Pan Tealight i Stany Rozładowania…

„Ściana.

Właściwie każdy myślał o ścianie. Nie, pewno. Gdy to jeszcze miękka, sympatyczna, spragniona dotyku ściana szpitala psychiatrycznego, to dlaczego nie? I jednemu i drugiemu dobrze. Z drugiej strony taka miękkość może oddziaływać niepokojąco negatywnie na osobę, więc… Zostaje ściana typowa. Pikuś jeżeli wyłożona miękką boazerią, choć koszt remontu spory, albo makatką, tudzież tapetą w tłoczone wzory, choć grzybami można się zarazić, kurzu nałykać, płucka nie wytrzymają. Gdy zwykła malowana, łatwo zaliczyć małą, krystaliczną kropelkę boleśnie wbitą w potylicę, albo zwyczajnie wgryzającą się w co miękciejsze tkanki, wyściółkę nosa czy oko. Ceglana, choć kusi doprawdy kolorem, wzornictwem i fakturą, podobnie jak kamienna, zdaje się być nadzwyczaj ekologiczna, ale uszkodzenie może być doprawdy nieodwracalne. A i ulga, choć przyjdzie szybko, to jednak może nie nadążyć… cios i po tobie. Na dodatek pokruszone elementy stworzą malowniczy rzucik na ryju i nadzwyczajność gotowa. Plus – ci w szpitalu serio będą mieli z ciebie ubaw, nie ukryjesz co robiłeś.

Podobno niektórzy próbowali z deską, tą od odpukiwania. Bo jak już pukać deskę, to dlaczego nie walić? Ale jak już deskę, to jakie drewno? Nie sosnę chyba, choć pachnie tak nęcąco, więc może coś kolorowego? I co z drzazgami? Solą toczoną z czółka, która wgryza się w drewienko? I ustawić ją, czy jednak przyczepić do ściany, a może zwyczajnie sztachetę w łapę i walić?

Problem narastał. Każdy pragnął ujścia. Owego korka, który w końcu odpuknięty wypuści wszelkie wkurwienie. Rozładuje emocje umocnione murem człowieczeństwa i pozwoli bestii zatańczyć. A bestia tańczyć umie ślicznie… baletnica przyciężka, futrzana zabawka na niewidocznej karuzeli.

Bo właściwie nic innego nie możesz zrobić. Nawet jak zamykasz oczy i zaklejasz je silikonem, w uszy pchasz watę, podpaski i tampony, a potem walisz pszczelego wosku, to wciąż wpada na ciebie ta Głupota Ludzka. Utuczona, upasiona, barwna i odziana w najdroższe tkaniny, w dodatki pstrokate… mało stylistycznie spolegliwa, głośna, szarpiąca każdy nerw. Nie ubijesz gnidy, więc możesz sobie tylko ulżyć… ale gdy już rzucanie talerzami i garnkami nie daje nic, gdy patelnia tak powyginana, że smażony omlet miałby zbyt wiele wymiarów by go zjeść, zostaje ściana.

Wal.

– Jak długo tak bije?

– Oj będzie z godzinę, zaczęła w tamtym rogu ogrodu, ale powoli ją przesuwamy, nieźle jej idzie, trawnik na przyszły rok będzie jak pod linijkę.

– Ale dlaczego ziemię tłucze?

– Bo ściany odmówiły współpracy i wezwały adwokata, a ziemia Wiedźmie Wronie Pożartej nie odmawia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dochodzenie” – powieść potężna. Gigantyczna. Powieść odserialowa… czyli ci co oglądali („Forbydelsen”/”The Killing”) będą narzekać, że nie takie samo, a ci co nieświadomi telewizyjnych popularności sweterków z Wysp Owczych – nie Norwegii! – jak to wielu pisze, wpadną w powieść właściwie bez sensu. W której wszyscy zachowują się jak powaleni.

Psychiczni.

Z jednej strony mamy policję, z kultową postacią komisarz Lund i wielkouchego Meyera, z drugiej polityków, na dokładkę rodzinę ofiary, której przeszłość powoli wyciąga macki. Aresztowani będą wszyscy… i tylko do końca nie wiadomo kto zawinił. A może wszyscy? W końcu każdy ma swój szkielecik w szafie!

Powieść jest dobra, ale nie świetna, czy oszałamiająca. Razi jakaś dziwna niekonsekwencja, obrazy rzucane na ścianę, kalejdoskop osobowości, które jednak niczego nie wnoszą, jakieś przerysowanie postaci ich… głupota? Nie wiem. Z jednej strony czyta się nieźle, wciąga, intryguje, ale w pewnym momencie człowiek się sam siebie pyta: are you kidding me? Jak dla mnie o wiele lepszym bohaterem jawi się dziwaczny, wprost nasączony tajemnicami Meyer niż Lund. Dla niego warto… przynajmniej miejscami.

Zielska kwitną. W wysokiej trawie zagubiły się dziwne, chrupiące stworzenia, o których istnieniu tak naprawdę nie chcieliśmy wiedzieć, a na rozgrzanych skałach w barwnych, dwuczęściowych strojach, zabawiają się ze sobą jaszczurki. Człowiek na spacerze podskakuje co krok, przerażony czmychnięciami w zarośla, piska niczym niewinna białogłowa, dobrze w piskaniu szkolona… Ot i jesień idzie, choć lato nie do końca jest tego pewne. Wyspa ponownie wyłazi z kokonu i przeobraża się w nowego potwora… Bo potwory są ciekawe.

Jakoś tak zawsze były… ale kto by pomyślał POTWORY spoglądając na błękitne niebo i kobaltowe fale i te trawki, każda w innym odcieniu złota i brokatu, w szarościach i burgundach, każda taka specjalna w kształcie, jakby przez szalonego artystę z niestałą wizją rzezana…

„Tu jakoś nie mogła się zebrać do kupy, więc przeniosła się z facetem na Bornholm. (…) Fajny gość. Nie udało się. (…) Za daleko od cywilizacji. Dostawali kręćka od słuchania całymi dniami krowich pierdów.” – „Dochodzenie”

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.