Pan Tealight i Smocze Żarcie…

„No więc, oczywiście, że Smok z Komina, co się okazał być smoczycą, ale upierał się, że to jej imię i tak dalej, no wiecie, same konfuzje z oną łuskowatością… no ale, po tym, jak się z niej zrobiły te dzieciątka, które rosły oczywiście i ogólnie mówiąc pobudowały sobie inne, własne, wciąż dziecięce, ale jednak…

… kominy na polu…

… więc wszyscy chcieli jeść.

Okazało się to, jakoś tak dość nagle, bo przecież wcześniej wyżywienie nigdy nie było problemem wszystkich, ale teraz nagle się okazało, że młode spryciarze żarcia mają nadmiar i muszą w weki iść.

Te och zdobycze.

Pan Tealight powiedział, że się boi i nie będzie wekował.

A Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… zwyczajnie nie mogła, nie chciała i jeszcze ją pióra i dłonie bolały. I na głodzie była, nie miała czym karmić swoich cząstek, myśli i marzeń i wciąż śniła koszmary, w których dziwnie zawsze nie tylko brała udział, ale i mieszkała w nich…

… oj wszelako świat był dziwny.

Wszelako mocno.

Na szczęście Druidowie Zza Proga i Ci ze Svaneke, co to ostatnio postawili taki piecyk w ogrodzie i piątkowe pizzadeje robili, nikt nie pytał z czego to, no i skąd wzięli one dziwnie wyglądające i wciąż jeszcze łkające dodatki oraz sosy, które zdawały się wciąż jeszcze buzować… no więc oni stwierdzili, że jakoś tak im nic nie przeszkadza, więc no oni mogą i to za darmo…

I było to aż nader podejrzane.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Fjällbacka…

Powitała nas zachodem słońca, żegnała deszczem i najpiękniejszym światłem ever!!! Po prostu bajka, gdyby nie to, że koszmar.

Wiecie co, pewno że poznałam ją przez książki onej morderczyni, ale nie wtedy się w tym miejscu zakochałam. Nie… raczej dopiero wtey, gdy coś mnie tutaj przyzwało z Hambursunda. I wpadłam. Nie wiem czy to ono morze, czy kolory, czy wielkie meduzy parzące, czy też ona rozgwiazda niesamowita… no nie wiem… wiem jedno, w tym roku było inaczej, dziwnie i raczej źle. Naprawdę tragicznie. Nie dość, że omal się nie uszkodziliśmy, wróć, siebie uszkodziłam, blizna będzie, to na dodatek stłukłam swoją foto kryształową kulę…

Po prostu zgon.

Nie mam pojęcia, czy to przez remonty na nabrzeżu, czy jeszcze większe zatłoczenie domków, bo raczej nie przez ludzi, tych nie było, albo i było tak bardzo niewielu… wiecie, właściwie sami miejscowi, garść Turyścizny, jak my błąkającej się po onym świecie, co to lockdownu nie miało i jakoś dziwnie tak, jakoś mniej się tego wszystkiego boi… jakby ta pandemia była, ale i jej w ogóle nie było, jakby, no wiecie…

Coś było normalnie ino świat dookoła nich…

Ten świat, no ich nie chciał.

Może to o to chodziło?

Może osada nie była wystarczająco podziwiana, czycona, do tego woda w morzu dziwnie mętna, niby było wietrznie, ale smród zdychających krabów aż dławił. A przecież wiatr powinien jakoś tak, no wiecie, jakoś tak je rozwiać i tak dalej. Siatki na kraby i raki i wszelkie inne cuda niedziwy też były rozrzucone…

Remontów masa.

No ogólnie.

Było dziwnie.

Bez urazy, miasteczko mnie osobiście przynajmniej, wciąż zniewala urokiem, ta skała górująca nad wszystkim, a potem znowu woda i skałki i niby w tym roku człek miał sobie popłynąć, ale wiecie, kasa w odlocie, więc stać go ino na wszelakie darmowe rozrywki, wiecie, te co łażące są, tudzież… ale kibel był lekko mniej brudny, no i wciąż nie było w nim światła, więc jak zwykle, w onym porcie na morzu właściwie, w okolicach betonowych i wszelako skalnych, no na przeciwko onej najstarszej chatki, człek siku robił z otwartymi drzwiami…

Ino lekko przytrzymywanymi przez Chowańca.

Jak kurna za wojny!!!

Tak, jak najbardziej można to zrozumieć, bo przecież Szwecja odcięta, do Norwegii to nas nawet nie wpuszczą, chyba że z 14dniową kwarantanną, więc… nie żebym chciała do Norge, ale dziwnie człek się czuje.

Jak jakiś sromotny, zadżumiony…

Jakoś…

Ale fish and chips były zajebiste!!! Wspominam o tym znowu, bo były genialne!!! Nie wiem jak to robią, ale u nich, czyli w tym małym hoteliku w porcie, wiecie, jest jedno takie restauranto tam na rogu, z onymi parasolkami się bujającymi, no to tam… 165 koron, ale ryby dostajecie masę, do tego pyrasy i sałatkę.

Z social distancingiem, jak zwykle.

Jak z dancingiem.

Wizyta u mojego ulubionego artysty miodzio!!! Peter Engberg jest przemiłym facetem i co dowcipniejsze, poznał nas od razu. No dobra, po Śnieżu, ale jednak. LOL I rzeczywiście, pierwszy dzień miasteczko dało nam złocisty zachód słońca, cholernie wietrzny, ale jednak był, potem pełne słońce, a potem to światło najpiękniejsze, takie wiecie deszczowe, przeddeszczowe, podeszczowe, niebieskości wybitne.

I znowu nie pobyłam w tym miejscu tyle, by jakoś się nasycić.

Co ze mną nie tak?

Jak zagiąć czas?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Smocze Żarcie… została wyłączona

Pan Tealight i Granica Nieprzemyślania…

„Chodziło o to, że się pojawiła i nie wiedzieli, co o niej myśleć. Wiecie, granica jak granica, przecież… przecież to nie pierwszy raz… kiedyś już taką mieli, obcinała nóżki tuż pod kolankami, czy co tam mieliście na danej wysokości… kurde, ale była zaborcza, bo kończynek nie chciała oddawać i oczywiście, skrzętnie z nich coś tam mutowała po swojej stronie… wiecie, tej drugiej stronie…

Ale ta granica była dziwna.

Jakaś taka poprzerywana, jakby zachęcająca, by ją przekroczyć, a jednocześnie lekko się skrząca kolcami znowu w innych. Jakby ktoś miał jakiś plan, jakby miał wizję, ale jednak nie do końca był pewien, że…

Że to zadziała.

A działała.

Znaczy, no wiecie, dotąd tylko jeden z Tych Jednorożców spróbował ją przegryźć i się nie dało. Oczywiście próbował w tym miejscu, które się o to bardzo prosiło. Ale no aż wołało o to, napisało list i machało nią, niczym ulotką z czerwono-pomarańczową obwódką i chorągiewkami.

Oczywiście wynik był taki jak zwykle, ale…

Ale jednak Tym Jednorożcom nie można tak ot po prostu powiedzieć, że nie mogą, tudzież, no nie powinni, czy coś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Natursti…

No dobra, w tym roku naprawdę mi na tym zależało, na onej specjalnej wycieczce, oczywiście prawie półdniowej, bo wiecie, człek nie może tak po prostu się przejść i nie zapatrzeć, nie dotknąć, nie zamarzyć, no nie może…

Musi się zatrzymywać.

Nie tylko po to, by się napić.

Ale… ścieżka prowadzi przez obszar zwany Veddo. Kawałek dookoła jeziora łączącego się oczywiście z morzem prawie już północnym, czy północnym, jak to jest z Bohuslan? No serio, wciąż tego nie rozkminiliśmy, naprawdę.

Ale… najpierw, hmmm, oczywiście to zależy od którego miejsca zaczynacie. W końcu parkingi sa dwa, myśmy zatrzymali się na onym wyższym, więc zaczęliśmy wbrew kierunkowi zegara. I fajno, bo moim zdaniem to najsuperniejszy kierunek jest. Nie żeby pewnikiem tutaj miało to jakieś znaczenie, no ale… najpierw jeziorko, lekko smrodzące, czadowe doczeki, wypasione łódeczki, ludzie żyjący w dziwnym odosobnieniu z dala od głównej drogi, wszelako za lasem, ale jeszcze nie nad morzem, może i spokojnie, ale smrodliwie lekko…

Bardzo nawet.

Ale architektura cudowna. Wyluzowana taka, do tego kilka domków całorocznych, widać, że niektórzy kochają odosobnienie, jak ja to rozumiem. Aż nazbyt dobrze, szczerze. Aż nazbyt dobrze. Od naszego domku to właściwie kilometr, może dwa, ale ponieważ wcześniej musieliśmy się zgłosić w Vitlycke, więc wiecie, no nie da się wszystkiego na nogach,bo dnia nie wystarczy chociaż, chociaż po prawdzie tutaj słońce zachodzi dopiero przez dziewiątą, więc… hmmm, więc może i możnaby, ale trzeba by latać z wywieszonym jęzorem, a po co?

Lepiej powoli, spokojnie, wszelako iść.

Mijać te domeczki, letnie, one ostatki ludzi, oną wyluzowaność.

Wiszące pranie na sznurku, łódki się kołyszące, bo znowu lekko łeb urywa, ale tak już mniej niż na początku naszej wycieczki, może przetrwamy?

Przetrwamy, taki spojler.

Ale jezioro, domki, a potem… pustkowie.

Po jednej skały i po drugiej skały, ae te po prawej zanurzone oczywiście w morzu, a może i jeziorze, już człek nie wie, na dodatek one kształty, rany julek, kurde… Serio!!! Weźcie no!!! Przecież to jest gotowa sceneria do jakiegoś filmu fantasy. Na przykład o wodnych elfach… Ktoś pamięta serię Mercedes Leackey? A coś takiego jak seria Bohaterowie? A może… no dobra, nie będę wspominać takich staroci… Kagonesti, Irdowie, Dargonesti… No DragonLance no.

Czytał ktoś?

Wielbił?

Ja tak.

I tak się czuję jakoś dziwniej niż zwykle, idąc tą plażą, potem ścieżką, potem znowu plażą, ścieżką, na skałę człek się wdrapuje, niczym na wielkiego żółwia… i siedzi niczym na szczycie świata, a za nim ziemia zielona i oskalona a przed nim wody i wyrastajace z niej skały, dziwnie gładkie, nieposzarpane, wszelako gładzone, a w oddali jakiejś plaża znowu i ostrygi wystają ze spokojnej wody i jeszcze te wszelakie pojedyncze krzaczki i pustka roślinnościowa…

I potem, nagle…

Ta ścieżka zmieniająca się w mostek nie do końca przytulony do skały, więc można wpaść jedną nogą, uważajcie, ale w dole, pod wami, może i niedaleko, może i niegłęboko, ale są kolory, są takie obrazy, odcienie, wszelakości, że… oderwać oczu nie można. Ale przecież ta ścieżka wąziutka, więc powinno się iść, ale jak?

Jakoś się idzie, ale…

Te skały, to morze między nimi, one wszelakie kształty i w końcu dziwne, lekko podmokłe miejsca i dziwny domek, niczym z tego horroru… no wiecie, co tam ich w tym domu, a pod domem Pradawni byli. I wszelakie ofiary. Po prostu ta ścieżka, miało być 3 kilometry, nam wyszło 5, ale jednak jak człek idzie bardziej dookoła, to pewno tak jest, no i zdjęcia. Tyle ile ich zrobiłam, to szok.

Udało się z kartą, udało się przegrać, choć na początku…

Było strasznie.

Bo niby się zepsuł.

Ale potem się okazało, że odkryłam nowe coś, czy też Chowaniec przez przypadek ofiarował mi mały zawał serca. Ech!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Granica Nieprzemyślania… została wyłączona

Pan Tealight i Znowu Chochel…

„Chochel ogólnie trzymał się super ostatnio.

Naprawdę nie miał jakichś większych, mocno nurtujących problemów i był na wszelakim i potężnym, pulsującym życiem własnym i odzianym w jaskrawe, oczobijne barwy… no wiecie, na Haju Twórczym był. Oj rany, jak on biczował Wiedźmę Wronę Pożartą myślami, spojrzeniami i oczywiście słowami. Pukał ją Trollem Ołówkowym, gorzej, nawet brutalnie i to nie bacząc dokładnie gdzie… dźgał ją zaostrzonymi ołówkami i to tymi najostrzymi…

Wiecie, wszelako chciał zwrócić na siebie jej uwagę, ale ona, zagubiona wciąż gdzieś w onym świecie, w którym nic książkowego od dawna jej nie karmiło, nie chciała mu ulegać. Podobnie jej Nadgarstki.

… więc, jakby mimo swego poczucia pewności i wszelakiej robotności, wszelako Chochel, czyli chochlik pisarski… się nie spełniał.

I był wściekły.

Ale potem spowijał go Wiedźmi Smutek Niepożarty i jakoś tak, no wiecie, wszystkim się wszystkiego odechciewało. No musiał jej znaleźć jakiegoś dzianego sponsora, zbawiciela finansowego i tak dalej. Serio, jak już będzie, to sam może se wybrać imię, Chochel daje mu wolną rękę, oby się ino pojawił. Narodził, wytworzył, spadł z nieba… ino nie na Żółty Domek Wiedźmy, bo to nie o to chodziło, by znowu coś stracić… tak, bał się, że jeśli Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane znowu coś utraci, co tak bardzo kocha, to zniknie…

Wszyscy to czuli…

Że koniec jest możliwy…

A może i nawet tylko czeka na sposobność, by…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gravfeld Vrångstad i Kanal.

Wszelako mówiąc w drodze do Smögen napotkaliśmy miejscowość zwącą się Bottna, a w niej po prostu cud wszelakiego świata. Zachowany… nie do końca zbadany. pięć tysięcy lat wszelakiej ludzkiej aktywności, walka o ziemię jako ostatni przytyk… błagania o kanał, meliorację wszelaką, likwidację jeziora… hmmm, czy dziś by to przeszło? Zniszczenie takiego cudu?

No naprawdę?

A oni wysuszyli jezioro dla ziemi.

Z jednej strony każdy to rozumie, ale to przecież Szwecja, widać przed II wojną światową ona Szwecja miała trochę inne poglądy na naturę. No i też raczej miała jej więcej, nie oszukujmy się, więc… mogli sobie pozwolić na stworzenie kanału, a nieposiadanie jeziora… no mogli, ale jednak, jakoś tak, wspinając się w górę oną ścieżką, spoglądając na te skały i drzewa, jakoś widzę je też zniszczone, jakieś smutne, zagubione…

Jakoś takie odarte z czegoś?

Świętości?

Nie wiem… ale idziemy…

… idziemy wzdłuż niesamowitej ścieżki mijając nie tylko niesamowity dolmen, skalne konstrukcje naturalne i te tknięte ludzkim ramieniem, one czczone takie, jakimi były i te ustawione specjalnie, by znaczyć więcej. Niesamowite, monumentalne. Pierwsza skalna konstrukcja to coś, czemu chcecie się pokłonić i nie tylko dlatego, że ścieżka prowadzi między dostojnymi sosnami, wysokimi, wielkimi, że zapach żywicy aż powala, a wszelakie omszenie zielenią mami…

Ale dlatego, że tak się powinno zrobić.

Bo to cudo teraz wygląda jak podnoszący głowę troll, klęczący, pragnący, by ktoś wysłuchał jego opowieści, ale skrzynia przed nim niczym trumna, może i jego dziecięcia, któremu nie dane było przetrwać trudów pierwszego oddechu.

Czy to brak jeziora, czy coś w powietrzu, ale mnie wzruszyło. Spędziłam przy nim więcej czasu niż powinnam, na pewno… ale nie mogłam się oderwać. Chciało się przytulić każdy centymetr tej skały, utulić każdy kamyczek, ale się nie da… bo przecież nie mogę go zabrać ze sobą. Nie mogę obwłować moim i tak dalej…

A może mogę…

… więc idziemy dalej, a tam dwa kręgi kamienne aż pulsujące mocą.

Jeden zniszczony, jeden składający się z 12 kamieni… w dole droga w oddali niewielkiej, po drugiej stronie wielka skała, historia o „Judge Circles”, miejscach sądów… a wszystko pochodzi przecież z onej niedalekiej przeszłości, szczerze wciąż trwającej… Wieku Żelaza. Jak to brzmi dziwnie, już nie dumnie, ale zabójczo.

Dziwnie.

Epoka Kamienia, Brązu, Żelaza…

Czas płynie… zbyt szybko, ale to wciąż tu jest, jakaś siła, może i miejscami wściekła, może miesjcami pragnąca twego upadku, ale może i ta, która chce by tylko o niej wspomnieć i niezapomina. Po prostu… trwać we wspomnieniach, bo przecież już Storożytny Egipt miał fioła na punkcie niezapominania imion…

Coś w tym jest.

Coś…

Dalej droga w górę, słońce pali, a tam kurhany… Storhögen.

Podobno nie badane, a jednak, no weźcie no, toż dziura jest, szczury macie takie wielkie, czy co? No nic, podobno w okolicy jest około 60 grobów, kurhanów, wzgórków, pagórków, na moje profesjonalne oko niektóre zostały tknięte przez wariatów z bipiącymi nogami, ale co ja tam wiem o zabijaniu takich… no wiecie, przecież teraz studiów nikomu w niczym nie trzeba, ogladasz tutorial na YouTubie czy innym cudzie i od razu jam ten cudny miś koala!!! LOL

Ale… Kurhany naprwdę zapierają dech w płuckach, nie tylko wspinaczka i zachodzące słońce i one wrzosy i kwiatów się żółcenia, bo w końcu jesteśmy w Szwecji, gdy nie ma suszy!!! YAY… i wpadam na one stojące kamienie, monolity, menhiry… niesamowite, ogromne, ale cienkie, szaleństwo prawdziwe, ale widać, że już, wiecie, no bardziej takie… młodsze.

Miejscowi zwali to miejsce Kämpebacken…

I zmieniali je.

W jakiś sposób do końca go nie zniszczyli, ale jednak… tak człek se myśli, w jaki sposób zachować i żyć w jednym miejscu, no wiecie, czasem się udaje. A czasem niestety się nie udaje. Tutaj czegoś zdaje się brakować…

A może ino ludzi, co spojrzą, pomyślą, zostawią ofiarę…

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znowu Chochel… została wyłączona

Pan Tealight i Znaczny Chaos…

„Bo on chciał podmuchać.

Chciał pochuchać i ogólnie mówiąc, wszelako zamiotać.

No wiecie, do tego się narodził, to mu wmawiano przez czasy dzieciństwa i szkoły. Najpierw Sławetni Dziadkowie Rozpuku… ale pytlowali. I jeszcze ubierali to w bajeczki i księżniczki tam były i inne wiecie, paskudztwa. Wiadomo, że nie każdy musi lubić wszystko, Wiedźma Wrona Pożarta na przykład Pinokia osobiście nienawidzi i gość wie, że się na Wyspie pojawić nie może…

Bo nie.

Lepiej nie.

Dla niego oczywiście, bo co do Wiedźmy Wrony, to martwiła się li ino azaliż o bałagan, jakiego mogłaby narobić. I potem by musiała sprzątać, a i tak, jako osoba kompletnie bezrobotna, roboty ma od groma i w kij od miotły. No szczerze, ona i Czas Wolny mijają się w wielkim dystansie, co może dla współczesności jest jak najbardziej okay, ale jednak dla niej mało zdrowo.

Znaczy…

… Chaos, więc najpierw Dziadkowie, potem ich dzieci, czyli Rodzice Złudnego Naruszenia… rany Julek, Matka jak Matka, ale Ojcu to po prostu ryj się nie zamykał, że odpowiedzialność, że równowaga świata… że wszelakie zachowania i epidemie, że potworności, że nie ma dobra…

A on od małego ino koronczarką chciał zostać…

Z pamiętnika wielokrotnego użytku Pana Tealighta.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Smögen.

Podobno 1307 mieszkańców…

… hmmm, no ja nie wiem, tłok był taki, ale wiadomo było, że to ino Turyścizna, czyli i my. LOL Tak, w końcu człowiek może być zwykłym… ech, no dobra, nie do końca zwykłym, bo unika ich, ucieka, nie włazi do sklepów, jakoś tak nie chce się dystansić i wszelko jakoś tak… nie wiem, ale my wciąż jakoś takoś zdyscyplinowani, a reszta świata jakoś tak niezbyt. Czy ja już oszalałam, czy może nie?

Może zwyczajnie mi ta dystansowność odpowiada?

Na pewno!!!

Ale… samo miasteczko i okolice, to skała i skały.

Po prostu coś niesamowitego. Domy stoją jeden na drugim właściwie, uliczki wąskie, przjeżdżacie przez most mijając w dole i wodę i jeszcze mniejsze skałki nawet z pojedynczymi chatkami, najczęściej czerownymi lub żółtymi, takie to wszystko… dziwnie napchane. Takie odmienne od kilkunastu kkilometrów w górę czy w dół, gdzie już zwykłe lasy i pola i wszystko to…

To, co zielone.

Ale…

… dojeżdżacie, znajdujecie miejsce parkingowe i od razu uswiadamiacie sobie, że co jak co, ale tutaj trzeba będzie wrócić, bo ta architektura, no serio, po prostu nie da się tego obejrzeć w dzień i raczej nie wtedy, gdy akurat traficie na tłum… tłum, który po chwili może i zniknie, ale czy dostatecznie szybko? Bo przecież chcę zobaczyć jeszcze to i tamto i jeszcze może… kurcze, można sobie wynająć łódkę, albo wykupić objazd dookoła. Albo też i przewieźć się już człowiekowo, bez auta, na kolejną wyspę i znowu…

Niedowierzać…

Bo tu wszystko chyba jest właśnie tym, niedowierzaniem.

Naprawdę, trudno opisać to miejsce.

Zapewne poza sezonem wygląda inaczej i rzeczywiście ma garść ogródkopodobnych przynależności do onej architektury, ale ta architektura, te skały, ona nowa droga zrobiona, wyżarta, wygryiona w skale, ten głaz w kształcie łba i moja opadająca szczęka, gdy uświadomiłam sobie, że jeszcze krok i przepaść, i woda może w dole, ale bym nie przeżyła, a tam łódka… podnoszę łeb, a tam najpiękniejszy przesmyk na świecie z widokiem nie tylko na cholerną wietrzność, bo ta towarzyszyła nam przez pierwsze dni wszędzie, ale przede wszystkim na ten niebieski dół i górę i one nudowości… jak to się mówi, kolor skóry, ciała, czy to w ogóle obecnie poprawne politycznie, wszelako, nie mam pojęcia…

Mało skór znałam…

Ale skały, widok, niebo, domki, szczęka…

I w końcu ta cała morskość tego miejsca i kontrastujący z nią przepych niektórych domków, sommerhusów i czegoś na kształt hoteli, chyba… dziwacznie nowoczesnych, a jednocześnie starajacych się kłamać i te domki z magnesa, który kupiliśmy, które udało nam się w końcu znaleźć i te kolory i odbicia w morzu i jeszcze…

Wszystko.

Tutaj trzeba wrócić, bo jeden z domów wyglądał jak większa wersja willi z Sabriny 0 nastoletniej czarownicy… serialu oczywiście.

No weźcie no…

Film jest dziwny… liżące dupę jakiemuś kolesiowi babki? Kto to widział? No szczerze, no ludzie no. Jako wiedźma składam protest… a poza tym włażę do jednej z tych morskich, czerwonych chatek przerobionych na galerię.

No po prostu…

Po prostu trzeba tam wrócić.

Koniecznie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znaczny Chaos… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmak…

„Wiedźmak to rodzinę miał wielką.

Byłaby większa, gdyby jej nie zjadał, no ale szczerze, na co komu wielka rodzina, jak ona nieużyteczna taka?

No na co?

Szczerze, tak właściwie, to po tym, jak pierwszy raz opowiadała o tym kim jest, co z czym i jak, że i kazirodztwa nie ma, że zjada ino młode, pulchne i wszelako lekko już nadmiarowe, no i dodatkowo gen mają płodności tak wybujały, że własny Wszechświat posiada i Światy Równoległe… nawet piętnaście księżyców.

No kuźwa, kto radzi sobie z grawitancją tylu kulek dookoła?

Dlatego jadł i się tego nie wstydził.

Naprawdę.

Zresztą, próbował opowiedzieć swoją historię, domagać się jakiejś lekarskiej pomocy, ale kto by mu uwierzył… nie że Pan Tealight od razu i od razu też wyciagnął swoją Biczykową Pałę… ale potem słuchał dalej i jakoś ona pała mu opadała i opadała i opadała… no bo wiecie, to szczerze miało sens!!!

Naprawdę.

Nawet Wiedźma Wrona Pożarta jakoś tak słuchała, głową kiwała, ale też i ona dziwne do rozmnażania podejście miała, więc… czy należało ją pytać w ogóle? Przecież było wiadomo, że powiem że jej to dynda i powiewa. Dodatkowo wisi i szczekocze klepkami w podłodze u korzeni zębów…

No tak, zawsze była opisowa.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Piętno rzeki” – … no dobra.

To ten tom, który po pierwszym przeczytaniu lubilam najmniej, a po drugim mi przeszło, a po trzecim już w ogóle.

Bo tutaj w końcu jest to, na co zapewne one drżące serca niewieście czekały, czyli wiecie, ślub i miesiąc miodowy. Hihihi… bez miodu, za to krwawy, skąpany nie tylko w posoce Pradawnych ale i w najpiękniejszych z rdzennych legend.

A w końcu to jest to, co uwielbiam religijne wręcz.

A może ino li obesesjnie?

No ale, dostaję to, co chciałam. W końcu rdzenni opowiadacze, w końcu oni słynni krętacze, osobowości boskie czy też na wpół boskie twory, które przywlekły się w ich świat mocno nieproszone. A w to wrzucona dziwna para. On wilkołak, starawy, choć nie wygląda, ona mechanik, wygląda, ale na kojota już mniej. Wiecie, wiadomo… jak ci Pradawny pożycza wóz kempingowy, wiedz, że kurna fajno nie będzie, a w bajce obcina się palce by wcisnąć bucik do tego cholernego kryształowego kapioszka… mówiąc o kryształach moja kula spadła.

Obłupała się.

Zbieram na nową!!!

I wciąż na książki, by kurcze czytać, bo brak czytania ostatnio tak mi się rzuca na mózg, szaleństwo wypływa oczami, jednak tego się nie da wyplenić z siebie… A Mercedes? A no tak, ja przecież o książce… no wiecie, jak to ona, zamężna obecnie, choć wciąż z Kosturkiem. Milusio, jak taki zwierzaczek się jej trzyma.

Aż strach pomyśleć, do czego tym razem ją nakłoni.

Tanum beach.

Tak w ogóle, to widzieliśmy już zająca siedzącego na drodze, dwie sarny przechodzące nam przed nosem, jeszcze i oczywiście, no i jeszcze ich gromadkę na polu. Łosiów nadal nie ma. I ludzi kąpiących się w morzu też nie, co mnie zaskakuje, bo woda ciepła i czysta. A już w Tanum plażę mają niesamowitą. Naprawdę warto obejrzeć cały kompleks, albo coś wynająć.

Na pierwszy rzut oka wydaje się malutka.

Ot skała i tyle, ale potem człek coś zauważa i jest zachwycony. Bo chyba nasi się powinni nauczyć jak tworzyć mocne pomosty właśnie od tych ludzi. Naprawdę. Bo skała skałą, ale ktoś pomyślal, by doookoła niej, w dole poziom wody taki akuratny do pływania, nie za płytko, nie za głęboko, raczej spokojnie gdy nie ma wielkich fal… ale najpierw ono dookoła. Otóż jest to rodzaj pomostu z barierką i drabinkami.

Niby prosta sprawa, ale powiększa „plażę” gigantycznie.

I w ten sposób można się i ześlizgnąć, skoknąć, można i po prostu zleźć do wody nie raniąc się o kamienie i można posiedzieć i popatrzeć. Po prostu, tak zwyczajnie. Deski mocne, metalowe wzmocnienia widać, że stare, barwią na krwisto i skały i oddają kolory porostom. Jest w tym jakieś malarskie szaleństwo.

Jest w tym coś…

Intrygującego.

I jeszcze one ostrygi przyczepiające się gdzie się ino da. Tak po prostu, bo mogą, bo czemu nie… bo przecież na tym polega życie.

Ech… fajno tutaj… i łódką na te wysepki…

Smögen…

Wszystko zaczęło się od magnesu… wiecie, że mam wielkiego fioła na punkcie magnesów i wciąż jeszcze mi nie przeszedł, no więc w przydrożnym sklepie, gdzie to podobno bardzo fancy żarcie dają, można też kupić produkty, na które zwyczajnie mnie nie stać, ale wiecie, obok jest i paliwo i miejse na siku, a za wejście opłat nie pobierając, więc… jeszcze na dodatek padać zaczęło, no to człek wszedł. Spojrzał zza szyb na ni to jezioro ni część morza, ni pierun wie co, ale pikne, malownicze i tak dalej…

A potem się rozejrzał i zobaczył kolorowe domki.

Potem zapodał Googla i już.

Reszta należała już do słonecznego i bardzo wietrznego dnia, który nie ułatwiał ni jazdy ni fotografowania, ni właściwie… niczego. Nadal coś mi w karku strzyka na samą myśl, ale kurde, takie to było cudne wszystko.

Takie, że trzeba tam kiedyś wrócić.

Koniecznie!!!

Bo to, co zobaczyliśmy, czego doświadczyliśmy, w ogóle najpierw sama droga z Fjallbacki tam tak niesamowicie malownicza, tak przejmująco inna niż to, co widzieliśmy już, a przecież, a przecież jeździliśmy już tyle i w te i wewte…

I jeszcze…

No dobra, Smögen… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmak… została wyłączona

Pan Tealight i Zielarz Snu…

„No nie, że co, od razu ćpun?

Że pod wpływem, czy coś?

No to już naprawdę nie można sobie odpuścić codzienności chociaż na chwilę, naprawdę? Przecież to wszystko jest takie… ciężkie. Takie codzienne, nużące, męczące i naprawdę, wcale ni nie ubogaca człowieka, ni cokolwiek innego bytu, czy jakoś takoś. Bo przecież, tak naprawdę, to kto mógł mu nakazać? Zakazać i wszelako, jakoś takoś pokierować jego życiem, by było…

Zwyczajne…

No przecież był Zielarzem Snu.

Był nim…

… nie żeby chciał, ale jednak… z dziada pradziada zobowiązywało i szklarnię miał i na górze i na dole, i jeszcze mniejszą, taką zieloną, wiecie, dyndającą u gałęzi na te co specjalniejsze produkty…

Sadzonki się znaczy.

No bo przecież nie mógł zaufać innym, tylko on mógł jak już odpowiadać za produkty, za które ręczył i tylko on mógł ich doglądać. Naprawdę. Nie ufał nikomu i wiedział dokładnie dlaczego. Dlatego tak się dobrze dogadywali z Wiedźmą Wroną Pożartą. Dlatego tak bardzo uwielbiał do niej przyjeżdżać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zachód słońca…

Właściwie, to na Wyspie ostatnio jakoś brakowało zachodów słóńca. Nie no, pewno, żar się z nieba lał, ale ono słońce jakoś tak zanikało. Nie tworzyło już onych niesamowitych barw i tak dalej. Wiecie jak to jest z fotografami, niektórym opętał Goldenhour i tyle. I co widzą… ino kulkę zbliżającą się ku morzu.

Znikającą.

Ale bez różów, fioletów i onych żółcieni, nawet bez tego czegoś, co sprawia, że się przystaje, a czasem… jakoś tak znika tylko za chmurkami cieniutkimi, za woalem jakiegoś niemyślenia, za… jakby miało tylko palić i nic więcej. Jakby miało tylko niszczyć, nie cieszyć, a tutaj… tutaj jest inaczej. Słońce nadal zachodzi… jakoś tak względnie normalnie. Kula światła obmywa złotem wszystko. Żółci, oświetla, wszelako zmienia, nadaje ten dziwny, barokowy ton…

… jakby ktoś oblepił wszystko złotą folią.

A w Fjällbace…

O tak, tutaj trudno znaleźć dobre miejsce, ale czasem się udaje. I miejsce i czas się znajduje i przesmyk między onymi skałami wyrastającymi z wody… i chociaż wszystko takie inne niż dwa lata temu, w wodzie nie ma morskich potworów, nawet parzących meduz czy rozgwiazd, co jest tak bardzo dziwne… to choć to słońce jakoś znajome z przeszłości znajomej, bezpiezniejszej jakoś tako.

Jakoś tako innej.

I biegnie człek, zmaga się z wiatrem i stara się nie odfrunąć, trzymając się onego mokrego pomostu… jakoś takoś, a potem…

Rozumie.

Albo i nie…

Szukając szczypczyków, raki…

Okay, pierwszego dnia pojechaliśmy oczywiście do Vitlycke… dlaczego? Bo no jak rany, wiecie, książki tam mają o helleristningerach. A poza tym cała reszta na zewnątrz i choć znajome to, to wciąż jednak chcesz zobaczyć to znowu i znowu, Tanum… ryty, wszelkie pradawności, symbolizm, stojące kamienie…

Problem?

Eeeee… no dobra, oni tutaj mają cudowny sklepik z taką wszelaką archeologicznością i… tym razem to był koszmar. I nie chodzi o to, że muzeum zamknięte, czy restauracja samoobsługowa i ino dla Szwedów, ale o babę, która za zadanie miała ino nas podliczyć i podać kilka rzeczy, których śmiertelnym widać macać nie wolno… przed zapłaceniem oczywiście.

No wiecie, srebro, złoto czy co tam… skarby!!!

Znacie to uczucie, jak ktoś po prostu wami gardzi już od samego wejścia…

… to oblepia człowieka i miażdży, odbiera radość, nie pozwala… no po prostu wstrętne babsko i nie, nie tak, że miała gorszy dzień, ona chyba zwyczajnie tak ma i tyle. Nie pomogły poddańcze uśmiechy czy coś tam, w końcu dostałam napadu lękowego, ale się udało…

A może nie udało, już nie wiem.

Nie wiem tym razem czy dziękować za przeżycie, czy za to, że jednak człek nie zdechł gdzieś, bo w końcu ostatnio jakoś tak, nawet jak coś względnie dobrego się trafia, to potem się odwraca na drugą ztronę i wali w łeb…

Zmienia swę zdanie?

Czy coś w ten deseń.

A co do szczypczyków?

No to wciąż nie widziałam ni ich ni raków ni w ogóle… żadnego festa. No ja już nie wiem, wykupili akurat tylko ten jeden przedmiot? Kolejna lekcja tego, że jeśli czegoś chcesz, to po prostu to bierz i tyle…

Nie czekajcie, nie warto.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zielarz Snu… została wyłączona

Pan Tealight i Mała Dziewczynka…

„O kurde, ona nawet miała kucyki z kokardkami.

Wiecie, takie, jakby się zerwała z majowej imprezki za czasów komuny, kiedy to strój galowy był aż nader dokładnie ustalony. Krótkie kiecki, spódniczki się znaczy, granatowe zawsze, w odpowiednim odcieniu, często z poliestru dziwnego, co to przy większym cieple już się topił, do tego… białe koszulki, włoski w kiteczki, równe, często nazbyt mocno ściągnięte… aż człek nader zdziwiony był… i chociaż za tych czasów Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki Pomordowane jakoś tak za dzieciaka zabraniano długich włosów i kolczyków, to jednak…

Miała taką spódniczkę i koszulkę.

I te podkolanówki.

Miała wszystko, łącznie z chorągiewką.

Szturmówką… się znaczy, wiecie, nie malutką chorągiewką, z plastikowym patysiem, ale taką wielgą jak kapa z łóżka z drewnianym masztem, co to go ciągnęła za sobą, więc wszelako był już bardziej jak szmata niż, wiecie, pięknie prezentujący się narodowoy symbol, wzmacnianie nacjonalistyczności, czy coś tam… ludzkie korzenie, wspólnota, znaczenia, symbolizmy…

No miała to wszystko.

Nie wiadomo właściwie dlaczego, bo jak twierdziła, grać miała w horrorze, ale jakoś się jej pobłądziło, więc nagle znalazła się tutaj i naprawdę nie wiedziała dlaczego i dokładnie skąd, ale jakoś się udało…

Nie ucieszyli się.

Ale udawali, że się zastanawiają nad onym ucieszeniem, w końcu to była tylko li mała dziewczynka, czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jazda w Szwecji…

Właściwie, to się nad tym nie zastanawiałam, że… że w Szwecji ta jazda jest taka inna. Możecie wybrać przecież przedzierajacą się i przez mokre i skaliste, czyli zwyczajową autostradę, gdzie ino z daleka widzieć jakieś domeczki, trochę pól, obecnie wypełnionych onymi marshamllowsami, wiecie, tymi wielkimi workami, co to pewnikiem kiszą sobie trawę…

A poza tym żadnych pól bardziej uprawnych.

Czasem krowy, czasem owce…

… ale w większości ino one zielone i podmokłe i rzeka szeroka…

… jedna i druga, i jeszcze jakieś w oddali, i w końcu, migotanie morza… czyli wiecie, wybrzeże. Bo na początku to jakoś tak płasko, potem znowu płasko, a potem nagle pojawiają się te skały, które zdają się podglądać, oceniać, albo i li olewać to wszystko, kto do końca jest w stanie zrozumieć one skały?

No kto?

Ale jazda…

Była sobota, więc brak ciężarówek i jakoś tak uderzała, mimo iż to dopiero druga połowa sierpnia, pustka na drodze. Nie ma Turyścizny, czasem zdarzy się kamper czasem auto na jakichś innych numerach, ale tak naprawdę… nie ma ludzi. I tak, tutaj liczby zarażonych spadają. Co więcej, udowodniono, że wielu poddało się testom chińskim, pewnie z jakiegoś Alibaby, no i mieli stresa za taniochę… wiecie, pokazują od razu, że ktoś chory, nawet aarbuzowi, więc dlaczego nie zwykłej, bidnej, wiecie, taka lekko paranoicznie zarobionej duszycce?

Ale też…

Możecie wybrać tak zwane opłotki, które często szczerze są opłotkami. Są drogami wyboistymi i mocno męczącymi żołądek.

Za mocno…

Ale co można zrobić?

Podjąć decyzję. I liczyć ile McDonaldsów po drodze człek tak… tak do linii Morza Północnego, do Bohuslän… naliczy. Jakoś dziwnie, później znikają i ich już nie ma. Wali rybą i krabem mniej świeżym, ale…

Hmmm…

Dziwne, kolejne miejsce… i Plaża Grubych Dam.

Tym razem zatrzymaliśmy się znowu w tym samym domku. A co… po raz pierwszy tak nam pykło, by przyjechać w miejsce znajome, mieszkać w znajomym – o czym później – a na dodatek w końcu dostać chłód.

Cudowny, niesamowity chłód.

Uwielbiam tę pogodę.

Tutaj jakoś nie było suszy.

Nocami pada, poziom wody dość wysoki, nie ma żółtych traw, soczysta zieleń jeszcze się nie dotknęła jesieni… wydaje się, iż to całkiem odmienny świat. Kompletnie. Jakby… jakby to, co było na południu, tutaj nie doatarło. Nie chciało? A może to te McDonaldy, no wiecie… może wolą jakiegoś burgera?

Ale nic to… oczywiście po podróży należy rozprostować nogi, więc…

… więc chciałam na Hamburgsundö. Nie wiem dlaczego znowu chciałam w miejsce, które jednocześnie mnie przeraża i fascynuje. Nie mam pojęcia dlaczego, ale jednak te skały, ta obcość, strach, jakaś taka „Piła” połączona z „Wzgórza mają oczy”… coś we mnie budzi. Może żądzę sensacji, a może to jednak chodzi tylko o te potwory, które można znaleźć na plaży.

Na tej plaży?

Albo o muszle?

Nie wiem, ale deszcz, wiatr i inne, jakoś mnie stamtąd nie wypędził, wścibstwo za to pokazało mi jeszcze jeden dziwny zakątek z trzema rybackimi domkami i łódkami, przyczepiony i do skały i morza, jakoś takoś dziwnie na miejscu, i nie do końca na miejscu… jakoś tak samotne, ale i wyzwolone. Do końca… a może i jakoś tak, tak na zawsze. Podobnie jak ta plaża. Nikogo tutaj nie ma, jakby świat dał mi chwilę na coś… coś więcej…

Coś…

Nie wiem.

To specjalne miejsce.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mała Dziewczynka… została wyłączona

Pan Tealight i Bagno Wysublimowane…

„A więc Bagna Wszelako Wysublimowane systematyzowało się ze względu na wiele czynników.

Niektórzy woleli pozostawać ino w onych biologicznych, wilgotnościowych, roślinnych, botanicznych, no wiecie, kwiatkowych, roślinkowych, wszelako liściasto-korzeniowych tematach, inno znowu zerkali na okoliczności pływające i skaczące, a jeszcze inni na te… wiecie… ptaszki, lizardy, motylki i pijawy… albo taka anakonda… ooooo, to na pewno ma osobną rodzinę, gatunek i jeszcze te tam…

No inni na to, co kurde one bagna otaczało…

… kurde no…

Zapomniałam jak to leciało?

Grupy i podgrupy? Rodziny i wszelakie adopcje? Kto z kim, po co, na co i od której woli strony? No co, każdy ma jakieś problemy, co nie? Nawet takie Bagno Wysublimowane, które przypętało się do Sklepiku z Niepotrzebnymi i poprosiło o jakieś schronienie, świety azyl, czy też cokolwiek innego, co sprawi, że przestaną je mieszać w te wszelakie szufldkowania.

Niewielkie takie, z rzęską i trzemam lelyjami wyrastającymi z jednej strony, wielkimi liśćmi już lekko jesieniującymi się i oczywiście pałkami, wiecie, musiały być. Niby dopiero nad nimi pracowało, ale początki były obiecujące… przynajmniej mu się podobały, więc… cóż, to było najważniejsze.

A co!!!

I dostało azyl i miejsce w Ogrodzie Wszelakości…

I kumkać zaczęło nawet z radości.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Podróże.

Dobra, to masz ta maseczka.

I żeby nie było, ja szczęśliwie i niespodziewanie całkiem, nie miałam na sobie koszmary, jakiego zgotowali chińscy ekstremiści mojemu Chowańcowi, czyli worek na twarz… no bez urazy, ale to stopiony plastik z mikrodziurkami, co cuchnie… rzymanie tego na mordzie, gdy wszyscy i tak stosują social sistancing i tak naprawdę połowa promu zajęta ino, jest durne. Dlaczego? Bo odparzenie ryja gwarantowane. Poza tym, zawsze siedzimy tam, gdzie klima wali najmnocniej, sorry, ale ja mogę podróżować tylko w ty jednym miejscu, inne są nie do przyjęcia, macie wąty, ponoście mój mózg przez godzinkę, miną wam… no ale, maseczki on, siadamy. Ja mam bawełnianą, prezent, bez urazy nie byłoby mnie stać i musiałabym się męczyć w tym koszmarnym, parzącym gównie, a w momnecie gówna… mała dygresyjka…

W lipcu Dania wprowadziła darmowe bilety na wszystkie wyspy.

Tak, oczywiście, oznaczało to gigantycne tłumy wypasionych aut, co to nie mogły pojechać do Grecji, Tajlandii, czy innych Bangkoków. Oznaczało to ludzie z rowerami i łażących… koszmarny tłum, który nagle zwala się na ludzi, którzy dotychczasowo byli pozamykani w swych chatkach, wiecie, wymijali się w kilometrowej odległości na spacerach i wiecie, takie tam…

… więc… czyż nie należało wprowadzić maseczek wtedy? I to nie tylko moje pytanie, ale ludzi i przewoźników z tamtych rejonów.

A, że by sarkali przyjezdni, ojojojjjj… po pierwsze i tak zawsze coś im nie halo, a po drugie, tosz kuźwa nagle jebana pandemia nie minęła. Norwegia oznacza nas teraz jako najwyższy poziom ryzyka, obejmuje teraz kwarantanną wszystkich, ale nie, spoko, nośmy maseczki… żeby nie było, na razie ino do 22go października?

Widać magicznie wsio minie dnia tego…

Czy tylko ja mam wrażenie, że to popierdolony eksperyment na ludności? I nie, nie neguję istnienia wirusa, on jest, przypierdala, zabija, a tych, co przeżyli naznacza na zawsze, ale kuźwa niektóre posunięcia rządowe to kpina.

No więc…

Jedziem.

Płyniem się znaczy. LOL

Jeden pies i wydra.

Moja bawełniana maseczka jest fajna, miła, ale gorąco w niej, a w ryj wali mi oczywiście klima… i tak nagle zaczynam się zastanawiać, czy jak artystycznie dostanę ataku na środku onej jednostki pływającej, to upadającą mnie na pokład ktoś usłyszy? No przecież zbliżyć się nie mogą, ni kija…

Widzę, że Chowaniec się dusi, ale, kapitan opierdala tych, co zdjeli masecki, bo żrą niby. He he he, cwaniaczki. Pokupowali żarcia i jechane, morze jak stół, to mogą sobie pozwolić, co nie? Bajera!!! Czy zważają na to, w większości nie, nie oszukujmy się. Ale każdy ma te niebieskie cholerstwo na ryju jak nie je, czy idzie do klopa.

Gromada z Grey’s Anatomy na wyjeździe.

Są karni? Nie, wcale nie, zwyczajnie kary za nieposiadanie maseczki są tak wysokie, że po prostu szaleństwo, więc lepiej to coś mieć. Ale sarkają. Protestują i piszą dosadne teksty, które nie wyjdą poza granice państwa, bo DanskPIJAR magiczny nie pozwoli. Oni ino biedną księżną koronną, Mary, wypuszczają na fotce z samolotu, w maseczce oczywiście… biedną? Ano widzicie, dzioucha wciąż człowiek sięokazało i odruch ma…

No to wyciąganie ręki.

Cofnęła w porę, ale jednak, wyciągnęła, więc przyznała się publicznie. Przeprosiła, za bycie człowiekiem i tak dalej…

Sprytny ruch.

Po pierwsze tabloidy mogą się iść plumkać, bo nie wyciągną tego przeciwko niej, jak to się oberwało jakiejś norweskiej minister? Chyba? A po drugie, wyszło, że korona to tyż człowiek, choć ona wżeniona, to wiecie, czasem wydaje się, że chyba jakaś nieślubna przodkini największych w jej żyłach śpiewa.

Ale płyniemy.

Maseczka odcina dopływ powietrza, nie daje się oddychać, na dodatek klima wali po zatokach i oczach i w końcu zaczynam panikować… i dziś nie mogę mówić. Mam tak zrąbane zatoki, że strach, a ból głowy zaraz sprawi, że wylecę na to pole golfowe i sama w końcu złapię piłeczkę.

Na główkę oczywiście… marzy mi się piłeczka.

Bo wiecie, pozdrowienia z Fjällbacki.

Dzicza ze skałami, ni ma ludzi, drzewa, wrzos pięknie obrodził… oni tu deszcz mają, żadnej suszy, no piknie jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bagno Wysublimowane… została wyłączona

Pan Tealight i Świetlisty Pan…

„No pełgał tak, wiecie, jakby nie do końca zdecydowanie, jakby coś nie teges, ale może jednak… jakoś mu to tak o ciele, twarzy szczególnie i włosach, ale to pewno przez kożuch, co go miał na sobie.

Jak nic z wiewiórek!

No nawet ogonki mu robiły za frędzle takie…

Od razu wiadomo, że zboczeniec. Bez urazy, ale tyle wiewiórek na takie coś w lecie i co z tym pełganiem? Dolać mu jakiegoś paliwka, gazu podać, czy co… spalić ma się, czy jednak ino jakoś takoś…

Takoś jakoś ino pełgać.

Ile można?

Przechodź żesz facet do tej tam, no pochodni… bycia pochodnią, czy czymś no coś takiego, wiecie, w ten deseń? A nie tak stoisz pod oknem Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, no i jej tam, to hygge zaburzasz! Szczerze! Jak tak można? No bez urazy, ale wszyscy mają prawo do hygge takiego, jakiego sobie życzą, a nie, stoi jakiś wiewiórecznik i pełga…

Podglądacz zboczony!!!

A może o to chodziło?

Może jednak po prostu, zwyczajnie był kolejnym czymś, co jak zwykle przywołała osobowość Wiedźmy Wrony… tak wiecie, bez jej własnego udziału, tak naprawdę? Bez jej wiedzy, jakiejś takiej, zewnętrznej?

I został…

Ino jakoś tak pełganie w nim się zmieniło, zgrało z wiedźmowymi pragnieniami… wot i miała swoją latarnię do Narnii. LOL”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

To po prostu piekło.

Nie wiem co się stało pogodzie, ale piecze, dusi i ogólnie mówiąc żyć nie daje. Nawet ona sławetn bryza wyspowa zdaje się wymijać człowieka, jakby się go brzydziła, czy coś? Nie żebym jej nie rozumiała, ale jednak, no weź no bryza, daj żyć. Tlenu kurde!!! Ostatnio zauważam, że zapalony tealight nie wypala się do końca, jakby coś przez cały czas dusiło płomień. Czy ktoś badał proporcje tlen-azot ostatnio…

Bo ja znowu w czarnowidztwo popadam.

I pewno spiskową teorię, która jak zwykle prawdą się okaże, z tego ukręcę.

Co się będę ograniczać?

Mózg musi pracować, nie ma się lenienia i takich tam, nie ma popiskiwania w kącie dziwnych rytmów, wyginania się za uszami, no i wiecie, całej tej prokrastynacji. Oj nie koleś, pracujemy.

A tak, mój mózg to on.

A co, nie wolno mu?

Ludzie, jest gorąc, wolno wszystko… się rozpuścić wolno nawet jak ktoś posiada takie iksmeńskie moce. Woda morska nie pomaga, na powierzchni unosi się tłustawy osad i widać one cuda wszelaki zwiastujące kwitnienie alg, więc kanał, zostaje prysznic, ale ile można no? A w wannie siedzieć, skołować sobie balię do ogródka?

Chociać miskę plastikową?

Nie no, jak wtedy pracować?

… więc ludzie załączają warmepumpe. I się nią nie warmują, ale chłodzą. Żeby nie było działa, ale znowu zatoki, struny głosowe i takie tam. Tym ciałom, to w cholerę nie dogodzisz no… może ten sławetny Dyson?

Mnie nie stać.

Sponsorzy mile widziani, ale i tak wolę książki… LOL

… nawet w spoconej formie.

Ludzie z plecakami.

A tak, niby normalny widok, ktoś mógłby powiedzieć, a jednak… u nas zwykle ludzie z plecakami mają rowery, świadomi tego, że spora część tras rowerowych, słynnych i tak dalej, to i tak w końcu prowadzi poboczem szosy, więc wiecie… i choć jestem zwolenniczką łażenia, szlajania się i ogólnego chodzenia, to jednak, no właśnie…

To jednak ich rozumiem.

Ale w tym roku mamy zatrzęsienie ludzi chodzących z gigantycznymi czasem, plecakami. Pamięta ktoś plecaki ze stelażem? No właśnie, taki typ, ino odrobinę nowocześniejszy, a u niektórych, to nawet nie tyle nowocześniejszy, co po prostu, wiecie, z demobilu jakiegoś, czy co? A może one modne znowu?

Albo jakoś tak?

Nie mam pojęcia…

Ilość tych ludzi wielka. I tak się zastanawiam czasem, jak się snuję i szlajam, gdzie oni tak leżą, no i czy będą leźli noc całą, raczej drogówka ich zgarnie, czy też planują na dziko – nie polecam, prawnie zabronione, kary ogromne, czy może jednak próbują od jednego shelteru do drugiego… ale jaki to ma sens?

Medytacyjne chodzenie?

Bo może i Wyspa mała, ale cały dzień spędzą na łażeniu i płowieniu?

A może to o płowienie chodzi? Hmm… ja i tak mocno nie interere w polityki i nowości wszelakie, wiecie, wciąż ta fascynacja wynalezieniem koła, LOL a oni często tak zarośnięci, więc może to taki nowy, no design człowieczy?

Wiecie, zamiast płukanki słonko!!!?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świetlisty Pan… została wyłączona

Pan Tealight i Wioska Tymczasowa…

„No jak grzyby po deszczu, czy coś w ten deseń, wyrosła sobie pod progiem Złotego Domu Wiedźmy…

… Wioska.

I to z Tubylcyma!!!

Z onym ogrodem wewnętrznym, takimi jakimiś konstrukcjami w środku, onymi drewnianymi, patyczkowymi, deseczkowymi domeczkami, malowniczo rozbiegającymi się od niego dookoła w mocno koliste uliczki, płotki białe i zielone i czerwone, i one dachy różnokolorowe… bo wiecie, tak z wysoka, to tylko tyle można było zobaczyć, w końcu wioska i Tubylcowie byli dość malutcy, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane raczej choć niska, dla nich wysoka…

Taka dziwna wersja onych „Podróży Guliwera”.

Tylko lepsza. Bo Tubylcowie gotowali smaczne rzeczy, sadzili w swoich ogródkach dziwne rzeczy i specjalizowali się… niestety było to dość przerażające dla Wiedźmy Wrony, w budowie wodospadów…

I to w naturalnej wielkości.

Nie, nie żeby zaraz pod Domem Wiedźmy, nie, nie byli tacy głupi, przecież nie zalewali by sobie wioski, ale malutkie, szemrzące projekty stały dosłownie wszędzie. I mniej dosłownie, zwyczajnie, naprawdę wszędzie…

I robily dźwięk…

Szmerząco-szemrzący… wywołujący sikające odczucia…

… bardzo częste.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zrodzony ze srebra” – … tom 5. Ekhm… czyli lecim dalej. I jak najbardziej, szczerze przyznam, że w tym tomie nie dość, że dochodzi do pewnego przełomu, to dodatkowo jest tak przepięknie magiczny…

Że go kocham!!!

Znaczy ona wie, że kocha…

A wszystko zaczyna się oczywiście lekko niewinnie. Samuel i Adam. Wiadomo, dwie strony, jeden medal, jeden wybór. Orzełek czy reszka, Królowa czy inny bajer… Mercedes musi wybrać, ale przede wszystkim musi coś przeczytać, no i jest jeszcze wampir…

Żeby tylko jeden.

A poza tym względnie normalne życie, znajomości i przyjaźnie i ciągłe to drżenie, że kojot, to jednak nie wilk, więc…

No sami wiecie, kolejna przygoda, dobrze poprowadzona ścieżka fabuły, która nie przeciaga, ale dostatecznie mąci. Związki, związki, związki… no po prostu bycie dorosłym jest trudne, na szczęście jest młoda i zawsze fajnie dogryzie, czy też… Pradawni. Ekhm, ci gryzą całkiem dosłownie. Jak zwykle cała masa magii, krwi i prawdziwej uczuciowości. Pewne rzeczy trzeba naprawić, pewne ponownie ustalić, a jeszcze inne wylezą jak to szydło z worka i kogoś włochatego dźgną w zad, by w końcu zrozumiał, to, o czym przed wiekami…

Zapomniał.

Mniam!

Vandmand.

Pierwsza meduza zobaczona.

Czyli jesień już jest. Nie ma odwrotu, wsio się zaczęło, wszelakie liście z brzóz zaczynają już spadać i ten zapach, dziwny zapach w powietrzu się pojawił. Chociaż nie, nie jesienny, nie ten znajomy, ale czasem, gdy zawieje wiatr, gdy coś dmuchnie, mimo żaru z nieba, jakoś tak nagle czuć… zimę. Naprawdę…

Czyż to nie dziwne?

Żar z nieba się leje, żar gryzie, nie pozwala się skupić, nie pozwala na spokojny sen, ogólnie mówiąc, wszelako pierdoli życie. Naprawdę. To jest po prostu męka, a potem nagle, z Niewiadomokąda, świata wszelako mało znanego, wyłazi ten dziwny, niepasujący do codzienności naszej obecnej, letniej, wiatr…

Wyłazi i parzy…

Jest ci gorąco, boli, dusi, ale jednak, ten wiatr nagle cię mrozi, więc wiecie, to sprawia, że znowu, po raz kolejny w tym roku jesteście zaskoczeni, skonfundowani wszelako, pomieszani, mocno zrąbani, bo przecież…

W tym roku nic nie jest znajome.

Nic.

Ale głupota oczywiście pozostała stara.

Nazbyt znajoma.

I Norwegia nas już nie lubi… wiecie, nie tak do końca, podobno, ale jednak uznali nas za strefę czerwoną podobnie jak Kopenhagę. Czyli za tych zaraźnych, zakaźnych i tak dalej. Ekhm… Po pierwsze maks zachorowań miejsce swe ma w Aarhus, ale tam nic nie powiedzą, bo norwegowie na wywczas tam pływają, więc wiecie, się nie da, ale stolycę, czemu nie, a że przynależymy podobno do tej samej części Danii…

To się nam oberwało.

Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, że od 22go Polacy mają przypływać tym Jantarem, to może i mają rację. No jak nic, dotąd nie było zachorowań, więc teraz pewno jebnie na całego… Ale co tam, przecież, who fucking cares?

My będziemy musieli zapierdzielać w maseczkach, ale reszta świata niech się bawi, ech, no zobaczymy jak to będzie.

Na razie, to widzę…

Źle widzę.

LOL

Wiem, nie ma w tym nic śmiesznego… wyobrażacie sobie dobijające zimowe święta? Takie wiecie, nie dość, że w zamknięciu, to jeszcze bez giftów?

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wioska Tymczasowa… została wyłączona