Pan Tealight i Sunflower Dominacji…

„Stał taki jeden pośród innych.

Niby taki sam, a jednak… czuło się to coś…

Wielkość.

Tak, w nim była ona wielkość, chociaż przecież nie przerastał innych, wprost przeciwnie, raczej był jakby niższy niż reszta. Może i nawet trochę mniejszą miał oną głowę… mniejsze płatki, mniejsze… listki na zielonej, nie do końca ażtak grubej łodyżce. Jakoś tak, wiecie, wcale się nie wyróżniał, nie krzyczał wielkością widzialną, ale coś poruszał w przechodniach, którzy od razu wyłapywali go spośród tłumu, pola innych. Pola żóltości słonecznikowej.

… ale jednak nie zrywali.

Nie wybierali go do swoich bukietów. Podziwiali, kłaniali się nawet, robili sobie z nim zdjęcia, ale jednak…

… nie zapraszali go do domu. Nie prosili, nie płacili by poszedł z nimi i uczynił ich świat lekko bardziej dramatycznym. Dominującym. Bogatym i reprezentatywnym. Oj nie, oni tylko na niego spoglądali, niepewni tego, że na niego zasługują może? A może było w tym coś więcej…

Iż on czekał na kogoś.

KOGOŚ?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

Należy przyznać, że od dawna tak nie wiało.

Naprawdę.

Tak, że one promy poodwoływane, że fale walą o brzeg tak szarpliwie, iż człek cieszy się, że mieszka na wzgórzu, a potem boi się, że te uderzenia powietrznych pięści w końcu zrobią z niego Dorotkę, chociaż podróżowanie do OZ w dobie pandemii, czy też braku pandemii, czy tam teorii spiskowej, czy jakkolwiek to zwał, no wiecie, wciąż jakoś nie jest odpowiednie…

… a i pierun wie, gdzie go by zawiało…

Ech…

Wiatr wali, psychicznie mami, wszelako coś jakoś tak rozpierdziela, że nie wiesz czy prawo to lewo a lewo to inny wymiar świadomości wielopoziomowej. Wszystko się trzęsie, telepie, mocno drży. Ludzie pakują się w samochody i cieszą, że akurat nie muszą nigdzie ni płynąć ni spacerować, chociaż… chociaż te fale jakoś tak przywoływują człowieka. Chciałby pójść i popatrzeć, ale przecież nie uśmiecha mu się zapalenie zatok.

Oj nie.

No ale…

Ja robię z domu, więc będę tylko się bać, martwić, że wiatr w końcu wyrwie naszą małą furteczkę z tarasu, bo jakiś kąt onego wiania taki inny, że wiecie… strach. A to w końcu ino drewno. Niby logiczne, że już wiele przetrwało, ale wiecie, w końcu padają nawet ci co się najbardziej zginali…

… potknęli się czy coś?

Sztormowieje…

Strasznie!!!

Człowiek oczywiście nie śpi jak wieje.

No nie da się, serio, nawet na prochach.

Po prostu się nie da, a całe życie wewnętrzne, znaczy nie mam na myśli bakteryjnego życia, ino wiecie, ono psychiczne… no więc ono siada. Kompletnie i drastycznie. Wszelako dość dołująco, jakby w końcu natura dobierała się do ciebie. Tak wiecie, na amen. Na zawsze, mocno i bezczelnie.

Bo przecież, jesteś jej częścią…

Nie wiedziałeś?

Zapomniałeś?

Dla niej to nie jest ważne, ona jest tutaj dla ciebie, tudzież po ciebie… a potem włącza się deszcz, który zacina, stuka, wywietrznik się telepie, nie wiesz już, czy po poddaszu ktoś chodzi, czy to tylko deski pracują…

Nic nie wiesz…

Boisz się, jakoś tak, zwyczajnie i pierwotnie.

Wiatr, niby zwyczajność taka, ale jednak… ale jakoś od dawna takiego wichurzenia nie było, więc od nowa przywykasz do miotania i tych dźwięków. Do fal, dudnienia, wszelakich cieni na ścianach i onej mroczności, bo wiecie, przecież to normalność wyspowa. Wiatr i czas międzywietrza.

Ale mi jakoś tak, wciąż tych liści szkoda…

Zielonych, zwiewanych…

A tak, chciałam kolorowej jesieni.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.