Pan Tealight i Banshee…

„Znaczy no…

… powiedzmy sobie szczerze, że nawet tak zwane przeznaczenie, siła krwi, Matka Wróżkachrzestnorodna, a przede wszystkim gderanie teściowej – czy to własnej, czy własnego męża – nie może cię zmusić do PEWNYCH spraw. Znaczy no przynajmniej w ogóle nie powinno, ale sami wiecie jak to jest. Człek wychowany przez siebie samego stara się być grzeczny, by nie wyjść na takiego chowanego przez wilki, ale też cóż w tym złego, coby przez wilki, czy łosie, misie czy też kury… choć nie, kury może nie? Nazbyt jednak się piórkują! I te jaja, te dupy, no pewne rzeczy powinny zawierać się w słowach: nie wiem i serio gówno mnie to obchodzi!

I dlatego słuchamy. No a przynajmniej uczymy się sprawiać takie uprzejme, grzeczne wrażenie, iż zdolni jesteśmy do takowych poświęceń… reszta to Google! Ale Pan Tealight i Wiedźma Wrona Pożarta – wkuta, bo na głodzie – sprawiali dziwne wrażenie. Znaczy nie żeby się nie starali wyglądać na zasłuchanych, serio się starali, ale w końcu utrzymać makówki w poprawnej pozycji, gdy są one okutane ręcznikiem frotte w cętki lamparcie, ścierką do naczyń w stokrotki, pięcioma szalikami, makatką ze ściany i półtora chodniczkiem… półtorej chodniczki? mniejsza… Nie jest łatwo wyglądać na zasłuchanego, wyrozumiałego i zainteresowanego jednocześnie, gdy właśnie przyszła na herbatkę Wyspowa Banshee.

Przede wszystkim wyjaśnić by należało, że Krzykaczka w tych rejonach nie miała łatwo. Po pierwsze uno ludzi może niewiele, ale rozstrzeleni po zadupiach zadupiów, po pośladkach śladków, tam gdzie po dupie pauza, no wiecie, a potem znowu daleko i długo nic. A nawet jeżeli przeszła góry i doliny, meandry i zarośla, Lasy Paczłorkowe, Mrugacze Oczkowe w nich przepłynęła, podskoczyła nad Zabagniskiem i przestała zwracać uwagę na co bardziej zwariowanych przedstawicieli Turyścizny… w końcu poza sezonem tyż występowali niczym namoczone borowiki… Nawet jeżeli jakoś odnalazła te miejsca w kompletnej ciemności – patrz EKOLOGIA i wyłączanie światła, po słonku lulu, z kogutem wstajemy – nawet jeżeli wyszpiedziła kto, gdzie jak i z kim, cóż wiatr wieje… Wiatr głośno, przewrotnie na wiele taktów, wieje na Wyspie i nie zgadza się na zakłócanie swojej pieśni. Ogólnie mówiąc primadonna z niego zez spalonego teatru, więc serio ma focha na wszystko. Ale Krzykaczka obowiązek wykonać musi… gorzej, kocha swoją robotę i chce być najlepsza… jednak jak być przodowniczką zawodu, gdy właściwie nikt w niego nie wierzy?

Jak robić to i nie być posądzoną o wywrotny artyzm, szokujący performacne, czy też napad z bronią… w głosie?

No jak?

Dlatego raz do roku odbywały się próby. Wyspowa Banshee zwana Krzykaczką przybywała w ciszy i skupieniu, co by wiadomości o technicznych ulepszeniach zasięgnąć, jajek na surowo się opić – wzmacniały też owłosienie na całym ciele, co w zimie doprawdy znacznie wspomagało działania w terenie – a i głosu popróbować na tych, co wiecie, potrafili słuchać. Bo przecież ćwiczenia są ważne. Ochotnik, który nie ucieka doprawdy bezcenny…

Znaczy ogólnie nie mogła ich zmusić, nie oszukujmy się, ale proszenie potrafiło zdziałać cuda… głupio w końcu odmówić zabiedzonej, długowłosej, wiecznie dziwacznie dziewczęcej staruszce o włosach biało-pieprzowych z różowymi wstążeczkami i kucykiem pony w ręce. Jakoś tak wiecie nie wypada, a i w końcu ona kiedyś do was przyjdzie, może być przydatna… Zawsze lepiej pewnych mieć po swojej stronie, wot i macie owo dobrejduszności wyrachowanie!

Skuleni na drewnianej podłodze szary, dziwnie mechaty ludzik i krępa wiedźma, cierpieli. Ale za 40 tysięcy ludzi – wciąż malejąco, więc… no nie, nie oszukujmy się! Po prostu zwyczajnie nie byli asertywni!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Nie będzie dziś o książkach, bo siedzę o suchym pysku, w kompletnym bezksiążkowiu i wali mi na mózg. To jedyna kiepska strona Wyspy, że książki są poza nią, znaczy za wodą… Nie, no pewno, że mamy książki i bibliotekę otwartą: ranowieczór, wedniewnocy, kupomocy, właściwie ino się dmucha, no i chucha i już, są książki… ale jedynie w owym słusznym języku, logiczne w końcu, a ja lubię sobie poczytać w pierwszym języku. Ot różne mają ludzie zboczenia. Tak jak się jest człek w stanie oduczyć słuchania pierwszego języka, jakoś tak zohydza, tak jednak czytać lubi. Jakoś tak polski język bogactwem słowa pisanego trąci. Przewrotny jest taki, podejrzliwy na każdej kropce, przecinku i wszelakiej barwnej ortografiji!

Z duńskim jest tak, że czytanie spoko wodza. Matko i Córko no da się, noł problem! Ale gadać? Seriously? Nie no włacha w Kopenhadze. Tam jakoś ludzie mówią zrozumiale, ale Wyspa lubi utrudnić istnienie autochtonom, wniej zakochanym, owym pątnikom codzienności i dziwnym. Co tam cztery dialekty… wot oby ich tyle było. Właściwie każdy se gada jak się mu podoba, a i każdy 90% gadania nie rozumie.

Ale NEJ TAK, kocham, nie wyprowadzam się, ot uzależnienie, miłość czy tam wieczna pielgrzymka ku wnętrzu owej skalnej konstrukcji w poszukiwaniu tego, o czym się jeszcze nie wie, że się potrzebuje…

… a co do reszty i tak od ludzi człek stroni. Wiedźma Wrona to w końcu nazbyt aspołeczny, psychiatryczny przypadek choć nie zaraża raczej, ogólnie przerażający ale i dziwnie, jednocześnie nęcący innych, obiekt. Wiecie, to tak jak drapanie strupa. Obrzydliwe u kogoś, u nas samych to radocha. Niby okropnie boli, ale jednak jakoś tak bardzo korci, orgazm rzuca jak złazi, a potem ból przynosi i znowu oczyszcza, swędzenie na chwilę neguje…

Miło tak jest, ale głupio się do tego przyznać.

Tia, Wiedźma Wrona Pożarta jest jak strup. Ale i jak Wyspa. A mowa trawa, choć w tej szerokości nie żółknie na zimę, wciąż zielona i prężna może nie rośnie jak wariat, ale dobrze wie o co chodzi i słucha przez cały czas, wszystkiego. Problem w tym, że jednak każde źdźbło inne. I choć z tej samej familii, to nie do końca się rozumieją. To jednak jakoś tak… Na szczęście można się uśmiechać i głupa zgrywać. Ot nadeszły dla głupich czasy, w których za głupotę są nagrody i niebieska plakietka na parkowanie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Banshee… została wyłączona

Pan Tealight i Po Lesie…

„Błąka się Wiedźma po lesie.

Zdawał się na początku być taki skrywalnie ciemny, pełen wyłącznie czerni i szarości, wilgotnej, soczystej zieleni mchów i ich złudnej miękkości. Przytulny i bogaty wilgocią. Sympatyczny i miły, tak bardzo pragnący jej pomóc. Chciała się w nim schować, ale nie udało się jej. Co rusz dopadają ją promyki śledzącego, wścibskiego, obnażającego zagubionego światła. Dziwne błękitne plamy nieboskłonów przesycają się poprzez iglaste korony długich, wysmukłych żywicowców. Wtrącają się w ucieczkę, nie pozwalają na odpuszczenie win. Nikt tak naprawdę nie chce oddać panowania nad światem wyłącznie jednej sile, ot zmyłka taka, dla chwały równowagi.

Dla czerni i bieli.

Dla dobra i zła… dla niebytu pomiędzyności.

A na dodatek te drzewa. Wysokie takie, szczupłe i proste. Pozbawione gałązek szpecących idealność kory, za to pochmurne koronami wzburzonych igieł. Takie piękne i niesamowite, baśniowe… A Wiedźma taka mała, niepozorna i pokręcona. Tak bardzo do nich niedorastająca. Nadzwyczajnie, niesamowicie tutaj niepasująca. Żle się tutaj czuje. Przytłoczona ową dostojnością, idealnym pięknem, tak naprawdę nie może tutaj zniknąć, wtopić się w okolicę. Ale idzie dalej. Ucieka, wciąż próbuje, nie poddaje się. Przemieszcza się potykając o wciąż twarde pnie, dziwnie puchate zielonkawością długowłosych mchów. Poznaczone cudami grzybiarstwa. Maleńkimi kapelusznikami na nóżkach grubych jak włos, wysokich na paznokieć o kapeluszach tak rotańczonych, dziwnie prawie przezroczystych. Pod nimi piknik mają skrzacie rodziny. Niewidoczne dla nikogo, nawet dla siebie nawzajem, ale wierzące, że są inni… bo w końcu w świecie malutkich tak wiele miejsca doookoła.

Tak wiele, a i wszystko w nim możliwe.

Dzianie Się kroczy za Wiedźmą. Nie pozwoli jej uciec. Złapie ją na kurhanie, pod kopcem zaspanych już mrówek, gotowych na zimowy, zasłużony odpoczynek. Pod tym bruntanym, pod dumną sosną, gdzie malutkie sadzonki choinek nieśmiało próbują żyć. Na przeszłości życia ją złapie… bo Wiedźmy nie mogą tak zwyczjanie Po Lesie, tak od niechcenia, tak dla jaj. Dla nich zawsze ważna jest przyczyna, cel, choćby nieopisany, dziwnie mglisty, ale być musi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Trzy młode pieśni” – bo sagi są o Wikingach. O mężczyznach dzielnych, brodatych, silnych i kobietach, które są takie same, tylko mniej owłosione… Ale czy na pewno? Czy tak jest w przypadku tej tetralogii? Chyba nie. Tak wszystko dzieje się w X wieku naszej ery, tak bohaterowie są dzielni, silni i noszą się przeszłością, modlą do Thora i Odyna, błagają o opiekę Freyę, ale w rzeczywistości… przecież przez epoki nic się nie zmienia. Nie wyruszasz na wiking, ale walczyć i tak musisz. Tak samo kochasz sercem, tak samo cieleśnie jak wtedy, bo przecież to się nie zmienia. Tak samo pragniesz odnaleźć siebie, być sobą, kimś kogo poznasz, z kim czujesz się dobrze… chcesz być kochanym, szczęśliwym.

Świat nie zmienia się u swych podstaw. Ale też ostatnio młodym trudniej do niego wejść. Trudniej wcielić się w stare normy, dopasować je do siebie, przyciąć, to zaakceptować, tamto znowu odrzucić. Wybrać. Trudno im wierzyć, że mogą być kim chcą, nie widzą możliwości, stają okoniem, sprzeciwiają się na wszelki wypadek wszystkiemu… jak zwykle. Bo świat się nie zmienił.

Ostatni tom „Północnej drogi” jest przejmujący, rozrzucony, wieloraki. Opowieść o grupie młodych wojowników i dziewczynie, poddanej Freyi jest z jednej strony poetycki, z drugiej dziwnie boli. Splecione na okładce mitologiczne bestie to zapowiedź walki. Walki w sobie i walki z tym, co dookoła. Piękny, dziwnie zbieżny ze współczesnymi problemami młodych, dobitny. Dziwnie namacalny, choć symbole nasze współczesności inne… Zagubiłam się w nim. Wiedziałam gdzie jestem, wiedziałam, gdzie podążam, wiedziałam kogo opowieści słucham, a jednak… nuty tej pieśni tak bardzo zespoliły się z codziennością mojego otoczenia.

Tkwię w tym świecie, a jednak ponownie uświadamiam sobie, iż nihil novi… że tak naprawdę człowiek choć ucieka od tego, co było głupi jest, nie uczy się na błędach tych, co byli, nie słucha mądrzejszych, nie docenia starszych, ślepo wierzy temu, co głupie i bez wartości… więc czy to saga? Czy w tych czterech tomach wciąż dudnią stare nuty? Oczywiście, że tak. Cudownie splecione opowieści dwóch rodzin, na zawsze połączone dziwnymi więzami i mężczyzny, który podążył za przeznaczeniem z przełomu wieków. Proste, a jednak jakże przejmujące.
Magiczne, a z drugiej strony tak naturalne, zespojone ze sobą nierozerwalnymi nićmi.
Erotyczne, bo przecież miłość, seks, są zwyczajne.
Prawdziwe.

Ot saga.

Niczym patchworki zeszyte z samych podarowanych materiałów splatają się lasy na Wyspie. Każdy inny, każdy dziwnie konserwatywny w swoich zachowaniach, wyznaniu, sposobie ubierania się i zwyczajach. Ten iglasty, tamten liściasty. W tym trawy wspinają się na wysokość młodnika, tam znowu brak kolejnych pięter. Tutaj grzyby wybuchły z wigotnego, omszonego podłoża, z kamiennych połaci, dziwnych zwierząt pokrytych porostami, które kiedyś powstaną, z owych ser bijących raz na wiek… tam znowu nie ma nic. Niczym codziennie przycinany trawnik jawi się polana z poprawnie prostymi, wysoko wybijającymi pniami.

Za każdym zakrętem coś innego, za każdą dróżką nowe sadzonki. Nie przekraczają wytyczonych im pól, jakby bały się dotknać nowego, innego, a może zwyczajnie dobrze się czują w swoich akwenach, może tak bardzo ukochały ten swój mały świat, że nie potrzebują dotykać innego… a może poznały owo inne i zwyczajnie się im ono nie spodobało?

Ot prawo wyboru. Szczęśliwy ten, który wie czego chce, gdzie pragnie żyć, zestarzeć się, dojrzeć wpierw, a może i wydać owoce, albo tylko kwitnąć sobie, bo przecież do owocowania nikt zmusić nie powinien… jak i do tego, by próbować wciąż nowego. W pewnym okresie człowieczeństwa zwyczajnie się wie czego się chce, a czego nie, co się podoba, a co nie, co mogłoby być intrygujące, a co zwyczajnie od razu zwraca się jednym rzygiem.

Ale nie bój się człeku zadowolony, świat zaraz ci zarzuci, żeś durny, że nie próbujesz, że nie skaczesz główką w dół, że wymigujesz się świadomością jej skręcenia, że w czasie lotu cię mdli… ot przesrane masz człeku świadomy, bo przecież nie stajesz na krawędzi i nie walczysz przeciwko temu, co wiesz, że niezmienne…

Pośród drzew na Wyspie stoją kamienie i wiedzą. Wiedzą tak wiele, że nie ruszają się i już, bo gdyby owa cała, obciążająca je wiedza z nich wyciekła, popłoch sprawiłby, że nikt już nie zgodziłby się tak zwyczajnie żyć… A przecież ktoś musi pamiętać. Niekoniecznie wiedząc, ot niekoniecznie do końca tak świadomie. Tak łatwiej. Jednak nie znaczy to, że i one kiedyś nie próbowały, nie skakały. Ot teraz już wiedzą i pewne rzeczy nie mają dla nich sensu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Po Lesie… została wyłączona

Pan Tealight i Sprawa Październikowa…

„Najczęściej Miesięczniaki nie przychodziły do Sklepiku z Niepotrzebnymi. Nie czuły potrzeby, brzydziły się, albo zwyczajnie grzmociły się w swoich, dostępnych tylko dla nich kręgach. Zamknięte w swoich określonych granicach wyznaczonych dni, zazdrośnie strzegły każdej chwili im przeznaczonej. Nie chciały się dzielić uwagą. Przemijały z godnością, ot tylko na końcu walcząc zażarcie o każdą sekundę przeznaczonego im czasu. W końcu trafiał im się raz na dwanaście miesięcy.

Każdy z nich miał swoje właściwości, czy wpływał na ptaszki, czy zwiększoną częstotliwość zawieranych małżeństw… ale z Październikiem coś było nie tak. I choć można było to wytłumaczyć dziurami w Welonie Światów, niezacerowanymi, niezłapanymi na czas w przygotowane sieci oczkami, teraz pędzącymi ku sobie tylko znanym niespełnieniom, tym łatom, które zwyczajnie puściły w szwach, przetarły się, a może i odpadły rezygnując z narzuconej im pracy… Jednak, to bladość i barwność jednoczesna, owe poszarzenie i poczerwienienie lica u tego dziwnie smakowicie wysuszonego mężczyzny, przerażała Pana Tealighta.

– Właściwie nie rozumiem, bo i dlaczego? Jak zwykle spojawiam się w moim B&B i co, no i okazuje się, że prowadzi go jakaś inna pani. Starsza, rumiana, bardzo sympatyczna, może odrobinę nadmiernie religijna, ale kto by narzekał, gdy na śniadanie racuchy z jabłkami, na obiad pożądna zupa, a na kolację kiełbaski… ale po dwóch tygodniach jakoś tak wyszło, że w końcu zacząłem łazić po mieście. Zwykle tego nie robię, bo i czasu brak, tutaj liście, tam liście, a pod tym znowu liście. Jednak tym razem poszedłem. Sklep z suwenirami, kawiarnia z placuszkami z lukrem, lizaki na patyku i dynie w pięciu smakach… a jednak wciąż coś było nie tak. Rozglądałem się za tym, co znajome i znalazłem to, ale było też tak wiele nowego. I gdy zacząłem zadawać pytania, ludzie nagle się odsuwali. Jedni kiwali głową i uciekali, inni ocierali łzy, a z solą naprawdę źle sobie radzę, inni znowu z krzykiem odsuwali się od wszystkiego, co dotknąłem. Oj tak, oczywiście, że okazało się, iż moja gospodyni nie żyje. Podobnie właścicielka kawiarni i pani ze stoiska z marchewkami. Przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć, ale potem myślę sobie spoglądając na kinową wywieszkę, że to dobrze, że ludzie zrozumieją… Ale nie zrozumieli. Gorzej, zwyczajnie nie tyle nikt mi nie uwierzył, co nie byli zainteresowani. Bo podobno kino i telewizja to jedno jedyne prawdziwe, a życie, cóż, to dla nich to właściwie nieistnienie… I wyszło na to, że cokolwiek jest tutaj, nie jest ważne, ale to co pojawia się na szklanym ekranie, wprost boskie. To, że posiłki podaje mi intrygująco namacalny duch o krągłych boczkach nie jest nawet newsem, nawet czymś zaskakującym… A druga strona, cóż, okazuje się, iż nie są nawet zainteresowani tym, co było przed śmiercią. Że ich nie obchodzą pozostawieni po tej stronie świata, a nawet się wstydzą. Nie chcą przekazywać wiadomości, nie chcą ni zemsty, ni dopełnienia marzeń. Nawet te, które nie przechodzą, pragną tylko spokoju i skarżą się na nerwicę natręctw, która nie pozwala im na spokojne życie w Pośmiertni. To co w telewizji i internecie zdaje się być bardziej żywe, niż to, co można zmacać, wychędożyć, sponiewierać i zwyczajnie, cieleśnie pacnąć w nos.

Nie rozumiem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Pasja według Einara” – przede mną ostatni tom „Północnej drogi” i już wiem, że będę za nią tęsknić. Ale też w jakiś dziwny, pokręcenie podświadomy sposób dzięki niej wiem dlaczego mieszkam na Północy. Dlaczego morskie, słone fale wzbudzają we mnie takie emocje, ale i dlaczego rzygam jak kot na wszelkich pływajacych obiektach…

Sagi są życiem. Są wszystkim tym co było, będzie i jest. Ową cudowną równowagą pomiędzy magią i codziennością, a może raczej wzajemnym uzupełnianiem się? Ale też nader rzadko spotyka się sagi tak bardzo wtopione w chrześcijaństwo. Opowieści o nawróconych wikingach, którzy nie walczyli, którzy zaakceptowali nie dlatego, iż tak było lepiej dla handlu, ale dlatego, że tak miało być… Zaakceptowali nowego boga i odnaleźli w nim siebie, oraz drogę dla swojego ludu. Uwierzyli, choć nie widzieli, choć ich palce nie zagłębiły się w rany Chrystusa.

Opowieść Einara jest przejmująca. Z jednej strony prosta, pełna poznania, dorastania, mierzenia się z nową codziennością, wspomnień, retrospekcji i symboli, pięknie naturalna, z drugiej strony jednak i smutna, zmuszająca nas samych do refleksji nad tym, w co tak naprawdę wierzymy… i czy w ogóle mamy w sobie miejsce na wiarę? Czy jej potrzebujemy, czy ma dla nas jakiekolwiek znaczenie? To opowieść męska, ale i specyficzna, pozbawiona młotów i mieczy, dziwnie poświęcająca siebie na ołtarzu żyć innych, na ołtarzu nowego boga… To też przedostatnia część serii, bardziej świadoma, intrygująco nowatorska miejscami, ale i przyjemnie starodawna. Ponowieni czarująca i językiem i pięknym układem treści… po prostu baśń, mit legenda…
Bo w końcu one też są o nas, o ludziach!!!

Gdyby człek miał spleść Październik w jedną tkaninę wyszłoby najcudowniejsze szaleństwo Wszechświata. Załamanie kolorów i kształtów tańczące wokół wielkiego ogniska sypiacego iksrami, obwarowanego objedzonymi dziewicami i dzieciaczkami i jabłuszkami zamiast policzków. I do tego jeszcze owce z grubym runem, rude wciąż lisy i zające, wszelkie obfitości w jagodach, owockach i tłuszczykach, a do tego cała tęcza kokardek i dynie oczywiście…

… i dla przekory garść przemijania dosłownego. Trochę kości świeżo obgryzionych, trzy popielnice domkowe, dwie twarzowe i może jeszcze zwykła, dębowa trumienka. I kir wiejący na kominie i pierwsze dymy z pieca i jeszcze może beton i cegły we wszelkich odcieniach.

Nie ma już owej wściekłej jasności w powietrzu, ale jest owo dyskretne sparklingowanie, które sprawia, że drzewa świecą, nawet jak pada deszcz. Z zielonej wciąż trawy wyzierają upuszczone listki, zdające się najpiękniejszymi orchideami i ptaki raczące się tłuściutkimi robaczkami. No i jeszcze ostatnie stokrtoki i mleczyki, oraz wszelako astrowe dzikusowe chwaściki. Słońce się powoli zniża, jakby zrzuciło te wyzywające, wysokie cholernie szpilki i pozwalało sobie częściej na dres…

… na koc i kubek gorącej czekolady z pianką, bo dlaczego nie? W końcu szarość należy podawać wstrząśniętą i podgrzaną! Szczególnie ową zdobioną takim szaleństwem kolorów szemrzących.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sprawa Październikowa… została wyłączona

Pan Tealight i W Z Dyńki Czas…

„Pan Tealight miał dość liści wpadających mu przez drzwi i okna, wymijających Smoka W Kominie, wciskających się w każdą szparkę, podróżujących pod zbyt obszernymi, zdradzieckimi kieckami Wiedźm z Pieca i tych, które zwyczajnie, ukradkiem przylepiały się do czego się dało… Miał dość tych żółciutkich, promieniujących dziwnym, pokręconym światłem i tych krwawo-rdzwych, tych burgundowych miał dość i tych w ciapki, niczym osobniki o plamiastej cerze, którym tak się spodobało chorowanie na ospę, że jak przechodzi całują każdego zarażonego, choć właściwie nie powinni przecież chorować, ale jak marzysz, to dostajesz…

No dość miał owej zwodnej suchości, owej gnilności i przemijania, a przecież to dopiero początek. Tyle się jeszcze tych kolorów buja na gałęziach, tyle jeszcze nie dostąpiło sakramentu przebarwienia… I pewno śliczne są. Stukają sobie, szemrają, szeleszczą i wszelako muzykują, ale ostrymi ząbkami krawędzi boleśnie ranią szarość Pana Tealighta. I on dość ma już zawijania się w bandaże, gdy do Halloween jeszcze dwa tygodnie!

Ale teraz znosi wszystko w spokoju, spoglądając w dal. Gdzieś tam pod Wiatrakiem podążając w jego stronę, coraz większa i bardziej barwna roi się kula śmiecia, znaczy tam jesiennego piękna. Oto i Wiedźma Wrona Pożarta, która jak co sezon zaczepia o szyję długi, kobaltowy szal, a jego frędzlami zbiera po drodze co się da. Ot czasem i zaczepi za coś, czego nie udźwignie, Ojeblik – mała, ucięta główka patrzy już z nadzieją na siostrzyczkę, ale nie, przecież kark Wiedźmy silny. Szarpie się nerwowo, gubi strony i piórka, ale wyrywa się w końcu zboczeńcom-macaczom, okolconym gałązkom jeżyn i ciągnie swój szalikowy śmieć dalej… nabiera masy. Liście niczym nęcone tajemną maścią pędzą w jej kierunku spragnione owego twora… i ptasie kupy i nie tylko owe ptasie i połamane gałązki i piórka i pozostałości po Turyściźnie.

Pan Tealight westchnął. Nie mógł powiedzieć nie, więc przystał na to szaleństwo. Na ślepca ostrza prowadzącego. Oto nadszedł Dzień Samobójczej Dynii. Przygotowane jak zwykle były. Skulały się rankiem, gdy jeszcze mroźna rosa krystalizowała się przed Białym Domostwem. Takie różnorakie, różnokształtne, różnobarwne. Jedne nader twarde, dziwnie kamienne, inne juś sprężyste, lekko gniotliwe. Niektóre wielkie, przerażające doskonałością dyniowatości, inne znowu wstydliwie kryjące swoje nieprzyzwoite kształty. Zbyt jaskrawe, zbyt oczywiste dla wyobraźni. Zbyt wzbudzające podniety i pragnienia. Każda z nich jednak miała owo odwieczne prawo, a i powód, by zwyczajnie zakończyć swój czas i każda, jak nakazywała tradycja, zdecydowała się na broń. Przyciągły ją ze sobą, zieloną macką oplątane noże i nożyczki, tasaki i małe młotki, laski dynamitu i oczywiście karteczki z rysunkami…

… bo jak ginąć, to jednak stylowo!

A mała, ucięta główka Ojeblik, tylko się oblizywała, w kolejce zaś cichutko czekały już czyściutkie słoiczki, te na marynowaną, te na dżemik, te na galaretkę… I kruche w zamrażalniku i patera na prażone nasionka i zgraja odzianych w odzież ochronną niewolników…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Ja jestem Haldered” – i cierpiałam. Zrobiłam wiele, by zmienić swój świat, ale niczego się nie wstydzę… Choć może żałuję czegoś? Może coś we mnie nie rozpostarło skrzydeł? Może… wszystko mogłoby się potoczyć inaczej. Mój świat nie zostałby naznaczony śmiercią, a ja sama podglądaniem szczęścia innych.

A może jednak nie było tak źle?

Drugi tom „Północnej Drogi” to opowieść kobiety, którą poznaliśmy poprzez „Sagę Sigrun”. Pojawiła się tam tylko na chwilę, teraz to wyłącznie jej historia. Kobiety silnej. Kobiety pragnącej i spełniającej swoje marzenia. Dążącej do celu za wszelką cenę, by już nigdy nie być poddaną. Pani Północy! Kobiety, która sama podjęła decyzję, by przetrzymać, by przeżyć, by być sobą…

Oto opowieść o magii. O kobiecie. Oto pieśń na jej cześć, legenda o nieśmiertelnej, która postanowiła, że wygra, że wszystko jej się uda… Piękna książka, wspaniale napisana, rozważnie dobierająca słowa, dopracowana tak, że aż boli. Każdy oddech tej bohaterki słyszycie obok siebie, każdą kroplę jej krwi zmywacie ze swoich dłoni. Ale i z nią idziecie do łoża, na pogrzebowy stos i w miejsca, które ulżą sercu… Bo ta powieść żyje. Pokazuje nie tylko jak było, jak mogło być, ale jak wciąż być może, jeśli tylko sobie uświadomić, że kobiety broń mają, w sobie.

W Gudhjem mamy już Halloween. Znaczy tam święto woza ze słomą, sterty niezłych dyń i gromady szmat na lampach. Kir się na srebrze świetlnym miota w nadpobudliwym wietrze, jakby nie straszył, ale już płakał po owych przerażonych… na śmierć. Ale po drodze napotkać można i majstersztyki. Wyrzezane w dyniach kształty, które czekają tylko na światło szepcząc modlitwy prosząc by wiatry nie zagasiły go zbyt szybko, zbyt naiwnie błagają, ale wiatr wie swoje… światła nie będzie.

Nie dla dyńki knociki! Choć niektórym się udaje jakoś zachować owe ogniki. Przywołać je i przyglutować do dyni. I tańczą tam sobie w środku owych niezaczarowanych, owych niespełnionych karoc tęskniąc za swoimi Kopciuszkami… ale wiecie, teraz taka Kopciuszka to towar deficytowy. Nawet nie wiem, czy wciąż politycznie poprawny Kopciuszek jakiego znamy… a dynia?

Czy to, że dynia taka feministyczna, nawet jak falliczna, to nie jest ujmą dla owego niepłciowego świata?

Czyż dynia swym wyszczerzem nie łamie praw dynioczłeka? Czy dyniożarły nie czują się zranione zębami i ogniami w środkach? A producenci karoc? Jak z tym wygrają? Już nie będzie im wolno pójść w złocenia, dopuszczalne barwy to ciepłe żółcienie, pomarańcze i czasem czerwienie, albo zieleń, sorry miśki!

No rasizm to pumpkins!!! Be nice to them… tosz krwawią, choć tego nie widzicie, dziecięcia ich wyżeracie pestkowe, okrutnie postępujecie z ich wnętrznościami, zapiekając, miksując, zupując. Oto czas mordu dyni. Oto i czas ich dziwnej nieśmiertelności, ale czy ktoś zna dyniowe mitologie? O owej małej złotej, co spadła z nieba, wysmykła się z koszyka Damy Wyższej… nie znacie?

Cóż, no to kanał! Może lepiej nie wiedzieć?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i W Z Dyńki Czas… została wyłączona

Pan Tealight i Owczy Zaskok…

„Wiedźma Wrona Pożarta czasem nie zasypiała. Nie zwisała głową w dół, śliniąc się obficie nad kolejną książką. Nie opadała na poduszki, dziwnymi skrętami ciała starając się dogonić pędzące sny, ale i nie splątać w przestrzeniach prześcieradła… Po prostu nic, nada i njente, zero spania. Zero wytchnienia, zatopienia się w te wzelkie wymyślone opowieści, które dzięki snom mogła dokładnie obmacać… Do tego nocne koncerty Chowańca doprawdy nie wpływały poprawnie na odpowiednią gospodarkę senną… więc często się zwyczajnie zdarzało. Wieczne kręcenie, zamykanie oczu i pustka pod nimi, cienie, które rosły, grubiały, wyciągały macki, by zwyczajnie być boleśnie, z nadgorliwym zakażeniem, ugryzionymi przez nazbyt wkurwioną Wiedźmę…

… bezsenność w Wiedźmie to koszmar ostatni!

Ostatnio, gdy to się zdarzyło, postanowiła zwyczajnie sięgnąć po najstarszy sposób Wszechświata na odstępstwo od snowości… liczenie owiec. Najpierw, na malowniczo obsranej stokrotkami, zielonej do uwiędnięcia trawce, równo przyciętej ustawiła płotek. Malowany w cętki, z pięknie rdzewiejącymi główkami krwawych gwoździ. Mocny płotek, gotowy na wiatry i pędy. Potem w castingu wybrane zostały uczestniczki Owczych Zaskoków. Tak, coby każda była inna. Jedna biała jedna czarna, łaciata jedna i każda w innym kolorze, taka z długim włosiem, średnim, kręconym i gładkim, w loczki i lekkie skręty, taka lekko łysiejąca i taka mocno zdredziała. Z małym ogonem i wielkim, z małymi różkami i wielkimi i gigantycznymi, które zwykle nie dopuszczały żołądka do trawy, więc chude toto było…

… różnorodne!

Pierwsza a nich jest już gotowa. Rozpędza się, wybija, jej nogi stukają w powietrzu, gdy przemyka nad płotkiem, dzwoneczek śpiewa kolędy. Ląduje pewnie i odbiega, gotowa by znowu odegrać swoją rolę. Potem kolejna, ta wzbija się wyżej, pieści swoim runem chmurki i lądując wzbija w powietrze krople z kałuży. Kolejna wybiła w chmurach tunel, którym tym razem podążyło pięć innych, póki błyskawica nie zamknęła owej dziwnej bramy. Sto, sto i jedna, sto i pięć…

… w końcu musiało to nastąpić. Pierwsza nabija się na sztachety, krew bucha wrzątkiem ścinając zieleń trawy, następna zahacza o gwoździk, wyciąga go i popełnia samobójstwo tuż po wylądowaniu. Wbija go sobie w czaszkę tłukąc kopytkiem. Kolejne roztwierają się w chmurach barwiąc flakami wszystko dookoła, kroplami jaźni opadając na niewidzialne pięści, któe tłukąć w meczące czaszki…

… bezsenność to zuo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Saga Sigrun” – bo przecież w saga o to chodzi, by świat kręcił się wokół siebie, by zasysał ludzi, by ich dotykał, zmieniał, pozwalał im żyć, przemijać i mnożyć się. I tak jest i tym razem. Oto Panowie Północy stawiający czoła tym, którzy ich nie rozumieją, religie na przeciw siebie, Bogowie, gotowi walczyć o każdą duszę… przyroda, która zapisuje księgi swojej opowieści.

I są one, kobiety. Piękne, silne, kochające, kobiece, a jednak jak świadome swoich wyborów. Niczym śpiące obecnie boginie wiedzą czego pragną i zrobią wszystko, by osiągnąć cel. Zagłębią się w magię i zasięgną porad ziół, rzucą runy i złożą choćby największą ofiarę… najbardziej krwawą.

Piękna to opowieść, prosta z jednej strony, z drugiej aż ociekająca bogactwem. Pełna owej naturalnej kolejności rzeczy, ale też wiążących się z nią cierpień. Śpiąca, gdy światło znika z nieboskłonu i budząca się nawet nocą, gdy wraca… Piękna, naturalna, prosta i uroczo starodawna. Urzekająca przygotowaniem źródłowym, ale i językiem, który jak stara legenda tworzy nam obrazy w głowach, wtapia się w sny i pozostaje na zawsze ową tęsknotą za tym, co mieli ludzie kiedyś…

Wiatr pozwala na Wyspie złapać jesień w dłonie. Wystarczy przystanąć na chwilę, a berwiesz lekko nadpsutym jabłuszkiem, jagódką, której może i lepiej nie było żuć… ale przede wszystkim liśćmi. Oszalałe są takie w tym roku, rozrabiające. Tańczą w powietrzu, jakby nieśpiesznie im było ku ziemi. Deszczem nieustającym spływając z drzew… jakby nigdy się miały nie skończyć.

Co takiego jest w tych liściach, że się ich pragnie?

Zielone, mokre, dziwnie świeże otumaniają nas wiosną, a teraz, jesienią ponownie wkraczają w naszą codzienność. Wleką ludzie te pozostałości po rozrodzie do domów. Zamykają je w wazonach, nie pozwalają im wzlecieć i przekroczyć dziurawy w październiku welon między światami…

… może jednak chodzi o ten wiatr? Może w rzeczywistości liście boją się odlecieć na maksa. Dać się porwać i serio popuścić pasa? Albo ogonka? Może kryje się w tym jakaś tajemnica, jakiś głodny potwór albo zgraja zbzikowanych myszy, któe strasznie lubią wycinanki i haftowanki?

Wszystko jest możliwe, a im dziwniej, tym lepiej.

Dowód? Cóż, wstaje człek rano, a zielone wczoraj drzewa żarzą się. Jakby wielkiemu smokowi się w locie odbekło. Wstaje kolejnego dnia, a tutaj zwyczajnie, przerażająco gołe gałązki, smutnie próbujące otrząsnąć się po tym, co się stało. Takie zawstydzone, że tak nagle, nie powoli i filuternie, zrzuciły z siebie listki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Owczy Zaskok… została wyłączona

Pan Tealight i Śpiący Cholerny Rycerz…

„Coś było inaczej.

Coś się zmieniło.

Poprzez owe wieki, które spędził obrastając górą i legendą, deptany i naruszany młotami, skrywający i ukrywający, gdy był rzeźbiony wiatrami i deszczami, wciąż jednak silny, wznosząc się coraz wyżej… Poprzez owe eony mijające go gdzieś obok, dziwnie nie wtapiające jego gawry w swoją historyczność… przecież one nie odbijały się nawet w jego snach, może i zapomniały o nim, może jednak owo jego fatum, pierniczone przeznaczenie, które kiedyś naznaczyło go znamieniem i piętnastoma pomnikami w granicie… nie istaniało już? Ale on wciąż był. Wciąż oddychał, wciąż raz na kilka miesięcy odzywało się jego serce.

… śnił…

Bo on przecież tak wiele śnił, cóż innego mu zostało w owym czekaniu. Nucił owe sny nawet czasem przygrywając wiatrom, wtapiając się w wiewy. Wtedy jego oddech zmieniał się w wilki, które rozbiegając się po świecie rzucały owe jego wyśnione, wyśpiewane treści w ziemię, by te zapuściły korzenie i wzrosły w czarodrzewa… Owe sny o przebudzeniu. Odrzuceniu skał i porostów, odzianiu się na powrót w teraźniejszość. O sławie i dzielności, honorze, który pozwoli wyzwolić świat, o przeznaczeniu, które odebrało mu tak wiele, by dać więcej…

… obiecanki macanki!

Bo coś się zmieniło. Nagle poczuł, że może się ruszać, że właściwie nie śni, a chodzi po świecie. Że kroczy dziwnym traktem o lepkiej, czarniawej mazi oślepiony dziwnie diabelskimy, zwodniczymi światłami, zaskoczony piekielnym łoskotem, mamidłem dźwięków rozrywającym mu czaszkę. Wiedział, że świat się zmieni, nie był tylko silnym głupcem, ale nie rozumiał gdzie jest, dlaczego i po co? To wszystko dookoła nie mogło być przecież rzeczywistością, która nastąpiła po jego odejściu, ale obolałe stopy mówiły coś innego. Brak miękkiej, wilgotnej i cichej ciemności dookoła, miękkich korzeni starej, pokręconej sosny umilającej mu każde cięższe chwile… Tak bardzo tęsknił za nią. Nie szkoda, że z niej drewniak.

Tęsknił…

Tego co widział dookoła nie rozumiał. I nie chciał rozumieć. Świata pełnego klaunów i błaznów, niewiast o wątpliwej prowieniencji, tego jaskrawego bałagany, wyniosłych kłamliwych radości i przygniatających smutków, oraz… tak mu to przeszkadzało, że właściwie nie było dookoła jego mężczyzn, chyba? Może pożarł ich jakiś smok? A może zaraza dopadła? Może TO właśnie było jego przeznaczeniem, ale jakoś nie był zainteresowany… mimo iż męskość za czymś w nim tęskniła. Za ową chwałą obiecaną, licami zarumienionymi… za sławą i wiekuistymi pamięciami, za salwami, zamkami, pomnikami…

… jednak, czy na pewno?

A może o nim zapomnieli? Może już nie chcieli, nie potrzebowali, może coś wypełniło jego przeznaczenie, a on mógł wrócić i śnić? Chciałby tego, znał to i było mu z tym dobrze. Ale jak miał wrócić? Czy mógł tak zwyczajnie wyrzucić bohatera z siebie? Jak odnaleźć miejsce, w którym śnił i dalej pieścić sosnę? Czy możliwe, iż fatum się w nim odmieniło i tylko śnienie było mu przeznaczone… nie życie w owej jawie, której i tak nawet nie pragnął nawet zrozumieć?

Nikt nawet nie zwrócił uwagi na potężnego, brudnego, lekko zatęchłego mężczyznę z nadmiernym owłosieniem plączącego się po ulicach City. Nikt nie zwrócił uwagi, gdy zagłębił się płacząc w tunel metra. Bo i jak mieli… nikt nie pamiętał. A nawet jeżeli pamiętał, tosz to bajka ino…

… nawet jak potrzebował, zapomniał jak poprosić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Król Kruków” – … jak ona to robi? W jaki sposób historie nastolatków nie są nudne, rozwlekłe, paranoicznie związane wyłącznie z zakochaniem… Jak?

Jak owa magia u niej jest normalna, naturalna, taka nie wymyślona, ale zwyczajnie wtopiona korzeniami w codzienność, choć inni wolą jej nie widzieć?
Jak?

Nie wiem jak Maggie Stiefvater to robi, ale robi to niesamowicie. Tym razem nie jest inaczej. Jej bohaterowie, rozerwani pomiędzy teraźniejszością dojrzewania, szkołą, pracą i problemami jeszcze wciąż nie do końca namacalnej dorosłości są piękni. Skomplikowani i zróżnicowani. W jakiś sposób, mimo owej mnogości bohaterów, mimo owej wiodącej linii Blue, wróżki bez talentu widzenia… wszystko splata się w jeden, oszałamiający obraz. Obraz cudownie otulający legendy i przypowieści o liniach mocy i legendarnym Królu Kruków. Historii o poszukiwaniu samych siebie, ale też niesamowicie wciągającej przygodzie.

Bo to jest przygoda. Oniryczna, ale i dziwnie prawdziwa, jak sen, o którym wiecie, że nie śni się wam w ogóle… miejscami nadnaturalna, potem znów dotykająca ziemi, by w końcu pozwolić wam uwierzyć w więcej!

Ważne! Ta książka, to jedna z pierwszych pozycji nowego wydawnictwa Uroboros i powala: tłumaczeniem, wydaniem oraz korektą… ową zapomnianą i nieczęsto używaną sferą tworzenia książki!

W szarości wilgotnego dnia na wciąż oszałamiająco zielonej trawie pysznią się klejnoty. Czereśnie Strażniczki, niczym wykwalifikowane striptizerki upuszczają swoje listki. Powoli, rozważnie, wiedząc co robią… jeden za drugim upadają koniakowe i palone, żółciutkie i te słomiane, owe rdzawe, czarne, karminowe, wiśniowe, a nawet śliwkowe, kardynalsko zadumane, dziwnie zadufane w głębi swych odcieni… Czasem plamione, niejednolicie outsiderskie, czasem wygryzione, jakby chciały pokazać innym świat poza nimi…

… czasem dziwnie zwinięte, jakby zgraja zboczonych oralnie krasnali już zrobiła z nich użytek, gdy jeszcze unosiły się, tańcząc w powietrzu…

Każdy liść ma swoją historię. Każdy chętny ją opowiedzieć, a nawet rozwinąć dalej, czepiając się jeszcze rozwiązłych szalików, jeszcze tak nie złaknionych bliskości swetrów. Ubrań wciąż tak pachnących szafą, owym letnim uśpieniem. Zatroskanych, jak to będzie w tym roku, czy dane im będzie paradować na wierzchu, czy skryją je wielkie płaszcze i puchate kurtki, upodabniając wszystko do zwykłej, kroczącej na dziwnie chudych nóżkach, kuli odzienia.

… owej nęcącej masy, tworu dziwacznie zmiennego, który tylko chciało się kopnąć i patrzeć jak fajnie się turla…

„Za liście szeleszczące, wygryzione kolorami
kształty, wiatry porywające, szarpiące dziewczęcymi szalami.
Za owe szare i deszczowe dni oraz poranki,
gdy kolor widzę tylko w głębi mojej filiżanki.
Za pozwolenie na spokojność,
na całkowite zaczytanie…
Za to kocham jesień
za liści opowieści szemrane.” Ch. Jones

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Śpiący Cholerny Rycerz… została wyłączona

Pan Tealight i AuToBusss…

„Cisza.

Właściwie ma tak wiele definicji. Można ją odnaleźć w największym rozgardiaszu, albo nie dostrzec pośród pustyni odgłosów. Można ją zdobić wietrznymi piosenkami, ptasimi trelami, szumem liści, stukotem dziobów o daszek i tanecznymi krokami fal… ale nie da się przypasować do niej pełnego basów, rozklekotanego, cuchnącego i cieknącego, metalowego grata…

Cisza jest taka fajna. Mile pieści uszy. Wkrada się do środka człowieczeństwa, by pod przykrywką odpoczynku od wkurniczających dźwięków, pobaraszkować w miękkości i ciepełku krwistego mięska. Ale też czasem chce nam coś powiedzieć. Po cichu bardzo, nawet nie szpecząc…

… i taka specjalna pojawia się raz w tygodniu obok Chatki Wiedźmy. Najpierw milknie wszystko nią otulone, nawet to, co nie posiada otworów ni sposobności, by tworzyć jakiekolwiek dźwięki. Ni piszczałek, ni pałeczek, ni samym wyglądem wzbudzających mdłości cholernych cymbałków. Tego upierdliwego, wkurwiającego wszystkich równo bachora w kolejce, co to wychowany bezstresowo rzuca zabawką w co bardziej melodyjne odbicia. Raz w tygodniu Cisza razem z nim. Gdy Szosę Donikąda, wąską i wątpliwą, tuż pod Żywympłotkiem, przemierza autobus. Wielki, ogromny i pożerający horyzonty. Dziwnie napchany ludźmi trzęsie się i klekoce, wciąga brzuch i policzki, pewien, że nie powinien się tutaj zmieścić. Może nawet nie powienien się tutaj znajdować? Ale jedzie dalej… raz w tygodniu ku przeznaczeniu.

Jedzie tak daleko, że znika z oczu wszelakim obserwatorom i tym świadomym jego istnienia i tym nie istotnym. Miesza się z horyzontem, z drzewami, polami, zagubionymi domkami. Staje się na chwilę nieistnieniem, kompletnym zapomnieniem… a potem znika do końca.

Gdzieś się zatrzymuje w nieistnieniu. Znika w tym, czego nie ma, miało nie być i nigdy nie będzie. Tam pozostawia swój ładunek i ucieka staczając się w dół Drogi ku morzu, ku błękitnemu oczyszczeniu. Trzęsie się z powrotem mocniej, dziwnie uwolniony od ciężaru widzialnego, ale przytłocozny poczuciem winy i ową wizją powtarzalności swego istnienia, niczym ten psychopata Syzyf, bardziej niczym Prometeusz; wielbiciel kamyka czy może jednak lepiciel ludzi i piromanta bez cebulki…

Ale co z tą Ciszą… i AuToBusssem? Co z boleśnią do odjazdu? Okrzykiem wspólnym dla wszystkich jezyków. Może mają tam potwora, którego dokarmiają zapomnianą, a i przez to już niechcianą Turyścizną. Tą co opuściła dom i potem nikt się po nią nie zgłosił. Co wymeldować się z pokoju hotelowego nie chciała, a płacić w naturze – ot chętnych w tym roku brak, w końcu skośnookie sobie niewolnice można za darmo w hurtowych ilościach sprowadzić…

Ał to be us, zjednoczeni w bólach okrutnego istnienia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Elfy tom 1” – … a miało być tak przyjemnie. Miało być epicko i magicznie, a wyszło coś stylizowane na legendę, coś jak Tolkien zmieszany ze wszelkimi, zwykle Północnymi popłuczynami.

Nie dla mnie. Ja czuję się zawiedziona. Bo choć i cała historia zdaje się mieć potencjał, to zwyczajnie nie ma tego CZEGOŚ! Zbyt krótkie rozdziały, dziwny brak duszy, postacie, które popełniają te same błędy, znane rozwiązania… oj pewnie, wydanie książki piękne i dostojne, ale zawartość, owe zlepki liter, zdania tworzące opowieść… są zwyczajnie i grzesznie nudne.

Opowieść o dzielnym woju przypomina znane legendy, ale dziwnie nie ma motywu. Wszystkim postaciom czegoś brakuje, a dostępna moc i przewrotność pięknych elfów nie jest ułudą, jaką winna być… choć w świecie baśni nic nie jest, ni nie powinno być takie, jakie jest, czyż nie? Bynajmniej wynik owej książki taki, iż piękne wydanie kryje marną opowieść, przeraźliwie nudną i nie do końca zdecydowną czy chce być męska, czy romantyczna… za kolejne tomy dziękuję.
Są inni, co lepiej takie powieści spisują.

Gdyby tak zgnieść te liście i kolory z nich wydobyć. Gdyby tak wyprać je do permanentnej szarości, a potem ubrać się i w szemrania, szelesty i barwy? W te kształty dziwnie tak oliwione, w końcu oddające z siebie każdą świeżość, każdy sok i każdy olejek temu, które go nimi obdarowało. W owe ząbkowania i splatane nerwy merdające ogonkami… no może z tymi ogonkami, to moda liściowa w trzech odmianach: wiosna, lato jesień nie byłaby dla każdego?

Ale gdyby tak można było owe liście zachować wciąż giętkie i żwawe… nie wszystkie, bo obserwowanie owych zmian, choć czasem dobija, to jednak jest tak zachwycająco i zwodniczo piękne… koronkowe, pończoszkowe samonośne filuternie, romantycznie siateczkowe i ułudne wyuzdane, tak utkane z morskiej pianki dowody na to, że wszystko wpierw potrzebuje wody, nawet rdza by zakwitnąć, nawet kłamstwo by rozpoztrzec skrzydła…

… problem tylko jeden, no swędzą. Trochę te listkowe ubrania szemrzą pory i włoski. Bawią się z ową skomplikowaną człowieczą nutą i jakoś tak no swędzą. Drapie się odziany w kolory i szelesty i drapie i drapie i kicha, po sukieneczce ino kupka resztek. Rozwieje się, rozmiecie, ot nic dla kruków i wron, ale za to czekaj, ino pierwsze zielone na drzewkach, już będzie kolejna sukieneczka…

Chociaż kora też mnie ostatnio nęci. Może to i materiał piśmienniczy, ale możliwe, że i w modzie się nada. Piękna ta kora. Co drzewo to inna. Jedne twarde, dziwnie już ucharakteryzowane i charakterne, inne znowu miękkie takie i przytulne, aksamitne i zadziorne.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i AuToBusss… została wyłączona

Pan Tealight i W Drzwi Pukające…

„Wiedźma Wrona Pożarta stawała się powoli odporna…

… paranoicznie odporna na demoniczne stukanie w drzwi. Odporna na wszelkie łomoty, pukania, lekkie naddarcia farby, głębsze wgłębienia, ślady pazurów, zębów, kłów, odcisków, genetycznie sprzecznych narośli obdarzonych własnym rozumem i często systemami planet krążącymi wokół nich, z kometami, mlecznymi drogami i malowniczymi zorzami – często większym niż cała reszta, do której je przyczepiono – i dziwnych macek. Rytmiczne odgłosy, który chciały się wedrzeć w jej – tudzież wcale nie spokojne, ale jednakowoż własne swoje, wypracowane w bólach, przekłamliwie znajome – istnienie napodłogowe.

Wrony Bojowe Sił Nadspecjalnych się przygotowały.

Od miesiąca codziennie rozpoczynały Nawiedźmią Terapię Stukaniową unosząc właściwie bezmyślne, wiedźmie na pewno ciało, ku drzwiom, sięgające do zamka, przekręcające srebrny kureczek i wychylając zaspane członki na szarpiące, nader mroźne jesienne powiewy Wyspy. Zwykle wystarczały dwie Skrzydlate Strażniczki, głodne i zadziorne, bardzo zdesperowane, by dobrać się do swoich orzeszków. Ich stukające dzioby nie tylko mile łaskotały podatne na pieszczotę dachówki, nie tylko barwiły się sokiem z zielonych łupin, ale przede wszystkim doskonale symulowały stukanie do drzwi. Puk puk puk. Puk puk… I leciała Wiedźma Wrona z włosem rozwianym – znaczy tym co się jej ostał, nadziei pełna, że to Listonosz, a tutaj nie on, a Rak Piersi w białym opakowaniu z cholernie różową wstążeczką. Rak Prostaty, bo w końcu mamy równouprawnienie, Stadko Pragnących Nawrócić Cokolwiek Na Jedną Słuszną Drogę, ale i sprzedać kilka dziwnych prawd, w które sami nie wierzą… Potem zdarzył się Piesek Bez Prawej Nogi, potem ten Bez Lewej, Bez Mózgu, Bez Serca, Bez Szkieletów Nieludy, Tchnienie Człowieka co pożyje kilka godzin, ale tak każdy chce naciągnąć w czasie i przestrzeni jego cierpienie… jakby się każdy bawił, jakby owe umęczone bólem, którego nie potrafią wyrazić dusze, nie miały prawa głosu w ogóle. Jakby istaniały wyłącznie po to, by ktoś inny poczuł się lepiej. Lepiej, bo rzucił ów wdowi grosz wyrwany komuś innemu… zamiast zwyczajnie rozejrzeć się dookoła, zamiast wtopić się w swoją codzienność, naprawić ją, spłacić winy, zmazać grzechy, czy choć śmieci z podwórka wywalić nim zacznie Białe Misie zbawiać na wegetariańską dietkę!!! Wyzwalać Ludzi od Ajfonów i tych od Kakaowców, tych co Pracują na siedząco, tych co się Czołgają… Tych co Nie Umieją Czytać i tych co Umieją, co Kochają Inaczej i takich, Którzy Kochają Wyskokowo.

Jakby już nikt nie był… zwyczajny.

Ale tak było łatwiej. Ocenić obcy ból, opisać innych błędy, zmiażdżyć innych cierpienie, cudzy ból wtopić w swoją codzienność… na chwilę jednak tylko, ot w bloku reklamowym pomiędzy Prawdziwymi Żonami z Chirurgicznych Odstępów, a Tańcem z Wątpliwymi Gwiazdkami. Tak łatwo wrzucić do puszeczki coś i poczuć się cholernym Jezuskiem, co obudził Łazarza, choć tak dobrze mu się spało.

Latała do swojej ukochanej Chatki Drzwi Wrona Wiedźma, bo jeszcze je popsują. Bo jeszcze coś zniszą, latała i bała się. Bała się co następnym razem na nią zza drzwi wyskoczy. Co tym razem, jakie zło swoją wielką, białą lub srebrną, cukierkowymi naklejkami zdobioną puszeczką w nią będzie grzechotać? I oboli, myta za spokojność duszy będzie się domagać?

Owej grosza wartej grzechów odkupionych myśli?

Gdy za progiem stanęło stado głodnych afrykańskich dzieci, z wyrzutem spoglądających na jej bose stopy, któe w tej szerokości geograficznej winne przecież nosić wymyślne obuwie, gdy zauważyły niezbyt moden ciuchy, sprane i z nadprutymi rękawkami, rzuciły w nią wyrzutem z wielkich oczu i pogłaskałay się po brzuszkach! Wielka miały puszkę, wprost ogromną z napisem, że wszędzie dzieci głodują… że dzielić się trzeba groszem w papierze najlepiej…

… i nauczyła się Wiedźma Wrona Pożarta nie otwierać drzwi swojej małej Chatki. Nauczyła się czołgać pod oknami. Nauczyła się uciekać pod stół, nie tłumaczyć, że i tak przecież nic nie ma… bo któż ci uwierzy? Nauczyła się nie wierzyć w choroby przerażające i dzieci z Afryki, w młodociane gangi, narkomanów, w tych wszystkich potworów grzechoczących puszeczkami, które z takim apetytem lizały kropelki zmieszania, wstydu i przerażenia… tlące się curkacze potu z jej czoła.

Tak cieszyły się jej nieporadnością.

I odrzuciła Wiedźma Wrona możliwość spoglądania i ostrego widzenia, bo gdy nie widzisz, lepiej jest… lepiej odmówić sobie samemu prawa dos istnienia, niż wciąż być odpowiedzialnym za wszelkie zło. To już Wiedźmie zapewniła Zła Królowa. Już dość. Dość naprawdę!

Ale Wronie Siły Bojowe Nadspecjalne postanowiły jej udowodnić, że mogą ją wyleczyć… ot dla zabawy. Zresztą, przecież na jej Chatce orzechy smakowały doprawdy najlepiej! A ci co stukali, cóż nauczyli się zostawiać blankiety do wypełnienia, przekazy pocztowe od razu powyżej pewnej kwoty – ot taniej się nie da – w skrzynce pocztowej i ulotki nawracające po wdechu i zbawiające wydechem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zbrodniarz” – jakże powieść potężna… Człowiek myśli sobie, że czytania będzie sporo, w końcu ponad 570 stron, ale nie podejrzewa, iż przyjdzie mu przespacerować się poprzez epoki. Przez jakże niedawny, ale zaskakująco, przerażająco odmienny świat! Bo zbrodnia to jedno. Zbrodnia odradzająca się po latach to drugie, ale jest jeszcze przecież jej owoc – obecnie dorosły, oraz kobiety, które przed jego narodzeniem traktowane były jak macice na nogach. Zdolne do przemieszczenia się i uroczego uśmiechania.

Właściwie nie wiadomo czy raczej jest to obraz Atlanty wciąż targanej podziałami na mężczyzn i inne, białych i resztę świata, która nie ma głosu – czy jednak kryminał? Czyta się to na pewno jako potężną powieść, ale wymaga też od odbiorcy całkowitego oddania i minimalnej inteligencji. Zrozumienia owego pragnienia żeńskiej, może i czasem znudzonej, części społeczeństwa, która zapragnęła czegoś innego… w końcu nie po raz pierwszy. I owych przepychanek biały-czarny, które jakże widocznie i zaskakująco negatywnie wpływały na całe państwo.

Właściwie morderca… cóż można o nim powiedzieć, że istnieje. Właściwie niewiele więcej. Za to wiele można powiedzieć o tych, którzy pragną zobaczyć go za kratkami. A przynajmniej o jednej z nich. I jeszcze o Willu, którego życie zaczęło się wraz z jej wścibskim nosem. I odwagą do mówienia… MOGĘ.

Problem z tą książką? Cóż, trudno powiedzieć, że to tylko kryminał. Raczej powieść o kobietach i zaskakujących mężczyznach. Trochę nazbyt rozstrzelona, próbująca żonglować zbyt wieloma wątkami, ale jednak wciągająca… choć pozostawiająca tak wiele pytań, niestety!

Świat Wyspy się wieje. Trzeba przyznać, że w tym roku z wiatrami mamy jakąś obsuwę. Dodatkowo dałabym sobie piórka powyrywać na żywca – znaczy wiecie te zbędne – że wieje inaczej. Nie tak jak powienien. Nie z tej strony i kulkami w innych rozmiarach rzuca w nasz dach? I te wielkie klucze? Jak to jest z tymi ptakami, że w tym roku udało się im zebrać w tak gigantyczne grupy na tak malutkim niebie?

Ech! Z drugiej strony każdy rok jest inny. Natura też ma humory, pewno także lubi nos przypudrować w innym tonie i zwyczajnie zaszaleć z soczewkami, a może nawet jakieś implanty – z morskiej gąbeczki sobie powciska w szparki na ciele niechciane? Któż by mógł mieć Wyspie za złe, że zamarzyła się jej jakaś naturalna rekonstrukcja? Farbowanie? Mokra włoszka czy jednak tylko tipsy?

Na Wyspie wszystko wygląda dobrze. Jakąkolwiek kieckę założy, wygląda wystrzałowo. O każdej porze, bez makijażu, skąpana w porannym świetle, oj powala! Czy zapracowana, czy lekko rozłożona, ze skałami dumnie wypiętymi ku słońcu, z trawami gęsto okrywającymi wstydliwe miejsca, z owymi nieprzyciętymi drzewkami, poskręcanymi w najpiękniejsze, taneczne pozy…

… bo Wyspa jest w końcu kobietą, czyż nie? Może czasem zawstydzoną, dziwnie zmieszaną i z bąbelkami, podawaną z plasterkiem limonki, wisienką, paćką bitej śmietany i bajerancko skręconą parasoleczką. Czasem i wściekłą, brutalnie atakującą morze dookoła niej, które spokojnie przyjmuje razy. Dziwnie przerażającą każdego ptaka w okolicy co najmniej pięciu długości wysp w przestworza. A czasem zaskakująco spokojną, choć akurat to zdaje się być najbardziej potworne!

PS. Marudom, co wciąż jęczą, że mnie nie widzą… voila na blogu Galleri Kobaltowa Wrona. Bo tak i blog i strona na FB są moje, podobnie IBornholm na FB IBornholm BornholmDifferent, czy Miś Śnież – wolność dla pluszaków!!! Z blogiem i stroną FB!!! I tak sama piszę, sama robię zdjęcia!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i W Drzwi Pukające… została wyłączona

Pan Tealight i Szeleszczące Wyścigi Beznożnych…

„Ktoś za nią szedł.

Przemykał się uliczkami, skradał, dziwnie podskakiwał, tupał, by po chwili podwoziem wątpliwej cielesności sunąć po drodze… gdy się odwracała znikał w cieniu, za rogiem domu, lub zwyczajnie robił PUFF i go nie było. Cały czas, po chwilach zwątpienia, bo może jej się tylko przewidziało, może to wyobraźnia… wiedziała, że jest tam. Za nią. I bała się. Ale wzrok choć ją mamił, jak zwykle, to nie mógł przecież kłamać? No nie aż tak dosadnie. Wymazywać obrazu, pozostawiać tylko dziwny, mroczny nawet w objęciach jesiennego, słonecznego dnia, obraz.

Nie mógł? Tak po prostu, zwyczajnie usunąć tego, który wtapiał się w jej dziwnie spocony cień?

Wiedźma Wrona Pożarta szła. Dokładniej to jej małe stópki zdawały się przebierać aż nazbyt szybko jak na osobę o takich gabarytach, ale przecież miał to być spacer. Wysunęła nos z Chatki Wiedźmy by zaczerpnąć w pomazane farbą drukarską płuca świeżego powietrza. Do suchości stron dorzucić morską bryzę i poszum lasu. I choć się bała, bo niedobitki Turyścizny pełzały jeszcze od czasu do czasu po chodnikach, a nawet męczyły pedały i ściskały kierownice, to chciała iść. Chciała się potarzać w liściach, popluskać w nagrzanej trawie, pobawić żołędziami i zrobić kasztanowe ludki… a potem wrócić. Bo czemu nie? Ale teraz, z tymi odgłosami za plecami, zwyczajnie nie mogła. Z owym dziwnym duszeniem, niczym astmatyka, któremu z ciała pozostało wspomnienie i kilka dziwnie pożółkłych rachunków z supermarketów.

W końcu, choć idąc całkowicie pustą drogą, przez most, przemykając pod pustymi, aczkolwiek dziwnie zaciekawionymi cóż to się znowu dzieje, drzewami… Wiedźma zaczęła tracić świadomość. Skapywała ona z niej, pozostawiała dziwnie niebieskie plamy na dróżce, na liściach, na dziwnie zapóźnionych w rozwoju sadzonkach. W końcu zaczęło jej się wydawać aż nazbyt wiele, wysunięte z uszu słuchawki dyndały żałośnie w okolicach napiersiowych, a kroki małych stópek zmieniły się w lekki pęd… i choć wielu przysięga, iż słyszeli ten dziwny odgłos, jaki wydawał Struś Pędziwiatr… to któż mógł przewidzieć by w strachu pokonać godzinną drogę do domu w ułamek mgnienia oka, skapującej kropli potu, zdradzającej wszystko, smarka z nosa, który obśmieje cię w okolicach wszelakich towarzyskości…

Po Wiedźmie Wronie Pożartej pozostał tylko cień, dziwnie zagubiony, zaskoczony, że nie ma się do kogo przyczepić i myśl o historii, w której występować będą wyłącznie dwa razy liźnięte landrynki. A Jesień się śmiał. Śmiał się, dziko trzęsąc wielkim brzuszyskiem naznaczonym tatuażem z małą dziewczynką w koszyku pełnym pestek – trza było nie żreć tyle gruszek i śliwek to cię wzdęło! – bo w końcu to on wymyślił Szeleszczące Wyścigi Beznożnych. To on namówił liście, te najmocniej wysuszone, by wszędzie podążały za nią, stukając o kamienie, bawiąc się odgłosami. To on założył się z Wiatrem Pieszczochem, że nie tyle nastraszy Wiedźmę, ale sprawi, że w końcu ona, całkiem bez utensyliów… poleci!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Śnieżka musi umrzeć” – powieść potężna. Historia niesprawiedliwości, opowieść o pieniądzu, który może wszystko. I o ofierze, która jednak nie do końca nią jest… bo czyż wymiar sprawiedliwości mógł się pomylić? Chyba nie, jeżeli powrót mordercy przynosi kolejne ofiary?

Właściwie od początku wydaje się nam, że on nie mógł tego zrobić? Dziwnie sympatyczny, młody mężczyzna z odebranym życiem zdaje się być zwyczajnie dobry… ale czy na pewno? Wszystkie ślady, wszelkie tropy prowadzą do niego! I cała ta sprawa zdaje się tkwić o wiele głębiej w przestrzeni niewielkiej miejscowości. W owym szepczącym porozumieniu, wspólnocie swoich. On – morderca – do niej już nie należy. Ni jego rodzina. Ni ktokolwiek, kto się będzie z nim kontaktował.

Neuhaus prowadzi nas powoli, nie gmatwa, rzuca wszystkie zmienne, pozwala samym odnaleźć prawdę. Nie skacząc po chronologii nakazuje swoim laleczkom zagłębić się w przeszłość. Przejść przez kolejne próby, udowdnić że są dobrzy… albo wprost przeciwnie. Detektywem będzie młoda dziewczyna, zagubiona, ale sprytna i ten, który zabił. Tchnący wolą zemsty za to, co zrobiono jego rodzinie, ale też dziwnie niepewnym swoich wspomnień… ale i tego co ma się wydarzyć.

Szalone, dziwnie nadmiernie radośnie słoneczne, pierwsze jesienne dni na Wyspie, zdają się być czymś natrętnym ostatnio. Oj pewnie, że listki się pięknie wybarwiają, jak szalone, jak na grzybkach. Pewnie, że światło, lekko niskie, dziwnie opadające, pięknie obrysowuje każdy kształt. Świat zdaje się rzucać wszystkie zmienne, jakby… koniec miał nastąpić, więc wiecie, można wyjeść lody z lodówki i pożreć wszystkie tabliczki czekolady, te na czarną godzinę.

Ale może się mylę? Może w rzeczywistości zawsze tak jest, ale zabiegane oczy przestały widzieć? Nie wiem… wiem jedno, że piękne to. Nawet jeżeli coby zrobić zdjęcie ponownie należy położyć się na ziemi, znieść wbijające się patyczki w miejsca, o których lepiej nie myśleć, chłód dobiegający od dołu, z prawej a i z lewej…

… człowiek zapomniał jak to wszystko jest piękne. Każdy liść inny, czapeczki żołędzi dziwnie zadarte, inne przekrzywione, każde inaczej się wybarwiające. Kasztany szalenie szalejące pod stopami. Dziwnie jeszcze świeże, jakby pokryte lakierem, trzaskające pod stopami… aż człekowi się zdaje, iż dochodzi do lekkie pochrząkiwanie bardzo głodnych warchlaczków.

Nie rozumiem mnogości ludzi tęskniących za latem i wyłącznie owo utęsknione lato uznających za czas na wakacje. Bo jesień ma przecież tak wiele na Wyspie do zaoferowania. Spokój i domowość, ciszę, którą zmącić może tylko wiatr i fale rzucające się samobójczo na skały… i te kolory. Szalone. Wyskakujące nagle z takiego czystego błękitu, że horror vacui się włącza, coby go zapaćkać, domalować mu wąsy, stado jeleni, pięć żab i może słowika z nadwagą?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szeleszczące Wyścigi Beznożnych… została wyłączona

Pan Tealight i Wybrana Achronologiczna…

„– Zbawić świat?
– No tak, dokładnie!
– Ja mam zbawić świat…

Malutkie istoty stojące na progu tak intensywnie kiwały główkami, że wydawało się to czymś nadprzyrodzonym, czymś nie tyle magicznym, co raczej technicznym, pełnym śrubeczek, sprężynek i kondensatorów, zaskakującym tak dziwnie, iż ich jeszcze nie pogubiły…

– Czy wyglądam na zabiedzoną nastolatkę z problemami? Dziewczę któemu zabrano rodziców, chłopca z blizną na czole?
– No nie… – Czekałam cierpliwie na ciąg dalszy, gdy owe szare, małe i dość zabiedzone istotki, co to spojawiły mi się na progu rankiem ciemnym, grzebały w swoich notesikach w zielono-różowe słoniki – zaskakująco cierpliwie biorąc pod uwagę wiatr na zewnątrz, który wdzierał się do chatki i targał moim… ekhm skąpym odzieniem. Pewno nie powinno się tak podejmować gości, ale ja serio nie przepadam za gośćmi. Nawet w polewie, sosiku i posypce. Nawet z gałkami lodów waniliowych w miejsce oczu i oblanych sorbetem jabłkowym…

– Mieliśmy problemy czasowe…
– Chronologia nam nawaliła, ale już jesteśmy!
– Mamy nawet gadżety, może trochę różowe i w ogóle odrobinę przestarzałe, ale wciąż działają…

Człowiek na pewno by się skusił na takową sławę, nawet po czasie przydatności do spożycia, nawet w owych niemodnych kolorach, w końcu moda jak koło, bumerang, czy katar… wraca. I tak w ogóle, to jakie gacie się zakłada do tego zbawiania, bo w wiedźmim fachu, na miotle wiadomo, że podwiewa! I czy z pieluszką, bo kto to słyszał o superbohaterach co siku robią w akcji? Makijażu nie nakładam, bo Wiedźma Wrona Pożarta widać naturystką taką jest, a może zwyczajnie nie narzucam się powierzchniom odbijającym.

W końcu okrutne one są i nigdy przecież nie schelbiają.

A prawda, cóż, wystarczy mi jej na ów codzienny co dzień!

Co do zbawiania świata, to nie jestem zainteresowana. A nastolatki to do książek kurcze, a nie ten świat zbawiać. Stał tyle wieków, lat i eonów, że postoi jeszcze… co do potworów, to jak najbardziej mamy je pod kontrolą. Każdy w sobie swojego, więc sorry, może i wasze elementy dodatkowe kuszą, ale nie, nie zostaję Superłiczem! Ni sandłiczem, ni czymkolwiek, co odwalać ma robotę za innych!

Tylko jak to powiedzieć owym wilgotnym oczętom, błagalnym, wygiętym w podkuwkę usteczkom szarych istot? Szaych i porośniętych rzadkim futerkiem, oj może to przeze mnie sobie je tak zmechaciły, wyrywając ze zgryzoty włosek za włoskiem? Ale przecież to nie moja wina?

– To gdzie ten świat do uratowania?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Święty Psychol” – i nic już nie będzie takie samo, każdej powieści narzucisz teraz taką poprzeczkę… Bo Theorin to potwór. Potwór co posługuje się zaskakująco całkiem prostym językiem, niewymyślnym. Nie wtapia się w sensację, nie mataczy… On po prostu przedstawianą historię rozkłada na części, a potem miesza i miesza, i miesza i w końcu podaje ją tak, że nawet prosty język nie jest w stanie oderwać człowiek od powieści. Powieści jakże przecież wolno się toczącej. Ot taka tam, na rzut oka pierwszy, książeczka, chce się ją od siebie odepchnąć, oj przecież nic w niej nie ma, ale nie możesz, przepadłeś.

Nie wiesz, czy kochać bohatera, czy mu współczuć, czy się go bać i znienawidzić na wieki. Nie wiesz. Nie podejrzewasz jak się to skończy, choć zdaje się, że dziwnym byłby słodki, ciągnący się happy end…

… ale może byś chciał, dla niego…

Theorin mistrzem jest. Przerażającym potworem, który nie czerpiąc z mocy języka, nie szafując nie wiadomo jak wydumanymi historiami, ot codziennością, okrucieństwem, przypadkiem… opowiada o człowieku. I to właśnie TAK opowiada. Jakby stał w twojej głowie i grzebał we wspomnieniach, choć one nie powinny być twoje…

Ciemność mnie budzi. Przez te trzy miesiące upałów i morderczego światła wydaje się być ona taka nie na miejscu. Taka dziwna… jakby wypełzła z innego świata i się zagubiła. Jakby nie była pewna tego, czym jest, ani tego, co powinna zrobić. Czy wolno jej zaćmić ranek, czy też ma czekać do nocy. Ale jeżeli nadejdzie nocą, to kto ją rozpozna. Przecież zagubi się pośród owej poprawnej, dopuszczalnej ciemności!

Dlatego ciemność kumuluje się wokół Wyspy i wyskakuje, gdy tylko się tego człek nie spodziewa. Bo i jak wyskoczyć na takiego co się spodziewa? Oj nie ma w tym żadnej zabawy, czyż nie? Choć owa ciemność taka do przytulenia raczej. Taka do wsadzenia pod kołderkę, do rzeczy grzesznych i uciesznych. Przykryje taka ciemność wszelkie grzeszki, zmarszczki mimiczne rozłagodzi, a i kolorystykę cery doprowadzi do miękkości w czerni i bieli.

Dobra ta ciemność poranna, choć człowieczy pęd zdaje się nie zwracać na nią uwagi inaczej, niż parsknięciem, splunięciem i moczem porannym. Zachmurzeni się robią, wściekli, że w ogóle muszą wstać… jakby coś złego było w owej chmurnej poranności. W owej pieszczocie członków powolnością, brakiem rozbłysków, które od razu ranią, śniące jeszcze przecież, oczy…

… oj bo cię lubię ciemności. Jakoś tak mi wygodniej w błękitnej szarzyźnie. Tak jakoś miękcej. Dziwnie czuję się piękniejsza, bardziej wysmuklona, dziwnie czarowna bardziej. I tak o wiele lepiej mi się w tobie śpi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wybrana Achronologiczna… została wyłączona