Pan Tealight i W Drzwi Pukające…

Wiedźma Wrona Pożarta stawała się powoli odporna…

… paranoicznie odporna na demoniczne stukanie w drzwi. Odporna na wszelkie łomoty, pukania, lekkie naddarcia farby, głębsze wgłębienia, ślady pazurów, zębów, kłów, odcisków, genetycznie sprzecznych narośli obdarzonych własnym rozumem i często systemami planet krążącymi wokół nich, z kometami, mlecznymi drogami i malowniczymi zorzami – często większym niż cała reszta, do której je przyczepiono – i dziwnych macek. Rytmiczne odgłosy, który chciały się wedrzeć w jej – tudzież wcale nie spokojne, ale jednakowoż własne swoje, wypracowane w bólach, przekłamliwie znajome – istnienie napodłogowe.

Wrony Bojowe Sił Nadspecjalnych się przygotowały.

Od miesiąca codziennie rozpoczynały Nawiedźmią Terapię Stukaniową unosząc właściwie bezmyślne, wiedźmie na pewno ciało, ku drzwiom, sięgające do zamka, przekręcające srebrny kureczek i wychylając zaspane członki na szarpiące, nader mroźne jesienne powiewy Wyspy. Zwykle wystarczały dwie Skrzydlate Strażniczki, głodne i zadziorne, bardzo zdesperowane, by dobrać się do swoich orzeszków. Ich stukające dzioby nie tylko mile łaskotały podatne na pieszczotę dachówki, nie tylko barwiły się sokiem z zielonych łupin, ale przede wszystkim doskonale symulowały stukanie do drzwi. Puk puk puk. Puk puk… I leciała Wiedźma Wrona z włosem rozwianym – znaczy tym co się jej ostał, nadziei pełna, że to Listonosz, a tutaj nie on, a Rak Piersi w białym opakowaniu z cholernie różową wstążeczką. Rak Prostaty, bo w końcu mamy równouprawnienie, Stadko Pragnących Nawrócić Cokolwiek Na Jedną Słuszną Drogę, ale i sprzedać kilka dziwnych prawd, w które sami nie wierzą… Potem zdarzył się Piesek Bez Prawej Nogi, potem ten Bez Lewej, Bez Mózgu, Bez Serca, Bez Szkieletów Nieludy, Tchnienie Człowieka co pożyje kilka godzin, ale tak każdy chce naciągnąć w czasie i przestrzeni jego cierpienie… jakby się każdy bawił, jakby owe umęczone bólem, którego nie potrafią wyrazić dusze, nie miały prawa głosu w ogóle. Jakby istaniały wyłącznie po to, by ktoś inny poczuł się lepiej. Lepiej, bo rzucił ów wdowi grosz wyrwany komuś innemu… zamiast zwyczajnie rozejrzeć się dookoła, zamiast wtopić się w swoją codzienność, naprawić ją, spłacić winy, zmazać grzechy, czy choć śmieci z podwórka wywalić nim zacznie Białe Misie zbawiać na wegetariańską dietkę!!! Wyzwalać Ludzi od Ajfonów i tych od Kakaowców, tych co Pracują na siedząco, tych co się Czołgają… Tych co Nie Umieją Czytać i tych co Umieją, co Kochają Inaczej i takich, Którzy Kochają Wyskokowo.

Jakby już nikt nie był… zwyczajny.

Ale tak było łatwiej. Ocenić obcy ból, opisać innych błędy, zmiażdżyć innych cierpienie, cudzy ból wtopić w swoją codzienność… na chwilę jednak tylko, ot w bloku reklamowym pomiędzy Prawdziwymi Żonami z Chirurgicznych Odstępów, a Tańcem z Wątpliwymi Gwiazdkami. Tak łatwo wrzucić do puszeczki coś i poczuć się cholernym Jezuskiem, co obudził Łazarza, choć tak dobrze mu się spało.

Latała do swojej ukochanej Chatki Drzwi Wrona Wiedźma, bo jeszcze je popsują. Bo jeszcze coś zniszą, latała i bała się. Bała się co następnym razem na nią zza drzwi wyskoczy. Co tym razem, jakie zło swoją wielką, białą lub srebrną, cukierkowymi naklejkami zdobioną puszeczką w nią będzie grzechotać? I oboli, myta za spokojność duszy będzie się domagać?

Owej grosza wartej grzechów odkupionych myśli?

Gdy za progiem stanęło stado głodnych afrykańskich dzieci, z wyrzutem spoglądających na jej bose stopy, któe w tej szerokości geograficznej winne przecież nosić wymyślne obuwie, gdy zauważyły niezbyt moden ciuchy, sprane i z nadprutymi rękawkami, rzuciły w nią wyrzutem z wielkich oczu i pogłaskałay się po brzuszkach! Wielka miały puszkę, wprost ogromną z napisem, że wszędzie dzieci głodują… że dzielić się trzeba groszem w papierze najlepiej…

… i nauczyła się Wiedźma Wrona Pożarta nie otwierać drzwi swojej małej Chatki. Nauczyła się czołgać pod oknami. Nauczyła się uciekać pod stół, nie tłumaczyć, że i tak przecież nic nie ma… bo któż ci uwierzy? Nauczyła się nie wierzyć w choroby przerażające i dzieci z Afryki, w młodociane gangi, narkomanów, w tych wszystkich potworów grzechoczących puszeczkami, które z takim apetytem lizały kropelki zmieszania, wstydu i przerażenia… tlące się curkacze potu z jej czoła.

Tak cieszyły się jej nieporadnością.

I odrzuciła Wiedźma Wrona możliwość spoglądania i ostrego widzenia, bo gdy nie widzisz, lepiej jest… lepiej odmówić sobie samemu prawa dos istnienia, niż wciąż być odpowiedzialnym za wszelkie zło. To już Wiedźmie zapewniła Zła Królowa. Już dość. Dość naprawdę!

Ale Wronie Siły Bojowe Nadspecjalne postanowiły jej udowodnić, że mogą ją wyleczyć… ot dla zabawy. Zresztą, przecież na jej Chatce orzechy smakowały doprawdy najlepiej! A ci co stukali, cóż nauczyli się zostawiać blankiety do wypełnienia, przekazy pocztowe od razu powyżej pewnej kwoty – ot taniej się nie da – w skrzynce pocztowej i ulotki nawracające po wdechu i zbawiające wydechem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zbrodniarz” – jakże powieść potężna… Człowiek myśli sobie, że czytania będzie sporo, w końcu ponad 570 stron, ale nie podejrzewa, iż przyjdzie mu przespacerować się poprzez epoki. Przez jakże niedawny, ale zaskakująco, przerażająco odmienny świat! Bo zbrodnia to jedno. Zbrodnia odradzająca się po latach to drugie, ale jest jeszcze przecież jej owoc – obecnie dorosły, oraz kobiety, które przed jego narodzeniem traktowane były jak macice na nogach. Zdolne do przemieszczenia się i uroczego uśmiechania.

Właściwie nie wiadomo czy raczej jest to obraz Atlanty wciąż targanej podziałami na mężczyzn i inne, białych i resztę świata, która nie ma głosu – czy jednak kryminał? Czyta się to na pewno jako potężną powieść, ale wymaga też od odbiorcy całkowitego oddania i minimalnej inteligencji. Zrozumienia owego pragnienia żeńskiej, może i czasem znudzonej, części społeczeństwa, która zapragnęła czegoś innego… w końcu nie po raz pierwszy. I owych przepychanek biały-czarny, które jakże widocznie i zaskakująco negatywnie wpływały na całe państwo.

Właściwie morderca… cóż można o nim powiedzieć, że istnieje. Właściwie niewiele więcej. Za to wiele można powiedzieć o tych, którzy pragną zobaczyć go za kratkami. A przynajmniej o jednej z nich. I jeszcze o Willu, którego życie zaczęło się wraz z jej wścibskim nosem. I odwagą do mówienia… MOGĘ.

Problem z tą książką? Cóż, trudno powiedzieć, że to tylko kryminał. Raczej powieść o kobietach i zaskakujących mężczyznach. Trochę nazbyt rozstrzelona, próbująca żonglować zbyt wieloma wątkami, ale jednak wciągająca… choć pozostawiająca tak wiele pytań, niestety!

Świat Wyspy się wieje. Trzeba przyznać, że w tym roku z wiatrami mamy jakąś obsuwę. Dodatkowo dałabym sobie piórka powyrywać na żywca – znaczy wiecie te zbędne – że wieje inaczej. Nie tak jak powienien. Nie z tej strony i kulkami w innych rozmiarach rzuca w nasz dach? I te wielkie klucze? Jak to jest z tymi ptakami, że w tym roku udało się im zebrać w tak gigantyczne grupy na tak malutkim niebie?

Ech! Z drugiej strony każdy rok jest inny. Natura też ma humory, pewno także lubi nos przypudrować w innym tonie i zwyczajnie zaszaleć z soczewkami, a może nawet jakieś implanty – z morskiej gąbeczki sobie powciska w szparki na ciele niechciane? Któż by mógł mieć Wyspie za złe, że zamarzyła się jej jakaś naturalna rekonstrukcja? Farbowanie? Mokra włoszka czy jednak tylko tipsy?

Na Wyspie wszystko wygląda dobrze. Jakąkolwiek kieckę założy, wygląda wystrzałowo. O każdej porze, bez makijażu, skąpana w porannym świetle, oj powala! Czy zapracowana, czy lekko rozłożona, ze skałami dumnie wypiętymi ku słońcu, z trawami gęsto okrywającymi wstydliwe miejsca, z owymi nieprzyciętymi drzewkami, poskręcanymi w najpiękniejsze, taneczne pozy…

… bo Wyspa jest w końcu kobietą, czyż nie? Może czasem zawstydzoną, dziwnie zmieszaną i z bąbelkami, podawaną z plasterkiem limonki, wisienką, paćką bitej śmietany i bajerancko skręconą parasoleczką. Czasem i wściekłą, brutalnie atakującą morze dookoła niej, które spokojnie przyjmuje razy. Dziwnie przerażającą każdego ptaka w okolicy co najmniej pięciu długości wysp w przestworza. A czasem zaskakująco spokojną, choć akurat to zdaje się być najbardziej potworne!

PS. Marudom, co wciąż jęczą, że mnie nie widzą… voila na blogu Galleri Kobaltowa Wrona. Bo tak i blog i strona na FB są moje, podobnie IBornholm na FB IBornholm BornholmDifferent, czy Miś Śnież – wolność dla pluszaków!!! Z blogiem i stroną FB!!! I tak sama piszę, sama robię zdjęcia!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.