Pan Tealight i Anons…

„Coś dziwnego działo się z ludźmi naprawdę, do końca i namacalnie wyraziście poznającymi Wiedźmę Wronę Pożartą. Gdy w końcu udało się im ją przekonać, zanęcić, podejść, okłamać i przerazić, by wyszła spod stołu, wyłupała się z grubej skorupy, odkryła z bandaży, wyplątała z sieci, otworzyła wszystkie drzwi, rozplątała łańcuchy, oddała kłódki, taśmę klejącą i materiały wybuchowe, by przestała syczeć… by pokazała się w zakrytej co prawda częściowo, ale jednakowoż jak na nią ekshibicjonistycznej, formie… Gdy po długim okresie czasu, mierzonym dla wszystkich w erach i eonach, wiekach, przesuwających się płytach tektonicznych i naznaczonym milionami skamielin, stykali się z nią. Gdy w końcu ona na nich spoglądała i doprawdy się otwierała, szarpiąc zamek błyskawiczny, zestaw rzepów i trzaskając dookoła drewnianymi guziczkami… gdy rozpościerała skrzydła, rozdzierała ciało i prezentowała nieśmiało wnętrzności, łącznie z nerkami, brakiem wyrostka oraz innych elementów, nadmiarem w okolicach wątroby – ach te lata studenckie – i wszelkie zagmatwane w malownicze kolonie, składowane gdzieś w okolicach płuc, przetrwalniki cholery, śledzionką piszczonką, owym dziwnym nienazwanym i zaskakującym barwną wypustką Czymś Dziwnym, potem sercem, dziwnie spłaszczonym i jelitami…

Oni… Znikali.

Tak jakoś pomiędzy słowami: tak sobie ciebie wyobrażałem, a: ale ty jesteś całkiem inna… Najpierw tracili kolory, potem zamazywały się im kształty… by w końcu zwyczajnie zniknąć. Na amen z hosanną i allelują! Zaraz po nowennie, nie czekając ni na deser ni nawet nie wąchając aromatu głównego dania, po prostu, bezczelnie, nie żegnając się, nie zostawiając po sobie ni pyłku ni zapachu – choć to może akurat in plus! Znikali! Jak reklama preparatu na odchudzanie, w którym gruba dama zmienia się w apetyczną kościaną zabawkę dla szczeniaczka. Niczym nadzieja na to wszystko, co ci obiecali w dzieciństwie… jak fakt, że możesz być każdym, a nagle wcale nie jesteś w stanie hodować szponów jak wolverine!

Znikali…

Dlatego w prasie lokalnej pojawił się anons:
Wiedźma pozna człowieka,
który nie ucieka.
Który się wronm kłania,
ale ich nie dogania.

Co nie krzyczy orety!
Gdy bić trzeba kotlety.
Niezależnie od wagi,
nie wymagam odwagi,
na nic mi twe błękitne oczy,
chyba, że deszcz nas zaskoczy.
Na nic mi zewnęrzne wdzięki,
chyba że ku mamonie prędkiej.
Po prostu nie znikalnego,
poznam człowieka macalnego!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Triumf owiec” – czyli pełnych wełny przygód specjalnego plemienia, ciąg dalszy, znaczy tom drugi dokładnie. Przerażająca miejscami, lekko filozoficzna, mityczna nawet historia, która sprawia, że gdy człowiek po przeczytaniu styka się z tzw. dziką codziennością gromady owiec za płotem… zaczyna zbyt bardzo, zbyt wrząco myśleć. Bo przecież… jeżeli one są takie, jak opisano, a być inaczej nie może, to doprawdy należy zmienić postrzeganie owych sweterków na kopytkach.

Znowu owce, znowu morderstwo i śledztwo prowadzone przez nie same, ale przede wszystkim intrygująca pasterka, która czyta i rozumie potęgę runa. Która sama często pachnie jak owca. Dodatkowo jej mamusia – nie pachnie jak owca na szczęście, przyczepa, szafa, pastwisko, zima i inny świat. A wszystko przez śmierć i spadek, które otrzymało… no właśnie stado. Witamy we Francji! Tutaj owce z zagramanicy zmierzą się z wilkołakami, chirurgią plastyczną oraz… kozami, których nie ma. A dokładniej są, ale ich nie ma… cóż, wiecie nie każdy może być pewny, czy naprawdę jest!

„Ostatni legion” – to doprawdy klasyk powieści historycznych, spajający w sobie dwie legendy Europy. Arturiańską i umierającego Cesarstwa. To fascynująca przygoda, rys historyczny, bohaterowie jakże prawdziwi, honorowi, oraz wydarzenia, którym nie zawsze pisany jest happy end. I choć pewnych elementów się domyślicie, bo w końcu nie mogą zakończyć się inaczej… i tak pasjonuje. Ową świeżością, przygodą, porywa prostym językiem, pełnym owych fascynujących słów nęcących przeszłością, miłością i pasją tych, dla których najważniejsza była przysięga, przyjaźń i kodeks.

Ale oczywiście można czytać jako swoistą powieść fantasy, bo czemu nie… zapomnieć, że pewne elementy naprawdę zabłysły na nieboskłonie tej Ziemi.

Nazywają to małą falą upałów. Nie do końca rozumie. Fala oznacza, że przejdzie. No wiecie wespnie się na szczyt, a potem jej opadnie… ale przecież to już właściwie lato! Jakoś nie do końca rozumiem, bynajmniej w powietrzu nad Wyspą wisi sobie ciepełko. Ciepełko lekko popycha człowieka w kierunku morza, ale człowiek się wzbrania, no wzbrania owym cudownym zwyczajem nie karmienia utopców przed 21szym! Choć niektórzy mówią, że 24tym… więc może jednak wskoczyć do wody jutro? Może się skusić, bo i czemu nie? Któż mi zabroni, jeżeli intuicja w srodku Wiedźmy się wierci i krzyczy: TAK POPŁYWAJMY, PO[PŁYWAJMY, POPŁYWAJMY!!!

Aż boję się rozejrzeć, bo wydaje mi się, że dookoła w krzakach siedzą rozmaite stwory, mewy na kamieniach dziwnie na mnie patrzą, a wrony na czubkach drzew rechoczą, aż im się dzioby kołyszą… jakby robili zakłady. 10 ziaren, że wlezie, 15, że zaraz wybiegnie w fal z wrzaskiem, 25, że na pewno zapomni stroju, co znaczy, iż turyści będą mogli poznać podstarzałą nimfę szuwarkowo-bagienną w pełnej, mokropodkoszulkowej krasie… Hmmm? Może i sama powinnam na siebie postawić?

Bo przecież się nie oszukujmy, włażę do wody w najmniej odpowiednich momentach i raczej nie wtedy, gdy robią to inni… taki typ.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anons… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmologia stosowana…

„Pan Tealight zdawał sobie dokładnie sprawę z tego, że badania nad Wiedźmą Wroną Pożartą, które prowadził już od kilku dobrych lat, i które wypełniły już nadmierną ilość dziwnie smutnych i łkających bez powodu notatników… Badania wnikliwe, szokujące, wymagające od niego częstych pryszniców, oraz dodatkowej ochrony przed promieniowaniem i opadem wiedźmoaktywnym… powinny były go przygotować na coś takiego. Na ową gigantyczną zmianę, ów przewrót czerwcowy, ową mnogość przemian w niewielkiej wzrostem Wiedźmie… A jednak czuł się zaskoczony. Siedząc w wysokiej trawie, grając w chińczyka z kleszczami, odganiając się od Ojeblika, która marzyła o naprawdę dużej, kwietnej koronie i starając się nie patrzeć na podnieconego otwartym Wiatrakiem Chowańca Wiedźmy, oddychał. Czasem zwyczajnie tylko to można było zrobić, widząc znajomy tyłek wyrastający ponad zieleniejące się jeszcze nie do końca kłosy zbóż. Ponad owe maki, jakże wycinające swą czerwienią rzeczywistość z codzienności i bławatki, ze swoimi rożkowatymi płatkami. Ponad ową przeciętność, z której jej umysł był w stanie wysnuć tylko to, co nadzwyczaj niewidzialne, nienamacalne dla całej reszty potrzebnego świata.

Ponad ścinające nie tylko krew w żyłach, ale także wszelakie inne, dostępne cielesnością wydzieliny… oraz duchoplazmy, bądźmy otwarci na doznania, okrzyki dochodzące z krzaków, w które ponownie zaplątał się zestaw wiedźmowych kolczyków, uwięził ją tam ze śliniącą się radością, i za wszelką cenę postanowił odegrać wszystkie trzy tomy odcieni szarości… Oj tak, krzaki jeżyn, malin, oraz innych mutujących w kłącza czepliwe, nienazwanych roślin, zabawiały się całkiem nieźle, grupowo i nader rozmyślnie, ignorując zasady znanej natury oraz grawitacji. Widać, że końcu czytanie w przyrodzie się opłaciło, jednakowoż, kto dostarczył im literaturę? I dlaczego decydował się wyłącznie na owe, podstępnie określane jako bestsellery, tomy? Jakże okrutny potrafi być świat dla tych, którym odebrano książki?

Którym nagle życie się zatrzymało, nad spragnionym krwi urwiskiem, tęskniącym za ostatnim krzykiem, które potem można spokojnie i bez dodatkowych tantiem, powielać w kolejne, złudne echa… Gdy nagle zabrakło owego drukowanego powietrza, pokarmu dla ciała, duszy i innych, zwyczajowo krążących dookoła takich osób światów równoległych, w których postacie nagle zatrzymały się na skraju owego samego urwiska, bo po co marnować takie, jakże malownicze i użyteczne miejsce?

Doprawdy, czasem lepiej pozwolić Wiedźmie Wronie czytać, tylko i wyłącznie czytać, ot wyłączyć ją z teraźniejszości, nie popychać, nie zmuszać do znanego zwyczajowym jednostkowm życia… które serio byłby dla niej o wiele bardziej spokojne i określone… przynajmniej ma czym zająć dłonie i wyobraźnię. Inaczej, chrońcie nas Zapomniane Bóstwa i Matko Wyspo przed tym, co umysł uwolniony spod władania fikcyjnych bohaterów, jest w stanie wymyśleć?

I dlaczego owe myśli… żyją?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Smok Griaule” – jest w tej powieści coś czego nie rozumiem. W tych opowiadaniach składających się na historie religijne, przygodowe, specyficzne, przewrotne… zawsze zazębiające się o ową poczwarę, legendarną, mityczną, a może tylko złudny miraż? Smok w opowiadaniach Sheparda jest tłem, niewidzialnym sprawcą, lub zwyczajną baśnią. Nigdy nie występuje w pierwszej osobie, ale jednak widocznie wpływa na mieszkańców owej specyficznej krainy. Na ich życie, postępowanie, czy dojrzewanie. On ich zmienia, kształtuje, lub zwyczajnie jest ich częścią. Niczym bóstwo, czasem namacalne, a jednak wciąż nie do końca realne. Niczym pasja, do której wstyd się przyznać, lub wymówka…

Nie istnieje tutaj czas i wszystko jest możliwe, nie isteniej moralność, a jednak ludzie poczuwają się do podporządkowania się pewnym prawom… ot zwyczajny świat, jakich wiele, w którym gdzieś jest smok.

Na pewno zbiór nowel, które warto przeczytać, aczkolwiek nie powieść do poduszki. To raczej wielka podróż poprzez umysły, która zmusza nas do odpowiedzenia sobie na pytania dotyczące człowieczeństwa. Jego podporządkowania się religjom, czy też dziwnym prawom. Owemu braku naturalności. „Smok Griaule” to powieść, którą w pewnym momencie rzucacie w kąt, by do niej powrócić, o swędzi…

Ugina się Wyspa pod naporem turystów, tu coś jej strzeliło w granicie, tam znowu się piaskowiec osypał, tutaj pachnie dziś trochę inaczej, a tam… cóż życie. Poddająca się nie tylko naturalnej okresowości zmian w przyrodzie, owym pączkom, kwiatkowm, owockom i przemijaniu, Wyspa wkracza w okres turyścizny. Natrętnej, puszącej sie swoim obyciem w świecie POZA. A ja? A ja tylko zza przymrużonych oczu patrzę. Bo dla mnie to zwyczajna piąta pora roku, zazębiająca się o trzy zwyczajowe. Owa pora, w której dwunożni stają się materiałem, którego warto unikać i tyle. Bo się lepią. Pragną tak bardzo opowiedzieć swoje historie, wytłumaczyć tubylcom jak należy żyć, tudzież zwyczajnie marzyć o tym… że zamieszkają na Wyspie.

By potem z widoczną ulgą, ale i nowymi marzeniami, wrócić do swoich miasteczek, domków i odetchnąć z ulgą…

Oj tak… życie na Wyspie jest też realne. No dobra, może nie do końca dla mnie, dla kogoś, kto opracował okopywanie się i osłanianie, kamuflaż pierwotny do perfekcji. Dla tych odrobinę bardziej zwyczajowych człowieków. Życie, w którym nie ma gigantycznych sklepów, McDonalda, czy innego gromadnego, znajomego szajsu, tudzież możliwe, iż nie dostaniecie ulubionych gaci w swoim rozmiarze… ale za to mamy Wyspę. Cóż, nie każdy może budować rozrywkę na spędzaniu kilku godzin na przekopywaniu plaży w celu odnalezienia najfajniejszych kamyczków.

Tutaj mamy ciszę, no i wielu sobie ją ceni, może poza moim dziwacznym, wiecznie młodym sąsiadem, który upodobał sobie muzykę przenikającą ściany? Pierun go wie… raczej z tego nie wyrośnie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmologia stosowana… została wyłączona

Pan Tealight i Klaser Mordercy…

„Był raz sobie Seryjny Morderca. Ot nic specjalnego, każdy sobie przecież może mieć hobby, czyż nie? Zawsze uważał, że zajęty człowiek, to lepszy człowiek, tylko życie wypełnione pasją można uznać za naprawdę szczęśliwe… przynajmniej dla niego. Miał swój intrygujący modus i był ogólnie mówiąc operandi, choć raczej spóźniony w swoim best before. Lubił swoje ofiary, czcił je ponad wszystko. Doceniał ich cierpienie i strach, które potrafiły wyrazić na tak różne sposoby, owe wydzieliny, owe tajemnice skrywane w gorących wnętrzach, tę nadzieję, którą obrazowały tak radośnie, gdy im tłumaczył, że nie zabije, że to nie o to chodzi, że wypuści, bo przecież nie jest potworem, tylko zwykłym człowiekiem, co potknął się na skraju swojego życia o ten wybrzuszony dziwnie dywan… Zabijał przecież tylko swoim Widzimisiem, ale i tak był nadzwyczaj skuteczny. I pewien, że nigdy go nie złapią, choć sławę zachowa. Problem właściwie był jeden… nie w braku dostępności do ofiar, nie w owym wzrastającym, wymyślnym toku pomysłowości, by bronić się pieprzem, solą, nożem, a nawet dezodorantem… choć masaż taką kulką, naprawdę super sprawa! Problem był w nim, w owym specyficznym, dziwacznym, pokręconym świecie…

… który zarzucił używanie lizanych znaczków pocztowych!

Gdy zaczynał, ot to był szał. Najpierw pierwszą turę ofiar wypuścił w formie biało-czarnych wariacji na temat znanych dzieł sztuki. I malarstwo i rzeźba, tkanina i biżuteria. Wszystko sprowadzone do kilku kresek bieli na czarnej, lekko chropowatej, węglistej powierzchni, szał dla kolekcjonerów. Unikatowe komplety osiągnęły zawrotne ceny, a więksi od niego szaleńcy, albo wot niedomyślne prosiaki, zwyczajnie lizały i naklejał na kartki z wakacji to, co kiedyś było człowiekiem dopisują: Jest pięknie, szkoda, że cię tu nie ma, tęsknię Bronisława. Tudzież bardziej desperacko: Miśkę pogryzły komary, doślijcie kasy na przeszczep. O tak, te pocztówki były sławne. Potem nadszedł czas na kolorowe wariacje. Każdy ze znaczków był jedyny i niepowtarzalny, jak załoga pewnego samolotu, o którym naprawdę nikt jakoś nie pamięta… Te znaczki występowały tylko w wersji lizalnej, dostępnej na miejscu wraz z karteczką w delikatne, popielate myszki. Lizali jak szaleni. Wysyłali do kogobądź, a najczęściej do siebie, by potem radośnie pochwalić się znajomym, że oooo oni to dostają kartki od znajomych, no tacy są wielbieni, tacy sławni i kochani! No i w końcu pamiętny szał serii Ptaki Zatopionego Miasta. Cały pakiet wykupiono w ciągu kilku godzin.

To były czasy, gdy nie nadążał z robotą. Ofiary same pchały mu się w ręce. Pragnęły być elementem jego sztuki. Owymi miniaturowymi cudami, którym ząbki cierpliwie sam, ręcznie wycinał. A przynajmniej tak sobie tłumaczył ów nadmiar tworzywa. Pchali mu się do ogródka, zaczepiali go na polnej drodze, na totalnym odludziu, podwozili gdzie tylko chciał… jego twarz wzbudzała zaufanie, albo też i raziła naiwnością i prostodusznością, ale cóż twarzy się nie wybiera, chyba że ma się wujka chirurga plastycznego, wtedy jakby można…

Potem, nagle, wszystko się skończyło. To jakby zachłysnąć się flaszką czadu, zamiast bąblowanego, słodkiego napoju, na który miało się taką wielką ochotę od kilku dni. Jak czekać na przesyłkę, celebrować otwieranie pudełka, by zwyczajnie przekonać się, że przez pomyłkę dostało się zestaw wielkich gaci babci… która nie żyje od dwóch lat. Zwyczajnie zatkało go… a na poczcie pojawiły się najpierw pieczątki, potem znaczki samoprzylepne, aż w końcu ludzie całkiem zarzucili pisanie kartek, listów, a nawet pogróżek. Uwierzcie mi, trudno przepuścić zwłoki przez internet, nawet takie cieniutkie!

Dlatego musiał zrobić to, co zrobił, swój ostatni numer, popisowy pokaz, śmiertelny krzyk… którego nikt jednak nie usłyszał!

Pan Tealight przerzucał strony grubego klasera, a wokół niego unosił się dziwny zapach prawdziwego, spełnionego życia… ale nawet on już nie pamiętał, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodziło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pozaświatowcy” – czyli opowieść jakich były miliony, a co gorsza pewno i będzie jeszcze więcej. Nihil novi, zwykły quest. Chłopiec dostaje się do tajemniczego, innego świata i of course musi go uratować, bo w końcu od czego są mali chłopcy – no dobra, nie aż tacy mali. No dobra, do pomocy ma dziewczynkę, a dziewczynki potrafią być straszne i jest jeszcze zło w postaci władcy owej krainy, oraz słowo, które go zniszczy, ale które po sylabie trzeba wyrwać z rąk, dusz, tudzież innych członków dziwnych postaci. Miejscami intryguje, ale strasznie trzeba być zauroczonym, by nie domyślić się co będzie za zakrętem… choć wyobraźnia autora rzeczywiście bohaterów tworzyć, nadmiernie ekspresyjnych, potrafi!

Przez cały czas kołatało się we mnie pytanie: co wszelkie organizacje wspomagające dzieci i młodzież na ów wyzysk prowadzony przez magiczne magiczne krainy? Czy tym biednym dzieciom, co to wlezą gdzie nie trzeba, do szafy, hipopotama, czy w inny Hogwart, to nie należy się jakaś wypłata za bycie wiekuistymi bohaterami? Nosz każdemu może się przecież zdarzyć jakis portal?

Świetna opowieść na pierwszy raz, dla tych, co nie czytający…

Słonko, nieba błękit, ptaków może nie tyle śpiew, co lekkie powarkiwania na uczące się latać latorośle… fale chlupoczą, niektórzy potem też spryskują okolicę, ot raj! Ludzi się zjechało na wielkie spotkanie, cóż demokracja jak nie wiem co! Bornholm przeżywa najazd folków. Dobrze, że to tylko kilka dni, bo gdy nagle ilość ludzia się na Wyspie podwaja, no to Wyspa zdaje się zwyczajnie tego wszystkiego nie dźwigać. I się nie dziwię. Ciężkie są ludzie, topornie rzezane, niektórzy to nawet mają ostre krawędzie… i każdy oczywiście uznaje, że natura to jego własność…

… więc pokazuje natura co może, co potrafi.

A autochtoni? No cóż, sprzątają, koszą trawkę, żyją. Bo przecież coś co dla większości jest wakacjami, to dla reszty robota. I jak tu się zabawić, co? Wszyscy się bawią, a ty jesteś w domu, co oznacza ni mniej ni więcej codzienność…

… ale żeby nie było, czas na ogniska nadchodzi. Czas, gdy na stosach płoną niechciane myśli i przetrawione, zbolałe marzenia. Czas na oczyszczenie i imprezki pod gołym niebem, w owe jasne noce, nadchodzi, nawet dla tubylców!!! Ktoś chętny na bycie kukłą na Sct. Hansową nockę? Podgrzewane, główne miejsce w jedynej loży, już czeka!!! A dokładniej pnie się w górę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Klaser Mordercy… została wyłączona

Pan Tealight i Patelnia Wiedźmy…

„Domy posiadały patelnie, podobnie jak kraje schrony przeciwatomowe. Ot bo trzeba, na wypadek wszelaki, bo przecież nigdy nic nie wiadomo, a i wystroje wnętrz tak się zmieniają, że warto czymś zabłysnąć… Ale ta, której dotykać mogła wyłącznie Wiedźma Wrona Pożarta była nadzwyczajna. Wielka, ogromna, potężna, ale i lśniąca. Dopasowana do dziwnie niewielkiej dłoni, choć nadpobudliwie też rwąca się do pracy. Zadaniowa taka, lekko może i pracoholiczka, ale kto by tam narzekał? Masywna i wzbudzajaca podziw…

Niczym jedyna właściwa nagroda dla Mistrza Kuchni Totalnej Okupacji. Stworzona przez firmę „Natenczas Wojski” ta patelnia miała tylko jedno zadanie. Nie smażyć, nie odmawiać przywierania, nie być lekką, tańczącą baletnicą podrzucającą racuchy i naleśniki, nie tą, co nie ochlapie, obleje, opryska… Miała uderzać celnie i boleśnie. Nie wyślizgować się z pożądającej jej mocy dłoni. Dlatego obito ją srebrem i złotem, kamyczkami, których krawędzie nigdy nie miały się stępić, wypustkami, złudnie masującymi i wgłębieniami łaknącymi wypełnienia, platyną miejscami sztukowano, granulkami pierwiastków zdolnych krwawić wzajemnie z ofiarą, mozaikami z najpiękniejszych marmurów, bo lans też miał znaczenie… albo raczej uniknięcie pozwów o komplikacje po spotkaniu Wiedźmy Wrony? Mało to teraz istotne. Inkrustowana cierniami z miliona koron, ściśle dopasowanymi, ćwiekami, które rozpromieniały boleść po krańce człowieczeństwa i wydobywały skowyt z obiektu, bliższy zwierzęcemu, niż czemuś na kształt humanodia… Ale Patelnia Wojskiego miała też dźwięk, no bo czymże innym mogłaby się szczycić taka firma… to po to była ta platyna, owe czepliwe włoski roznoszące wibracje, owa drewniana, smukła rączka, inkrustowana nożami z epoki przed epokami. Owa idealność koła, ta wysoko, sztywno postawiona otoczka, lekko pochyła, podkręcająca cios, owe ryty na powierzchni i w głębiach niewidocznych nawet alienim okiem…

… gdy uderzała, Patelnia Wojskiego grała.

Grała pieśń o wyzwoleniu sił i mocy, o wielkich guzach i barwnych śliwkach, o łamiących gnaty machnięciach i zerwanych ścięgnach, co to biegły, pracowały, by zmusić ciało do ucieczki. Nic z tego, Patelnią można było też rzucić i lepiej niż mot Thora, wracała zawsze cała i zdrowa. Nakarmiona krwią i krzykiem. Radosna ową celnością wyrażonych wrażeń. Zmasakrowaną głupotą. Grała „Odę do owej chwili”, gdy zwyczajnie chwytasz co masz pod ręką i uderzasz, bo przecież inczej nie można. Bo się zwyczajnie już nie da żyć i pomijać i uśmiechać i wymijać i czekać i kiwać głową… tosz nawet głowa się urwie! A jednego Ojeblika na świecie starcza!

… a każdy musi komuś czasem zwyczajnie, po ludzku i naprawdę prosto od serca, no przypierdolić!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Czarne południe” – to siódmy tom sagi o Soplu/Śliskim. Problem z nią taki, że szóstego jakoś za nic dostać nie mogę! Ale nic to, przecież wiem o co chodzi, no przynajmniej miejscami, a jak nie wiem, to sobie dopowiem… Zresztą toż to znajomy mroźny świat i grupka pacanów, co sobie umyślili nad nim panować i tajemnice i bohaterowie… nowe problemy.

Tak, mam nowy problem. Cała seria zmieniła się w cholerną grę. Quest z questem questem pogania. Tu pociagnij tego za brodę, powie ci to, a tamtemu daj tamto, dostaniesz coś zupełnie ci niepotrzebnego. Jakoś tak chyba się temat wyczerpał Panie Autorze. A szkoda, bo lubię Sopla i Przygranicze! Tak mi tam dziwnie domowo! Oj, ja to muszę mieć specyficzne postrzegania domowości.

Czasem serio się zastanawiam dlaczego w dzisiejszych czasach nie można komuś przyłożyć. Znaczy wiecie, cieleśnie. Dzieci się już nie piorą, bo to wiadomo takie nieludzkie!!! no i rodzic od razu pozew do sądu i można oberwać. Kiedyś przyłożyło się w mordę i byłą cisza. Przykładajacy odczuwał satysfakcję, bo i wcelował, a i uszło z niego napięcie, niczym kupa po tygodniu zaparcia… a pobity głaskany był przez dostępną kobietę. Świat był jakiś taki bardziej zrozumiały…

… dziś nawet jak baba chłopu przywali, to on się idzie poskarżyć. Oj sirjesli? Dokąd ten świat zmierza?

Na Wyspie ludzie swoją natarczywą, szczególnie jak cieplej się zrobi, turystom odbija, no napiętość ową postępującą w zwojach, wywalają na kosiarkach. Rżną tę biedną trawkę, ze stokrotek i mleczyków krew tryska… albo podchodzą do spraw namacalnie, pierwotnie, jakowo drzewiej wiecie, bywało. Ile to razy się biją, leją, piorą, naparzają… no właśnie, wiecie, że częściej policja rozdziela baby? Jest coś fascynującego w tej kobiecej złości. Oj to rwanie za kłaki, okładanie małymi piąstkami, wydrapywanie oczu… nosz czysta poezja. Atawistyczny szał!!!

Milusio!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Patelnia Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i NieWiedźmy Męskości…

„Popiskiwały w krzakach przy polnej dróżce, biedne, porzucone, jakże zbędne w tym świecie, mało modne takie zbyt old-fashioned Męskości. Nikt się nimi nie zajmuje, nie podniesie, nie utuli, aj nikt nie popieści, nie muska, nie trze, nie doprowadza do wrzącej potęgi czystego szaleństwa, nie pozwala uwolnić pasji… Popiskują wypuszczone na wolność Męskości, te, co to uciekły z niewoli człowieka i graniczących z nadmiernym okrucieństwem, przyciasnych slipków ze sztucznych smrodliwców, potliwych, zrzędliwie swędzących… materiałów, którym bliżej do pracowni chemicznej, niż zwykłego odzienia… Duszą się tam, zmiażdżone, w klatkach hodowane… Nic w tym ekologicznego, nic w tym wspaniałego, ot molestowanie, męczenie zwierzątka!

Wypuszczone na wolność Erekcje Męskości jakoś tak od razu wyrywają się z dotychczas zwykłej codzienności, bez łez opuszczają swoich dotąd doczepionych nekromantów, zombie podążających za cudzymi wzorcami, owych wstrętnych macaczy, dziwnie głuchych na wszelkie aluzje pomocników w egzystencji… przyszytych do owych organów, od których wymaga się tak wiele. Tych zadziornie zawsze stojących na baczność, twardych. Wyprostowanych! Tych co to jeszcze nie wiedzą, jak z czasem trudno głowę nosić wysoko! Jak trudno…

Krzycząc swymi otworami oddechowymi, nucąc: Stayin alive, I am free, catch me if you can!!! Biegną Męskości przez pola i lasy, potykają się o powalone drzewa, zaplątują w krzaki… Są gołe takie, choć owłosione, tuptając szybciutko jajeczkami, na wpół tocząc się, podskakując, w końcu mogą robić co chcą!!! Nikt im nie narzuci już gumowej zbroi, nikt nie powie jak się mają zachowywać, nikt o poranku na ową zadziorną ich baczność nie zarzuci kotarki milczenia!!! Biegną Męskości wyrwane z gentycznie uwarunkowanej niewoli. Świat jednak dziwny jest. Mało miękki, taki drapliwy. Czasem zdarzy się, że nawet ktoś nadepnie. Jeszcze pikuś jak tylko traktorową podeszwą masażyk zafunduje, ale jak ze szpilki dociśnie, pomiędzy szpary w płytach chodnikowych wciśnie, krew wydusi, życiowe soki zmiażdży… Nic nie zostaje z Męskości. Nawet wspomnienie, ni pominka nie postawią. Nic więc dziwnego, że wyrwane na wolność, zachłyśnięte ową świeżością w powietrzu, ową wilgocią morskich fal, na których mogą się unosić, bawić się ze ślimakami i domy wynajmowac skręcone… wolą się schować. Przeczekać. Może deszcz jakiś spadnie, może zmyje kurz ze skórki nadmiernej, napręży codzienność, łatwiej się będzie wspiąć na te ściany, może znaleźć jakieś miejsce by przeczekać, w kącie jakimś może, w zapomnianej szparce?

Ale są też owe Męskości w wersji dzikiej. Co to wyrywają się i od razu wiedzą czego chcą. Wiedząc gdzie iść, co zrobić z wolnością, zerwaną uprzeżą i zrzuconymi kajdanami. Nie biegają jak połamane, nie potykają się, nie krzyczą, nie piskają, nie pytają i nie proszą o nic nikogo, one nie chowają się po krzakach. Aplikują sobie od razu grzybkowe wywary i w otchłaniach leśnych czekają, tam, gdzie zwabione pustką, ale też ciężkością pęcherza turystki zmierzają, co to Tojtojek boją się panicznie. Gdzie obniżają wdzięki, muskają pośladki trawami… i atakują!

Jednak te jęczące, owe dziwnie przymilne, niczym łyse kotki, zagubine w mleczach i bławatkach, w łanach żółtych rzepakowych pól, błękitów fal, te stroniące od człowieka, ale przecież z drugiej strony tak dziwnie samotne… co z nimi zrobić? Któż Męskości przygarnie? Owe na wakacjach porzucone zwierzaczki. Ot te, co się ich pragnęło, ale jednak za nic wychować nie mogły faceta?

Kto przygarnie niechciane Męskości?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Czarne sny” – czyli znowu zimno… Znowu świat dziwny, pełen magii, pełen potworów człekokształtnych i inno kształtnych. I oczywiście Śliski, znaczy Sopel, wraca ponownie tam, gdzie go poznaliśmy. Koniec z życiem po drugiej, cieplejszej stronie mocy. Oj nie. Coś się przebudza w facecie. Coś go pociąga w przeszłość, a co gorsza, rodzą się w nim nowe umiejętności, nowe moce kotłują się pod wygoloną głową. I nowi wrogowie stają na drodze!!!

Powieść może nie tak dobra jak poprzednie cztery. Może nie aż tak powalająca, bo układ jej prosty, tylko dojście do celu dziwnie poskręcane. A cała reszta, cóż, rozwija się! Układy po tej stronie zmieniły się. Nagle odmieńcy atakują, a nowa siła w postaci Gospodarza, może pomieszać szyki nawet Soplowi.

Czysta rosyjska fantastyka. Brutalna, męska, a jednak intrygująca!!! Jakaś taka inna. Bardziej naturalna, taka, co to nie pozwoli spojrzeć po staremu na Dziadka Mroza i zaspy śniegu!

Tak wiem, oj te erekecje, oj owe męskości… Na Wyspie publicznie seksu uprawiać nie można, zresztą nie oszukujmy się czasem człek myśli, że serio te męskości są w zaniku! Bo jakoś tak facet, to już nie brzmi dumnie. Czy są jeszcze mężczyźni w pojęciu honorów i sił witalnych? Bo ja tam nie wiem czy nawet nadzieję jeszcze mieć można na to… I w ogóle, to jacy mają być ci mężczyźni? Wielcy pakowani, czy wprost przeciwnie, w lansie najnowszym, chudziuńkie wypłoszki, nóżki zapałki…

… czyż nawet męskość to przemijająca moda?

Jak tak dalej będzie, to Szwecja nakaże nie tylko sikanie na siedząco wszystkim, ale jeszcze zrobi z nas wszystkich pierniczone Keny! Albo odwrotnie? A ja se nie dam męskości przyczepić! Bo co wolno wojewodzie, to wiecie, ot Wiedźmie nie przystoi zwyczajnie!!! Mieć powinna swojego Męskościa Wiedźma i tyle. Miło by było, gdyby taki był odczepialny, no wiecie, ot do użytku bez tego przyrośniętego do niego człowieka, ale ten człowiek też świetny, no niech juz zostanie, jak już trzeba, no jak już musi, no przecież Chowańca Wiedźma mieć musi!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i NieWiedźmy Męskości… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Malowana…

„Wielu zdaje się, że świat jest otwartą księgą. Tak bardzo otwartą i nagminnie, ekspresyjnie, natarczywie wdzierającą się w naszą codzienność – jakby kiedyś obcą być mogła, że właściwie nic nie zostało do odkrycia. Nie warto, więc nawet z niej wstawać, nawet na drugi bok się obracać. Wielu uznaje, iż nie dość, że pożarli wszelkie rozumy za płodowych dni, co nie wpłynęło dobrze na ich obecną kondycję fizyczną i zaburzyło naturalną perystaltykę jelit, ale przede wszystkim też unieruchomiło ich w mało rozwijających codziennościach, to jeszcze na dodatek narodzili się doprawdy jako wcielenie, reinkarnacja najczystsza Upierdliwego Wszystkowiedzącego… więc sami wiecie, rozumiecie.

Codzienność dla wielu składa się z dnia i nocy i rzeczy, oraz spraw, na które można pojęczeć i opowiedzieć mało tym zainteresowanym, jak ową bytność na padole słodkich łez ulepszyć. Nawet podglądać już się nikomu nie chce, bo też i po co? Goła sąsiadka w oknie łazienki nie wymaga już teleskopu, lornetki i noktowizora, a rozmowy za ścianą szklanki czy stetoskopa… ot przecież i tak każdy zrobi zdjęcie i wklei w internet. Taki to ten świat odkryty teraz.

Nic nie zaskakuje.

Nic nie wzrusza.

Nic nie przejmuje.

Wszystko wiem, widziałem i czułem… ale oczywiście kolejna tragedią za Wielką Wodą to taki wstrząśnięty jestem. Bo przecież współczujący jestem, ot grosik do puszeczki, oj wymodlę zbawienia… zapomnę.

A za zielonym płotem, za krzaków kupą i rozwrzeszczaną głodnymi młodymi wronami Czereśnią Strażniczką… w pożałowania godnej, aczkolwiek skomplikowanej, rozłożonej pozie na kanwach Wiedźma Wrona Pożarta obraza kładzie. Bo i obraz to niezwyczajny. Nie tam jakieś płotno, nie bawełniany otoczek, czy lniane giezełko. Na sosnowy kwadrat desek człowiek nałożony, wybebeszony ekologicznie, z użyciem każdego szczątka, z tego dzwonki będą na przykład, nawietrzne takie, krągłe symbolicznie… suszy się. Włoski z niego ogolone, do wyłożenia gniazd jak znalazł, wnętrzności na Jul czerwienią zbryzgane, z kosteczek się potem amuleciki dla turystów zrobi, ogniem się znaki wypali, powie się, że ot takie toto na poczet przyszłego zagubienia się w przemyślanej ekspansji religijnej innych, wiecie ta tam ochronka. Ciuszki akurat na kukłę na Sct. Hansa będą. Nic się nie zmarnuje, wot i ekologia. A skóra z takiego przybysza ładna. Biała jeszcze, słońcem nie skalana, a i nadmiernym wysiłkiem fizycznym widać też nie. Trafił się jakiś bogatszy. Widać, że kremami pielęgnowana, wot chyba przepłacił w przyszłość spoglądając optymistycznie, ale merci za troskę! Nic to, wszystko ma swój cel, nieprawdaż. Aczkolwiek nie zawsze obiekt z celu może być zadowolony. I ducha się uwiąże do obrazu, zawsze to zabezpieczenie, coby ze ściany nie spadł, lepliwy taki bardziej, do tynku przywiera i łoskotu się boi narobić. Miły człowiek był…

Skóra napięta, możnaby rzec, że w sprawie wiecznej młodości wygrał, no ni zmarszczki! Teraz tylko pędzel i zebrać te jego wspomnienia, marzenia, przeżycia, teraz już niczego nie istotne i nasadzić na wierzch. Niech popatrzą, no niech poczują! Namacalne będą mieli całe życie. Wszystkie pomyłki, wtopy i wpadki. Wszelkie potknięcia i zawieruchy. Ale i te wesołe chwile, których tak nie pamiętał za życia. Te przemiłe, dobre, jakże barwnie ewoluujące… które zmiażdżył.

Dobry to obraz, ludzki taki. Na zwykłej codziennej skórze, co za życia służyła trzymaniu tego, co w środku i wyglądaniu odpowiednio, arcydzieło w końcu się narodzić może. Idealne i przejmujące każdy oddech, co mu na drodze stanie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Ucho od śledzia w śmietanie” – właściwie to fajnie żyć na prowincji. W posiadłości, domu, w którym zamieszkać by mogło kilka wiosek, a tamtą galerię spokojnie można by przerobić na tor saneczkowy, albo nie, na lodowisko! I tak nieużywane. Tylko, że nagle pojawia się Cyganka i kolejne dziwne sprawy dorosłych wychodzą na światło nocne i dzienne. A wszystkimi pokieruje jak zwykle Flawia de Luce i zestaw specyfików z tablicy Mendelejewa.

Powieść jak zwykle zaskakująca, przenikliwa. Autor umiejętnie prowadzi swoją gwiazdę, z jednej strony rażąc ją nieprzeciętnym intelektem, z drugiej, wciąż pozwalając jej być TYLKO dziewczynką, która pewnych rzeczy nie rozumie. I nie zrozumie, dopóki nie dorośnie…

„Tych cieni oczy znieść nie mogą” – ostatni tom opowieści o rodzie de Luce. O trzech dziewczętach, ojcu, zaginionej matce i społeczności, która w dziwny sposób, wraz z ekipą filmową, zmieści się w posiadłości… Nie oszukujcie się, oczywiście, że wydarzy się smaczne morderstwo. No jakże by inaczej! Tylko kogo i jak ubiją tym razem? I czy czasem nie naszą ukochaną bohaterkę? W końcu ta to dopiero potrafi na odcisk nadepnąć!

Na razie szykujcie się na Boże Narodzenie, które nie przewiduje choinki, za to eksmisję w przyszłości, ogólną ruinę i może ze dwa sluby oraz narodziny… choć może i nie? Któż to może wiedzieć. Humor na pewno będzie obecny!

Ludzie jakby przestali być bardzo ciekawscy. W ogóle nudna jakaś ta turyścizna, a może jeszcze zwyczajnie nie pora na ową bardziej rozgarniętą? Bo czasem to aż się chce robić za owo zwierzątko w zoologu dla niektórych, a czasem… cóż, ma się takich turystów na jakich się zasługuje, czy co?

Tacy jakoś mało barwni ci turyści, jakoś mało zaskakujący, zadziwiający, fascynujący. Ot może i cały świat na zewnątrz obecnie taki przewidywalny? Może zdziczenie w osobowości postępuje w ludzkości? Może się już zwyczajnie i nikomu nie chce być sobą? Biorą tylko te gotowe szablony i wpychają swoje niepasujące ciałka. Tu przystrzyc, tam znowu się podwiąże, tu podłuży, tam przytnie, tu zgrubnie, tu schudnie, a tutaj dowali się z jakiegoś implancika…

Strach wyjść na zewnątrz, Wam powiem. Bo te jednako wyglądające roboty mogą przecież zaatakować. Na pewno mają guzik jakiś, wspólną, przeraźliwie jednomyślną oną świadomość… EXTERMINATE!!! Exterminate, exterminate… A Doktora ni widu ni słychu. Tardis dawno już zwolnił się z zajmowanego stanowiska i zmienił w starego walonka z kożuszkiem.

Onuce included!!!

Choć nie na zmianę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Malowana… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma po sąsiedzku…

„Właściwie pewne niepokorne serca, te co to wiele krzyczą, ale zawsze uciekają, jak trza uzgodnić które dobrowolnie i z zaszczytami ma iść na ofiare… to uważają, że Wiedźma Wrona Pożarta mieszka w dziczy. I w pewnym sensie mają rację. Ot ani tutaj infrastuktury wielkich szopów, ani skajdrapaków, ani wrzaskunów reklamowych, ale jednak są ludzie. Znaczy bywają tutaj. Niektórzy dość codziennie, nie wszyscy nader chętnie. Niekórz wracają do swoich domów dość podejrzliwie, lękliwie, dziwnie drżąc, zerkając co rusz za ramię, za plecki – wygimnastykowani tacy, czy im się tam coś nie przykleiło, czy ten rozdwojony cień, dziwnie chwiejnie pełzający po drodze, to na pewno ich własność?

Ale CZY na pewno?

No pewno, że na pewno, no tosz to Wyspa.

Jako taka z geograficznego, naukowego i rozmyślnego powodu, wyznacza dla większości ostre granice. Wiedźma akurat lubiła taką granicę, nawet wielbiła i dobrze się czuła… taka odcięta. Usz, ale problem w tym, iż bycie sobą w jej przypadku nastręczało natręctw zmuszających do podglądania innych rzeczywistości, tych wszelkich równoległych peirdół i innych fizycznie niemożliwych. Takoż więc raczej był tłok. Tłok, gdy uświadomimy sobie przeludnienie Białego Domostwa, Trolla pod mostem, zakochanego w Havfrue, Diobły i Utopce, zarazem, morskie, rzeczne i te nijako deszczowe. Skrzaty zajmujące wszelkie poziomy roślinności, oraz duchy, dusze i przemieńców, odmieńców, podmieńców… i wielomieńców, łaki i legendarne heroiny z herosami. Wróżki, zwierzynę mitologiczną, łącznie z tymi odrzutami, co to o nich nikt ogólnie nie chciał nigdy pisać… Hobbitów nie było, na razie? Był i Bulgot i wrodzona osobowość Wiedźmiej Chatki, był Chowaniec, Chochel i Ojeblik… misie i obrazy… i tak, no tak, trzeba przyznać, tosz nie ma się czego wstydzić, no byli i owi nadzwyczaj nie do końca przecież, bo to niemożliwe, ludzcy Sąsiedzi!!!

Ciekawe, czy oni zdawali sobie sprawę z jej istnienia?

Bo ona jak najbardziej z ich bytności tak. Z Rodzinnej Mafii, która na jej ulicy najmłodszego – Sąsiad Krztuszący – przymuszała do pracy fizycznej, ciężkiej i okresowo stałej. Z Cholernego Zaczarowanego Ogrodu, zaglądającego jej w okienko Kuchni, w którym Paskud Paskud Mitoman trzymał w niewoli ponoć nadmiernej urody Ostatnią Dziewicę, ale wiecie, kto by tam w to wierzył. No i była jeszcze Gruntowna Rodzinka, tak po prawej, no i Soprano Dansk, of course, że spokrewnieni, właściwie strach myśleć kto z kim nie był? Był i Wkurw Meloman, który nie dość, że jeździł ciężarówką, w którą spokojnie każdy zboczeniec, lub zwykły student w potrzebie, pakował co najmniej trzy trupy na drogę i dwa worki brudnych ciuchów, to na dodatek zawsze słuchał głośno muzyki… asz może i ciekawej, ale akustyka okolicy rzucała w Wiedźmią Chatkę ino to całe „łup łup łup”. I był jeszcze i Malarz i Nagabywacz i Para z Lodami, oraz ci nieznajomi bardzo… Byli ci, których trza kiedys odkryć i nazwać, oraz ci, bez których na pewno da się żyć…

… a ponad wszystkim krzyczało Wronię Plemie.

Może więc i była to dzicz, ale jedyna w swoim i innych rodzaju!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Badyl na katowski wór” – czyli tom drugi opowieści o Flawii de Luce. Troszkę potrwało nim dorwałam kolejny tom, asz no prawie rok, ale nic to… było warto czekać. Bo przy powieściach Bradleya się jakos tak odpoczywa. Nie no wiem, że o trupach jest i zwłokach i umieralności, ale poza tym o miasteczku, powojennym dochodzeniu do siebie, specyficznej rodzinie, oraz zmyślnych dziewczętach, z których jedna, najmłodsza chemią się para…

… para na tyle, że atomówka, prosz! Ale przede wszystkim mała jest, więc widzi wszystko, łatwo wiąże to w całość i wykrywa winnych, podpisując ich pod chemiczne wzory, fajnie gdy wybuchowe. Policja doprawdy ma z niej pożytek, co do rodziny, to wiecie, ach te znaczki! Ale poza tym oto jest Anglia małego miasteczka, zaskakująca, zadziwiająca i historycznie doprawiona!

Humor included!

Nie wiem do końca jak to jest z tym sąsiedztwem na Wyspie. Nie no pewno, umarli są jak najbardziej czuli, opiekuńczy i aż nadzwyczaj ciekawscy, ale żywi, cóż, to troszkę skomplikowane, gdy się ich zwyczajnie unika. Doprowadziłam ową umiejętność szczerzenia ząbków – w moim przeświadczeniu nadzwyczaj drapieżnie, choć inni zwą to roztkliwiającym uśmiechem – do perfekcji. Kiwania głową i umykania, w przypadku zderzenia z żywą materią…

… więc nie mi oceniać. Jedno wiem na pewno, nic nie jest pewne. Kiedyś mi mówiono, że trzeba się najpierw zapowiedzieć, wyszło, że kłamisze, do niedawana nawet jaj sobie nie można było wzajemnie użyczyć i takie tam, ale jaka jest prawda? Nie wiem. Specyfika badanej grupy, owa intrygująca wtapialność owych napływowych opętanych przez Wyspę, zakłóca wyniki badań.

Nawet gdy ich nie ma…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma po sąsiedzku… została wyłączona

Pan Tealight i Homo Pytajniusy…

„Siedzieli dookoła stołu,

przy pochyłej sośnie,

zadawali tylko jedno pytanie:

Kim będziesz, gdy dorośniesz?

Na nic były kręcenia,

na nic tam wahania,

każdy raz do roku

miał odpowiedzieć na nie.

Jedni rzucali cokolwiek,

inni przemyśliwali sprawę,

dla jednych był to obowiązek,

inni szli w zabawę.

Jedni bali się przepowiedni,

inni wzruszali ramionami,

nikt nie widział Parek,

co za sosną strzygły nożycami.

Staruszków było czterech,

obok nich ze trzy Pytie,

pod okrągłym jednak stołem

na pewno ktoś jeszcze krzyknie.

Raz w roku masz tylko powiedzieć,

kim będziesz, gdy dorośniesz,

tam przy okrągłym stole…

tam przy pochyłej sośnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „ZOO – City” – po prostu ZAJEBISTA!!! Z jednej strony, ot zwykły kryminał, z drugiej egzotyka Johannesburga, sangomy, magia naturalna, wpleciona w codzienność… i zwierzęta. Wszelakie. Zbroiłeś, dostaniesz jednego. Od razu wiadomo, że coś z tobą nie tak, gdy wisi ci u boku na przykład leniwiec. Podobno są tacy co mają tygrysy i lwy, ale czy widział ktoś słonia?

W tej powieści wiele trzeba przemyśleć, na wiele się otworzyć i co nieco wiedzieć o subtelnych połączeniach pomiędzy zwierzętami, a ludźmi. Niczego nie dostajecie na tacy, raczej trzeba wejrzeć w siebie samego, by zrozumieć… to, czego tak naprawdę nie opisano, nie opowiedziano. Ale poza tym ot śledztwo, ot kobieta obdarzona specjalnym darem i trochę inny świat. Magia jest, ale nie nagminna, ot gdzieś tam sobie istnieje… zwierzę sprowadza was do najniższego poziomu osobnika człekokształtnego, a cała reszta, cóż zawsze ma do czynienia z duszą, więc trzymajcie swoje na uwięzi. Bo podobno dusze zaczyną teraz esemesować!

Wyspa zadaje pytania bez przerwy. Nie zważając na to, czy właśnie kładziecie się do łóżka, czy wprost przeciwnie, postanowiliście, za delikatną namową kiszek, odbyć dłuższe posiedzenie w wykafelkowanym M1. Nie obchodzi jej wasze przygotowanie do egzaminów, ani czułość i celność odpowiedzi… Wyspa raczej pyta, by zwyczajnie sprawdzić specyficzną łączność!

… tak wiecie, na wszelki przypadek możliwego niestety pomniejszenia waszej wydajności sapiensowatej!

Pyta Wyspa i pyta. Zaskakuje pod prysznicem, oraz w momentach reakcji wzajemnie cielesnych. Nie ma wstydu, kompletnie, a może to wyrazista desperacja? Dla niej czas zawsze jest odpowiedni, przecież nie będzie pukać, ani umawiać się na wizytę, no nie Ona!!!

Jak nie odpowiecie, nie wiadomo co się wydarzy… może tylko spadnie wam cegła na głowę z błękitnego nieba, a może zatrzęsie się rabatka z wyżartą przez ślimaki rzodkiewką? Nie wiadomo. Czy warto ryzykować?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Homo Pytajniusy… została wyłączona

Pan Tealight i Feminizm Wiedźmy…

„Nad morzem, przy płytkiej, piaskowo kamiennej strużynie, stała wierzba. Wierzba NiePłacząca. Wierzba Wzdychająca. Na jej pokręconych, specyficznie uformowanych, grubych gałęziach, na owych nagich, obwiewanych długimy, liściastymi pędami konarach, w owych zielonych pokojach… wisiał Pan Tealight i Wiedźma Płacząca, zwyczajowo Pożarta Przez Książki… dziś obsrana przez wrony. Obżarta szczęśliwymi płatkami bzu, trzyczęściowymi, pięciolistnymi i tymi, co to X-men by się kłaniał… Ot na szczęście kupa i delikatne kwiatuszki w bielach, fioletach i zaskakujacych purpurach. Asz dech zapiera, a wydech trąci perfumerią.

Dyndali tak obydwoje, głowami w dół, palcami przeczesując piasek drobny jak myśli… Ojeblik ponownie zmoczyła głowę, ale w jej przypadku było to raczej przewidywalne. Musiała ochłonąć. A Wiedźma Wrona mówiła dalej:

– Masz być silna, masz być kobieca… masz być silna, masz być kobieca… masz być silna, masz być kobieca… Do cholery jasnej, wrzodowej, ropiejącej dżumy czarnej w przetrwalnikach, moglibyście się w końcu zdecydować! Na jedno. Choć ja kobieca nie jestem, silna nie, więc może bramka numer trzy? Bo ja nie jestem silna, więc trza mi odpowiedzi. Oj gorzej. W cholerną mordę kubła na wodę, dziurawą, szczochami gołego menela podlewaną – z drugiej strony ubrany bardzo by nie podlewał… Hmmm? Nie chcę być! Nie chcę jazdy na traktorach i pracy w kopalniach! Chcę płakać czasem, mieć czas by krwawić i czas, by rozdrapywać blizny… Mężczyzn chcę drzwi otwierających i dźwigających ciężary, ot taka kurna wygodna widać chcę być! Nie żadna siłaczka, packman pierdniczony, nie kulturystycznie kulturalna, nie obmięśniona… chcę się chować, a jednak być widziana, chcę być sprzecznością, która dla siebie samej jest tajemnicą… ot kobieta. Puch marny! Bo czemu nie? Chcę by się mną opiekowano i chcę dawać tą opiekę, choć to pieszczota patelnią po łbie. Zwyczajnie kobietą. Nie chłopem, nie obojnakiem, nie zakochaną w innych kobietach, śniącą tylko i wyłącznie o cyckach i pochwach, bo tylko podobno one sobie znajome zrozumieją… Nie ciągnie mnie do bab! Nie rozumiem też, dlaczego mam być gorsza, bo nie chcę z babami no! Kto to wymyślił, że koniecznie mam uprawiać seks z babą? Wierzba, czy ty jesteś baba? Tak jak teraz tutaj wiszę, to chyba baba, co nie?

M. Kobieta z okrwawionym dziobem i rdzawymi, twardymi, łuszczącymi się plamami zamiast piersi spoglądała na ową scenę skąpaną w bieli piasku, błękicie nieba i odcieniach kobaltów morza. W zieleni drzew i furkocie wróbli. Patrzyła, słuchała, rozumiała… Jej palce dawno temu zmieniły się w pazury i teraz całkiem nieświadomie rozdzierały wielkie liści łopianu. Była nimi wszystkimi i żadną z nich. Była i nie istniała jednocześnie, nosząc dla każdej inną twarz…

– Wiesz, że kury robią teraz kwadratowe jaja, albo takie jak sputnik? Wrzecionowate takie? Co się dzieje w ich kurzo-babskich dupach, bo przecież nie o mózgi tu chyba chodzi? Kto je przekonał, że tak fajniej? Usz taka moda moje cipuszki, moda, a za modą trza podążać, wot gupi ten, co po staremu jaja sklepia… Gupi i nikt go na pewno nie polubi, nie pogłaszcze pod skrzydło, na kawę do dzioba nie zaprosi. I czy te tradycjonalistki wytykane są pazurem na grzędzie, ktoś nocą bije ich jaja, aż milkną skorupki? Podobno są mężczyźni, którzy potrafią doprowadzić świnię do orgazmu i to przy muzyce… nie wiem, ale wydaje mi się to dziwnie romantyczne… bo dziś dla ludzi chyba już nie ma romantyczności. Dziś nie wolno już, jak dziadkowie gdy byłam mała, zadać tych pytań, co czerwieniły policzki: masz dziewczynę? Niepoprawne toto tak politycznie. Podobno płci mają zakazać, bo i po co? Ja a ja mówię – dla bezpieczeństwa, dla owej cudownej pewności, że jest coś, przy czym nie muszę się zastanawiać. Jestem dziewczynką, wolno mi wszystko, jesteś chłopcem, znaczy wolno na co ci pozwolę, a co… mi wolno wszystko! I podobno wszyscy mają teraz sikać na stojąco… a ja nie rozumiem z jakiego powodu?

Wisieli obydwoje głowami w dół, Wierzba coś tam wzdychała, w morskich, ciepłych juz falach skakała mała, ucięta główka i łapała glony na włosy, ot zdrowotnie, kobieco. W oddali na maszcie z drewienka trzepotały gacie Chowańca, na łódeczce z kory płyną Chochel… w niewiadome… Bo ono wiadome takie. Swobodne i bezpieczne, bo wszystko może się zdarzyć!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wojna w blasku dnia” – jest w powieściach Bretta jakaś szybkość, tempo kosmiczne wprost… zwyczajnie piorunem się jego książki czyta. I nie przeszkadza rozrzucenie chronologiczne, geograficzne, filozoficzne, socjologiczne. Za to intrygująco fascynuje, w rzeczywistości nadzwyczajna skromność ilości owych bardziej opisywanych bohaterów. Jakby z jednej strony była ich cała masa, z drugiej właściwie mamy tylko dwóch Wybawicieli i dwie kobiety. Tak, kobiety w powieściach Bretta są zaskakująco istotne. Silne, przebiegłe, odważne, walczące do końca, intrygujące… niezależnie od tego, czy wyplatają kosze z liści palmowych, czy też parają się magią, są wspaniałymi postaciami!

Powieść jest intrygująca, jej nasycenie znanymi zwyczajami ludów pustyni sprawia, że jesteśmy pewni, iż mogła się wydarzyć… może w równoległej rzeczywistości, a może już za morzem? Tylko że… no właśnie, tylko że… tylko że czegoś mi brakuje. Zbyt wiele owego przewidywalnego, choć… nie wiem o co dokładnie chodzi, ale i tak chcę kolejny tom! Bo przecież muszę się dowiedzieć wszystkiego!!! Bo jakoś wciąga, mimo tego braku CZEGOŚ tam.

Na Wyspie świat się grzeje. Słońce pali bzy, ot pewno chciało zrobić konfiturę i raczej nie dopilnowało. Ot skwarek i tyle. Ale może tak Słońce lubi? Palone kwiatki, może topi je w herbacie porannej zamiast herbatników, bo na kwiatowej diecie jest, co nie znaczy, że w cukrze, miodzie i nektarze ich też nie macza… ot jedno zdrowe starczy przecież! Nie może się Słońce zacząć umartwiać!

Zresztą ma teraz tyle roboty, jakby co, nadprogramowe gramy szybko spali. Każdego Turystę trzeba przecież musnąć, dotknać, spalić jeżeli się da. Ot oporne te skóry teraz, smarują swiństwem jakimś, mocniej się trzeba wysilić, by nabrali ładnych barw. Asz Słońce tak lubi nie tych brązowiutkich, ale tych co to czerwienią się jak świnki. Ognistych strasznie takich… ci to dopiero kwiczą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Feminizm Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Barnet…

„Pan Barnet był niskim mężczyzną o szczerej, okrągłej twarzy i dziwnie spokojnych, błękitnych oczach pod równiutkimi brwiami. Miał krótkie, przeraźliwie jasne włoski pod garnek trefione i odstające, słonikowe uszy. Kartoflowaty nosek, choć spory, nie przykrywał zawsze radośnie rozwartych, różowiutkich błyszczących usteczek, ani równych ząbków o perełkowym, choc ostrym połysku. Do tego krótka szyja, lekko pulchne ciało… zero zarostu, a wszystko odziane w nadzwyczaj pięknie skrojony, ciemny garnitur, lakierki, do tego teczka i niewielki pejczyk w drugiej ręce. Cóż, mógł być naprawdę tylko sobą, człowiekiem od wszelkich problemów. Jedynym w swoim rodzaju, zawsze spokojnym i grzecznym, nadzwyczaj też milczącym, aczkolwiek nikt dokładnie nie wiedział, co to za rodzaj…

Dobitnie wskazywał na to niewielki, zielony miś w klapie marynarki. Który, dość nadmiernie radośnie i entuzjastycznie, machał swoją srebrną kosą w stronę dziwnie zaniepokojonego Pana Tealighta.

Nie żeby były jakieś problemy, nie w ogóle. Panujemy nad wszystkim jak zawsze!!! Nie ma sprawy…

Oj ot zwyczajnie wypadek przy pracy, zdarzył się i tyle. Tyż ma prawo do narodzin, choć może nie zawsze każdy chce go gościć w rodzinie. Taki to los wypadków… Każdemu może się trafić. To tylko wskaźnik, że nam to się jeszcze w ogóle chce cokolwiek robić, a nie tylko siedzieć i palić dziewice! Oj rzućcie kamieniem wy obrzydliwie sprawiedliwi, co to nigdy – AŁA!!! I tak wam nie wierzę, zresztą doprawdy trudno wierzyć, by taki akurat koniec miały na myśli Wiedźmy z Pieca, gdy chciały sobie dorobić wystawiając stoisko z Ljimonjiadą. Przecież to całkiem nieprofesjonalnie, całkiem niepowtrzebnie, całkiem tak zaprzeczając zyskowi. Ot taka tam mała była sobie przedsiębiorczość. No z duszą, sercem, a nawet i innymi częściami zapasowymi. Problem w tym, że jakoś tak w połowie komuś się coś przypomniało, komuś się odzapomniało, ale zwyczajnie milczał, angle zaczopowany strachem… i teraz pozostało tylko posprzątać. Nikt w końcu nie lubi walających się szczątek, no nawet takich znajomie ludzkich, po drodze. Tutaj uszko, tutaj grzechoczą ząbki, a tam znowu dłonie dobrały się w nowe pary i bawią się w wyścig w workach. Stopy odmawiają komentarza, a kadłubki, jak to kadłubki, ot milczą turlając się na głowach to w tą to wewtą. Hipnotyzują owym skrzypieniem, którego dziwnie się każdy spodziewa, a jednak nic nie słyszy… Girlandy splątanych wnętrzności, wszelkie woreczki i sakiewki w odcieniach czerwieni, bordo i szarości rdzawych, tak pięknie zdobiły zielone wiosennie drzewa. Jakby zaniepokoiły się, że nie zdążą do świąt i już teraz zajęły się wystrojem. Niektóre to nawet świeciły… ta dzisiejsza dieta Turyścizny doprawdy woła o pomstę do Bogów!!!

Pan Barnet nawet nie mrugnął, nie mruknął, nie wydał jęku, ani nie wypuścił z trzewi pawia… po prostu zajął się sprawą, a potem zamówił dwie szklaneczki Ljimonjiady. Dla siebie i dla MortMisia. Zmęczyli się.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Syn Cienia” – powieść przygodowa z magicznym tłem. Bohater, to samotny zabójca, czyli zdawałoby się nic nowego. Ale do wyposażenia zalicza nie tylko noże, ale też niewidzialną dziewczynę i pewną umiejętność, która pozwala mu być najlepszy, najbardziej efektywnym mordercą. Oczywiście wszystko zmienia się pewnego dnia. Niby zwykłe zlecenie, zwykłe przecięcie linii życia… tylko co naprawdę zapoczątkuje śmierć starszego pana? Jakie tajemnice skrywa bohater i kim naprawdę jest córka zamordowanego?

Tia wiem, niby już było. Nie szkodzi, bo w powieści Jona Sprunka jest też coś więcej. Owe tajemnice, specyficzny honor, świat, w którym jeszcze wiele jest do odkrycia, wszystko intrygująco się splata. Szkoda tylko, że powieść nie pozwala nam bardziej wtopić się w ten świat. Jakoś w niego naprawdę wkroczyć, rozsmakować się, uwierzyć. Łatwo domyślić się zakończenia, ale przyznam, że ciekawi mnie kolejny tom i na pewno po niego sięgnę, w końcu w grę wkroczyć ma Tamta Strona… a i bohater ma dość spory potencjał. W końcu niektóre z tajemnic, wciąż mogą żyć…

Turyścizna przynosi ze sobą dziwne zapachy. Część z nich jest całkowicie nowa, intryguje, ale też przynosi dziwny niepokój ze sobą. Potem są owe znajome, często takie, od których już od dawna próbuję uciec… i są te zapachy, które wydają się znajome. Jakby od nowa ktoś przewracał strony mojego życia, przywołujące wspomnienia… problem w tym, iż owe niekoniecznie dobre!

Od zapachów trudno uciec. Czasem zdają się podążać za nowym człowiekiem. Dziwnie im nieznajomym, jakby chciały objąć w swoje władanie całkiem inne życie. Odczepić się od tego, co tak boleśnie znajome… Przyczepia się taki smrodek, lub inna woninka i łazi za mną krok w krok. Swoje macki czasem zarzuca na poduszki i koce, czepia się obrazów i ścian, aż w końcu staje się częścią mnie.

Ale czasem pojawia się zapach, który wkurza przeraźliwie… tego trudno do siebie zniechęcić. Dlatego na stole stoi teraz spory bukiet bzów. Każdy oddech przesiąknięty jest ich fioletową wonią. Każdy kęs zdaje się mieć ich kolor i smak. Każde poruszenie wzbudza płatki w szaleńczy taniec, a wtedy one znowu i znowu i znowu ronią aromaty, niczym łzy. Ech! Nos!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Barnet… została wyłączona