Pan Tealight i Sunflower Dominacji…

„Stał taki jeden pośród innych.

Niby taki sam, a jednak… czuło się to coś…

Wielkość.

Tak, w nim była ona wielkość, chociaż przecież nie przerastał innych, wprost przeciwnie, raczej był jakby niższy niż reszta. Może i nawet trochę mniejszą miał oną głowę… mniejsze płatki, mniejsze… listki na zielonej, nie do końca ażtak grubej łodyżce. Jakoś tak, wiecie, wcale się nie wyróżniał, nie krzyczał wielkością widzialną, ale coś poruszał w przechodniach, którzy od razu wyłapywali go spośród tłumu, pola innych. Pola żóltości słonecznikowej.

… ale jednak nie zrywali.

Nie wybierali go do swoich bukietów. Podziwiali, kłaniali się nawet, robili sobie z nim zdjęcia, ale jednak…

… nie zapraszali go do domu. Nie prosili, nie płacili by poszedł z nimi i uczynił ich świat lekko bardziej dramatycznym. Dominującym. Bogatym i reprezentatywnym. Oj nie, oni tylko na niego spoglądali, niepewni tego, że na niego zasługują może? A może było w tym coś więcej…

Iż on czekał na kogoś.

KOGOŚ?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

Należy przyznać, że od dawna tak nie wiało.

Naprawdę.

Tak, że one promy poodwoływane, że fale walą o brzeg tak szarpliwie, iż człek cieszy się, że mieszka na wzgórzu, a potem boi się, że te uderzenia powietrznych pięści w końcu zrobią z niego Dorotkę, chociaż podróżowanie do OZ w dobie pandemii, czy też braku pandemii, czy tam teorii spiskowej, czy jakkolwiek to zwał, no wiecie, wciąż jakoś nie jest odpowiednie…

… a i pierun wie, gdzie go by zawiało…

Ech…

Wiatr wali, psychicznie mami, wszelako coś jakoś tak rozpierdziela, że nie wiesz czy prawo to lewo a lewo to inny wymiar świadomości wielopoziomowej. Wszystko się trzęsie, telepie, mocno drży. Ludzie pakują się w samochody i cieszą, że akurat nie muszą nigdzie ni płynąć ni spacerować, chociaż… chociaż te fale jakoś tak przywoływują człowieka. Chciałby pójść i popatrzeć, ale przecież nie uśmiecha mu się zapalenie zatok.

Oj nie.

No ale…

Ja robię z domu, więc będę tylko się bać, martwić, że wiatr w końcu wyrwie naszą małą furteczkę z tarasu, bo jakiś kąt onego wiania taki inny, że wiecie… strach. A to w końcu ino drewno. Niby logiczne, że już wiele przetrwało, ale wiecie, w końcu padają nawet ci co się najbardziej zginali…

… potknęli się czy coś?

Sztormowieje…

Strasznie!!!

Człowiek oczywiście nie śpi jak wieje.

No nie da się, serio, nawet na prochach.

Po prostu się nie da, a całe życie wewnętrzne, znaczy nie mam na myśli bakteryjnego życia, ino wiecie, ono psychiczne… no więc ono siada. Kompletnie i drastycznie. Wszelako dość dołująco, jakby w końcu natura dobierała się do ciebie. Tak wiecie, na amen. Na zawsze, mocno i bezczelnie.

Bo przecież, jesteś jej częścią…

Nie wiedziałeś?

Zapomniałeś?

Dla niej to nie jest ważne, ona jest tutaj dla ciebie, tudzież po ciebie… a potem włącza się deszcz, który zacina, stuka, wywietrznik się telepie, nie wiesz już, czy po poddaszu ktoś chodzi, czy to tylko deski pracują…

Nic nie wiesz…

Boisz się, jakoś tak, zwyczajnie i pierwotnie.

Wiatr, niby zwyczajność taka, ale jednak… ale jakoś od dawna takiego wichurzenia nie było, więc od nowa przywykasz do miotania i tych dźwięków. Do fal, dudnienia, wszelakich cieni na ścianach i onej mroczności, bo wiecie, przecież to normalność wyspowa. Wiatr i czas międzywietrza.

Ale mi jakoś tak, wciąż tych liści szkoda…

Zielonych, zwiewanych…

A tak, chciałam kolorowej jesieni.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sunflower Dominacji… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Hallołinów…

„Siedział, wiecie… niespokojnie.

Zdjął z głowy tę plastikową dynię, odłożył ją obok schodków, przysiadł, przycupnięty na pierwszym z nich próbował drżącymi, wychudzonymi dłońmi, utrzymać kubeczek bambusowy – jakoś miał uczulenie na ceramikę… z gorącą herbatą. Z pływającą po jej powierzchni cytrynką i kilkoma kwiatami hibiskusa… i jeszcze oną wonią miodu. Taką, ostateczną…

Po prostu tak się kulił do tego stopnia, jakby nic innego mu nie pozostało, jakby wszystko wciąż go goniło, mu groziło, jakby nie do końca wiedział kogo się bać, a kogo nie, no i komu o wszystkim opowiedzieć. Bo oni czekali, chociaż może i nie… ona spoglądała na rzekę, starając się go nie widzieć, a on, bo to chyba był on, wielka szarość z długimy kończynami, jakoś tak…

Był mu znajomym.

Jakoś tak.

Jakby znali się kiedyś, jakby naprawdę byli jakoś połączeni, jakby… nie wiedział co zrobi, nie wiedział jak, ale wiedział jedno, miał dość tego cyrku. Tej przeszłości, którą zmieniono w farsę, w której się nie chciał nawet odnaleźć, chociaż próbował przez chwilę w imię… gdy nie możesz wygrać, przyłącz się do wroga…

Ale już miał dość.

Naprawdę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zakupy w polu…

No więc…

… ostatnio jakoś tak, po prostu, wiecie, próbują coś znowu takiegi, ekologicznego, naprawdę owocowo-warzywnego, ludzkiego i prostego zrobić, ale tak, wiecie, nie do końca im wychodzi, naprawdę. Na razie to, co się jakoś utrzymuje to MarkenBornholm w okolicach Allinge… ale kurde, dojechać tam, to po prostu, bez urazy, napęd na cztery koła, pełna terenówka, szczególnie jeśli zależy wam na zakupach…

No a wiecie, jak tam się jedzie, to raczej po kilka kilogramów ziemniaków, marchewek, cebul czy czego tam… bo co jak co, ale to, co wyrosło tutaj, to wiecie, jakoś tak w pełni inaczej smakuje. Jakoś normalniej…

I pachnie…

Choć na pierwszy rzut oka, to całe to miejsce mnie przeraża.

Wystarczy zjechać z asfaltu i już wiecie, że w końcu zabrnęliście w jakieś zapomniane przez wszystko miejsce. Naprawdę. Tutaj gumofilce z futerkiem to musowo mieć. I jeszcze gruba kurtka i rękawice, no wiecie, i na pewno coś może was pogonić. Chociaż dwa konie na poboczu, jakoś tak kompletnie nie były zainteresowane naszą obecnością, że aż się poczułam pominięta…

… ale co ja się im dziwię, sama starałam się tylko nie otweirać ryja, bo t droga, to perfekcyjna polówka, kostkę wykręci, z rowera sprężynkę zrobi, więc ino autem, ale jednak, no wiecie, nasz to nie terenówka.

Choć wiele tak przeszedł…

Dzielny Nutek.

Kochanie moje.

No ale…

Dookoła pola.

Niby normalność, w końcu mówimy o miejscu, które ma dawać jedzenie. W znaczeniu jedzenia dla ludzi, jedzenia bulwiastego, jedzenia nawożonego naturalnie, jedzenia warzywnego i pewno owocowego… tylko że… no właśnie, najpierw mija się jakieś domostwo, potem coś mniejszego, a potem, to wszystko zaczyna wyglądać jak przerażająca komuna. Taka wiecie, połączenie sekty i wszelakiego ekologiczngo świrostwa… co dla mnie kiedyś było normalnością taką. Wiecie, ciocia i wujek na wsi, jeden koń, kury, kogut wściekły, świnki…

A tutaj…

Jakby człek był na jakimś szczycie czegoś, między polami, wszelako odsłonięty, a dookoła niego wciąz w ziemi selery i jeszcze dziwne budy i już… i już od razu przypominają mi się one wszelakie dokumenty o tych sektach, mnogości dzieci i jeszcze, i jeszcze wiecie… ino czekać na tego proroka.

Nie wiem dlaczego tak czułam…

Ale czułam.

No więc… owocki cudne, dyńki, patisony czy co tam, ziemniaki takie i słodkie, wszelakie pory, selery i cebule kolorowe i tak dalej.

Gdzie kalfiory i brukselka?

Helloł?!!!

No cóż, trzeba przyznać, że towar mają, mam nadzieję, że ludzie naprawdę tutaj przyjeżdżają na zaupy, ale brzydko powiem, że wątpię. Bo daleko, strasznie, a na co dzień potrzebujesz ile, ziemniaczków tylko kilka? Tosz weźmiesz je ze zwykłego sklepu po drodze. Pewnie, że nie będą tak smakować, no ale…

… kto dba o smak?

Mam nadzieję, że będą trwać, kukurydzę mają super!!!

Ale kiepsko to widzę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Hallołinów… została wyłączona

Pan Tealight i Śpiewająca Kostucha…

„Rany, no przecież nic innego jej nie zostało!!!

Kompletnie nic!!!

Ni mięska na kosteczkach oni, ni nawet mięśni, więzadeł, czy nawet, wiecie, miała taką protezę, niewielką, ot taka tam blaszka i cztery śrubeczki, a jednak, wiecie, jakoś tak była do niej przywiązana… po tym wszystkim, jak dostała tę nową robotę, jak niedoczytała do końca umowy, nie skumała, jakie będą wszelakie konsekwencje tego, wiecie, kanonu mody w onym środowisku, tego garniturowego dystansu, onej szaty, kosy, ostrzałki przyczepionej do sznura, bo przecież szata nie mogła się rozchylać na przepisoowe trzy milimetry wyłącznie w rejonie przybrodowym, czy też przyłydkowym i to wyłącznie w dolnej ich części…

Przy kostkach.

Z drugiej strony przecież wszędzie miała kostki, ale wyglądać jak ten koleś z barku z obwisłym brzuchem, co to wszystkim pokazuje swoją pooperacyjną bliznę, no po wyrostku nie do końca orobaczkowym, ale lekarze inaczej mówili… no wiecie, ono wrażenie, widok… ale i tak jest to wysoce, i na zawsze drastyczne, gdy się na niego natknie, na oną jego nagość i jeszcze wiecie, no ten jego cienki płaszczyk, tak wyraziście żeńskiego kroju i do tego ogniście czerwony…

… wszelako…

… w końcu nie każdy rozumie performance i łkanie za narządem, który cię odrzucił. Który cię nie chciał, a przecież naprawdę go potrzebujesz, nie tak jak mówią…

Okłamują cię!!!

Tak się czuła chyba… jak ten facet.

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No ja już nic nie wiem, no kompletnie no!!!

Co ci wszyscy ludzie tutaj robią?

I te Christmasy wszędzie, jak u nas seryjnie w grudniu się zaczynały najwcześniej no i…

… na prawie rok most zamykają, mają go nawet chyba rozebrać, co bym obejrzała, ale wiecie… przecież mnie tam nie dopuszczą, przecież wiecie, chociaż z drugiej strony, może w weekedny, ciekawym bym było zobaczyć jak to będzie…

… jak go zdejmą.

Kurde, to króciutki most, więc po pierwsze pamiętajcie, że do Allinge nie dotrzecie szosą nadmorską z Gudhjem… oj nie, i to przez długi czas – a po drugie, wspomnijcie most, który może zginie… bo wiecie, nie no, oczywiście, że rozumiem bezpieczeństwo i tak dalej, ale w obrazie tego, co się dzieje dookoła, jakoś tego nie czuję. A po trzecie, wiecie, tulcie drzewa, bo strasznie znikają…

… strasznie strasznie.

Niby nie ma związku, ale ma, bo coś mi się wydaje, iż znowu, jak zwykle pójdą w tej robocie z mocą pełnego zniszczenia. Jak zwykle. Jakoś Dania lubi niszczyć, a potem płakać, że ojojojjj ups coś się stało. Ojojjjj… oni chcą to przywrócić do poprzedniego stanu, bo przecież nie to mieli na myśli, ojojojjj, co teraz?

No wiecie.

Taki duch w narodzie.

Rozumiem to, jak świeczki w oknach, jak dziwności wszelakich miejsc w Danii i jak to, że Szwecja ma kijową wodę, a myślałam, że to wina mojej skóry i żołądka. No szczerze, nie mogłam tam nic pić, jeść, gotować, tylko z kupionej wody, tylko z wody, którą sami wozimy w samochodzie, ale wiecie, wciąż się trzeba myć i jednak… hej, teraz się dowiaduję, po 10 latach myślenia, że to moja wina, iż to nie moja wina, ale Szwedzi zwyczajnie kłamią.

I to wszyscy.

Czuję się oszukana.

Łosie nie kłamią przecież!!!

No ale… co do reszty, to świat przyspiesza, połowa października i tak dalej. Wiecie, zwyczajne życie. Kolorowe liście, wiatry wiejące, więc znowu nie będzie jesieni takiej, wiecie, z drzewami kolorowymi, będzie może jesień podłogowa, czy też bardziej jakaś taka, ścieżkowa, no wiecie, naziemna wszelako…

Zobaczymy.

Znowu wieje, a wiatry piszczą duszami potępionymi…

No co? Fajnie brzmi, co nie?

Dusze, czy nie dusze, łeb trzaska, człowiek dziwnie się czuje i w ogóle. Bo wiatr jakoś go łachoce, jakoś tak abnormalnie i dziwaczenie może. Jakby żaden wiatr nie był powtarzalnym, jakby wiatr już nie mógł być taki, jak być powinien. Wiecie, znajomy… chociaż jakoś tak częściowo? Jakoś tak miejscowo chociaż. No przecież człek już przywykł do wiatrów.

Weźcie no, to nie pierwszy raz, nie wiadomo czy ostatni, czy nie…

Ech…

Fale, wiatr, liście upadające, jeszcze zielone, bidulki nawet się nie pozbawiły onej zieleni na gałęziach.

Aż mi ich szkoda.

Naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Śpiewająca Kostucha… została wyłączona

Pan Tealight i Miss Poniedziałek…

„Miss Poniedziałek, ogólnie mówiąc miała całkowicie inne podejście do życia oraz sławetnego Bluemondejowania.

Serio.

Cztery zgrzewki taniego wina i ciastka imbirowe.

I dwie paczki, znaczy wiecie, pudła takie, czekolad, no tak jak je do sklepów dostarczają. Wiecie, opakowania zbiorcze… ale koniecznie Lindta z koniakiem, innej nie. I to jeszcze tak specjalnie nakoniakowanej. Naprawdę. I dzięki temu, albo i mimo to, nie miała ze sobą problemów żadnych.

Wcale a wcale…

A z Psychiatrą Płaczliwym chodziła.

Na serio.

Dlatego widywali się ciągle i ciągle, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, to podejrzewała nawet, że Psychiatra kupił już, wiecie, ten z wielkim kamieniem… i był gotowy na ten krok, ale jakoś tak, za każdym razem mu poniedziałek wypadał, a on je zawsze źle znosił, więc dotąd się nie złożyło. Ale naprawdę się facet starała. Naprawdę i dogłębnie, był już tak blisko, tak bardzo zdesperowany, że Pan Tealight nawet zaczął zakłady… podobno 2 d0 5 było obecnie na to, że jednak nie będzie to przyszły tydzień…

… ale za miesiąc czy trzy?

Może…

Co jak co, ale na pewno ani jedno ani drugie nie oczekiwało zaproszenia na ślub i wesele. Raczej wzmianki w gazetach o jakiejś katastrofie z udziałem śrubokrętu i puszki zetlałych fasolek, co im soczek przez dziurkę wyciekł…

To naprawdę dziwna para.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Po pierwsze nowe jedzonko!!!

AAAAAAAAAAAAAAAA!!! Po prostu cud no, po prostu!!! Maciupka część tych, które miałam, znowu do mnie wróciło, po prostu… a widzieliście nowe Muminki z Naszej księgarni, w znaczeniu nowe wydanie, chcę!!!

Takie cudne!!!

Z cyklu przeczytane: „Czas ciszy” – … Europa. Ale najpierw ten dziwny napad. I jeszcze… Porwanie…

Ale zaraz, jak to?

Dlaczego ona?

W księgarniach właśnie najnowszy tom serii, a ja wciąż nie jestem pewna, czy ten jest moim najmniej ulubionym. No szczerze. Jakoś tak brak w nim trochę sensu, a z drugiej strony jest intrygujący i inny…

Może po prostu nie lubię inności?

A może europejskie stwory i magia, jakoś tak nie są sobą? Nie wiem. Oczywiście, że autorka wybrała spekatakularne miejsca, naprawdę, byłam i można je tutaj troszeczkę poczuć, ale z drugiej strony, jakoś tak, no nic się tutaj nie klei. Z jednej strony poznajmey tych, o których istnieniu tylko słyszeliśmy, a z drugiej… nie wiem, jakoś się gubimy. Jakby sama Kojocica nam nie wystarczała?

Mi chyba nie wystarcza.

Bez boja, to wciąż wciąga, przygoda goni przygodę, ale wiemy, że gdzieś na końcu ona znowu utknie i wiecie… powtarzalności… Hmmmm, czasem czuję, że czas chyba kogoś tutaj uśmiercić. Mocniej… wiecie, na zawsze.

A może… zwampirzyć?

No dobra, IKEA serio poszalała. part II

Wiecie co się stało kolejnego dnia po wypadkach z poprzedniego wpisu, no że pewne rzeczy, których nie było nagle są, a inne znowu… i tak dalej. Ale, człek złożył zamówienie tylko po to, by wurwiony następnego dnia wsiąść na prom.

No sorry, ale tanie bilety się łapie i nie pozwala się im uciec. Oczywiście nagle się okazuje, że maseczki oczywiście cały czas i tak dalej, że część ma to w dupie, a jeszcze inni to chyba nie załapali, że można mieć je inne niż te, co przypominają torebkę foliową na głowie… i nagle w Chowańca wpatruje się na promie dzieciak… znaczy no wiecie, nie maluch, bo już musi maseczkę nosić, ale jednak…

Czemu się wpatruje?

Bo Chowaniec ma maseczkę w czaszki i to czarną!!!

A oni wszyscy ten straszny, niebieski plastik.

Najtańszy, nie dający oddychać, który doprowadza ludzi do szału i bezdechu. Szkoda maluchów, ale takie to trochę dziwne, że ludzie nie kupili sobie maseczek, w znaczeniu wiecie, przez sieć… choć, może i im te sklepy internetowe tak działają, jak wiecie, jak ta cholerna duńska IKEA…

No ale…

Płyniemy.

Oczywiście maseczkę można zdjąć do żarcia, więc kilka par gada i niby pije kawę przez całą podróż, a maseczki leżą na stolikach.

I tyle…

Równi są i równiejsi, co nie?

Na szczęście nie ma fal.

Nie buja…

Niby prom nie wypchany, ale jednak, jakoś tak, jakoś tak dziwnie. Jakby było gorzej, jakby wszyscy już po prostu powrócili w ten jakiś dziwny stan, w którym przecież nie byli kiedyś, wcześniej, przed sezonem… a może byli?

Tylko tego nie pokazywali?

Ale… Szwecja nie ma maseczek.

Znaczy wiecie, możecie se nosić, ale raczej niewielu nosi. Za to Kopenhaga… wiem, że nie było mnie tutaj przez jakieś 2 lata, ale czy ludzie serio tk sie tutaj zmienili. Na koszmarnie? Na naprawdę, niesamowicie strasznie… Po prostu są straszni. A może zawsze tacy byli, a może…

Nie wiem, ale to był horror w typie „Wzgórza mają oczy”.

Za to IKEA była piekłem…

Po pierwsze nikt nie zachowuje tego całego odstępu, poza kilkoma osobnikami, ludzie mają gdzieś wszelkie prawa, barierki i naklejki. Do tego, duńska IKEA jest porąbana maksymalnie. Wiecie, są te durne apki, które pozwalają sprawdzić co jest w jakim sklepie, bo jest ich w okolicach Kopenhagi kilka, a potem się okazuje, że cholerstwo natelefonowe pokazuje stan sklejony ze wszystkich, więc…

… te kilkanaście regałów…

Oznacza jeden…

A ty potrzebujesz 3…

Ale za to były wystawki halloweenowe z kościotrupami siedzącymi za zastawionym stołem, wiecie, takim bez żarcia, więc temat anoreksji wyczuwalny… nie wiem dlaczego, no i już siódmego października wystawiali rzeczy na wszelako znanego wszystkim Christmasa. Nie żebym miała coś przeciwko, ale powodowało to taki koszmarny tumult i nieład, bo pooddzielali te strefy żółto-czarnymi taśmami, a ludzie już chcieli onych łyskających rzeczy, więc…

No wiecie…

I na koniec nawrzeszczał na mnie koleś w kasie, bo za wolno widać zbierałam rzeczy z taśmy, które on odsuwał ode mnie daleko, zamiast drzeć się na dwie dziunie, które dyszały nam w kark nie zachowując sławetnego odstępu…

Nie polecam.

Szczerze…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miss Poniedziałek… została wyłączona

Pan Tealight i Zmierzch Szklany…

„Taki jakiś był…

Szklany.

Jakby zaraz miał się rozpuknąć w drobinek miliony, we łzy, kryształki, gramy westchnień i wszelakich snów. Z jednej strony był tutaj, stały, namacalny właściwie, ale z drugiej, dziwnie odbijał, zakrzywiał i jeszcze jakoś tak mrugał, zajączki puszczał wszelakie i mocno komplikował postrzeganie rzeczywistości…

Ale w kocu przecież zmierzch, więc o co chodzi?

Oczekiwać należy przecież onych nakładających się na siebie chmur i jeszcze pomroków i wszelakich pokrak wyłażących w końcu na zewnątrz i tych bojących się oceny, bo w końcu na Wyspie światła mało…

Nie marnuje się go.

Szczególnie teraz, gdy powrócił, ale powrócił jakiś taki inny, jakby nie do końca pewny siebie, jakby miażdżony przez Zmrok Definitywny, jakby… niechętny swojemu oddaniu, pracy, bytności, osobowości…

Jakby nie on.

A może… już był rozbity?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świat nagle się ochłodził.

Jakoś tak ni z tego ni z owego kilka dni w końcu się zachmurzyło. Zrobiło się jesiennie, jakoś tak wolniej mimo wciąż trwających ferii. Mimo tych okropnych maseczek, mimo tego wszystkiego, co znowu wracam, mimo, wiecie…

Wszystkiego.

Dookoła mnie słońce się zmienia.

Pogoda na Wyspie jak zawsze nie jest do końca przewidywalna. niby pochmurnie, a jednak chmury odsłaniają błęit i niskie, niesamowite światło odkrywa wciąż niezaorane pole połyskujące złotem, one drzewa, które trzymają się zieleni, ale tak wiecie, już inaczej. Onej innej zieleni.

Onej…

Jesiennej.

Takiej, gotowej na zmiany.

Ale wiecie, to w końcu tak jest. Taka pora, ten czas, a człowiek co robi, człowiek umyka gdzieś indziej, bo wiecie, w końcu należą mu się po poad roku od przeprowadzki jakieś meble. Tak, w końcu posiadamy fotele!!! Łaaaa!!! A dlaczego? Ponieważ w Danii IKEA ma w końcu jakaś ofertę dla biedaków. Oferta ona oczywiście wielka nie jest, no ale… dostaje się kartę i… no właśnie, i w tym momencie zaczynają się schody jeżeli mieszkacie na Wyspie. Wiecie, a co!

Przecież u nas taka IKEA jest, kurde, że hej…

… Niewidoczny Uniwersytet Ikeowy.

Nie no, pewno, Wyspa mała przecież, więc… no i jeszcze jak by to miało funkcjonować? No i dlatego pozostaje zamawianie z przesyłką, albo… albo wszyscy mają takie same meble z Netto. Seryjnie!!! Mają!!!

Mam dowody!!!

No ale…

No dobra, więc człek się w końcu gotuje na ono shoppingowanie.

Oczywiście przez sieć, bo przecież mamy już ten wiek…

… zaraz no, jaki to jest? XXI? Nie wiem, gubię się bo miałam już mieć, wiecie, taką walizeczkę jak mieli Jettsonowie i do niej się pakował ten latający samochodzik Jettsona… pamiętacie taką kreskówkę? A jakie ona miała filtry i maseczki, ŁoŁ… co jak co, ale nasz XXI wiek, to jakoś kuleje. No bez urazy, ale jakoś to wszystko, no takie jest ono mocno nienowoczesne.

Kompletnie.

Ale… logujesz się…

… na oną stronę IKEAi i tam wiecie, mają te one wszelakie rzeczy i człek wie, że spora ich część lepiej wygląda niż przeżywa składanie, na zdjęciach piękna, ale w użytku straszna, ale jednak, no weźcie, trzeba na czymś siedzieć, więc po miesiącu przygotowań i researchu sieciowego wiecie już co chcecie i wrzucacie te rzeczy w koszyk i… myślicie, że styknie ino wklikać ten numer karty, którą wam podyktowali…

Jeszcze dorzucacie lampkę, bo żona wam przypomniała…

LOL

I się okazuje, że nic z tego, bo macie zadzwonić do babki, bo przez stronę nie można, mejl też nie, a ona pracuje ino w określonych godzinach, nie jak internet, więc następnego dnia robicie to samo, bo gówno się nie zapisało i dzwonicie i zaczyna się bajka… babka chyba ma tam serio maszynę taką pisarską, a wszystko wyszukuje w katalogu karcianym chyba… po dwóch godzinach w końcu jakoś przetłumaczyliście jej, że to ma być czarne, a to dwa razy i co…

I się okazuje, że tego nie ma.

Tamtego też nie…

No cóż, więc bierzecie co jest i teraz od nowa, dogadujecie się co i jak, którego dnia dostarczyć, jak i po co…

Kolejna godzina…

A na końcu babka cię informuje, że twój numer karty kredytowej IKEA nie istnieje.

Pa. c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmierzch Szklany… została wyłączona

Pan Tealight i Łyżeczka Srebrnej Rozpustności…

„Była malutka…

Srebrniutka.

Właściwie, to prosta, ino to zakończenie lekko takie, wiecie, barokowe, jakieś tam wiązania, ale ino na brzegach, środek gładki, ale widać, że kochana, macana, że używana i wszelako rodzinna, więc wiecie, no i głaskana i czyszczona i może, ale tylko może przydałoby się jej jakieś szlifowanie…

No nie no, zaznaczam mocno, iż MOŻE…

Przecież nikt nie zmusza.

Błyszczy się tak, że wiecie, zdaje się zbierać każdą kroplę światła, każdą wiązkę, każde światła zawirowania, może i one zagubione jakieś promyczki ona łapie w siebie, a potem, no wiecie, do Wiedźmy Wrony Pożartej… bo one razem mieszkały, razem, choć ona taka malunia, raczej wiecie, do cukiernicy niż zupy, czy jednakowoż jakiegoś lodowego deseru, to jakoś tak…

Po prostu były do siebie przywiązane.

Mocno.

Aż czuło się jakiś sznur, łańcuch może nawet, na pewno srebrny, na pewno nadzwyczaj czarowny, czy coś, wiecie… nie mogło być przecież inaczej. No nie mogło i tyle! Nikt się na inne nie pisał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to dobra.

Są ferie.

Nie no… oczywiście, że niby ino dla dzieci, ale wiecie, Turyścizna sobie wciąż przybywa. Mniej z tych Niemiec, co to uznały nas za terytorium plagi i powrót do domu nakazuje Niemcom kwarantannę przymusową… i to seryjnie, bez krakania, naprawdę. A przecież jesień to był ich czas. Tych, wiecie, karawanów ze staruszkami i wielkich, niemieszczących się na wąskich uliczkach autokarów, które oczywiście czasem mają problemy z pochylnością nadmierną, no ale, kto nie ma? No weźcie, no… wszystkim się zdarzy, wszystkim!!!

Jak na razie, to przez kilka dni w końcu chłodniej…

Co ja mówię, nawet w nocy zimnawo!!!

YAY!!!

No co, ja tam się cieszę. Nawet deszczyk był, a co. I pochmurny weekedn, mniam, po prostu coś czadowego!!! Naprawdę. Zobaczymy jak to będzie w kolejnych dniach, ale jest chłodniej i jakoś tak, no wiecie, spokojniej. Mimo tych ludzi, co wrócili na Wyspę, mimo tych, co nawet jej nie opuścili, bo stwierdzili, że przecież po co, jak mają mieć te cholerne kwarantanny, to wiecie, no lepiej posiedzieć tutaj…

Tylko, że tutaj… się zmienia.

I smutkiem trochę wieje.

No ale…

… nie, nie chodzi wcale o brak nasłonecznienia, bo na przykład dziś słonko było, ale już go nie ma. Patrzę z okna a wciąż niezaorane pole i tak się zastanawiam, kiedy oni to zrobią. W sklepach ten cały Christmas, nie żebym była przeiw, pewno jako jedyny osobnik na świecie, bo jakoś takoś, to mój czas i uczę się mieć w dupie innych. Może i się w dupie pweircą i wiecie, mało to wygodne, ale jednak…

… inaczej się nie da.

W internetach.

No ale… jesień.

Na stoiskach ogrodniczych, których przyznaję, ostatnio jakoś przybylo i se nawet kurna instagrmy pozakładali. Seryjnie. Pokazują tam bezczenie swoje cebule, buraki i kukurydzki. Dynie też, oczywiście, że tak. No weźcie, dynia być musi. Może i nikt jej nie zeżre, ale jednak, ale jednak, wiecie, jednak każdy chce jedną chociaż w domu mieć. Pewno to jakiś fetysz, ale wiecie, jakby co moja jest kompletnie dla wystroju.

I żółta!!!

I ma takie jakby brodawki, tudzież żółtą febrę?

No mniejsza, nie rozumiejąc onego uwielienia dla dyń i tak dalej, jakoś wiecie, odpada mi ono świętowanie. Zresztą, ja sobie świętuję jak mi się chce, i jsk czuję, że mi się chce i jakoś na pewno nie tak, jak to się innym wydaje i podoba, no bo serio… szczerze. Sami pomyślcie… Jak to jest z tym świętowaniem? Większość myśli o chlaniu, śpiewach, i oczywiście stół, stół, przy którym musisz siedzieć i żreć.

To moja wizja piekła.

Naprawdę.

Świętowanie z ludźmi to koszmar. Śpiewania, jakieś porąbane tradycje i ludzie, którzy nie rozumieją, iż one są wymyślone przez ludzi. Tak, serio. Odkrycie roku, co nie? Wiecie jaki hejt można za to zebrać?

Bo jakoś nikt w to nie wierzy…

Podobno to wszystko bogów sprawki…

Ciekawe których?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łyżeczka Srebrnej Rozpustności… została wyłączona

Pan Tealight i Sztućce Wszelakiej Niedopuszczalności…

„No bo Widelec nie przyszedł sam.

No weźcie, no, jakby to kurde wyglądało, naprawdę.

Niekompletność wyzywająca…

… w rzeczywistości to było wszelakie i ogromne pudełko, obite i pogniecione, ale wciąż z karminową wyściółką z prawdziwych aksamitów, co to chowała w sobie kompletnie niedospasowaną kolekcję utensyliów kuchennych, w znaczeniu obiadów, kolacji, podwieczorków i tym podobnych…

… wiecie, okoliczności krajalnych i okołogębowych.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, co to ostatnio dostała kilka tomów i od nowa uczyła się nimi żywić, i dziwnie jej to nie szło i lęki ją spowijały i wizje dziwne, pozwoliła się oderwać od jednej z nich i nie do końca rozumiała, co widzi. Że srebrne, tego była pewna, bo na punkcie srebra była aż nadzwyczaj uczulona. Ale pozytywnie tak… musiała je mieć, dotykać i macać, wszelako wieszać na sobie, ale i potajemnie głaskać…

Lizać i może…

Ale samo pudełko, wyłożone nocnym aksamitem, usianym może i gwiazdkami, może i pyłem księżycowym, było ogromne. Niczym kurna trumna, naprawdę. I to taka pożądnie drewniana, malowana i rzezana. Ozdobna tak, iż po prostu aż dech zapierało, ale jednocześnie mimo onej niebieskości i srebrności, które Wiedźma Wrona tak kochała, jakoś tak, jakoś tak… ją odpychały.

Ale w końcu były to Sztućce Wszelakiej Niedopuszczalności.

Może i na nią działały?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znowu mam przeczucia…

Ale może to tylko ta wielka, straszna, znowu pełnia, bo gdy to piszę, księżyc napierdziela przez okna, jaby mu płacili. Wredna małpa no. I to jeszcze żeby produkował to światło, ale nie, on jest jak taka znajoma, którą macie, która kradnie wasze wszystkie pomysł i podaje je jako swoje, podkrada wam chłopaków, wszystkie najlepsze rzeczy zabiera, ale jak ją zostawić samą, to wiecie, durny kołek w płocie, oczywiście jesteście za wrażliwe by to zrobić, więc ona tak wcią odbija ono wasze światło, a wy… powoli przekształcacie się w czarną dziurę.

Wielką dziurę.

Bo przecież najczęściej i tak się zajada one problemy, co nie?

Ale…

… jakby co, to wiecie, pełnia… na zewnątrz wieje jakby wiaterom też płacili, morze huczy onym dziwnym, dudniącym, głębokim basem i już nie wiesz, czy siedzisz w śordku pralki, czy jednak nie… czy to tylko natura, no wiecie. Ale nie, to ino morze dudni i huczy, ale fale są takie raczej normalne, więc…

… więcej krzyku niż czegoś tam, a co…

Takie to życie z przyrodą.

Przyrodą blisko, przyrodą czasem aż nazbyt namacalną, bo to już jesień, więc wiecie, robactwo się do domu pcha… no jak wszędzie, co nie? Nic dziwnego. Znaczy nie, nie żebym mówiła o Turyściźnie, nie, wcale a wcale!!!

O robalach mówię…

LOL

A tak w ogóle, to jak będzie tak wiać, to wiecie, nici z jesieni.

No zawsze tak jest, że jak wieje na początku października, to liście zwieją z gałęzi i tyle. Nici z kolorów, nici z tej całej jesienności. W ogóle kasztany to marnie obrodziły, żołędzie też raczej niezbyt, więc wiecie, może to coś w powietrzu? Bo jabłka i śliwki, jak wspominałam, to wiecie, maksymalnie i cudownie.

Naprawdę.

Ale… ubaw roku.

Po pierwsze w sklepach naszych, mniejszych, wiecie, takich Kvickly czy Dagli, w Sparach nie byłam akurat, jakoś takoś, wyczochrali z jakichś stasznych podziemi wszelakie halloweenowe śmieci. I to seryjnie śmieci, bo to te same rzeczy, które próbują sprzedać od bardzo dawna. Wiecie, od kilku lat spokojnie! Zamiast przecenić, jakoś tak wolą to mieć na półkach i tyle…

I wciąż nie dostanę śpiewającej Kostuchy… ech!

Ale… Halloween to wiadomo, na czasie, ale jeśli chodzi o resztę, to przyznam, iż nawet mnie zaskoczyła wystawka Christmasowa u Sióstr w Imerco i innych sklepach w naszej, wyspiearskiej stolicy. Serio… pewno, że to rzeczy z zeszłego roku, ale jednak. Uznaję to za przerażającą przepowiednię.

Jak nic coś pójdzie z tą zimą nie tak.

Naprawdę…

Bo co jak co, ale u nas to tak wcześnie, to raczej nie…

Serio.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sztućce Wszelakiej Niedopuszczalności… została wyłączona

Pan Tealight i Widelec Potępienia…

„Oj tam…

… nie żeby od razu potępiał, ale jednak…

Wiecie, coś było w tych czterech szpikulcach… bo on czteroszpikulcowy był, wiecie, nie że od deserów, nie… żadne tam słodkości, on chciał brutalności, prawdziwości życi, śmeirci jednych, by żyli inni… a przynajmniej, no wiecie, naogląda się tot za młodu takich filmów, do tego jeszcze te gry komputerowe… nie no, z tego kompletnie nic innego nie może wyjść, jak właśnie takie myślenie.

Ech…

Ale… był.

Był Widelcem Potępienia. Nie miał w sobie ni nadziei ni miłości, ni wszelakiego postrzegania pozytywnego rzeczy, widział tylko czerń. Żadnych szarości, żadnego wybaczeni ni nawet, ni nawet przymrużenia oczu, odwrócenia wzroku, twarzy, zrozumienia innych czasów…

Czegoś.

Ludzkiego?

Ale przecież nie był człowiekiem, był tylko narzędziem. Tylko i wyłącznie nim i to mu odpowiadało. Naprawdę. Do końca. Rozumiał to i chciał tego więcej, poprawnego wykonywania swej pracy.

Ona sam.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

… a może to tylko chodzi o ten odgłos morza?

Nie wiem.

Może nie o mewy, nie o oną przyrodniczość, wszelakie zwolnienie poza sezonem, czy też lockdownową specyfikę… nie, może chodzi wyłącznie o morze? Wiecie, o ono szumienie, ciągły ruch, jakby wszystko starało się nas informować o tym, że żyje, że wciąż żyje, iż nie daje sobie w dupę dmuchać, choć może by i naprawdę nie miało nic przeciwko takim rozrywkom seksualnym, ale jednak… morze… ono morze…

Nawet jak go człek nie widzi, to jakoś tak czuje.

Nawet jak nie jest to jakiś wielki sztorm, to jednak wie, że ono tam jest.

I brzmi… może właśnie dla niego?

Może… przecież naprawdę czasem człek może sobie pozwolić na pewnego rodzaju egoizm egystencjonalny, tudzież wiecie, marzenie o tym, iż ona przyroda naprawdę o niego, jakoś tak… no wiecie, cares. Cares for me, cares for you… maybe even notices? A może i nie. Może to tylko…

Szum.

Fale.

Wiatr.

Nie wiem, ale czasem, a może i coraz częściej, bo po odwołaniu tego i tamtego i jeszcze tego, choć może coś będzie, po tym jak poranki znowu są ciemne, szarawe i pochmurne, a i zdarzają się takie dni, porywiste i wszelako pewno niektórych przygnębiające, a dla mnie pełne powietrza w końcu!!! I radosnej bezrobotności, chociaż jakoś w to się jeszcze nie bawiłam.

Wiecie… w nicnierobienie.

W końcu po co?

Jak tak żyć bez niczego? Bez jakichś myśli do zapisania, rozbicia pewnych teorii, zawiązania sznurków nowym, albo i też… no wiecie, zwyczajnego mycia podłogi, plewienia ogródka, zdjęć układania w plikach…

Albo nowej przygody?

No co…

Ostatnimi czasy jestem otwarta na propozycje. Nie żeby na wszystkie, ale jednak. Jakby co… bo wiecie, ten świat znowu się robi pandemiczny. Jakoś nagle pojawiły się obrazki o odstępch i tak dalej. Już nawet nie chodzi o tych polityków, Niemcy, czy cokolwiek innego, ale jednak… czy w wakacje naprawdę tych ludzi było aż tyle, że przykrywali te zakazy i nakazy, hold afstand i tak dalej?

Chyba tak…

… więc teraz zostały ino one plakietki.

Wszelakie plakaciki i naklejki.

Bo plaga wróciła. Chociaż, tak serio, to nikt nie wie czy na pewno, nikt nie wie, czy na pewno coś i czy w ogóle to nas dotyczy? I jak sobie z tym radzić? Bo druga fala drugą falą, ale jednak, ludzie chyba myśleli, że to wszystko się skończy… w końcu jakoś wyciszy się na amen, a tutaj wcale nie, wprost przeciwnie.

Co z maseczkami?

Czy uzależnimy się od onych alkoholi?

Jakoś nie wciągnęłam tyle przez całe życie. Co prawda doskórnie, no ale jednak, weźcie no, może oni chcą z nas alkoholików zrobić. LOL

A tak szczerze, to strach powraca.

Jakoś słońce łatwiej go rozdmuchiwało, a szum morza i szarość w powietrzu sobie z tym tak widać nie radzi. Ale ponieważ ja mam inaczej, to wiecie, myślę sobie, że te odstępy i to, że wsio można przez internet… i że pewno, iż są wciąż idioci, którzy to olewają i cię wyśmieją za cały ten cyrk, ale jednak…

… he, wolno ci z nikim nie gadać.

Ha ha ha!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Widelec Potępienia… została wyłączona

Pan Tealight i Gary Losu…

„No co…

Każdy potrzebuje hobby, a weźcie sobie pomyślcie jak to musi być być Losem. Kurna, te wszystkie decyzje, ten hejt… to ciężka robota, więc dlaczego nie? Dlaczego nie miałby mieć hobby? Dlaczego odmawia się mu onej pasji?

No naprawdę ludzie!!!

Nic tylko zwala się wszystko na jego wątłe, właściwie prawie kobiece barki, nic tylko on i on, nikt inny, nie ja, nie wy, nikt inny, naprawdę. Wsio jego wina, ot się tak stało, przez niego, bo on tak chciał, bo on to rozpisał, Kronikarz Światów Tworzenia, Ludzkich Szlaków Map Gubienia… Wielki Wymarzyciel, po prostu… on, Los. Tak zwany, choć tak naprawdę miał inne imię i nazwisko, gorzej, nawet rodzinę miał, która myślała, że szewcem modnych ciżem jest.

Oczywiście z przyrodzenia, urodzenia i od poczęcia wiadomo było, że będzie tym, kim będzie, więc… tak, nawet on sam wiedział już jako ów zlepek komórek, że odradza się w nim właśnie ona siła, bo poprzedni z Losów nie utrymał roboty… bo wiecie, czasem się ich z niej zwalnia, a czasem…

… nie wytrzymują presji.

Innych.

Czy rodzice wiedzieli? Nie… a może po prostu nie chcieli, w końcu spotkali i Wiedźmę Plotącą i otrzymali Przepowiednię, ale wiecie, byli wierzący inaczej i tak jakoś, no nie chciało się im myśleć szerzej…

Zresztą, oboje mieli specyficzną dietę i „szerzej” było słowem zakazanym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje… i pada.

Może i nie są to te obiecane ulewy, ale przez dwa dni mieliśmy trochę deszczu i wiatru i nagle złek sobie przypomina, jak to było przez ponad pół roku… wiekuiste wietrzności, wszelakie tragedie, potem przychodzą newsy ze świata i jakoś takoś wszystko się ze sobą wiąże. Jakoś tak, wiecie… pogoda dostosowuje się do ludzkich myśli, zachowań i strachów, onej całej niepewności, która wszelako krąży, uderza…

I naprawdę miesza w głowach.

Z drzew zerwałam ostatnie śliwki, następnym razem serio, zrywamy wcześniej i spróbujemy je sprzedać, bo kurde, tego jest po prostu za wiele. Jedno drzewo, a tyle śliwek!!! Nie żebym narzekała, ale nie mamy zamrażarki, nie mamy miejsca na słoiki, więc wiecie, nie mamy też miejsca w brzuchach by tyle zjeść, a suszenie to zbyt wiele dramy i prądu, więc…

W przyszłym roku, jeśli znowu Ciocia Śliwa obrodzi…

Sprzedajemy.

Podobnie z jabłkami.

Naprawdę. Obecnie robią za nawóz i nie mam z tym problemu, oraz za żywność dla saren, które lubią sobie pogryźć coś czasem i jeszcze pszczół i ptactwa wszelakiego… w końcu nic się w naturze nie marnuje, ale oszałamia mnie, że te dwa niewielkie jednak drzewa dają tak wiele.

Podobnie nasza figa i krzaczki winogron.

Szczerze…

Kupiliśmy dom z zapasem owocowym, który spokojnie na dwójkę wystarcza. Gdyby tylko człek miał zamrażarkę, zamroziłby i byłoby na zimę, ale nie ma, więc na razie niech sobie użyźniają naszą kiepską dość ziemię… kiepską, ale jednak zdolną tak wiele zrodzić. Podobnie z niektórymi ziołami, niektórymi krzaczkami…

Kurcze!!!

Nic, ino jeść, ale mój żołądek nie toleruje jabłek, a śliwki w niewielkiej ilości niestety, więc wiecie… ból dupy…

Dosłownie.

A tak w ogóle, to październik, więc…

Niech mi ktoś wytłumaczy, gdzie ten rok się podział? Bo przecież, tak logicznie na to patrząc, to wiecie, jakoś takoś, no jakoś takoś powinien się dłużyć, przecież te wszystkie pandemiczne sprawy. Nie no, rozumiem, że większość jest zawiedziona tym, że nie ma zombie, ale szczerze?

Naprawdę?

Hello!!!?

LOL

Jak na razie, wszyscy chyba jakoś odświeżają sobie wiadomości z tak zwnego lockdownu, uświadamiając sobie, że kurna, myślenie o tym, iż to przejdzie i ogólnie mówiąc zniknie, jakoś na pewno się nie stanie. Zachorowania? Są, ale tak naprawdę nikt niczego nie wie. Dostaję mieszane wiadomości, że podobno u nas testy są za darmo, oczywiście poza tymi w aptekach, można sobie zrobić gdy się ma objawy bez problemu, ale jednak… ale jednak komuś udało sie to zrobić w ciągu 2 tygodni z 50 razy, więc co jak co, ale znowu coś się tu nie klei.

Wszyscy wiedzą, że nic nie wiedzą i wkurw w narodzie rośnie.

Spora część twierdzi, że ma to gdzieś, inni znowu nie wiedzą nic, więc wymyślają kolejne zombie apokalipsy, więc jest jak wszędzie, no sobra, może poza Szwecją, bo oni siedzą i klapią łapkami. W jakiś sposób udało się im uniknąć wielu, wielu też i stracić, ale jednak, na razie, nie oszaleli…

… co do Danii, nie mogę tego powiedzieć.

Wrony szaleją…

Zająca nie widziałam od kilku dni… może objadł się tych sfermentowanych śliwek? Wiecie, masa ich pod drzewkiem, z robaczkiem jeszcze, więc… właściwie tequilla!!! LOL może i mu naprawdę przypasowało zostać w krzakach?

Tęsknię za nim.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gary Losu… została wyłączona

Pan Tealight i Panna Niemłoda…

„No o lasce, ale przecież, że co…

Że znaczy się nie może być wciąż panna… że z racji wieku od razu baba? A weźcie się w jeżynach tarzajcie!!! Niektórzy utrzymali swe wszelakie cnoty panieństwa wszelakiego i tego no… wiecie, myśli wstydliwych na najwyższym poziomie i we wszelakim braku onych przemyśleń nieskromnych…

No co, tak, jest takie słowo jak nieskromne!!!

Nieskromnym jest myśleć, iż panna takich romiarów… nie że XXL, ale rozmiarów gracji, wdzięku, oraz wykształcenia. Oczywiście odpowiedniego. Bez urazy, ale tamborek, haftowanie i wszelakie bajery na topie. Arras nawet zrobi, nie tyclko obrus do kościoła, taki pod Najświętszą Panienkę.

W żonkile!!!

Oczywiście, że gdy świat się zaczynał dla niej wszystko skupiało się dookoła rodziców. Którzy byli tak idealni jak i idealni byli dziadkowie i te jej muśinowe sukieneczki i te bawełniane, takie bardziej, wiecie, do brudzenia, wszystko jednak białe, różowawe, brzoskwiniowe wszelako i zawsze z falbaneczkami i oczywiście kokardki… dwe kitki, kokardki, dwa warkoczyki, do tego spineczki z biedroneczkami i jeszcze wianuszki plecione czasem odziennie…

Bo czemu nie, kwiaty były na łące za darmo.

No i dla młodej Panienki… jakoś tak niewinne, zwyczajne i codzienne i tylko dla niej. Jak i kolana Tatusia i Mamusi torciki miniaturowe zdbione kuleczkami z cukrowanych owoców zeszłorocznych…

Ale czas płynął…

I zmieniał wszystko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dotyk ognia” – … okay. No dobra… czyli lecimy dalej z magią!!! Hej i do przodu.

Zobaczymy jak to się skończy wszystko.

Oto powracają i Pradawni i ci, których nasza bohaterka lubi najbardziej. Oraz ci znienawidzeni no i jeszcze, jeszcze ci nieznani, bo przecież, zawsze musi być ktoś. Co jak co, należy przyznać, że autorce udało się dopasować coś brakującego do tego całego skupiska zwierzaków i ludzi, magii i wampirów, pradawnych tej ziemi i tych… no wiecie, którzy tutaj przybyli.

I to dlatego otrzymujemy prezencik.

A wszystko zaczyna się od trolla.

YAY.

Trole są super! No dobra, może nie w tym wymiarze, ale to nie trolla wina. Jednak oni obiecali, więc ochrona świata spadła na ich ramiona. Problem w tym, że nie tylko ochrona ich, ale też i one nowości… naprawdę intrygujące, bo wiecie, by pobudzić fabułę najlepiej kogoś utrupić a potem kogoś wprowadzić.

Nowego… świeżego.

Niesubordynowanego.

Ogólnie mówiąc, dzieje się. I to wiele. Wiele pięknego, romantycznego prawie, wiele magicznego, wiele przygodowego, wiele… oj, wiecie jak to jest. Jeśli lubicie serię i wciąż was wciąga, sięgniecie po ten tom, jeśli jednak zaczęliście się nią nudzić, przyznam, że ten tom mocno budzi.

Aż miejscami nazbytnio, więc…

Warto.

Morze.

Mam takie miejsce, gdzie mogę usiąść i jeszcze po prostu poczuć się sobą. Chyba ostatnie takie miejsce poza arboretum i może jeszcze własną śliwką, chociaż nie, pies sąsiadów mnie chyba uwielbia… albo nienawidzi. Nie wiem, skurczybyk jeden. Po prostu ujada jak durny. I serio, nie dowierzam temu płotkowi, co mu tam postawili. Jak nic albo by mnie zeżarł, albo zeżarła, no tertium non datur.

Wiecie, kochać można na wiele sposobów.

I nienawidzić…

Ale… mam takie miejsce, gdzie, jeśli poziom wody jest dość normalny i wielkich fal nie ma, mogę usiąść i poczuć się na krańcu świata i wiecie, raczej nikt do mnie tam nie dotrze, bo zwyczajnie, ślisko i droga mało bezpieczna, no i zawsze można wrzeszceć, kaszleć i tym podobne. A co… w końcu w przypadku napadu strachowego ostatnio zaczynam śpiewać głośno i to fałszując totalnie… wiem, że fałszuję, bo umiem też robić to niefałszująco… szczerze umiem.

Chyba jeszcze to umiem, tak mi się wydaje…

Hmmm?

Wiecie, dawno człek tego nie robił bez strachu, tak prawdziwie…

Ale, przecież jakoś żyć trzeba, a Turyścizna wciąż się plącze, w dupie mając wszelakie ostrzeżenia, choć… może to się i zmieni, bo Niemcy znowu mają problemy i już podobno odwołali swoje rezerwacje…

… a miejscowi już podnieśli ceny…

Ojojjojojj… będzie się działo.

Bo Niemcy mogą albo wrócić do siebie i kwarantanna, albo… co mnie mocno przeraża, bo niektórzy prawa w dupie mają, po prostu tutaj zostać.

Hmmm…

Dlaczego ja wciąż nie umiem praw łamać?

I wychodzić z tego?

A dlaczego?

Kurcze, nie napisałam?

No więc jest wielkie ballade, jak zwykle… bo region Hovedstaten został określony jako ten eeee, no wiecie, epidemiologiczno nerwowy. No dobra, seryjnie zarażający… bajer w tym, iż ten region to Kopenhaga, tak wiecie, w skrócie. Jak daleko mamy do Kopenhagi, powiem, że do Ystad bliżej… LOL Szwecję widać jak się na palcach stanie!!! Danii nie widać, a już Kopenhagi to na pewno…

Sprawdzałam!!!

Z zoomem!!!

Ale…

Jesteśmy określeni jako one zarażenie, więc każdy kto wyjeżdża czy przyjeżdża, to po prostu ma przerąbane. I tyle. Szczerze, niewielu wie o co w tym wszystkim chodzi, ale tłumaczenie komukolwiek o co chodzi, wiecie, raczej sensu nie ma.

Jak to się rozwinie…

Nie wiem, wolę posiedzieć na mojej skałce prawie na krańcu świata. I wiecie co, o niczym nie myśleć… kompletnie, bo ja już niczego nie łapię. Znaczy na pewno coś łapię, bo zatoki szwankują, ale jednak, wiecie, w domu człek siedzi, kompletnie i wrednie niesocjalny, więc nie ma nawet od kogo coś złapać.

LOL

Dobra, to już nawet nie śmieszy, taka prawda.

Nawet już sarkazm mnie nie rusza.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panna Niemłoda… została wyłączona