Pan Tealight i Wybrana Achronologiczna…

– Zbawić świat?
– No tak, dokładnie!
– Ja mam zbawić świat…

Malutkie istoty stojące na progu tak intensywnie kiwały główkami, że wydawało się to czymś nadprzyrodzonym, czymś nie tyle magicznym, co raczej technicznym, pełnym śrubeczek, sprężynek i kondensatorów, zaskakującym tak dziwnie, iż ich jeszcze nie pogubiły…

– Czy wyglądam na zabiedzoną nastolatkę z problemami? Dziewczę któemu zabrano rodziców, chłopca z blizną na czole?
– No nie… – Czekałam cierpliwie na ciąg dalszy, gdy owe szare, małe i dość zabiedzone istotki, co to spojawiły mi się na progu rankiem ciemnym, grzebały w swoich notesikach w zielono-różowe słoniki – zaskakująco cierpliwie biorąc pod uwagę wiatr na zewnątrz, który wdzierał się do chatki i targał moim… ekhm skąpym odzieniem. Pewno nie powinno się tak podejmować gości, ale ja serio nie przepadam za gośćmi. Nawet w polewie, sosiku i posypce. Nawet z gałkami lodów waniliowych w miejsce oczu i oblanych sorbetem jabłkowym…

– Mieliśmy problemy czasowe…
– Chronologia nam nawaliła, ale już jesteśmy!
– Mamy nawet gadżety, może trochę różowe i w ogóle odrobinę przestarzałe, ale wciąż działają…

Człowiek na pewno by się skusił na takową sławę, nawet po czasie przydatności do spożycia, nawet w owych niemodnych kolorach, w końcu moda jak koło, bumerang, czy katar… wraca. I tak w ogóle, to jakie gacie się zakłada do tego zbawiania, bo w wiedźmim fachu, na miotle wiadomo, że podwiewa! I czy z pieluszką, bo kto to słyszał o superbohaterach co siku robią w akcji? Makijażu nie nakładam, bo Wiedźma Wrona Pożarta widać naturystką taką jest, a może zwyczajnie nie narzucam się powierzchniom odbijającym.

W końcu okrutne one są i nigdy przecież nie schelbiają.

A prawda, cóż, wystarczy mi jej na ów codzienny co dzień!

Co do zbawiania świata, to nie jestem zainteresowana. A nastolatki to do książek kurcze, a nie ten świat zbawiać. Stał tyle wieków, lat i eonów, że postoi jeszcze… co do potworów, to jak najbardziej mamy je pod kontrolą. Każdy w sobie swojego, więc sorry, może i wasze elementy dodatkowe kuszą, ale nie, nie zostaję Superłiczem! Ni sandłiczem, ni czymkolwiek, co odwalać ma robotę za innych!

Tylko jak to powiedzieć owym wilgotnym oczętom, błagalnym, wygiętym w podkuwkę usteczkom szarych istot? Szaych i porośniętych rzadkim futerkiem, oj może to przeze mnie sobie je tak zmechaciły, wyrywając ze zgryzoty włosek za włoskiem? Ale przecież to nie moja wina?

– To gdzie ten świat do uratowania?

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Święty Psychol” – i nic już nie będzie takie samo, każdej powieści narzucisz teraz taką poprzeczkę… Bo Theorin to potwór. Potwór co posługuje się zaskakująco całkiem prostym językiem, niewymyślnym. Nie wtapia się w sensację, nie mataczy… On po prostu przedstawianą historię rozkłada na części, a potem miesza i miesza, i miesza i w końcu podaje ją tak, że nawet prosty język nie jest w stanie oderwać człowiek od powieści. Powieści jakże przecież wolno się toczącej. Ot taka tam, na rzut oka pierwszy, książeczka, chce się ją od siebie odepchnąć, oj przecież nic w niej nie ma, ale nie możesz, przepadłeś.

Nie wiesz, czy kochać bohatera, czy mu współczuć, czy się go bać i znienawidzić na wieki. Nie wiesz. Nie podejrzewasz jak się to skończy, choć zdaje się, że dziwnym byłby słodki, ciągnący się happy end…

… ale może byś chciał, dla niego…

Theorin mistrzem jest. Przerażającym potworem, który nie czerpiąc z mocy języka, nie szafując nie wiadomo jak wydumanymi historiami, ot codziennością, okrucieństwem, przypadkiem… opowiada o człowieku. I to właśnie TAK opowiada. Jakby stał w twojej głowie i grzebał we wspomnieniach, choć one nie powinny być twoje…

Ciemność mnie budzi. Przez te trzy miesiące upałów i morderczego światła wydaje się być ona taka nie na miejscu. Taka dziwna… jakby wypełzła z innego świata i się zagubiła. Jakby nie była pewna tego, czym jest, ani tego, co powinna zrobić. Czy wolno jej zaćmić ranek, czy też ma czekać do nocy. Ale jeżeli nadejdzie nocą, to kto ją rozpozna. Przecież zagubi się pośród owej poprawnej, dopuszczalnej ciemności!

Dlatego ciemność kumuluje się wokół Wyspy i wyskakuje, gdy tylko się tego człek nie spodziewa. Bo i jak wyskoczyć na takiego co się spodziewa? Oj nie ma w tym żadnej zabawy, czyż nie? Choć owa ciemność taka do przytulenia raczej. Taka do wsadzenia pod kołderkę, do rzeczy grzesznych i uciesznych. Przykryje taka ciemność wszelkie grzeszki, zmarszczki mimiczne rozłagodzi, a i kolorystykę cery doprowadzi do miękkości w czerni i bieli.

Dobra ta ciemność poranna, choć człowieczy pęd zdaje się nie zwracać na nią uwagi inaczej, niż parsknięciem, splunięciem i moczem porannym. Zachmurzeni się robią, wściekli, że w ogóle muszą wstać… jakby coś złego było w owej chmurnej poranności. W owej pieszczocie członków powolnością, brakiem rozbłysków, które od razu ranią, śniące jeszcze przecież, oczy…

… oj bo cię lubię ciemności. Jakoś tak mi wygodniej w błękitnej szarzyźnie. Tak jakoś miękcej. Dziwnie czuję się piękniejsza, bardziej wysmuklona, dziwnie czarowna bardziej. I tak o wiele lepiej mi się w tobie śpi…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.