Pan Tealight i Kreaturer på marken…

Kreaturer muczały na marken-polu. Zabawnie, wielkim chuchem odrzucały te przydługie grzywki co chwilę, pochylały się znowu ku żółknącej trawie, no i znowu miały problem z fryzurą, więc powtarzały operację. Rude, wściekle włochate, miejscami nawet kręcone, niektóre w typie „mokra włoszka”, inne znowu tradycyjnie, naturalnie tak na sucho, lekko podpalane. Właściwie nawet jedząc nie stały spokojnie. Wiły się w jakimś dziwnym tańcu, być może wspomagającym trawienie? Niby wiotkie, maksymalnie wydepilowane, nie stawiające oporów przy zderzeniu się, tancerki. Erotyczne. Giętkie aż do przesady. I ten Wiatr. Jak on je muskał to tu, to tam, no i w to miejsce, tamto… tak jak nikt je dotykał. Jakby wiedział wszystko. Jakby znał wszystkie. Jakby sekrety i tajemice nie istaniały… intymnie.

Aj rumieniło się Pole na ten popis mocy Wiatru. Niby zdarzało się to często, ale za każdym razem nie wiedziało gdzie ozime podziać. Albo świeże trawki i te stokrotki wkurzająco niewinne… Pan Tealight westchnął tylko, jak zwykle, jak za pierwszym razem, no i zakrył oczy Ojeblikowi, małej uciętej główce, a Wiedźmę Wronę Pożartą na świeżutkie, zwyobracane dopiero co kamienie zaprosił. Zwabił ją we względną ciszę, by się Chowaniec nie rozochocił. Dobre kamienie. I wyżarte przez morze i głaskane przez wiatry, grzebała w nich Wiedźma zapamiętale szukając nosem tych, które ją wołały, nasłuchując wdychając, a kolczyki z łańcuszków starały się zagłuszyć tą dziwną jakże, ulotną pieśń…

Bo to, że Wiatr Kreaturery dotykał, że głaskał je, muskał, taczingował i gilgotał, to jedno. Wiatr im jeszcze śpiewał. A one tańczyły i muczały, muczały i tańczyły, jakby cały świat należał tylko do nich. Może i w końcu należał, kto to wie, komu tak naprawdę ten świat się oddał i kto nim władał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gdybym była polem, czytałabym książki o nasionkach… O księżniczkach kiełkujących i się zieleniących, o smokach w formie metalowych skrzydeł, co to ranią, ale i masochistycznie spulchniają życie. O królewiczach, co to co pora roku zmieniają pannę, dziwnie niestałych, choć przewidywalnych i o przeznaczeniu, które kryje się w każdej burzy, nawałnicy, sztormie i wichurze.

Z cyklu przeczytane: „Piąta pora roku” – opowieść obrazkowa, czuciowa, emocjonalnie tryskająca siłami… bolesna, wkurzająca budząca dzikie instynkty i wściekłość zagrzebaną grzecznym wychownaiem.

Wygrałam ją. Ale najpierw przez długi czas pragnęłam poznać w końcu ową specyficzność Monsa. Ot taka tam babska chwila słabości. I wiecie co… jest pierun inny. Obnaża wściekłość, kroi uczucia na kawałeczki, serwuje wyłącznie z niezdrowym pieczywam borówkami i musztardą.

Jest w środku.

W swojej bohaterce, w swoich ofiarach.

Jest nimi i opisywanym otoczeniem. Jest…

Ale też nie ma go. Nie ma go w tych stereotypach o facetach, którzy to gwałt uznają, za: ot zdarzyło się, bo ona chciała. Jest wściekły. Jest jak pierniczona gwiazda śmierci pragnąca rozłupywać długo i powoli tych, którzy zawinili. Jest jednocześnie bólem ofiar, jak i karzącą ręką…

Muszę przeczytać poprzednie tomy. I tak, jak najbardziej Mons Kallentoft nie jest łatwy. Nie jest poukładany i ma dziwną narrację, ale JEST! Inny, wkradający się do podświadomości, budzący strach, przywracający mściwości należne jej miejsce. W końcu ostro wskazujący, iż współczesność powaliło! Że KARA i WINA mają twarde w granicach definicje…

Wyspa ma się dobrze. Kąpie się w wiaterach… robi sobie okłady z butwiejących liści, podobno świetne na suchą skórę? Ogólnie salon piękności sobie sprowadziła. Solą się obkłada, pilinguje, na zimę się szykuje, czy co?

Właściwie mimo wszystko, to o czym Wyspa teraz myśli?

Że bałagan ma? Wiatery na pewno coś posprzątają, choć wiecie, tak nie do końca, czasem zagnają kilka garści liści pod dywan. Ot dla psoty… w ramach ekologicznego nawożenia i takietam! A może myśli Wyspa już o JUL? Mogłaby, bo przecież pierwsze choinki pysznią się już lampkami, krzycząc do sąsiadek: Hej, ja już jestem piękna inaczej, kiedy wy? I migoczą się, błyszcząc i połyskując zerkają w niebo, bo nikt tak nie upiększa świata jak on… ŚNIEG!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz