Pan Tealight i Ofiara Znajoma…

„W odróżnieniu od onej, pamiętnej Ofiary Nieznajomej… która szczerze była gigantyczną suką popapraną, a myśleli, że taka wykształcona będzie, z zagramanicy wiecie ją przyciągnęli, zapłacili tyle, komplikacje jeszcze były, więc wiecie, no mieli prawo myśleć, że taka wyopiniowana będzie, ogólnie mówiąc doskonały egzemplarz z najlepszej szkoły… zapłacili za nią…

Nie była za darmo!!!

I co?

I kicha.

Nieznajoma narobiła im takich problemów, że naprawdę się zastanawiali się nad tym, czy w ogóle ryzykowć znowu. Ale przecież, no trzeba było, bo jak tutaj utrzymać image istot nieokiełznanych? Jak inaczej być oną świadomością, która popiera, wspiera, wszelako jest za i w ogóle, a czasem przeciw…

Odpoczęli od ofiarnych mszy i spędów wszelakich.

Od szat i tych tam…

… kapturów.

Ale w końcu trzeba było się zebrać. Przecież już i jesień szła. Powoli, bo powoli, ale czuli już jej aromat… nie tylko na plecach. Chociaż Wiedźma Wrona Pożarta twierdziła ostro i niezmiennie, że poczuła Zimę, to jednak…

Zima mówiła, że jest na innej diecie, więc jej nie czuć.

A Jesień?

Była spakowana i miała na sobie serio wystrzałowy strój… wersja taka Dexter zmieszany ze stacją epidemiologiczną.

Ale w listki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

On wczesna czterdziestka…

On drugi w połowie swych lat pięćdziesiątych.

Pierwszy zaatakował drugiego młotkiem.

Wynik marny, pacjent w stanie ciężkim przewieziony do Kopenhagi, nie wiadomo, czy przeżyje, ale oskarżenia młodszego były mocne. Zatruwanie, nękanie… czy mam rację, że jest w tym czterdziestoparoletnim osobniku choroba psychiczna, no weźcie, to ja… oczywiście, że mam rację. Ale czy moje podejrzenie dotyczące zaniedbań, które się wyraziście i mocno pogłębiają jeśli chodzi w ogóle o zdrowie mieszkańców tutaj, jest prawdziwe… no wiecie…

Eeee… z własnego przypadku… tak.

Czy będzie gorzej?

Już jest.

Karetki jeżdżą jak szalone. Słyszałam już tyle syren, że wystarczyłoby na dziesięć lat co najmniej. Psy ujadają… a jeszcze kilka lat temu było to nie do pomyślenia, szaleniec z helikopterem sprowadza człowieka do poziomu gówna…

I każe się mu z podeszwy zlizać.

To nie tak, że jest źle, jest koszmarnie.

Tragnicznie nawet jeżeli chodzi o coś takiego, jak człowieczeństwo. Wiecie, one wszelakie normy moralne, nawet zwyczajową grzeczność. Powinnam powiedzieć, że może tylko ja to tak widzę, bo przecież łagodnie ujmując jestem stuknięta, ekhm, chronicznie i klinicznie, ale jednak, no weźcie no… empatia… a ja „zupa z Azji”.

Hmmm…

Co ja tu robię i gdzie moja planeta?

Nie mam pojęcia co się dzieje ze światem.

A może tak było zawsze?

Nie no, kogo próbuję oszukać?

Nie bójmy się prawdy, to, co kiedyś było wyłącznie, piętnowanym wszędzie, złem internetowym, jakoś tak przeniosło się na zewnątrz. Ludzie są straszni, okrutni, pazerni i wycofani egoistycznie… hmmm, chyba powinnam się zacząć zajmować nazewnictwem czynności i zachowań homo sapiens novinkus. Naprawdę… jak już ich nazwałam, to czemu mam się nie pobawić antropologią kulturową onego wybitnie, szalono pokręconego gatunku?

No kto mi zabroni.

LOL

Przecież i tak nikogo to nie obchodzi.

Kompletnie, nie oszukujmy się. Każdy chce chce chce… niszczy i miażdży, wszystko jest na sprzedaż, pewne rzeczy nawet już nie uznaje się za prywatność, a codzienność, która winna być lżejsza, jakoś tak przysnęła i zmieniła się w koszmar.

Koszmar tych zwyczajnych, pracujących, spoglądających na większość mającą wszystko w dupie, tudzież innym otworze anatomicznym, w końcu nie możemu dyskryminować nikogo… to na pewno jest dziwaczny trend. Nie dyskryminuj zabijajacego, nie dyskryminuj kradnącego, pedofile, biedne małe owieczki, sarkazm to wszelako nader smutno zapomniana sztuka…

YAY.

Mam ochotę zmienić się w potwora zwyczajnego, co to serio wali wszystko.

Bejzbolem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ofiara Znajoma… została wyłączona

Pan Tealight i Podstępek…

„Zwyczajowy, jeszcze nie wyrośnięty…

Przycupnął sobie na doniczce, w której mieszka wielka palma.

Mieszka na zewnątrz… na tarasie.

Niby chcieli ją wywalić, znaczy poprzedni właściciele, ale jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane stwierdziła, że nie… że jak zostawili, to niech rośnie, niech się trzyma, niech będzie, jeśli chce…

I ona chciała.

Bo czemu nie.

Jeśli tylko będzie po jej stronie, to szczególnie już w tych czasach, naprawdę winno się jakoś tak, zauważać one stworzenia i dopingować je i jeszcze dokarmiać czasem, tym bardziej, że im wystarcza opowieść, czy nawet żart, krótka historyjka, czy pioseneczka i gdzieś mają twój głos, łamiący się strasznie…

Strasznie!!!

No i słodki był.

Wiecie, typ niewielkiego skrzata, ale z bejzbolówką, okularkami przeciwsłonecznymi, dziwnymi, białymi butami, w typie ciżemek i rękawiczkami, równie białymi i oczywiście maseczką mini zwisającą mu z ucha.

I te spodenki z łatami na kolnkach kończące się w połowie łydki, jakoś tak, wiecie, no i skarpetki w paseczki wysoko podsunięte i jeszcze kubraczek, taka kamizelka, ale włochata i koszulka pod nią, z jakimś napisem, ale dojrzenie go… no i to, że on na pewno wciąż się zmieniał, tego Wiedźma Wrona była pewna…

A poza tym, tyle miała na głowie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Najpierw karetka…

Cicha, ale przecież często tutaj po prostu przyjeżdżają by zrobić zastrzyki, czy coś w ten deseń. Przecież to dzielnica raczej ludzi starszych, przecież… więc człowiek się nie dziwi. Po tylu nasygnałowych karetkach jakoś tak, jakoś tak nie ruszyło człowieka… jakoś tak nic nie pocuł, zresztą, wcześniej, w niedzielę, przyjechał koleś kosić trawę za ulicą, więc wrząca spokojność wszelakiej dzielnicy już była zamieszana…

Już wiadomo było, że nic z tego nie będzie.

Że jakoś jednak nagle ogólna, wrząca cisza niedzieli jakoś została kompletnie zakłócona. Co możesz zrobić? Tylko włączyć zimne dmuchanie i po prostu przeczekać. Oddychać i pić ile się da, więc i sikać, oj tak. Tak się robi, gdy ono dziwne wrzenie uderza w Wyspę. Nie można inaczej.

Choć nie, można się wkurwiać na tych wycinających drzewa…

Można.

Ja mogę.

I na to gówno, co poobgryzało mi drzewka, młodziutkie świerki i brzózkę, która przecież właśnie tak pięknie wyrosła…

Mogę…

Okropny turkot kosiarki do trawy przebija się przez wrzenie, dźwięk zimnego powietrza, które dziwnie wcale nie jest jakoś zimne i przez pot i uczucia…

A potem ucicha.

I nagle człowiekowi lepiej.

Nagle…

Nie ma dźwięków, nie ma onego rzężenia, onego dziwacznego buczenia i jeszcze powrzaskiwania młodego zwolennika krótkiej trawy, co to przyjechał z tatą. Bo przecież to niedziela, gorąco, więc mały posiedzi se na ławeczce, poczeka…

A może, nie, znowu brzmi kosiarka, czyli koszenie nie tylko rekreacyjnego kącika… też zabiera się za którąś z posesji. Może miał taką umowę, a może tak naprawdę robi to co tydzień, ale przecież susza taka okropna, więc, no wiecie, więc może zwyczajnie człek jeszcze nie zaadoptował się do tych powtarzalnych dźwięków…

Może?

Nie wyłapuje ciszy…

Zapomina o karetce…

Chowaniec zauważa przyjeżdżającą policję. I teraz, teraz nagle wszystko się zmienia. Kompletnie. Impreza poprzedniego dnia, może ktoś przypił, no wiecie jak to jest, czasem się zdarza, czasem nawet i więcej, wiadomo, ciepło, ludzie szaleją bardziej, niż wiecie… zwykle…

Ale najpierw odjeżdża karetka.

Bez sygnału.

Potem policja po godzinie, może dwóch…

A potem dziwnie cichy facet od kosiarki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podstępek… została wyłączona

Pan Tealight i Firanka…

„Widać, nie, wcale nie widać.

No może trochę widać, ale tak właściwie, to kurna świństwo tak zaglądać komuś w okna, no chyba… no chyba, że się podziwia właśnie ją. Tylko i wyłącznie. Ją. Ten splot, one refleksy, te cienie rzucane, oną sztukę prześwitywania, prześwietlania i zabw wszelakich ze światłem i odbiciami…

I jeszcze oczywiście biel.

Chociaż podobno istnieją takie kremowe, czy jakieś tam barwne, prawda jest taka, iż Firanka Prawdziwa winna być wyłącznie biała. Biała śnieżno biała, wprost wpadajaca w one zimne odcienie niebieskości wszelakiej, lekko sztywna, dopiero z czasem może i gnąca się pod każdym podmuchem powietrza…

Pachnąca.

Właściwie, podobno ich rasa, podzielona na plemiona, wcale nie dba ni o okna ni o ludzkość wszelaką, czy wiecie, jakieś tam widoki. Są tak zapatrzone w siebie, że nie potrzebują innych, pewne togo, iż ich piękno i misja bycia i niebycia zarazem, naprawdę jest oną enigmą, której wyjaśnienie, rozwiązanie… cóż, dostępne jest jedynie onym wielce oświeconym…

Czy raczej, zakamuflowanym?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Znak kości” – … dopiero czwarty tom… A może już czwarty tom? Bo wiecie, nigdy nie wiadomo. Czasem niektóre pomysły to sprawa kilku odcinków, ale znowu też są i takie, które naprawdę…

Ech…

Bo w tym świecie, idealnie wykreowanym, ale nie opisanym od razu, do końca wyjaśniony w pierwszym tomie, dzięki czemu autorka może wszystko… pojawiają się nie do końca nowości. Mamy wampiry i wikołaki oraz… mamusię. Ekhm, po poprzednim tomie, raczej wiecie dlaczego… Nie chcę wtopić, więc przyznam tylko, iż nasza bohaterka jest raczej w kiepskiej formie.

Ale na szczęście ma przyjaciół.

I to na dodatek i starych i nowych… tylko, czy na pewno wciąż przyjaciół?

Opowieść jest dość pokrętna. Dostajemy masę czynników, które się ze sobą mieszają, kręcą, ogólnie mówiąc do siebie nie przystają, a jednak jakoś tak, no uzupełniają puzzle. Puzzle życia Mercedes Kojocicy, która właśnie jest w dość kiepskiej formie. Szczerze. Ale sobie poradzi, wiecie, jak zwykle…

… kto, jak nie ona?

Tylko ona!

Nie wiem w jaki sposób, ale autorce się udaje wciąż w tym świecie znajdować coś nowego, wciąż coś odkrywać, wciąż włazić głębiej, poruszać bardzo ważne tematy, bolesne nawet, nie cukrować, a jednak… przede wszystkim opowiadać o wspólnocie. Dziwnej i bardzo skomplikowanej, niesamowicie zróżnicowanej, która wciąż gotuje się na zmiany, a jednak… a jednak jakoś sobie radzi.

Wot takie odbicie naszej codzienności…

W przeności…

Choć, może…

Metamorphose by Arne Ranslet…

Rzeźba.

Wracam do niej, często, czasami, bardzo często w myślach… jakoś tak. Jeśli nie wiecie, jest to siedząca przy drzewie, na kamieniu, pod bokiem kościoła skrzącego się swoją żółtością w słońcu tak oczojebnie, że aż mdli…

Czarniawa, ale tak naprawdę skrząca się niebeiskościami i zieleniami…

Starsza pani z torebką i skrzydłami.

W pantofelkach z kokardkami, lekko zamyślona, z włosami zwiniętymi w koczek, taki wyżej, nie na karku, wiecie, spokojny, przedziałek, jakoś taki układny, ale jednak i zrobiony na odwal. Wiecie, jak wtedy, gdy już macie taką super wprawę, iż nie musicie bardo dbać o ruchy… i choć dłonie starsze, może i drżące, to jednak jakoś łatwo tak… bo znacie akurat to uczesanie już od tak wielu lat, że naprawdę…

Ona wciąż ma ramiona, ale po wyrazie twarzy widać, że jest już bardzo wszystkim zmęczona. Lekko skrzywione usta, oczy podkrążone… sukienka zakrywa kolana, ale jakby wstała, byłaby dość krótka jak na ten wiek…

Do tego te pantofelki…

Czyżby czas metamorfozy wymagał właśnie najlepszych, ale i najwygodniejszych ciuchów i włosów mocno przylizanych do czaszki?

W końcu, jak ma się latać…

No właśnie…

Bo przecież ona zaraz poleci!

Wzbije się w ten cały niebyt i odejdzie, w końcu może w miejsce, gdzie może biegać ubrana jak chce i wciąż mieć skrzydła i mieć ostatnie zdanie i jeszcze pogodę taką, jakiej chce, pragnie, jakąś kocha… w miejsce, gdzie będzie królową.

Może i naczelną smoczycą, ale jej to nie przeszkadza.

Wprost przeciwnie.

Kamienie jej nie uwierają, jakby siedziała na puchatych poduchach, a może, po prostu już jest jej tak wszystko jedno gdzie jest, gdzie czeka, może w końcu wie, że to się zaczęło, że się dzieje, więc nie zwraca uwagi na takową niedogodność?

Może…

Nie wiem, ale uwielbiam ją.

Nie znamy się, ona znosi moją obecność i to, że ktoś jakiś czas temu uszkodził jej jedno ze skrzydeł… na szczęście już naprawione. Jakim mutantem popromiennym trzeba być, by uszkodzić taki cud. Siedzącą mądrość, staruszkę, która w końcu staje się sobą. Prawdą i istnieniem dokończonym.

Istotę wszystkiego?

No, jak można było?

Ludzie to tumany kurzu…

Serio… ale ona jakoś tak przynosi nadzieję, że w końcu, jeśli tylko komuś się uda dożyć, co może być trudne spoglądając na ostatnie wydarzenia…

Może się jednak uda…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Firanka… została wyłączona

Pan Tealight i Barachlo…

„Przywlokło się Barachlo…

Jak zwykle definicyjnie i w pełni świadome wszystkiego, zbarachlone, kompletnie nieposkładane, wiecie: ręka tu, noga tam, oczko prawe się lekko jakkoś takoś nie żeby wypadło, odpadło, czy coś, ale ino lekko tak jakoś oderwało, obydwie brewki haftowane krzywo, drugie oczko dyndająco wisi komicznie przy uchu, niczym jakiś, wiecie, moderny wypasiony kolczyk.

Na pewno pieruńsko drogi Szanel jakiś czy cuś.

Kieckę miało na sobie, jakby wiecie, ktoś masę szmat na nim położył, może i miejscami dokleił, czy jakoś tak, zszywaczem do tej jasnej skóry, trupiej lekko… a potem je sznurkiem takim do snopowiązałki, ale bazianym farbkami, wiecie, coby pasowało do tego całego wystroju barachłowego zewnętrza…

Choć, może i wewnętrza, bo wiecie…

Te zszywki.

No ale Barachlo było cudem wszelakim, które kochało Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane i jeszcze z wzajemnością. Naprawdę!!! Tak jak się jej wiedźmia dusza z nikim nie mogła jakoś takoś, wiecie, życiowo i namacalnie dogadywać, więc jakoś to było zaskakujące, iż mocno żeńskie, barwne i wszelako niepoukładane i mające to szcerze gdzieś, zawsze dobite i smutne… Barachlo sprawiło, iż złamała swoją introwertyczność.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra…

Od jakiegoś miesiąca media spekulowały, że nie dość, iż najzimniejszy to lipiec, to ogólnie mówiąc lato się skończyło. W ogóle nic już nie będzie, wiecie, żadnych upałów, ten wiatr nie ucichnie i wszelako już jesień i chyba… i chyba natura słuchała prognoz, bo ptaki zaczęły tworzyć klucze, a liście się żółcić…

A jednak…

A jednak przez ostatnie kilka dnia jakoś tak gorąco i obrzydliwie.

Wiecie, człowiek czuje się oszukany, bo przecież mu powiedzieli, że wsio będzie cudownie i chłodno i tak dalej, a tutaj nagle znowu żar i duchota. I jak tu kurna wierzyć tym mediom? No jak? Seryjnie… nie da się wam mówię, naprawdę się nie da. Ale nic to, trzeba przetrwać i tyle. I chociaż te informacje o jakichś tam radioaktywnościach wciąż w człowieku tętnią, to jednak… no jakoś poszedłby popływać, bo i wiatr ucichł i jakoś tak ino lekka bryza sobie od czasu do czasu zawieje, i jakoś nic poza tym, więc wiecie…

Nie ma fal.

Możnaby popływać, ale jednak…

Coś człeka od morza odpycha. Coś przeraża, coś naprawdę muli, myli, konfunduje… jakoś tak mocno bardzo, jakoś tak silnie. Jakoś tak… jakby wszelako przepiękne, cudowne i fascynujące, jednak mówiło: nie właź, bolę…

Może ma rację?

A może to ja tylko, tylko ja?

W Szwecji mają takie szaleństwo…

… „kräftskiva” czyli specjalne imprezki z morskim żarciem.

Oto wyjaśnienie onej nadmierności dziwnych przedmiotów w sieci slepów ICA. Czyli wiecie nożyków, szczypczyków i czapeczek, wszelakich serwetek i dziwnych rzeczy w raki? Czy to serio są raki?

Nie mam pojęcia, tak wyglądają, ale…

No właśnie, ale… jak czegoś nie wiem, wtedy oczywiście lecę w internety, bo wiecie, książki mi spleśniały… i czego się dowiedziałam, że te raki żyjące na północy i w Europie to raki szlachetne i te zwane sygnałowymi. Podobno skurczybyki roznoszą raczą dżumę. Matko Wyspo! To dopiero nazwa, dwie choroby w jednym. A wiadomo, Bałtyk małosolny, więc wiecie, sygnałowy staje się inwazyjnym produktem z USA… co dziwne, dość niedawo sprowadzonym, w połowie zeszłego wieku!!!

Kurde bele no!

Naprawdę?

Jest jeszcze rak błotny, ogólnie wiecie, rodzina dość skomplikowana, ale… co oni tak serio jedzą? Zwie to się rakiem, ale łapane jest w morzu… wielkie pudła, znaczy się klatki takie zdobią nabrzeża… czasem coś w nich się jeszcze rusza, a czasem… wiecie co, nie wiem o co chodzi. Nie wiem jak to smakuje.

Naprawdę.

Ogólnie mówiąc odpycha mnie mięsowatość, więc mam przegibane.

Szczerze! Ale same raki, jak i wszelakie inne morskie „potwory” mnie fascynują. Nie na tyle by pływać z meduzami, ale jednak…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Barachlo… została wyłączona

Pan Tealight i Kendimen…

„No kurna…

I to w dziurawych portkach, czapce z daszkiem i takim woreczkiem, jak wiecie, noszą ci, co to wybierają się w dziwne podróże. Takim co nie przemoknie i za kija nie wiesz co on tam ma… może torbaczem jest i dziecię swoje nosi…

W końcu to nie człowiek.

Nie… to twór zagrożony wyginięciem.

Może jest ich ze trzech… i chyba jedna babeczka… więc wiecie, trudno się jakoś powiększyć w społeczność, no ale… może i się starają, może i nie każdy chce wiedzieć jak, po co, gdzie i w których otworach, no i czy z papierkiem. No sorry, ale żart z papierkiem jakoś tak zawsze się rzuca sam.

I z lusterkiem…

A tak, lustereczko, lustereczko…

Czyż tam dziwak z cukrzycą boczy się na mnie, nieco?

Chodziło o to, że on szczerze miał dość tej swojej popularności, wzywania i tak dalej. Szczerze. Co to on, Bloody Mary, czy co? Zresztą, jeżeli o nią chodzi, to była na niego wściekła, że wykorzystuje tę samą metodę.

Naprawdę.

A wkurwiona baba, może i duch, ale jednak, wciąż bije mocno…

I boleśnie.

Bo w ogóle, dobra, lubił miętusy i toffee, ale poza tym był introwertykiem i miał Aspergera. Wolał swój świat i siebie samego i… Pan Tealight pozwolił mu na pokój w tym wymiarze Sklepiku z Niepotrzebnymi, gdzie, wiecie, nic się nie odbijało. Kompletnie i dosadnie nic. Mat rządzi!!!

Oj, Wiedźma Wrona Pożarta naprawdę go rozumiała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Żółte pole…

Słońca niczym Lucyfer z nieba zrzucone, wiecie, takie nie do końca widać były doskanałe, czy coś… albo… po best before?

Naprawdę?

Tak to wyglądało.

I cóż to były za kwiatki? Nie wiem… czarne środki z żółtymi okręgami i otaczające je długie, żółciutkie płatki. Wyrastające tak dość wysoko, do kolana… jakoś je znam, znam ten zapach, który wzmaga się wraz z zachodzącym, muskającym je słońcem. Z onymi promieniami, z tym ciepłem, takim nadgorliwym lekko. Aż trzy żółte pola, widać, że nie zasiane tego samego dnia, bo tu już całkiem zdechły, tam jeszcze się trzymają, a tu, obok gospodarstwa, tak przy wjeździe, wciąż świeżutkie…

… i ścieżka między pola…

Inny świat.

Jakieś leśne zagajniki, jakieś krzewinki… i cisza…

Ale… pierwsze pole przylega mocno do niedosć ruchliwej drogi, większej polnej drogi, więc wiecie, mijają je ludzie. Czy kolory zauważają? Nie wiem… drugie zauważyć już trudniej, jakby się chowało, jakby chciało zostać dzikie i odkrywane wyłącznie przez wybrańców, a ono trzecie, ono trzecie przylepione do głównej drogi, oj, nie da się do niego dotrzeć, ale wiecie…

Zoom…

I gra gitara…

Upadłe z nieba słoneczka lekko drżą w cieple i raczej mocnym, dziwnie nie pasującym temperaturowo, wietrze…

Bo wiecie, znowu ciepło się zrobiło.

Nawet bym rzekła, że kurna gorąco.

Według tak zwanej prognozy pogody miało być 22 stopnie, według Google 27 a nawet może i więcej… no i… zgadnijcie kto wygrał… blech, obleśność aury, doprawdy kosmiczna. Naprawdę. Żar z nieba, duszność i tym podobne, ale podobno ma się skończyć wieczorem, więc się zobaczy. I tak szczerze, jakoś tak powiem, chłodna bryza w powietrzu doprawdy szokuje zmysły…

W domu duchota, przeciągu się nie da zrobić, ale wiecie…

Jakoś trzeba to przetrwać.

Tak się człek zastanawia, jak to on żył bez tych zimno dmuchających ustrojstw, ale co tam, pewno młodszy był i w wodzie, balii przed domem się taplał, a potem, jako nastolatek, udawał, że go to nie dotyczy… wiecie… buntowniczy etap jednak. No a później, hmmmm… zawsze były jakieś mury czy cienie, ale tak szczerze, teraz i tutaj, znalezienie zimnych murów to ciężkie jest. A nawet jeśli, to pewno one i tak pokręcone, wiecie, no zadżumione jakieś.

Yyyyyy…

Nie oszukujmy się, Wyspa ma problemy ze szczurami, mrówkami i pleśnią.

I wszyscy o tym wiedzą.

Czy coś robią? A co można z tym zrobić? Nie wiem dlaczego, ale jakoś to seryjnie trudne do wytępienia, więc taka z nas Santa Maria czy inny wielki statek… może i dobrze, że te szczury wciąż na Wyspie są, a nie z niej spierdalają…

Może…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kendimen… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Niepoznaki…

„Dla niepoznaki nałożył kostium maskujący, ale kurde, chyba kupił go w tym no, burdelu, albo nie… zaraz, sklepie dla dorosłych? Tak to się chyba nazywa? Pan Tealight nigdy nie był, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane też nie dysponowała odpowiednią wiedzą, więc… byli lekko zaniepokojeni i obydwoje cieszyli się z problemów wzrokowych…

Ojeblik – mała, ucięta główka za to miała ubaw!!!

I zarąbała mu biczyk!

No tak od razu, wiecie, ona jakoś nie ma ni uprzedzeń, ni pojęcia o wszelakiej własności czy też przestrzeni osobistej… wiecie, urwała się, odcięła od reszty i dokazuje. Bez kary, bo kto skarze główkę?

No szczerze?

Kto?

Ale… cała ona niepoznaka w tej boskości naprawdę nie miała sensu. Bo nadmiar wyrazistości walił po oczach i innych częściach ciała, niekoniecznie onych widzących, jak kurna… wiecie, ten piorun kulisty, z niebios zesłany, boskością wszelaką nasączony… i może o to właśnie chodziło?

No wiecie, że w tej nieoczywistej oczywistości był właśnie niebiańsko pomijany wzrokiem i ona cała niepoznaka, wszelaka jego moc, piękno, błogosławienie i cały ten szum… no wiecie, to wszystko było…

Oczywiste.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mrok…

W końcu robi się ciemno w okolicy 22giej.

Znaczy wiecie, takie nasze ciemno, nie oszukujmy się.

Najpierw coś się robi z niebem, horyzont lekko zamiera, czasem pojawiają się chmury, a czasem… kolory, ale najpierw… lekko wszystko ucicha, na chwilę, moment nawet, jakby grzecznie się kłaniało, a może uświęcało chwilę? Może? Kto to wie z tą całą naturą, no kto to wie? Tak naprawdę? Jak to z mrokiem jest?

Czasem niebo po prostu mrocznieje…

Czasem zwyczajnie ciemnieje, przechodzi przez wszystkie etapy niebieskości, przez one, ukochane przeze mnie, nie oszukujmy się… kobaltowości… pprzez wcześniej ton po tonie błękity wszelakie i jeszcze… aż człek nie wie, czy te kolory to naprawdę, czy jakoś tak mu się w oczach mocno mieni? A może jednak to nie niebo, nie ciemność, a kołdra jakaś, a może welon i ślub co noc się odbywa, a człek nawet o tym nieinformowany…

A może?

A może jednak coś w tym innego jest?

Bo przecież i zapach się zmienia, i ona chłodność, tak bardzo nie przystająca do zwykłych lat tutaj, męczących, jakie mieliśmy przez ostatnie lata…

A czasem dzieje się na niebie więcej…

I więcej…

Bo czasem niebo jaśnieje, na chwilę, więc jeśli tylko to zauważycie, od razu trzeba rzucać wszystko, inaczej przegapicie.

Serio.

Czasem trwa to rzeczywiście trochę dłużej, ale najczęściej to naprawdę chwila… i gdy jeszcze są chmury, one podświetlenia wzmagające ich puszyte kształty, bo wiecie, o chmurach można wciąż tak mówić, wciąż jeszcze…

I różowieje wszystko i pozłoca się i jeszcze zażółca, jakby chciało coś pokazać, ale jednak, wiecie, słońce zachodzi gdzieś indziej, my dostajemy tylko kolory, tylko one odblaski niesamowite, one kształty i cienie, one wrażenia, smaki nawet. Powoli ciemniejące, powoli się zmieniające, przechodzące przez symfonię fioletów…

Czasem by zniknąć, nagle, bez żadnego ostrzeżenia…

A czasem, czasem możecie obserwować jak ton po tonie kolory się przemieniają. Nie znikają, nie, raczej zwyczajnie dojrzewają, dorastają może… może i nawet się starzeją? Czy starzenie się to niebieskości czy fiolety? A może jednak różowości? Bo nie mroczność… bo mroczność do ciepło i bezpieczeństwo dziwne tutaj…

A przynajmniej teraz tak się je odczuwa.

Mroczność… odpoczynek od nazbytniego rozświetlenia.

W końcu… dostępne.

Tak, mamy w końcu jakąś noc. Nie żeby długo, noc trwa teraz ile, 3, 4 godziny? Raczej nie dłużej… oczywiście spanie powinno trwać dlużej, ale czy się da, gdy tak od rana, przedwczesnego rana od razu słonko znowu zaczyna swoje niebiańskie wszelako show kolorowe…

I nie, nie jest takie jak zachód…

Hmmm… nie jest też odwortne.

Magia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Niepoznaki… została wyłączona

Pan Tealight i Babcia Śliwa…

„Babciu Śliwo

Babciu Śliwo…

Poruszasz gałązkami, przyznaję, całkiem żywo… ale wiem, że próbujesz udawać, że mnie nie słyszysz. No wiesz co, to już jest seryjnie obicach no, przecież nie mam w sobie już niewygodnych pytań. Wiesz, tych o małe śliweczki i kwiatki i pszczółki i dlaczego nie mam korzeni. Dlaczego mam dwie nogi, a poza tym nie wiem skąd się wzięła połowa mnie… nigdy mi tego nie powiedziałaś.

Ale nie mam ci za złe.

Naprawdę.

Babciu Śliwo!

Ja tylko chcę posiedzieć w cieniu i po prostu schować się przed światem, bo wiesz co, on jest koszmarny. Już nie tylko trudny czy brzydki, ale po prostu koszmarny. Nie do zniesienia, nie do łyknięcia, przełknięcia… on zwyczajnie jest większą pestką i jeszcze nim cokolwiek, to stwierdza, że cień, czy nawet odgłos mego nadchodzenia mu się nie podoba i wali drewnem…

Kamieniem…

Bo wiesz, Angole to tak pestki nazywają…

Kamykami.

Dziwni, co nie? Podobnie jak ta pogoda, co dusi i jeszcze brak deszczu i nie wiem, czy jak płaczę, to nie uszkodzę ci korzeni, choć z drugiej strony zawsze to jakaś woda, co nie? Zawsze coś…

Babciu Śliwo!

Dlaczego już nic nie mówisz, tylko szumisz, otulasz mnie liśćmi, przyciskasz do pnia i nie pozwalasz… co wiesz…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szwecja.

Otwarta!!!

Co to oznacza? Ech, no właściwie wciąż ostrożność wszelaką. Ale wiecie, można już wjeżdżać do niej tak na poważnie, a nie tylko przejeżdżać, bo mieszkasz przy Szwecji, widzisz ją, ale żeby dostać się do swojego kraju musisz najpierw ich granicę przeskoczyć, bo tam mają most… ten sławetny, serialowy most, no wiecie…

… więc Szwecja.

Jeśli o to chodzi, to sorry, ale pierwszą rocznicę posiadania naszego cudnego, wciąż nieumeblowanego domku… ale wiecie, się to teraz minimalizm nazywa, więc nikt nam nic nie może powiedzieć.

Możemy być na przykład super ekologiczni, czy coś…

No i podłogi są takie wygodne… LOL

Dobra, co do mebli, to z pustego i Salomon, ale za to Salomon mógł przyłapać tanie bilety jednodniowe i pojechać znowu do Kivika, gdzie miał biznes archeologiczny do załatwienia. Tak, znowu siedziałam w grobie, więc teraz, jak cokolwiek palnę i dorzucę over my dead body, to mi Chowaniec odpyskowuje, że w grobie właśnie byliśmy, więc nic z tego, ma być tak i tyle…

Nosz ci faceci, ja nie wiem… LOL

Ale… oczywiście pewnego rodzaju obostrzenia na promie są wciąż i wszyscy jadą gorzelnią. Ale za to na odwagę nadal można sobie pociągnąć z dozownika. Że próbowałam? Nie… No ale… wiecie, spokojnie, ino się nachylacie, zerkacie, czy nikogo nie ma i tak dalej i jedziecie… Powinno dać radę, seryjnie. No ale… potem, nie, tutaj nie sprawdzają paszportów. Spokojnie jedziecie sobie, a Kivik pełny Turyścizny i pachnie jabłkami. Ja piernicze, jak oni cudownie pachną jabłkami, an dodatek mają chyba sezon na raki albo lobstery, bo w ICAy są te wszelakie rakowe utensylia, jakieś szczypczyki i dziwactwa, nie znam się, a chcę je, bo słodkie takie i małe i czerwoniutkie i w ogóle egzotyczne jakieś tak mega…

Jabłka mają tam czadowe.

W końcu to takie miejsce, same sady i morze i grób i kamienne pozostałości po tych, co już dawno z powrotem i wapieniem i jeszcze gwiazdami i powietrzem…

Tak naprawdę tylko o to nam chodziło, zresztą, wiadomo, człek woli unikać tłumów. Ale posiedzieliśmy jeszcze na plaży, między bunkrami, więc koszmar. Nie polecam… jakieś takie krwiste powietrze, dodatkowo, pogoda porąbana, zimno i gorąco, czasem w tym samym czasie i już nie wiesz, czy to ty, czy pogoda przekwita…

A może to juz ta jesień?

Choć nie, piszą, że ma być gorąco, jakaś fala, czy coś…

… zobaczymy.

Wolałabym nie… wolałabym ten chłodek, który mamy i coby mi dziwne stworznei adrzew nie zżerały. No zjadają mi choinki, a raczej odłamują gałązki. Świnie… ale, nie dokończyłam wycieczki. No więc w Kivik jest też sklep, w którym macie różne takie dobrodiejstwa very fancy i w ogóle dla ryb grubych, czy coś tam… wiecie, w dobie wirusowej oczywiście ruch jednostronny. I fajno, tak powinno być, bo jakoś cała ludzkość przyjezdna zapomina o wszystkim.

Ale nic to…

Wiem jedno, muszę tam wrócić znowu, w sezonie, gdy świeci to uparte, wrzące przerażająco słońce, by połazić po uliczkach miasteczka, po ulicy pirackiej… serio taką mają i popodglądać one architektury. Kurde, mimo wczesnego wyjazdu i późnego powrotu, to jakoś tak człek nie ma czasu na wszystko. A może za wiele chce? Nie wiem, przecież bylam tam już trzeci raz…

I super było…

… i sorry, że nie wiedzieliśmy, że tam stoicie i czekacie aż wyleziemy z grobu…

… kolejka się ustawiła… no skąd miałam wiedzieć, Chowaniec mówił ciągle, że mogę siedzieć, nikogo nie ma, no nie ma, sterczą jak należy w odstępach… Ale wtopa. Chowaniec nie czuł się ni trochę zawstydzony. Zeżarł swojego nibygofera i zadowolony. Ech… po raz pierwszy od… hmmm, nigdy, siedliśmy w malutkiej restauracji, przy białych stoliczkach i udawaliśmy ludzi. Wiecie, w miarę normalnych, z pluszowym niedźwiedziem na stole…

A powrót, na szczęście morze w obydwie strony płaskie.

Dzięki Morskim Duchom!!!

Oczywiście kontrola graniczna nadal. Jak za komuny, ino inaczej, bo jak widzą numery znajome, to tylko żółta karta… ale i tak stresujące.

Potrzebuję wakacji z książkami… ale mnie nie stać i zapisana jestem, się znaczy, no wiecie, zarobiona maksymalnie!!! Nie mam czasu. Nie dam rady… lepiej mieć zajęcie niż zbyt wiele myśleć, co nie?

Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Babcia Śliwa… została wyłączona

Pan Tealight i Kosiarz Bez Zmysłów…

„No bo właściwie, to po co mu one niby miały być?

No tak szczerze?

Sami pomyślcie…

Miał po prostu chodzić, czyli mieć nogi zdolne, bo to nie był traktorek, do tego buty jakieś, portki może, wiadomo… kleszcze. A może i koszulkę jakąś i korpusik, główkę, ale całą reszta? Może wzrok okay, dotyk i ruchliwość, ale cała reszta, a już te tak zwane wyższe uczucia i pierdoły to na co mu?

Miał ino kosić.

Biedne trawki i tak już niskie, przesuszone, one kwiatuszki niebieskie, maciupkie i jeszcze dekapitacja stokrotek… miał nie czuć ich bólu, żalu, wszelakiego jakiegoś poczucia, uczucia, smutkowania…

Nie miał…

Miał ino kosić.

Bo do tego go stworzono. Kiedyś, dawno temu nim jeszcze ogólnie w planach były te trawniczki, idealnie wyfryzurowane połacie z dołkami, czy wiecie, jak to się tam teraz zwie… kiedy to było. Z jajka wylazł, od razu gotowy, ale odpowiednie dla niego maszyny stworzono późno, więc…

Był raczej znudzony.

Chyba…

W końcu te uczucia w nim były dość wątpliwe. Nie można było powiedzieć, czy na pewno będzie, był, a może i jest teraz… Nie dbał o dzień święty i nieświęty, ino mocny deszcz go zniechęcał, jakby był metalowym drwalem i nie współżył dobrze z rdzawością wszelaką… albo też i… miał inne problemy?

Miał jednak ino kosić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jeść…

Miało być o żarciu, więc będzie.

Przyznaję, iż w ciągu jakichś 20 lat jedzenie na Wyspie się zmieniło. W znaczeniu nie tyle dla samych Tubylców, co dla wszystkich. W końcu cały ten turyzm właśnie wtedy zaczął nabierać skrzydeł. Właśnie wtedy nagle odkrył ją na nowo świat. Ech, co to musiał być za czas? Pamiętam pustki i ludzi, którzy tutaj mieszkali…

… mieszkali naprawdę…

Bo teraz, teraz, to już nie wiadomo czy ktoś w ogóle tutaj naprawdę mieszka. Tak wiecie, do końca, na amen i tak dalej. Nie wyjeżdża co chwilę, nie czaruje, nie mąci, nie spędza połowy roku gdzieś indziej, na jakieś daczy na wyspach pierkaraibskich czy innych Bahamach czy jak to tam zwą…

… no wiecie, ciepło tam jest.

I większe robale.

Chociaż… rany, miało być o jedzeniu.

No więc nie, nie musicie jeść koniecznie Sol over Gudhjem. Czyli onej, jak się wydaje, przerażającej wędzonej ryby podawanej z surowym żółtkiem i szczypioreczkiem, no wiecie, że niby ziemia ta ryba, trawka, i słonko… ekhm… nie mam pojęcia kto to wymyślił i obiecuję, że jakoś sprawdzę. Jakoś… chociaż nie wiem, czy za takie pytania nie wywalają z Wyspy. Wiecie, trzeba być ostrożnym…

… bardzo ostrożnym.

Ale… tak, wędzarnie mamy. Są w nich ryby, są i inne owoce morza sprowadzane z różnych miejsc świata, na przykład homary z Kanady, czy coś tam. Nie jem, więc wiecie, nie stać mnie, nie interesuje mnie, chociaż podobają mi się one ich muszelki. Te muszelki, co zostają po jedzeniu. LOL

Możnaby z nich fajną sztukę zrobić.

Popularne stały się też w wędzarniach tak zwane ‚fish and chips’.

Najsłynniejsze wciąż w Svaneke, gdzie gadają do was po polskiemu…

Ale…

Przede wszystkim mamy masę knajp, nawet lekki orient na przykład w Gudhjem. Nie byłam, ale wiecie, na zewnątrz jedzie koreanką, znaczy się no tą no, zupką chińską. Czy to wyznacznik dobrego, egzotycznego żarcia?

Nie wiem…

Mamy w Gudhjem też naleśnikarnię, ale piekarnię niestety taką, wiecie, mocno zamkniętą od kilku lat. Jest też kilka zwykłych knajp, które… które serwują jedzenie. No, trudno mi o nich coś więcej mówić, bo przecież mnie tam nie było, ale menu jest przed wejściem, więc oznajmiam, że drogo, ale jak usłyszałam o cenach nad morzem polskim, to wiecie, już nie wiem czy takie drogie.

Właściwie, to chyba w każdym większym, ekhm… mieście, znajdziecie coś na kształt jadłodajni. Albo na przykład czegoś specyficznego. Nie wiem, gdzieś tam stoją przy sklepie jubilera, przy złotych zzegarkach, lodówki z lodami… są miejsca takie, gdzie następuje specyfikacja. Co ja godom… no specjalizacja. Na przykład na Wyspie produkuje się i kombuchę i piwo i one mocniejsze trunki. Robi się kiełbasy, też w Svaneke, tak teraz się zastanawiam, że tam i cukierki i czekolady i chleb pieką, chyba jeden z najlepszych chlebów, ale…

To kosztuje, a spora część z osobników przybywających tutaj raczej chce na żarciu przyoszczędzić, więc…

… polecam chleb z Lidla.

Na zakwasie!!! Lidl znajdziecie w Nexø i Rønne. Ogólnie mówiąc żarcie z Netto czy Kvickly naprawdę nie jest złe. Mają zestawy jedzeniowe, a każdy camping ma kuchnię, no chyba że one dzikie, to nie wnikam.

Wkurwiają mnie.

Sałatki i soczki dostępne tyż.

… więc tak, jest jedzenie inne niż ino te ryby z żółtkiem… LOL I w wielu miejscach mają fazę na wszelakie burgery. No mówię wam, magia!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosiarz Bez Zmysłów… została wyłączona

Pan Tealight i Padła…

„Padła.

Nie, że bez czucia, czucie miała, uczucie też, głównie ból w kolanie… wiecie, ten beton miał w sobie takie maciupkie kamyczki, ale jednak, oczywiście musiała trafić w ten największy i najbardziej ostry, który jakoś tak umiejętnie wystawał, jakoś tak jeszcze na dodatek się zapadł w onej masie pokrywającej to dziwne podwórko…

No właśnie, podwórko.

Wdarła się na nie nie wiedząc tak naprawdę, dlaczego to robi. Wdarła się brutalnie, właściwie zgwałciła ten cholerny krzaczasty płot… żywopłot, a może to on ją… bo bolało ją nie tylko kolano.

Serio…

Nie tylko ono.

I po portkach raczej już było ino wspomnienie. Nie no, pewno, że wcześniej były takie lekko poprzecierane i poorane wszelakimi metodami, o których nie miała pojęcia, chociaż nie… przecież kiedyś robiła to pumeksem. Tak, znała się na pewnych trikach, wciąż je pamiętała, ale jednak…

No właśnie, właściwie dlaczego musiała wdrapać się, a dokładniej przedzierać przez one, przycięte w mury obronne haszcze? Bo przecież tak to zrobiła, a potem ta linka, czy jakieś resztki po kotku… a raczej piesku może, chociaż waliło raczej kotem, srasznie tam śmierdziało i to otumanienie upadkiem…

Kolano…

Padła na to wszystko i postanowiła się nie ruszać.

Już nigdy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pocałunek żelaza” – … tak. Mawia się, że to żelazo zabiło, czy też wygnało magię ze świata, ale w tym świecie magia powróciła. A przynajmniej jej część… a przynajmniej tyle wiedzą ludzie…

W końcu lepiej, by więcej nie wiedzieli.

Ale ona wie…

… wie, że oni istnieją, wie jak specyficznym bytem jest sama ona, więc gdy Pradawni proszą ją o wykorzystanie właśnie kojociej postaci by wyjaśnić popełnione w ich zakątku zbrodnie, robi to… Robi z powodu długu i… a może przede wszystkim, onej przyjaźni, bo w końcu poza bycia wystrzałową przygodówką, opowieścią o mitach germańskich, celtyckich, czy jak to inni wolą zwać, ten cykl, to przede wszystkim historia przyjaźni.

Przyjaźni mimo wszystko. Ratowania słabszych, bo tak należy.

Życia według praw.

Życia według serca…

Ale przede wszystkim to ponownie masa humoru, czasem telepocząca sercem, nie tylko ze strachu, ale przede wszystkim wzruszenia…

…. a przecież to dopiero trzeci tom.

Jeść!!!

Zaraz, nim będzie o jedzeniu, będzie znowu o cholernym helikopterze.

Jak już wiecie, bo jęczałam, przed nami stoi pusta działka wykupiona przez jakieś burżuja, byłego pilota SAS. Oczywiście jego widać prawa się nie imają i tak dalej, więc wykorzystuje ją, działkę w dzielnicy domków jednorodzinnych jako cholerne…

… jebane…

Dobra… oaza spokoju, ten staw i pierdolona lelyja niebytu…

A walic to, huk jaki robi ta porąbana maszyna, sładak pierniczony, jest straszna. I tak, ludzie się skarżyli, ale wiecie, w Danii kupić można wszystko. Naprawdę… tak trochę jak za komuny, jak miałeś czym smarować, to wiecie… dacza, talon na malucha… a lataj sobie jak i gdzie chcesz i ląduj, olewając to, że akurat tutaj mieszka cała masa ludzi z problemami psychicznycmi jak autyzm, PTSD, Asperger, stany lękowe…

Bo przecież po to tutaj przyjechali.

Dlatego przeprowadzili się na Wyspę, by nie narzekać na hałasy nowoczesności, czyż nie?

Czyż nie to byście poradzili komuś, kto jęczy, że słychać odgłosy z krążownika, tudzież poligonu wrocławskiego… no wiecie… poradzilibyście mu wyprowadzkę na zadupie. Problem w tym, że zadupie dla bogatych to miejsce, gdzie oni mogą robić co chcą, a już w tym roku… wiem, naprawdę się powtarzam, ale… Chowaniec mówi, że nigdy nie widział tylu aut i tylu BOGATYCH szpanerskich krążowników szos.

A jakie mamy korki.

Nie patrzcie na mnie, ja nie wychodzę… do lasu dałam się zawieźć…

… nikogo nie było.

Ale…

Skurkowaniec przyleciał znowu i wiecie co, zadzownił nas opierdolić, że pytaliśmy się komuny, czy mu wolno to robić. Jak już teraz wiemy, sąsiad tyż się pluł, ale widać… kasa spłynęła, miodem sklejając usta i dupy urzędników…

A mógł dupek zapłacić nam, no.

Dostałam wczoraj ataku i walnęłam taką dawkę barbituranów, że dziś łażę jak rąbnięta w ciemiączko. Szczerze. Ono zaprzeszłe. Hałas, ono echo potęgujące jeszcze to cholerstwo… to jest coś strasznego. Pomijamy fakt, że… sorry Babciu, nauczyłaś mnie cudownie pewnego dnia nie bać się helikopterów, oduczyłaś mnie strachu jak byłam małym dzieciakiem, ale teraz…

Ten strach wrócił i jest gorzej.

Najbardziej mnie fascynuje, że przez ostatnie dni serio strasznie pizga i raczej, no wiecie, takie jednostki nie latają, ale przecież wszyscy się mylić muszą, bo brzuchacz się wtłoczy w swój pojazd i po całonocnym parkowaniu, odleciał rano…

Hmmm…

Powiem tyle.

Nieprawdą jest, że każdy ma se żyć jak chce i należy na to zezwalać, nienawidzę tego tesktu promującego oną wolność, bo twoje wycięte drzewa uduszą mnie, twoje śmieci ja muszę sprzątnąć, twój hałas mnie zabije, pomijając już pedofiię czy wszelakie złodziejstwo, gwałcicieli i ogólnych morderców…

… też mają robić to, co lubią?

Hmmm…

No widzicie, jak tak człek za wiele myśli, to o jedzeniu zapomina.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Padła… została wyłączona

Pan Tealight i Kury Aniołów…

„No mieli grzędy.

Mieli też taki odkupnik, wiecie, coby łatwiej się czyściło…

I kury.

Wszystkie kurna niebiańskie i idealne. Ćwierkające i gdakające psalmy jakby urodziły się z gramofonami w środku. Albo i USB dojściem. Tudzież całą pamięcią narodów dotyczącą muzyki i utworów od kamieni stukających, poprzez hymny i rocka. Nawet na wiele głosów, wiecie, umiały bez  orkiestry piać…

I piały.

Co rano, co wieczór, co południe… i co za często.

Ale każda fryzowana, puchata i mocno zadufana w sobie. Naprawdę i prawdziwie, do końca na amen i alleluję. Bo wiecie… Alleluj miał się za wielkiego ich opiekuna i pasterza onych kurzych łebków i łapek. I piórek, pierzynek, poduszek i jeszcze dzióbków onych kształtnych… i oczywiście żołądków.

Taki rosołek ino na żołądkach!!!

Mniam!!!

Oczywiście, był aniołem, ale wiecie, miał łupież na skrzydłach i ino odchody kurze w postaci maseczce lekko glinkowanej mu pomagały… woniał może i, może i nadmiernie, ale jednak… wiecie, chciał być pełnym aniołem. By mimo wszystko te bezgacie kiecki go nie wytykały paluchami idealnie spiłowanymi…

Płytki paznokci też się z niego śmiały…

I tylko kury nie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sprawa zbrojna.

No i się wiecie, jebło.

Znaczy nie no, pewno uznają, że się ludzie czepiają i tak dalej, ale poszło w prasę, więc… no nie wiem, czy kiedykolwiek to odzobaczę. Jak klikniecie w linka, to na pewno zajarzycie o co mi chodzi. Zresztą, jak się okazuje nie tylko mi… oczywiście o to, iż projekt, który przeddstawiony został od tej stroy wygląda jak pistolet.

I to taki dość charakterystyczny.

Jak ktoś się zna na broni, to pewno nawet rzuci jakimś modelem, czy coś, aale już go widzę czyszczonego, czarnego, no ie odzobaczę tego, a przecież normalnie muzeum, wciąż jeszcze, białe i kanciaste. Wygląda ciekawie, ale jakoś nie gryzie się z terenem zbyt mocno. I pewno, że ja wybrałabym coś innego, ale wiecie… artyści i ryby głosu nie mają. Nawet jak ich wędzą, znaczy wiedźmy i artyści…

… ekhm.

Na razie muzeum to wciąż przepiękny biały moloch z widokiem, małym parkingiem, dziwnością w śordku i oną niesamowitością, czyli strumieniem przepływającym przez sam środek budynku, co naprawdę wiele pozwala wybaczyć wystrojowi onej konstrukcji.

No co, tutaj mogę się wypowiadać.

Jestem młodszym kustoszem.

Ha ha ha… tak, archeolodzy też tak mogą skończyć.

Dziwaczny to był epizod, uciekłam po tym, jak się okazało, że dupy całować trzeba nie ino trzem królom, proboszczowi i biskupowi, ale też burmistrzowi, staroście i chuj wi czemu jeszcze, naprawdę. Było to lekkie szaleństwo, szczególnie z powodów logistycznych, ale tam…

Przeżyłam.

Uciekłam i pozostało mi po tym nie tylko złe wspomnienie, więc… tak, wiem jak robić w muzeum. Wiecie, by ludzie przychodzili. Czasem mi się wydaje, iż oni wychodzą z założenia, że jest, więc należy bić pokłony…

Cóż.

Nie.

Hammershus…

No i mamy kolejne…

… nie tyle tragedie, w znaczeniu ludzkie, ale raczej historyczne. Powiem wprost… ja kurna nie mam pojęcia jaki to chlew przyjechał na Wyspę, ale to co wyprawiają wszędzie, to już woła o pomstę do nieba. Pewno w Polsce dostałabym komentarzem „500 plus zjechało”? Tak, Dania jak najbardziej też dysponuje takimi ludźmi.

Tu jest jak wszędie indziej, ino wiecie, bliżej donosicielstwa i wszeakiej socjalności jak to już w USA o nas pisali.

Się ma ten fejm. LOL

Ale… o co chodzi?

A oczywiście o tumanów, który po naszych sławetnych i jedynych takich w tym kraju ruinach, łażą. I to łażą w znaczeniu się wspinającym, kruszącym i niszczącym. Już widzę jak polscy średniowiecznicy klną, bo to w końcu oni murowali i restaurowali nam mury! I odwalili wspaniałą robotę, ale… cóż, widać tym ludziom robota innych za nic. Zdjęcia i sceny na nich dantejskie jak nic. Bolą…

Ale…

Pisałam już o onym samobójczym pchaniu się wszędzie…

… więc…

Widać i Hammershus im niestraszny. A mówiłam, że jakiś demon, a nie ino wszelakie underjordiski się by przydały. I to taki, wiecie, prawdziwy. Bez cukrowatości i dieci niestraszenia, bo one bezczelne jakoś nie wydają się bać czegokolwiek. I tak, oczywiście, że obwiniam rodziców, ale co z tego, oni robią to samo.

Nawet w wieku babciowym.

Tyle karetek ie słyszałam w tym roku, to nigdy!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kury Aniołów… została wyłączona