Pan Tealight i Wiedźma z Morskiej Pianki…

„Napadła na Wiedźmę Wronę pretensjonalna i wszystkomogąca Morska Pianka. Ubzdurzyło się jej falistej, że nurzająca się w wodorostach i nadzwyczaj mokrych kamyczkach, w liściach i wszelakich śmieciach, mało formiasta i mało definiowalna osoba, da się przekształcić w coś intrygującego. Ale ta się broniła. Odrzuciła Afrodytę od razu. Rozbiła srebrzystą muszlę i nie zgodziła się na bujne owłosienie… na głowie. Odmówiła jabłek, pierścieni, szat i podobno ma uczulenie na runo! Żadna mniejsza boskość urody nie zdołała też jej przekonać. Ani nimfa, nereida, syrena, satyryczka ni elficzka. Żadne muśnięcie delikatnością, ani owa srebrzystość perłowa skóry, pałające policzki, te rzęsy i usta, których karmin chciało się całować. Mogła mieć łuki i pantery kilka par dodatkowych rąk i wężową łuskę, mogła mieć skrzydła i moce, no i młodość wiekuistą mieć mogła…

Nie chciała tego!

Morska Pianka czuła się zadziwiona… Ani zwiastowania, ani zmartwychwstania, ni valkiriowania, czy innej thorowości, żadnej olimpijskiej wysokości, czy wszelkich boskich plemion. Żadnych tęczy, rumaków i poroża, ni roczłonkowanych ukochanych, ryb pożerających męskości, czy też trzeciego oka i kilku par dodatkowych sutków… niczego nie chciała. No i może dary były barwne i wszelako zróżnicowane, to jednak przecież miała być to boskość, owo nowe narodzenie ku wszystkiemu, wszelkiemu władaniu i poniżaniu maluczkich upierdliwców!

A ona nie chciała… Wiedźma Wrona Pożarta, cholerna, nic z tego nie chciała! Głupia taka, nie wiedziała co mieć mogła, nie wiedziała co traciła, jaka mogła być i jaka nie musiała, ale i tak gdy fala przypływu ją zmyła, gdy Morze jak zwykle, choć wciąż takie mroźne, kroczyło za nią gdy szła brzegiem, co rusz ją kropiąc, liżąc, zalewając po kolana – co najmniej… Doczepiła się wtedy do niej Morska Pianka. Ot tak by spróbować, o co w tym życiu chodzi. Odpowiedzieć sobie na zdziwienie… Co w tym szeleszczeniu, pluszu i zapachu farb, co w kamieniach i patyczkach, drobinach magii, liściach i nadpsutych owocach, co podobno piękne… Jak to widzieć świat poprzez takie coś? I zobaczyła. I została… i choć pod prysznicem trochę jej spłynęło, razem z piaskiem i muszelkami wróciło do Morza, to jednak ona została.

I tak boskość wszelaką, ciekawską, a nie tylko zaintrygowaną… szlag trafił na dłuższy okres.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przysnęła w pierwszych porządnych promieniach słońca Wyspa. Ot zwyczajnie rozciepliła się, rozleniwiła, postanowiła jakoś tak odpuścić nagle, a i czas nadgonić. Dorwać go, złoić mu skórę i zabawić się w komletnym niebycie oraz totalnej wolności. Niteczki cieniutkie korzeni natrętnych krokusów i przebiśniegów, dorocich lilijek i wszelkiej innej wiosennej, owej delikatnej, nadmiernie zielonej aktywności ją muskały… leciutko pobudzając krwinki i utleniając wyspową cerę.

Oj tak… Zima się obraziła i zwinęła manatki – choć po sobie nie posprzatała – a Pan Wiosna wkroczył w końcu na scenę z całym dobrobytem inwentarza i nowym wystrojem wnętrz. Narzucił swoją ckliwą zieloność oraz wszelaką bujną płatkowatość. Wymaga czystych okien i uczesanych trawniczków, nasionek przygotowanych w obiecujących plony torebeczkach, oraz jednoczesnej, pełenej i namiętnej gotowości na płodność… artystyczną także!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.