałam!!! Ech!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żałobny Trel… została wyłączona

Pan Tealight i Nazwij mnie…

„Przychodzili do niej też po imię.

Jakoś tak… jakby była jakąś dwunogą chrzcielnicą, tudzież Księgą Wszelkich Imion… a może i była? Przedwieczny nie do końca pamiętał, czy czasem czegoś takiego niegdyś nie stworzyli, a potem zapomnieli, bo w końcu jak można pamiętać o wszystkim? On jakoś od dawna uświadamiał sobie od czasu do czasu, momentami, nawet tymi dość radosnymi, tymi pełnymi kolorów, że nie pamiętał… nie pamiętał tak aż wiele. Ale z tym było mu łatwiej. Jednakowoż, coraz częściej zdawał sobie sprawę z tego, że większość z tego, co zapomniał, łączyła się z nią.

Jednak… czy dlatego do niej przychodzili?

Łapali ją w sytuacjach intymnych, gdy sikała za drzewkiem i tych, w których kompletnie nie była na myślenie o nazwach przygotowana… gdy naprawdę nie chciała z nikim rozmawiać, gdy serio nie chciała się z nikim spotykać, gdy naprawdę miała zbyt wiele nad głową, w niej i pod nią. Gdy wcale nie chciała rozmawiać. Mówić. Plątać się w słowach i mieszać zdaniami.

Po prostu nie chciała, ale oni…

Tak bardzo pragnęli być nazwani… mieć imię. Może i dziwnie brzmiące, ale ich własne, na zawsze. By sobie je wygrawerować na tabliczce przed domkiem, wpisać w annały, podać rodzicielce. By zwyczajnie spersonalizować swoją porcelanę, albo wiecie, wyszyć je sobie, wyhaftować na ręczniczkach… chcieli imion. Chcieli nazwy, określenia, a może i samego nazwiska? Chcieli, by je stworzyła i o prostu dała im początek, bo tak naprawdę, bo tak naprawdę to był początek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Oficjalnie zaczęła się odwilż… chociaż akurat w tej chwili chyba znowu pada śnieg, ale już taki wiecie, deszczowy i mokry. Za to wczoraj… przyznaję, że wyłączyłam ogrzewanie, tak słonko dawało. Po prostu nie można było wytrzymać. Polazł oczywiście człowiek w oną dziwną pogodę pełną mgły i słońca, nie do końca świadomy tego, co może oczekiwać, bo przecież… bo przecież lód, no i one głębokości, te zaspy, mokrość pod nimi, te ukryte krzaki i wykroty wszelakie…

Idziesz ostrożnie i otula cię dziwna, świetlista mgiełka. Niesamowita, nadająca światłu dziwną miękkość, ale i nieokreśloność, która na zdjęciach wygląda jak gruby filtr wymazujący wszelkie zmarszczki. Zaspy poznikały. Wciąż jeszcze sporo śniegu, ale tam, gdzie go nie ruszano objętość zmniejszyła się o połowę, tam, gdzie go było niej znowu tańcują ranniki i przebiśniegi.

… więc przez pola. Bo dlaczego nie. Ścieżką oczywiście, łapiąc ostatnie sople na drewnianej szopie, wsłuchując się w ich przeraźliwie odliczanie. Bo to nie jest muzyka, nie, to coś bliższego zegarowi przyczepionemu do bomby, tudzież rąbanego zamachowcy, który w imię jakiegokolwiek boga zrobi wszystko. Byle ino był ten jakiś bóg, wiecie, bo bez niego nie ma zabawy. I bez obietnicy, którą podobno ów bóg przekazał. Dziwna ta wiara ludzi w ludzi, że do jednych bozie przemawiają, a inne olewają. Czy naprawdę niczego wam to nie mówi? O nierównościach, o boskiej przebiegłości i okrutności? No serio, nadal się na to wszystko łapiecie? A w drzewa nie chcecie wierzyć bo co, bo nie krzyczą? Ależ krzyczą bardzo, tylko że oduczyliście się słuchać…

Ale na razie jestem ja i mgła… ja i trzecia osoba, pierwsza i ta środkowa. Skończona boskość we wszelkich odmianach. A co? No kto mi zabroni? A nawet jeżeli, czy powinno mnie to obchodzić? Nie. Dlatego leżę w ostatnich śniegach i cykam i zaspy i lodowe rzeźby i kwiaty, a potem idę w morze… bo znowu sobie gdzieś poszło. Serio, ostatnio to morze coraz częściej gdzieś sobie idzie. Ja już nie wiem. Leziesz i leziesz i leziesz suchą butą daleko, coraz dalej, aż do skał zwykle otoczonych falami, do ostatnich lodowych cukiereczków, do tych głazów, które przypominają teraz gałki mlecznych lodów. Ale bez wanilii.

Czystych, nietkniętych…

Dziwnie tak stać w morzu i nie w nim. Na morzu i na nim? Na wodzie, nie do końca, na skale, też nie, bo pierun wie co to jest… czy tylko odchody, czy mieszanka skalna, czy jakaś pulpa, która stwardniała? Dziwne to, ale i fascynujące. Niesamowite. Piękne i tak rzadkie. Tak trudne, by złapać to, uchwycić kamerą…

A potem w port, mijając tych, którzy lubią moczyć się w wodzie z patykami. Akurat mają przerwę, więc popijają co mają, no przecież nie będę im zaglądać do kubków, coś zagryzają, śmieją się… a rybki czują już pod łuską, że nadszedł ich czas. Może nadszedł ich czas… no wiecie. Może i ostatni kuter zniknie z Wyspy za kilka lat, ale czy znikną ci ludzie w gumowych ciuszkach? Pewno nie. Nawet jeżeli niczego nie złapią, to jest chyba w tym staniu jakieś uzależnienie. W onym czekaniu, wiecie, chwyci, czy nie chwyci, złapie się, czy zerwie jednak… a może puścić rybkę?

A może…

W porcie prawa strona zdaje się być miniaturową rzeźbą Finlandii. Serio. Betonowy mur oplatają sople i lodowe plecionki. Jakby człek nagle pojawił się w tym magicznym, budowanym co roku hotelu lodowym. Po prostu baja. Niska może, wiecie, wyraziście miniaturowa, ale jednak ta biel, szklistość i śliskość… niesamowita. Ktoś wyrąbał wąską ścieżynkę, ale tylko do połowy, więc dalej… ślizgam się na sam koniec. Tam, gdzie woda i słońce wyczyściło beton ale jednak zostawiło sople i te niesamowite głazy. Oblodzone, na czubkach jeszcze obśnieżone… Po prostu niesamowite.

I te szczebelki…

Szczebelki, po których wsuwasz się w toń w letnie i ciepłe dnie i wieczory… ech! Widzieć to tak bardzo oblodzone, tak grubo wciąż zabielone, jakoś tak sprawia, że lato zdaje się być czymś dziwacznym. Czymś niemożliwym. I może znowu wróci zima? Może te kwiatki znikną? Może…

No dobra, wiem że nie, ale…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nazwij mnie… została wyłączona