Pan Tealight i Zapodziana Dusza…

„Przyczepiła się do Wiedźmy Zapodziana Dusza.

Samotna taka jakaś, ale i spragniona uwagi. Ot rozmiar niewielki, może porzucona, zagubiona niechciana; zwolniona z roboty, nagle zbeszczeszczona, ale też złakniona jakiegoś ludzia. Łazi za nią wszędzie. Łasi się niczym kocica, której coś się futra smrodliwego uczepiło. To Wiedźmę Wronę za koszulkę łapie, to zaskoczy ją w negliżu. Krzyki się niosą po zadupiu, w wiatraka skrzydła wpadają, dziwną mąkę pędzą… A Dusza nie puszcza, nie dopuszcza. Choć popuszcza, ale komu się nie zdarza? Ot biologia istot po życiu! Duszowa ektoplazma plami jak jakie wredne lepiszcze. Ale też się skrapla, tu uwisła cząstkami u powały i kap, kap, kap sobie stuka, cholery dostać można, ale co zrobić? No co z nią zrobić? Sprzątnąć jakoś tak niegrzecznie, ktoby chciał być grabkami, czy też miotłą pośmiertnie muskany? Gilgotany ściereczką, spryskiwany czymś na kurze i mole? Tam znowu bulgocze, jakby wściekła się nagle, ale ino tymczasowo i ino w tym kawałku, smrodek się niesie po świecie, ale Dusza nie zważa.

Bo się uczepiła i już nie jest sama.

Chciał Pan Tealight Duszę odpędzić, zegzorcyźmić niebogę, ale się nie dała. Oczadzić i skadzić nie pozwoliła… furkotnęła ino wściekła, zębiszcza wysunęła – któż by pomyślał, że Dusza taka ostra, że taka papryczka, pieprze i sosy piekące, wasabi możliwe, że w ramach pielęgnacji smarowana?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Prowansalski balsam na złamane serca” – wiecie jedna z tych opowieści, co to pachną, co jeść się po nich chce ale tylko tych PRAWDZIWYCH rzeczy. Tych pełnych, starodawnie tłustych i słodkich.

Dorzucili mi do książki sole do kąpieli, lawendowe… ot wanny ino brak, bo w powieści się nie wykąpię, choć miejscami i deszczowa i łzawa i basen jest. Niezła ta powieść ot o śmierci. O mężczyźnie, który odszedł za wcześnie, o kobietach, które są rodziną i zmianach, oraz o domu, który jest miłością.

Domu, co świat naprawi… ale jeśli mu się pozwoli.

Naprawdę niepaskudna powieść. I choć nie przepadam, to bez bólu, bo tak jakoś dobrze ułożona. Dźiegciu do cukru ktoś dosypał, miłość niełatwa, niejednolita, każdy grzeszy i każdy szuka czegoś dla siebie… i ta góra! Magia jakaś taka i brak skorpionów. Naprawdę na spokojność, do wanny świetna książka.

Świat się dziś u mnie, jakby rzutem na taśmę, ot raz ostatni w tym roku tak jakoś zazłocić, zażółcił, jakby w piekarniku nagle wyobracany, żółtkiem pobełtany bułczany raj się otworzył. Z cukrem i pudrem i rodzynkami. Pachnący skórką pomarańczową i cynamonem. Gorący… i z kruszonką, dokładnie taką, jaką robiła Babcia.

Bo pewne rzeczy tylko Babcie potrafią.

Piękny ten mój raj, bez żadnego szopa od foto. Taki doskonale barwny, dopasowany w odcieniach, które ludziowi już by nie przypasowały, a Wyspie pasują. Bo Wyspa jest więcej. Po prostu więcej…

Babci by się spodobał.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Kreaturer på marken…

„Kreaturer muczały na marken-polu. Zabawnie, wielkim chuchem odrzucały te przydługie grzywki co chwilę, pochylały się znowu ku żółknącej trawie, no i znowu miały problem z fryzurą, więc powtarzały operację. Rude, wściekle włochate, miejscami nawet kręcone, niektóre w typie „mokra włoszka”, inne znowu tradycyjnie, naturalnie tak na sucho, lekko podpalane. Właściwie nawet jedząc nie stały spokojnie. Wiły się w jakimś dziwnym tańcu, być może wspomagającym trawienie? Niby wiotkie, maksymalnie wydepilowane, nie stawiające oporów przy zderzeniu się, tancerki. Erotyczne. Giętkie aż do przesady. I ten Wiatr. Jak on je muskał to tu, to tam, no i w to miejsce, tamto… tak jak nikt je dotykał. Jakby wiedział wszystko. Jakby znał wszystkie. Jakby sekrety i tajemice nie istaniały… intymnie.

Aj rumieniło się Pole na ten popis mocy Wiatru. Niby zdarzało się to często, ale za każdym razem nie wiedziało gdzie ozime podziać. Albo świeże trawki i te stokrotki wkurzająco niewinne… Pan Tealight westchnął tylko, jak zwykle, jak za pierwszym razem, no i zakrył oczy Ojeblikowi, małej uciętej główce, a Wiedźmę Wronę Pożartą na świeżutkie, zwyobracane dopiero co kamienie zaprosił. Zwabił ją we względną ciszę, by się Chowaniec nie rozochocił. Dobre kamienie. I wyżarte przez morze i głaskane przez wiatry, grzebała w nich Wiedźma zapamiętale szukając nosem tych, które ją wołały, nasłuchując wdychając, a kolczyki z łańcuszków starały się zagłuszyć tą dziwną jakże, ulotną pieśń…

Bo to, że Wiatr Kreaturery dotykał, że głaskał je, muskał, taczingował i gilgotał, to jedno. Wiatr im jeszcze śpiewał. A one tańczyły i muczały, muczały i tańczyły, jakby cały świat należał tylko do nich. Może i w końcu należał, kto to wie, komu tak naprawdę ten świat się oddał i kto nim władał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gdybym była polem, czytałabym książki o nasionkach… O księżniczkach kiełkujących i się zieleniących, o smokach w formie metalowych skrzydeł, co to ranią, ale i masochistycznie spulchniają życie. O królewiczach, co to co pora roku zmieniają pannę, dziwnie niestałych, choć przewidywalnych i o przeznaczeniu, które kryje się w każdej burzy, nawałnicy, sztormie i wichurze.

Z cyklu przeczytane: „Piąta pora roku” – opowieść obrazkowa, czuciowa, emocjonalnie tryskająca siłami… bolesna, wkurzająca budząca dzikie instynkty i wściekłość zagrzebaną grzecznym wychownaiem.

Wygrałam ją. Ale najpierw przez długi czas pragnęłam poznać w końcu ową specyficzność Monsa. Ot taka tam babska chwila słabości. I wiecie co… jest pierun inny. Obnaża wściekłość, kroi uczucia na kawałeczki, serwuje wyłącznie z niezdrowym pieczywam borówkami i musztardą.

Jest w środku.

W swojej bohaterce, w swoich ofiarach.

Jest nimi i opisywanym otoczeniem. Jest…

Ale też nie ma go. Nie ma go w tych stereotypach o facetach, którzy to gwałt uznają, za: ot zdarzyło się, bo ona chciała. Jest wściekły. Jest jak pierniczona gwiazda śmierci pragnąca rozłupywać długo i powoli tych, którzy zawinili. Jest jednocześnie bólem ofiar, jak i karzącą ręką…

Muszę przeczytać poprzednie tomy. I tak, jak najbardziej Mons Kallentoft nie jest łatwy. Nie jest poukładany i ma dziwną narrację, ale JEST! Inny, wkradający się do podświadomości, budzący strach, przywracający mściwości należne jej miejsce. W końcu ostro wskazujący, iż współczesność powaliło! Że KARA i WINA mają twarde w granicach definicje…

Wyspa ma się dobrze. Kąpie się w wiaterach… robi sobie okłady z butwiejących liści, podobno świetne na suchą skórę? Ogólnie salon piękności sobie sprowadziła. Solą się obkłada, pilinguje, na zimę się szykuje, czy co?

Właściwie mimo wszystko, to o czym Wyspa teraz myśli?

Że bałagan ma? Wiatery na pewno coś posprzątają, choć wiecie, tak nie do końca, czasem zagnają kilka garści liści pod dywan. Ot dla psoty… w ramach ekologicznego nawożenia i takietam! A może myśli Wyspa już o JUL? Mogłaby, bo przecież pierwsze choinki pysznią się już lampkami, krzycząc do sąsiadek: Hej, ja już jestem piękna inaczej, kiedy wy? I migoczą się, błyszcząc i połyskując zerkają w niebo, bo nikt tak nie upiększa świata jak on… ŚNIEG!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Herbatka Umarłych…

„Wiedźma Wrona Pożarta była nie tylko wybitnym błędem genetycznym, molekularną pomyłką magiczną i skomplikowanym pupilem Pani Wyspy. Była też Czującą (zwykle zwano je Widzącymi, aczkolwiek ślepa kura wrona, to paradoks, więc wiecie… poprawnie politycznie!). Umarli, choć natarczywi, w czasach młodzieńczych doskonali do zabawy – za nic się nie psuli i nie sikali do łóżka! – z czasem zaczęli respektować niemożebnie chwiejny grafiki Wiedźmy i tak, narodziły się słynne Herbatki Umarłych.

Herbatki z suszonych po trzykroć fusów, w filiżankach bez uszek zdobionych różyczkami i niezapominajkami, z lekko tylko obgryzionym rąbkiem. Należało zachować pewną klasę, nawet po śmierci… a może właśnie z powodu nieżycia? Pan Tealight dostarczał porcelanę, najpierw ukradkiem, oj tak na chwilkę, wypraszając flance pomidorków, by rosły gdzieś indziej, a potem polerując tak z grubsza. Herbata w formie grudeł suszu też czekała, dziwnie połyskując… pierun wie, co tak naprawdę te porozkładane w czasie i przestrzeni wiedźmiej chatki umarlaki, piły. Ważne, że się spotykały, a nie straszyły po nocach, podkładały nogi, czy ściągały ze skał.

Czasem trzeba zwyczajnie wyciagnąć rękę, ale będąc pewnym, że nikt jej nie odgryzie, albo nie zacznie zapamiętale ssać paliczków.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Powrót do domu” – jeszcze trochę lukru i zwyczajnie doznałabym szoku insulinowego i zapadła w śpiączkę… a może zapadłam? No nie wiem. Lektura dla Pań ceniących sobie miłe historie z wybojami po drodze, dydaktyczną zaśpiewką – żyjesz i uczysz się, wybacz sobie błędy – oraz tym całym endem co to jest happy.

Książka na dziś… „Niebezpieczna rozgrywka” – historia namiętna, krwista i lekko nadmiernie owłosiona… woląca steki raczej mało wypieczone! Książkę wygrałam, z czego cieszę się kosmicznie, a co napisałam: „Napięcie, sierść, kły, niepewność… ciągłe ślinienie się me własne i czekanie na kolejny tom. Kocham to, że siadam do powieści, a w rzeczywistości wkraczam w inny świat, kompletnie nie przygotowana, choć przecież wiem, co może mnie czekać – miejscami. A jednak ten dreszczyk niepewności, owa permanentna i pełna możliwość wydarzenia się wszystkiego, bycia kimkolwiek MOC… Wciąga i tyle. Ofiaruje mi odskocznię od codzienności.

I tą cudną NIEGRZECZNOŚĆ.”

I wiecie co? Dziś się okazało, że moja odpowiedź spodobała się Jury najbardziej… czuję się mile połechotana!!!

Wyspa znowu się szykuje na Wiatr. A może to jednak sprawa diety? Czasem zdaje się, iż nasmiar cebuli oraz kapusty, tudzież jaj po niewczasie i fasoli, przynosi Wyspie, że tak powiem wyższe loty…

A co? Że jak Wyspa, to juz kurcze nie może? A może i to jak!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Diobeł z Wizytą…

„Diobeł czekał na Wiedźmę Wronę Pożartą za progiem. Chciał się poskarżyć na to, że za skórą to już miejsca dla niego nie ma; że Wiedźma okrutna jest i go już nie wpuszcza, a tutaj kurcze zima idzie, jak nic! Ogrzać się nawet diabelskie kopytka muszą… toż to jak szczeniaczka na mrozie trzymać, kociaczka puchatego, albo inne tałatajstwo, co się ludziom umie przypodobać i za skórą diobelskie zwykle miejsce zajać. Bo Diobeł chciał powiedzieć, że ćwiczył, że już jest jak malusi misiaczek, nawet futerko sobie szamponem zmiękczającym traktuje, pazurki manikjuruje, a i płynem pachnącym posiłek każdy zalewa. I że w ogóle, to tak się nie godzi, bo równowaga w przyrodzie magicznej tyż być musi! Może i Wiedźma nieradosna, jednorożców srebrnych jakoś nie ujeżdża, z różdżką barwną się nie zabawia i motylków nie muska, kwiatuszków nie trąca, w kolory się nie odziewa, krwawe ofiary sporadycznie czyni, może i ona totalnego zła i totalnego dobra nie wyróżnia… ale bez Diobła to się serio żyć nie godzi!

Na Wyspie wszyscy wiedzą, że drzwi i to wszystkie drzwi poza Wygódką, otwierają się do środka! A jednak uderzenie bolało. Bo kto mógł pomyśleć, że Diobeł akurat dziś, gdy Chowaniec szybki przetrzeć postanowił, stanie sobie cichutko obok progu? I oberwie po skosie okienkiem? Nikt nie mógł przewidzieć powiewu wiatru, co to mocno poturbował otumanionego osobnika w czerownych porciętach z wycięciem na ogonek i różkami wypolerowanymi, a i pociągniętymi bejcą… Nikt nie mógł, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki usłyszała jednak psotnika. Nie zauważyła, bo to od czytania ślepnąca lebiega, ale tym nosem wielkim wyczuła. Uszami zbrojnymi w łańcuszki usłyszała i wybiegła, i złapała, nim kominy postanowiły się nim zabawić.

Bo tęskniła…

Ano i Wizyta też tam była,
Panu Tealightowi zanuciła
co się w Chatce Wiedźmy wyrabia,
i dostała za to z żurawia.
”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Tygrysie Wzgórza” – powieść rzeczywiście lekko przypominająca „Przeminęło z wiatrem”, ale jeżeli oprzecie się wyłącznie na tej zachęcie… polegniecie. Mnie ta powieść urzekła etnografią fascynującego księstwa Kodagu… obecnie świata, który istnieje wyłącznie jako sucha notka w atlasie – dystrykt stanu Karnataka. Opowieściami, legendami, aromatem świata, który nigdy do końca nie poddał się angielskiej dominacji i kulturze. Pięknego, baśniowego. Z ludźmi, których uroda powalała, a najważniejszymi cechami były: honor, odwaga i dobroć… oraz rodzina.

My obserwujemy piękną Dewi, jej przyjaciela Dewannę i Maću. Ich rodziny, ich świat przełomu XIX i XX wieku. Czaple wyznaczające linię przeznaczenia, siły prowadzące ich ku nieuchronnej zagładzie… owo szczęście bez szczęścia, miłość bez miłości… marzenia i ból, które nie znikają.

To piękna, baśniowa opowieść, w której można się zakochać po babsku, niezależnie od tego, czy lubicie Indie, czy nie! Szkoda, że w całej historii nie ma jeszcze więcej tej pięknej etnografii…

Czasem się zastanawiam, czy niebo na Wyspie może być jeszcze bardziej błękitne. I wtedy ono wpada na pomysł, by wieczorem odziać się w ten infantyly babyblue, zarzucić lekkie kremowe szale, a dołem przybrać się w jasny granat. Czasem myślę, że niebo tutaj ma włąsnego grafika, świetny fotoszopiarz to musi być…

Bo czy to może być prawda?

Listopad? Serio? No wiem, że nikt nie czeka – poza reniferami i elfami tego z Bieguna – na Jul jak ja, ale to już tak niedługo. Wiecie, że boję się jak dziecko, że niczego nie dostanę? Szaleństwo!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Całkiem Niespójny Mostek…

„Mostek był wąski i chwiejny w swych przekraczających brzegi i tonie uczuciach, aczkolwiek lubił swoją pracę. Tą moc łączenia ziemi, uskakiwania falom, wpatrywania się w pędzącą gdzieś wodę i stałość. Stałość bycia sobą. Nie ruszania się nigdzie, bycia podróżą dla innych. Dla liści jesienią, płatków wiosną, śniegów zimą, a latem czasu wygrzewania… Ale chodzenia po sobie Mostek nie tolerował. Pochodził z rodu Niespójnych, tych z dziurami, gdzie każda deska mogła być tylko sobą. Matka nadała mu imię Chwiejny, ale w szkole miał problemy z matematyką, więc któż by o tym pamiętał. Został Całkiem! Dla kuzynów ze wschodu i z zachodu, północy i południa.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki spacerami zaszczycała świat sporadyczne, zresztą więcej by Wyspa nie zniosła. Mostków się bała. Lekko panicznie. Oblewała się potem na samą myśl o przekraczaniu jakiegokolwiek cieku. Nawet szamba wyczuwała… znaczy z daleka. Ale tym razem, drepcąc w pilne odwiedziny ku Wodospadziej Płynności, musiała przez nie przejść. Pierwszy pokonała na czworaka, drugi piszcząc, ale trzeci powitał ją takimi wrzaskami i jękami, że stanęła zaszokowana. Mostek przed nią był mikry i wąski, pozbawiony barierki wprost nagi. Gdyby nie ścielące się na nim kolorowe liście byłoby to czyste rzeczne porno. A na dodatek ten się darł, znaczy nie w szwach ino darł. Darł jak opętany. Wrzeszczał, jęczał i… Wiedźma Wrona zmrużyła ślepia – czyżby łkał? Już miała postawić na nim stopę – zwykle zaczynała od prawej, nie inaczej i teraz – ale coś ją odepchnęło. Jakby anorektyczny drewniak sprzeciwiał się wiedźmowej stopie. Jak śmiał! Stopa poczuła się urażona i kopnęła wredniaka w pieniek. Ten jej oddał, do prawej dołączyła lewa, a liście latały w powietrzu…

Wiedźma Wrona spokojnie i dziwnie znudzona pozwalała miatać swoją resztą ciała po wilgotnej, błotnistej powierzchni. W pewnym momencie nawet westchnęła, ale postanowiła przeczekać.

Wieczorem zaniepokojny Chowaniec znalazł ją pożywiającą się grubym tomiszczem w rzece. Brudną i mokrą. Bardzo bliską wybuchu. Postanowił nie podpalać lontu… po prostu od razu powiedział „przepraszam”.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Oto i Mostek! Naprawdę wąski! Naprawdę niespójny i naprawdę niepewny swej mocy… ZUO!!! Nawet przechylony taki i śliski… założymy się, że on żyje? Rankiem zwija się, nocą rozwija i pełznie w nieznane.

Z cyklu przeczytane: „Srebro” – opowieść o spisku i sprawiedliwości… tej religijnej, dziwnie pojmowanej. Grupa zbawców świata, kontra grupa szpiegów, do których kraje się nie przyznają. Czyli gromada osobowości z tej ziemi, osobowości z przeszłością, niby silnych, a jednak… wrażliwce z nich. Gdy trzynaście osób staje w płomieniach w trzynastu miastach, to oni mają zapobiec… apokalipsie. Powstrzymać potomków… Judasza Iskarioty! Tak. Cóż podobnie jak Maria Magdalena i Judasz ostatnimi czasu doznali pewnego zbawienia i zmycia win. Pewno przedawnienie, czy coś.

Książka ujdzie w tłoku, choć szczerze przyznaję, że ile można ten sam temat wałkować!!! I to zakończenie? Serio?

Recenzja: „Twój cień” i „Namiestniczka”.

Na Wyspie może kilka dni temu padała jedna śnieżynka na kilometr kwadratowy… poza tym, tylko od czasu do czasu, trafia się milusi lodowy otulacz trawek. Trzeba przyznać, że taki szronik na źdźbłach jest przeuroczy, ale leżenie przez godzinę i moknięcie nie jest wskazane dla starych wiedźmowych kości…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Pomarańczowa Zbrodnia…

„Dynia na pewno nie żyła.

Nie wymagała ni badania pulsu, ni duchowego lusterka, by to potwierdzić. Wybebeszona sterczała… choć pośmiertnie, to jednak dumnie, na stole i świeciła, wrednie pomrugując, gdy jakiś zagubiony podmuch wpadł w jej otwory.

Pan Tealight popatrywał na światełko, dyskretnie rozparty na podłodze Kuchni Chatki Wiedźmy, i ciamkał pestki razem z Ojeblikiem, małą uciętą główką. Znaczy pestki ciamkali, nie siebie nawzajem, bez przesady. Nawet u nas – choć może się Wam to wydać NIEBYWAŁE – przestrzegane są pewne reguły. Na ziemi przed nimi dymiły małe kropelki jadu. Pan Tealight uśmiechnął się do nich wspominając kapitalną kłótnię, coroczną, gdy Chowaniec Wiedźmy zbuntował się i przejął oręż morderczy. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki mogła sobie obficie pluć i syczeć, ale miała za małe rączki do tak wielkiej dyni.

Size matters!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „31.10 Wioska przeklętych – Strzyżewo” – czyli do ściągniecia za darmo!!!

„…ściągajcie gacie ściągajcie czułki,
oto nadchodzą straszeniowe bułki!
Te są z polewą, a tamte z makiem,

może i trafi się Wam ta z robakiem!
A jak nie macie tomu pierwszego,
do se ściągnijcie moc i z niego.
Potem już będą tylko tańce i latania…
Na golasa? Tego nikt nie wzbrania!”


„Fionavarski gobelin” – doprowadził mnie do miejsca, gdzie stoją u mnie książki, o których nie wiem co powiedzieć. Bo jest ich zwyczajnie AŻ tak dużo (w pozytywnym dużości znaczeniu) – aczkolwiek nie mam na myśli rozmiaru tomu, choć idealny do ćwiczenia bicepsów!

Powieść Kay’a, choć powinnam powiedzieć od razu, że to 3 w 1, jest: piękna, pełna, ujmująca… oczywiście, że pełna symboliki, ale też przejmująca. Ciekawa. Barwna i tak bardzo uroczo buchająca emocjami. Cokolwiek napiszę, będzie za mało. To epopeja. Walka dobra ze złem, przepowiednie i nietypowe stworzenia. To mity znane nam z codzienności i coś jeszcze, coś więcej, coś, co zaskakuje… owa swędząca w potylicę niepewność: ale jak to się wszystko zakończy?

Bo to opowieść o świecie i światach, o człowieczeństwie, które dzięki wpojonej wolności własciwie nigdy nie wiadomo jaką drogę obierze i przyjaźni. Oraz o odpowiedzialności, a wszystko tak pięknie zobrazowane.

Pierwotnie wydana w pojedynczych tomach, mignęła mi w sklepie w latach… no cóz, zaprzeszłych. Na wyprzedaży, z tą dziwaczna okładką. Nie żałuję, że dopiero teraz poznałam ją w pełni! Świetne wydanie, choć pewno niektórych przestraszy ciężar. Ale dobrze się czyta. I piękna taka też z okładki!

Dopadła Wiedźma Listonosza…
ciekawe co jej teraz przyniosą?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Prawdziwa Opowieść, co zamilkła…

„Wiatry duły
Wiatry dmiły
Wiatry dziwy
dziś odkryły!

Łomot do drzwi zrzucił z nich szlafrok – zanotować w pamięci, by zamontować coś bardziej istotoodpornego.

– Wlazł!

Mężczyzna, choć nastały czasy, gdy z płcią trudno być pewnym, wpełzł do chaty wiedźmy bardziej, niż zwyczajowo, tradycyjnie wszedł. Było to dziwnie, potulnie grzeszne w jego wykonaniu i oślizgłe. Facet był totalnie i w zupełności niemrawy. Taki ni przypiął, ni przyłatał, ani sznurówką nie uwięził.

– Harry Potter mnie przysłał.

Kiedyś to było nawet zabawne. Popyt na wiedźmy wzrósł, tylko trzeba było się zaopatrzyć w akcesoria. To już nie było czucie czy widzenie, ale całe szoł! Kościoły sarkały, aż w końcu przestały… Żaby, nietoperze, czarne kruki i pajęczyny, ot trza się było przebranżowić, a sutanna zawsze nieźle łapała! Rozległa taka i ciemna, choć miękka i wygodna. Ekologicznie!  Ale z czasem zaczęło mnie to męczyć. Stało się powszechne, przerysowane, kłamliwe, magia się biesiła. Najpierw te prawdziwe, intuicyjne wiedźmy zaczęły unikać codzienności

… potem nadeszła ONA. Wstała z grobu i zwyczajnie powiedziała, co jest po drugiej stronie. Co się dzieje z człowiekiem po śmierci.

I wtedy ludzie zaczęli się bać. Bali się do granic swojej tożsamości. Strach stał się każdym oddechem, który sprawdzali nagabując lekarzy i znachorów. Ale to do nas, do wiedźm przychodzili, by być pewnymi. Przestali używać swoich imion, czubkiem wideł badali każdą magię. Pozory nie były już ważne. Nikt nie chciał umrzeć. Nikt nie chciał widzieć i czuć tego, co ONA czuła. Był świadek. Niegdysiejsze duchowe opowieści o chłodach i wyjcach straciły na ważności. Spirytualizm upadł z łoskotem, a potem rozbił się na miliny kawałeczków… które topniały.

Śmierć zawsze ich przerażała. Jak tego dziwnego faceta… cóż, ktoś powinien był powiedzieć ludziom, że świat się skończył, ale… nikt nie żył na tyle, by temu zaświadczyć.

Wiedźmy zaś trwały…

Wiatry dują
Wiatry świszczą
Prawdę nucą
oczywistą!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Opowieść związana i oczywiście dedykowana Syndykatowi Zbrodni w Bibliotece! A w szczególności tym, którzy zniknęli… Hahahahahahahahaaa!!! A jeśli i Wam czasem straszno dołaczcie do nas, do Syndykatu!

I konkursu!!!

Wiecie, każdego przeraża coś innego… na przykład takie kalorie, toż to dopiero wstrętne, podstępne potwory. Może i macek nie mają, zębisk, mózgi im z pyska nie ciekną, flaków nie rozrywają w parujących wnętrzach, ale jak tak niewidoczne się przyssają do człeka, to ów puchnie i puchnie i puchnie… choć dla mnie wciąż najstraszniejszą opowieścią (poza wczesnym Mastertonem) jest „Chudszy” Richarda Bachmana!

Znacie?

Ale mamy oto czas, gdy bać się można i bać się warto, by wystraszyć to, co najkoszmarniejsze. By tak od przepony największym strachom zrobić: BUUUUUUU!!! I nie myśleć o tym, wycinając dynię, iż ta, zaraz po 31 października przemieni się w monstera, który potem wytnie nam numer! Stworzy plastyczną operacją na żywca, bez znieczulenia, bo i po co one, doznania najgłębsze najlepsze… własną podobiznę z naszej CZASZKI!!!

Ale najbardziej przeraża brak książek. Sorry, aż tak przewidywalna chyba jestem, co nie? Dziś dwie nagrody ze Zbrodni w Bibliotece… tylko kto mi teraz skombinuje 4 poprzednie tomy Monsa?

Kto nakarmi Wiedźmę?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Poczucie Humoru…

„Wiedźma Wrona nie posiadała poczucia humoru.

Właściwie Pan Tealight podejrzewał całkiem jawnie, iż owo Poczucie siedzi gdzieś, w trzewiach Sklepiku z Niepotrzebnymi, nieskatalogowane, okrutnie przerażone współczesnością. Bo i rozglądając się po codzienności opcji dwóch: ludzie nie śmiali się śmiać, albo rechotali z tak głupich i paskudnych rzeczy, że Dziw brał górę nad wszystkim… humor był dziwnie zagubiony. Bynajmniej nawet w tzw. lepszych czasach, Wiedźma Wrona Pożarta wykazywała braki w humorze. Znaczy nie, zaraz, TE humory posiadała całkiem pokaźne i nagmiennie, nieprzewidywalnie natarczywe, chodzi raczej o tą ową wesołkowatość rechotu pełną piersią – tia a miała czym rechotać. Owe rubaszne klekotanie szczęk, wydymanie policzku, spłakane lica, rozwydrzenie błyszczące ślepia, bolące trzewia i nieskoordynowane, cichacze, ot niespójne, radosne popierdywania…

Tia, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie lubiła nadmiernie wesołych ludzi. I nadmiernie nasłonecznionych miejsc, a tęcze sprawiały, iż odczuwała strach, podobnie komedie, hiperwentylowała się wyczuwając w pobliżu klauna i paliła cyrkowe namioty… poza stoiskami z cukrową watą. Różowy kolor znosiła wyłącznie na niebie, a rubaszne jednorożce na złość waliły największe kupska w jej zieloniutkiej trawce. Wyczuwały coś, a jednak nie uciekały, tylko zaznaczały swoją obecność. Może i w gówienkach było zbyt wiele brokatu… nobodysperfect.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


TRATATATATATATATAM! Czyli oficjalnie jest już na świecie nasz drugi tom doskonałej pod każdym względem ebookowej straszeniady – pięknie napisanej, złożonej, korektowalnej i w ogóle! Wiecie to kopa roboty taka książka! Oczywiście mowa o drugim tomie projektu „31.10” tym razem w Strzyżewie, gdzie siedzi sobie i moje opowiadanie: „Wywiad z Wiedźmą” – najpierw jednak warto zerknąć na filmik… się znaczy trailer!

Potem mieć na pulsie rękę, albo rękę na pulsie strony 31.10 na Facebooku, bo będą konkursy, ubawy i zarżnięcia potknięcia, oraz inne atrakcje morderczo krwiście zmasakrowane! Włażąc na stronę www nawet możecie sobie bezczelnie, aczkolwiek w pełni nielegalnie, poobglądać autorów!

Czyli i mnie. Bo i ja tam jestem, jak i rok temu w przeszłości odległych lat galaktycznych. Bo we mnie są alieny! Serio serio serio. Książkę można pobrać TUTAJ… nie boja żabów pdf też będzie. A jak nie załapaliście się na tom pierwszy, to też wciąż tam jest w promocyjnej cenie 0 zł. Co nie oznacza, że nie możnaby dokarmić Wiedźmy!

Datki przyjmujemy na co dzień i od święta, w formach rajcownie żywych i mniej żywych, czeki tyż!

„I ja tam siedzę,
mam swoją miedzę,
w chatce straszę
dziecka gotuję Wasze.”

„Za cztery dutki
przegonię Wam smutki.
Za dudków sześć
pozwolę teściową zjeść…
A za łyk gorzały
odpowiednio doskonały
będą i zawieruchy
co klątw rozproszą duchy.”

A jak już człek coś napisał, to teraz może przeczytać… na przykład pachnący, gorący wprost z drukarskiego pieca tom 3 „Namiestniczki”!


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Psychiczność Wiedźmy…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była już z założenia, a i racji wykonywanego zawodu i ścieżek przeznaczenia… psychicznie niemożliwa. Zagnieździł się w niej zbiór zasad powalenia ogólnego i niespójności umysłowej. Było mu tam dobrze. Umościł sobie wygodne gniazdko, zatrudnił dekoratora wnętrz, opłacił potrzebne zezwolenia, a nawet nazwał się Fred i wywiesił na zewnątrz Wiedźmy skrzynkę pocztową z fioletową różyczką. To nie był jeszcze problem. Problem pojawił się, gdy wszystko to zaczęło oddziaływać na ruchliwość Wiedźmy.

Wiedźma Wrona właściwie zawsze, w odróżnieniu od innych wroniego miana, poruszała się specyficznie – mówiąc oględnie. Nader przyziemnie, co można było wytłumaczyć jej wzrostem, ale też posuwisto-trawiasto, czochrając się o co bardziej chropowate kamyczki. Zawsze udająca, że nie widzi żywych, starała się ich wymijać, a nawet udawać, że nie istnieje… Jednak czy tylko ona?

Psychicznie niemożliwi mieszkali w specyficznych miejscach. Grupowali się, aczkolwiek Pan Tealight twierdził w swoim wykładzie wygłoszonym dwa lata temu na Zjeździe-Zlocie Przedwiecznych, iż robili to kompletnie nieświadomie. Lub co gorsza intuicyjnie i zwabieni przeznaczeniem. A jeżeli ono już mieszało w tym swe członki, było raczej… kiepsko!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Raj utracony” – kolejny tom cyklu „Upadli”, muszę przyznać, że pierwszy tom mnie nie przekonał do siebie, ale kolejne naprawdę zaintrygowały. Co więcej, rozbawiły.

Specyficznie.

Nasz bohater i jego drużyna, znaczy nefilim, anioł i… pies – chyba najlepszy bohater wszystkich tomów! – muszą uratować świat. I to nie jest nic nowatorskiego. Fascynujące i wciągające jest to w jaki sposób to robią, oraz kim są. Bo jak się okazuje anioły mają dość specyficzne osobowości i ogląd ludzi.

„Dzień gniewu” – nadszedł tom ostatni. Będę tęsknić i dziwnie spoglądać na wszystkie psy. Nigdy już nie uwierzę, że nie mówią! Gabriel o czekoladowych oczach – moja jedyna miłość!!!

Oto ostatnia rozgrywka między dobrem i złem ze skrzydeł poszumem! Aaron i Gabriel są gotowi, zresztą cóż mieliby stracić… cóż tak, jest jeszcze Vilma. I nagle wszystko się zmienia, gdy na scenie pojawia się ojciec naszego bohatera! Dobrzy mogą oberwać! Właściwie wszystko jest możliwe i chyba to najbardziej intryguje w całym cyklu Sniegoskiego. Że do końca nie wiadomo co się wydarzy. I choć dość już mam tych aniołów, tych skrzydlatych… to ten cykl jednak mnie zaskoczył.

Jak nie wiem co czytać mi się chce. I nie mam co! Znacie ten ból? Część z Was na pewno tak, w końcu swój do swego, wiecie jak to jest… ale dziś złapałam się na ślinieniu i natarczywym lizaniu monitora, podczas przeglądania działu nowości i zapowiedzi w jednej z internetowych księgarni.

Z książkami window shopping nie działa!

Nie uważacie, że powinno się nas traktować jako tych uprzywilejowanie uzależnionych i fundować nam porcję pokarmu co miesiąc za free?

Jesienny świat sprzyja wspomnieniom… o ludziach, o przedmiotach i miejscach, które naznaczyły nasze życie, czyż nie? No i oczywiście o książkach, które dotknęły nas, obtoczyły w panierce, zmieliły, zmieniły, albo zwyczajnie zobrzydziły nam świat!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Tajemnice Wiedźmy…

„Wiedźma Wrona była książkami. To one ją naszkicowały, spisały, poprawiły i wydały, potem znowu zmieniły zdanie… one ją odziały, zmieniły i przetwarzały niewymiernie upierdliwym Czasem. To one też ją pożarły w końcu, w nader kanibalistycznymi pragnieniu posiadania wszystkiego, bycia wszystkim, dumy i opasanego zadufania w swych mocach, i… wydaliły. Wiedźma – Wypluwka. Pożarta Przez Książki, bo przecież i one coś jeść muszą. Ale tylko Pan Tealight posiadał świadomość tego, iż była ona też jego notatkami – czyż nie książkami? Chwiejną kupką wszelakich notesów, głównie owiniętych w liście chrzanu, by zakamuflować aromat liter i historii. I w kapustę białą i czerwoną, w ramach artystycznych nut. Lekko nadwątloną wilgocią i nadżartą dziurawym zębem czasu. Kłem dokładnie. Prawą górną trójką. Tą z pierwszego zestawu szczęki, tego dla gości, wiecie lepsiejszej i wymuskanej, Graala protetyki. Do okazania w każdej chwili. Specjalnie polerowanej nocą przez gromadę Okłaczonych Krasnali. Fetyszystów dziąsłowych… bardzo specyficzne gromada, trzeba nadmienić.

Bynajmniej w owych kupkach i stosach, murach oraz wszelakim nieporządku znajdowała się historia i ewolucja Wiedźmy. Tej Wiedźmy… od momentu myśli, co to się wdarła bezczelnie, nie pytając o pozwolenie, w chos zwany Zupą. Zupą z pieczarkami i grzankami, choć tego świadomi nie byli żadni z naukowców. Tej ujeżdżającej pantofelki i inne ameby, potem zwolenniczki dinozaurów, jedynej świadomej ich przemijania. Kołyszącej się na gigatycznych dębach w dziurawym hamaku… podglądającej ludzi, a wcześniej tych przed nimi. Pełzającej w ciszy oczekiwania na więcej. Wcielającej się i wycielającej się, gdy tylko poczuła łachoczące ją nadmierne zainteresowanie swoją osobą. Była glifami, znakami, symbolami, pismem klinowym B… runami, pismem hieratycznym i szatańską demotyką. Najgorzej było karmić się tabliczkami glinanymi, strasznie zapychały jelita, kamień jakoś przechodził, jednak kora była najsmaczniejsza. Papirus oznaczał wzdęcia, liście bananowca biegunkę.

Ale trwała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Sekret Genezis” – powieści tego typu są dobre lub kiepskie. Przerysowane, lub wciągające. Ta jest dobra. Naprawdę niezła. Nie tylko świetnie się czyta, autor włożył sporo pracy by być przekonującym, ale dodatkowo dopracowanie archeologiczne mnie porwało. A ludzie i okrucieństwo? Cóż, przykro mi poinformować, ale ten gatunek tak już ma… Szczególnie, gdy mu się mózg fiksuje na religii… tej tak zwanej jedynej.

„Złodziej magii. Odnaleziony” – Sarah Prineas stworzyła świat i bohaterów, którzy choć odpowiedni według okładki dla osobnikó plus 8, porwali mnie… plus więcej. Nie wiem czy to tak do końca dzięki głównemu bohaterowi, czy jego przyjaciołom, czy to ten język, format i dopracowanie graficzne, a może… smok? Zwyczajnie dobrze się czyta. Bez wydumanych dialogów, w pełni przygodowo, z nutką zaskoczenia. Inteligentnie jakoś i bez pustostanów.

Jeżeli szukacie czegoś, co pozwoli się Wam rozluźnić, prawdziwej przygody, historii o przyjaźni, ale i dreszczyku – dla siebie, lub w ramach wymówki do czytania z dzieckiem – polecam!

To jedna z tych historii, które pozwalają mi wierzyć, że może z tym całym PISANIEM nie jest tak źle? Może w rzeczywistości dobre książki istnieją, ale jakoś wydawcy wybierają nie to co trzeba?

Czyżby nie czytali tego, co sami drukują?

Recenzja: „Kamienica przy Kruczej” i „W jaskini lwa”

Wyspa się szara zrobiła.

Zbiesiła się na kolory i się na złość im zrobiła na szaro. Szare jest niebo, a nawet powietrze, gdzie latają szare ptaki i przemykają szare chmury. Niby kolorowe liście na drzewach, znaczy te, co nie rozpoczęły swojej podróży ku szarej ziemi, też się na kolory obraziły i odziały w szarość… ale ta cała szarość – co się wyrzekła już dawno miana i definicji kolorowej – nie jest smutna i pogrzebowa, raczej dziwnie, zaskakująco, fascynująco taka przyjaźnie, lekko wilgotnie pluszowa. Piękna, niczym nad podziw, i nad przerażenie niektórych,  rozwinięte plemiona pleśni.

Mistyczne drzewa… krainy innych.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz