Pan Tealight i Najeźdźcy…

„Przybyli.

Wyglądając groźnie, z wielkimi, metalowymi statkami, z dziwną światłością, burzeniem horyzontalnej czystości i minimalizmu. Z tą srebrzystością, maskowaniem, maciupkimi bojami porozrzucanymi dookoła…

Z onym złudzeniem, że są tutaj, tak blisko, a przecież wcale ich tutaj nie było, byli daleko, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wiedziała… wiedziała lepiej. I choć nie widziała, widziała więcej. I była pewna, że to znowu nie jest dobry znak. I to na dodatek kolejny takowy.

Ale co mieli zrobić.

W końcu oni tylko ćwiczyli.

Jakby można było ćwiczyć sobie ot tak zabijanie. Ot tak planowanie niszczenia krajów, światów, zabawy z bronią, dźwięki wszelakie, oddziaływanie na ludzi… może i ptaki nie spadały z niebios, ale jednak wrony były niespokojne, a jak one były niespokojne, więc i podenerwowaną była Wiedźma Wrona. Wiedźma nader szczodrze ostatnio karmiąca wrony, które szeptały jej do uszu dźwięczących kolczykami historie…

Historie z wielkich, metalowych statków.

I pontonów…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziwna pogoda” – … opowiadania. Specyficzne opowiadania. A raczej nowele… trochę dłuższe, głębsze, zawsze z przekazem. Ale ja tak bardzo chciałam powieść.

Tak wiem, moja wina, nie doczytałam i tyle.

A autora cenię i uwielbiam, więc… tak szczerze, nie żałuję. Bo to pióro, te osobowości, one historie… oj, tak bardzo by się chciało by były dłuższe, by były bardziej rozwinięte, by były ze mną na więcej. Więcej czasu, więcej chwil, więcej, po prostu więcej. Bo bez urazy, lubię nowele, opowiadania też, ale jednak wolę dłużej i więcej.

Rozmiar ma znaczenie.

Na szczęście książka znowu jest przyjemną cegłą, grubą, pięknie wydaną, więc wiecie, choć czyta się ją bardzo szybko, to jednak wciąż warto. Warto poczytać dobre pisanie, choć niektóre pomysły mogą się wam wydać znajome. Ale przecież niektóre myśli ujęte w lekko inne ramy mogą odkryć przed nami inne strony… człowieczeństwa.

Bo autor znowu czepia się człowieczeństwa.

I dobrze!

Jemu to wychodzi niesamowicie!

Kudosy też dla tłumacza!!!

No dobra, walę to!

Ktoś zepsuł mi horyzont!!!

Serio! Nie dość, że manewry, to jeszcze na dodatek niemiecka bandera tak wielka, że w cholerę brzoza ma tło dziwne. Wiecie, ta brzoza, co to kiedyś stała mi przed oknem, a teraz jakoś tak w oddali mruga z falami, no i onymi wojskowymi shipami. I jeszcze ci nurkowie. Dziwne plamki na niebieskości.

Tylko te ich pontony i boje pomarańczowe.

Niby człek wie, że przecież to tylko ćwiczenia i takie tam, ale jakoś coś w powietrzu wisi i nie dynda nawet. A wietrznie dość było przez czas jakiś. Nawet znowu popadało, nawet znowu coś pociemniało, nawet jest ta jesień, ale wciąż nie dostałam takiego dnia pełnego onej ponurej jesienności.

Wiecie… co kto lubi.

LOL

Ja czekam na mroczne wieczory, poszumy deszczów, one zielenie odmieniające się, bo co jak co, ale na razie się lenią. Lenią się tak bardzo, że olewamy wszelkie ostatnie imprezy jesienne tutaj, za kilka dni zaczyna się czas ferii, wię wsio zmienia się w Halloween, a potem już Jul i koniec roku i znowu człek nie wie…

… gdzie ten czas zleciał.

Odleciał może?

Na wakacje poleciał?

Nie wiem, ale jest to wkurzające! Czas zdaje się być czymś, czego już nawet nie można ogarnąć. Niby mamy technikę, mamy zegarki, kalendarze, ale to wszystko pędzi tak szybko, że nie daje się siebie przemyśleć.

Choć to może i dobrze?

Tylko te statki…

Może w rzeczywistości to ich wina, że czas tak pędzi? Może to one coś kombinują z continuum? Albo gorzej, zapomnieli to zrobić? A może coś pokręcili z jakimiś liniami magicznymi, a może Syrenice się wkurzyły, a może…

Można serio kombinować z teoriami, ale prawda jest jedna. Nagle przymuszają człowieka do niemarnowania niczego. Ni oddechu, ni chwili na drzemkę, nie, ciągle coś rób, twórz, bądź… żadnej celebracji naprawdę, a jak już, to chwila tylko no i koniecznie na pełny regulator, a ja… ja się gubię.

Wiem jedno, farba się nie może zmarnować, więc w weekend malowanie. Jak się uda, to się uda, jak nie, kanał trochę. To w końcu już dwa miesiące w nowym domu. Nie, wciąż się nie przyzwyczaiłam, a z drugiej strony obydwoje czujemy się tutaj tak, jakbyśmy mieszkali tu od zawsze. Z drugiej strony, w tym miejscu żyjemy od tak dawna, że już nie pamiętam, a może nie chcę pamiętać przed…

… a może nawet zapominam, by nie cierpieć, tego co działo się w Mold Husie…

Wiecie, bo złe czasem dobrze zapomnieć, szczególnie jeśli nie można mu przypierdolić w ryj patelnią. Najlepiej ciężką, no i wiecie, taką odporną na plamy. I raczej jednorazową, bo już nic z nią nie zrobię. Będę się brzydzić, więc… jakby co, to czy ktoś chce używaną patelnię? Ino raz?

Pytam na zapas!

PS. W sprawie kupowania domu na Wyspie, powinnam napisać coś więcej, ale tak szczerze, to człek dziwnie się czuje. Wiecie, cała ta sprawa prawno-bankowo-pożyczkowa jest jak w innych miejscach. Tutaj przebiega szybciej, bo przecież ludzie się znają. I dlatego zalecamy wzięcie pośrednika, który, jak nasz, zna wszystkich. Oraz ich słabe i mocne strony, a jednocześnie zgrywa cichą myszkę. Genialna opcja. Co do danbolig’u… ech, z jednej storny uwielbiam szefa, ale koleś, który nam się trafił, typ kochanka starszych pań, wiecie, takiego, co każda babcia mu ciasto od razu piecze, był naprawdę kompletnie nieodpowiedzialny i niedoinformowany. A to jest niedopuszczalne. Błędy, który popełnił, to co się stało przy przejęciu domu, to co odkrywamy teraz… i to, że dziś przywlókł dupę z butelkami dwiema wina… ma na minus. Bo wiecie, z winem do mnie… ekhm. Research się robi. A co jakbym była AA?

Jakoś gluten to wielka sprawa, a coś tak równie istotnego nie?

Nie wiem… za to dom, wciąż czuję się tu jak na wakacjach, z których zapomniałam wyjechać. Z przerwami na robotę. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Najeźdźcy… została wyłączona

Pan Tealight i Nowa Dziewica…

„Okay.

Dobra.

Rozumiała eksperymenty, ale właśnie w tę stronę? I to przez Mikołaje? Serio? Co to ma być? Nowa ofiara na Jul? No niby cztery kończyny ma, ale koślawa strasznie, zabiedzona i brzydka bardzo wybitnie. Ale miała cycki.

Serio je miała.

Wielkie.

I to sześć par, a może i więcej, bo ciuchy na sobie workowate miała, tylko rozchylone na środku, główkę schowaną częściowo pod kapturem niczym gotowy koszmar na Halloween. Nic z Samhain niezwiązanego… związanie tego ze świętem duchów i welonem się roztwierającym byłoby…

Abomination!

Obrzydliwością, wstrętem i wszelakim paskudztwem była, ale jednocześnie, dla Wiedźmy Wrony Pożartej i czymś… dziwnie znajomym. Czymś co już znała. Czymś, co chciała od siebie odseparować…

A potem zniknęła.

Jakby wiedzieli, że uczynili coś, czego nie powinni byli i po prostu, zwyczajnie, jakoś tak zamietli ją pod dywan. Jeszcze było widać pod nim wzgórek, ale malał on z każdym biciem serca. Czyjegoś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mglisty czas.

Deszczowy czas.

Kurna, jak tu wysuszyć pranie, jak na zewnątrz daszczka brak. Potrzebny nam carport. Niestety. Tak naprawdę potrzebne nam wiele rzeczy, ale ponieważ, niczym jacyć newledsi wpadamy w sroczy zachwyt nad widokiem, światłem, jasnością i przestrzenią – wynikającą z braku mebli, ale wiecie, jak żyło się kurcze w piwnicznym, wilgotnym zatłoczeniu, nagłe oddychanie na wzgórzu… jest zaskakująco overwhelming.

… więc na razie człek tak się żyje…

W życiu by nie pomyślał, iż problemem stanie się dla niego widok, a ten mamy awesome and amazing. Naprawdę. Na te pola, na te drzewa, na one dachy i morze przede wszystkim. I nagle… jak tu pracować? No jak? Bo to kurcze strasznie rozprasza. Tworzysz sobie historię w głowie, przenosisz ją klawiszkami w eter, a tu nagle coś przejeżdża, ptaszek przysiada na wciąż kwitnącej gałązce i…

… umarł w butach.

Gapisz się.

Pewno jest to tak, jak inni patrzą na TV, ale nie posiadam, nie oglądam, nudzi mnie, od razu bym chwyciła za książkę i w ogóle, więc… ale widok za oknem. Te zielenie bleknące, starzejące się… one pola lekko zaorane, niektóre wciąż zielone. One dachy, ta spokojność, czy niespokojność, trzy sarny w ogódku, skurczybyki moje drzewka młode zeżerają, ale jak je kurde jakoś tak wygnać.

No nie da się.

Nie… nie mogę.

Gapię się.

Nagle już nie klikam, a może i klikam, w końcu człek jakoś tak opanował oną prędkość podobno Kałasznikowa i wszelakie celowanie, no więc może moje palce dostają jakieś mózgi i same sobie piszą, a ja na morzu nagle zawieszam oko, a nawet i dwa… bo widzicei, pojawił się niemiecki jakiś tam okręt wojenny.

I kurna stoi tak…

I jakoś się nie rusza.

I to stoi już od kilku dni w jednym miejscu, nocą jaśnieje niczym rąbana choinka na morzu, za dnia, miejmy nadzieję, nie smrodzi nam do wody… naprawdę mam nadzieję, że kurcze nie nabrudzą.

Bo już dość tego zasyfiania Bałtyku!!!

Basta!!!

A potem sikorka i rudzik i pliszki… nie no, nie da się tak, w końcu i dłonie jakoś tak zawisają nad ciemnością klawiszków i już mam przerąbane i nagle łupie mnie w głowie i wiem, że wiatry nadchodzą większe jakieś i już… nie wiem, strach dziwny człeka czasem ogarnia jak tak wieje, a czasem nie, więc człek nie wie, który z wiatrów łupnie go w Wyspę i… no jakoś tak nie wiem…

Czy ten okręt się ino chowa, czy nie?

A może na coś czekają?

A może prowadzą tajne badania dna? Albo, co gorsza, to ryją nam już ten tajemny tunel wojskowymi, skradzionymi Ufokom mocami? Ekhm, no co, X Files kocham nadmiernie!!! Niestety. Lekkie, mocne tam, zboczenie i tyle.

PS. Tiger zamknięty. No tragedia na Wyspie. Może otworzą znowu po przeprowadzce jeszcze w tym roku, ale i może nie… nie wiem. Takie to dobijające, bo w końcu miejsc do kupienia czegoś tam mamy mało, więc… pewno, powiecie, że szajs, ale przyznam, że ramki mocniejsze mają niż te z IKEA.

Sprawdziłam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowa Dziewica… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniana Niewinność…

„Całkiem zapomniana, właściwie nawet i porzucona, przyczołgała się ze zdartymi kolanami, kucykami, uśmiechem lekko szczerbatym… ale wiecie, zgaszonym takim. Choć naprawdę się starała, w onej wychudzonej dziewczynce z kokardkami w kropeczki czerwone, z fartuszkiem do nich pasującym, z uszami nieprzekłutymi, ale ozdobionymi zwiędłą stokrotką…

W tych łokciach wystających i policzkach pucatych dziwnie, przeczących chudości całego ciała. W resztkach koronki i inicjałach A. A., które zdobiły chusteczkę do nosa z wyrysowaną na środku żółtą kaczuszką, rzeczką i drzewkiem…

W tych malutkich stopach nagich, nawet nie obutych w łapcie jakieś, jakby pogubiła je gdzieś i nie chciała już po nie wracać. W tym prostym, srebrnym łańcuszku na szyi z czerwoniutką truskaweczką i lalką, która jako jedyny element byla opakowana miejscami w papier pakowy. Przewiązana sznureczkami, na kokardkę plątanymi… ino główkę jej było, szmacince, widać.

W tym wszystkim nie dało się zobaczyć ni ponad oną niewinność.

Zapomniana Niewinność.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w mieście wciąż ludzie.

Wydawałoby się, że gdy się ochłodzi, to będzie ich mniej, ale nie, wciaż jeszcze są. Znowu jakiś osobnik, do którego nawet się nie zbliżyłam obkrzyczał mnie coby mu zdjęć nie robić, a potem molestował słownie, dzięki czemu zwiększę sobie ilość barbiituranów i znowu nie będę wychodzić z domu, a może…

Bo ostatnio jest źle.

Niby człek zawsze był psychiczny, ale to tutaj uciekł, bo ludzie mieli być podobni, bo mieli rozumieć i tak dalej, ale wiecie, wszędzie ludzie to ludzie. Zuo i ból wszelaki. Nawet jak starasz się ich unikać, uciekssz przed nimi, to jakoś tak, jakoś tak i tak jakoś cię dopadną. I sprawią, że poczujesz się gównem.

A może tylko ja tak mam?

Kiedyś mnie policja poinformowała, podpierając się badaniami psychologicznymi, że zwyczajnie jestem taki typ. Chłopiec do bicia i tyle. Mam cierpieć. Wiecie co, gryźcie się w dupę!!! I tyle. Wyjdę znowu i znowu pewno oberwę i będę głośniej śpiewać i jeszcze bardziej się od wszystkich odsuwać, a może…

Może czas znaleźć inną wyspę?

Bo to miejsce zaczyna się zmieniać… i to w bardzo złą stronę. Jakoś tak, jeszcze bardziej, może jednak… może trzeba? Ale gdzie, co i jak?

Jak?

Nawet już nie wiem, czy wciąż kocham to miejsce, a było to coś, czego byłam naprawdę pewna. Za bardzo mnie skopano i sponiewierano. A może… a może tylko tak bzduram, wiecie, psyche spaprana, więc wymyśla co jej się tam chce. Co jej tam płyny i soki na myśl przyniosą… może to to?

A może…

Nie.

Agresywność ludzi, którą można obserwować na tak niewielkiej przestrzeni, w tak odmiennych stanach ich świadomości, na takiej przestrzeni czasu, to doprawdy materiał na doktorat. Albo i dwa.

Czy trzy nawet…

Co tam, habilitację się od razu walnie!!!

A przecież, przecież człek powinien odczuwać szczęśliwość… czy coś w ten deseń. No dobra, nie umiem być szczęśliwa, ale choć jakaś radosność, czy coś? W końcu jesień jest, dni czasem nawet są mroczne i szare. Milusie, że nic tylko się w nie wtulić, nawet deszczu trochę popadało, więc wiecie, to jest to.

Mój czas.

W końcu słońce bawi się z mgłami tak magicznie, liście się zmieniają, ale wciąż są ludzie. Rzucający się na ciebie bez powodu. Bo przecież widać teraz coś takiego jak przestrzeń osobista nie istnieje, czyż nie?

Winię za to intetnety…

Rozbestwiły ludzi i wydaje się im, że serio wyglądają jak na onych wyfotoszopowanych, przefiltrowanych fotkach i pierdolą onymi nibymądrymi sentencjami. Niczym jakieś Kwaczki z Kwaczkerskiego Zakonu Przemądrych Kwaczek. Naprawdę. Każdy teraz od razu poeta, artyzm wielki, dowcip, wszelakie dobrodziejstwo dla ciebie… i plasterek i modlitwa i jeszcze na dokładkę dieta, która sprawi, że przestanie cię tak kosmicznie wzdymać.

Czy też wydymać…

Ale te mgły jesienne.

Muszę je złapać aparatem i żaden arabskiego pochodzenia koleś z dziwną łódką, co to rości sobie prawa do zagłuszania mej spokojności mnie nie powstrzyma. Nie dam się brodaczom. Tym golonym też się nie dam!!!

Pieprzcie się!!!

Ale już najbardziej mnie wkurza, że chcą mnie pouczać o szkodliwości telefonów i tak dalej… mnie, człeka bez telefonu. Wielce to podobno teraz modne, nawet tutaj. Wiecie, mieć telefon bez intenetu, jeszcze dodatkowo nie mieć mediów społecznościowych i oczywiście głośno wszędzie o tym świat informować.

Buahahaaaa… co wy wiecie o życiu bez pipkania, cieniasy!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniana Niewinność… została wyłączona

Pan Tealight i Nietraktor…

„Nie był traktorem, więc… go nie pokochali.

Ale orał, więc go znosili.

Kim był?

Koniem. Koniem na rąbanej wystawie starych, śmierdzących traktorów, które postanowiły sobie poorać jeszcze raz. Udowodnić innym, że mogą. Że jeszcze wciąż coś w nich gra, że nawet tego, czy tamtego odmalowano… niewielkie, w porównaniu z tymi modernymi i wszelako szpanerskimi, wprost krasnale.

Staruszki z kierowcami o laseczkach, z wyziewami zdolnymi pokonać każde płucka, a jednak… jakieś takie z duszą, niczym małe szczeniaczki, niczym smrodliwe bobaski wszelkiej zwierzyny. No wiecie, to coś, co jest takie, że zabić tego się nie da. Że po prostu nie można, że… a jednak…

Tak bardzo nieekologiczne.

Smrodzące i głośne.

A on… on zaorał przyznany mu kawałek, ciągnąc za sobą i człowieka i ustrojstwo, i jakoś tak, po prostu stał potem, w lekkiej oddali, mając dość naprawdę tych hałasów, wszelkiej pobudliwości. I jadł sobie trawę. Bo wiecie, to go napędzało, a tam jeszcze były stokrotki, trochę pokrzywy i mięta nawet!

Nietraktor.

Niewystawowy.

Dziwnie niewidoczny… ale jak kurna zostawi po sobie co i nieco tam gdzie te krzesełka jury rozstawione, to na pewno by go zauważyli, jednak…

… po co.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Morze…

Nawet jak cuchnie to piękne.

Tak to już jest, że morze czasem nie pachnie… eee, no wiecie, onymi morskimi różami, a raczej moze pachnie właśnie nimi, ino przetrawionymi, lekko się już na brzegu rozkładającymi, nie brązowymi żółtawymi z plamkami czerwieni, ale szarymi, zakrytymi piaskiem… no wiecie, smrodliwe to strasznie.

A i tak pachnie.

Bo to przecież morze. Coś, co po prostu trzeba czuć, słyszeć i widzieć i wszytsko najlepiej jednocześnie. Czasem oczywiście można zamknąć oczy, ale nic to, czasem można próbować zamnknąć uszy, ale się nie da. Albo i nos można, choć nie, ten smrodek przetacza się przez człowieka i w nim zostaje, a jednak… a jednak jest okay. Jest normalny, naturalny i jak kilka fal przebiegnie, to wiecie…

Zniknie.

I tyle.

W życiu są smrodliwe sprawy, ale czasem dobrze przywołać falę, może i wysoką, wielką, może i ogromną, żeby, wiecie, żeby po prostu pozbyć się zapachu.

A morze teraz, jeśli niesmrodliwe się wam trafi, to jest jesienne. Najpiękniejsze. Czyste wody, w nich one brunatnice i inne porosty, algi, wodorosty, jakkolwiek to nazwiecie, kolory. Wzburzenia fal większych lub bardzo mniejszych. I jeszcze są te patyczki wyrastające z wody i terenów podmokłych, które tracą swoją zielonkawość i bawią się w żółcienie, brązy i czerwienie. Takie to wsio na tle błękitnego nieba i niebieskości morskich, wciąż zmiennych, szaleńczych, zaskakujących…

… piękne.

Po prostu piękne.

Tym razem może Dueodde?

Dawno nas tu nie było. Ludzi wciąż trochę jest, ale jednak to już nie czas leżakowania, a woda, chociaż temperaturkę da się wytrzymać, to jednak, wiecie, ten smrodek. No nie da się. Tutaj akurat rzadko wyrzuca takie ilości zielska i sporadycznie można je przyłapać leżące tak długo, ale jednak.

Tym razem nam się udało.

Najpierw jednak.

Trzeba było przejść się po onym nowym pomoście, który teraz dochodzi daej, miejscami jest kompletnie nieprzejezdny, a na dodatek, ku mojemu zadowoleniu… zarósł. Serio. Brzózki po bokach stworzyły niezły szpaler przez oną suszę. I wiecie co, super to jest, ale pewno nie przetrwa długo.

Już słyszę piły…

Ale na razie mamy oto najpiękniejszy dowód na to, że przyroda ma gdzieś to co Polacy wrzucili nam do wody, ona sobie wzrasta.

Bo co ma innego robić?

W końcu najwyższym nakazem wszelakiej biologii jest rozwój, rozmnażanie i produkcja większej ilości ziarenek, zasiedlanie, mnożenie, by było więcej ich, więcej i jeszcze więcej. A co… taki zapis genetyczny.

Normalność…

Dueodde ma to do siebie, że jest płaskie. W lecie zwię je patelnią, bo wiadomo, nie dość, że piachu tyle i poza wydmami przepięknymi ino płaski, cudownie miękki podkład, to jeszcze woda, by się zanurzyć, zmusza nas do przemierzenia połowy kilometra nim da się popływać. Ale co dla kogo. Na pewno to miejsce dla młodszych.

Czy dla mnie, nie wiem, przeraża mnie czasem.

Niezależnie od zapachów i fal.

Ale i fascynuje.

No nie dogodzisz kobiecie no!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nietraktor… została wyłączona

Pan Tealight i Golas Ubrany…

„Widzicie bo on chciał.

No naprawdę!!!

Bardzo chciał, ale jakoś tak… naprawdę wewnętrznie to czuł, ale… no jakoś nie do końca mógł. A i pogoda się wiedzie, zjesienniła. Wszystko się schłodziło, no i to spojrzenie tej wiedźmy. Co to patrzyła na niego, jakby wiedziała, ale jednak na razie decydowała się milcześ i tyle. Ale na pewno, jak najbardziej miała zamiar kiedyś wykorzystać to przeciwko niemu…

A może jednak nie?

Nie wiedział.

Nie mógł być pewien!

Ale jednak, czyż nie powinien był zwyczajnie, w końcu otworzyć się na świat? Przecież to nie było nic złego, zresztą i tak nie wychodził z domu, więc… kto komu i jak? Czasem ot ino do ogródka, bo buraczki i cebulki, no i oczywiście jeszcze te kapustki, i brukselki trza było przecież plewić.

Nie mogły zarastać.

Najbardziej kochał te po pierwszych przymrozkach, choć te na Wyspie rzadko się zdarzały.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Traktory i morze…

Te strajki klimatyczne… nie wiem, ale kompletnie nie rozumiem. Jak w ogóle można strajkować w takim temacie? Można napisać coś do przedstawiciela w parlamencie, można okupować dziwne fabryki, protestować w miejscach frackingu… ale przecież to nie jest coś, czym pochwalicie się w mediach społecznościowych, co nie? Nie, to robią starsze panie. To one starają się powstrzymać koparki i inne maszyny, to one są ściągane z dróg przez dziwnie zawstydzonych policjantów…

… popatrzcie, co dzieje się w UK.

Ale strajk klimatyczny?

Wielkie spotkanie by pomachać flagami, papierem, by pośmiecić… i co z tego? Nie lepiej zamiast wciąż kupować nowe ciuchy i telefony dosadzić drzew? Pokażcie swoje ogródki przydomowe, bo przecież wiem, że tutaj, na Wyspie, wielu z was je ma, ale nikt w nich nic nie robi, co nie? No przecież, młodzież, dzieci… nie mogą pracować. Ale strajk, oj pewnie. Jak to fajnie brzmi!!! Ja strajkowałam by studiów nam nie zrobili płatnych, ale wiecie, to było w czasach troglodytów i słoni na trąbach, na różowych trycyklach, jeżdżących, więc… kto tam pamięta one czasy?

Nikt…

Wtedy sadziliśmy drzewa, lasy całe, no i zbieraliśmy kamienie i ziemniaki z pól. Tia, dawne czasy. Bardzo dawne. Ale strajk to mniej potu. No i paznokcie na pewno się nie połamią. Serio… Czy jestem przeciwna młodym krzyczącym, że źle jest, nie. Ale nie rozumiem dlaczego krzyczą, a potem sterczą pod sklepem po kolejne buty dziwnego osbinka co jest Jezusem i chce być prezydentem.

Trudno to połączyć…

Trudno też połączyć wielką zbiórkę w Danii na rzecz sadzenia drzew oraz wycięte drzewa w okolicy, czy właśnie… traktory. Stare, śmierdzące traktory ze starszymi panami pod moimi oknami, biorące udział w hygge oraniu.

Tia, dosłownie.

Taki smrodliwy wyczyn zafundowano nam w Melsted.

Na wielkim polu, które i tak trzeba nędzie zaorać raz jeszcze.

I tak, jak najbardziej rozumiem spotkanie starszych panów o laseczkach. Wzruszyli mnie, ale czy nie mogli się ino spotkać, bez kilku z maszynami. Albo, no serio, nie mogły to byc konie czy woły? Serio, jeżeli wszyscy mamy być tacy klimatyczni i znowu dowalą nam podatków, to tak, krzyczę! Walę te strajki! Chcę lasu na polu, który zaorali! Chcę więcej drzew i mniej starych aut oraz głośnych motocykli!!!

Ale przecież kto by tam usuwał stare auta czy bikerów, co nie…

Tia…

Uświadomiłam sobie, że najnormalniejszą rzeczą, którą widziałam w tym roku były… golasy. A dokładniej byli. Wiecie, grupka chyba znajomych chłopaków, na rowerach, zatrzymali się w porcie i popływali sobie. Bez telefonów, średnio głośno, no tak jakoś tak, wiecie, jak to drzewiej bywało. Tacy dziwnie normalni. Nijak straszą. Ni śmiecący, ni przylepieni do swoich ajfonów. Tacy… gdyby przenieść tę scenę, to pasowaliby do onych traktorów, do przeszłości każdej.

Serio.

Wtedy zamiast rowerów mieliby… rowery.

Hmmm… cóż, nie wiem co z tym światem, ale jeszcze raz ktoś będzie gloryfikował Danię za wybory środowiskowe, przypomnę wam, że lasy na Wyspie są dość świeże i isteniją wyłącznie dzięki walce jednego człowieka. Znienawidzonego przez wszystkich rolników wtedy żyjących i pracujących tutaj. Pewnie podobałoby się im ono wycinanie drzew teraz… gdzie się nie obejrzę, znikają brzozy i dęby…

I ja.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Golas Ubrany… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Zaskoczenia…

„Popatrzył.

Bacznie.

„Chcesz mnie?” zapytał ją wprost. Jakby już najzwyczajniej w świecie, bez kuli kryształowej i wizji, znał odpowiedź. Jakby może… On nie wahał się w ogóle, jakby w jego słowach było już zapewnienie, jakby to wszystko, całe te słowa i dźwięki, które miał wydać, a może tylko te, które wydał z siebie…

… nie miały sensu, bo przecież on wiedział…

Ale ona…

Po pierwsze nie lubiła takiej bezpośredniości.

Tak, to sobie koleś do krowy pośledniej i to nie tej z loczkami i grzyweczką i brązami złocistymi w boczkach… możesz, pomyślała, ale na razie nic nie powiedziała. Po prostu na niego patrzyła. Wiecie, no zaskoczona. Bo nie dość, że się nie spodziewała chłopa obcego i nagłego pod swoimi drzwiami, o wzroście nader mikrym i tłustych, przerzedzonych włosach, lepionych w tagliatelle…

To jeszcze się wystraszyła.

A jak ją ktoś wystraszał, to ją albo murowało, albo zaczynała śpiewać głośno, albo… no właśnie, albo była miła. I chyba właśnie ta ostatnia opcja się jej załączała… ale jeszcze wszystko mogło się zmienić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

A czemu nie?

Dawno nie było… więc chodźcie na skały, może akurat się trafi, że żadne ludzie mnie nie przyłapią, nie będą czegoś chciały, choćby obrazić, zwyzwać, czy coś takiego. Bo ja chyba serio wydzielam te fluidy, o których gliniarze gadali, ale wiecie co, trenuję… trenuję chmastwo ostatnio. I ojojojoj jacy ludzie nagle obrażeni jak dostają to, co sami mi rzucili. Wiecie, prezent zwortny.

Ech…

Ludzie wszędzie tacy sami i tyle.

Choć u nas na pewno umęczeni tym sezonem, który był tak ciężki i jeszcze oną suszą, co wciąż trwa, rzeczki serio nie istnieją, alo istneiją ino w ciurkającej postaci. No serce się kraje i wykrwawia w nie od razu. Zwierzyna tyż marnie wygląda, ale morze wciąż piękne, już jesienne takie, więc najpierw, mijając nieliczne ogrody, bo wiele domów zmieniło właścicieli, wiele drzew wycięto, aż zbyt wiele, więc nie łapcie się na one duńskie zbiórki kasy na lasy. Serio. Wycinają wszędzie dookoła piękne, stare i młodsze brzozy na przykład, bo wiecie… pylą… ja nie mam więcej pytań.

Serio.

Tlen widać tyż im pyli…

Ale idźmy.

Najpierw port w Melsted. Znajome łódki, ino dwa golasy, co zażywają dipa małego w morzu, a potem spierniczają z powrotem do ciepłego domu. W Danii 25 stopni to tradycyjna temperatura by załączyć ogrzewanie. Chyba jestem Innuitom. Serio… dla mnie dobra zaczyna się poniżej 10…

… a już na minusie to raj…

Mniam!!!

Ale łóki najpierw… znajome są. I te pląsy barw na wodzie, no i ona spokojność dopóki pies na mnie nie napadł, a wiecie, ludzie zawsze tacy kurwa rizbawieni, oj przestraszył, oj szczeka, oj rzuca się, oj nie gryzie przecież. Nie no, cżłonki mam, to, że ja jestem teraz w pracy nie jest wytłumaczeniem bo dla Duńczyka za mały mam obiektyw na fotografa, więc jakby był jakiś sponsor, to pragnę wielkiego obiektywu.

Do zdjęć wszelakich.

Z aparatem…

Uciekam.

Chcę gdzieś uciec, ale gdzie, na szczęście ono wzgórze ponad Melstedem, co prowadzi do Gudhjem zarośnięte i ludzina nie chce w krzaki jeżyn się pakować. Ja wolę jeżyny i bolesność niż ludzi. Zawsze ostatnio…

Tam przynajmniej one skały, prawie marmurowe miejscami, w tych barwach mlecznych i kremowych i te żyły kwarcu, niestety nazbytnio eksplorowanego i jeszcze granity i rubiny i ametysty, choć maciupkie, ale jednak… i niewielkie krzewinki i wzrastające dołem drzewa, które jakoś czerpią i z tej drobiny ziemi i wody nieśłonej, jakoś dają radę i ona pustka i tylko to morze w dole i wiodk na Svaneke i domy poniżej i zatoczki i kształty skał, które zdają się ciągle zmieniać i nagle człek może się schować.

Choć na chwilę, bo cywilizacja na widoku.

Wiatrak za plecami.

Ale na chwilę jestem tylko ja, ptaki, fale i chmury na horyzoncie, które zaraz popędzą mnie do domu, bo pranie wisi. No co, możesz se być archeologiem i artysą, ale pranie trza zebrać przed deszczem. A to, że światło przed deszczem tak zniewalające, cóż poradzisz, musisz jakoś trafić we wszystko i zdążyć…

… więc jeszcze chwila na skałach by kości rozprostować, bo po wspinaczce bolą, kolce powyjmować, kolana przetrzeć bo znowu by złapać dziwne ujęcia przecież i klęczałaś w pyle i leżałaś i w ogóle…

Pranie znowu trza będzie zrobić.

Codzienność.

A tak ludzie człowiekowi onej morskości zazdraszczają. Hihihi… nie no, sama sobie jej zazdraszczam, ale ona taka wymagająca. Ciągle musisz ją macać, wskakiwać w nią i w ogóle, czycić wszelako. No musisz, nie da się inaczej. Przecież co będzie jak sobie pójdzie, obrazi się i w ogóle…

Lepiej czycić.

Spacerowo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Zaskoczenia… została wyłączona

Pan Tealight i Matka Innych…

„Przyszła do niej… Matka Innych.

Wiecie, ta sama, która zjawia się, gdy dorastacie i nagle nie rozumiecie, dlaczego wam się nie trafiła jedna. Jakaś tak dziwnie normalna, chociaż w miarę, nie ponad, jakaś taka… chociaż będąca. Wiecie, matka. Takie coś, co wielu i dzieciom i dorosłym brakuje. Wpływ na dorastanie, wszelaka boskość…

Matka Innych.

Nie chciała z nią rozmawiać, przecież miała swoje doświadczenia, więc miała prawo wyboru, więc mogła, była dorosła, no przynajmniej metrykalnie… tak to dzieciak uciekający przed dużymi ludźmi, który wciąż chciał ino zabawki, i to jeszcze takie specjalne, nie jak wszędzie…

Nie chciała jej tutaj.

Nie chciała żadnej.

Kiedyś myślała, że Wyspa będzie jej matką, ale teraz już nie ufała nikomu. I Pan Tealight zaczynał się bać. Jak kiedyś, gdy decydowali, czy ziemia ma być na dole, niebo na górze, czy wszelkie stworzenia mają jeść się wzajemnie, czy jednak myśli winny płynąć, czy skakać może…

Bał się…

Dlatego zaprosił Matkę Innych, ale chyba nie był to dobry pomysł. Wiedźmy Wrony Pożartej nie skusił nawet naukowy aspekt istnienia takiego bytu. W ogóle ostatnio tak ich unikała, że…

… chyba tęsknił…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przyznaję…

Ten wrzesień jest chyba najchłodniejszym, najbardziej jesiennym jaki tutaj widziałam. A przynajmniej, jaki pamiętam, wiecie… to już jednak trochę lat. Nawet pada czasem. Niewiele wciąż, ale jednak. Kurcze… a człek już się przeraził, że te ostatnie dni sierpnia takimi zostaną i tak dalej.

Ale na szczęście wszelaka jesienność już tu jest.

I nawet liście powoli tracą oną swą radosną zielonkawość i zaczynają przechodzić w tę zielonkawość ciemniejszą, bardziej leniwą, oną znoszoną zielonkawość, która wie dobrze, że w końcu może przestać udawać i być bardziej złożoną kolorowością. YAY! Tak wiem, ludzie marudzą, a ja nie. Ha ha ha!!! UUUUuuu znowu zawiało. Wieje ciągiem od dłuższego czasu, ale nic to, przecież to normalność, ale jednak wciąż człek się uczy jak to jest z tym nowym domem. Z nowymi dźwiękami, z nowymi zapachami, z nowymi… nowymi…

… no wiecie, nowymi wszystko!!!

I wciąż jeszcze łazi i głaszcze ściany…

I nie wierzy.

A może wierzy, ale jednak jakoś nie?

Już nie wiem. Wiem jednakowoż, że jesienność czuć w powietrzu, kościach i wszelakiej zamyślności. Człek gapi się jakoś inaczej w okno, dłużej tak, z tęsknotą… i widzi one pola w oddali i drzewa i gardy, które pewnie już nie są takie jak drzewiej bywało, ale jednak na zewnątrz wiecie, nie do końca to widać. Może i nie ma krów na każdym rogu, czy tam innej żywizny, ale jednak…

Mury pamiętają.

Ciekawe jakie jesienie one mury pamiętają?

Hmmm?

Jesień.

Kurde, jesień i poniżej 10 stopni? No serio? Może jednak film „Pojutrze”, czyli opowieść o dość zaprzeszłej teorii klimatycznej – wiecie, „Time” z poprzedniego wieku, który pokazywał pingwina i wszelaką, mroźną białość, może ów film jednak będzie naszą codziennością? Może jednak nie będzie Hawajów?

Hmmm?

Zimno…

Może będzie ten lodowiec i tak dalej? Może znowu nauka dostanie w nosa? A raczej ludzie, bo myślenie to myślenie, a krzyczenie to krzyczenie i tyle. Każdy chce być sławny, to widać. Nawet biedni naukowce. Chociaż ja nie. Jakoś nigdy kariera sławnego badacza mnie nie pociągała, wolę swój grajdołek i myślenie…

Czysta naukowość.

Ale jesień…

W Skandynawii zaczyna się od pierwszego września, o czym już pisałam, i serio sklepy potrafią się zamykać właśnie dokładnie tego dnia. Niektórzy są lepsi i wiecie, jadą rokiem szkolnym, który tutaj trochę inaczej się buja niż w reszcie Europy. Niby nic w tym złego, a na pewno coś bardziej klimatycznie odpowiedniego. Jesień może nie przynosi od razu lamp z białym światłem, które wcale nie są aż tak popularne u nas… a raczej ono pozwolenie na wszelaką depresję pororoczną.

I tyle…

Jesień.

Bo jesień normalna jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Matka Innych… została wyłączona

Pan Tealight i Ten zza burty…

„Znowu na promie.

Znowu buja.

Ech, Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała, że Pani Wyspy nie lubi, gdy ona opuszcza Wyspę, ale jednak… zbyt wiele było ostatnio nie tak.

Zbyt wiele.

I jakoś tak nie mogła już tam być. W miejscu, gdzie zbyt wiele zginęło, zbyt mało się narodziło, wciąż coś było nie tak, wciąż coś się burzyło, grzmiało, wszelako stawiało się jej okoniem, szczupakiem czy karasiem. No zwyczajnie jakoś tak, po prostu już nie mogła i chciała choć na chwilę…

Pobyć na trochę innej ziemi.

Z drugiej strony, czy tak naprawdę była to inna ziemia? Niby inaczej mówili, ale dawało się ich przeczytać, niby inaczej się uśmiechali, ale wiadomo było, że to ci sami ludzie, takie same straszności, mroczności i niepotrzebności. Tak, te ostatnie w szczególności. Bez nich i z nimi, inaczej nie można było żyć…

Ale jednak, coraz częściej Wiedźma Wrona Pożarta myślała o tym, że to, co jest teraz nie jest tym, co powinno być. I zastanawiała się, czy nie straciła czegoś najważniejszego… czasu. Ale czy żałowała naprawdę…

Nie…

Czy była wciąż Wiedźmą Wyspy?

Nie była tego pewna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ostatni” – … naprawdę ostatni. Koniec. Więcej nie będzie, chociaż… kończą w takim momencie, że nic już nie wiem.

Nie wiem co myśleć, co powiedzieć.

Cała akcja się rozleciała, rozpłynęła, nie znaczy to, że nie jest ciekawie, ale wszystko się urwało, nic nie wyjaśniło, więc… o co chodzi do krucafuksa? Bo one po jednej stronie, lustra wciąż nas kłopoczą, ten nie żyje, ten żyje, a na dodatek oczywiście wszyscy wiemy, że będzie jakaś ostateczna bitwa, bo wszystko do niej prowadzi, więc…

Nie ma niespodzianek.

Jest lekki wkurw, bo cała ta historia ma gigantyczny potencjał. By być większą i pełniejszą, ale jakoś rozjeżdża się na pierdołach, nie dopracowuje się w dobrych, istotnych momentach, przede wszystkim, na taką ilość bohaterów, którzy wciąż nie potrafią się zdecydować kto dowodzi… jest za krótka.

Mocno za krótka!!!

I jeszcze historia przed… zdaje się być tak zajmująca, że aż samej mi się chce ją dopisać. Bo co się stało naprawdę z tymi ludźmi, jak powstaa flaga, czemu, po co, co teraz? Sztucznie stworzony problem? No i Kowal?

Serio?

Nie rozumiem.

Ale na pewno każdy powinien przeczytać, by samemu ocenić.

Z 5 tysięcy książek zostało mi kilka. Dokładnie 6 chyba… tak, czasem tak bywa, że mieszkacie w miejscu, które potajemnie wyjada wam książki, a wy… dostajecie schizy, gdy się o tym dowiadujecie, więc…

Przyjmę książki. Nawet Harry’ego Pottera mi zjadło i załego Tolkiena… i Pratchetta… ech… nie chcę o tym myśleć. Na razie odzyskałam to.

Plus dwie nowości!

Jak tak człek dłużej popatrzy, to naprawdę jest to dziwne.

No wiecie, ta podzielność horyzontu, gdy patrzy się na niebo i morze i akurat trafi się dzień, kiedy one są kompletnie różne kolorystycznie. Góra jasna, bliżej jej bieli niż błękitowi, a dół, ciemny, zdecydowany, jasnogranatowy. I nagle czuje się człek jakby siedział w jakiejś misie, która w połowie jest oną połączoną niebieskością i w polowie niebieskim i polno-leśnym zaburzeniem pełnym…

… zaczynającej się jesieni.

No bo to już ten czas. Jabłka już upadły na ziemię. Niektóre ktoś zjadł, inne znowu wróciły do gleby. Wciąż jeszcze gdzie niegdzie jakieś boróweczki, jakieś winogronka, jakieś jeżyny, ale zjadaczy niewielu. A co… ptaki też jakoś niezbyt chętne na to, wolą czatować na żarcie po ludziach. Wiecie, widać smaki się zmieniają. A w ogródkach oczywiście karmniki. Niektóre to czynne przez cały rok!!!

A poza tym wiatr…

Wieje, duje i ogólnie mówiąc trzęsie wszystkim nadal.

Ciekawe, że jednak ono uczucie siedzenia w misce, te wszelkie otoczenie, to, jakby morze naprawdę było wygiętą membraną otaczającą nas przynajmniej od dołu… no wiecie, nawet z tymi wiatrami, nie mija. Szczególnie, jeśli człek klika przez kilka godzin i tak wiecie, kątem oka zerka ino, co tam na zewnątrz się dzieje. Że kurde listonosz jakiś nowy i na dodatek kurde w dziwnych porach przyjeżdża.

O co chodzi?

Co znowu za zmiany?

A może tylko falistość morza ponownie opóźnia nasze kontakty z kontynentem?

Wiatr…

Misa.

Wszelako myśląc o wyspie jakotakiej, każdy się pyta o oną klaustrofobię. No nie wiem, ale nigdy jej w tym akurat aspekcie nie spotkałam. Nie przytrafiła mi się, a mam z nią pewne, niezbyt miłe doświadczenia. I nazbyt częste. Może to dlatego, że tak naprawdę człek tego świata na co dzień doświadcza w małej objętości? No i tak serio, to nawet jakby się uparł eźć i dzień i noc, to może w kółko, albo ścieżynkami pośrodku, albo ino brzegiem, albo sobie wymieszać to wszystko i jakoś tak…

No nie.

Nie czujecie się przytłoczeni ni wodą, ni horyzontem tak odległym, ni na przykład nim całkiem zanikniętem, nawet jak ciemność kompletna opada na nas, to wciąż nie… bo ciemność jest normalna.

Chociaż kurde…

… chociaż naprawdę głęboka i obecnie napiernicza pełnią… wkurzające takie światło nadmierne, jak już człek się zaczyna zacieszać oną mrocznością, która opada nie w okolicach północy, ale normalniej.

Wiecie.

No wieczorem…

Ona ciemność cudowna, chowająca to, co świat uznaje za niedoskonałości, a ty za coś, czego naprawdę nie widzisz, czego naprawdę nie unajesz za coś znaczącego, co masz gdzieś, a co nagle jakoś w oko świat kole… hmmm, kurde, no przecież sam siebie nie widzisz, te lustra pieruńskie to serio źródło wszelkich niemocy własnych, więc… po co to sobie robimy. W korze drzewa też można się przejrzeć i ono…

… ma gdzieś mój wielki nos.

Fajnie!!!

Serio, ten wiatr doprawdy mi mąci w głowie. Nie lubię tych psychicznych powiewów i podmuchów, a jeszcze zmęcony z pełnią księżyca… koszmar!!! Albo wiecie, kolejny dom tudzież lepsza łódź dla psychiatry. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ten zza burty… została wyłączona

Pan Tealight i Kasztan…

„Jeden jedyny upadły… bo reszta, jakby naprawdę nie chciała opuścić drzewnej matki i zażyć wolności, wciąż jeszcze wisiała.

I była całkiem niedojrzała.

A przecież to już koniec września, więc gdzie miejsce na kasztanowe ludziki, na one dziwne plemię, które rodzi się, pląsa, a potem, jakoś tak, albo wysusza się na amen, albo wiecie, zapuszcza korzenie i jakoś tak…

Tak jakoś samo staje się drzewem.

Ot, koło życia.

Ale teraz, koniec września, a tutaj wciąż ich nie ma. Czyżby w tym roku Kasztanowy Ród nie miał się odrodzić? Czyżby kolejne plemię, cudowność jesienna, jakoś tak zanikła, nim jeszcze ktokolwiek ją dobrze poznał czy nawet zauważył? Jakoś tak Wiedźmie Wronie Pożartej tęskno się za nimi zrobiło, za tym ich klekotem, za oną cudowną gładkością świeżych kasztanów, że aż sama poszła sprawdzić, pod jeden z ostatnich Kasztanowców, oszpecony przez ludzkie zachcianki…

I znalazła tylko jedną kulę, która upadła.

I to wciąż niedojrzałą.

W środku tuliły się do siebie wciąż w połowie białe biźniaki, niechętne światom zewnętrznym, niechętne wszelkim spotkaniom i przemianom. Po prostu chcące spać dalej i nie wzrastać. W ogóle…

Wiedźma je rozumiała… też to czuła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak sobie teraz myślę, że…

Przecież mieszkając we Wroclawiu, wliczając jeszcze korki, człek spędzał ponad godzinę by dojechać do IKEAi, teraz jedzie i płynie, ale czy czasu tak wele mniej mu schodzi? Nie. Zwyczajnie zmienił środek transportu. Na bardziej, ekhm, no wiecie. Szczególnie jak spoglądam na to powweekendowe morze i wspominam weekendowe, gdy to wycofali Maksa, chociaż już był na morzu… ten strach ludzi…

Nie, dziękuję.

Naprawdę mnie szokuje jak ludzie zajmujący się na co dzień transportem morskim, mogą tak bardzoe nie szanować mocy i zmienności Bałtyku. Przecież to jedno z dziwniejszych i doprawdy trudnych akwenów. Nie pływa się po nim pudełkami po zapałkach wypełnionymi samochodami i ludźmi.

Nie!!!

No ale, dzieś będzie o Szwecji, bo przecież wiecie, jak człek chce czegoś to musi tam. Nie dość, że korona szwedzka nisko stoi, to jeszcze mają sklepy. Ha ha ha!!! No wiecie, takie, jakich my nie mamy. Czyli właściwie wszystkie. Nie oszukujmy się, w końcu u nas dzicz i to jest piękne!!! Cudowne i należy to zachować, a czasem zwyczajnie i po prostu wybrać się za morze… i już. Tak wiecie, normalnie.

Najpierw Ystad, ale tutaj tylko ICA.

ICA to sieć sklepów, takich w styu naszych z Coop sieci. Wiecie, niby jest wszystko, ale… wystęują w takich różnych rozmiarach i czasem z tak zróżnicowaną zawartością, że naprawdę można poszaleć. Niektóre mają z przodu większe kwiatowe czary mary, inne znowu tylko kilka doniczek na krzyć. W niektórych oczywiście kupicie znaczki, w większości niestety nie… no taka polityka poczty, która wkurza.

I która jest i naszą pocztą.

Ale…

… potem jakieś dziwne miejsca, które dla mnie zdają się ostatbio egoztyczne, wiecie, te pola sklepów wielkich, w których właściwie wszystko i człek nagle, zaczyna… odczuwać strach, że go to zje wszystko i potraktuje dziwnie…

A potem Malmö, któremu naprawdę warto dać szansę. Szczerze!!! Podobnie jak Lund potrafi zaskoczyć jeszcze bardziej, ale tak jak Lund zaskakuje od razu, od pierwszego zerknięcia i znalezienia miejsca na siku… tak Malmö trzeba dać szansę… trzeba się trochę przełamać, trzeba trochę więcej połazić, poszukać i naprawdę omijać dziwne obrzeża, ale nie te ostateczne, bo te są dzikie…

Ale…

Widzicie, jadąc przytłaczają was te bloki, szerokie ulice, jakiś taki zwyczajny brak czaru. No miejsce, gdzie ludzie pracują i sypiają, ale… ale jeśli tylko zatrzymacie się, niełatwa sprawa, ale czasem się udaje znaleźć gdzieś jakieś miejsce, no i nie boicie się chodzenia, wtedy… ech, wtedy w końcu możecie znaleźć naprawdę niesamowite miejsca. Szczególnie na tym ryneczku z muzykantami.

O tak, to dobre miejsce, by zacząć, ale też i spędzić tam ponad godzinę spoglądając wyłącznie na kamieniczki i te detale architektoniczne. A są one fascynujące. Szokujące, bo jakoś tak nie rzuciły się wam w oczy. Albo te szklane, zdawałoby się współczesne koszmarki, ale to tylko zmyłka, bo pod tym kątem to wyłącznie lustra, które mają odbijać oną pięknotę przeszłościa.

Te dachy, te balkoniki, wykusze, te łuki…

I nagle, kurcze, gubię się.

Wlazłam gdzieś, między domy, ale tak ściśnięte, że co chwilę jestem w czymś jak rąbane atrium, ale zarazem i stoliki kawiarniane i jeszcze z góry zwisają sie na mnie roślinki z balkonów, kurcze… czyli co, to jednych podwórko innych knajpiarnia? Jak ini tutaj zachowują jakąś prywatność i zen spokojności?

Naprawdę?

Ale samo przejście, które przypomniało mi trochę Sukiennice… jest niesamowite. Szkoda tylko, że nie było puściej, bo miejsce na zdjęcia, perfekcyjne. Miejsce na wszelkie sesje, eksperymenty ze światłem…

Tylko ci ludzie…

Ech…

Człek tak bardzo lubi mury…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kasztan… została wyłączona

Pan Tealight i Krztuśny On…

„Podobno nie zarażał, ale kurde…

Wiedźma Wrona Pożarta nie wierzyła skurczysynowi. No co. Nie spodobał się jej od pierwszego krztuśnięcia!!! Wiecie, takiego mocnego, pędzącego najpierw dziwnym pomrukiem z Dalekiego Niewiadomego, o którym serio nie chcecie mieć pojęcia, by w końcu dotrzeć gdzieś w wyższe trzewia, przełykowe czy już nawet one nazbyt bliskie ust, szaleńczo gardłowe i zabrzmieć, wybrzmieć, może i nawet nosowo lekko… prosto na ciebie. Nigdy obok.

Albo co gorsza…

… najpierw przez dłuższy czas gulgotać, niczym uwięziona mityczna potwora w gardzieli niewielkiego, pomarszczonego osobnika z fajką za uchem i fajką za paskiem, i trzecią jeszcze w zębach…

No naprawdę można ją zrozumieć, czyż nie?

Zresztą nie tolerowała palaczy.

Jak se kopcili w piecach, czy wiecie, gdzieś tam w zamkniętych pudłach, coby to do niej w ogóle nie dochodziło, to okay. W onych dziwnych domach pokrywających się powoli, lub i szybciej, dziwnie żółtym nalotem, który w końcu, z czasem, zdawał się falować i tworzyć wszechświaty bardzo zmienne, atakujące kieliszki i małe łyżeczki, szczególnie te srebrne. Wiecie, najsłodsze… Jak robili to gdzieś daleko, gdzie nie miało to na nią wpływu, choć przezieć planeta kulą, więc co odchodzi to przychodzi i wsio wspólne tak naprawdę, boleśnie, a już powietrze…

No więc, nie przypadli sobie do gustu.

Przynajmniej z jej strony.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dobra.

Płynę…

Wiecie, z tanimi biletami jest tak, że kupujecie w ciemno. Znaczy w ciemną pogodę, ale… jak kogoś nie stać, tudzież zwyczajnie musi akurat tego dnia, to… pogodę macie losową. I niekoniecznie taką, jak pogodynka mówi. Możecie dodstać powiadomienie na telefon, że promu nie będzie, że fale za duże i tym podobne. Możecie dostać powiadomienie, że miast pudełkiem od zapałek dostaiecie Hammershusa czy Poula Ankera… którego uwielbiam, promy większe, wolniejsze, ale dostosowane do tego akwenu o wiele lepiej niż te Ekspresy czy Max… jednak… czasem po prostu podjeżdżacie i nie wiecie, czy będzie czy nie i co będzie… albo czego nie. Czy nie powiedzą wam w ostantiej chwili, dziś nie obsługujemy. No zwyczajnie nigdy nie macie pewności. Dzięki czemu nasi karykaturzyści mają tyle pracy. Serio… co rysunek to coś o Molslinjen.

No ale…

Podjeżdżadmy…

… pudełko na zapałki stoi już gotowe. Piątek rano, więc kopy lud nie ma, ale już wiemy, że wieczorem będzie nadbagaż i aut i ludzi… taka wiecie, koniunkcja, pogoda, klimat i tak dalej. Dodatkowo pełnia, więc… A skąd wiemy? Bo bilet o stówkę droższy. Ha! Co, myśleliście, że kurde tak łatwo jest?

Nic z tego.

No ale… jest pudełko na zapałki, pozwalają wjechać, kapitan życzy miłej podróży, więc wiecie co… jakieś przeczucie we mnie telepie się, klekoce pustymi oczodołami i jeszcze czuję jak mu zęby szczękają, a potem się łamią i wypadają.

No nie…

Coś jest na rzeczy.

Na początku ino buja.

Wiecie, tak lekko buja. Niby coś spadło w kuchni, ale ludzie rzucili się na żarcie, to wciąż mam jeszcze nadzieję, że może się onemu mojemu przeczuciu coś przewidziało, czy inaczej. No wiecie, tabsy na chorobę morską, znaczy Boski Aviomarin tak zadziałał… w końcu przecież kto by tak żarł o szóstej rano?

No serio!!!

Z drugiej strony oni tak zawsze.

W sklepiku promowym oczywiście nikt nie uznaje tych tam praw w stylu tu alkoholu nie wolno, tu czekolady nie, wiecie, samowolka na ałego, dzieciarnia wybiera spod uchylonych stojaczków czekolady i wpierdzielają ile wlezie. Alko chyba raczej nie, ale może i nie widziałam…

Kto tam wie.

Dziś to każdy młodo wygląda.

No ale… gdzieś tak w połowie podróży nagle statek ogarnęła szarość dziwna, deszcz zaczął chlustać, no i się zaczęło. Z prawej na lewą, poten w taki wodny lej, a potem… no właśnie, dźwięk onego pawia był dość… zaskakujący.

Dziwny nawet.

Muzyczny.

Rodzina przed nami, taka 2 plus 2 nagle doświdczyła wylewu wszekich wnętrzności ze swego, chyba starszego syna. Co dziwne, młodszemu zeżarte wcześniej słodycze nie wyszły. Może trza było go inaczej nadusić, czy coś? No ale… bujało nieźle. Do samej Szwecji już właściwie, więc się ciszej zrobiło i ludzie przestali łazić po pokładzie. Przed samym wjazdem do portu poleciałam do klopa, pustego nawet… i wiecie, numer jeden, nic dziwnego, nic zaskakującego czy gorszącego, ale… jak już się zebraliśmy i zaczęliśmy się przeciskać w kierunku auta oczom naszym, zaspanym, ukazała się OGROMNIASTA kolejka do klopa.

Tego, co dopiero pustym był…

No i to tyle z podróży, jakby co. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krztuśny On… została wyłączona