Pan Tealight i Wysocy Strażnicy…

„Śledzili jej każdy krok, smukli i twardzi, gotowi na wszystko, co mogła im zaoferować, rzucić pod nogi, zmieszać z drogą. Nie istniała dla nich płaszczyzna, na której nie mogliby się ukryć, zapuścić korzeni, zatrzymać się i zwyczajnie czekać, cierpliwie poddając się aurze. Miejsce, w którym nie odnaleźliby z łatwością swojego domu. Przystosowali się już dawno do każdego dnia i każdej nocy, do wietrznych wieczorów i zimnych poranków, do kłaniania się silniejszym, by zmylić innych, do czepiania się słabszych, by wzmocnić siebie samych. Każdy jej oddech był dla nich znakiem, każde zmarszczenie brwi wyznacznikiem obronności, każdy ruch budził w nich dziwne grzechotanie. Nigdy nie odpuszczali. Ruszali za nią zawsze rozwijając w dziwnym, wężowym tańcu swoje barwne płaszcze, obsypane pyłkiem, rytmicznie i dziwnie niespójnie, a jednak jakże urokliwie i miarowo zdobione falbankami…

… kurna co?

Zwiewni dziwnie, ale mocni, niemożliwi do odparcia, kuszący, a jednak w niej wzbudzali tylko strach. Czuła ich macki pod każdym murem i w każdym ogrodzie, czuła ich miękkie odnóża gdziekolwiek podążała. Słyszała owe wredne, szeleszczące szepty, gdy tylko wysuwała głowę z najbezpieczniejszego miejsca na swej Wyspie… Ale te falbanki, owe różowości, bielejości, czerwienie i kardynalskie wściekłości, były niemalże rozbawiające. Nie oszukujmy się, jak w takiej koafiurze ukryć normalną broń. Może się nie znam, ale sami sobie wyobraźcie! Jak wsadzić tam gana, kałacha, bazukę, czy nawet zestaw zgrabnych podręcznych gruszeczek, cytrynek, czy jak to tam się zwie w waszych częściach świata?

… byłoby śmiesznie!!!

Gdyby tylko nie owo przerażenie, które wpoiła w Małą Wiedźmę Zła Królowa. Wiedziała dobrze, że malwy są jedynymi roślinami, których, wtedy jakże Mała Wiedźma się bała, więc zmieniła je w jej dożywotnich, dziwnie wszędobylskich, smukłych, giętkich, czepialskich strażników. Opłaconych z góry, z dożywotnią gwarancją na opiekę tutaj i we wszelakich zaświatach, do których potem Wiedźmę zabiorą. Znaczy wiecie, tych nie opłaconych z góry… bo kto by tam opłacał. Ale było coś, czego Zła Królowa nie przewidziała. Coś, co jej umknęło, co zdało się odstąpić od jej pokrętnego, cuchnącego zmanieryzowaną religijnością własną umysłu. Mały psik-psik. Mała zemsta wrednego umysłu, który wierzył, nie bał się, że światu zabraknie kolorów, barwności, tańczących falbanek i wszelakiej kwietności, plennej i płonnej i dziwnie sypiącej uczulającą pylicą gdzie popadnie…

… i dlatego jesienią, gdy na czubkach Wysokich Strażników, chudych idealnie skurwieli wpychających swoje zielonkawe odnóża w jej życie, wrednie dominując zawsze jakże jej nie pasującą, niemożliwie dla niej kobiecą sukieneczką… chodziła ulicami i zdzierała z nich nasienne pojemniczki. Mordowała Wiedźma Wrona Pożarta w zarodku, w łonie ściskała ich tętniczki, roztrzaskiwała DNA. Brała owe płaskie, matczyne uściski, dopasowane do siebie, jakże przymilnie tulące się wzajemnie potomności wrednych upierdliwców i niszczyła ich. Głucha całkowicie na jęki, tkliwienia, łkania, płacze, pieśni i błagania. Więcej, wsłuchana w owe modlitwy, błagania… zawsze z obrazem Złej Królowej przed sobą, zabijała malwy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wojna w blasku dnia. Tom 2” – ostatni tom bujnej, piaszczystej miejscami, runicznej opowieści… i zawód. Bo tak serio to się nie może skończyś na tym. TYLKO i wyłącznie tak! Przecież to bez sensu i co z całą masą nie zakończonych wątków? Co z kobietami? Co z owymi potężnymi treściami, które spajały te historie? Ogólnie, co z tym Brettem?

Ostatnia bitwa jest dziwna… powolna i pełna ludzi, którzy niby chcą ze sobą być, ale nie są do końca tego pewni. Pełna oczekiwania i prób powrotów do przeszłości i zarazem nic w niej nie ma, a przecież tak dobrze się zapowiadało! Nie oznacza to, że powieść kompletnie kijowa, ale… zwyczajnie słaba. Jakaś taka powtarzająca stare frazesy, dziwnie nieznajoma, jakby świat zatchnął się w oczekiwaniu i nikt mu nie przypomniał, iż należy oddychać, by żyć!!!

Zawiodłam się… ale może to tylko chłyt reklamowy? Jak myślicie? Będzie jeszcze więcej opowieści o Zakątku?

Wyspa wybuchła kolorami. Ziemia zdaje się już troszkę drżeć z chłodu, ale pokrywające ją coraz grubsze kobierce liści, lekko schniętych traw w finezyjnych kształtach i pięknie uformowanych wrzosowych poduszeczek… kręci. Chcesz się na nich rozłożyć i przejąć trochę tych barw. Stać się pewną szelstnością. Ową kruchą, a jednak jakże artystycznie ukształtowaną konstrukcją. Osnową i wątkiem, które ktoś wypełnił ciepłem jesiennych, magicznych dni.

Gdyby tak zmienić się w liścia? Gdyby tak po prostu wybuchnąć na gałązce, potem nabrać barw, dziwnie markotnie, ale i z zadartym nosem sarkać na możliwe palety, aż w końcu z wdziękiem szalonym, popisowym numerem, o którym śniło się całe dotychczasowe szemrzące życie… skoczyć w dół, roztańczyć się, spiruecić, skoczyć, poddać się wiatrom, nie baczyć na okolice, zachwycić wszystkich dookoła, zebrać też najwyższe oceny… by w końcu rozłożyć się wygodnie, może i robić za dywanik, być tak cudownie barwną częścią świata, zachwycającą, utrwaloną na zdjęciach i obrazach, a potem w procesach gnilnych zwyczajnie dać się zmienić w ową brunatność, we wszelaką płodność wzrastającą drzewkami, krzaczkami, grzybkami… i wszelakim tym tałatajstwem, o którym człek nie ma pojęcia, bo czasem lepiej nie wiedzieć.

Bo czy liść, choć gnieciony stopami, łapami, kopytkami i raciczkami, obsrywany przez ptaszki, robaczki, zwierzątka pełzające i skaczące… cóż może jednak z tymi liściami nie jest tak do końca? Gdy liść w końcu powraca w swój koronkowy, piękny w kształtach, delikatność, ale już tylko black and white, nagle coś się zmienia. Nagle przestaje się wierzyć w to, iż taka kolorowość właściwa tylko kilku dniom jesieni, jest w ogóle możliwa… po gdy przestajesz wciągać w siebie ową słomkową ciepłotę jesieni, coś się nagle i drastycznie zmienia.

Jest w jesieni większa ulotność, niż w wiosennym wybuchu życiowości. Owa tajemniczość, którą uświadamiamy sobie wyłącznie namacalnie. Te szmery i szelesty, podniebne tańce i świrusy, dziwne kolebiące się barwności, którym nie można się oprzeć… nim świat nagle stanie się nagi.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wysocy Strażnicy… została wyłączona

Pan Tealight i Prosty Wybór…

„Niepozorna biel. Albo zwodnicza dziwnie szarość kształtów… lub magiczne, choć dziwnie wyczerpujące wzrok wrzosowisko, to dotykające swym kamienistym podłożem samej wilgotności morza, lub suchość piasków. Martwą jednolitość barwnych głazów i kryształowych hal. A może tylko spokojny zestaw kamiennych grot? Tak długo rzeźbionych przez wody i wiatry, że zapomniały co to znaczy nie być tworzonymi. Nie podlegać ciągłym zmianom. Zapomniały co to znaczy nie wzrastać, erodować, zmieniać się… ot po prostu być i żyć.

Jakże odmiennie od nich…

Właściwie są wszędzie, dostępne na wyciągnięcie osłabniętej, ale zdecydowanej kończyny. A jednak, tak wielu ich nie widzi. Woli nie, nie akceptuje, bo po co sobie wciąż przypominać, po co wiedzieć, gdzie się skończy, gdzie te wszelkie nagromadzone dobra nie będą miały już żadnego znaczenia. By nie spoglądać na owo miejsce, które choć przeznaczone każdemu, to jednak przecież tak niemożliwe, tak nieistotne, takie: mi się nie może to przydarzyć…

Gdy już wiesz, gdy czujesz ową dziwną pewność, zaskakującą swoją siłą przekonywania, gdy przestajesz się opierać, szamotać, wiązać swój byt, przypinać pinezkami do ścian, zdobić kłódkami i na wszelkie sposoby łączyć siebie wyłącznie z życiem, są one. Pola Do Końca Umarłych. Miejsca, do których idziesz, bo wiesz, iż nadszedł twój czas… twój czas ostatniej podróży. Największej przygody. Bez strachu, z dziwnym spokojem pełnej świadomości.

Mawiają, że byli tacy, którzy chronili się w jaskiniach, strażniczkach wspomnień i kolebkach marzeń. To tam powoli oddawali to, co męczące, zdawali ciało bramce, dziwnie nadzy, udawali się dalej. Ale byli i Ludzie Kry. Ci szukający zawsze owej pływającej krótkotrwałości. By jak najpóźniej schronić się w głębinach morza. Przynależący zarazem do wody jak i powietrza, dziwnie nieświadomi gleby…

Są tacy, którzy wspinali się na drzewa, by tam pozostać. By ucieleśnić się z porami roku do końca, wejść w pień i wzrastać dalej. Cieszyć się z uroczego liściowego przemijania, z piękna i skomleć co roku ku wiosennej nadziei. Ale są i ci z jaskiń, którzy wtulają się w kamień, a gdy ich ciała zmienią się w proch stają się istotnym fragmentem, rzeźbą swego przeszłego świata. I są ci wstępujący w ogień. Ci zezwalający na wszelaką nicość tego, co było tak istotne, owego ciała. Jakżesz oni są oświeceni i rozgrzani… I są ci, którzy nie dbają o to wszystko, a porzucając ciało gdziekolwiek, nie krocząc ku Polom, by tylko i wyłacznie stać się zapomnieniem, tylko przyszłościć, by stać się użyźnieniem.

Najpierw lekkim smrodkiem, ale cóż, kto z nas nie śmierdzi?

Prawda jest taka, że wszyscy odejdziemy. To tylko chwila… prawda też wciąż dziabie mnie w bok, przypominając, że jakoś lepiej o tym nadmiernie nie myśleć, bo przegapić można samo życie. Ale też wiem, że wszyscy oswajamy Pola Do Końca Umarłych. Nawet jeśli wierzymy w zombie. Rozmawiamy z nimi, palimi ognie, rzucamy kwiaty i zostawiamy paczki ciasteczek w polewie…

Tak na wszelki wypadek, niezależnie od tego, w co rzeczywiście wierzymy. I jak dotrzemy w owe miejsca po wszystkim. Najczęściej w te, do których nam jakoś tak najbliżej. Bo i nie da się iść daleko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wurt” – tak trudno coś napisać. Napisać coś i nie wyjść na głupca po przeczytaniu TAKIEJ powieści. A właściwie nie po przeczytaniu, ale nagłym wtargnięciu w ból, miłość niezdolną zrozumieć tych, których nawiedza, w mistyczność, baśniowość… opita owym oniryzmem, a jednocześnie zderzona z pewną rzeczywistością, możliwością, pozostaję w stanie wskazującym.

„Wurt” jest niesamowity. Z jednej strony brudny i brzydki, dziwaczny, z drugiej piękny, szalony i przejmujący do cna. Czy to bardziej odbicie znanych mitologii, czy też powiewanie legend i opowieści? Czy bardziej szalona wyobraźnia, czy też szczyt romantyzmu bez różowej obwijki? Nie wiem. Chyba każdy wkracza w tę powieść ze swoim piórkiem i każdy widzi to wszystko inaczej.

Tylko, czy się nie boisz?

Ludzie dzielą się na takich: ach jaka piękna twoja Wyspa, jakże jesteś szczęściarą, że możesz tam życ – nazywam ich ślepcami, bo właściwie nic nie widzą i tych: oj ale tam nudno, no przyroda, ale wody tyle, odcięcie od świata – tych nazywam niezdecydowanymi. Ci pierwsi wiedzą nic. Stworzyli sobie obraz na swoje podobieństwo i właściwie poza mamrotaniem nader wkurzającym, bo guzik wiedzą ile to człeka kosztuje, by trzymać się Wyspy gdy tak wieje… bo przecież ma się ową świadomość, że każdy może, a oni jej nie mają, cóż nic nie zrobią, ale ci drudzy… oj tak, tutaj istnieje możliwość, że niestety wpadną keidyś na kawę.

Niestety, bo nie dość że ja aspołeczna, to jeszcze mam na kawę uczulenie! I to owo rzygające!!! No i pewno chcieliby ciasteczka… kurcze, ale skąd ja mam im je wziąć? I czy należy być przygotowaną zawsze, czy mogę sobie olewać kilka dni w tygodniu? Czy stać w drzwiach, pierś do przodu, dupa wciągnięta, baczność wprowadzona do wiedźmich obwodów, czy… nie?

Oj tak, cała wyspowość mojego istnienia wiąże się z sezonem na turyściznę i powrotem do życia w życiu. Nie oszukujmy się, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki się zdziczała. Nie jada nożem i widelcem, łyżeczkę ma malusią, życie swe usilnie i nagminnie spędza na podłodze… nie uznaje stołów i krzeseł, ogólnie wyparła ze świadomości tzw. cywilizacjonownaie się. Gdyby mi teraz kazali być doprawdy współczesną i modną, normalną wiecie kobietą, prawda o piekle zyskałaby intrygujące zdjęcia z osobą w stroju nader psychiatrycznym.

Tylko czy dzikość doprawdy jest taka niemodna? A może tylko nie pasuje tym, co mają problemy z samymi sobą?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Prosty Wybór… została wyłączona

Pan Tealight i Problemy Językowe…

„– Przyszedłem uprawiać seks! –

Właściwie słysząc coś takiego, nawet będąc bardziej kukłą z poplątanymi sznureczkami, niż ledwo dobudzonym opętańczym pomiotem człowieka: znaczy się Złej Królowej i Szatana Pana Podziemi (albo co tam, no ktokolwiek jakoś robił za tatusia Małej Wiedźmy?), tupot myśli w głowie, wyrwanych ze swoich uroczych śpiworków w kaczuszki, z nieumytymi ząbkami, ropą w oczkach i miodkiem w uszkach… ten tupot raczej zmienia się w pędzący nadświetlną srebrzysty Enterprise, niż łagotny pociąg ku wytrzeźwieniu.

Dziwny osobnik w drzwiach, może i znajomy, cóż tam mogą widzieć oczy wciąż przesłonięte mgłą snów? Może i osobnik, który w rzeczywistości powinien tutaj być, może i upragniony, może wyczekiwany, co pewnie wiedziała wczoraj, albo w owe dni, kiedy myśli bardziej po ludzkiemu i po kolei… Ale owa niedobudzona człowieczość – ustaliliśmy, że w Wiedźmie Wronie Pożartej, no bo pewnie, że to ona się obecnie wgapia się w Napaleńca Seksualnego, sporadycznego ślepca i na pewno zboczeńca, sama przytrzymując kocyk skrywający ową goliznę zaspaną – no więc owa człowieczość, czy co tam jest w niej, nie kojarzy. Zafiksowało się na seksie, na owych rzuconych słowach i nie czuje kompletnie wpychanej w ramiona paczki. Pudełka zasobów dość sporych, nawet jak na ową, przecież nad podziw niską wiedźmę, nie oszukujmy się… ona raczej nie czuje ciężaru słodkiego, nie jest świadoma owych mechaczących jej włoski na rękach taśm, dziwnie już się do niej klejących…

… właściwie nie, to wcale nie jest pora zaskakująca innych. Może tych co dopiero zasnęli spędziwszy noc dzielnie pracując, ratując życia niechciane i te chciane, i te lekko nadwęglone szaleństwem i owe przekraczające nie te szafy drzwi… Może tych potrzebnych światu, a nie próbujących tylko śnić, wypisać się z teraźniejszości narzuconej, marzących o tym, czego inni nie widząc, a co jest dla niej czymś codziennym, conocnym i ogólnie jej życiem?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki stoi i czuje w końcu wpychaną paczkę, na którą spogląda jak na ciekawego, mało obleśnego obcego, coś jak szczeniaczka kudłatego, ale nie kotka… co to to nie! Ale coś takiego jak ona, jedyna na świecie, więc wybaczcie brak analizy porównawczej, fiksuje się na słowie. Po prostu wyłapuje je z powietrza, jeszcze ohydnie oślinione, poranne słowo i obraca je w myślach, bez podtekstów, zastanawiając się, jak ono tutaj się w ogóle dostało. Bo mężczyzna w drzwiach, domagający się jakiejś usługi musi być przecież snem, ale nie owo słowo. Słowa nie bywają snami, one zawsze są prawdziwe, namacalne i dziwnie sycące.

Tylko, że to wszystko brzmi tak dziwnie. Nie pasuje do dnia, wybudzenia, do owego stroju jakże nieprzystającego damie… do owego wpychania, uśmiechu i wielkiego samochodu w pomarańczach tak soczystych, że Wiedźma aż czuje, jak jej się obficie pośladki opryszczają!

– Tak – odpowiada tylko… bo w końcu litościwa komórka mózgowa, która chyba jako jedyna pozostała włączoną i nakierowaną na ową rzeczywistość w końcu załapuje język, w którym należy się wysłowić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książka na dziś, czyli co jedzą Wrony? Bo jak się mieszka na Wyspie, w owej dziczy, gdzie książki wciąż są drzewami, gałęziami, liściami, pąkami, kwiatami, owocami, nadzieją wiosny, snem zimy, kolorami jesieni i lepkością lata, pełnymi ruchu i marzeń, wzrastającymi ku niebiosom, korzeniami macającymi piekiełka, a zawarte w nich historie wciąż jeszcze nie mają napisu THE END…

… bo niektóre nigdy się nie kończą.

Z cyklu przeczytane: „U progu szczęścia” – opowieść dla dziewcząt. Oraz dla owych młodych kobiet, które wciąż marzą, oraz tych starszych, które pragną dokarmić sny bajką… oraz tych, które się zastanawiają, w którym miejscu umieścić samą siebie. Tych, które myślą o małżeństwie, rodzinie, o miłości… które są tak blisko postoju przy ołtarzyku Kopciuszka, Śpiącej Królewny i innych. Ale jeżeli wydaje się wam, iż to tylko i wyłącznie miałka opowieść w różach i pastelach, cóż… oto opowieść o dorastaniu. Dorastaniu w krókim czasie do decyzji.

Nagłym postrzeganiu świata w pełni…

… o ślubie, który może, ale przecież nie musi się wydarzyć. O miłości, która jest świeża i dziwnie nagle niepewna. O teściowej, co zdaje się być potworem z najniższych poziomów piekła, a przede wszystkim o młodej kobiecie, nagle zderzającej się z kwestiami: I DO, oraz FOREVER. Kobieca, współczesna i doprawdy zwiewna.

„Wszystko OK” – człowiek czasem się śmieje, choć powieść kompletnie nie dla niego. Kompletnie nie o świecie, który zna, ogólnie czysta fantastyka, która jednak dla wielu jest zwykłym życiem. Tym dramatycznym etapem zwanym dorastaniem! I o przyjaźni, oraz byciu dziwakiem… i owym specyficznym momencie, w którym dostrzegamy dziwactwo i nie tylko je akceptujemy, lecz zaczyna nas fascynować…

… ot opowieść o szkole, przyjaciółkach i domowych problemach. No wiecie, zwyczajne całkiem życie!

Wyspa jest pełna dziwaków. Znaczy, tak mi się wydaje… ludzi, którzy umknęli teraźniejszości, często wpatrujących się w fale, tulących drzewa, paranoicznie oddanych kawalątku ziemi na morzu… Ale nie, to nie o nich mowa. Raczej o tych, którzy tutaj się znaleźli, ale wcale nie chcą tutaj być. Owych dziwacznie niedostosowanych. Tych, którym marzyło się lepsze jutro, ale nie umieją docenić piękna natury, owego skarbu jaki się im trafił…

… oj pewnie, że jestem w tej chwili fanatyczna i pełna niezrozumienia. Jestem egoistycznie wyspowa i kompletnie wypruta z poprawności politycznej i tej cholernej tolerancji, która urasta do Greya biczującego mnie, ku mojemu wątpliwemu zainteresowaniu! Doprawdy życie jest krótkie…

… za krótkie, by zwalać na siebie problemy innych, a nie mierzyć się z własnymi ograniczeniami. Zostawać kolejnym świętym, któy serio ma w dupie… siebie. Ale z łaskawością zajmie się wszystkim i każdym innym.

Ludzie przyjeżdżają na Wyspę i jęczą. Oj pewno mają co jeść, mają gdzie mieszkać, mają… cóż nie mają powodów do marudzenia, więc jęczą, że w owym cudownym świecie nie jest tak jak tam, skąd wyjechali. Serio? Jak się nie podoba, krzyżyki na drogę – owe z najwcześniejszych epok, plecak i kop w nery! Bo to jest Wyspa, cud nad cudami, piękno zjednoczone i skondensowane, best before forever… ale jeżeli obrócisz się przeciwko niej, choć ona się ukłoni, cóż, sam sobieś winien!

Świat jest wielki! Wybierz sobie swój kawałek, bo nie ojczyzną jest to, co narzuca ci urodzenie, ale to co dusi w przełyku, co sprawia, że wydłubujesz komuś oczy, choć serio brzydzisz się dotykać ludzi i co kochasz, do końca. A nie przyjeżdżasz i chcesz zmienić, dopasować coś do siebie, bo ot polityka socjalna cię nęci…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Problemy Językowe… została wyłączona

Pan Tealight i Róże Fusowane…

„Dzień wstał zaskakująco optymistyczny, bujnie tchnący przyjemnie ciepłą jesienią, przynoszącą wspomnienia beztroskiego dzieciństwa – jeżeli ktoś takowego zaznał, barwnymi, lekko już mknącymi ku gnilności owocami i nieprzyciętą, dziwnie wolną, rozkoszującą się swoimi ostatnimi stokrotkami i dziwnymi, lekko miękkimi mleczowatymi żólcieniami, trawą.

Zło czaiło się jak zwykle w kącie.

Swoim kącie.

Zapuściły korzenie głęboko, utworzyło artystyczny pieniek, tuż pod musztardową ścianą, dziwnie zdradziecką, złowieszczo przydatną też i Kroczącemu Sąsiadowi. Przyczepione do niepewnych, mocno zardzewiałych gwoździ, pięło swoje czerwonawe macki w górę. Wyżej, tam ponad dach i dalej. Pewne, że tam, po drugiej stronie otrzyma więcej słońca, więcej pożywienia, wody i troskliwości. Podejrzliwie jednak, niepewnie zerkające dookoła, dumne ze swoich wielkich, zielonych wciąż, liści, nawoskowanych na najwyższy połysk i owych wielkich, lekko już zdrzewiałych kolców, ale też bojące się odrzucenia… Czerwone, krwiste pąki dawno już w nim przeminęły, a dziwnie wciąż zielonych owoców nie chciało mu się nosić. Były takie passe! Zło pragnęło jednak należnego mu rozkwitu i zapachów. Pragnęło żaru wrzątku i filiżanek, owych fajfokloków, swoich własych króliczków i walniętych wielbicieli nakryć głowy, takich z firanką… bo Zło chciało być Różą Herbacianą. Marzyło by nią być, by przebudzić się której wiosny i zwyczjanie wybuchnąć aromatem. Walić struktury i aksamitność płatków, po prostu zalać się w trupa i wonieć… A przyszło mu być tylko owym barwnym, może i aksamitnym, może i nęcącym strukturą płatków, ale wciąż tylko pędastym krzakiem fusowanym. Tym, który się nada, ot niech rośnie bo rośnie, ale nie jest wymarzonym aromatem bujnych, wielkich żółtych pąków. Nie jest spełnieniem marzeń Wiedźmy Wrony Pożartej…

Zaś Wiedźma Wrona Pożarta krwawiła… Z porozrywanych palców wyciekały jej słowa, zdania, postacie trzymały się rozwartych krawędzi ran tylko paluszkami, niezależnie od jakich odnóży. Ale Róże Fusowane, Zło w najczystszej postaci, trzeba było przyciąć, by nie dotarło do Kroczącego Sąsiada, by się znowu w nim nie rozkochało, by nie zapłodniło mu ogródka i nie odebrało woli, by potem zwyczajnie rzucić go w kościste ramiona jakiejś wyuzdanej nastolatki, której się wydaje, że samotnie mieszkający mężczyzna, po prostu musi być Księciem…

No i na dodatek nęcąco pozbawionym upierdliwej mamusi… Królowej! W dzisiejszych czasach Zło mieszka w dziwnych miejscach. I wymagało przycinania przy ziemi. Kładzenia spać jesienią, by dać wielu choć chwilę wytchnienia wypełnioną cudownych, białym puchem i sopelami! Ot trymowania nadmiernego, by gdyby coś, gdyby jednak przebudziło się zimą, nie dosięgło nikogo…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Drużyna. Pościg” – są opowieści doprawdy przeznaczone dla młodszej młodzieży, oto jedna z nich. Autor już zapewnił sobie miejsce w sercach dzieciaków cyklem „Zwiadowcy” i to miejsce doprawdy znaczne. Dla wielu z nich to on stworzył powieść, którą po raz pierwszy, świadomie i nie przymuszani, sami przeczytali. Sami często wybrali! To on nauczył ich naprawdę… czytać. Ten cykl nie odbiega od poprzedniego. Znowu jest to opowieść o przyjaźni, znowu o walce młodych, o dumie i oddaniu, o owych pierwszych, naturalnych instynktach, chłopcach stających się mężczyznami…

… ot są książki, które czytać muszą młodzi, by nauczyć sie tego, czego dorośli nie chcą, lub wstydzą się powiedzieć. Albo zapomnieli już o opowieściach o honorze i dojrzewaniu. O owej dziwnej wstępnej dorosłości, którą każdy z nas przechodził… John Flanagan robi to nieźle za nich.

Recenzje: „Dziewiąty mag. Dziedzictwo”

Wyspa zdaje się łapczywie, jakby desperacko łapać ostatnie słoneczne dni. Łapie je i przytrzymuje niczym latawce na niebie, szarpane wiatrem, któremu serio spodobały się te papierowe cuda i z chęcią by sobie nimi wyłożył mieszkanie. W zamian owej sarej tapety z piórkami, fajnie wyglądałyby takowe barwne, różnokształtne, zawsze poruszane sobą samym latawce…

… ale ile jeszcze takich dziwnie miękkich, smacznych, ciepłych, zaskakująco małowietrznych dni? Ile owych nie wyszarpujących wnętrzności z dzielnie zażywającego spaceru – tudzież tylko wyprowadzającego czworonoga – człowieka. Wyspie się wydaje, że jeżeli dorwie cały bukiet takich dni i zatrzyma ich energię, jakoś to będzie, gdy wszelaka nagminna ciemność i szaruga opanuje jej zmysły. Gdy życiowe siły usną, by zregenerować czas.

Bo wszystko musi odespać to produktywne szaleństwo. By znowu pchnąć koło czasu do przodu, by od nowa ciągnąć to samo… by nie dać się zaskoczyć. By znowu, ech co tam, może tym razem zaskoczyć świat? Może jednak zmienić swoje upodobania i jakoś tak dać się zamrozić? Wyleźć, gdy jeszcze nie czas, przedwcześnie po prostu wystrzelić, przebić się przez nudnie rozleniwioną ziemię, poznaczoną cudownymi, dziwnie równiutkimi oranymi wzorkami, i tak pozostać. Niczym coś niezmiennego, coś na zawsze… znaczy jak najbardziej pewno wyłącznie do ocieplenia, ale wciąż. Po prostu nie iść w owocki, ale wybuchnąć kwieciem i niczym nad grobem Śpiącej Królewny, leniwej małpy jednej, co zwyczajnie nie chciała posprzątać swojej komnaty i odrobić haftowanek do szkoły Dziewic i Wyrodnego Uprzykrzajstwa, więc nażarła się jagódek i kima tak ściemniając światu, że ma to jakiś sens.

Że jest w tym jakaś legenda…

… że serio nie chodzi jej tylko o przystojniaka, co się pokłuje, a jednak masochistycznie wytnie te cholerne róże, poderwie ją, pocałuje, zmiecie zaklęcia i tak jakoś no… tak się jej wydaje, że będzie lepiej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Róże Fusowane… została wyłączona

Pan Tealight i Ostatecznej Posługi Drużyna…

„Deszcz bębnił o zewnętrzności Białego Domostwa.

Najpierw troskliwie, dziwnie tkliwie rozrzucał swoje krople, które wisiały u brzegów stosownych nierówności, załamań farby, rynnowych nieskromności, dachowych niespokojności, oraz wszelkich tych, co to się mogły ich zaczepić… Artystycznie najpierw, jakby miał nadzieję, na poprawne i szybki rozwiązanie sprawy, po jego myśli, nie bił, nie chłostał falą wilgoci. Zdobił perełkami i diamencikami, delikatnie, pieścił. Ale pragnął tego, co wszyscy. Dostać się do środka. Pobroić, pokombinować, zaznać rozpusty w niechętnym towarzystwie. Zabawić się na całego. Ale ściany nie wpuszczały, dach nadął się, naburmuszył, szyby w oknach dziwnie zaparowane nie zwracały uwagi na owo całe tęczowe szaleństwo…

Jak śmiały!

Tak się postarał, tak próbował, po dobroci…

… więc zaczął bić. Przestał błagać, przestał nęcić. Kryształki i diamenciki jego kreacji pękały z trzaskiem zmieniając się w przykurzone węgielki. Zrobiło się zimno, szum nabrał na intensywności, jakby dźwiękiem i wilgocią miał nadzieję wedrzeć się tam, gdzie go nie zapraszano, podsłuchać… Chłostał obrzydliwie białą białość farby, owe niebieskie ramy okien, ową dziwną niedostępność, płakał przy tym, krzyczał i pluwał się wściekłością, ale nie dawał rady… jednak też i nie przestawał.

Zrobiło się naprawdę zimno. Liście na drzewach obrażone, że słońce nie chce motać w ich kolorowości postanowiły brunatnieć i od razu kryć się w zielonej wciąż trawie. Jednak nie wszystkie, inne zzieleniały z zazdrości, wszelako dziwacznie ukierunkowanej, że niby nie są jabłkami, czy coś, no i czepiają się gałązek niczym tonący owych kaleczących brzytw. Długo tak nie powiszą, ale próbują… cała reszta postawiła na dobre prochy i przeczekanie. Cóż, spaść można w końcu zawsze. Właściwie, to spora część Wyspy już tęskniła za Latem, choć się Jego Upalność nawet jeszcze nie skończyła. Zdrajcy. Właściwie poza Wiedźmą Wroną Pożartą i Pannami z Kółka Muskających Płatki, wzdychali potępieńczo za słońcem.

– Wymienię 3 Śnieżki na 6 Krasnoludków, ale niepijących takich, jak pijące, to jeszcze do tego 2 Smoki i pół Troglodyta! – mruczała Wiedźma Wrona leżąc bardzo nie jak dama na gołej podłodze, w garści trzymając karty zrobione z papierków po czekoladkach i gryzła wypalone zapałki.

Pan Tealight podniósłby brwi wymownie, gdyby je miał, ale jako że za mimikę w owym starciu odpowiadał Ojeblik, mała ucięta główka, szturchnął ją tylko, na co ona wykonała odpowiednie, nader skomplikowane, twarzowe gesty i złośliwie zamruczała, gdy rzucił niby od niechcenia…

– Dwa skrzaty niekumate za dwie Śnieżki i do tego Śpiąca Królewna na dopingu! – Ojeblik podskoczył i szepnął coś do szarej postaci na fotelu… – Troglodyta tylko dolna połowa!

Ukryty za szafą, zajmujący się jak zwykle sobą Chochel tylko zaśmiał się na to wariacko i wysmarkał nos… w coś.

Nikt tego nie skomentował, ale ukryte za Zasłonką w tulipanki osobowości wspominane zaszemrały zniesmaczone. Wiedźma Wrona Pożarta zaszeleściła papierkami, wyjęła trzy i wsadziła sobie za ucho. Jej kolczyki zaśpiewały potwierdzajac wybór swoim srebrnym błyskiem.

– Cały Troglodyta za trzy Śnieżki – Zasłonka wybrzuszyła się i dobiegł zza niej odgłos upadających trzech, nader kościstych, aczkolwiek szeleszczących taftą ciał. – Do tego dwa Golemy i jeden Latający Dywan.

Pan Tealight zachłysnął się, pobladł przybierając barwę porannej szarości i dziwnie oszukany tylko skinął głową. Cóż, jeżeli chodzi o ostateczne posługi, któż nie wie więcej niż Tańcząca z Pieprzącymi Apokalipsy? Zawsze przegrywał i zostawał potem z babami i krasnalami… dobrze, że Koniec Świata, wciąż otumaniony spoczywał na otomanie w stokrotki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Love story” – są powieści wybitnie dla kobiet. Dla tych młodych, owe na poły bajki, a jednak trochę prawdziwe, pełne uczuć, ale też nie do końca mdłe, dziwnie nie przedadzone… nie czytałam ich w odpowiednim wieku, dla mnie ważniejszy był Winnetou i Old Shurehand. Nie do końca przekonują mnie tematyką i dziś, ale owej umiejętności pisania autorce odmówić nie można. Nie można też nie zauważyć umiejętności podejmowania problemów bolesnych, trudnych, które często uderzają w młode czytelniczki…

… więc dla kobiet kobiecych, jak najbardziej! By wciąż wierzyć w bajki. Bo trzeba wierzyć inaczej życie sensu nie ma.

„Uratuj mnie” – najchętniej nic bym nie powiedziała o tej książce, nawet nie zalecam czytania opisu na okładce, bo tutaj wszystko jest niespodzianką. Wszystko jest zaskoczeniem, jeżeli tylko macie odwagę. Odwagę na oddanie głosu Zoey, która ma cudowne życie. Naprawdę idealne. Wszystko się układa, a dokładniej układało, a może tak naprawdę wszystko było tylko zasłoną dymną, próbą ucieczki od rzeczywistości… bo coś się stało, coś zniszczyło tą baśń i teraz trzeba się zmieżyć ze wszystkim od nowa. Demony się budzą i mają używanie!

Powieść bolesna. Dosłowna i prawdziwa. Ot życie…

Zimno zrobiło się nagle, jakoś tak z nia na dzień…

Gdy słońce jednak postanowi w ciągu dnia, zza chmury, dziwnie oszołomione, rzucić promieniem, człek czuje się zaskoczony, jakoś tak nie na miejscu. Poci się w sweterku, bluzę stara się zerwać z mokrych pleców. Na trawę kładzie dupsko… ale nic z tego, zimno jest. Od wilgotnej, młóconej nocnymi deszczami ziemi pachnie nie tylko świeżością, wilgocią i dziwną piwnicznością pełną mrożonek, ale przede wszystkim ciągnie. Wilki porozkładane na kamieniach i powierzchniach betonowych tylko czekają by ci wskoczyć na kolanka… oj tak, jak nic wilka dostaniesz.

W promocji z dopłatą nawet!

O co chodzi z tymi wilkami i dlaczego akurat wilki? Ugyzą mnie w to dupsko, co jak co mogę się gabarytem podzielić, ino niech se odgryzają równo i bez kantów, by gładko i płasko zostało… zwierzątka trzeba w końcu dokarmiać, co nie? Choć może o kość ogonową chodzi? Wyssać szpik, te sprawy, może i na ząbki to dobrze wilkom wpływa, taka ludzka ogonowa? Pierun wie… zimno ciągnie od betonu, granitu i wszelkiej tam lekko kamiennej mieszanki.

Tylko jak te wilki się chowają? Płaskie są, czy co? Jak one wytrzymują owe siadające na nie dupska?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ostatecznej Posługi Drużyna… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie Poranki…

„Właściwie to chodzi tylko o światło przecież? Cholerna atawistyczna ekologia, czy coś więcej?

Bo gdyby nie owo światło, ów naturalny budzik, otwieracz do ludzkich puszek – aczkolwiek niekoniecznie i mózgowych, ta możliwość lepszego widzenia, mniejszej zdolności wyłacznego wymacania, zwalenia na wszelkie nieoświecenie, można chyba by tak wstać… wieczorem? Albo po południu? Bo i na cóż nam te bolesne, nadmiernie radosne poranki. Szczególnie teraz wilgotne i chłodne, wciskające się obrzydliwą przemocą w rozgrzaną snami pościel, wielce oburzoną, gdy ktoś chce ją opuścić dla czegoś takiego jak… dzień. Ot przecież trafia się codzień.

Jak nie taki dzień, to inny… tak już jest.

Chyba, że zaśniesz na wieki wieków, jak mawiają inni, chyba że jednak zdecydujesz się nie obudzić, pozostać w krainie, nad którą zdaje się iż możesz zapanować, wziąć w swoje karby tworzenie snów i mieć owe happy ever after. Ale czy się uda? Czy da się zasnąć tak, by jednak wymijać koszmary, wybrukowane zbyt wielkimi zakutymi łbami ulice? Owe potwory, dziwnie znajome z tego co nie było snem? Ale co nim w rzeczywistości nie jest? A może co jest?

Poranki są świńskie. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, gdy tylko chłodek rozmamlił się po wrzosach, wymija je sprytnie. Gdy one powoli, rozmyślnie, bo zawsze są w liczbie mnogiej, zauważyliście, zawsze to jeźdźcy świtu, nie jeden oszołom, bo kto by tam samopas powywalał ludzi z łóżek… więc gdy one gromadzą się na linii startu ona wstaje i blokuje drzwi. Drzwi do tak zwanej nierzeczywistości. Wsadza tam buty i drewienka, leje wosk w zamki i luzuje śrubeczki, smaruje cudactwem zawiasy, a owo cudactwo pęcznieje i naburmusza się, co potem ułatwia wyważenie. Przeciera szybki, by się Poranki odbiły w sobie same, zapatrzyły w siebie, bo puszczalsko narcystyczne są takie, bujne w kolorach, napalone dziwnie… niech patrzą, aż ich czas przeminie i pykną się jeden z drugim niczym bańki mydlane. A gdy już przygotuje wszystkie drzwi pakuje się Wiedźma do łóżka, pluszakami nakrywa i udaje, że śpi, a w rzeczywistości na wszelki wypadek stópki spod kołdry lękliwie wysuwa i giczę bezczelnie Porankom podstawia. Nie ma tak dobrze, jeśli chodzi o Poranki i Chatkę Wiedźmy. Zawsze w tym miejscu mają obsuwę z czasem, zawsze wolą zajrzeć tutaj na końcu… ale sprytne są. Promieniem słońca kuszą zmysły Wiedźmy, odbijają się w misiowych oczach, mamią ją, zmuszają, by opisała co widzi, zatrzymała co czuje, a ona się im daje, nie zawsze, ale jednak.

Na razie 1:1!

Poranki zatrzaskują drzwi nierzeczywistości, tępą brzytwą tną nici snów, odbierają i koszmar suchości i przyjemną wilgotność podniety. Łamią niebyt, zmuszają do przebudzenia… zazdrosne, bo nigdy nie śnią. Podglądacze owych chwil, gdy człek wyrwany nagle nie wie, czy już jest, czy wciąż go nie ma? Czy unoszące go ponad lasami skrzydła puściły już jego ciało, czy wciąż jeszcze zaplątany w sieci pajęcze unosi się gdzieś tam, gdzie wszystko ma kształt i sens?

A Wiedźma Wrona Pożarta wciąż się buntuje. Nawet wyrwana spoza zamkniętych oczu i tańczących gałek, wraca tam. Zawsze zaczepiona o wszystkie światy, nie pragnie tego, co namacalne dla wszystkich. Ona chce tego, co doznać może wyłącznie sama. Jako ona. Pod jej powiekami wciąż przesuwają się obrazy, wciąż rozmawia z tymi, co po tamtej stronie, niedowidząc tych tutaj… wciąż jest kimś innym, czymś inny, spoza światów. Bo po co zamykać się na inne? Po co poddawać się Porankom? Przecież się obudziła! Wypełzła z łóżka… ale nie znaczy to, że postępować będzie jak inni…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książka na dziś – najnowsza, świeżości smakowitej wnosząca tony w moje ściany… strasznie pachnie. Jak chleb wystany w kolejce, który przywozili gorący, jak ciasto pieczone tylko od święta, jak coś specjalnego, jedynego…

… i z autografem!!! A. R. Reystone – „Dziewiąty mag. Dziedzictwo”! Czyta się, wciąga paskudnie, łomocze pod deklem, jak człek się wyrwie, by nie obsikać kolejnych portków…

Z cyklu przeczytane: „Jestem Grimalkin” – inna powieść. Dziwna. Kobieca, pełna inaczej opowiedzianych, znanych juz historii… fascynująco mroczna. Niesamowita! Dziwnie bardziej dorosła, dojrzała… niż poprzednie. Bo i bohaterka, narratorka, choć znana, to jednak inna. To nie chłopiec, nie mężczyzna, ale kobieta opowiadająca sowją historię. Ukazująca jak wiele stron ma dobro i zło, jak wiele odcieni ma biel i czerń w codzienności.

Naprawdę fascynujący obraz wyborów, które choć rozgrywają się w przeszłości, tudzież w świecie, któy dla wielu nie istenieje…. to jednak jakże wiele w nim prawdy. Siły, która nachodzi człowieka, gdy już wie, że nie ma nic do stracenia, gdy nie boi się niczego poza niewypełnioną wściekłością. Siłą męczącą sny i marzenia. Tak zwyczajnie, by w końcu wygrać, dokopać, by coś zakończyć… wciąż fantasy, wciąż przygoda, a jednak stawka rośnie!!!

Bo i z cyklem czytelnik winien się rozwijać, dorastać z nim, zmieniać się, czyż nie? Chyba o to w tym wszystkim chodzi…

Napuchła Wyspa wodami i sokami. Powoli zaspokaja swoje pragnienie i pozwala ostatnim, późnym jabłkom nabrać lekkich, pachnących rumieńców. Ale niewielkich, ot tak, jak być powinno. W końcu i tak większość czerwieni w tym roku wywaliła na śliwki i pomidorki. Na róże, które wybuchły na początku lata, a teraz rumienią się im tylko pędy dziwnie zaniepokojone własnym, przedwczesnym rozkwitem.

Oj no poszło wam w pączki, jakoś przeżyjecie, więcej ich nie będzie! Nie w tym roku, żadnych różyczek. Żadnych płatków do rozsypania w namiętnych pocałunkach, żadnych zabaw z wiatrem i obklejania mokrych szyb krwawymi plamami… poszło, wybuchło i nic się nie ostało. Ale zawsze jest następny rok.

Ot spać już chyba pora róże. Czas na was. Kolory poszły w jeżyny, w śliwki, wiśnie i inne cudaczności.

Puchną jabłka na Wyspie. Ot mnogość żarłoczności, a ino jeść nie ma komu. Jakoś i Wrony i Mewy wolą dietę morską. Grzebać w wodorostach, mięsko jakowe znaleźć, może i dać się uszczypnąć w pazur muszlą, może i lekko wonieją stopy od takiej diety, ale widać moc robi na pióra! A dzioby porastają porostami i muszelkami, niczym najpiękniejsze klejnoty, niczym najbardziej wymyślne mody akcesoria…

… może i rzeczywiście wszystko z morza i w morzu? Może i morze to kolebka, ale i powrót. W końcu i słońce się tam rozpuszcza i księżyc kąpie… Może i Wiedźma winna pójść na plażę i się obłożyć owym lekko woniejącym specyfikiem. Brązowościami, rdzawościami i czerwonościami? Może powinna possać sobie muszelki, wysmarować się mułem, wciągnąć w siebie więcej wilgoci?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie Poranki… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie Żonowanie…

„Właściwie, to czy chodziło tutaj o jakąś ułomność? Chyba nie. W końcu świat zawichrował się w takie rejony nieuporządkowania płci, standardów, możliwości, różnorodności, oraz wszelakiego kształtu komórki zwanej rodziną, iż wolno było… być innym. Niesamowicie nienormowalnie niedefiniowalnym. Nieokreślarnym. Specyficznie dogadzającym własnej rozbuchanej osobowości, która też nie miała pojęcia kim jest. Bo i po co komu taka wiedza? No i z Wiedźmą Wroną Pożartą tak właśnie było, we wszystkich wymiarach… także owym dotyczącym żonowania.

Będąca właściwie z kobiecością na bakier, bez szpilek, makijażu i podobnych szaleństw, bez owego uzbrojenia, pewnego zimowego, a jednak niestety bezśniegowego dnia, całkiem dziwacznie odziana wybrała się ona i wzięła ślub. Na dodatek wcale nie sama ze sobą… bo jak tu wybrać którąś z trzech? Dwa razy nawet. Bo i czemu nie? Czy chodziło o miłość? Na pewno, wiedźmy inaczej tego nie robią, no i o kogoś noszącego ciężkie pudełka, robiącego budyń, uskakującego dobrze gdy pluje się jadem, pojętnego… takiego męskiego w każdym wymiarze, by zrównoważyć magię. O kogoś, kto sprawnie wybija pająki i reaguje na każdy wrzask. Kto wyłowi z fal, jak się zapomni o oddychaniu i odda tańcom z utopcami i diabołami. Jak się zapomni być na powierzchni i kto ucieknie tam, gdzie ona będzie chciała.

… więc Wiedźma Wrona oficjalnie była żoną. Kiepską. Inną. Specyficzną. Niewprawną, co to gotować nadzwyczaj nie lubi, co doprawdy sprząta wyłącznie w napadach hormonalnego amoku, ale za to manierycznie pali świeczki i wyrównuje chwościki przy dywanikach.

Chowaniec zaś był mężem. I znosił swoje brzemię z prawdziwą godnością czerpiąc pociechę z tego, że przynajmniej nikt inny nie ma takiego ubawu jak on ma, a i nudzić się nie może…

Jednak czasem, w odstępach nadgorliwej miesięczności, pilnowanej przez stadko przeterminowanych kalendarzyków z łacińskimi sentencjami, tych z przepisami na najlepsze ciasta, oraz ogrodniczego, gdzie zaznaczono kiedy najlepiej wsadzić do ziemi co spiczaste i tego z ofertami domów, których chyba nigdy tak naprawdę nikt nie chciał, nawet ten co budował… Wiedźma Wrona Pożarta stawała się Żoną. Groźnobrzmiącą emocją nadmiernej pielęgnacyjności owego stereotypu. Pan Tealight robił wtedy zdjęcia, Ojeblik, mała ucięta główka rysowała z natury, a Chochel często zmieniał gatki… jak zwykle nie do końca własne. Bo było raczej nietypowo wtedy. Trzaskały garnki, wielozadaniowa patelnia i latały w powietrzu ściereczki. Wyglancowane na połysk łydki bez ani jednego włoska śmigały po dywanikach, a i kibelowi się obrywało. Moc rzeczy i spraw zmieniała wtedy swoje miejsce zamieszkania, zawsze niestałego i wiele z nich też nie wiedziało co będzie potem… gdy to wszystko przejdzie. Bo zwykle przechodziło, w końcu wiedźmi mózg nie mógł funkcjonować na takich częstotliwościach. W końcu zaczynał się sam pukać w głowę, no i szedł po rozum, tak do siebie… i nazat.

Wiedźmie Żonowanie było dla wielu rozrywką nad podziw intrygującą. Nigdy nie wiadomo było czego można się po niej spodziewać. Może nawet użyje tuszu do rzęs? Może jednak da się przekonać na wejście do sklepu i to nie wtedy, gdy nikogo tam nie będzie? Może zamiast zbierać kamienie na plaży, w końcu rozłoży swoje żyjące zwłoki na piasku i zacznie się opalać?

A może… może nawet założy… sukienkę?

Nikt nie wiedział co myślał o tym Chowaniec, który cierpiał z godnością, bo i nikt się go nie spytał. I tak Ojeblik spoglądała na niego z dziwnym niepokojem w oczach, z ową ckliwą wilgotnością, a Chochel niechętnie podsuwał mu zasypkę. Czasem, w obliczach pewnych stale występujacych zagrożeń, świat gromadził się wokół tych, którzy tego potrzebowali… A na kuchni pyrkolił rosół z zielskiem na miłość, z marchewką w takiej ilości, że słodycz wypełzała z garnka i czepiała się ścian… z lubczykiem zalotnie połyskującym tłuszczem, bo w końcu wszystko było magią. A Wiedżma tak naprawdę wiedźmą nigdy nie przestawała być. Czasem chyba tylko eksperymentowała na sobie i bliższym otoczeniu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Gra w kości” – kocham Ją! Znaczy Autorkę. Za odwagę. Za postawienie się światu, za stworzenie powieści historycznej, fascynującej, a jednak pełnej faktów, za opisanie własnej pasji… za powieść męską, a przecież jakże intrygującą, mocną, a jednak… Taką, w którą zatopić się można, niosącą coś więcej, coś z wnętrza owych zapomnianych przez historię postaci… Bo i cóż tam pamiętacie o Bolesławie Chrobrym? Poza tym, że był? Może kołacze się w was data 1025? We mnie została. I owa pogoń za koroną. Chrześcijański amok zmieszany z rycerskimi regułami. Zakony i kościoły, raptowne budowanie. Drewniane dwory, grody jak z rekonstrukcji, wtedy pełne życia. Bogactwa.

Cherezińska napisała dzieło. Powieść tchnącą mokrymi futrami i marzeniem o koronie. Owym pragnieniem świętości, a jednocześnie pełną pożądania. Fascynującą. Wynikającą z pasji, marzenia… Powieść, która może stać się początkiem pewnej pasji, albo lekcją historii. Może być zwykłą fantastyką, albo jednak czymś więcej. Zamyśleniem się nad tym, co niegdyś w szkole ofiarowano nam jako fakty… Odnalezieniem owego dna w czymś, co jest tylko przeszłością, legendami, bajkami, tysiącletnim kurzem, kilkoma manuskryptami, starymi reliktami, gruzami, ruinami, pagórkami ziemi i garścią doprawdy niedopracowanej ceramiki.

Naprawdę świetnie napisana, cudowna pod względem konstrukcji, użytego języka, rozmyślności, świadomości i pewności autorskiej, powieść!

Wyspa swoją historię zapisuje w kamieniach. W tych buzujących na plaży, gładzących się wzajemnie, rozcierających na piaski, w owych tworzących fascynujące figurki przypominające pierwsze bóstwa płodności. Rzezała w nich swoje opowieści, to co było, jest, ale i to co będzie. Wystarczyło się przypatrzeć. Dokładnie obmacać, polizać, wciągnąć w siebie drobinki piasku i… było łatwiej.

Wieczność umieszczała w specyficznych zagłębieniach, stworzonych przez tych, którzy byli i którzy będą, zawsze gotowych na ofiary od tych, którzy są. Błagających swymi głodnymi atencji, rozwartymi kamiennymi ustami o więcej. O piórko, by unosić dalej opowieści, o kamyk, by przygnieść to, czego lepiej nie przyzywać, o pokarm, by karmić powstających i pieśń, by kołysać uśpionych…

… tak wiele tutaj w kamieniach. Uśpieni Bogowie w kamieniach. Kamienne kręgi dumnie wybijają się z gęstwini traw, kamienie w rzekach i stawach, w jeziorkach, które buntują się przeciwko wodnistości i szaleją z kolorami… Runiczne stele, kamienni kapłani i rycerze, czarodziejki przytulone do pni i pnie wystrzeliwujące z rozłupanych kamieni. Zagubione. Wyczekujące na tych, co nigdy nie wrócili z morza, zamienieni w kamień. Bo czasem czekanie jest wszystkim. Kamienne idole, ozdoby i niespodzianki. Skamieniałe cząstki z tak dalekiej przeszłości, że zdaje się być niemożliwą. Całkowicie niezaistniałą może?

Mimo całej niejednolitości własnej, Wyspa jednak była jednością. Może i miała kamienie wszelakie, legendy różne, materiały, na których opisać można było każdą możliwą opowieść, ale wciąż kamienie. I pisała. Pisała o tych którzy byli na niej, są i tych, którzy dopiero przybędą… o miejscach, przedmiotach i życiach. Stałej niestałości oraz wszelkiej cudowności szaleństwa.

Bo zwyczajność nie była dla Wyspy nigdy czymś pożądanym. No i w jaki sposób zapisać ją na kamieniach? Jak umieścić na dnach mis, w których kąpały się trolle? Jak nakarmić nimi twarde żuki?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie Żonowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Mszczące Eksperymentacje…

„Nic nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć. Świat skąpany w cudownej, pogodnej, jesiennej wczesnonieświadomości, postanowił zwyczajnie dać sobie na wstrzymanie. Tak na chwilę, bo dlaczego nie… Na niebo nie wysłano żadnej chmurki, niech się dziewczyny odświeżą, przegrupują, a słońce skryło się za wierzbowym płotkiem. Liście postanowiły nie spadać, a te na ziemi nie szeleścić… To co ozime na chwilę przestało wzrastać, a to co wzrośnięte, zmieniać się.

Cisza była teraz namacalna.

Otulała wszystko i grożąc swoim zaskakująco jak na nią wielkim, dziwnie kostropatym palcem, zdobionym jaskrawo żółtym lakierem w brokatowe paseczki, wymuszała posłuszeństwo.

Ale gdzieś poza nią, gdzieś na obrzeżach, których nie kontrolowała brzmiał temat przewodni z „Mission Impossible”. Lekko fałszował, bo Ojeblik, mała ucięta główka, nie wyciągała dobrze tonów jednocześnie grając na swoich popisowych żyletkach, a Chochel zębami podtrzymując jednocześnie najnowsze, wypas gacie Chowańca – te wielkie w paseczki, które musiał podwijać nad krzywe kolanka – taktownie wybijał poprawny nietakt z niegrzecznie metalowej beczki. Jednak to nie muzyka, ale dziwne poruszenie w wybujałej trawie, która umknęła powszechnej przycinalności Wyspy, budziło gęsią skórkę na rękach, nogach i… lepiej nie myśleć gdzie!

W pewnej chwili, jakby w dziwnym uniesieniu, ekstazie przed malowniczym wybuchem atomowym i głupocie, bezmyślności co do tego co po nim, wszystko ucichło. I nie było nic… aż w końcu z krzaków po lewej, na szeroką ścieżkę rowerową wytoczyła się wielka kulka. Powoli i statecznie wybrała miejsce, niczym myślące stworzenie i zaczęła wirować. Gdy tak tańczyła, powoli rozkładała płatki i wypełniała świat aromatem świeżego, pradawnego, zdrowego krowiego placka. Tylko z takiej wiecie, leczko większej krówki. Po chwili z tych samych krzaków wylazła, a raczej wyskoczyła z wrzaskiem z powodu leko wyrośniętego pajączka Wiedźma Wrona Pożarta w masce p-gaz, a za nią nie mniej znoszony Pan Tealight. Obydwoje z notesami i małymi, żółtymi ołóweczkami. Przy pomocy zwykłej sztabówki nanieśli miejsce uplasowania kupy, rozejrzeli się i mrugnęli do kilku mini kamer rozmieszczonych dookoła i zniknęli w dziwnej chmurze spowijającej rzadki, aczkolwiek grzybny las.

Miarowo oddychającą Ciszę zaintrygowało bimpanie, które dochodziło z miejsca nie objętego w tym momencie jej panowaniem. Ale nie odważyła się tam zajrzeć. Oj dobrze znała tę Wyspę. Bywała tutaj często, ale wciąż nie poznała jej całej, nie do końca… i może tak lepiej? Bo czasem dobrawdy ciężko wachować optymistyczną zdolność pracy i wszelaki profesjonalizm.

Pan Tealight zaś, ciągnąc za sobą spoconą i dziwnie zmechaconą Wiedźmę Wronę, udali się w dalszą drogę. Już bez masek, ale z całkiem nieźle wypakowanym wózeczkiem, w którym wieźli cosiędało. To, co pragnęło odegrać się na ludzkim i nieludzkim miocie. Bo czasem zemsta najlepiej smakuje po sezonie, nadchodzi z zaskoczenia i wcale nie potrzebuje fanfarów!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Brainman” – czyli jak kosmici ludziom w mózgach szlabany otworzyli… Opowieść o mózgu i planetach. O ludzkim zapatrzeniu w siebie, dziwnej stabilności, braku rozwoju umysłowego i wszelakiej korporacyjnej matni. Opowieść o głupocie i człowieczeństwie, którego istnienie wskazuje… alien z kryształków. I jeszcze o miłości. I konsumpcjoniźmie… i mimo owego natłoku wszelakich idei i myśli, powieść nie zgmatwana, dziwnie naturalna…

… historia o dwóch mocach, biorących się z jednego miejsca. O wyborze i braku wyborów, odpowiedzialności, ale też i o lenistwie! O wszystkim właściwie. O czymś, co kryje się, a może raczej zwykło się kryć w każdym z nas, ale jakoś tak zapomnieliśmy jak to jest… być bardziej ludźmi, niż tylko kartami do bankomatów. Brzmi znajomo i nazbyt ogranie? Cóż, widać tak musi być, bo rozglądając się dookoła, nasz świat nie pnie się umysłowo do góry, nie rozwijamy się jak przewidywali fantaści 20 lat temu, ale opadliśmy na dno umysłowe i kopiemy tam piwnice!

Warto przeczytać. Trochę przygoda, odrobinę rozmyślań i powieść s-f w jednym, dobrze napisana, zgrana, intrygująco łącząca to co możliwe z tym, co może nie do końca takie wątpliwe?

Świat dookoła odpoczywa i chłodzi się. Czy u nas są kosmici? Spoglądając na Druidów ze Svaneke, cóż, wszystko możliwe. Ale jakby co, dobrze wtopili się w autochtonów. Jakoś tak pewnie im łatwiej. Tylko w sezonie zdają się mieć trudniej… chociaż czy na pewno? Człek spogląda na tych przybywających ludzi i patrząc na portki dookoła kostek i gacie z gumą na wysokości klatki piersiowej i myśli sobie: ej, może jednak nas w tym Układzie Słonecznym jakoś tak przemieścili w inną część Wszechświata?

W końcu jednakowoż zdziczały osobnik zamieszkujący Wyspę, jak ja, ma ograniczony kontakt z tzw. prawdziwym światem. Ale gdy tak patrzę, to nawet jako s-f mnie chyba już ów świat nie zajmuje.

Normy i dziwne, niegdyś naturalne sposoby spoglądania na świat, dziś niepoprawne politycznie i ogólnie uznawane za nielogiczne oraz nietolerancyjne… cóż, sami wiecie, że coś nie jest tak. A może więcej niż tylko „coś”.

Człowiek powinien wiedzieć, że może żyć. Iż może być sobą, bezpiecznym, tworzącym i pewnym tego, że nikt nie okradnie go z pomysłów. Nikt nie zabierze mu tego, co stworzył i nie przypisze sobie. Jednak dziś nie myślisz już, że każdy jest w stanie stworzyć coś prawdziwego i specyficznego… dziś boisz się, że zwyczajnie zabierze twoją pracę, bo przecież może, a ty nie bądź nietolerancyjny!

Kurna, może jednak sama jestem alienem? Aj pierdolić to wszystko! Donde estamos moje czółki?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mszczące Eksperymentacje… została wyłączona

Pan Tealight i Wrodzona Obronność…

„Najlepiej nie wychodzić.

Nie opuszczać swojej bańki, nie trzaskać domowej szklanej kulki, w której wirują zawsze śnieżne płatki, nie zbijać skorupki, nie otwierać owych drzwi szafy z zatęchłymi futrami i nie chwytać pierścieni. Nie dawać się połykać gadzinom, porywać wiatrom, czy zakładać czyichś butów… no to ostatnie, to nawet kiepskie higieniczne, ale co tam. Lepiej nie. Zwyczajnie nie! Nie odpakowywać tego, co zapakowane, zaadresować na kogoś innego, zostawić obwijkę, bąbelkową folię, choć ta kusi i przyzywa, wstążeczki powiewające na wietrze, naklejki i dziwnie obiecująco kształtną, milusio zachęcającą wnętrzność tam, gdzie jest. Gdzie może być tylko i wyłącznie, zachłannie obrzydliwie… taka po prostu bezpiecznie moja.

Egoistycznie paskudnie.

Ot lepiej.

Bo co mnie się tu będą do środka pakować z buciorami, albo skarpetkami zaprzeszłej świeżości, wątpliwej gościnności stopami i dłoniami. Zachęcać, żebym wylęgła się w końcu z owego gniazdka, wypełzła z torby koali, tudzież wyszła od dupy strony. Znaczy no sami wiecie, z tej strony co to rogi diabła kołysze – ha! Nie wiem już co lepsze lęgnąć się z jaja, czy stamtąd… mniejsza. Jedno w końcu człowiek już zaliczył, może i dobrze, że nie pamięta. Ale jeżeli ktoś jak ja, dziwnie i nadzawyczaj apolitycznie nie przepada za innymi, ceniąc sobie dookolne miejsce, własne aromaty i oględnie mówiąc bobki zajęcy niż zwykłą kupę musi wykształcić sobie obronność. Bo czasem trzeba. Zwyczajnie. Ot choćby by spróbować, czy wciąż jest się człowiekiem, a potem zakrzyknąć: a nie! Gryźcie się panowie Darwinowie!

I Beagle też!

W związku z tym, czyli owym niezbyt przymilnym i stadnym podejściem do świata, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki opracowała własną strategię obronności. Gdy już magia zaliczyła glebę, gdy ignorowanie, głupia mina, udawanie sztachety w szczerym polu, zebry na asfalcie, oraz ogólnie mało kumkającej żabki w czaderskich pończochach nie dawało rady, a natręt wciąż mlaskał, ona wyciągała z pajęczyn, starych anielskich włosów i opakowań po czekoladkach… ową jakże oldfaszjon, dziwnie pociągnięta odrdzewiaczem, lekko złoconą na brzegach… kobiecość. Bo w końcu i tak jej nie trawiła w formie ofiarowanej, a nieużywane coś lepiej zwyczajnie przetransportować w inne coś. Tak jak nie pragnęła krwawych kręgów i wzajemnego muskania się macicami, pogadanek wagin, bliskości sutków i wzajemnego splatania warkoczy… na stopach hobbitów, tudzież świadomości namnażalnej… mogła jednak wykorzystać jej pewne elementy. Dwa elementy.

Cycki od zawsze nienawidzone, były też najczystszą formą obronności! Mocą, która umiejętnie dawkowana, nęcywalna, ale nie macalna, potrafiła darować władzę, jednocześnie nie przemęczając się. Owym niewielkim rowkiem, dwoma wybrzuszeniami, które gubiły spojrzenia innych, udzielały zniżek, a nawet pozwalały załapać się na darmowe promocje! Temu zamieszaniu, które odbierały zmysły patrzącym z drugiej strony, niosły w sobie wyższą magię skuteczności… czyli temu, czego w rzeczywistości Wiedźma Wrona nigdy tak naprawdę nie widziała.

Bo nawet w lustrze, to nie to samo, zresztą ona i lustra!

Kobiecość była dla Wiedźmy zawsze bronią idealną. Takie łzy na przykład, no boska sprawa. Mina zbolałej damy, dziecięcia po przejściach, wiecznej księżniczki, słabej niewiasty, dla której płaszcz na kałużę, smoka w stekach podać… Życie było takie proste w tej dziedzinie, do czasu, gdy uświadomiła sobie, że coś chyba jest nie tak. Iż cały ten świat babski nagle obnażył wszelakie uzbrojenie. Nie dość, że pokazał gdzie składuje nuklearną, to na dodatek opchnął nicki szpiegów i ujawnił miejsca, w których poukładał kolorkami broń biologiczną. Z łatwością z każdej baby można było ściągnąć nie tylko ilość pozostałych żyć, ale i braki w osłonach! Od razu dawały się rozbroić, za szmatkę, torebkę, blask kamienia, dziwnie teraz bardziej męskie, dziwnie wspólne, nieświadome przeszłości, jakby już nie było owej mocy babskiej płci, przewrotnie fascynującej, jakby coś się zagubiło po drodze od wiedźmiej bańki, po ów wypad na skały. By nakarmić wrony i mewy, by dać się obsrać, na szczęście…

… i by przemyśleć, czy należy się zwrócić ku męskości i gdzie jej w sobie szukać, jeżeli babskość taka w kiepskim poszanowaniu?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Ta dziewczyna jest trochę dziwna” – dawno się tak nie ubawiłam. A książeczka niewielka, niepozorna, na dodatek dla młodszych nastolatków/tek… więc można chyba już mówić o owym uwstecznianiu się przemijania… chyba?

Mniejsza. Oto opowieść o rodzinie. Nietypowej, choć właściwie czy istnieją takie typowe? Mamy tutaj dwóch braci i siotrę i płonącą kupę, która może i nie należy genetycznie do rodziny, ale przechyla czarę goryczy i wymusza na głowie – czytaj tatuś – pewne zmiany. Zmiany, w których udział weźmie plan, brak chęci, bunt i pani Sukces!

Opowieść lekka, ale i prawdziwa. Dobra dla młodszych i starszych. Dla dzieci i dorosłych. Pokazująca siłę rodzinności, owej siostrzeńsko-braterskiej wspólnoty, która często podkłada nogę i zmusza nas do podpalenia kanapy sąsiada. Miłości. Z jednej strony czysta zabawa, z drugiej sprytnie przemycone prawdy o istotności owej najmniejszej komórki społecznej…

Naprawdę kapitalna!

Siedzę na skale.

Czekam, aż rozdziobią mnie wrony i mewy. Kruki jakoś nie dopisały, albo też dieta im nie odpowiada… Dookoła pełzają niedobitki turyścizny. Te bardziej wypasione, które stać na cieplejsze miejsca w hotelach, bo wiadomo nocą i chłodek i popadać przecież może, więc w namiocie zuo! Najczęściej w podeszłym wieku, zachwycający sprawnością fizyczną i pewną świadomością tego, że wolno im wszystko… I są jeszcze wycieczki nader wczesnej młodzieży. Takich wyrostków, którzy nie popuszczą, zajmą ulicę, zmuszą auta, by latały, a inni pełzali im między nogami. Oni też mają swiadomość, że wolno im wszystko, bezstresowo!

Ale ze sprawnością fizyczną dziwnie u nich inaczej…

… bo teraz człek nie boi się wielkiego draba z brodą. To pewno kolejny łagodny prawnik, czy lekarz na wakacjach, co to udaje maczo. Ale wychowany bezstresowo osobnik wsadzi ci nóż pod żebro bo tak, bo może, bo przecież to nic, bo inny to zrobił, a on też chce zaliczyć nową sprawność i dostać nalepkę na czoło…

… więc może jednak od razu strzelać? Od razu atakować, a karma rozpozna swoich? Z tego co pamiętam, było już stosowane na polach pełnych chrzęszczących panów w nader metalowych wdziankach

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wrodzona Obronność… została wyłączona

Pan Tealight i Giacommo Cyc…

„Właściwie żal mu było człowieka. Pan Tealight nie wiedział już co ma zrobić, by ułatwić mu spotkanie z Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki. Nie miał doprawdy pojęcia jak umieścić ich przy jednym stole – w dosłownym tłumaczeniu na wiedźmowski posadzić na podłodze i dać pić – by porozmawiali, na tenat Pana Cyca jątrzących problemów. Bo Giacommo Cyc miał doprawdy ogromne i zawsze, może się wydawać wielu mało oczywiste, zdublowane problemy. Najpierw odkrył istniejący we wsi ród zwany Trzecisutek i poczuł się odrobinę zaskoczony, potem, gdy już przespał kilka nocy, oburzony tym, że ktoś tak krąży wokół jego jakże wybitnego miana. Potem się okazało, że laktacja nie jest do końca tym, o czym informował go dotąd świat, a na dodatek… zawsze był rozmiar!

Dlatego potrzebował usług nadzwyczaj w końcu empatycznej Wiedźmy Wrony. Jakiegoś proszku i ziółek, naparu i maści, jakiegoś wewnętrznego sklątwienia, by radzić sobie z rzeczywistością, która dotąd była jedynie pasmem zaskakującej szczęśliwości. Ale ta wredna małpa, znaczy latająca wrona, podłe babsko, moczona w odmętach dosłowności… nie chciała się z nim spotkać. No dokładnie to, gdy Ojeblik poinformował ją o problemie – i to na piśmie i wcale nie dlatego, że mała, ucięta główka nie ufała sobie, że dokładnie wymówi nazwisko klienta, ale z powodu dziwnej czkawki, wyniku nadmiernego niedotlenienia, co to ją opadło, bo się obśmiała jak stado norek – Wiedźma najpierw otworzyła szeroko oczy. A umiała je rozewrzeć tak, że nie tyło dało się wleźć, zostawiając oczywiście buty na zewnątrz i mają zacerowane skarpety, ale i obejrzeć sobie ją i wszechświaty w niej bez lunety, ani magicznych szkiełek, bez wypraw w inne rzeczywistości i zachodzenia jej od tyłu. Można było sobie pozwiedzać ją od środka, gdy tak otwierała ślepia, gdy owe dziwne zielonkawe oczu bursztynowości uwalniały zatopione w sobie owady i słowa, opowieści i legendy. Gdy w końcu każda z mitologii miała sens, ogon, skrzydła i poprawnie ziała ogniem… ale jeżeli nie zdążyłeś wyjść, nim przymknęła je i wróciła do swego właściwego, zdziwieniowo uniesionono brwiowego stanu, cóż, zostawałeś w niej.

A to doprawdy nie było przyjemne.

Ale w końcu książki też jeść muszą, więc nie marudź, daj się strawić… a z butów zrobimy doniczki na miętę.

Gdy Ojeblik, roniąc wciąż łzy i krztusząc się i czkając wręczyła jej pismo, gdy oczy się otworzyły, brwi spotkały się z linią włosów – co było doprawdy wyzwaniem – Wiedźma Wrona Pożarta, a czasem i pożerająca chyba, najpierw lekko rozwarła usta. Potem oblizała dziwnie suche zęby, zamknęła usta, zagryzła dolną wargę, a potem dla bezpieczeństwa swego i okolicy ułożyła się na podłodze i zaczęła się zwyczajnie, głośno, łzawo, boleśniebrzusznie śmiać.

Aż się jej trzęsły cycki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Prosiaczek i dzięcioły” – człek się nie spodziewał, że z dzięciołów to takie kombinatory no! A z prosiaczka Fryderyka taka zmyślna dama… z ogonkiem! Ale do rzeczy. Oto kolejny tom świetnej, dziwnie jeszcze nie pomacanaje bzdurną inkwizycją opowieść. Jeszcze w niej wszystko jest białe co białe i czarne co czarne. Lepiej, nawet można użyć owych słów! Nie tknęła się owych książeczek żadna cenzura, przerażają świeżością i zmyślnością, powodują wybuchy śmiechu i dziwaczne zaintrygowanie niezależnie od wieku… i te rysunki!

Naprawdę Fryderyk to jest to!

Jeden problem. Książeczki nie są wydawane o kolei, nie dostajemy ich w porządku farmerskim spraw, więc kilka spraw może zaskoczyć, ale za to zmyślność autora wytłumaczy wszystko!

Deszcz się jakoś przedarł nad Wyspę. Rzuca tymi sporymi kroplami, rzuca i rzuca i się dziwuje, bo one zamiast wsiąkać w zbitą, spragnioną ziemię, suchą już nie jak pieprz, ale skóra nadmiernie solarowanej wiekuistej damy, odbijają się. I wracają z powrotem pomiędzy chmury…

… i co teraz? Deszcz tupnął nogą, wkurzył się dalej ciskać kroplami niczym pociskami, w owe wychylające się głowy i umykające, mało odziane ciała i w owe dachy, okna i drzwi, samochody i dziwnie rozrechotane krowy i konie… I w końcu krople zaczęły spływać. Najpierw tylko drogą, w końcu nie wsiąkną w beton ścieżek, asfalt szosy, ani wszelakie kamienne okładziny.

Ale ziemia wciąż nie ustępowała. Jakby obrażona, że tak długo nikt jej wilgocią nie muskał. Jakby dziwnie zfochacona, że o niej zapomniano, a teraz tak na siłę się chce w nią, tak gwałtem, bezczelnie!? Że niby dla jej dobra, dla wszelakiej wilgotności, braków kruszalności i figlarnej lepkości?

Bo przecież nie dla życia. Lato przeszło i odeszło, ziemia chce odpoczynku, wydała już na świat co miała, teraz może jeszcze ją zaorzą ozimym, może koniczyną dokarmią, a może i łubinem?

A ten Deszcz nic tylko bębni i bębni… bez prezentów i kwiatów, bez czekoladek, a już na pewno bez zaręczynowego pierścionka… I gdzie są przeprosiny, na które tak długo czekaliśmy? Za opuszczenie nas, za owe wszelakie nieodwiedzanie, nawet kartki nie przysłał! I co on robił tam, gdzie był? Kogo zaspokajał, kogo wilgotnością wielką obdarzał? Kochaniec innej!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Giacommo Cyc… została wyłączona