Pan Tealight i Koniec Świata…

„Koniec Świata był chudym, dziwnie obcisłym i pozbawionym łagodnych płaszczyn, zmaltretowanym, niskim i dziwnie fizycznie pokręconym mężczyzną, o rzadkiej brodzie i nierówno rozprowadzonych grudach żółtawego żelu na silnej łysinie. Co najmniej dwa machy i nie będzie ni włoska, ale na razie grunt to trzymać połysk… Przede wszystkim był jednak znerwicowany i cierpiał na chroniczne bóle w lędźwiach, z powodu ciągłego wywoływania do odpowiedzi… Ktoś mu kiedyś powiedział, że jego czas nadejdzie tylko raz, ale się mylił.

Narodził się wraz z Początkiem, bliźniaczą siostrą, strasznie upierdliwą i zadufaną w sobie. Obnoszącą się ze swoim dokonaniem, tą całą kreacją, przemianami, pomysłami i dokonaniami… czuł się przytłoczony od dnia, w którym Matka, Wielka Kosmiczna Zupa, wypchnęła ich ze swego łona. Bo on miał tylko jeden pomysł, a dokładnie wiele pomysłów na jeden czas. Problem w tym, że Początek nie zamierzała go dopuścić do głosy, ale też przebiegle i umyślnie, by potwierdzić swoją najwyższą pozycję, oraz mydlić oczy opinii publicznej sortującej jej życie rodzinne, od czasu do czasu łechtała jego zasuszoną, zakurzoną, zasnutą pajęczynami wolę tworzenia. I pozwalała wysunąć kawałek nosa, by potem boleśnie mu go utrzeć tarką o małych oczkach. Od dawna jako zakładników trzymała w swoim pałacu Trzech Jeźdzców Apokalipsy – miniaturowawe wieczne pudelki Końca Świata, więc i tak było wiadomo, że nic z tego, a jednak… zawsze dawał się nabrać na te jej siostrzane obietnice.

Chciał żeby Matka była z niego dumna, znaczy z niego też…

To dlatego Pan Tealight zaprosił go tym razem oficjalnie na Yule, no szkoda mu było tej galopującej łysinki. Ot takie święta w wiedźmowym stylu, w pełni wolności braku krzesł, stołów i obowiązku objadania się, w przestrzeni świata i czasu, bez reguł i z prezentami… w końcu od przyszłego roku Sklepik z Niepotrzebnymi przeprowadzał się do nowego domu! A Koniec Świata mieszkał w Księżycowym Kokonie w Niewidzialnej Zatęchłej Piwnicy, gdziekolwiek Sklepik przebywał. Cóż, z powodu zaproszenia kutego w kamieniu, stylizowanym na kalendarz pewnych Majów zbyt wielu wydawało się, że są zaproszeni, ale co tam…

Trzeba było czytać dokładnie, a nie tylko zakładać, że jesteście tacy ważni!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zabójcy bażantów” – powieść straszna, brutalna, okropna i odzierająca ze wszelkich złudzeń krainę zwaną… Danią.

Jussi Adler-Olsen to pisarz cholernie niewygodny! Dziwię się, że jeszcze nikt go nie uciszył. Naprawdę. Mimo wszelakiej wolności panującej w Danii, on wciąż naciąga owe utrzymujące go w stanie pisarskim sprężyny i męczy, wyciąga sekrety, mota, opowiada się za tym, co strasznie niewygodne. Porusza tematy, których większość unika stosując tzw. poprawność polityczną.

I jest świetny.

Dobitny, prawdziwy, wprost naturalistycznie brutalny. Ten tom ponownie porusza kamienie zwane: wolność, równość, rasizm, przyjaźń, odpowiedzialność… i wiele innych. A wszystko zaczyna się wiele lat temu, gdy grupa uprzywilejnowanych dzieci zamotana zostaje w sprawę pewnego morderstwa. Teraz, jako władający światem nie chcą by pewne sprawy wyszły na jaw. Ale czy w rzeczywistości chodzi tylko o tę, pozornie rozązaną sprawę, a może za nią kryją się inne sekrety? I kim jest dziwna żebraczka? Kto ukrywa się w stertach cuchnących szmat?

Kto tak naprawdę jest ofiarą, a kto złem wcielonym…

Merry Jule dla mnie!!! Wiedzieliście, że wiedźmy posiadają jedyną w świecie umiejętność rozciągania tzw. świąt zimowych w czasie i przestrzeni? Czyli ja w osobie własnej trójosobowej, ciągnę od 1 do 21 grudnia, co najmniej!

Najlepszego!!! Pluszowym i innym gatunkom też, a co! Oby napadł na Was Duch Świąt i by nie skopał Wam zbytnio tyłeczków i innych części ciała! I oby nie był to ten od Dickensa!

Straszny jest na serio!!!

Wyspa życzy wszystkim, by zaczęli naprawdę czuć, widzieć, słyszeć… żyć. Tak w pełni wolności, którą każdy tak naprawdę posiada. Choć niektórzy będą musieli nieco ją odgruzować, ale warto!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Dymna…

„Bała się.

Tak po prostu, zwyczajnie i nad podziw normalnie. Wyrażała obawy trzęsąc się panicznie, rozrzucając litery, całe zdania, a nawet i strony. Zamykając mocno oczy wierzyła, że nie widziane oznacza nie istniejące… Ale też nie zostawiała wszystkiego na ostatnią chwilę. Nie czekała. Dmuchała na zimne i choć tykała żar, dobrze wiedziała, że parzy się, bo podobają jej się blizny.

Ale z Wyspą było inaczej. Ten związek wymagał ochrony…

To był pierwszy raz. Pan Tealight i Chowaniec zanieśli to co chciała na Plażę Dusz, a Chochel ten jeden, jedyny raz, miał na sobie więcej niż jedną część garderoby. Zabrała ze sobą wspomnienia i siły, marzenia i intuicyjne drżączki. Nie zauważyła nawet Ojeblika, małej, uciętej główki przystrojonej w ostatnie dzikie jagody i jabłuszka… ociężale toczącej się i nie umykającej przed falami. Ktoś będzie się musiał wysuszyć. To była jej pierwsza Yule Eve w Gudhjem i nie chciała widzieć nikogo poza Wyspą. Nikogo poza kamieniami i ziemią, piaskiem i korzeniami… konarami i drzewami, splątanymi w uściskach zakazanych uczuć krzakach i trawach. Nikogo poza domami i mostami, drogami i ścieżkami. Nikogo poza szałwiowym dymem. Tylko w tej postaci, dziwnie poszarzałej, lekko niebieskawej, lotnej, ale i skupionej wokół jakiejś dziwnej komórki, przetrząsała i macała Wyspę u jej atomowych podstaw. U tych najmniejszych i najbardziej dowcipnych, umykających naukowcom, wywalających jęzory i chichrających się po kątach załamanych płaszczyzn nieznanych Wszechświatów; tych nieistotnym dla niezbyt wysokich, co mimo to nosili głowy w chmurach. Niemożliwych do pojęcia dla zwolenników chwiejnych morskich fal, zbyt ociekających podróżowaniem. Bzdurnych dla budujących kościoły z piasku i pozwalających im osuwać się w odmęty religijności. Zbędnych dla tych, którzy patrzyli tylko w przeszłość i tych, którzy zapominali o przyszłości… a teraźniejszość, cóż, miała i tak niewielu zwolenników.

Jako Dymna Wiedźma, wciskała się wszędzie i poznawała każdy sekret, aczkolwiek niekoniecznie z własnej, nieprzymuszonej woli… w końcu zachowania seksualne sąsiadów nie zawsze są intrygujące, a podglądactwo nie leżało w gesti ślepej Wrony. Ważne było to, czego mogło dotknąć, a to też zmieniało podglądactwo w coś bardziej niebezpiecznego. Higiena!!!

Widziała mackami lotności wszelki ból i wszelkie niebezpieczeństwo. Zatapiała niechciane i wyciągała upragnione. Łatała dziury i odgruzowywała zatory. Budziła zaspanych i usypiała tych, którzy burzyli się przeciwko przymusowemu odpoczynkowi… nuciła nawet kołysanki, choć to naprawdę przerażało. Nuciła tym pod kurhanami. Tym, których nikt nie chciał obudzić…

… jeszcze.

I bała się, że czegoś może nie dopatrzyć, o czymś może zapomnieć. I drżała. Łaskocząc Wyspę od totalnych podstaw!

… a Wyspa się śmiała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie podoba mi się to, w jaki sposób media, a i pewne jednostki trudne do określenia jako zbliżone do ludzkich, zarażają wszystkich strachem.

I po co? Czy nie lepiej rozśmieszać… albo choć nie rozrzucać na wszystkich swoich własnych smutków?

I robić prezenty!!! Kocham robić prezenty i przyznaję, że kocham je dostawać… i kompletnie, totalnie i niezbyt pruderyjnie jestem niecierpliwa!

Bo i na co czekać?

Czekanie jest przereklamowane… a przynajmniej w niektórych sprawach. Po prostu wszystko jest takie nieprzewidywalne. Trzeba być szczęśliwie radosnym teraz, a przynajmniej próbować i jakoś tam umieszczać swoją własną gburowatość i granicach nie bolących innych… Bo nie warto być kimś innym, kimś dziwacznie wymyślonym przez kogoś innego, kimś, w kim się ani nie mieścimy, ani nam nie pasuje, koszmarnie uwiera w granicach genitaliów, a na dodatek dziwnie pachnie!

Zwyczajnie nie warto! Nie warto czekać na koniec świata. On tak naprawdę ma nas serdecznie gdzieś.

… jeżeli będzie chciał zrobić se jakieś fajerwerki, to zrobi takie, jakie będzie miał w kieszeniach!

Bo tak naprawdę jak nie miała początku, bo była zawsze, Wyspa nie ma końca. Radośnie niewielka, a jednocześnie potężnie ogromna zmienia postrzeganie odległości tych, którzy zdecydują się na jej klasztorne mury.

I o to chodzi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Inwentaryzacja Wiedźmy…

„Nagle BUF nagle PUF, ich para speców dwóch, rozmyślnie dorwała się do niej i ufffffffffffff…

Właściwie mieli najpierw zacząć rozmyślnie powoli, jak te żółwie, z wiekową, pomysłową i wyrafinowaną lekkością; machając jej cukierkiem przed nosem, paczką książek i dwoma pluszakami… choć inni mówią, że jak słonie ociężale mieli zacząć, choć też i wytwornie, bo tacy są… Ale jak zwykle pomysł zderzając się z codziennością tylko pisnął i dał nogę. A nawet wszystkie cztery, którymi wykończył drobiąc wycinankę, rogi karteczki, na której powołano go do życia. Bez planów Wielkiego Planu zapanowała swawolna anarchia, rozpuszczone włosy, rozdarte gorsety, połamane obcasy i latające elementy bielizny nader żeńskiej, a przywiązana do zmrożonego, lekko i łzawo topniejącego bałwana Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, płonęła wściekłością. Pluła malowniczo jadem, czasem nawet wydmuchiwała uszami kółeczka z krzyżykiem, a odbytem… cóż, też była kształtnie  kreatywna.

Pan Tealight zdawał sobie sprawę z tego, że będą problemy od samego początku, od chwili, gdy zaczął montować kamerkę z gnomami, coby uwiecznić to dla ubawu potomności i poprawy finansowej. Inwentaryzacja Wiedźmy Wrony!? Serio? Ale kto to wymyślił? Faceci w garniturkach i butach na wysoki połysk, których malutkie wycieraczki na czubkach i trolle na końcach sznurówek pluły i czyściły, pluły i czyściły i pluły i czyściły… I naprawdę nie znały jej. Nie wiedziały, że tego lepiej nie dotykać! Że to boli, a klątwy są nader skoczne i chętne przylepić się do kogo tam popadnie, a już obcy w lakierkach zdawał się nęcącym pomysłem. Ale miały swoje wytyczne. A Pani Wyspy zachciało się rozrywki, której obecnie szczerze i głośno żałowała. Ale było za późno. Przywiązana sznurami, kablami i koronkową firanką do drzewa – Czereśni Strażniczki – jej nietypowa Wiedźma została poddana woli Wielkich Mierniczych i Pomierzaczy. Chcieli wiedzieć co i dlaczego, ile zostało i ile weszło gdy wyszło, jak się skumulowało i jak przetworzyło. Chcieli wiedzieć. Nie poznać. Wiedzieć wszystko. Ot tak zwyczajnie w tabelkach. Lub w postaci wykresu. Brak współpracy jednostki mierzonej przewidzieli. Opór dookolnych jednostek też. Nawet pole siłowe i zestaw klamerek na nosy.

A jednak coś poszło nie tak…

I ngale BUF i nagle PUF i para i gdy pojawił się Pan UFF było zwyczajnie po wszystkim! Ale obrażona Wiedźma Wrona bolała fizycznie.

I to kurcze przed JULem!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie robię rocznych podsumowań i nie planuję czasu, który ma nadejść. Jeżeli coś mam zacząć, zaczynam to, jezeli cos mam skończyć, kończę… nie czekam, bo tak napawdę nie mam czasu. W końcu nie wiadomo kiedy naprawdę wybije nam „best before”? Kiedy skończy się ten czas przydatności wszelakim, nigdy przypadkowym okolicznościom? Niczego nie można być pewnym…

… nawet tego, że wstanie dzień!

Czekanie nie ma sensu. Lepiej wypełniać otrzymany czas, niż siedzieć i bezczynnie patrzeć na jego przemijanie, przelewanie, odlatywanie. To dlatego nie posiadamy od razu wielkiej mądrości, dlatego uczymy się, ale też dlatego zapominamy… Czas nas zmienia. I w rzeczywistości teraz, w tym momencie i miejscu, możemy udźwignąć tylko tyle wiedzy i doświadczenia…

… ale czasem ważne jest, by przeszłość kopnąć w dupsko na dowidzenia, a czasem zatrzymać i tulić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Tęsknota w Topnieniach…

„To był kondukt pogrzebowy. Powolny, nieustępliwy, wymuszający ograniczony ruch tych nieświadomych smutku. Może nie integralny, może i intrygująco zbyt barwny, może niespotykany, niecodzienny a nawet niedzisiejszy… ale jednak była to jak najbardziej procesja ku czci umierających.

Odchodzących.

Ot, bolesne pożegnanie nie pozbawione lekko ekshibicjonistycznej, łkającej nadmiernie pozy.

Oj tak, to odejście było najbardziej wodnistym, jakie dotąd widziała Wyspa. Wzruszającym i skomplikowanym. Jednocześnie głupkowato zbędnym, z drugiej strony naprawdę zaciskającym usta, uroczym przedstawieniem. Bo w tym odchodzeniu i żegnaniu się była jakaś pierwotna naiwność, pozbawiona naukowych definicji manipulacja. Było to pchnienie serca, łkanie dusz i rozdzieranie niematerialnych welonów, pod którymi skrył się prawdziwy ból. Pozbawiony jakiejkolwiek przesadzonej, jaskrawej modyfikacji genetycznej. Ten sam ból, który odnajdywał się za każdym razem, gdy kogoś przekonano, że baśnie się nie wypełniają, marzenia nie spełniają, a upragniona rzeczywistość, to bzdurne mamrotania starych panien. Coś, czego nie chciałeś zaznać, coś kim nigdy nie chciałeś się stać… ale jednak wciąż trzymałeś gdzieś w okolicach wątroby małą klatkę, z ciasno spętanych włókien, w której trzepotała się spętana i niedokarmiana… nadzieja.

Był to czas Tęsknoty w Topnieniach. Czas dziwny, powtarzający się, dla wielu jakże dziwacznie abstrakcyjny, nadmiernie upierdliwie częsty, gdy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki żegnała topniejący śnieg. Ale nie grupowo, nie. To byłoby tak zbyt łatwe, nadmiernie zrozumiałe, wymagające wyłącznie jednaj łzy z każdego z oczu… Nie, ona robiła to inaczej. Płatek po płatku. Wysmakowanie. Tworząc dla każdego z nich, indywidualnie kopczyk ziemi lub kamieni, stawiając krzyżyk, rysując gwiazdkę, kładąc kamyczek lub zmrożone płatki kwiatów… budując łódeczkę, którą płonącą puszczała na fale, upuszczając je w naczynia, wydmuchując w powietrze, topiąc na malusieńkich stosach… lub zwyczajnie wystawiając na drzewnych marach.

Po kolei. Jeden za drugim otrzymywał imię i status wypełnionej misji… podziękowanie i smutny uśmiech.

Żegnała każdy z nich. Osobno… Każdy przecież tak inny od reszty, tak pachnący i ulotny, tak bardzo wymuszający redukcję własnej ciepłoty i fluktuacji powietrza w samej Wiedźmie. Niepowtarzalny… możliwy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Niepokój” – czyli powieści o wilkołakach mamy wiele. Owłosione potwory, tudzież milusie pluszakowe niecodzienności zależne od Księżyca i jego fluktuacji wagowej, jest z czego wybierać. A jednak Stiefvater udało sie stworzyć coś więcej, coś innego, coś…

… coś baśniowego, a jednocześnie współczesnego. Pozbawionego magii i przepełnionego nią. Coś stałego i zimowego, jakby ocalałe w sercach rozbryzgi lustra Królowej Śniegu i coś topniejąco ulotnego. COŚ. Opowieść o miłości. O skrzywdzonych, niezrozumianych, walczących i tych, co się poddali… historię siły, która tkwi w każdym z nas, jeżeli mamy w sobie odwagę z niej skorzystać.

Śnieg odchodzi… w każdej drobinie zabiera ze sobą tą urodę, ulotność odziania, wszelakiej możliwości. Porywa ten fascynujący, czysty i ostry zapach, odsłania to, co miało zostać zapomniane, znowu przynosi…

Tęsknotę…

Wspomnienia czasów, gdy tarzanie się w zimowej pierzynce było normalną czynnością, a pożeranie sopli nie groziło rozstrojem żołądka. Czasów?

A może ludzi?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Madame Sti…

„Madame Sti była skomplikowana. Raz nadzwyczajnie prosta, raz rozmyślnie kręta. To pędziła przed siebie przecinając brutalnie horyzonty i otwierając drapieżnie przestrzenie, rozdzielając miedze i rozczepiając splątane gałęzie… to znowu zwalniała. Krążyła dookoła każdej kępki traw, każdego zagajnika i przerzucała mosty przez każdy, choćby sezonowy ciek… Była sobą. Istotą nieistotności, przydatnością nieprzydatności i potrzebą oznaczenia tego, co względnie bezpieczne. Tylko, że tutaj na Wyspie, mogła być czymś więcej. Czymś co czasem się burzyło, zarastało, zalewało… co przestawało istnieć, jeżeli tylko taki miała kaprys. Była powalonym pniem, ot względną przeszkodą, dbaniem o istotną skoczność spacerowaicza i wędrowca. Była kupą pułapką, dostatecznie lepliwą, by przypominać o sobie przez dłuższy czas… i była obecnością. Choć tak naprawdę nikt nie wierzył, że w ogóle istnieje. W końcu można iść nawet nie wiedząc, że właśnie po niej stąpamy. Bo przecież nie każda droga jest przycięta, wydeptana i ogołocona z większych kamieni, niczym migoczący szlag między skałami.

I Pan Tealight się zakochał. Tak zwyczajnie. Nie tak jak wtedy, gdy jeszcze jego wybranka miała igły… gdy świat był względnym początkiem. Ale też nie jak wtedy, gdy pokochał Panią Zimy. Zakochał się inaczej, zresztą może i nie było to zakochanie a tylko lekko bolesne, niezrozumiałe, zaczerwienione zauroczenie? W końcu jego miłość do Mroźnej Damy była czymś silnie raniącym, czymś co pominięto w zeszłorocznym sprawozdaniu, a co nagle wróciło… ot tylko kilka dni temu i zapukało do wiatrakowego okienka.

… i nikt nie odpowiedział.

Problem w tym, iż Madame Sti zawiadywała każdą drogą. Każdą mniejszą od szosy i asfaltowej czerniny. Każdą skrywającą pułapki i mącącą mirażom ich własne drogi. Tak po prostu, zwyczajnie. A w końcu drodze zawsze się wierzy. Że doprowadzi nas tam, dokąd wiedzie, dokąd napisano, że prowadzi… zawsze wiadomo było, że idąc wytyczoną ścieżką nikt nie zabłądzi. Cóż, nic bardziej mylącego. Bo droga może mieć własny pomysł na cel swej drożności. W końcu nikt się jej zwykle nie pyta dokąd prowadzi, wierząc kłamliwym mapom i niedoinformowanym legendom…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Recenzja: „Rodzina na pokaz”

Śnieg szykuje się by stopnieć… tak jakoś dziwnie, oszukańczo i nie pytając się mnie o zdanie. Bezczelność!!! Ale z drugiej strony to jego decyzja. Śnieżnej Jego Wyoskości. Tylko czy to oznacza, że spadnie nowy, czy że tylko tyle go miałam tej Zimy?

Bo jednakowoż mi nie wystarczy tylko tyle… chociaż, czy kiedykolwiek mogę uznać, że „wystarczy – gotowa” jest określeniem dostatecznego, sezonowego wypchania wiedźmy śniegiem?

Cóż, jeżeli chodzi o tą jedną jedyną… NIE! Bo ja potrzebuję śniegu jak inni wakacji i torebki od prady, czy innego ajfona. Ja muszę oddychać śniegiem przez jakiś czas, by przetrwać cały rok.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Ono Światło…

„Pan Tealight od zawsze zdawał sobie sprawę z faktu istotności świetlistości. Ot naczytał się o promiennych licach, błyszczących oczach i zaklętych ognikach. Wiedział o gwiazdach wskazujących drogę, słonecznych pomieszaniach i księżycowych pogmatwaniach… posiadał wiedzę zapowiadających blasków i wszelakich piorunujących wstępów do istotności. Ale jednak jak przyszło co do czego, zapomniał o niej, tak jakoś nadzwyczajnie, a może i  niezwyczajnie.

A wszystko zaczęło się od walącej neonem Cholernej Tajemnicy. Była sobie taka dumna z tego istnienia, taka na widoku, taka obszernie górująca nad wszystkim i taka nagminna… a jednak pierwsze zauważyły ją Wiedźmy z Piecyka. Zauważyły i stoczyły pierwszą bitwę. Zwarły się z nią, potarmosiły, nadgryzły, nadżuły i… nic. Przegrali bitwę nim przegrali wojnę. Ale mimo to próbowali. Potem do boju ruszyła Wygódka, a ta miała swój arsenał wiekowy i donośnie aromatyczny… i przegrała. Smok z Komina od razu oddał walkowerem, co się będzie z babą tykał i ruszył na rekonesans. Problem w tym, że wyprowadzając się z poprzedniego lokum ktoś zostawił na ogniu potrawkę w starym kociołku. Na nader wolnym ogniu gotowała się już tak kilka miesięcy, od połowy lipca dokładnie i seryjnie doszła… aż nadto. Problem w tym iż jej aromatyczność pobudziła iskry i mężczyzn w czerwonych kombinezonach i czerwony samochód z drabinką… i nie było już powrotu do przeszłości minionej. Zatrzasnęła się w ołowianym pudełeczku u dawno pogrążyła w morskich odmętach. Wypełniła się i cudownie pokryła zmarszczkami, wyblakła. Nie chciała znowu być przywoływaną.

Tajemnica wygrała, bo wiedziała, że wygra. Senior Windmill zawsze należał tylko do niej i nie będzie się jej tutaj banda niepotrzebnych panoszyła, gdy ona cała odświeżona i w koronkach krochmalonych dotarła do niego z urlopu, w końcu może, ale jednak wróciła! Przecież urlop się kobiecie należał, a że on zapomniał o NIEJ WSPOMNIEĆ, cóż – z nim policzy się później. Jednakowoż… To był jej Wiatrak! A co jednej baby, innym won sprzed nosa.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki tylko popatrzyła na Tajemnicę i zrozumiała. W końcu pomimo wszelakiej odstępności od nazbyt epatującej kobiecości, to właśnie ona rozumiała najbardziej, babskie prawo do posiadania… nadziei na wyłączną miłość. Dlatego tylko się skłoniła, zostawił promocyną torebkę karmelków, potrząsnęła głową i wycofała się… Zresztą i tak miała już inny pomysł i bardzo śliczny, choć bardzo nikomu niepotrzebny biały domek z dobudówką. Domek z namiotowym daszkiem i czasową formą ukrywającą. Widoczny tylko, gdy Zima na to pozwalała. Domek za Rzeczką o Zmiennych Humorach i Mostkiem, o którym nikt nie wie. Bezpieczny, za aromatyzowaną i ekologicznie barwioną Owczą Polanką i zdrowo przycietym Wypasem Pegazów zbyt Brązowych. Tam, gdzie Nader Niedopieszczone Jednorożce miały swój wypasiony, grzeszny żłób i dotykały ich wyłącznie te, których dotknęli już inni… a potem porzucili.

I to tylko kawałek od Chatki Wiedźmy.

Bo czasem oczywiste zbyt się skrywa, a i istnieje możliwość, że ono światło, ot zwyczajna taka przynależna odgórnie, choć widać, że dość okrutnie narzucona Panu Tealightowi Gwiazdka Zwiastująca, obeżre się i nie będzie miała sił by podskoczć na skłon nieba. No bidula zatopi się w śnieżnej zaspie, uszumi w pożółkłych trawach. I wskazać nadchodzącą drogę zapomni, wspomnieć, że coś się wydarzy jakoś jej umknie…

Gwiazdce w końcu też się urlop należy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jak bardzo wiedźmowata jest Wiedźma? Cóż po skrawki paznokci i końcówki włosów. A co sobie będę żałować… Za to na pewno mam mistrzostwo jęczydupstwa w stopniu profesora zwyczajnego.

Doprowadzone nim do ostateczności osoby, jak mój Ukochany Chowaniec, są w stanie dać mi prezent Julowy dwanaście dni wcześniej. Może niekórzy opacznie nazwali by to upierdliwstwem, ale się nie znają. To sztuka. Sztuka drążąca, sztuka misterna, sztuka jakże niedowolona…

I jaki kapitalny jest Soren? Po co czekać? Zresztą serio zimno mu było w tym zielonym pudełeczku!

I wiecie, że zima jest taka, jaką sobie wymarzyłam!?

To dość przerażające… niby wiem, że wiedźmom marzenia się spełniają, co prawda mają problemy z chronologią i stare kalendarzyki, ale są cholernie pamiętliwe. A jednak… zawsze mnie to zaskakuje!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Jeździec na Snestormie…

„Miał nawet gogle…

Stojąca na środku drogi – wytyczonym idealnie przez zestaw sznurków, dwie ekierki i cyrkiel z rysikiem – postać, odziana była dość kompleksowo. Przede wszystkim miała na nogach wielkie, włochate kapcie. Może i odpowiednie bardziej do rozleniwionego, ciepłego wnętrza spa, niż lodowej, wietrznej przestrzeni, ale za to malowniczo różowe i w ciapki – wyglądały pzerażająco żwawo i jakby żywo? Potem były rajtuzy. Wyraziście czarne i jakoś tak nadmierne. To znaczy prawdopodobnie zaczynały się tam gdzie kapcie, ale jednakowoż kończyły się w granicach pach. To sprawiało, że zebrane pod nimi fałdy cielesności, oraz bluzeczek i sweterków, kanapek na drogę i dwóch butelek z wodą, nadawały Jeźdźcowi dość kosmiczny wygląd. Ale jednak jakoś stał na dwóch nogach. Chwiał się, ale dość stabilnie, jak na chwiejnego… Możliwe, iż zasługę za ową pewność postawy ponosił długi, granatowy, stabilizujący ruchy powietrza, lekko znoszony szalik, spięty dwiema srebrnymi szpilami, a może dziwnie połyskliwe uszy kiepsko skrywane przez czapę w kształcie głowy polarnego misia…

… może?

Jakoś wszyscy obserwujący owo zjawisko, ci zakutani, obłożeni kocami i pierzynkami, chusteczkami do nosa i pieluchami, a nawet tworzący rajcowne, symbiotyczne związki z zagubionymi skarpetkami, do końca nie wiedzieli o co chodzi. Czekali od jakiegoś czasu na Snestorm. Na moment zagubienia się w ścianach, zasłuchania w wycia i pomrukiwania, totalnej nieodpowiedzialnej lenistwości… ale osobnik na drodze, który wyłonił się z oczekiwania, dość nagle i z dziwnym wizgiem czajnika, brutalnie wyrwał ich z otępienia i wymusił ten spacer w pierwszych lodowych powiewach i tańczących płatkach śniegu. Ale wciąż nie wiedzieli kim jest, wciąż jakoś coś im umykało… tak oczywiste, że przerażające… Może to przez te gogle? Nie prawdziwe, ale wycięte z tekturki i pomalowane srebrną farbą, potem wykończone cekinami i papierkami po czekoladkach…

– O nie, nie znowu!!! –

Życie rzadko ofiaruje nam to, czego pragniemy, ale czasem daje to innym i w ten sposób Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki na złość wszystkim załapała się na jazdę na Snestormie. Właściwie Snestorm też nie miał na nią ochoty, ale Życie chciało się zabawić. Uśmiać z poczerwieniałych ze wstydu uszu i policzków nagle starających się ukryć istot wszelkiej maści i włochatości. Pokpić z prób zatrzymania wyślizgującej się, oblepionej szorstkimi płatkami niezbyt aerodynamicznej sylwetki. Poklepać Chochela, chochlika pisarkisego Wiedźmy Wrony, który naciągnał sobie gacie na głowę i zniknął w czymś, co wkrótce miało zostać zaspą… I wszystkim oznajmić donośnie, że nie dość, iż tak pozwoli JEJ na tę jazdę, tak dokładnie wie kim owa Jeździec jest, to jeszcze na dodatek wie… z kim owa zwyczajowo przebywa.

PS. Zapamiętać. Chowaniec Wiedźmy rozpoczyna procez bałwacenia przy -3 stopniach i kiepsko znosi rozmrażanie. Strasznie siąpa!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Nowe imperium. Szmaragdowy sztorm” – powieść dwutomowa i naprawdę dobra. A dokładniej tom 3 i 4 pewnej potężnej historii. Historii o tajemnicach, o pragneiniach, zawiści, nienawiści i… miłości. Opowieści o tym, jak przeszłość oddziaływuje na teraźniejszość, jak ważna jest przyjaźń i że tak naprawdę przeznaczenie to prawdziwa bestia.

Uwielbiam Sullivana. Jest jak doskonała maszyna. Splata ze sobą wątki, miesza, a potem nagle cała ta fantastyczność nabiera rumieńców, klocki wpadają na swoje miejsca i maszyna… leci. I ten jego język! I bohaterowie. Niby wszystko im wolno i szlag mnie trafia, bo chciałabym dopasować ich inaczej… a jednak na końcu wiem, że dobrze iż to nie ja nimi poruszam. Choć czy tak naprawdę ktoś nimi porusza? Czy istnieje jakiś demiurg? Czy możliwe jest, by oni byli tylko… elementem papieru, tuszu drukarskiego…

… nie?

Snestorm wieje i wyje, duje i szumi. A śnieg się nie lepi. Ale to nic, ważne że jest biało. I tak zabawnie, erotycznie nagminnie nago… Śnieg ma znowu w sobie ową moc wybaczania. Nie tylko ukrywa brzydotę, zmywa grzechy, ale też dodaje nowego uroku temu, co było już nazbyt znajome.

Taki w tym roku jest drobniutki i sypki. Niczym magiczna kaszka. Mieszanka niestrawionych opłatków, wieczysta chłodna możliwa w niezmierzonej ilości kształtów komunia. Pobranie? Ot wystaw język, zmywam twoje winy na wieki wieków… lub do kolejnej zimy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Chowaniec Chrapiący…

„Mówią, że gdzieś są skrzydła… motyle skrzydła.

Na pewno są one motyle, nadmiernie zdobne i przypudrowane posypką brokatową, w końcu to… motyle latawki! Bynajmniej są sobie te skrzydła i robią to, co zwykle skrzydła robią. Poruszają się z naturalną gracją i dziwnie połyskują słowami: „jestem pępkiem świata”. Tylko, że akurat te skrzydła nie wznoszą ciała, tylko wachlują początki… Rytmicznie uderzają masy powietrza, a one uderzają kolejne, te znowu kolejne, potem czas na wodę i fale, drzewa i szum, na kamienie i ich śpiew, oraz na to wszystko, czego dotknęła ludzka ręka… I zaczyna się. Wieje, twisteruje, burzuje i miażdży, przypomina, że Natura jest nieobliczalna i nieprzewidywalna.

Jaka jest prawda?

Jest sobie posłanie w pewnej chatce, na jedynej takiej Wyspie. Leży tam Chowaniec Wiedźmy Wrony i chrapie. Choć nie, zaraz, on nie chrapie tak zwyczajnie, zgodnie ze znanymi definicjami. On co noc tworzy czystą, dziewiczą esensję chrapania. Bulgoty i posapywanie zmienia w nuty, dorzuca garść kaszlowych, a nawet gruźliczych krztuśnięć, parę falujących smagnięć nozdrzami, potem lekki bełkot gardłowy, przełyka donośnie, wachluje się ustami, by nagle zaświszczeć i zakończyć przerażającym dławieniem – i Wiedźmie Wronie Pożartej stają wtedy wszystkie dusze na baczność, by przytrzymać serce i z sierpowego pobudzić je na nowo – Bo owo najgorsze następuje z nienacka, nigdy nie wiadomo kiedy, wymaga więc pełnej gotowości. Zaczyna się, gdy Chowaniec na chwilę pozwala dźwiękom opaść, wyciszyć się, przynieść nadzieję względnej spokojności, przykręcić muzykę, zwolnić w końcu, może nawet zasnąć (zawsze się wszyscy na to nabierają)… i potem wybucha donośnym, oskarżycielskim chrapnięciem, podnosi się jednocześnie tocząc z ust pianę i szukając mętnym wzrokiem dookoła tego, co zawinił. Co brutalnie i nieczule przerwał ów, jakże męski i ambitny, twórczy proces wszelakiej destrukcji.

Bo to nie był on!

No gdzie tam!

On jest przecież owym wybrańcem. Początkiem wszelakich katastrof, specjalistą od twisterów, snestormów oblepiaczy, oraz fal pożerających kontynenty i zwołujących meteoryty! To jego chrapanie budzi siły wiatrów, zwołuje chmury i składa w równe wiązki błyskawice. Jego świst nawołuje fale, a nozdrza rezonują z tym, który trzyma ziemię. Ale wiecie… motyl brzmi lepiej!

PS. Chochel zdrajca zwija się w nogach posłania Chowańca i śpi… tylko on śpi przy TEJ MUZYCE!!! Gwoli ścisłości śpi jak zawsze w stroju narodzinowym, co TROSZECZKĘ rozśmiesza niewyspanej Wiedźmie całą sytuację.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: trzy powieści Kathy Reichs, którą lubię od zawsze, od pierwszej powieści. Naprawdę. Lubię za ten naukowy sposób opowiadania, za specyficzną prawdziwość a nawet naturalizm. Choć głównie dlatego, że sama lubię kości… Wszystkie „206 kości”.

Problem z powieściami Reichs jest taki, że istnieje serial „Bones”… i jak ktoś oglądał, to sorry, ale książki mogą Wam się nie spodobać. „Starożytne kości” zabiorą Was w podróż dość ryzykowną, wymuszającą potem grzebania w internecie, a może nawet O ZGROZO! w bibliotekach.

Bo jak zaczniecie myśleć, to umarł w butach! Oczywiste dotąd może się okazać dopiero początkiem!

Wszystkie trzy tomy wciągnęły mnie, zmieszały i zaskoczyły. Po raz kolejny ktoś mnie kopnął w dupsko i kazał być dumnym z tego, no wiecie, tych literek przed nazwiskiem. Świat ostatnio tak wszystko chce od razu i najlepiej bez wysiłku… Reichs jako jedyna odważa się na ostre słowa. Nie owija w bawełnę, ale raczej celofanik, przez co pocą się umysły. Prosto wykazuje, że studia są ważne. Że ambicja jest istotna, a ciężka praca konieczna. Każdy tom to osobna historia. Każdy opowiadając o kościach, po raz kolejny mówi o człowieczeństwie. O tzw. ludzkości, którą niszczy chore postrzeganie współczesnej rzeczywistości i dziwne tęsknoty – „Z krwi i kości”.

Mój świat jest biały i czeka na snestorm… No pewnie, że ja czekam najbardziej, cała reszta tworzy już legendy! Bo i czemu nie, dla współczesnych każdy stres jest dobry. Ot pryszcz, ot zmarszczka, ot natura. Bać się należy wszystkiego, bać się, bać się i w ogóle nie rozumieć. W jakiś sposób zapomnieć o tym, że zima jest zimna, a lato gorące. Człowiek się starzeje, oj taka biologia. Każdego to czeka… jeżeli będziemy mieli szczęście.

Czeka człowiek na nowe strachy z jednej strony spanikowany, z drugiej zaciekawiony! Na snestorm też tak czekają. Głoszą koniec świata, bo czemu nie. A może ten świat ma własne plany? Może już uwzględnili nas jako powracające co roku bałwany… i tylko nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ciągle topniejemy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Głupota Ludzka…

„Głupota Ludzka, tak z czystej zazdrości bardziej, niż fizycznego zapotrzebowania, pożarła Podłość L. i potężniejsza o kilkanaście rozmiarów, objęła łatwo władzę. Nikt się nie sprzeciwił przecież.

Bo i po co, no i czy jest komu?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki zwyczajnie przeczekała to pod stołem. Za murem z książek, jednocześnie konsumując i będąc spożywaną, przeczekała. Spłukana litrami zielonej herbaty, ogłuszona czym się dało, no i do czego dosięgły jej krótkie rączki… przeczekała. Bo tak naprawdę Wiedźma Wrona najbardziej bała się trzech rzeczy: Zegarów… tego ich chodzenia bez pokonywania odległości i potrzeby butów, dziwacznego bimbania i nazbyt głośnego, nachalnego, jakże egoistycznego obznajmiania świata o swoim istnieniu, oraz cholernych kukaczek. Zegarów stojących się bała i tych na rękę, wiszących i leżących, cykaczy i kołysaczy. Kiedyś nęciły ją cebule, ale z czasem przestały. Cykania się bała i kurantów, melodyjek, a nawet dołączonych kalkulatorów – mówiłam, że stara jest! Potem bała się Telewizorów. Ich mocy połykania świata, mordowania wyobraźni, owych ciemnych dziur, zdolnych pochłonąć wszystko to, co się tam nie zmieści, oraz tego, co nazbyt wolne i ulotne. Chwil. Pasji.

A nawet pożądania…

Ale najbardziej zawsze bała się Ludzi, a pośród Ludzi: Głupoty i Podłości. Po tym jak się połączyły, jej strach wysforował się na przód, pędził jednym torem i wzmocnił oddziaływania na wszelką wiedźmią nietypowość. A pod stołem w Chatce Wiedźmy istniało to, co nie istniało gdzieś indziej. Pod Stołem była prawdziwa, dostępna rzeczywistość! I bramy do wszelkich innych światów. To co było i być miało, ale nie to co zwano teraz. Zresztą ktoś musiał pilnować innych światów. Zakrywać dupskiem wszelkie szpary i furteczki, dziwne szafy i zasłony, kotarki oraz parawaniki… leśne przecinki i wodne lustra. Wiedźmie dupsko dobrze się do tego nadawało szczególnie teraz, gdy zwykle i tak nieprzestrzegająca granic Głupota Ludzka, otrzymała paszport na wszelkie światy i teraźniejszości. Ale wciąż jeszcze dawała się zaślepić.

Na przykład dobrze utoczoną na końcu języka kulką chleba… PAC PAC PAC!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dar wilka” – … uj nie urzekła mnie ta historia. Jakoś taka rozwlekła, niby poetycka, niby filozoficzna, a jednak… Wszystko wygląda jak Lestat, któremu nagle problemy z owłosieniem przerwały dotychczasową egzystencję! Można przeczytać, ale do końca nie wiadomo po co, dla czego, a raczej… kogo?! I gdzie to zaskoczenie, gdzie jakieś napięcie.

Co się stało Pani Rice?

„Złodziej dusz” – zaskakująco dobra historia, nawet więcej. Chociaż wkurza mnie kreowanie autorki na P. Briggs. Ona sama w sobie jest już dobra, jest taka cudownie „jakaś”, nie musi się wzorować, ma własny pomysł na świat! Po kiego to od razu mówić, że ten to jest jak tamten… wiem wiem, bo tamten znany, ale dlaczego Aneta Jadowska nie może być znana z tego, że jest sobą?

Albo jej bohaterowie.

Aj! Tacy duper super fajowscy bohaterowie. Grzecznie-niegrzeczni, flirtujący ze zmysłami czytelników, a jednak bez nagminnego epatowania rytmicznymi ruchami. Oj, bo Jadowska umie napięcie stworzyć, podkręcić, ale nie puszczać! I ten świat, jakże prawdziwy. Czekam na więcej! Bo już podobno blisko druku, więc w napięciu, pełni mocy PMSa czekam!

Chciałam być zadowolona przez śnieg i co… i chyba się wystraszył. Było nie używać tak jakże wieloznaczeniowego określenia na podniety, bałwany, sopele… szczególnie na owe falliczne zmarzźluchy! Ale cóż, stało się. I teraz albo pada w nocy, a rankiem już go nie ma, albo tylko wypuszcza kilka płatków z niebios – pewno to te aniołki, zawsze miały kosmate myśli, no i nigdy za mną chyba nie przepadały, pewno przez te sukieneczki i wielkie gacie, które noszą, w końcu tam musi wiać, co nie; no i te ich bariery, seksualne napięcia i rozcięcia… pewno to? – kilka płatków… kurde! tylko kilka płatków, toż to tortury okrutne!!! Musi być sprawa aniołków!

A te płatki wiecie, tak tańczą i tańczą i tańczą… a zaspów to nie ma komu robić! Baleriny niedotykalskie no! Trącasz, a to od razu omdlewa i topnieje. Ja już naprawdę nie wiem co z nimi!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Chowaniec, Seryjny Zabójca Bulgota…

„Łazienka w Chatce Wiedźmy była dość zwyczajna. Miała co prawda bzika na punkcie parowego, wnikliwego oczyszczania kafelków, ale poza tym norma. Zaborczy, lekko zboczony prysznic, który czasem kierował się tylko sobie wiadomym kierunkiem strzału, umywalka śpiewająca, lustro wybitnie odpychające odbicia i toaleta… co to na razie nikomu dupska nie wciągnęła.

I było jeszcze Wiecznie Oszronione Okno.

Jednak najbardziej upierdliwym elementem wszelkich łazienek jego życia, się znaczy egzystencji Chowańca od czasu poznania Wiedźmy Wrony Pożartej, był Bulgot. Pojawiał się w każdym domu, gdzie mieszkali. Zawsze gotowy, towarzyski i rozmowny. Lekko ekshibicjonistyczny i może nadmiernie ciekawski, ale też sympatyczny, bo jest z kim pogadać podczas ablucji. No tak, lokował się w odpływie prysznica, karmił się – jakoś nikt nie pytał go o dietę, tak dla dobrej perystaltyki jelit wskazane – i tył. A gdy tył, to wiadomo robił się większy i większy i… jeszcze większy.

I wtedy Chowaniec go mordował.

Najpierw była łagodna perswazja, ot zachęta ku diecie, ku może zmianie trybu życia, na przykład na rzeczny, morski, tudzież naprawdę prowadzony w innym wymiarze – choć Chowaniec dobrze wiedział, że Wiedźma przepadała za zatykaczem. Najgorsze, z czego nie zdawał sobie sprawy to to, że Bulgot kochał Chowańca i kochał Wiedźmę Wronę. Kochałby nawet Ojeblika, małą uciętą główkę, ale z niewiadomych powodów nie była wpuszczana do Łazienki. Nie chciał się z nimi rozstawać, więc starał się nie tyć. Ale za każdym razem im bardziej się starał tym bardziej tył. Ze smakiem pożerał wlewane w niego płyny i wrzucane, musujące kulki. Kiedyś odwiedził go nawet Fachowiec, ale co tam, świat należy poznawać. Skusił się wtedy na ten wypad do rur sąsiada. Nie podobało mu się, więc wrócił. Zawsze wracał. Pozwalał Chowańcowi wierzyć w każdą popełnioną zbrodnię i wartki strumień odpływu… do czasu.

Bo nie ma jak w domu, a dom twój, gdzie odpływ twój!

PS. A może chodziło o to, że Bulgot czasem chciał się przytulać, a Chowaniec… niechętnie? Kto ich wie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Nevermore. Cienie” – czyli tom drugi opowieści o pewnej nietypowe parze, krukach i pisarzu nazwiskiem E. A. Poe.

Czirliderka i coś w stylu gota, oj pewno, że do siebie nie pasowali… a jednak. Coś się wydarzyło. Tamtej nocy, począwszy od dziwnego zadania, szkolnych dylematów, po krainy ciemności, dziwnych stworzeń i prób. Bo czasem jeśli kogoś bardzo głośno wołasz, kimkolwiek jest, w końcu przyjdzie.

Ten tom jest mroczniejszy, rozgrywa się na dwóch połączonych ze sobą płaszczyznach i nie ma w nim nic z poprzedniej różowości naszej bohaterki. Nie ma też jego, ale jeżeli ona się poświęci… może coś, co nazwać należy miłością pierwszą, wygra?

Może?

„Mroczne światło” – jest zaskakująco delikatne i brutalne zarazem. Drugi tom trylogii Livingston czerpiącej z dzieł Szekspira i mitów.

Nasza bohaterka rozbija się na pograniczu dwóch światów, niezdecydowana gdzie właściwie przynależy. Jedno jest pewne, do końca nie jest człowiekiem, tudzież wcale nim nie jest, a świat, którą ją otacza, choć to Nowy Jork, jest bardziej magiczny niż się komukolwiek wydawało. Elfy, wróżki, wiedźmy, od wyboru do koloru. Lepiej nie spoglądaj na tamtą sadzawkę, bo utoniesz! Tylko czy tzw. rodzice mają prawo wymagać od ciebie wszystkiego? Nawet TACY rodzice jak Mabh i Oberon.

I co do licha z tą miłością! Dlaczego wszystko musi być tak nieszczęśliwe…

Moja Wyspa ma to do siebie, że nie baczy na terminy, w związku z czym Jul zaczyna się u nas z początkiem grudnia, a kończy w okolicach połowy tego miesiąca. I jest dziwnie. Jakby świat oddzielał tzw. komercje, tudzież zwykłe pragnienie ludzkie uśmiechnięcia drugiego człowieka, od czegoś większego.

Od magii, której do końca nikt nie pojmuje…

… zezwolenia na totalny odpoczynek, a nawet wyrazistego przykazu! Bo w końcu na Wyspie rządzi Wyspa. Należy się poddać, nie sprzeciwiać zbyt wyraziście, ale wnikliwie obserwować. I spać, kiedy tylko można. Bo przecież wiadomo, Wyspa wie lepiej i z tym lepiej nie zadzierać!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz