Pan Tealight i Depresja Pana Mondeja…

„Bo widzicie, jego Depresja była inna.

Po pierwsze miała cztery łapy i dwa ogony!

Do tego pięć łbów, szósty niewidzialny ale najbardziej słyszalny, jednakowoż z powodu onej małowidoczności, wiecie, jakoś się dla niej nie liczyła, więc nie była w ten sposób postrzegana, namacalny i nie dostawała czapeczki ni nausznuków, czy szaliczka pod bródką. Wiecie… włosków jej nie plotła w warkoczyki, czy coś takiego, korony nie nakładała, ale zęby czyściła.

No cóż, może niewidzialna, ale smrodliwa.

Poza tym włochata była, ale nie że jakiś zwierzak, po prostu tak wyglądała. No co, akceptujcie jak wszystko… że grzybem porosła była, no i co z tego, to już nie można nagle grzybem sobie porosnąć, czy coś?

Aż wy oszuści!!!

Jak możecie nie doceniać sztuki fungizmu!?!!

Nie znacie się po prostu, ignoranckie kałamarze, wy!!! Ona jest, więc macie doceniać obecność, to, że ubarwia wasze życie i czyni je lepszym, bo inność przede wszystkim, co nie… a że smuteczek… a coście myśleli, że kurna życie to zawsze dwie czereśnie na uszach, prezenty, pocałunki, czekoladki i zero tłuszczyku w niechcianych miejscach oraz wszelakie braki w rozwolnieniach?

Nie.

I gadaj z taką…

Kompletnie asertywna…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Bezwład” – … no tak. Dobra. Rozumiem oną nowoczesność narracji, ale dla mnie to raczej niedbałość i niedbanie o klienta. Naprawdę. Uznawanie, że toto czytające nie posiada wystarczającej ilości komórek, żeby łyknąć więcej słów, zaabsorbować pomysłów…

Wkurwia mnie to.

Ale…

Sama powieść, chociaż niestety spisana w ten fancy nowoczesny sposób, na dodatek niechronologiczna i podzielona na osoby niczym scenariusz z wyrobionymi didaskaliami… nie jest zła, jeśli chodzi o samą treść, choć na dłuższą metę lekko męcząca i raczej mocno przewidywalna. Spodziewałam się czegoś więcej, ale niestety, takie pisanie mamy w tych czasach.

Wiecie TLDR. Wrrrr!!!

Nie wchodzimy głębiej w psychikę, nie baiwmy się słowami, bo przecież każdy wie, wiedzieć powinien, albo… i tak tego nie chcą?

Nie wiem…

Opowieść rozbija się między dwoma kobietami, matką i córką i ich tajemnicami. I choć córka winna być mądrzejsza i mieć większe jaja, a matka jakoś tak, no wiecie, w którymś momencie odpuścić i walnąć patelnią, to sama historia jakich wiele. O niezrozumieniu się. O rodzinności, która zanika i braku empatii wszelakiej.

A cała reszta…

Hmmm…

Nie istnieje.

Na pewno coś na jeden wieczór, wiecie, do połknięcia i wszelakiego zapomnienia. Coś, co logicznie potoczyło się jak się potoczyło i tyle. Przeczytałeś i nie będziesz więcej o tym myślał, bo po co? W końcu nie ma o czym… nic w tobie po niej nie zostało. Choć może ci rodzinni zadzownią do rodziców czy dzieci…

… może?

Spacer…

To się często zdarza.

Naprawdę bardzo często.

Właściwie, niektórzy wciąż spoglądają na nasze zdjęcia i pytają się, ale gdzie to jest… a mieszkają tutaj od zawsze i chodzą wszędzie… ale jednak prawdą jest, że ludzie trzymają się jakoś swojej części Wyspy. Wiecie, jak za dawnych czasów, gdy się nie jeździło ino polegało na własnych kończynach czy rowerze…

Ale… tak, naprawdę można często odnaleźć coś, czego człek jeszcze nie widział. Albo widział, ale nie do końca. Albo nie z tej strony… wiecie, wszelako. A już na pewno nie w tak mokrą aurę, choć na szczęście chmurki się lekko rozpostarły i nie wiało tak i nie wyło i nawet trochę słonka się pokazało i jeszcze…

I jeszce fajne grzybki znaleźliśmy…

… jak smarki trolla.

I może to były smarki…

Ale od początku… a początkiem był Arboretet, który przeszliśmy od początku do końca wyłażąc na drogę ku lasom wysokim i jeziorku, które coś w nazwie ma pewno z mrówki, bo to tu częste, ale jakoś tak, wiecie, jakoś tak nie pamiętam jak się zwie. Łatwo je znaleźć jak komuś chce się ubrudzić i stać się autobusem dla gromady kleszczy, bo wysyp ich wciąż doprawdy cholerny!!!

No szczerze, niemrawe są może niektóre, ale wciąż są.

I żrą!!!

Ale… oto spacer.

Najpierw bardzo znajomy, bo wiecie, jesień, choć może mało jesienna, dziwnie wciąż zielona, to jednak jesień. Jest trochę żółci i są fajne grzybki, ale poza tym, poza tym to chłodno i mokrawo, no i tęcze…

… wciąż te rąbane tęcze!!!

Co z nimi nie tak?

Drogą z Arboretet dotrzecie do jeziorka i jeśli nie jest przeraźliwie mokro, tudzież po prostu macie oną w sobie podróżniczą, przygodową, odwagę i wszelako dobre buty, no i kładki się nie zarwały, czy coś… to wiecie, odnajdziecie kładkę, która poprowadzi was w nieznane. W niesamowitą część lesistości, któa chyba przynależy jakoś i do Almindingen i do Arboretet.

Jakoś tak.

Uważajcie, bo kładka łobliwa i śliska strasznie, a małe listki brzozowe na niej wcale nie pomagają… żółtawe cuda na prawie głęboko-niebieskiej cząstce drewna…

Jakie to piękne wszystko.

Urokliwe i mocno niesamowite.

Ale wiecie, że w tej wodzie pod wami coś jest, coś szepcze, coś pluska, coś dziwnym cieniem się przemywa między oną zieloną i żółtawą roślinnością, między oną roślinnością z innej epoki, epoki, w której po ziemi kroczyły stworzenia, które zostawiły po sobie wapienie i inne tam w żywice zatopione historie…

Wiecie jakie.

No chyba, że nie wiecie…

Ale, idziemy. Po kładce powoli bardzo, bo wiecie, nie chcecie dać się złapać onym wodnym stworom i jeszcze, jeszcze oczywiście są te macki, które widzę jak mącą powierzchnię wody, jak już gotowe są wychylić się, ale widzą aparat i umykają. Nie chcą zdjęć… oj, co jak co, ale one nie chcą, by o nich wiedziano.

Bo i po co… w końcu wszyscy wiedzą lub wiedzieli…

Ale zapomnieli… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Depresja Pana Mondeja… została wyłączona

Pan Tealight i Panna Łączka…

„Zdychała…

Ale i się siała.

Na przyszłość.

Bo widzicie, w odróżnieniu od innych Panna Łączka miała swoją przyszłość wyraziście i mocno zwizualizowaną i naprawdę postanowiła jej dokonać, doczekać i wszelako dalej pleść one swoje nici… w końcu nasionka tak łatwo wyrzucić na wiatr, szczególnie taki buzujący na Wyspie jak teraz.

Tak łatwo…

Aż nazbyt łatwo, a ludzie przecież leniwi i choć uzbrojeni we wszelakie zło, to jednak, ona wiedziała, że w końcu ich omami, że wygra, iż jej się właśnie uda. Jej wysianej przez Wiedźmę Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane. Jej, która miała nie być, a jednak się stała, z przeterminowanych ziaren, które spały tak długo, że zarazem i wiele czasu potrzebowały by się naprawdę wybudzić, ale potem, gdy już to się stało, zrozumiały, iż śnić mogą też na jawie…

Na wietrze i słońcu.

Na suchej i wilgotnej glebie.

Mogą wszystko.

Jeśli tylko ludzie nazbyt nie wkroczą. Jeśli tylko nie zaczną szaleć w ten jakże im specyficzny, ale też i nienaturalny sposób. Naprawdę nienaturalny… doprawdy? Co z nimi było nie tak?

Przecież byli częścią i lasów i łąk i pól… mórz, skał, drzew i wszelakich, szalonych krzewinek…

Byli…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zmrok nadchodzi nagle, jakby ino czekał aż wlezie na scenę.

Jakby miał grafik, o którym nikt nie wie.

Właściwie, to pogoda obecnie jest doprawdy szalona dla tych, co zwyczajowo tutaj nie bywają. Bo wszystko mamy. I wiatry i sztormy i ciszę nagłą i chmury i deszcze zacinające a potem znowu te tęcze i słońce i wieczorem kolorowe chmury, ale tyko przez chwilę, bo przecież dlaczego miałyby dłużej?

Nie płacą im za nadgodziny i tyle.

Nigdy!!!

Robią, co chcą, więc mamy i je.

Ale wiecie…

Na chwilę, moment wszelaki. Bo wiecie, to one decydują, więc jak im się chce, to dłużej, jak nie chce, to nawet mogą zostać tutaj, kładąc dziwne linie na wciąż niezaoranym polu i gałęziach ogołoconych z liści. Które nawet nie miały czasu by się zakolorować znowu. By zmyć z siebie oną zielonkawość, wiecie, wszelaką…

Wieje, a wiatr przynosi dziwne myśli i głosy.

Dziwne szepty i opowieści.

I można tak siedzieć i myśleć, że się zwariowało, a tak naprawdę być najmądrzejszym człowiekiem na świecie, a potem, potem się obudzić i nagle wszystko mija. I wiatrów nie ma, które targały dachami, porwały furtkę i ciskały w ściany powietrznymi pięściami… i wydaje się człowiekowi, że naprawdę to mu się ino przyśniło…

Do kolejnego dnia.

Takie aury, to u nas normalność.

All included.

A co…

Turyścizna nadal jest. Lekko przerażona, zafascynowana, a może zszokowana tym, że w nocy temperatura potrafi spaść poniżej 5 stopni, czy też dlatego, że w dzień może być jej ino 10? Nie wiem, ale widzę te czapki i dziwne kurtki, więc powiem, że co jak co, ale na pewno byli przygotowani. Choć nie do końca, oj nie…

Nie chcieli nosić tych czapek.

I szalików.

Nie chcieli.

Nie ma w końcu zabawy, odwołano właśnie i adwentowy kalendarz w Gudhjem i znowu nikt niczego nie wie, bo niby odwołują, niby nie ma być nic, a jednak, a jednak ono podróżowanie, to tylko, no wiecie… tylko je odradzają. Tylko i wyłącznie. Nikt nikomu niczego nie zakazuje. Oj nie. Maski mają być w śordkach podróży, ale jak żresz, to przecież możesz zdjąć i jak pijesz i w ogóle, przecież podróż tak krótko trwa, to możesz to robić przez cały czas, więc who cares…

… sądząc po zachowaniach przyjezdnych, oni na pewno nie.

Tubylcy bardziej zdyscyplinowani.

Byłam w mieści i zauważyłam u siebie pierwsze objawy odskocznicy. Nazywam tak dziwaczną chorobę, która się u mnie objawiła… wiecie, w momencie osoby się bliżającej, zwyczajnie odskakuję, co skutkuje wbijaniem się na półki, ściany, lub tych, co za blizko stoją… no inaczej się nie da.

No bo jest ta pandemia, czy nie?

I co to za wirus co zimno lubi?

Ten z „The Thing”?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panna Łączka… została wyłączona

Pan Tealight i Sunflower Dominacji…

„Stał taki jeden pośród innych.

Niby taki sam, a jednak… czuło się to coś…

Wielkość.

Tak, w nim była ona wielkość, chociaż przecież nie przerastał innych, wprost przeciwnie, raczej był jakby niższy niż reszta. Może i nawet trochę mniejszą miał oną głowę… mniejsze płatki, mniejsze… listki na zielonej, nie do końca ażtak grubej łodyżce. Jakoś tak, wiecie, wcale się nie wyróżniał, nie krzyczał wielkością widzialną, ale coś poruszał w przechodniach, którzy od razu wyłapywali go spośród tłumu, pola innych. Pola żóltości słonecznikowej.

… ale jednak nie zrywali.

Nie wybierali go do swoich bukietów. Podziwiali, kłaniali się nawet, robili sobie z nim zdjęcia, ale jednak…

… nie zapraszali go do domu. Nie prosili, nie płacili by poszedł z nimi i uczynił ich świat lekko bardziej dramatycznym. Dominującym. Bogatym i reprezentatywnym. Oj nie, oni tylko na niego spoglądali, niepewni tego, że na niego zasługują może? A może było w tym coś więcej…

Iż on czekał na kogoś.

KOGOŚ?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

Należy przyznać, że od dawna tak nie wiało.

Naprawdę.

Tak, że one promy poodwoływane, że fale walą o brzeg tak szarpliwie, iż człek cieszy się, że mieszka na wzgórzu, a potem boi się, że te uderzenia powietrznych pięści w końcu zrobią z niego Dorotkę, chociaż podróżowanie do OZ w dobie pandemii, czy też braku pandemii, czy tam teorii spiskowej, czy jakkolwiek to zwał, no wiecie, wciąż jakoś nie jest odpowiednie…

… a i pierun wie, gdzie go by zawiało…

Ech…

Wiatr wali, psychicznie mami, wszelako coś jakoś tak rozpierdziela, że nie wiesz czy prawo to lewo a lewo to inny wymiar świadomości wielopoziomowej. Wszystko się trzęsie, telepie, mocno drży. Ludzie pakują się w samochody i cieszą, że akurat nie muszą nigdzie ni płynąć ni spacerować, chociaż… chociaż te fale jakoś tak przywoływują człowieka. Chciałby pójść i popatrzeć, ale przecież nie uśmiecha mu się zapalenie zatok.

Oj nie.

No ale…

Ja robię z domu, więc będę tylko się bać, martwić, że wiatr w końcu wyrwie naszą małą furteczkę z tarasu, bo jakiś kąt onego wiania taki inny, że wiecie… strach. A to w końcu ino drewno. Niby logiczne, że już wiele przetrwało, ale wiecie, w końcu padają nawet ci co się najbardziej zginali…

… potknęli się czy coś?

Sztormowieje…

Strasznie!!!

Człowiek oczywiście nie śpi jak wieje.

No nie da się, serio, nawet na prochach.

Po prostu się nie da, a całe życie wewnętrzne, znaczy nie mam na myśli bakteryjnego życia, ino wiecie, ono psychiczne… no więc ono siada. Kompletnie i drastycznie. Wszelako dość dołująco, jakby w końcu natura dobierała się do ciebie. Tak wiecie, na amen. Na zawsze, mocno i bezczelnie.

Bo przecież, jesteś jej częścią…

Nie wiedziałeś?

Zapomniałeś?

Dla niej to nie jest ważne, ona jest tutaj dla ciebie, tudzież po ciebie… a potem włącza się deszcz, który zacina, stuka, wywietrznik się telepie, nie wiesz już, czy po poddaszu ktoś chodzi, czy to tylko deski pracują…

Nic nie wiesz…

Boisz się, jakoś tak, zwyczajnie i pierwotnie.

Wiatr, niby zwyczajność taka, ale jednak… ale jakoś od dawna takiego wichurzenia nie było, więc od nowa przywykasz do miotania i tych dźwięków. Do fal, dudnienia, wszelakich cieni na ścianach i onej mroczności, bo wiecie, przecież to normalność wyspowa. Wiatr i czas międzywietrza.

Ale mi jakoś tak, wciąż tych liści szkoda…

Zielonych, zwiewanych…

A tak, chciałam kolorowej jesieni.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sunflower Dominacji… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Hallołinów…

„Siedział, wiecie… niespokojnie.

Zdjął z głowy tę plastikową dynię, odłożył ją obok schodków, przysiadł, przycupnięty na pierwszym z nich próbował drżącymi, wychudzonymi dłońmi, utrzymać kubeczek bambusowy – jakoś miał uczulenie na ceramikę… z gorącą herbatą. Z pływającą po jej powierzchni cytrynką i kilkoma kwiatami hibiskusa… i jeszcze oną wonią miodu. Taką, ostateczną…

Po prostu tak się kulił do tego stopnia, jakby nic innego mu nie pozostało, jakby wszystko wciąż go goniło, mu groziło, jakby nie do końca wiedział kogo się bać, a kogo nie, no i komu o wszystkim opowiedzieć. Bo oni czekali, chociaż może i nie… ona spoglądała na rzekę, starając się go nie widzieć, a on, bo to chyba był on, wielka szarość z długimy kończynami, jakoś tak…

Był mu znajomym.

Jakoś tak.

Jakby znali się kiedyś, jakby naprawdę byli jakoś połączeni, jakby… nie wiedział co zrobi, nie wiedział jak, ale wiedział jedno, miał dość tego cyrku. Tej przeszłości, którą zmieniono w farsę, w której się nie chciał nawet odnaleźć, chociaż próbował przez chwilę w imię… gdy nie możesz wygrać, przyłącz się do wroga…

Ale już miał dość.

Naprawdę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zakupy w polu…

No więc…

… ostatnio jakoś tak, po prostu, wiecie, próbują coś znowu takiegi, ekologicznego, naprawdę owocowo-warzywnego, ludzkiego i prostego zrobić, ale tak, wiecie, nie do końca im wychodzi, naprawdę. Na razie to, co się jakoś utrzymuje to MarkenBornholm w okolicach Allinge… ale kurde, dojechać tam, to po prostu, bez urazy, napęd na cztery koła, pełna terenówka, szczególnie jeśli zależy wam na zakupach…

No a wiecie, jak tam się jedzie, to raczej po kilka kilogramów ziemniaków, marchewek, cebul czy czego tam… bo co jak co, ale to, co wyrosło tutaj, to wiecie, jakoś tak w pełni inaczej smakuje. Jakoś normalniej…

I pachnie…

Choć na pierwszy rzut oka, to całe to miejsce mnie przeraża.

Wystarczy zjechać z asfaltu i już wiecie, że w końcu zabrnęliście w jakieś zapomniane przez wszystko miejsce. Naprawdę. Tutaj gumofilce z futerkiem to musowo mieć. I jeszcze gruba kurtka i rękawice, no wiecie, i na pewno coś może was pogonić. Chociaż dwa konie na poboczu, jakoś tak kompletnie nie były zainteresowane naszą obecnością, że aż się poczułam pominięta…

… ale co ja się im dziwię, sama starałam się tylko nie otweirać ryja, bo t droga, to perfekcyjna polówka, kostkę wykręci, z rowera sprężynkę zrobi, więc ino autem, ale jednak, no wiecie, nasz to nie terenówka.

Choć wiele tak przeszedł…

Dzielny Nutek.

Kochanie moje.

No ale…

Dookoła pola.

Niby normalność, w końcu mówimy o miejscu, które ma dawać jedzenie. W znaczeniu jedzenia dla ludzi, jedzenia bulwiastego, jedzenia nawożonego naturalnie, jedzenia warzywnego i pewno owocowego… tylko że… no właśnie, najpierw mija się jakieś domostwo, potem coś mniejszego, a potem, to wszystko zaczyna wyglądać jak przerażająca komuna. Taka wiecie, połączenie sekty i wszelakiego ekologiczngo świrostwa… co dla mnie kiedyś było normalnością taką. Wiecie, ciocia i wujek na wsi, jeden koń, kury, kogut wściekły, świnki…

A tutaj…

Jakby człek był na jakimś szczycie czegoś, między polami, wszelako odsłonięty, a dookoła niego wciąz w ziemi selery i jeszcze dziwne budy i już… i już od razu przypominają mi się one wszelakie dokumenty o tych sektach, mnogości dzieci i jeszcze, i jeszcze wiecie… ino czekać na tego proroka.

Nie wiem dlaczego tak czułam…

Ale czułam.

No więc… owocki cudne, dyńki, patisony czy co tam, ziemniaki takie i słodkie, wszelakie pory, selery i cebule kolorowe i tak dalej.

Gdzie kalfiory i brukselka?

Helloł?!!!

No cóż, trzeba przyznać, że towar mają, mam nadzieję, że ludzie naprawdę tutaj przyjeżdżają na zaupy, ale brzydko powiem, że wątpię. Bo daleko, strasznie, a na co dzień potrzebujesz ile, ziemniaczków tylko kilka? Tosz weźmiesz je ze zwykłego sklepu po drodze. Pewnie, że nie będą tak smakować, no ale…

… kto dba o smak?

Mam nadzieję, że będą trwać, kukurydzę mają super!!!

Ale kiepsko to widzę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Hallołinów… została wyłączona

Pan Tealight i Śpiewająca Kostucha…

„Rany, no przecież nic innego jej nie zostało!!!

Kompletnie nic!!!

Ni mięska na kosteczkach oni, ni nawet mięśni, więzadeł, czy nawet, wiecie, miała taką protezę, niewielką, ot taka tam blaszka i cztery śrubeczki, a jednak, wiecie, jakoś tak była do niej przywiązana… po tym wszystkim, jak dostała tę nową robotę, jak niedoczytała do końca umowy, nie skumała, jakie będą wszelakie konsekwencje tego, wiecie, kanonu mody w onym środowisku, tego garniturowego dystansu, onej szaty, kosy, ostrzałki przyczepionej do sznura, bo przecież szata nie mogła się rozchylać na przepisoowe trzy milimetry wyłącznie w rejonie przybrodowym, czy też przyłydkowym i to wyłącznie w dolnej ich części…

Przy kostkach.

Z drugiej strony przecież wszędzie miała kostki, ale wyglądać jak ten koleś z barku z obwisłym brzuchem, co to wszystkim pokazuje swoją pooperacyjną bliznę, no po wyrostku nie do końca orobaczkowym, ale lekarze inaczej mówili… no wiecie, ono wrażenie, widok… ale i tak jest to wysoce, i na zawsze drastyczne, gdy się na niego natknie, na oną jego nagość i jeszcze wiecie, no ten jego cienki płaszczyk, tak wyraziście żeńskiego kroju i do tego ogniście czerwony…

… wszelako…

… w końcu nie każdy rozumie performance i łkanie za narządem, który cię odrzucił. Który cię nie chciał, a przecież naprawdę go potrzebujesz, nie tak jak mówią…

Okłamują cię!!!

Tak się czuła chyba… jak ten facet.

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No ja już nic nie wiem, no kompletnie no!!!

Co ci wszyscy ludzie tutaj robią?

I te Christmasy wszędzie, jak u nas seryjnie w grudniu się zaczynały najwcześniej no i…

… na prawie rok most zamykają, mają go nawet chyba rozebrać, co bym obejrzała, ale wiecie… przecież mnie tam nie dopuszczą, przecież wiecie, chociaż z drugiej strony, może w weekedny, ciekawym bym było zobaczyć jak to będzie…

… jak go zdejmą.

Kurde, to króciutki most, więc po pierwsze pamiętajcie, że do Allinge nie dotrzecie szosą nadmorską z Gudhjem… oj nie, i to przez długi czas – a po drugie, wspomnijcie most, który może zginie… bo wiecie, nie no, oczywiście, że rozumiem bezpieczeństwo i tak dalej, ale w obrazie tego, co się dzieje dookoła, jakoś tego nie czuję. A po trzecie, wiecie, tulcie drzewa, bo strasznie znikają…

… strasznie strasznie.

Niby nie ma związku, ale ma, bo coś mi się wydaje, iż znowu, jak zwykle pójdą w tej robocie z mocą pełnego zniszczenia. Jak zwykle. Jakoś Dania lubi niszczyć, a potem płakać, że ojojojjj ups coś się stało. Ojojjjj… oni chcą to przywrócić do poprzedniego stanu, bo przecież nie to mieli na myśli, ojojojjj, co teraz?

No wiecie.

Taki duch w narodzie.

Rozumiem to, jak świeczki w oknach, jak dziwności wszelakich miejsc w Danii i jak to, że Szwecja ma kijową wodę, a myślałam, że to wina mojej skóry i żołądka. No szczerze, nie mogłam tam nic pić, jeść, gotować, tylko z kupionej wody, tylko z wody, którą sami wozimy w samochodzie, ale wiecie, wciąż się trzeba myć i jednak… hej, teraz się dowiaduję, po 10 latach myślenia, że to moja wina, iż to nie moja wina, ale Szwedzi zwyczajnie kłamią.

I to wszyscy.

Czuję się oszukana.

Łosie nie kłamią przecież!!!

No ale… co do reszty, to świat przyspiesza, połowa października i tak dalej. Wiecie, zwyczajne życie. Kolorowe liście, wiatry wiejące, więc znowu nie będzie jesieni takiej, wiecie, z drzewami kolorowymi, będzie może jesień podłogowa, czy też bardziej jakaś taka, ścieżkowa, no wiecie, naziemna wszelako…

Zobaczymy.

Znowu wieje, a wiatry piszczą duszami potępionymi…

No co? Fajnie brzmi, co nie?

Dusze, czy nie dusze, łeb trzaska, człowiek dziwnie się czuje i w ogóle. Bo wiatr jakoś go łachoce, jakoś tak abnormalnie i dziwaczenie może. Jakby żaden wiatr nie był powtarzalnym, jakby wiatr już nie mógł być taki, jak być powinien. Wiecie, znajomy… chociaż jakoś tak częściowo? Jakoś tak miejscowo chociaż. No przecież człek już przywykł do wiatrów.

Weźcie no, to nie pierwszy raz, nie wiadomo czy ostatni, czy nie…

Ech…

Fale, wiatr, liście upadające, jeszcze zielone, bidulki nawet się nie pozbawiły onej zieleni na gałęziach.

Aż mi ich szkoda.

Naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Śpiewająca Kostucha… została wyłączona

Pan Tealight i Miss Poniedziałek…

„Miss Poniedziałek, ogólnie mówiąc miała całkowicie inne podejście do życia oraz sławetnego Bluemondejowania.

Serio.

Cztery zgrzewki taniego wina i ciastka imbirowe.

I dwie paczki, znaczy wiecie, pudła takie, czekolad, no tak jak je do sklepów dostarczają. Wiecie, opakowania zbiorcze… ale koniecznie Lindta z koniakiem, innej nie. I to jeszcze tak specjalnie nakoniakowanej. Naprawdę. I dzięki temu, albo i mimo to, nie miała ze sobą problemów żadnych.

Wcale a wcale…

A z Psychiatrą Płaczliwym chodziła.

Na serio.

Dlatego widywali się ciągle i ciągle, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, to podejrzewała nawet, że Psychiatra kupił już, wiecie, ten z wielkim kamieniem… i był gotowy na ten krok, ale jakoś tak, za każdym razem mu poniedziałek wypadał, a on je zawsze źle znosił, więc dotąd się nie złożyło. Ale naprawdę się facet starała. Naprawdę i dogłębnie, był już tak blisko, tak bardzo zdesperowany, że Pan Tealight nawet zaczął zakłady… podobno 2 d0 5 było obecnie na to, że jednak nie będzie to przyszły tydzień…

… ale za miesiąc czy trzy?

Może…

Co jak co, ale na pewno ani jedno ani drugie nie oczekiwało zaproszenia na ślub i wesele. Raczej wzmianki w gazetach o jakiejś katastrofie z udziałem śrubokrętu i puszki zetlałych fasolek, co im soczek przez dziurkę wyciekł…

To naprawdę dziwna para.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Po pierwsze nowe jedzonko!!!

AAAAAAAAAAAAAAAA!!! Po prostu cud no, po prostu!!! Maciupka część tych, które miałam, znowu do mnie wróciło, po prostu… a widzieliście nowe Muminki z Naszej księgarni, w znaczeniu nowe wydanie, chcę!!!

Takie cudne!!!

Z cyklu przeczytane: „Czas ciszy” – … Europa. Ale najpierw ten dziwny napad. I jeszcze… Porwanie…

Ale zaraz, jak to?

Dlaczego ona?

W księgarniach właśnie najnowszy tom serii, a ja wciąż nie jestem pewna, czy ten jest moim najmniej ulubionym. No szczerze. Jakoś tak brak w nim trochę sensu, a z drugiej strony jest intrygujący i inny…

Może po prostu nie lubię inności?

A może europejskie stwory i magia, jakoś tak nie są sobą? Nie wiem. Oczywiście, że autorka wybrała spekatakularne miejsca, naprawdę, byłam i można je tutaj troszeczkę poczuć, ale z drugiej strony, jakoś tak, no nic się tutaj nie klei. Z jednej strony poznajmey tych, o których istnieniu tylko słyszeliśmy, a z drugiej… nie wiem, jakoś się gubimy. Jakby sama Kojocica nam nie wystarczała?

Mi chyba nie wystarcza.

Bez boja, to wciąż wciąga, przygoda goni przygodę, ale wiemy, że gdzieś na końcu ona znowu utknie i wiecie… powtarzalności… Hmmmm, czasem czuję, że czas chyba kogoś tutaj uśmiercić. Mocniej… wiecie, na zawsze.

A może… zwampirzyć?

No dobra, IKEA serio poszalała. part II

Wiecie co się stało kolejnego dnia po wypadkach z poprzedniego wpisu, no że pewne rzeczy, których nie było nagle są, a inne znowu… i tak dalej. Ale, człek złożył zamówienie tylko po to, by wurwiony następnego dnia wsiąść na prom.

No sorry, ale tanie bilety się łapie i nie pozwala się im uciec. Oczywiście nagle się okazuje, że maseczki oczywiście cały czas i tak dalej, że część ma to w dupie, a jeszcze inni to chyba nie załapali, że można mieć je inne niż te, co przypominają torebkę foliową na głowie… i nagle w Chowańca wpatruje się na promie dzieciak… znaczy no wiecie, nie maluch, bo już musi maseczkę nosić, ale jednak…

Czemu się wpatruje?

Bo Chowaniec ma maseczkę w czaszki i to czarną!!!

A oni wszyscy ten straszny, niebieski plastik.

Najtańszy, nie dający oddychać, który doprowadza ludzi do szału i bezdechu. Szkoda maluchów, ale takie to trochę dziwne, że ludzie nie kupili sobie maseczek, w znaczeniu wiecie, przez sieć… choć, może i im te sklepy internetowe tak działają, jak wiecie, jak ta cholerna duńska IKEA…

No ale…

Płyniemy.

Oczywiście maseczkę można zdjąć do żarcia, więc kilka par gada i niby pije kawę przez całą podróż, a maseczki leżą na stolikach.

I tyle…

Równi są i równiejsi, co nie?

Na szczęście nie ma fal.

Nie buja…

Niby prom nie wypchany, ale jednak, jakoś tak, jakoś tak dziwnie. Jakby było gorzej, jakby wszyscy już po prostu powrócili w ten jakiś dziwny stan, w którym przecież nie byli kiedyś, wcześniej, przed sezonem… a może byli?

Tylko tego nie pokazywali?

Ale… Szwecja nie ma maseczek.

Znaczy wiecie, możecie se nosić, ale raczej niewielu nosi. Za to Kopenhaga… wiem, że nie było mnie tutaj przez jakieś 2 lata, ale czy ludzie serio tk sie tutaj zmienili. Na koszmarnie? Na naprawdę, niesamowicie strasznie… Po prostu są straszni. A może zawsze tacy byli, a może…

Nie wiem, ale to był horror w typie „Wzgórza mają oczy”.

Za to IKEA była piekłem…

Po pierwsze nikt nie zachowuje tego całego odstępu, poza kilkoma osobnikami, ludzie mają gdzieś wszelkie prawa, barierki i naklejki. Do tego, duńska IKEA jest porąbana maksymalnie. Wiecie, są te durne apki, które pozwalają sprawdzić co jest w jakim sklepie, bo jest ich w okolicach Kopenhagi kilka, a potem się okazuje, że cholerstwo natelefonowe pokazuje stan sklejony ze wszystkich, więc…

… te kilkanaście regałów…

Oznacza jeden…

A ty potrzebujesz 3…

Ale za to były wystawki halloweenowe z kościotrupami siedzącymi za zastawionym stołem, wiecie, takim bez żarcia, więc temat anoreksji wyczuwalny… nie wiem dlaczego, no i już siódmego października wystawiali rzeczy na wszelako znanego wszystkim Christmasa. Nie żebym miała coś przeciwko, ale powodowało to taki koszmarny tumult i nieład, bo pooddzielali te strefy żółto-czarnymi taśmami, a ludzie już chcieli onych łyskających rzeczy, więc…

No wiecie…

I na koniec nawrzeszczał na mnie koleś w kasie, bo za wolno widać zbierałam rzeczy z taśmy, które on odsuwał ode mnie daleko, zamiast drzeć się na dwie dziunie, które dyszały nam w kark nie zachowując sławetnego odstępu…

Nie polecam.

Szczerze…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miss Poniedziałek… została wyłączona

Pan Tealight i Zmierzch Szklany…

„Taki jakiś był…

Szklany.

Jakby zaraz miał się rozpuknąć w drobinek miliony, we łzy, kryształki, gramy westchnień i wszelakich snów. Z jednej strony był tutaj, stały, namacalny właściwie, ale z drugiej, dziwnie odbijał, zakrzywiał i jeszcze jakoś tak mrugał, zajączki puszczał wszelakie i mocno komplikował postrzeganie rzeczywistości…

Ale w kocu przecież zmierzch, więc o co chodzi?

Oczekiwać należy przecież onych nakładających się na siebie chmur i jeszcze pomroków i wszelakich pokrak wyłażących w końcu na zewnątrz i tych bojących się oceny, bo w końcu na Wyspie światła mało…

Nie marnuje się go.

Szczególnie teraz, gdy powrócił, ale powrócił jakiś taki inny, jakby nie do końca pewny siebie, jakby miażdżony przez Zmrok Definitywny, jakby… niechętny swojemu oddaniu, pracy, bytności, osobowości…

Jakby nie on.

A może… już był rozbity?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świat nagle się ochłodził.

Jakoś tak ni z tego ni z owego kilka dni w końcu się zachmurzyło. Zrobiło się jesiennie, jakoś tak wolniej mimo wciąż trwających ferii. Mimo tych okropnych maseczek, mimo tego wszystkiego, co znowu wracam, mimo, wiecie…

Wszystkiego.

Dookoła mnie słońce się zmienia.

Pogoda na Wyspie jak zawsze nie jest do końca przewidywalna. niby pochmurnie, a jednak chmury odsłaniają błęit i niskie, niesamowite światło odkrywa wciąż niezaorane pole połyskujące złotem, one drzewa, które trzymają się zieleni, ale tak wiecie, już inaczej. Onej innej zieleni.

Onej…

Jesiennej.

Takiej, gotowej na zmiany.

Ale wiecie, to w końcu tak jest. Taka pora, ten czas, a człowiek co robi, człowiek umyka gdzieś indziej, bo wiecie, w końcu należą mu się po poad roku od przeprowadzki jakieś meble. Tak, w końcu posiadamy fotele!!! Łaaaa!!! A dlaczego? Ponieważ w Danii IKEA ma w końcu jakaś ofertę dla biedaków. Oferta ona oczywiście wielka nie jest, no ale… dostaje się kartę i… no właśnie, i w tym momencie zaczynają się schody jeżeli mieszkacie na Wyspie. Wiecie, a co!

Przecież u nas taka IKEA jest, kurde, że hej…

… Niewidoczny Uniwersytet Ikeowy.

Nie no, pewno, Wyspa mała przecież, więc… no i jeszcze jak by to miało funkcjonować? No i dlatego pozostaje zamawianie z przesyłką, albo… albo wszyscy mają takie same meble z Netto. Seryjnie!!! Mają!!!

Mam dowody!!!

No ale…

No dobra, więc człek się w końcu gotuje na ono shoppingowanie.

Oczywiście przez sieć, bo przecież mamy już ten wiek…

… zaraz no, jaki to jest? XXI? Nie wiem, gubię się bo miałam już mieć, wiecie, taką walizeczkę jak mieli Jettsonowie i do niej się pakował ten latający samochodzik Jettsona… pamiętacie taką kreskówkę? A jakie ona miała filtry i maseczki, ŁoŁ… co jak co, ale nasz XXI wiek, to jakoś kuleje. No bez urazy, ale jakoś to wszystko, no takie jest ono mocno nienowoczesne.

Kompletnie.

Ale… logujesz się…

… na oną stronę IKEAi i tam wiecie, mają te one wszelakie rzeczy i człek wie, że spora ich część lepiej wygląda niż przeżywa składanie, na zdjęciach piękna, ale w użytku straszna, ale jednak, no weźcie, trzeba na czymś siedzieć, więc po miesiącu przygotowań i researchu sieciowego wiecie już co chcecie i wrzucacie te rzeczy w koszyk i… myślicie, że styknie ino wklikać ten numer karty, którą wam podyktowali…

Jeszcze dorzucacie lampkę, bo żona wam przypomniała…

LOL

I się okazuje, że nic z tego, bo macie zadzwonić do babki, bo przez stronę nie można, mejl też nie, a ona pracuje ino w określonych godzinach, nie jak internet, więc następnego dnia robicie to samo, bo gówno się nie zapisało i dzwonicie i zaczyna się bajka… babka chyba ma tam serio maszynę taką pisarską, a wszystko wyszukuje w katalogu karcianym chyba… po dwóch godzinach w końcu jakoś przetłumaczyliście jej, że to ma być czarne, a to dwa razy i co…

I się okazuje, że tego nie ma.

Tamtego też nie…

No cóż, więc bierzecie co jest i teraz od nowa, dogadujecie się co i jak, którego dnia dostarczyć, jak i po co…

Kolejna godzina…

A na końcu babka cię informuje, że twój numer karty kredytowej IKEA nie istnieje.

Pa. c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmierzch Szklany… została wyłączona

Pan Tealight i Łyżeczka Srebrnej Rozpustności…

„Była malutka…

Srebrniutka.

Właściwie, to prosta, ino to zakończenie lekko takie, wiecie, barokowe, jakieś tam wiązania, ale ino na brzegach, środek gładki, ale widać, że kochana, macana, że używana i wszelako rodzinna, więc wiecie, no i głaskana i czyszczona i może, ale tylko może przydałoby się jej jakieś szlifowanie…

No nie no, zaznaczam mocno, iż MOŻE…

Przecież nikt nie zmusza.

Błyszczy się tak, że wiecie, zdaje się zbierać każdą kroplę światła, każdą wiązkę, każde światła zawirowania, może i one zagubione jakieś promyczki ona łapie w siebie, a potem, no wiecie, do Wiedźmy Wrony Pożartej… bo one razem mieszkały, razem, choć ona taka malunia, raczej wiecie, do cukiernicy niż zupy, czy jednakowoż jakiegoś lodowego deseru, to jakoś tak…

Po prostu były do siebie przywiązane.

Mocno.

Aż czuło się jakiś sznur, łańcuch może nawet, na pewno srebrny, na pewno nadzwyczaj czarowny, czy coś, wiecie… nie mogło być przecież inaczej. No nie mogło i tyle! Nikt się na inne nie pisał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to dobra.

Są ferie.

Nie no… oczywiście, że niby ino dla dzieci, ale wiecie, Turyścizna sobie wciąż przybywa. Mniej z tych Niemiec, co to uznały nas za terytorium plagi i powrót do domu nakazuje Niemcom kwarantannę przymusową… i to seryjnie, bez krakania, naprawdę. A przecież jesień to był ich czas. Tych, wiecie, karawanów ze staruszkami i wielkich, niemieszczących się na wąskich uliczkach autokarów, które oczywiście czasem mają problemy z pochylnością nadmierną, no ale, kto nie ma? No weźcie, no… wszystkim się zdarzy, wszystkim!!!

Jak na razie, to przez kilka dni w końcu chłodniej…

Co ja mówię, nawet w nocy zimnawo!!!

YAY!!!

No co, ja tam się cieszę. Nawet deszczyk był, a co. I pochmurny weekedn, mniam, po prostu coś czadowego!!! Naprawdę. Zobaczymy jak to będzie w kolejnych dniach, ale jest chłodniej i jakoś tak, no wiecie, spokojniej. Mimo tych ludzi, co wrócili na Wyspę, mimo tych, co nawet jej nie opuścili, bo stwierdzili, że przecież po co, jak mają mieć te cholerne kwarantanny, to wiecie, no lepiej posiedzieć tutaj…

Tylko, że tutaj… się zmienia.

I smutkiem trochę wieje.

No ale…

… nie, nie chodzi wcale o brak nasłonecznienia, bo na przykład dziś słonko było, ale już go nie ma. Patrzę z okna a wciąż niezaorane pole i tak się zastanawiam, kiedy oni to zrobią. W sklepach ten cały Christmas, nie żebym była przeiw, pewno jako jedyny osobnik na świecie, bo jakoś takoś, to mój czas i uczę się mieć w dupie innych. Może i się w dupie pweircą i wiecie, mało to wygodne, ale jednak…

… inaczej się nie da.

W internetach.

No ale… jesień.

Na stoiskach ogrodniczych, których przyznaję, ostatnio jakoś przybylo i se nawet kurna instagrmy pozakładali. Seryjnie. Pokazują tam bezczenie swoje cebule, buraki i kukurydzki. Dynie też, oczywiście, że tak. No weźcie, dynia być musi. Może i nikt jej nie zeżre, ale jednak, ale jednak, wiecie, jednak każdy chce jedną chociaż w domu mieć. Pewno to jakiś fetysz, ale wiecie, jakby co moja jest kompletnie dla wystroju.

I żółta!!!

I ma takie jakby brodawki, tudzież żółtą febrę?

No mniejsza, nie rozumiejąc onego uwielienia dla dyń i tak dalej, jakoś wiecie, odpada mi ono świętowanie. Zresztą, ja sobie świętuję jak mi się chce, i jsk czuję, że mi się chce i jakoś na pewno nie tak, jak to się innym wydaje i podoba, no bo serio… szczerze. Sami pomyślcie… Jak to jest z tym świętowaniem? Większość myśli o chlaniu, śpiewach, i oczywiście stół, stół, przy którym musisz siedzieć i żreć.

To moja wizja piekła.

Naprawdę.

Świętowanie z ludźmi to koszmar. Śpiewania, jakieś porąbane tradycje i ludzie, którzy nie rozumieją, iż one są wymyślone przez ludzi. Tak, serio. Odkrycie roku, co nie? Wiecie jaki hejt można za to zebrać?

Bo jakoś nikt w to nie wierzy…

Podobno to wszystko bogów sprawki…

Ciekawe których?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łyżeczka Srebrnej Rozpustności… została wyłączona

Pan Tealight i Sztućce Wszelakiej Niedopuszczalności…

„No bo Widelec nie przyszedł sam.

No weźcie, no, jakby to kurde wyglądało, naprawdę.

Niekompletność wyzywająca…

… w rzeczywistości to było wszelakie i ogromne pudełko, obite i pogniecione, ale wciąż z karminową wyściółką z prawdziwych aksamitów, co to chowała w sobie kompletnie niedospasowaną kolekcję utensyliów kuchennych, w znaczeniu obiadów, kolacji, podwieczorków i tym podobnych…

… wiecie, okoliczności krajalnych i okołogębowych.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, co to ostatnio dostała kilka tomów i od nowa uczyła się nimi żywić, i dziwnie jej to nie szło i lęki ją spowijały i wizje dziwne, pozwoliła się oderwać od jednej z nich i nie do końca rozumiała, co widzi. Że srebrne, tego była pewna, bo na punkcie srebra była aż nadzwyczaj uczulona. Ale pozytywnie tak… musiała je mieć, dotykać i macać, wszelako wieszać na sobie, ale i potajemnie głaskać…

Lizać i może…

Ale samo pudełko, wyłożone nocnym aksamitem, usianym może i gwiazdkami, może i pyłem księżycowym, było ogromne. Niczym kurna trumna, naprawdę. I to taka pożądnie drewniana, malowana i rzezana. Ozdobna tak, iż po prostu aż dech zapierało, ale jednocześnie mimo onej niebieskości i srebrności, które Wiedźma Wrona tak kochała, jakoś tak, jakoś tak… ją odpychały.

Ale w końcu były to Sztućce Wszelakiej Niedopuszczalności.

Może i na nią działały?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znowu mam przeczucia…

Ale może to tylko ta wielka, straszna, znowu pełnia, bo gdy to piszę, księżyc napierdziela przez okna, jaby mu płacili. Wredna małpa no. I to jeszcze żeby produkował to światło, ale nie, on jest jak taka znajoma, którą macie, która kradnie wasze wszystkie pomysł i podaje je jako swoje, podkrada wam chłopaków, wszystkie najlepsze rzeczy zabiera, ale jak ją zostawić samą, to wiecie, durny kołek w płocie, oczywiście jesteście za wrażliwe by to zrobić, więc ona tak wcią odbija ono wasze światło, a wy… powoli przekształcacie się w czarną dziurę.

Wielką dziurę.

Bo przecież najczęściej i tak się zajada one problemy, co nie?

Ale…

… jakby co, to wiecie, pełnia… na zewnątrz wieje jakby wiaterom też płacili, morze huczy onym dziwnym, dudniącym, głębokim basem i już nie wiesz, czy siedzisz w śordku pralki, czy jednak nie… czy to tylko natura, no wiecie. Ale nie, to ino morze dudni i huczy, ale fale są takie raczej normalne, więc…

… więcej krzyku niż czegoś tam, a co…

Takie to życie z przyrodą.

Przyrodą blisko, przyrodą czasem aż nazbyt namacalną, bo to już jesień, więc wiecie, robactwo się do domu pcha… no jak wszędzie, co nie? Nic dziwnego. Znaczy nie, nie żebym mówiła o Turyściźnie, nie, wcale a wcale!!!

O robalach mówię…

LOL

A tak w ogóle, to jak będzie tak wiać, to wiecie, nici z jesieni.

No zawsze tak jest, że jak wieje na początku października, to liście zwieją z gałęzi i tyle. Nici z kolorów, nici z tej całej jesienności. W ogóle kasztany to marnie obrodziły, żołędzie też raczej niezbyt, więc wiecie, może to coś w powietrzu? Bo jabłka i śliwki, jak wspominałam, to wiecie, maksymalnie i cudownie.

Naprawdę.

Ale… ubaw roku.

Po pierwsze w sklepach naszych, mniejszych, wiecie, takich Kvickly czy Dagli, w Sparach nie byłam akurat, jakoś takoś, wyczochrali z jakichś stasznych podziemi wszelakie halloweenowe śmieci. I to seryjnie śmieci, bo to te same rzeczy, które próbują sprzedać od bardzo dawna. Wiecie, od kilku lat spokojnie! Zamiast przecenić, jakoś tak wolą to mieć na półkach i tyle…

I wciąż nie dostanę śpiewającej Kostuchy… ech!

Ale… Halloween to wiadomo, na czasie, ale jeśli chodzi o resztę, to przyznam, iż nawet mnie zaskoczyła wystawka Christmasowa u Sióstr w Imerco i innych sklepach w naszej, wyspiearskiej stolicy. Serio… pewno, że to rzeczy z zeszłego roku, ale jednak. Uznaję to za przerażającą przepowiednię.

Jak nic coś pójdzie z tą zimą nie tak.

Naprawdę…

Bo co jak co, ale u nas to tak wcześnie, to raczej nie…

Serio.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sztućce Wszelakiej Niedopuszczalności… została wyłączona

Pan Tealight i Widelec Potępienia…

„Oj tam…

… nie żeby od razu potępiał, ale jednak…

Wiecie, coś było w tych czterech szpikulcach… bo on czteroszpikulcowy był, wiecie, nie że od deserów, nie… żadne tam słodkości, on chciał brutalności, prawdziwości życi, śmeirci jednych, by żyli inni… a przynajmniej, no wiecie, naogląda się tot za młodu takich filmów, do tego jeszcze te gry komputerowe… nie no, z tego kompletnie nic innego nie może wyjść, jak właśnie takie myślenie.

Ech…

Ale… był.

Był Widelcem Potępienia. Nie miał w sobie ni nadziei ni miłości, ni wszelakiego postrzegania pozytywnego rzeczy, widział tylko czerń. Żadnych szarości, żadnego wybaczeni ni nawet, ni nawet przymrużenia oczu, odwrócenia wzroku, twarzy, zrozumienia innych czasów…

Czegoś.

Ludzkiego?

Ale przecież nie był człowiekiem, był tylko narzędziem. Tylko i wyłącznie nim i to mu odpowiadało. Naprawdę. Do końca. Rozumiał to i chciał tego więcej, poprawnego wykonywania swej pracy.

Ona sam.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

… a może to tylko chodzi o ten odgłos morza?

Nie wiem.

Może nie o mewy, nie o oną przyrodniczość, wszelakie zwolnienie poza sezonem, czy też lockdownową specyfikę… nie, może chodzi wyłącznie o morze? Wiecie, o ono szumienie, ciągły ruch, jakby wszystko starało się nas informować o tym, że żyje, że wciąż żyje, iż nie daje sobie w dupę dmuchać, choć może by i naprawdę nie miało nic przeciwko takim rozrywkom seksualnym, ale jednak… morze… ono morze…

Nawet jak go człek nie widzi, to jakoś tak czuje.

Nawet jak nie jest to jakiś wielki sztorm, to jednak wie, że ono tam jest.

I brzmi… może właśnie dla niego?

Może… przecież naprawdę czasem człek może sobie pozwolić na pewnego rodzaju egoizm egystencjonalny, tudzież wiecie, marzenie o tym, iż ona przyroda naprawdę o niego, jakoś tak… no wiecie, cares. Cares for me, cares for you… maybe even notices? A może i nie. Może to tylko…

Szum.

Fale.

Wiatr.

Nie wiem, ale czasem, a może i coraz częściej, bo po odwołaniu tego i tamtego i jeszcze tego, choć może coś będzie, po tym jak poranki znowu są ciemne, szarawe i pochmurne, a i zdarzają się takie dni, porywiste i wszelako pewno niektórych przygnębiające, a dla mnie pełne powietrza w końcu!!! I radosnej bezrobotności, chociaż jakoś w to się jeszcze nie bawiłam.

Wiecie… w nicnierobienie.

W końcu po co?

Jak tak żyć bez niczego? Bez jakichś myśli do zapisania, rozbicia pewnych teorii, zawiązania sznurków nowym, albo i też… no wiecie, zwyczajnego mycia podłogi, plewienia ogródka, zdjęć układania w plikach…

Albo nowej przygody?

No co…

Ostatnimi czasy jestem otwarta na propozycje. Nie żeby na wszystkie, ale jednak. Jakby co… bo wiecie, ten świat znowu się robi pandemiczny. Jakoś nagle pojawiły się obrazki o odstępch i tak dalej. Już nawet nie chodzi o tych polityków, Niemcy, czy cokolwiek innego, ale jednak… czy w wakacje naprawdę tych ludzi było aż tyle, że przykrywali te zakazy i nakazy, hold afstand i tak dalej?

Chyba tak…

… więc teraz zostały ino one plakietki.

Wszelakie plakaciki i naklejki.

Bo plaga wróciła. Chociaż, tak serio, to nikt nie wie czy na pewno, nikt nie wie, czy na pewno coś i czy w ogóle to nas dotyczy? I jak sobie z tym radzić? Bo druga fala drugą falą, ale jednak, ludzie chyba myśleli, że to wszystko się skończy… w końcu jakoś wyciszy się na amen, a tutaj wcale nie, wprost przeciwnie.

Co z maseczkami?

Czy uzależnimy się od onych alkoholi?

Jakoś nie wciągnęłam tyle przez całe życie. Co prawda doskórnie, no ale jednak, weźcie no, może oni chcą z nas alkoholików zrobić. LOL

A tak szczerze, to strach powraca.

Jakoś słońce łatwiej go rozdmuchiwało, a szum morza i szarość w powietrzu sobie z tym tak widać nie radzi. Ale ponieważ ja mam inaczej, to wiecie, myślę sobie, że te odstępy i to, że wsio można przez internet… i że pewno, iż są wciąż idioci, którzy to olewają i cię wyśmieją za cały ten cyrk, ale jednak…

… he, wolno ci z nikim nie gadać.

Ha ha ha!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Widelec Potępienia… została wyłączona