Pan Tealight i Diobeł z Wizytą…

Diobeł czekał na Wiedźmę Wronę Pożartą za progiem. Chciał się poskarżyć na to, że za skórą to już miejsca dla niego nie ma; że Wiedźma okrutna jest i go już nie wpuszcza, a tutaj kurcze zima idzie, jak nic! Ogrzać się nawet diabelskie kopytka muszą… toż to jak szczeniaczka na mrozie trzymać, kociaczka puchatego, albo inne tałatajstwo, co się ludziom umie przypodobać i za skórą diobelskie zwykle miejsce zajać. Bo Diobeł chciał powiedzieć, że ćwiczył, że już jest jak malusi misiaczek, nawet futerko sobie szamponem zmiękczającym traktuje, pazurki manikjuruje, a i płynem pachnącym posiłek każdy zalewa. I że w ogóle, to tak się nie godzi, bo równowaga w przyrodzie magicznej tyż być musi! Może i Wiedźma nieradosna, jednorożców srebrnych jakoś nie ujeżdża, z różdżką barwną się nie zabawia i motylków nie muska, kwiatuszków nie trąca, w kolory się nie odziewa, krwawe ofiary sporadycznie czyni, może i ona totalnego zła i totalnego dobra nie wyróżnia… ale bez Diobła to się serio żyć nie godzi!

Na Wyspie wszyscy wiedzą, że drzwi i to wszystkie drzwi poza Wygódką, otwierają się do środka! A jednak uderzenie bolało. Bo kto mógł pomyśleć, że Diobeł akurat dziś, gdy Chowaniec szybki przetrzeć postanowił, stanie sobie cichutko obok progu? I oberwie po skosie okienkiem? Nikt nie mógł przewidzieć powiewu wiatru, co to mocno poturbował otumanionego osobnika w czerownych porciętach z wycięciem na ogonek i różkami wypolerowanymi, a i pociągniętymi bejcą… Nikt nie mógł, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki usłyszała jednak psotnika. Nie zauważyła, bo to od czytania ślepnąca lebiega, ale tym nosem wielkim wyczuła. Uszami zbrojnymi w łańcuszki usłyszała i wybiegła, i złapała, nim kominy postanowiły się nim zabawić.

Bo tęskniła…

Ano i Wizyta też tam była,
Panu Tealightowi zanuciła
co się w Chatce Wiedźmy wyrabia,
i dostała za to z żurawia.

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Tygrysie Wzgórza” – powieść rzeczywiście lekko przypominająca „Przeminęło z wiatrem”, ale jeżeli oprzecie się wyłącznie na tej zachęcie… polegniecie. Mnie ta powieść urzekła etnografią fascynującego księstwa Kodagu… obecnie świata, który istnieje wyłącznie jako sucha notka w atlasie – dystrykt stanu Karnataka. Opowieściami, legendami, aromatem świata, który nigdy do końca nie poddał się angielskiej dominacji i kulturze. Pięknego, baśniowego. Z ludźmi, których uroda powalała, a najważniejszymi cechami były: honor, odwaga i dobroć… oraz rodzina.

My obserwujemy piękną Dewi, jej przyjaciela Dewannę i Maću. Ich rodziny, ich świat przełomu XIX i XX wieku. Czaple wyznaczające linię przeznaczenia, siły prowadzące ich ku nieuchronnej zagładzie… owo szczęście bez szczęścia, miłość bez miłości… marzenia i ból, które nie znikają.

To piękna, baśniowa opowieść, w której można się zakochać po babsku, niezależnie od tego, czy lubicie Indie, czy nie! Szkoda, że w całej historii nie ma jeszcze więcej tej pięknej etnografii…

Czasem się zastanawiam, czy niebo na Wyspie może być jeszcze bardziej błękitne. I wtedy ono wpada na pomysł, by wieczorem odziać się w ten infantyly babyblue, zarzucić lekkie kremowe szale, a dołem przybrać się w jasny granat. Czasem myślę, że niebo tutaj ma włąsnego grafika, świetny fotoszopiarz to musi być…

Bo czy to może być prawda?

Listopad? Serio? No wiem, że nikt nie czeka – poza reniferami i elfami tego z Bieguna – na Jul jak ja, ale to już tak niedługo. Wiecie, że boję się jak dziecko, że niczego nie dostanę? Szaleństwo!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz