„No bo Widelec nie przyszedł sam.
No weźcie, no, jakby to kurde wyglądało, naprawdę.
Niekompletność wyzywająca…
… w rzeczywistości to było wszelakie i ogromne pudełko, obite i pogniecione, ale wciąż z karminową wyściółką z prawdziwych aksamitów, co to chowała w sobie kompletnie niedospasowaną kolekcję utensyliów kuchennych, w znaczeniu obiadów, kolacji, podwieczorków i tym podobnych…
… wiecie, okoliczności krajalnych i okołogębowych.
Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, co to ostatnio dostała kilka tomów i od nowa uczyła się nimi żywić, i dziwnie jej to nie szło i lęki ją spowijały i wizje dziwne, pozwoliła się oderwać od jednej z nich i nie do końca rozumiała, co widzi. Że srebrne, tego była pewna, bo na punkcie srebra była aż nadzwyczaj uczulona. Ale pozytywnie tak… musiała je mieć, dotykać i macać, wszelako wieszać na sobie, ale i potajemnie głaskać…
Lizać i może…
Ale samo pudełko, wyłożone nocnym aksamitem, usianym może i gwiazdkami, może i pyłem księżycowym, było ogromne. Niczym kurna trumna, naprawdę. I to taka pożądnie drewniana, malowana i rzezana. Ozdobna tak, iż po prostu aż dech zapierało, ale jednocześnie mimo onej niebieskości i srebrności, które Wiedźma Wrona tak kochała, jakoś tak, jakoś tak… ją odpychały.
Ale w końcu były to Sztućce Wszelakiej Niedopuszczalności.
Może i na nią działały?”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znowu mam przeczucia…
Ale może to tylko ta wielka, straszna, znowu pełnia, bo gdy to piszę, księżyc napierdziela przez okna, jaby mu płacili. Wredna małpa no. I to jeszcze żeby produkował to światło, ale nie, on jest jak taka znajoma, którą macie, która kradnie wasze wszystkie pomysł i podaje je jako swoje, podkrada wam chłopaków, wszystkie najlepsze rzeczy zabiera, ale jak ją zostawić samą, to wiecie, durny kołek w płocie, oczywiście jesteście za wrażliwe by to zrobić, więc ona tak wcią odbija ono wasze światło, a wy… powoli przekształcacie się w czarną dziurę.
Wielką dziurę.
Bo przecież najczęściej i tak się zajada one problemy, co nie?
Ale…
… jakby co, to wiecie, pełnia… na zewnątrz wieje jakby wiaterom też płacili, morze huczy onym dziwnym, dudniącym, głębokim basem i już nie wiesz, czy siedzisz w śordku pralki, czy jednak nie… czy to tylko natura, no wiecie. Ale nie, to ino morze dudni i huczy, ale fale są takie raczej normalne, więc…
… więcej krzyku niż czegoś tam, a co…
Takie to życie z przyrodą.
Przyrodą blisko, przyrodą czasem aż nazbyt namacalną, bo to już jesień, więc wiecie, robactwo się do domu pcha… no jak wszędzie, co nie? Nic dziwnego. Znaczy nie, nie żebym mówiła o Turyściźnie, nie, wcale a wcale!!!
O robalach mówię…
LOL

A tak w ogóle, to jak będzie tak wiać, to wiecie, nici z jesieni.
No zawsze tak jest, że jak wieje na początku października, to liście zwieją z gałęzi i tyle. Nici z kolorów, nici z tej całej jesienności. W ogóle kasztany to marnie obrodziły, żołędzie też raczej niezbyt, więc wiecie, może to coś w powietrzu? Bo jabłka i śliwki, jak wspominałam, to wiecie, maksymalnie i cudownie.
Naprawdę.
Ale… ubaw roku.
Po pierwsze w sklepach naszych, mniejszych, wiecie, takich Kvickly czy Dagli, w Sparach nie byłam akurat, jakoś takoś, wyczochrali z jakichś stasznych podziemi wszelakie halloweenowe śmieci. I to seryjnie śmieci, bo to te same rzeczy, które próbują sprzedać od bardzo dawna. Wiecie, od kilku lat spokojnie! Zamiast przecenić, jakoś tak wolą to mieć na półkach i tyle…
I wciąż nie dostanę śpiewającej Kostuchy… ech!
Ale… Halloween to wiadomo, na czasie, ale jeśli chodzi o resztę, to przyznam, iż nawet mnie zaskoczyła wystawka Christmasowa u Sióstr w Imerco i innych sklepach w naszej, wyspiearskiej stolicy. Serio… pewno, że to rzeczy z zeszłego roku, ale jednak. Uznaję to za przerażającą przepowiednię.
Jak nic coś pójdzie z tą zimą nie tak.
Naprawdę…
Bo co jak co, ale u nas to tak wcześnie, to raczej nie…
Serio.

