Pan Tealight i Wiedźma do kolorowania…

„Takie dni były coraz częstsze. Naskakiwały na wszystkich, przyduszały całym swoim zaskakującym ciężarem do podłogi, zatrzymywały w miejscu, w którym nikt nie chciałby pozostać dłużej, niż to naprawdę konieczne i upierdliwie łaskotały długimi, wymanicurowanymi, pomalownaymi na wściekły róż, pazurami. Niby można się było śmiać, niby jakoś było to chyba definicyjnie przyjemne, ale jakoś każdy czuł, że kurde nie wypada! To były dni, w których Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, wydawała się być taka bezbarwna, beztreściowa i bezliterkowa. Jak pusta, krzycząca, błagająca o wypełnienie kolorami… cieniutka kolorowanka. Jak coś, co nie pozwalało ulecieć na skrzydłach wyobraźni, ale od razu, od początku poznania, wytaczało granice. Bezczelnie hamowało przejawy lotności i szaleństwa.

Niby było fajne. Zabawa kredkami i wąchaniu flamastrów zawsze jakoś łaskotało trzewia, ale… wciąż te granice. Po ich przekroczeniu coś przetaczało wyładowania elektryczne przez wilgotne partie ciała i to… nie było już przyjemne. A Wiedźma Wrona bez wyobraźni, blekła w swej kobaltowości. Nagle jej historie nie brzmiały, postacie, które barwnie mordowała powracały do życia, a potyczki i zawroty miłosne, zawsze kończyły się dobrze. Jakby szablonowo.

To były straszne dni. Ale wystarczało założyć gacie na drugą stronę i można się było ich nie spodziewać, a w końcu Chochel – bieliźniany flirciarz, motacz bokserków, dotykacz slipków, porywacz anderłerów… mieszkał z Wiedźmą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Jak upolować faceta. Po pierwsze dla pieniędzy” – no dobra, trochę zabawne, ale ogólnie sensu nie widzę. I nie widzę, w jaki sposób to wszystko mogłoby mieć miejsce… a w końcu to nie fantastyka! Poza tym, to wszystko już było. Dobra! Babcia Mazurowa wymiata! Dla niej przeczytałabym następne tomy, dla jej kolan i kolarskich spodenek, dla niej bawiącej się spluwą, ale dla głównej bohaterki, ZNOWU łowczyni głów… oj nie!

„Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków” – najlepsza książka o nieruchawych, jaką ostatnio czytałam. A nawet lepiej! Po prostu kapitalna. Dowcipna, a jednocześnie ciekawa, nie bagatelizująca tematu. No i mogę wytknąć autorce byka! Niewidomi masażyści są najlepsi, proszę pani!

Książka jest ZAJEBISTA! Tak wiem, z racji zawodu predysponuję ku pewnej sztywności i życiu po śmierci, ale Roach tak pisze, że coś, co definiuje się jako powieść popularnonaukową, jest tak naprawdę świetną, kapitalną historią… o żywych! No dobra, niektórych może pewno odrzucać taka tematyka, ale autorka nie bagatelizuje bólu żywych. Nie jest też nadmiernie – miejscami – oczywiście opisowa!

Chociaż, co ja się oszukuję, tylko tacy jak ja zrozumieją! Jednakowoż, jeżeli się nie boicie, bierzcie się za tę lekturę! Ja mam przed sobą jeszcze inne tej autorki i nie mogę się juz doczekać. Będzie i seks i kosmos i … duchy?

RECENZJA: „Spójrz mi w oczy”

Jesień, to na Wyspie słońce i deszcz, wiater i deszcz, deszcz i słońce, wiater i słońce, deszcz i deszcz w deszczowej posypce i polewce… no i ogólna mieszanka trzech, wymienionych składników!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Jadalne Anioły…

„Nie słyszeli szelestu skrzydeł, ani nie migotało nic za oknem. Nadeszły z ciemności. Głębokiej, bez hymnów i fanfar, tęcz ani łun. Dziwnie szare, w podartych, przykrótkich  sukieneczkach, z obdartymi kolanami i strupami na łokciach, ze skołtunionymi lokami, które utraciły złocisty połysk i połamanymi aureolkami, z których niektóre zrobiły sobie wykałaczki do zębów.

I śmierdziały!

Pan Tealight jednak na nie czekał i wpuścił je, a potem każdemu dał kubek z gorącą czekoladą – posypaną kokosowymi wiórkami i cynamonem, żeby być dokładnym – i ciasteczka ze śliwkami. Dopiero objedzone zaczęły mówić. Brudne, zużyte, dziwnie obskubane anioły…

Stworzył nas na swoje pożywienie. I tylko tym byłyśmy, ową marnością boskich kiszek. Bo on istnieje. Bóg. Wielki i tłusty… Jest tam, tam na górze. W tych obłoczkach, chmurkach, niebiańskich owcach i krowach też niebiańskich. I śpiewają mu aniołowie. Jadalni Aniołowie! Kochał nas jak kocha się ulubiony smak. Ciepły powiew piekarnika, zimno sorbetu, czy też lepkość lukru. Jak potrzebuje się chwili słodyczy, lub kwaskowatości. Jak zachciankę, pragnienie, chwilę uzależniającego przecież zapomnienia, wzbogaconą mlaskaniem. A potem… przeszedł na dietę i stałyśmy się niechciane…

Stałyśmy się upadłe!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Listy Marii” – nie wiem jak to ująć, ale Sherlock nie ma jaj. No sorry, ale nie ma w tej historii jaj! A to nie moja pierwsza powieść King! Lubię ją. Nawet kocham, ale w tym tomie coś zgrzyta, nie łata się i plącze… oj nudnie jest, a przecież sama fabuła powinna intrygować. Jest i tajemnica, jest i mord, a i Holmes obecny! Jakoś zwykle to grało. Ale tym razem przeszłam przez historię w bólach. I szkoda mi tej historii, głupio się czuję. Bo źle ją napisano.

Jakoś tak koślawo!

Bez nabiału! Bez ikry, bez jakiegoś wciągającego lepa!

„Posłuszeństwo” – reklamowana jako logiczna zagadka, co podobno się przeradza w horror… zaintrygowała mnie. Na pierwszy rzut oka niepozorna, jednak wydawała się kryć w sobie tajemnicę. Problem w tym, że jednak nie wyszło. Bo w połowie pierwszej połowy się znudziłam. No dobra, może mnie łatwo ostatnio znudzić, zniechęcić i naprawdę trzeba umieć w sobie zatrzymać, ale to, ta logiczna zagadka… stała się w końcu przewidywalna i lekko przerysowana. Może to nadmiar bohaterów, może niedostatek pewnych wiadomości, ale zmęczyłam…

Nie będę posłuszna!

Książki na dziś!!! Znaczy czym się karmi Wiedźmę Wronę, lub w jaki sposób trzema nowościami wydawniczymi, w nader barwny sposób… wyrazić tzw. mityczną lub codzienną, zmienność kobiecą!

Coś ostrzejszego, coś babskiego i…

COŚ SMOCZEGO!!!

I to z takim autografem, że długo zbierałam ząbki z piasku… się zabrudziły lekko, ale co tam!

Do czytania mam pomocnika tematycznego!

Zresztą na Wyspie wieje i pada, ogólnie pogoda sprzyjająca czytającym, a nie skłonnościom wszelakim do plewienia maleńkich chwaścików i w ogóle… natręctwom sprzątającym ogrody, nadrabianiu malowania i pisania, bycia normalnym lekko… oraz tym przeróżnym babskim, jednakowoż szowinistycznie wyspecjalizowanym, napadom – co też je u siebie lokalizuję – no wiecie!

CZYTANIE TAJM!

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Wdepła…

„Nie było ostrzeżenia. Nie wybuchły flary, ani ciszy popołudnia nie rozdarł dźwięk – na pewno wkurzający – alarmu. Nic nie zaszczekało, nic nie zamiauczało. Nikt nie powiedział: STÓJ ciapo! Ani w ostatniej chwili nie zepchnął Wiedźmy Wrony Pożartej z obranej – bardzo niefortunnie i bezmyślnie – ścieżki.

Nikt!!!

Ona sama zresztą też bardzo powoli docierała do pewnych wniosków. Bo w końcu nic nie zamlaszczyło, nic nie zaciapkało u stopy – lewej, ani żaden dziwny dźwięk nie otarł się o kroczące podświadomości. Bo kroczyło ich wiele, ale w końcu została tylko jedna. Wiedźma Wrona zorientowała się, że coś jest nie tak nie wtedy, gdy dziwny zapach dotarł do jej sporego organu niuchającego, ale wtedy, gdy nagle została sama! Zapach nasilał się wydzierając ją z zamyślenia, które gdzieś miało, gdzie lazły koślawe lekko stopy. Ale skąd pochodził? Cóż mogło tak zmienić otoczenie, klątwę rzucić…by nagle zmusić do odwortu cienie i sny, byty i dziwy, które same były dość… różnorodne aromatycznie? Cóż, ot zwykłe potrzeby psie. Albo też bestia ze świata równoległego, która obżarła się fasolki i kapusty ze skwarkami i cebulą… a potem nie chcąc zatruwać własnego środowiska, zwyczajnie zwaliła ładunek gdzieś indziej. Ale nie mogła wiedzieć, że to pewna Wiedźma wdepnie w ów ładunek. Nie mogła bestia też wiedzieć, że mimo ślepoty Wiedźma ona miała jednakowoż super podświadomego celowego cela… a i sama kupa nie wiedziała, że potrafi mimo wszystko jednak latać!

„It’s a bird? It’s a plane… NOł! To KUPA!”.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


KONKURSOWO – Zbrodnicze zapowiedzi dla Syndykalistów – czyli, jak jeszcze nie wiecie o co chodzi, to KLIK…

Jesień, to taki kapitalny czas na czytanie. Człowiek jeszcze nakarmiony słońcem, deszcz i chłodek zbliżają do kocyka, kubka herbaty i zestawu lektury. A mało co rozgrzewa tak, jak dobra intryga, no i trup, przynajmniej jeden! Kryminał, sensacja, może domieszka ciemności thrillera, a może i lekka paranormalność?

BUUU!!!

Do końca 2012 czeka nas jeszcze sporo kryminalnych premier, nieprawdaż. No popatrzmy… Prószyński i Ska oczywiście najpierw: „Nie do wybaczenia” – romans kryminalny i życie, które nagle staje się pracą. Potem coś na co czekam, a co wielu z Was może pominać, bo to fantasy… ale wiecie co? Fantasy to też kryminał, więc szczerze polecam „Nowe imperium. Szmaragdowy tron” – choć może lepiej przeczytać najpierw pierwszy tom? Warto!

W październiku warto zwrócić uwagę na: „W jaskini lwa” Anne Holt oraz „Mam na imię księżniczka” Sara Blaedel, czyli skandynawska siła policyjna w babskim wydaniu i znane nazwiska!

Wydawnictwo Czarna Owca kusi oczywiście Czarną serią! Pojawi się w niej kilka wznowień, jak i Camilla Läckberg na CD! „Pokój numer 10”, na moją listę, potem „Zamiast ciebie” – na pewno! I koniecznie: „Krąg”.

Ciekawie zapowiada się: „Kobieta z piątej dzielnicy”, której fabuła może wydać się Wam znajoma; „Ostateczne wyjście” – bardziej thriller niż kryminał; czy „Samotna” – powieść na CD! Papierowy Księżyc też ma coś w zanadrzu! A i Świat Książki, na przykład: „Szpital” Karin Wahlberg!

Szperając w zapowiedziach, znalazłam też: „Zaufaj mi” – powieść bardzo współczesną, oraz „Człowiek nietoperz” – uwielbiam Jo Nesbo! I kolejną powieść Kotowskiego: „Czas czarych luster”. Znacie Katarzynę Miszczuk? Bo jej najnowsza powieść: „Ja, potępiona” już w październiku, jako doskonałe coś innego w tej przepełnej, kryminalnej studni.

Jeżeli chcecie czegoś mocniejszego, zwróciłabym uwagę na „Com” – choć po takiej lekturze można mieć problemy z ponownym włączeniem komputera! A może „Portret szpiega” Daniela Silvy? Wydawnictwo Initium proponuje „W białej ciszy”, które mnie kupiło samą okładką! A moze komisarz Nemhauser? Oj, jeszcze nowa Charlotte Link!!! Za dużo tego, by wymienić wszystko! Na dodatek wlazłam na Fabryka.pl i znalazłam książkę, którą oglądałam w ramach serialu!!! „Fala upału” – znacie pisarza Richarda Castle, wkurzającego pewną policjantkę?

Oficynka też kusi!!! I znowu Deaver! Chociaż najbardziej wstrząsnęła mną okładka powieści: „W obronie syna”…

Przyznajmy się uczciwie przed sobą w ramach terapii! Gdybyśmy mogli, kupilibyśmy zwyczajnie wszystko, co nie?! Wiecie, że znalazłam coś dla tych z nas, któe chcą usunąć teściową po cichu? Super: „Zbrodnie robali”!

HA hahahaha!

WOW! A na zaostrzenie smaku… kuchnia z Fjallbacki! Może nie kryminał, ale jakby to było zjeść coś z miejsca zbrodni? Na dodatek w związku z Halloween namnożyło się tomików strasznych, ale i bardzo morderczych, jak 31.10 – Halloween po polsku tom 2!

Niby już tak niewiele do końca roku, ale premier przybywa i przybywa i… przybywa!!! Warto poszperać i wybrać to, co nam najbardziej pasuje!!! W końcu jedni wolą kryminałki psychologiczne, inni zwykłą, brutalną zbrodnię, jeszcze inni tą całą otoczkę CSI!

Dla każdego coś miłego!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Prawdziwa Kapturka Story…

„Nikt nie znał prawdy, bo i po co. Prawda nigdy nie była modna, trywialnie romantyczna i przestrzegająca przed rozmowami z obcymi stworzeniami. Prawda była niewygodna i okrutna. Miała ponad dwadzieścia lat, nadmiar tkanki tłuszczowej nie tylko tam, gdzie trzeba było, nigdy nie miała chłopaka, a rodzice robili z niej służącą. W ogóle była adoptowana.

A cholerna Babcia była hipochondryczką!

Kapturek był czerwony tylko i wyłącznie z powodu uczulenia na las, który dzień w dzień pokonywał, by cholernej, nader sprawnej fizycznie leniwej staruszce, dostarczyć kilka flaszek bimbru i torebkę mordoklejek. Bo niby świeża żywność lepiej działa, a młodym dziewczętom potrzebny jest ruch. No cóż, do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale skąd wziąć homara, gdy do morza 400 kilometrów? Żesz się starej zachciało homara. Diler Wilk nie był w stanie go sprowadzić, ale Kapturek miał pomysł. Sklep Rybny może woniał na kilometr i właściwie nikt niczego tam nie kupował poza surowicą na ukąszenia żmij, ale coś uda się sklecić… no i po drodze, w lesie za wąwozem, znalazła fajne weki. Znaczy nawet nie weki, ale zdobioną, zakręcaną szklaną trumienkę z blond laleczką w środku. Z tą bladą skórą, karminem ust i cudaczną kiecką nada się na nadzienie. Uformuje się w homara, machnie bejcą i będzie. Sołtys na pewno pomoże, w końcu tylko Kapturek była w stanie znaleźć zioła, które wspomagały jego potencję. Cholerne podróże po lesie i znajomość bliska z Wilkiem czymś zaoowocowały. Nie tylko otarciami na pośladkach i kleszczami tam, gdzie słonko nawet wstydzi się zaglądać, ale wiatry hulają. Może i to był kanibalizm, ale stara wnerwiała wszystkich. Wredna gropa, wieczna księżniczka, nigdy nie odnaleziona przez swojego księcia…

Ostry Rybak, właściciel sklepu „Pod łuską” zdziwił się trochę na widok tak nietypowego ustrojstwa do przechowywania mięsa, ale nie narzekał. Był niedowidzący, a słuch trzymał się jego owłosionych uszu wyłącznie w okolicach Bożego Narodzenia. Gdy palce wymacały napis ŚNIEŻKA, ręka mu nie drgnęła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Kuba i Mela. Dodaj do znajomych” – to chyba horror i tyle, bo jeżeli tak wygląda współczesny świat, to ja go nie znam. Dla mnie to science fiction! Albo i gorzej. Dwoje rozwydrzonych, leniwych bachorów, technika współczesna i ich nieodpowiedzialni rodzice. A wszystko, co widać na pierwszy rzut oka – możecie wybrać, czy rzucacie lewe czy prawe – stylizowane na Mikołajka!

Kolejna książka napisana przez celebrytę! Prawdziwie przerażająca!


„Mężczyzna o twarzy mordercy” – naiwnie kierowana recenzjami w stylu „hip hip hurra!” dorwałam cienką powieść… i tyle. Ten autor może dla mnie nie istnieć. A tak fajnie się zapowiadało. Jest i rys etnograficzny i ciekawa społeczność, no i nagle człek trafia na niego! Główny bohater lekko ujmując, szwankuje. Właściwie ciężko myśli, ma problemy sam ze sobą i marzy wciąż o przeleceniu każdej, która się dość mrawo rusza. Niemrawej też by nie przepuścił. Może wszystko! Potrafi wszystko i z każdym ma kontakty. Wiem, że miała tam być historia kryminalna, no i chyba jest? Zaginęła jakaś kobieta, ale ego detektywa owo zaginięcie – zlecenie, przykryło.

Wielkie jak Matka Rassija!

Tia, pewno! Każdy będzie się kierował tym, iż to mieszanka literatury skandynawskiej z dobrym rosyjskim pisaniem. Zmyłka! Chociaż jedno mi się podobało – wymiar sprawiedliwości w osobie Korhonena mnie ubawił. Trzeba było jego uczynić głową tej historii! Nie, no pewno, że nie jest aż tak źle, ale w tej serii Wydawnictwa Czarne był Theorin. Dla mnie pewne rzeczy nie będą już naturalne, a panowie w chodzikami są morderczo usposobieni!

Wiecie co, czasem myślę, że jestem juz w wieku, w którym szkoda czasu marnować na kiepskie książki. Trzeba brać to co dobre, a nie zadowalać się bylejakością. W końcu jest z czego wybierać!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Pierwsza…

„Jestem Pierwszą. Stworzono mnie, by ukształtować to, co uznano za doskonałe. Maltretowano moje ciało i bezczeszczono podobno świętą i boską… duszę. Raz ją odebrano, potem znowu wydarto, sprzedano, zawieszono jako ozdobę na drzewku. Kiedyś wyjęto mi serce, bym nosiła je w lewej dłoni. By nie dudniło za głośno, tam w piersi. Bałam się, że je upuszczę, zgubię.

Potem zaszyto mi oczy, a świat wciąż się zmieniał. Zgubiłam się. Skrzywdziłam ciało. Gdy zatkano mi usta, odszedł smak. Potem odebrano mi dźwięki i zapachy. Na chwilę, na dłużej, ot tak. Bo jestem niczym.

Tylko próbą.

Byłam wszystkimi i wszystkim, teraz jestem nikim. Nawet nie sobą, bo według prawideł i nauki i wiary, innej z nauk, nie istnieję! Wiem wszystko, widziałam wszystko, dotykałam stworzenia. Jestem jednak przeszłością, której nikt nie pamięta. Która nie przerodziła się w teraźniejszość. Widziałam waszą przyszłość, jestem przeszłością… teraźniejszość nie ma dla mnie znaczenia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Pułapka zza grobu” – przeczytałam i wiem jedno. CHCĘ wszystkie książki tego autora.

Zwyczajnie chcę.

Coś jest w tej historii i to tylko i wyłącznie za sprawą pary detektywów z przeszłością. No są dość przekonujący. Dowcipni, ale nie trywialni. Odważni, ale też czasem dziwnie zachowawczy. Niczego nie można być pewnym, nawet wtedy, gdy starszy, schorowany bogacz prosi ich o pomoc. Wydaje się, że chodzi tylko o miłość, o córkę… ale prawda okazuje się być ryzykowna.

Mimo poważnego tematu… bawiłam się. Spadałam od sensacji, strachu, niepewności, po humor ostatniej chwili, gdy już lufa zbliżała się do skroni Patricka. A może Angeli? Nie wiem, lubię ich tak samo! Tworzą doskonałą całość i są… ech! namiętni. Ale śledztwo przede wszystkim!

Chcę więcej!

„Spirale grozy” – Jeffrey Deaver nie należy do autorów nieznanych. Ma swoich zwolenników i przeciwników, ale przyznaję, że po raz pierwszy zetknęłam się z jego opowiadaniami! Są specyficzne. Jak wstęp do książki, a potem plask w twarz i ślad: więcej nie będzie. Jak próbki darmowe, po których nie możesz znaleźć nigdzie owego produktu. Zdążył się człek rozsmakować i nie wie… że ciągu dalszego nie będzie. Aczkolwiek mam nadzieję, że niektóre pomysły autor rozwinie!

Dla wielbicieli form krótkich – polecam!

Wiatr wieje, wiatr nuci, wiatr śpiewa… unosi ze sobą takie historie, że nawet mi, nie zawsze pruderyjnej, choć czasem czerwieniejącej się na filmach w TYCH momentach… no twarz płonie!

Ale nic to, niech podgląda, ja mam co czytać!

Skąd jednak on to wszystko wie, ten wiatr? Niby ma opcję całkowitego podglądania, rozszerzania, otwierania, zdzierania… przecież to TYLKO wiatr, kto za nim nadąży, kto w ogóle będzie się przejmował. Ot opuścisz sukienkę, wygładzisz włosy, przymkniesz drzwi, zasłonisz okna.

Ale on tu już jest i widzi i słyszy… i rozpowiada, plotkarz z niego nader w porywach wstrętny!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Pokkers…

„Był dziwnie opisowy, nielogicznie poprawny, wielowymiarowy i pełzał na brzuchu. Mimo braku kończyn, nie był jednak wężem, raczej czymś, co było potrzebne, ale i wstydliwe; zawsze obok wspomagało wyrzut energii z człowieka, ale też nikt się do niego nie przyznawał. Był elementem cienia. Był rzucanym mięsem, najstarszym zawodem świata, był anatomicznym elementem rozrodczym, lub zwyczajnie tym, na czym się siada. Był chorobą i kupą też. Psem rodzaju żeńskiego i określeniem dwójki, miarowością ilorazu inteligencji, oraz masą. Ciemną. Zwyczajnie i po prostu, bez kozery on BYŁ… przy okazji był czym tam popadło.

Ot wymiarem urody innej wyobraźni.

Był Pokkers!

Wyszedł z ust Baby Jagi, jako Duch Wielkiego Przeklęcia, gdy biedna staruszka dowiedziała się, że oto nadeszły nowe czasy i magia z wegetariańskiej przerzuca się na dietę dziecięcą.

No trza się było dostosować!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Czekacie juz na Halloween?

Bo ja tak… Pamiętacie co było w 2011, no więc będzie jeszcze raz!!! A oto gorący jeszcze fragmencik tyci „baj mła” oczywiście: „Czułam, że znowu coś nadchodzi. Coś mrocznego, groźnego, niepewnego i ostatecznego. Cała chata się trzęsła, jakby dostała dreszczy lub, co wydaje się być bardziej malownicze, robaków. Kamienie w ogródku od strony drogi to aż pokryły się dziwnymi krostami, a sama ścieżka się zwinęła. Coś mi się widzi, że pewno znajdę ją w starym młynie przy Bełtawie, ale to potem. Najpierw stanę oko w oko ze złem. Mocą niewymiernie targającą moimi… aurami.”

Z cyklu przeczytane dwie pozycje, które nucą: „Ale to już było…”. Nie macie czasem wrazenia, że autorzy dostają kurcze szabloniki i tylko w ich ciasnych wymiarach starają się pisać? No cóż.

Oto: „Nigdy i na zawsze” – jak naprawdę rozumiem i miłość i dusze pokrewne… no ale ile można!!!???

Oj dobra jest on, który to boleśnie dość pamięta poprzednie swoje wcielenia i ona, którą oczywiście forever on kocha. Zawsze ją znajduje, co życie, ale ona go nie pamięta. Dlatego tym razem, w okolicach 2006 roku trza dziouchę uświadomić. Niestety uświadomienie nie idzie dobrze i tak się nam fabuła rozbija. My oglądamy jego poprzednie – ich poprzednie – życia, a w tym czasie nasza bohaterka, współczesna, poszukuje odpowiedzi mających wyjaśnić dziwne zachowanie pewnego chłopca.

Romans? Oj na pewno. Dobrze napisana, nudna przypowiastka o cenieniu miłości i czasu. O tym, co w życiu najważniejsze. Miałka. Różowa miejscami i jakaś taka niezorganizowana troszeczkę.

Problem? Bo to już było. Nic nowego i tyle. Na dodatek nudne!

Po „Bractwo Mandylionu” sięgnęłam, bo podobała mi się poprzednia powieść autora. Ta, choć napisana poprawnie, nawet intryguje głównym bohaterem, to jednak już nie to, co „Krew faraonów” – choć i tej mam za złe zakończenie.

Wiek XII, Europa. Początkowo Anglia, syn szlachcica, oraz wypadki codzienne. Śmierć jego matki sprawia, że ojciec płodzi sobie nowego pierwszego syna. W skrócie wielkim. Pyszałkowaty poprzedni pierwszy syn musi więc poddać się woli rodzica, a przynajmniej na razie, bo z takim niewyparzonym jęzorem zajdzie daleko. Skomplikowane elementy sprawcze rzucają mu pod nogi pewną szmatkę! A potem to już z górki. Tu cię zabija, tu usieczą, tutaj Bóg, a tam… radości życia. I historia oczywiście.

Książka nie jest zła, ale dla mnie to też już było. Jak ktoś nie ma dość i sentyment ma do tamtych czasów, templariuszy, sensacji, można zaryzykować. Nagrodą będzie dowcip, którego jednak tu nie braknie, i za który chwała!

A teraz: WIEDŹMA TEŻ BABA, a raczej w tym wypadku sroka chyba, co nie! Wiedźma Wrona wygrała, się więc chwalipiętuje! Dokładniej chwalipiętuje Autorkę tego dzieła, ale…

Otóż był sobie konkurs. Należało napisać, co można znaleźć po słonecznej stronie, więc napisałam, choć ciemnam!

„Po słonecznej stronie można w końcu zrozumieć ciemność. To jak otula kreatywnością, nie oślepia, jak kocha, choć nie jestem kochaną. Można zrozumieć, iż świat potrzebuje obydwu… i światła i nocy, by żyć. Są tam strzygi, trolle, wróżki i elfy… każdy pragnie przeciągnąć mnie na swoją stronę jasności, ale ja się nie daję. Bo nie. Ja nie mogę stać w pełnym słońcu. Ono mnie osłabia, zabiera siły, męczy i razi. Ale dam się namówić, dla magii, dla czarów, dla zwątpienia we wszelaką realność wszechświata… dla fantazji.” – i wygrałam!!!

Aj dawno już nic nie wygrałam, więc się cieszę.

Ale jak już przyszło wygrane do mnie, gdy dotknęłam tego cuda stworzonego przez Kornelię, to aż coś mnie załechtało! Jakie miękkie, a i ciężkie, ciepłe i chłodne. Po prostu… oj ja za ślepa by coś takiego stworzyć.

Będę nosić z radością! I podtykać obcym pod nos krzycząc: patrzcie, co ja mam, a wy nie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Pokusa, co ją czuć…

„Pan Tealight czuł pokusę. Czuł ją całą swoją szarością, w każdej cząstce stanowiącej jego cielesną całość, ale i w tych duchowych, swych dusznych zakamarkach, tak, tam też ją czuł. Nie, nie żeby śmierdziała jakoś, nic z tego, musiała zachowywać higienę, chyba? Nie bratała się ostatnio też z  niczym woniejącym jak kupsko, nie tuliła pleśniaków, nie spożywała nadmiernych ilości czosnku, cebuli, czy wybuchowych w swej chwale: kapusty, grochu i cebuli… ale i tak było ją czuć.

Pokusę.

Od czasu przeprowadzki Pan Tealight codziennie, w sekrecie największym – się znaczy i tak wszyscy wiedzieli, co robi – udawał się rankiem do Piekarni. Stawał pod rozświetlonym złotem pieczywa oknem i… wzdychał. Karmił się owym połyskliwym, pojajecznym poblaskiem, słodyczą lukru, kompozycją marcepanowych szaleństw i nadzieniami, które wspominały czasy swego wzrostu. Pulchnością, chrupkością, słodyczą i drobiną słoności. Karmił się siłą ludzi, którzy maltretowali owoce, mieszali je złośliwie z drapiącym swymi kryształkami cukrem i tworzyli kolejne Pokusy. Wdychał zapach chleba, zamotanych w nim orzechów, rodzynek i innych frykasów, a potem pieścił się aromatem bułeczek. Do ciast podchodził z rozwagą, szczególnie tych z kremem, tarty tak go nie przerażały, choć te w typie drożdżówek i te z francuskim ciastem szły na pierwszy atak. Miotały nim, zderzały go nagle ze świeżością morskiej bryzy, by potem zaatakować… czekoladą. Zdawał sobie sprawę z tego, że to była wojna.

I przegrywał ją.

Karmił się przecież miejscem, które dla wszystkich było pożądaniem – przeciwieństwem tego, czym się od zawsze opiekował. Chwilą słabości, której ulegali. Prostotą radości, chciwością zapomnienia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Hak” – powieść Jeffreya Deavera o owczarku… No tak, powinnam zaznaczyć, iż ów „owczarek”, to określenie człowieka, który strzeże ludzi. Który podporządkowuje swoje życie tym, których ma chronić. Zmieniając często stado, nie może się przywiązywać do członków… ale jednak jest przecież człowiekiem. Nie robotem wyzbytym z uczuć.

Nasz bohater otrzymuje kolejne zadanie, któe nazbyt dramatycznie wiąże się z przeszłością, która go ukształtowała. Z mentorem, który go ukształtował i tym, który zakończył jego życie. Wkraczamy w świat ochrony świadków, ale dość specyficznie. Ochorną należy otoczyć rodzinę: małżeństwo, dziecko i specyficzną ciotkę. Choć wyrok – pragnienie uzyskania informacji w jakikowliek sposób – wydano na mężczyznę, to jednak po jakimś czasie już nic nie wydaje się być tak jasne. Dodatkowo w całą sprawę wpieprza się polityka, a to oznacza niebezpieczeństwo. Nasz „owczarek” musi położyć na szali zarazem swoją karierę, tajemnicę, jak i z czasem życie.

Kto tak naprawdę jest celem, a kto tylko hakiem, który ma wyciągnąć z celu potrzebne wiadomości? Kto jest zbędny, ot do odstrzału, a kto jest wtyczką? Komu można zaufać? I dlaczego gry planszowe są takie ważne?

Na poły szpiegowska, lekko kryminalna i psychologiczna, wciągająca, choć miejscami zbyt przegadana… dobra powieść. Ponad 440 stron… pasji. Nade wszystko, jest to jak zwykle świetna robota autora, który zebrał materiały i odkrywa tajemnice, o jakich się nam nie śniło. Sensacyjna rozrywka.

Kolejna powieść, kórą połknęłam bardzo szybko, to „Judaszowe dziecko” – nie wiem, ale od początku ta historia skojarzyła mi się z opowieściami o Śpiącej Królewnie, Śnieżce i innych wszelakiej maści dzieweczkach, które zagubiły się w lesie i czekają na swojego wilka. W rzeczywistości opowieść o mordercy, sadyście porywającym i torturującym swoje ofiary – młode dziewczęta… nie może mieć happy endu, jeżeli jej drogę znaczą groby. I ta jej nie ma. Ale ma wspaniale skonstruowaną fabułę, bohaterów silnych, z przeszłością i wątki, których się nie spodziewamy.

To naprawdę swietny kryminał, ale i powieść psychologiczna z elementami paranormalnymi w tle. Coś, czego nie da się zapomnieć odkładając przeczytaną książkę na półkę.

Czekam na KSIĄŻKI. Oczekiwanie jest… jak głód. Ssący, bolesny czasem, wkurzający tak naprawdę. Niezmiennie męczący, motający oczekiwania i sny, najpierw nie pozwalający spać, a potem usypiający kołysząc na długo. Ale może przyjdą i mnie utulą, schowają. Oj pewnie, że zdaję sobie sprawę z tego, że chowam się za książkami! Ale świat beze mnie może se toczyć swoją kulkę. Ja jestem od chowania się i uciekania. Od niego – od świata. Niektórzy tak mają, niektórzy muszą…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Pan Fjoletovy…

„– Ale przecież jestem szalony. Mam bzika. Fioła! Jestem niepoczytalnie, niemoralnie, niemożliwie nienormalny… Że co? Że wszyscy tu jesteście tacy? Ale ja jestem specyficznie! Inaczej! Upierdliwie walnięty, pierdolnięty, bzyknięty. Nie do wyleczenia i nie do zresocjalizowania. Mam kompletnie niepoukładane w każdym elemencie mojego istnienia! I co, wciąż nic? Kolekcjonuję worki na śmieci – z zawartością! i gumowe rękawiczki. W każdym rozmiarze. A na prześcieradle mam plastikową nakładkę, bo lubię jak trzeszczy. Jestem FJOLS wariat. –

Pan Tealight tylko kręcił głową i wzdychał, a Ojeblik, mała ucięta główka, zwyczjanie kręciła się w kółko. Właściwie chyba tak do końca nikt go nie słuchał, jakby wiedzieli co Tove Fjolet chce powiedzieć i jakoś ich to nie ruszało.

– Nie jesteś nikim specjalnym – Chochel stanął w drewnianych, rdzewiejących drzwiach młyna i kręcąc młynka gumką od majtek z Mikołajem – wersja całoroczna – uśmiechał się. Raczej podejrzliwie. – Tutaj nikt nie podlega definicjom. Sam mieszkam z ptakiem i wiedźmą w jednym, a tak naprawdę kot ją wie co tam w środku jeszcze niej siedzi. Raczej nie chcę wiedzieć. A ty? Ty jesteś tylko szalony. Lekko nienormalny. Definicyjnie walnięty. Nic specjalnego. Jesteś potrzebny tamtemu światu, na zewnątrz, by mógł on zachować balans. Musisz się z tym męczyć. Taki twój los panie Fjolet. Może ciężki i niefortunnie skomplikowany, ale pomyśl, stanowisz balans! Tutaj mieszkają tylko ci, których nikt i nic już nie potrzebuje. Nawet dla określenia: jestem niepasującym ogniwem społeczeństwa…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Gears of war. Pola Aspho” – czyli powieść, której chyba… nie do końca pojmuję.

Znacie ową pieśń patriotyczną… no leci jakoś tak „Wojenko, wojenko…”, nie cierpię jej, ale katowana patriotyzmem w szkole, jakoś mi ułożyła się we łbie. I chyba od tego czasu nie przepadam za powieściami wojennymi. Tą ciągłą strzelanką, lataniem z bronią plującą, rażącą, palącą. Ale się skusiłam. I wiem, że nie zrobię tego nigdy więcej.

NEVER!

Ale chyba nie dlatego ten tom tak mnie odpycha. To owa „amerykańskość”. Ten dziwacznie pojmowany patriotyzm. To: my jesteśmy faceci, latamy z bronią i mamy problemy w domu. Przeszłość chłoszcze nas demonami – oj my biedni!!!

Oj pewno, jest akcja. Jest fabuła i bohaterowie. Mają te swoje problemy, trupy i duchy… a poza tym wszystko można przewidzieć. Zero niespodzianek. I ta przenikająca mnie płytkość. Tutaj biegną, strzelanka, potem tu, coś tam tratatatatatata z kałacha. Oj dobra i jeszcze robale są. Tak, zdaję sobie sprawę, że powieść na podstawie gry, ale czyż nie można było dać jej WIĘCEJ!?

Czytać mi się chce. Ale coś dobrego proszę. Oj błagam, no litości!!! Czy ktoś mnie słyszy? Dlaczego wydawnictwa decydują się na wydawanie kitu, brną w serie płytkie, a świetne powieści przemykają za plecami księgarń i czytelników bez promocji? Albo gorzej, mówią, że mimo świetnych recenzji i zachwytu tłumów, seria nie będzie kontynuowana… bo zwyczajnie nie? Bo się NIE SPRZEDAJE?!!!

Teraz dorwać coś dobrego pośród tej masy wydawanej, to cud!

To Graale Święte kurde są!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmy Anioł…

„Wiedźmy Anioł był bosko goły. Znaczy nie tyle w człowieczej terminologi, co całkowicie bezpióry. Ot taki odarty kogut, ino bez karminowego, sterczącego dumnie czubka, za to z porwaną aureolką, niepewnie migotającą od czasu do czasu i w prześcieradle z wielką, dziwnie czekoladową plamą od frontu. Skrzydła właściwie nie zasługiwały na swoją nazwę. Coś mu się majtało za plecami, niby dwa łuki splecione z krasej wstążki, ale co do latania… nic z tego.

Właśnie przechodził obok wielkiego napisu „Świąteczny Skup Teściowych – dwie choinki” i nawet nie zwrócił na niego uwagi. Po raz pierwszy od Wielkiej Przeprowadzki, w końcu, aczkolwiek niechętnie i cierpiętniczo, zjawił się w Chatce Wiedźmy, ale nie znalawszy tam swojej skomplikowanej podopiecznej… udał się na poszukiwnaia. Niczym Świętego Graal szukał jej dość opornie. Jakby nie chciał znaleźć? Jednak w końcu instynkt zwyciężył i właśnie teraz, majaczyły przed nim połyskujące w słońcu skrzydła Seniora Windmilla.

Dumne i kpiące z jego obdartej aniołowatości.

– Puszek Okruszek? Ale co ty tutaj… Słuchaj, jeżeli znowu przytargałeś się, by zwiastować mi niepokalane poczęcie, to z całą słodyczą, wypierdalaj! – Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki łuskała słonecznik i celowała w trzymany przez Chochela dziurawy garnek. Na schodach, w cieniu wielkiego wiatraka mamrotał cały skład nowo ulokowanego Sklepiku – głównie do siebie, a Pan Tealight popijał lemoniadę z zielonych żołędzi… z lodem.

– I co ci się stało w opierzenie? – Wiedźma zmrużyła ślepnące ślepia i zmarszczyła obfity nos.

Wiedźmy Anioł poczerwieniał. Następnie nerwowo zaczął cmoktać węzełek ukręcony z brązowej plamy. Prześcieradło lekko uniosło się od fronktu ukazując bardzo owłosione, chude i krzywe nóżki… zbyt wysoko! Towarzystwo pod wiatrakiem zamilkło, a sam Senior Windmill aż przestał trzeszczeć. Tylko Ojeblik, mała ucięta główka, dorwała się do słomki i siorbała nerwowo lemoniadę. Ale świat nie przestał się przecież kręcić, bo jeden anioł miał wyraziście przepiórkowane i uzależnił się od kofeiny z wiórkami czekoladowymi. Zresztą Wiedźma Wrona mu mówiła, że piórka są TYLKO dla ptaszków, przecież mówiła! I choć sama definicja byłaby skłonna przchylić się do jego prośby, nie zrobiła tego. Też miała swojego anioła. A nie ma bardziej wkurzających istot niż owe słoneczne, optymistyczne, piórkujące puchem, rozmodlone duchowe allelejki! Każdy czasem musi sobie ulżyć.

– Następnym razem wybierz coś innego. Smoła sprawdzała się wieki temu. Może silikon, implanty? A może wyłącznie tatuaż ciała? Awangarda anielskości nie jest dla każdego. I zawsze mogą być wiatraczki, nawet pomożemy ci je składać! Będziesz wyglądał PIIIIIIIIIIIIIĘKNIE!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Kobieta z wydm” – czyli wielki zawód czytelniczy w piaszczystym nader stylu!

Miała być opowieść o wymiarach życia, o głupocie człowieczeństwa, dziwnych zmianach, które naznaczyły ludzkość… a wyszła przypowieść o piasku. I to serio łącznie z wyciągami z encyklopedii i googla. Żesz mi się zachciało inteligentniejszej lektury, czegoś by przemyśleć odwieczne pytania kosmosu!

Cała sprawa zaczyna się od mężczyzny, którego hobby są robale. Ale nie motyle, czy wielkie żuki. On zbiera i przyszpila te najmniejsze, zagubione pośród ziarenek piasku. Pewnego dnia wybiera się na wydmy i… zostaje uznany za zaginionego. W rzeczywistości zostaje wrzucony do piaszczystej jamy i rozpoczyna życie u boku kobiety. Życie, w którym wszystko jest piaskiem. Nawiedzają go demony przeszłości, zastanawia się nad codziennością i oczywiście planuje ucieczkę… – jak tak to piszę, to wydaje się, że coś w tym jest. Moze to wina sposobu pisania? Ale autor jest „uznawany za czołowego reprenzentanta powojennego japońskiego modernizmu”, nagradzany, więc pewno to znowu ja jestem niegodna słów.

Poza oczywistym do bólu symbolizmem nie znalazłam tu niczego – a powinnam. Wprost przeciwnie, dziwaczna narracja i definicje przytłoczyły mnie, zmęczyły. Ten niewielki tomik doprowadził mnie do szewskiej pasji. Może o to chodziło?

Obiecałam słów kilka o „Którędy droga?” – powieści ściśle historycznej z kryminałem w tle. Doskonałym przykładzie opowieści z epoki, a jednocześnie rysowi historycznemu. Mamy tutaj i religijność tamtego okresu i naukę, mamy układy polityczne i normy społeczne. Znajdziecie i elementy mody, a i kulinaria są obecne. Ale by naprawdę wejść w powieść Pearsa należy sobie ofiarować przywilej czasu. Możliwość naprawdę długiej podróży w czasie. Nie tyle rozrywkę, co dyskretne podglądanie dusz i myśli XVII wieku. Ową fascynację, ale i blokady religijne oraz moralne. Dyskretny urok niepewności umysłu prężącego się, by odkrywać… i morderstwo.

Ot takie CSI z dalekiej przeszłości.

Pogoda chyba oszalała… Gorąco mi. Powietrze zdaje się czasem poruszać, ale tylko i wyłącznie po to, by przenieść żar z jednego miejsca w drugie. Tęsknię za deszczem, za śniegiem i snestormem. Niby można popływać, ale dowlec się do morza – niemożliwe w takiej pustce tlenowej!

Ważna wiadomość z nutą konkursową!!!

Jak pewnie wiecie Zbrodnia w Bibliotece ma już 5 lat! Kto wie co się dzieje ze zwłokami po takim czasie? Jak bardzo pozostawiony w Bibliotece trupek zmieni swój stan skupienia? Oj wiem wiem wiem, zależy od warunków atmosferycznych, robali, intruzów wszelakich spokój zakłócających…
No mniejsza z tym.
Smacznego, się znaczy…
NAJLEPSZEGO.

„To życzymy zbrodni doskonałej,
urody zwłok wspaniałej,
nietypowych aromatów,
zbrodniczych tarapatów!
Detektywów sceptycznych,
kolorowych i ambitnych…
Skomplikowanych nici i wątków,
a na koniec po kielonku!!!”

To teraz wszyscy zerkają co z konkursem!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Śmierć Wiedźmy…

„Wiedźma Wrona Pożarta umierała już pięć razy… zaraz zaraz, moze i sześć, a kto ją tam wie. Śmierć Wiedźmy, jako że nie należała do najcierpliwszych, aczkolwiek do tych często zmieniających zdanie jak najbardziej, za każdym razem dobrze się przygotowywała. Najpierw szykowała czas. Dobrze go oliwiła, masowała, zapewniała całkowitą odnowę biologiczną i chronologiczną, dobierała dodatki, wysyłała liściki i zaproszenia. Potem rozglądała się za miejscem.

Musiało być doskonałe…

Gdy tylko je znalazła, obchodziła powoli dookoła. Sprawdzała każdy szczegół, a potem i tak coś zmieniała. Polerowała elementy ruchome, nieruchome przekształcała. Szorowała każdy skrawek, ozdabiała dodatkami, zaskakiwała kolorystyką… a potem i tak nic. A jednak się nie zrażała.

Z racji częstego obok siebie przebywania, zaprzyjaźniły się. Jedna drugą zapraszała na herbatkę – zieloną z poziomkami – Śmierć Wiedźmy zwykle starała się przemycić cytrusy, na które Wiedźma Wrona miała uczulenie, więc było miło. Czasem były ciasteczka. Częściej cukierki. Wiedźma wiedziała, że Śmierć ma problemy z uzębieniem… ale gdy rozmiawiały, czas zatrzymywał się i słuchał. Znaczy się słuchała. Bo w końcu Czas jest kobietą, czyż nie?

– Uważam, że bycie celebrytką w dzisiejszych czasach nakłada na mnie pewne obowiązki, jak rozeznanie się w kulturze odziewania ciał. Malowania go i uwypuklania elementami dodatkowymi. Nie rozumiem, ale ludzie chyba uznali mnie za najlepszą partię. Pannę młodą lub kawalera, o którego należy się starać od początku życia. Dla którego jest się pięknym, idealnym za wszelką cenę. Przez to zapomnieli żyć, ale co mnie to obchodzi… Jestem boginią wszystkich i wszystkiego. Chodzi mi o stroje. Już nawet nie pomniki. Te targane kamulce, rzeźbione potworki, zdjęcia przyklejane do nagrobków. Nawet te wiechcie stały się bardziej artystyczne, już nie mówiąc o ognistych perełkach. Aj te świeczuszki, te nagrobne migadełka… tego nie można już nazwać zniczem. Jednak to wszystko jest PO… po życiu. Życiu, które spędzają, by być dla mnie piękną i młodą. Widzisz jak oni się szykują. Każdy ma w głowie wprasowaną płytkę: żyj tak, jakbyś miał jutro umrzeć… i żyją. Żyją myśląc tylko o mnie. Pragnąc być pięknymi dla mnie. By, jak ich sztywniejących dorwą inni, mieć na twarzy makijaż. Kiedyś to były tylko czyste gacie – co muszę przyznać, że doceniałam – teraz mam pełny obraz tego, co jest życiem. A raczej powinno nim być… – Śmierć Wiedźmy splunęła, a zielony listek herbaty spoczął wilgotnie na czubku łysej głowy Pana Tealighta. Dziś i on był zaproszony. – Coś się tutaj nieźle pokiełbasiło. Ale co mi do tego, w końcu śmierć jest pożądana. Niczym prezenty na Boże Narodzenie. Jestem wszystkim. Tylko o mnie myślą, mną straszą… Jednak, czy tak naprawdę wciąż się mnie boją? Chyba już nie. Dziwnie być upragnioną, pożądaną, kroczącą ku ołtarzom zaślubin. Zawsze w odpowiedniej sukni. Nigdy tak naprawdę niechcianą.

Życie ma szczerze przesrane!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


W trakcie czytania – kryminalistycznie, historyczna opasłość… Powieść intrygująca, choć mocno szczegółowa przez co choć wciąga, lekko też ciąży przy owym wciąganiu. Ale kurcze warto!

„Którędy droga?” – to siedemnasty wiek i Anglia. To historia, w której poza samą zbrodnią jest tak wiele, iż przypomina bogato nadziane ciasto z bakaliami. I to ciasto nie stroniące od żandego ze smaków. Wprost przeciwnie, eksperymentujące z rozmaitymi dodatkami… i jeszcze zasmażka!!!

Ale więcej napiszę jak skończę.

Jest w tej jesieni coś, co pozwala człowiekowi się wyciszyć. Niby smaki i zapachy nęcą, ale wieczory chłodniejsze pozwalają rozwalić się w miękkim miejscu i zwyczajnie czytać… tylko czytać. Co we mnie jest takiego, że jednak nie chcę ludzi namawiać do czytania? Wprost przeciwnie, a niech nie czytają.

Czytanie jest moje!

Zawistnie pragnę być ONE AND ONLY!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz