Pan Tealight i Wiedźma Mrożona…

„Zawsze tak było, a jednak miała ową ckliwą, słodką, mataczącą jej pod zwianą z karku na czółko grzywką myśli… że nie, że się uda, że po prostu tak będzie i już, chociaż tym razem. Bo ona tak chce, bo może i moc jakąś ma. Ale nic z tego. Gdy tylko Wiedźma Wrona Pożarta zjawiła się w Jaskiniach Znachorów, od razu się na nią rzuciły. Czekały obeznajomione z okólnikiem wysyłanym przez szpiega w Rejestracji Niezwłok. Jedne pogryzały świeży naskórek, inne wciągały lody łupieżowe, tamte się bąblowały a te, chyba zwyczajnie no lepiej nie pisać…

Bakcyle i wirusy, wszelkiej odmiany i miana wszelkiego katarniki, gorączkowce, wypryskiwacze, swędowce i bolęśniki zgromadzone w różnej mocy… czekały na nią. Od razu wiedziały, że to będzie dobry dzień, tydzień, a może i infekcja? Dziwnie stroniąca od innych żywych ludziów Wiedźma była wprost wymownie wyzywającym celem dla nich. Nietykana, pozbawiona naturalnej odporności, kusiła i nie mogły się oprzeć owej łatwości braków wyzwania! Naskakiwały na dostępne elementy magiczności i wtrążalały się na chama do środeczka. W końcu przecież nikt nie bronił, nikt nie protestował, aż głupio byłoby nie skorzystać z takiej wolności…

Wraz z nowymi mieszkańcami własnej siebie Wiedźma Wrona powróciła do Chatki. A potem, znając ową swą słabość i ograniczenia… a też i radośnie świergoląc do powoli tańczącego w powietrzu śniegu, wylazła na zewnątrz. Okutana na głowie, goła w innych regionach, do których już trzeba paszportu, zestawu szczepień i znajomości języka, jeśli ktoś zainteresowany… mroziła się.

Skóra w zetknięciu z lodowymi grudkami właściwie tylko wzdychała. Zimno, które początkowo może i masochostycznie wzbudzało rozleniwiony uśmiech na poczerwieniałym licu, znikało. Nagle nie było już nic pomiędzy magicznością Wiedźmy a całą ową bielą. Bielą, która mimo swej ubogości objętości, jakoś tak z łatwością znajdowała drogę do jej ścisłego otoczenia. Chciwie wpraszając się do dziwnie znajomego środka, Zima łaczyła się z magicznością. A co za tym idzie… cóż, miejsce musiało się znaleźć, więc lokatorzy proszeni są o opuszczenie tego statku!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Modlitewnik amerykański” – … i nie było już niczego. Nagle myśli o boskości i człowieczeństwie zaczęły drążyć moją zmierzającą ku mniejszym trudnościom mózgownicę. Nagle ponownie otworzyły się we mnie stare rany i rozdary blizny. Strupy odmówiły pozostania na swoich miejscach i bolesne procesy wybudziły się z otchłani nieistnienia, a może raczej zaprzeczenia. Bo jak się dostaje do czytania taki tom jak ten, gdy ktoś go opisuje jako fantastykę, ale ja wiem, że wydane w serii Uczta Wyobraźni książki nigdy nie są TYLKO tym, o czym piszą na okładce… to świat znowu wywraca się i podskakuje na wyższe stany skupienia.

Twarda okładka w rzeczywistości skrywa 3 nowele – opowiadania: „Modlitewnik amerykański”, „Luizjański blues” i „Viator”. Muszę przyznać, że wszystkie są niesamowite. Każda ma głównego bohatera, który czegoś szuka, mężczyznę tajemniczego, gotowego na zmiany, albo by zmienić samemu to, gdzie się nagle znajduje. Tego, który pojawia się w określonych miejscach z jakiegoś, sobie nieznanego powodu. Owego dotykającego boskości… świętego? Z jednej strony to trzy obrazy świata istniejącego, a jednak fantastycznego, choć czy na pewno? Ile fantazji w codzienności, tyle w tym, co tworzymy, co widzimy, co przekształcamy choćby własnym oddechem.

Tom jest niesamowity. Budzi uśpione, drążące nad od zawsze pytania. Człowiek – demiurg, bohater – święty. Budzi uśpione i zadaje nowe… Tak naprawdę nie da się tylko przeczytać, wtłoczyć w siebie obrazów Sheparda. Je trzeba w sobie pokręcić, pozwolić im się zadomowić, a potem znowu wyciągnąć je na zewnątrz. Zadawać je sobie często w różnych momentach dorastania, pozwalając sobie na wyobraźnię. Nie kostniejąc w zamkniętych ramach cywilizacji nam narzuconej.

Być czymś więcej. Widzieć inaczej…

Może być i śnieżnie zasypowo, może być i mroźno nieruszalnie… bo ja mam co jeść. Ha! Odrobina egoizmu sytuacyjnego i próba przywołania zimy z opadem lekko bardziej skrupulatnym w zakrywaniu niezaśnieżonego!!!

Jedną z bardziej zaskakujących rzeczy na Wyspie są uśmiechy. No ludzie tutaj jakoś może i jęczą, jak w innych miejscach, może czasem i od rzeczy, ale się uśmiechają. Nikt w kolejce do lekarza nie jęczy, czy jak stoi z sześcioma bananami do kasy. Jakoś tak spokojnie, bez wrzasków, nawet ten pan, co bardzo trąci rybką… Może i niektórzy gadają do siebie, inni do telefona, ale nikt się nie drze. Pani w kasie tyż radosna niczym strzygieł, skowronek, czy coś genetycznie pomiędzy. Dziwne toto takie dla kogoś wychowanego w innej epoce i innym świecie. Od początku przysposabianego do naturalnej wrogości otoczenia. A tutaj nawet kupa lecąca z niebiesiech na ciebie, to wciąż powód do uśmiechu, nawet jak wdepniesz w nią, większą… na zdrownie!

Trzeba się przestawić. I zacząć znowu oddychać. Od początku tak, nie bojąc się okazać, że żyjesz wciąż. Że cię nie utruli, ubili, umordowali życiem jeszcze okoliczności swego postworzenia. Jakoś tak, od nowa trza się uczyć żyć. Pozwalać sobie na pewne spowolnienie otoczenia, by dostosować swoje własne wewnętrze do tego co poza nim. Co tylko muska skórę, nie pytając, czy wolno…

Jednocześnie od nowa trzeba nauczyć się nie bać świata. Zezwolić sobie na jego macanie, ale też wciąż mieć w sobie ową przezorność. Bo przecież to Wyspa, w sezonie przybywają ci, którzy krzyczą i są bardziej pośpieszni. Nie można jakoś tak całkowicie i do końca pozbyć się cywilizowanej grozy przed naturalnością postępowań, pogodową koniecznością i spaniem, gdy noc nadchodzi. Choć jak chcecie spać w dzień, to nikt wam nie zabroni, a listonosz wali w drzwi co najmniej razy dwa! Umarłego jest w stanie obudzić, ale nie dziwi się jak ktoś w stanie rozkładu mięska, tudzież nietypowo prześwitującej duszowości mu otwiera. Bo listonosz się też uśmiecha…

… człek zaczyna myśleć, że oni tutaj to kochają swoją pracę. Ech! Kolejna rzecz, której cywilizacja mi dotąd znana nie toleruje. Nie żeby o niej nie marudzili czasami, ale każdy jest dumby z tego, co robi, no i zawsze w końcu można zostać kimś innym. Wolność sobie rajcownie i ze zmienną powagą rządzi, albo ino owo zapomniane, a tutaj za bóstwo najwyższe widocznie uznawane… szaleństwo?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Mrożona… została wyłączona

Pan Tealight i Przywołując znachorzenia…

„Zimno opadło Wyspę nagle. Dotychczasowa nadprogramowa wiosenność nagle zwinęła manatki, spakowała tylko co najpotrzebniejsze, zapomniała o szczoteczce do zębów, złapała pierwszy Prom Doniewiadomokądowa, no i się chyba technicznie wyniosła, pozostawiając za sobą rozwinięte pączki na gałązkach, kwiatki, które z niewiadomo jakich powodu wudostały się ponad ową ciepłą, ziemną kołderkę i zasmiast śnić… wyrosły, rozkwitły i wybuchły. Cóż, nic z tego więcej nie będzie, bo nagły chłód ściął w nich soki i zwyczajnie… zmiękły.

Zimno jest i wieje i śnieży. W Białym Domostwie pali się wszystko to, co możliwe, co zdolne do odrodzenia, tudzież osiągnęło odpowiedni poziom samodestrukcji. Wiedźma Wrona Pożarta przywlokła się, bo jej kazali, zakutana w koce i szalik, a jednocześnie gołym dupskiem badając temperaturę powierzchni i żując napotkane zaspy – wciąż jeszcze bardziej ziemne niż zimowe. Ojeblik – mała, ucięta główka – cierpi koszamarnie z powodu zapalenia zatok. Wożą ją w wózeczku drewnianym, szczebelkowym, z drążkiem, z czerwonymi kółeczkami, bo każde turlnięcie powoduje takie spazmy, że w końcu ją zakneblowali bandażami, dla świętego spokoju i coby wiecie, no nie przywołała padlinożerców!

Pan Tealight rozsiadł się niedaleko okna, nie cierpiał, czuł się świetnie, ale i tak zawinął się w ulubiony koc i siorbie herbatkę z kubeczka z kaczuszkami. Cała reszta, pootulana jak się da, skwapliwie i nachalnie korzysta z jakiegokolwiek, dostępnego mniej lub bardziej źródła ciepła. A jedyne dźwięki to drewienek pieśń, gałązek strzelanie, węgielków zgrzyt i kichanie! Cóż, co jak co, ale zalęgnąć się w takim towarzystwie marzy cię każdemu bakteriowi i każdej wirusówce, a już grzybki mają wprost Eldorado tutaj. Sami sobie pomyślcie, takie niezwykłe i zwykłe istotności nieistotne, wprost wymarzony pln na rozległą dysertację dla pożądnej grypy i gruźlicy!

Wiedźma Wrona cierpiała wraz z Ojeblikiem. Jak twarzoczaszkę, lekko już czasem obsuniętą, z owymi dziwnymi oczami, co się wielkie zrobiły, dziwne w kolorze nieopisanym i bursztynami naznaczone… łzawiącymi, z nosem, który zdawał się rosnąć… podejrzewała skrycie, ale i w panicznych rzutach, że jej gałki mają zamiar się z czaszki wyprowadzić i wymówić umowę najmu. Bolało. Piekło, a nawet można było wyczuć, iż coś tam chyba rosło. Wiedziała o co chodzi. Znała ten ból. Bo niewielu wiedziało, że czasem książki opuszczały niektóre miejsca w Wiedźmie. Czasem rezygnowały i odstępowały przestrzeń cokolwiek magiczną, na koszt pewnej subtelnej rozrywki. Amoku przyszłego, hodowli hydrofonicznej… Wybrała się niegdyś z owym problemem Wrona do Znachora. A ten najpierw ją opukał, podusił, głową pokiwał, a potem, szorując przy okazji miękką szmatką zestaw swoich filiżanek w maki i bławatki, ze złoconym rąbkiem i pasującymi talerzykami, odpowiedział, że tak już po prostu jest.

Że chorować trzeba, bo bakcyl też człowiek!

A grzybki potrafią zmienić postrzeganie rzeczywistości. A kto by nie chciał czasem małej odskoczni od codzienności? Może i Wiedźma odskoczni nie potrzebowała, chyba że w nudną zwyczajność, ale przecież i tak nigdy nikt jej nie wierzył…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Skazana” – … smutna. Tak bardzo przerażająco smutna. Tak boleśnie bezsensowna… nie sama powieść, ale treść istnienia bohaterki. Tak niesamowicie, do końca, poza granice czytającego tożsamości… beznadziejna. Dołująca. Okrutnie rozdzierająca nasz sens istnienia. Ale życie też takie bywa, albo może bywało? Poza granicami tego, co jesteśmy w stanie postrzegać jako codzienność? Poza tym, co znamy. Poza ową specyficzną wolnością, byciem samotnym, stanowieniu o sobie… byciu czymś więcej!

Opowieść, po którą sięgnęłam jako po historię sensacyjną, kryminał, okazała się być bardziej przyczynkiem dla antropologii kulturowej, czy etnografii Islandii. To historia kobiety, ale też opis społeczeństwa, którego już nie ma, ale może… co uderzyło mnie ze straszną mocą, znowu się tam znajdziemy? Ku tym zniewolonym, winnym tego, że myślą, a jednak nie są mężczyznami. Ku tym, winnym, gdy zbrodnia nie została jeszcze popełniona. W rzeczywistości to feministyczny krzyk, który mnie podkopał i z radością wrzucił w owe otchłanie depresji, dla której nieważna jest aura poza czterymi ścianami. Opowieść o nieistotności pojedynczego życia, ale też istotności, gdy tylko zetkniemy je z owymi pragnącymi zmian. To historia iskry, która wznieci przyszłe pożary, choć nikt już nie będzie o niej pamiętał… o niepotrzebnym dziecku obdarzonym wspaniałym umysłem, który pragnął być kochanym, ale tak naprawdę owe ostatni dni jej istnienia stały się jej prawdziwym spadkiem dla ludzkości.

Z jednej strony to opowieść o niczym, z drugiej o wszystkim. To historia jakich było wiele w tamtych czasach, tamtym świecie. Przeszłość, na którą spogląda się ze strachem budzącym się w owym śmieciowym, pradawnym DNA. O ludziach, którzy chcieli być kochanymi i o tych, którzy chcieli czegoś więcej…

Nowe książki, by głód jakoś zatkać, by nie cierpieć, by wywąchać i po prostu mocno poszaleć… coś młodszego, coś miłosnego, coś strasznego i znowu strasznie potwornego i fantastycznego!

W powietrzu Wyspy wirują śnieżynki, śnieżynkowie i ogólnie całe te plemiona gwiazdkowych płciowo szalonych niesamowitości… potocznie zwane wodą. Z tą wodą trza przyznać wiele rzeczy można zrobić, ale jakoś wszelkie przejawy zimowatości przekraczają owo definicyjne szalone „wszystko” to, co można sobie wyobrazić. Bo jak już opada na was taka śnieżynka, lub śnieżynek – podobno można rozpoznać płeć gwiazdki po końcówkach i mawiają, że każda z nich ma różną, no i że trochę trudno im się połączyć, ale jakoś to im wychodzi… bo dwóch takich samych nie ma na świecie – to się napatrzyć nie można, chyba że od razu chuchniecie. A takie chuchnięcie może zabić. Doprawdy natychmiastowo i na zawsze… choć też i nie. Bo jak się śniegowy gwiazdek stopi, to zmienia się w kropelkę i potem znowu się odradza…

… więc nie oddychasz. Spoglądasz w owy gwiazdkowo-płatkowy świat i się dziwisz, że takie piękno może być tak niesamowite i tak bardzo maleńkie. Takie rozkosznie delikatne, a jednak przecież z taką łatwością przebywa w miejscach, w których podobno silniejszego człowieka by zabiło.

I wtedy mdlejesz. No bo sorry, ale bez powietrza i bez wody człowiek nie przeżyje. Znaczy bez wody może dłużej… a urynoterapia podobno działa, ale bez wdechu i wydechu no się nie da! W moim przypadku działa nawet kołdra na głowie. Od razu dostaję spazmów. Lepiej, działa nawet sama myśl. No po prostu nie mogę bez oddychania. Bez owych ruchów noskiem, drżących nozdrzy, brzucha falującego, klatki piersiowej mocnej, wznoszącej się i opadającej… ale miało być o śniegu. Tym, co teraz tańczy za oknem i do domu wejść nie chce, choć go się zaprasza, tak na ciepły rosół co uważnie na każdego patrzy bo wiecie, duże oczy ma!

Jakoś tak smutno mi, że owa cała uroda wyłącznie chwilowa, ale z drugiej strony to takie piękne. Szalenie cudowne! Takie niesamowicie magiczne… i wiecie co! Kocham to, że zima i śnieg jest tylko dla wybranych, że tak naprawdę niewiele z nas jest w stanie dojrzeć ową niesamowitość w śnieżkach, śnieżynkach, bałwanach z sopelowymi nosami i w szadzi, pyle diamentowym, szronie i wszelkich dziełach sztuki mroźnie chwilowej. Kruchej i nader wymownie ulotnej…

… jestem tą z niewielu jedynych, co kochają zimę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przywołując znachorzenia… została wyłączona

Pan Tealight i Śnieżka Wywrotowa…

„Przysiadła na piecu.

Wiedźmy z Pieca jej pozwoliły, a nawet podały naładowaną czymś, w co Pan Tealight nie zamierzał wnikać, fajkę. Zaśmierdziało, gdy owo nadzienie we wrzosowym cybuchu się rozgrzało, a potem nadeszła ciężka, dymna i dusząca słodycz lukrecji i anyżku. Ojeblik – mała, ucięta główka – dyskretnie zwymiotowała do kubeczka, w którym wcześniej miała mleko z miodem i masłem. Nikt nic nie powiedział. Nawet Wiedźma Wrona Pożarta, zaproszona, a dokładnie przyciągnięta przez Chochela za kolczyki, wciąż spoglądająca na wszystkich z klątwą na czubku nosa – przez co każdemu coś wyskakiwało na siedzeniu, więc sie wiercili…

… słuchała.

– Nie mam do niej pretensji o jabłko. Rozumiem to. Naprawdę. Każda kobieta przechodzi przez tak wiele etapów w swoim życiu, że lepiej czasem nie wiedzieć, gdy jest się jeszcze przed. Dlatego nie mam jej za złe. Co prawda mieszkanie z gromadą krasnali było koszmarem, te wszystkie skarpety i onuce, ten kibelek! Tylko jedna toaleta! I prysznic na zewnątrz, no kto to widział! W ogóle taka komuna, sami faceci, no wiecie, poczułam się bezpieczna w pewnym sensie, a tu nagle jak nie zaczęli, nocami szczególnie, że niby zimno, że rajstopy je uwierają, że… więc jabłko było wybawieniem. Tak naprawdę ucieszyłam się budząc w tej trumience. Śliczna była. Kryształowa. Wyłożona kamieniami, może i ostre, ale przecież szlachetne do loczka! Czułam się naprawdę królewną. Jedyną, czczoną boginią, najpiękniejszą… I nagle pochyla się nade mną ten czubek! No kto to widział, coby obce zwłoki tak ściskać od pierwszego wejrzenia, cholerny nekromanta! Sami pomyślcie. Jak leżą zwłoki w lesie, a dookoła nich pełno takich osobników o wzroście odmiennym, to kurna wzywasz gliny, CSI, a nie kurde do całowania. Delikwentka już zimna! Może zgnilizną nie wonieje, w końcu królewna do loczka! ale przecież widać od progu, że coś jest nie tak. Odludzie, trup i masa podejrzanych!!! No i ogólnie mówiąc śmierdziało mu z ust, a na policzkach miał róż i cienie do powiek mu wytarł pot… Nie mam nic do metroseksualności, ale czekałam na Gajowego czy Leśniczego, no wiecie, chłopa z jajami, a tu jakiś fircyk podfruwek mi się nadał! Jak tak można? Umowa z wilkiem była, że za czerwoną kieckę – wilk transwestyta, to będzie chłop jak się patrzy,  anie kurna jak malowany! Co się dziwić, że jak tylko się zbliżył – najpierw myślałam, że chce ukraść kamyczek czy coś? Dziwiło mnie, że krasnale nie reagują, ale jak sobie podpiją, kto tam bada te ichnie grzybki na krasnoludkową berbeluszkę? No mniejsza, nie dziwota, że mnie zatchnęło, cofnęło mi się i rzygnęłam…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Niegodziwcy” – … no i mój patriotyzm. Inaczej nie mogę, jak duńskie znaczy dobre. Wiem, dla wielu jest to szaleństwo i idiotyzm, ale u mnie to tak działa. Aczkolwiek przyznaję się czasem do mniejszego lubienia czegoś. Na przykład kawy nie mogę, a i niektórych autorów też nie. Jakoś tak uczulają… ale to rodzeństwo jest świetne. Dowcipne, nie bojące sie prawdy, takie duńskie w odważnym humorze, w tym, że nie ma tego, co „święte”, a na dodatek potrafią pisać. Pisać tak, że pierwiastki płci się równoważą, że zarazem kobiety jak i mężczyźni są sobą. Tak się poruszają, tak mówią, tak działają… I ten zmysł obserwacji. Cudowny. Znajomy, a jednak w jakimś stopniu specyficznie głębszy… Nie żeby powieść nie miała wad, bo miejscami bym sama ją dopracowała, dopytała się o pewne szczegóły, co nieco zmieniła, ale ma duszę i potencjał i obietnicę…

Współczesna Dania to kocioł ludzi, poglądów, rasistowskich wezwań i pięknie politycznej poprawności. Mieszkają tutaj ludzie i ludzie. I to właśnie jest tłem opowieści o zemście. O bólu, cierpieniu dzieciństwa, które ukształtowało, a raczej zniszczyło dorosłość. I owo odwieczne pytanie: czy lepsze marne prawo, prawo, które nie karze a wybacza… czy samosąd? Ile zapłacić winien ten, który odebrał radość istnienia? Czy kara śmierci to wystarczająca zapłata?

Bohaterowie, których serwuje nam rodzeństwo autorów są już ukształtowani, ale też podlegają ciągłym zmianom. Jednym zdać się mogą szokujący z ową swoją wolnością, z drugiej strony drastyczni w pewnych ograniczeniach. Mieszanka kulturowa może zaskoczyć, a sama zbrodnia… cóż, nie do końca okazać się czymś, co moglibyśmy tak definiować. Dlatego warto przeczytać i warto zapisać nazwisko autorów, tak na przyszłość…


Przed moim ogródkiem, za którym biegnie sobie całkiem w nicość droga, a za nim jest pole i wierzby i płot i znowu pole – tudzież łączka/pastwisko – a potem rzeczka i znowu pole i lasek… bynajmniej przy tej drodze i krzakach stoi sobie latarnia. Świeci jako jedyna wcale nie rozganiając mroku. Dalej nie ma nic… a przynajmniej tak się zdaje. Samochód przejeżdża drogą, cóż o zmroku właściwie nic nie jeździ, albo i nie, kot czasem przebiegnie, to i tak go nie widać. No nicość napływa, gdy tylko robi się ciemno. Co dowcipniejsze lampa ma określone godziny pracy. Tak jak jeszcze robotę zaczyna, gdy zmrok zapada, więc trochę ruchomo, tak dokładnie o 24tej zasypia. Światło z niej ulatuje, zmienia się w gromadkę zmęczonych świetlików, co je wzdęło od siedzenia i świecenia, no i wiecie tam gdzieś po dordze, jak lecą w kierunku sanatorium wypoczynkowego dla starych robali… szlag je trafia.

Ciemność do końca rozwala swoje tłuste siedzisko na okolicy i obserwuje. Podgląda tych, co odważają się czymś świecić. A tych, trzeba przyznać, no niewiele. Jakoś tak głupio przeszkadzać tłustej Ciemności. Wstyd i obsuwa by była odebrać jej ów własny, ekscytujący czas mroczności.

Bo na Wyspie jak jest noc, to jest noc. Znaczy ciemno jest. Nie żeby wszyscy spać z kurami chodzili, zwyczajnie kury rzadko widuję i tyle, więc nie wiem… ale tak raczej chyba wcześnie idą spać. W oknach migotają tylko tealighty w przeróżnych świecznikach. Cała reszta światła potulnie usunięta z Ciemności. Naprawdę jest ciemno. Lampy powyłączane, na horyzoncie czasem tylko, no regularnie, miga latarnia morska… czasem coś tam na wodzie skacze, jakieś zagubione światełko. Logicznie myśląc pewno statek, ale mi się coś zdaje, że znowu któraś z Wielkich Syren zgubiła implanty. Takie sobie robią z morskiej pianki… jadowicie świecące.

Mrok niezmącony sprawia, że wszystko jest logiczne. Jakoś tak zwyczajnie. Z jednej strony człek przypomina sobie, iż powinno być straszne, ale jakoś tak… już dawno przestało być. A może nigdy nie było. Kiedyś Wiedźma myślała, że bez świateł nie zaśnie. Bez tramwaja za oknem, bez rozjezdni, bez szosy… a potem się okazało, że tak się jej tylko zdawało. Dlatego już nie myśli. Wyłazi czasem w Ciemność i wtula się w jej miękkie, ciekawskie i gęste ciałko. Bo tak jest dobrze, na nowo podzielić się na światłość i cień, na cienie i promienie. Odnaleźć w sobie inne możliwości.

Pozwolić sobie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Śnieżka Wywrotowa… została wyłączona

Pan Tealight i Przymuszalna Dyskrecja…

„Chodziła ulicami i je upuszczała. Gubiła je świadomie bardziej, lub mniej, niespójnie dziwnie, lub w porządku paranoicznym. A one upadają, stukają o narzucone im powierzchni, przez chwilę unoszą się zadziwione, odbite…

… Pomysły.

Jej ciało produkuje je jak najęte, jakby starało się uzupełnić jakieś sobie tylko znajome braki. Niczym barwne, soczyste czereśnie albo liście… po prostu z niej opadają. W jednej chwili jest i gołą, zimową gałązką, potem już pączkami, kwiatami, listkami i owocami. Strząsa je z siebie, jakby robiła miejsce, niczym owa niechętna potomstwu matka, która jednak upodobała sobie stan wskazujący linii produkcyjnej.

Jednak Pomysły nie chcą pozostać na chodniku, czy trawie. Na ziemi, w którą upadną. Nie zamierzają kiełkować i wzrastać, nie myślą o płodności i zamianie siebie w owocowe drzewa. Nie czekają na deszczyk i słoneczne promienie zdolne rozpęknąć nawet owe najbardziej oporne wzrostowi skorupki. Ale też nie chcą tak po prostu zostać wdeptane, zdeptane, splaszczone i zmienione w nicość. Nie chcą też tańczyć z wiatrem. Nie chcą być same…

… dlatego czepiają się. Czepiają się ludzi, ich płaszczy wzdętych powiewem i szali zbyt długich. Psiej sierści i podeszw, upuszczonych rękawiczek, zwianych kapeluszy i postawionych toreb z zakupami. Kółek wózków i ciągnących się, zmiętoszonych, rozwiązanych sznurówek. Wpełzają w mankiety spodni i wspinając się po nogach po prostu dyskretnie wtapiają się w tło. A potem wdzierają się w ciała i umysły. Większość z nich zostanie strawiona, część brudalnie i obrzydliwie wydalona… lepiej czasem o tym nie myśleć. Ale niektóre wedrą się w czaszki, w miękką ciepłotę szarej i białej masy i zaczną pracować. Poruszać dawno nie odkurzanymi myślami, dmuchać w piszczałki zapomniane, grać na organach… Część oczywiście zostanie niewysłuchana i zaschnie, niczym mumie zamiast szkieletów w szafach, będą się tłuc po mózgownicy nim ktoś ich nie podleje. Co może się wydarzyć na Świętego Nigdego.

Czy któryś zostanie wykorzystany? Cóż, nie oszukujmy się, prawdopodobnie żaden, ale nie można im odebrać nadziei. I nie można też nie oskarżyć jakoś te ich pomysłowej przymuszalnej, ale i dyskrecji wdzierania się w ludzia… choć nie, nie można. W końcu czy mają inne wyjście?

A Wiedźma Wrona Pożarta dalej łazi, a wietrzna pogoda jej sprzyja. Pomysły latają, więc jak coś was swędzi w czółko, walcie śmiało! Są powody, dla których owe Pomysły nie przeradzają się w czyny, nie transformują w działania…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Republika złodziei” – … i pięknie. Wciąż pięknie. Jakoś tak niesamowicie, chronologicznie niespójnie, łobuzersko przez cały czas. Jakbym nagle ponownie została wrzucona w inny świat. Taki, który nie często pachnie różami, gdzie łatwo sobie rozbić kolano i nie tylko, gdzie magia jest dostępna, aczkolwiek nie dla każdego, a cena za nią może zaskoczyć. W świat, w którym żyje Locke Lamora i jego… przyjaciele. Wyposażeni w specyficzne kanony i etykę, która może zaskoczyć. Prawdziwi przyjaciele, jedyne miłości.

Locke umiera… ale jedno nie wyklucza drugiego. Życie to śmierć, a w jego przypadku śmierć to też i życie. Mogłabym powiedzieć jak to się skończy, ale coś mi się wydaje, że się domyślicie. Jednak choć może się wam wydawać, iż wiecie o czym jest ta opowieść, zaskoczy was. Zaskoczy pewną szaleńczą podróżą po chronologii życia naszego bohatera i jego przyjaciół. Ową cudowną, wciągającą opowieścią, słowami, które rodzą w waszych umysłach obrazy i przynoszą zza mglistej zasłony światy… znajome, ale też i zaskakujące, pełne niespodzianek.

Trzeci tom cyklu „Niecni dżentelmeni” nie ustępuje poprzednim. Moim zdaniem jest bardziej dorosły, głęboki, może i trochę bardziej bezpieczny, ale jednak… piękny. W tą historię się wchodzi i obrywa na równi z bohaterami. Kocha się ich i nienawidzi. Walczy się po ich stronie, bo po przeciwnej cóż, nudno by było… nawet jeżeli stają na przeciwko siebie, nawet jeżeli trudno wybrać. To prawdziwe pisanie. Pełne, szalone, tryskające soczystością… Muskające w umyśle owe miejsca, które skrywają najbardziej niesamowite barwy.

Robi się zimno. W powietrzu czuć Mroźność… ale wciąż dziwnie niepewną Mroźność. Delikatną, taką, która w każdym momencie może pęknąć i przemienić się w coś cieplejszego. Ową naturalność, która jednak przerażona współczesną sztucznością swojego niegdyś świata… boi się zrobić to, co powinna. Boi się, że ją odrzucą, choć dobrze wie, że to jej miejsce i jej czas. Ale jednak przekształcone przez technikę twarze ludzi i roślin, kamieni i domów, są dla niej nowymi potworami. Kiedyś bała się Złych Bogów Chuchaczy, a teraz… boi się swojego świata.

Mroźność wciska nos, ale boi się, że go jej przytrzasną. Boi się robić to, z czego słynie, co jest jej naturą, nią. Co cieszy, co jest istotne dla tego świata, ale jednak też przeraża. Bo ten świat nagle naturalność uznał za dziwaczność. Nagle liczą płatki w stokrotkach i dywagują nad tym, dlaczego nie mają ich sto i co zrobić, by każdy żółty łepek miał ich sto i by każdy był taki sam, bo przecież inne mogą poczuć się wtedy gorsze, a to nie jest dobre… chociaż przecież jest, ale kto o tym pamięta? Mroźność pamięta i zatrzymuje drobinki życia na chwilę.

Zamraża je, usypia i kołysze.

Każdy potrzebuje odpoczynku, snu i odrodzenia. Każdy… a jednak współczesny świat zwariował i zmusza wszystkich do bycia w ciągłym alercie stałego wyprostowania, wyprasowania i ogólnej abdykacji od zgniecniuchów, zmarsczek, chronologii i takich tam. No wiecie, młodość rządzi… nic to, że durna i że taka być powinna, nic to, że przecież ma myśleć tak jak myśli, bo młodość ma to do siebie, że na Mroźność jeszcze uwagi nie zwraca, chyba że pod względem seksualnych bałwanów… W końcu jej tam drzemka styknie i może żyć sobie dalej…

… ci po młodości zwracają uwagę na Mroźność i to nie tylko pod względem owych śliskich chodników. Także pod ową pierzynką szukając odpoczynku… no od młodości. Od owej wyprasowanej gładkości i łatwości w zaleczaniu ran. Pieszcząc wspomnienia od czasu do czasu większość jednak nie chce wracać do tamtych czasów. Choć może do prężności cycków owej epoki tak i ud odbijalności promieni słonecznych… i pewno dlatego owa sztuczność tak naciera.

I nie dziwota, że natura się jej boi.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przymuszalna Dyskrecja… została wyłączona

Pan Tealight i Nemon Nemo…

„Był malutki, ale fikuśny.

Tutaj balustradki, kamienne, rzeźbione, tam znowu pochyły dach, z jednej strony obrośnięte ściany bluszczem, niczym mackami nader zazdrosnej o wdzięki swego kochanka kochanki, a tutaj, do strony skalnego odgrodu… goły taki już on dziwnie. Przytulony do znaczonego różowymi i rubinowymi żyłkami granitu. Jakby tak naprawdę owymi trzema ścianami tylko na chwilę wysunął się ze skały. Ot by sprawdzić jaka pogoda, albo kto tam znowu wrzeszczy, albo którego to dziś mamy. Bo chronologicznie też jakiś taki zagubiony. Z tym frywolnie wyciętym parapetem, rynnami znaczonymi runami i rzygaczami zagubionymi wśród liści… Z niespodziankami ukrytymi pomiędzy tym, co niedopowiedziane, oraz oczywistościami, które wcale nie pragnęły rzucać się w czyjekolwiek oczy.

Drewniany szyld nad drzwiami z małym okienkiem dyskretnie zdradzał tajemnicę. „Nemon Nemo – sklep z rzeczami zagubionymi”. Problem w tym, że było go widać wyłącznie pod pewnym kątem, gdy skręcając pochylało się głowę w prawo, lewo, jeżeli szło się z dołu od strony portu i delikatnie przykucało. Potem należało szybko zamrugać oczami, aż załzawiły i obrócić się na prawej pięcie – co wcale nie było łatwe w takiej pozycji… i już! A jednak kobieta, która właśnie się tam zjawiła w pochmurny, zimowy, ale nieśnieżny dzień, wiedziała co zrobić. Pociągnęła też za sznureczek, który dość skutecznie przez kilka minut uciekał jej spod wypielęgnowanych palców zdobionych nadmierną ilością pierścionków i bransoletek, i rozbrzmiał dzwonek. Wstydliwie i cichutko, dziwnie milknąc gdzieś w połowie.

Ale zadziałało.

Drzwi się otworzyły, a ona dostała pracę.

Jednak dość specyficzną!

– Ludzie przychodzą i nie wiedzą, czego tak naprawdę szukają, ale ty będziesz wiedziała. Poza tym mamy tutaj też skup rzeczy znalezionych. Począwszy od szpilek i guzików – te ostatnio rzadkie są – poprzez szczęki sztuczne, szklane oko, co źle widzi i serce – wciąż do użycia… po zaskakująco duże przedmioty. Gdyby zaczęło ryczeć tutaj pod klapką, proszę postukać, wrzucić cukierka z tego słoiczka i zaśpiewać coś… to mamuciątka! Trochę się rozmnożyły. Ale to nic, na pewno ktoś po nie przyjdzie. Poza tym praca jak każda. Towar na półkach i w skrzyniach, ale nie musi pani tam zaglądać, zwykle one same wyłażą, gdy ktoś przychodzi… Rzeczy wiedzą lepiej!

Mężczyzna, który ją przyjął był przerażająco chudy, z wielkimi okularami na dziwnie malutkim nosie i kręconymi, bujnymi, dziwnie wciąż blond włosami… choć zdawał się być mumią. Właściwie wziął ją z zaskoczenia, bo przecież miała tylko dostarczyć przesyłkę. Tylko właściwie jaką przesyłkę? Słuchała w spokoju, który ją samą zaskakiwał. Wiedziała, że powinna coś zrobić, ale nie mogła. I chyba…

… podobało jej się tutaj.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Upadające królestwa” – … a być mogło tyle. Bo cała historia ma jakiś potencjał, gdyby nie była scenariuszem, ot zarysem opowieści, gdzie ona go znielubiła, w kolejnym zdaniu pokochała, a następnym straciła. Czymś, co jest wielkie, epickie i szalone… a jest jak jest. Prosty język, zaskakująco skąpy w opisach, zbyt szybkie parcie do celu, tak bez gry wstępnej, ot choćby piórkiem łachotania…

Z jednej strony spoglądając na język: przygodowe fantasy dla młodszych nastolatków, z drugiej… ekhm, zerkając na pewne sceny, nie do końca przemyślany target. Ot pomieszanie z poplątaniem. Tutaj magiczne ziarna, a tutaj znowu świat na skraju śmierci, jakby nie mogli sobie pomóc. Tutaj bogaci, a tutaj wyzyskiwani biedni, wiadomo jak to się skończy. I magia oczywiście, z jednej strony zagubiona, z drugiej obecna. I niesamowita legenda…

Tutaj moce pradawne, obserwatorzy wydarzeń, a tutaj wszystko to, co powinni zobaczyć, ale nie widzą. I dziecko niespodzianka i siostra nie ta i kochanka dziwna. Dorośli, co nie są dorośli i dzieci, które zwyczajnie jeszcze nie są dorosłe. Wiele tego, ale talentu do opowiedzenia historii zabrakło, a kurcze szkoda. Bo z tego mogłoby by być coś cudownie epickiego… a tak nie ma nic. Żadnego napięcia, żadnego tryskania osobowością z postaci… a tych nagromadzenie spore. Jakby ktoś zostawił puste miejsca, które czytelnik sam ma sobie wypełnić okolicą, uczuciami. W tę powieść zwyczajnie nie można wejść, bo po prostu nie wiesz, gdzie jesteś!

Toczę się drogami dookolnymi i nic ino wciąż te dziury. Tutaj ogrzewanie, tutaj internety, no dawno już tak nas dookolnie nie pokopali. Tutaj nie dojedziesz, tam nie dolecisz, dopłyniesz niby wszędzie, bo woda stoi na polach, a z nieba tyż wciąż coś leci… Widać w domu trza siedzieć i tyle. Nie sprzeciwiam się i zakopuję w książkach i miśkach pod ogrzewaniem. Może i nie jest zimno, ale przejmujące wiatru wianie, te wszelkie odmiany jęków i pisków zdają się wyciągać ze mnie owe dreszcze z czasów oglądanego poprzez oczy szeroko zatrzaśnięte „Egzorcysty”. Jak to jest, że zwykłe powietrzne miotania mają w sobie moce dotarcia do najgłębszych wspomnień… owych kapsułek skrywający najbardziej zapamiętany strach?

A przecież bez wiatru żyć się nie da. Bez owego specyficznego przedmuchania, oczyszczenia, owego cudownego odkrycia tego, co najważniejsze, na nowo… od nowa. Bez tego dotlenienia, dopowietrzenia, aż nie ma w nas nic ponad to, co jest tylko i wyłącznie oczekiwaniem. Bo jak nie wieje, to kicha. Ale jak wieje dzień w dzień też wytrzymać się nie da. A może jednak się da?

Śnieg zniknął, a pogodynka mami mnie wizją mrozu. Potrzebuję go, by w końcu usunąć z siebie wszelkie zarazki hulające w najlepsze po moich zatokach i owych częściach ciała, o których nadzwyczajnie nie chce się nazbyt pamiętać. Bo mróz to cudny jest. Łapie owe wszelkie niechciane i niepotrzebne, mrozi w kryształki, a potem w łeb delikwenta leczonego, za nogi go, no i do góry huśtu huśtu huśtu, potrząsa mocno, wcale nie delikatnie, się nie patyczkuje… no i zwyczajnie wsio z człowieka wylatuje, a wylatując o granitową Wyspę się rozpukuje. I znika. Idzie se w cholery i diaboły i w szlagigotrafił i wszelakie lichatchnienia!

Bez tego oczyszczenia człowiek… znaczy się ja, no nie może egzystować. Przetrwać prażącego lata pełnego turyścizny. No zwyczajnie się nie da. Bez owego obżarcia sopelami, wytrzebienia przeszłości, zeskrobania jej z wnętrza, niczym szronu z szyby samochodu owym trójkącikiem, co to zawsze się kurcze gdzieś gubił… i gdy przejeżdżało się paznokciami, tak fajnie zimno właziło w mięsko palców. A potem wałeczki się z niego robiły i spływały po paznokciach…

Człowiek pamięta takie zimy, gdy mruganie oczami sprawiało ból, a w nosie można było uprawiać sporty zimowe. Gdzież owe zimy teraz?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nemon Nemo… została wyłączona

Pan Tealight i Bóstwo Ugładzone…

„Wiara, to rzecz własna i święta, i od niej wara, zwykli mawiać. A potem najczęściej dorzucali coś prostego. Coś niezbyt wypukłego, a już na pewno nie szpiczastego. Jakieś słowo, w którym zawierało się toczenie i wszelka moc przesadnej, mlecznej i maślanej, oliwnej i gładziutkiej niemowlęco obłości. Nie żeby zmuszali, czy też faszerowali kogoś swoją filozofią, ale po prostu czasem im się zdarzało… no trochę zmienić okoliczności przyrody, w której przebywali…

Bo wierzyli.

Zwali się Sektą Pieszczochów, Wyznawcami Bóstwa Ugładzonego. I tak naprawdę nie byli źli. Ogólnie mówiąc jedli co jedli, pili co pili, tańczyli i sarkazm uznawali, modlili się w ukryciu i nie stawiali świątyń. Ogólnie nie zależało im na władzy, sławie, a nawet i na chudych dupskach. Nie pragnęli wiecznej młodości, wiecznej miłości, wiecznie napiętej twarzy i ogólnie złotych elementów uzębienia. Mieli obojętny stosunek do innych i serio nie chcieli się dzielić mądrością własną. Gdy wchodzili gdzieś mówili: dzień dobry, gdy wychodzili: do widzenia… niezależnie od okoliczności późniejszej stabilności miejsca, które opuszczali… w popłochu. Ale wierzyli. Wierzyli mocno i na zawsze. I choć do końca nie wiadomo skąd się owa ich wiara wzięła, kamień rzeczny mówił, iż była tą… no cóż, najstarszą!!! Nie mieli kapłanów ni sióstr, ni zborów i tac, przykazań ogólnikowych też nie, ani szczegółowych. Właściwie mogli robić co chcieli… tylko że czuli to coś. Owo dziwne niepewne wezwanie. Ten dryg w dłoni, owo mrugnięcie, sprężenie zwrotne nerwów, te drgnięcia i skurcze w brzuchu. Ową moc piętrzącą się gdzieś za nosem, który jest w stanie wybuchnąć kichnięciem zdolnym przeżreć światy równoległe i dotrzeć tam, gdzie nikt inny istnieć nie chce…

… a wierzyli w łagodność. W szlifowanie tego co spiczaste. W to, że góry, spiczaste, wysokie zakończenia szczytów zdolne są rozedrzeć powałę świata i zwyczajnie… nie żeby coś się miało przedrzeć, czy inaczej, wiecie potwory i te sprawy, stare dyrektorki ze szkoły, pani woźna co nigdy nie chciała otworzyć drzwi wcześniej, nawet jak lało, albo dozorczyni z akademika, co chowała klucze, jak się zaspało u… ekhm, znajomego! Nie, oni się nie bali, zwyczajnie uważali, iż byłoby nieporządnie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Przyjaciele po grób” – … lubię ją. Tak zwyczajnie ją lubię. To już trzecia powieść Nele Neuhaus, a ja zaczynam się przyzwyczajać, że i nadkomisarz z arystokratycznym rodowodem i zakochana w zwierzętach pani komisarz są moimi dobrymi sąsiadami. Oj pewno, że często trzeba jej napoić konie, a co do niego, to żonę i dzieci ma niesamowite, a te maniery… Lubię ich. A wy, jeżeli chcecie ich poznać, to zacznijcie od tego tomu, bo z wydanych w Polsce chronologicznie ów najwcześniejszy… przed Śnieżką!

Pia, właściwie wciąż oswaja się z samotnością. W dość dziwny sposób, trzeba przyznać, ale jakoś to idzie… Gdy spotyka przystojnego dyrektora ogrodu zoologicznego, zaczyna podejrzewać, że może jednak powinna dać sobie szansę na związek. Tylko jak to zrobić w obliczu uciętej ręki, a w końcu i innych elelementów anatomicznych miejscowego ekologa? Czy w ogóle wypada? No i przecież on może być mordercą… czyż nie? Jeżeli chodzi o jej szefa, to on ma głowie dorastające dzieci i piękną żonę o zmiennych humorach. To morderstwo naprawdę zdarzyło się w kiepskim dla niego momencie. Ale sprawę trzeba rozwiązać, a co za tym idzie wleźć z butami w tajemnice środowiska niewielkiego miasteczka pełnego korupcji, dziwnych marzeń, tajemnic pokrętnych i kłamstw dobrotliwych. Tutaj rozpuszczone bogate dzieciaki nie mają nadzoru rodzicielskiego i za wcześnie dorośleją, a co za tym idzie, wciąż poszukują wzorców do naśladowania. Niekoniecznie zgodnych z pokrętną wizją ich ukrytą w głowach rodziców.

Zbrodnia, która zdaje się być aż nazbyt szokująca, pociąga za sobą oczywiście kolejne, a co za tym idzie wybudza z szaf coraz to świeższe szkielety. Święci zostają odarci ze skrzydeł i aureolek, a źli… cóż, zmieniają strony. Neuhaus powoli prowadzi nas coraz głębiej owej skomplikowanej społeczności, w pięknych okolicznościach przyrody. Ale nawet jak jesteście pewni kto zabił, cóż… możecie poczuć się zaskoczeni. Bardziej, lub jeszcze bardziej. Bo u niej winnych jest cała masa, ale ten prawdziwy tak naprawdę ujawnia się na samym końcu. Gdy już zdążymy się przwyczaić do fascynujących osobowości bohaterów i zakochamy się w ich małych dziwacznościach.

Chyba przez to, przez owo życie przepełniające stworzone przez nią osobowości, dziwną, „niemorderczą” idylliczność przyrody… zbrodnia zdaje się być jeszcze większym złym. Ale niekoniecznie ta, którą śledzą nasi policjanci.

Ganiam topniejące płatki śniegu z suszarką, co nie grzeje, a mrozi. Bo tak. Bo nie chcę żeby topniał, odchodził, spływał do morza, które już czeka wzburzone, że coś mu tutaj dostawy płatków mrożonych opóźnia. Marnie mi idzie. Upadające na wciąż rozgrzaną, skonfundowaną ziemię śniegowe światy topnieją. Nie są w stanie się utrzymać dłużej niż przez chwilę. Jakby nie były gotowe. Jakby coś się pomieszało tam na górze, a i pewnie tak całkiem na dole… no i nic z tego nie będzie. A może właśnie tak miało być? Takie było przeznaczenie tych płatków, które teraz usilnie skupiają się w większe zmrożone grudki, by tylko odchodzić w gromadzie, by stać się światami podwodnymi? Może na dnie morza znowu będą sobą?

A może to tylko próbka zimowej mocy, bo mrozy dopiero mają nadejść, więc dobrze by było jednak dokupić kilka par grubszych skarpet? I w końcu wyleczyć to przeziębienie, co się tak człeka trzyma, w zatokach urządziło sobie kilka ringów bokserkich, saunę i dwa baseny o wymiarach olimpijskich…


Bo tak naprawdę, to czy wiemy co się dzieje w naszych głowach? Tyle tam pustych przestrzeni do wynajęcia, owych komórek mózgowych, z których nikt nie korzysta… znaczy się wypadałoaby uznać, że to ja, ale cóż tam, nieważne. Można je wynająć. Temu na rower komóreczkę, tamtemu na weki a temu na ziemniaki. Temu na sprawnie działający system destylacyjny, a tamtemu na tajna drukarnię… znaczy nie taką tajną, a i nie taką drukarnię, bo przecież mamy kapitalizm całkowity, ale nikt mu o tym nie powiedział, więc niech sobie żyje w ułudzie.

Wyspa raczej chyba się nie pogniewa, jak owe przestrzenie, w których wiatr hula się usprawni? A może jednak ona już coś wykombinowała? Może tak naprawdę w owej fanatycznej miłości udostępniłam jej siebie na wieczne innym myślom wynajmowanie? Któż to może wiedzieć. Co jak co, ale to miejsce nie jest zwyczajnie dziwnym i niesamowitym miejscem, to jest MIEJSCE, które zdaje się wymagać specjalnej czcionki i własnej definicji w Wikipedii.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóstwo Ugładzone… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmy Obyczaje Poranne…

“Nazbyt przedwczesnym, raptownym wytrysku omamem, byłoby… no nazwanie wybudzenia owej krępej osobowości, tylko zwyczajnym. I choć jakże wielu zdaje się próbować doszukać w jej ruchliwości owego znanego, bezpiecznie im znajomego czegoś, motania, mycia, szemrania i szurania, jęków i kwęków, to jednak… nie w tym momencie. I nie żadnego innego ranka. Tudzież pory innej, ale zbieżnej zawsze z pierwszym dziennym Obudzeniem Wiedźmy Wrony.

Bo wtedy nie tylko coś milkło i coś wybrzmiewało, nie tylko coś się otwierało i zamykało, nie tylko coś zrzucało z siebie ostatnie łuski i piórka, ale przede wszystkim coś, lub ktoś, choć to naprawdę koszmarna wizja… pociągało nosem z przekąsem. Znaczy gluty zjadało pewno, może i smakowe był? Wiecie, niektórzy tak mają, a przyznać Wiedźmie Wronie trzeba, że nie dyskryminowała nikogo poza normalnymi, nadmiernie dorosłymi i tymi, co zwyczajnie byli głupi.

Co do reszty… Wstawała różnymi nogami, lekko zaciągając się małą, czerwoną poduszeczką, którą wyrywali sobie wzajemnie z pewnym brzoskwiniowym misiem. Ogólnie mówiąc najpierw opadała na podłogę, która znowu zaczynała oddychać, cichutko usypiała potwory spod łóżka – bardzo sprasowane… a potem obchodziła dookoła Chatkę. Dokładnie i respektując przestrzenie życiowe wszystkich mieszkańców – chcianych i tych mniej chcianych i tych, których właściwie nie chciała widzieć i oni o tym wiedzieli, oraz tych, których nie chciała widzieć, ale wredni byli i ekshibicjonistycznie nastawieni. Budziła ściany i dach, budziła przestrzeń zwaną Strychem Zakazanych Uciepleń – odkrywając tam jak zwykle coś nowego, ale wciąż jednak nie podejmujac się wizji lokalnej, budziła Udhusowe Zagmatwanie, Ogród Zielony i Szopę i Miejsce Wielu Wiatrów. I oczywiście Łazienkę, w której Bulgot o fluktuującej osobowości zewnętrznej domagał się jak zwykle uwagi.

Siebie nie budziła. Choć budzili ją pewnie inni, albo próbowali. Raczej zasypiała. Może tak naprawdę dopiero teraz zasypiała? Któż to mógł wiedzieć? Bo tak naprawdę obserwowalne były tylko jej zewnętrzne obyczaje poranne. Te muskające wszystkie cudowne Ołtarzyki i poruszające Dźwięczącymi Szureczkami, wyganiała nadmiar duchów i przekładała Knotowe Strażniczki. Lekko poruszała poduszką swojego ukochanego, jedynego Chowańca, dokładnie sprawdzając co mu się śniło, a potem ładując ją nowymi, umiejętnie pokrętnymi wizjami na kolejną noc. Poruszała jego kołdrą i wygładzała wszystkie utrudnienia, usuwała zmagania i zwyczajnie, po prostu starała się ułatwić mu trochę codzienność. Na swój dziwny i pokrętny sposób. Potem brała swoje dziwne, żółte lekarstwo, potem białe, potem jeszcze zestaw tęczowy, a w międzyczasie, który następował gdzieś bliżej początku owej wyliczanki… myła ten owieczkowy jeden kubek, jeden nocny talerzyk i jedną srebrzystą łyżeczkę.

Bo tak po prostu musiała i już!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Głębokie rany” – … ich zaskoczenie. Znaczy pierwsze zaskoczenie jest takie, że powieści tej autorki pojawiają się u nas jakoś tak niezbyt chronologicznie. W tym tomie nadkomisarz von Bodenstein ma już córkę, a w życiu komisarz Kirchhoff jest mężczyzna. Ten niesamowity, który ją rozumie, choć sam też ma niezbyt unormowana życie. Dlatego lepiej poustawiać sobie powieści w chronologicznej kolejności, bo śmiesznie wychodzi. Ale jeżeli planujecie przeczytać tylko tę powieść, nie sięgnąć po „Śnieżka musi umrzeć” czy „Przyjaciele po grób”, to wiecie, nie ma to znaczenia. Jednak ostrzegam, że jakoś nie wydaje mi się, żebyście poprzestali tylko na tym tomie. Bo opowieść jest intrygująca, wciągająca, mroczna, niebezpieczna i pasjonująca. Głównie dlatego, że dzieje się w świecie, którego nikt nie podejrzewałby o takie zbrodnie!

Niewielkie miasteczka, wielkie fortuny, pokręcone pragnienia, zemsta, chciwość, sława i chwała… ale co kryje się pod nią? Jakich czynów dopuścili się ci, którzy obecnie opływają w dostatek? Bo to oni giną. Starsze osoby o specyficznej, powiązanej ze sobą przeszłości, która prowadzi nas do Polski okresu II wojny światowej i Prus Wschodnich. Do tajemnic tak dawnych i tak szokujących, że trudno je sobie wyobrazić… Jednak, czy uda się złapać mordercę nim zginie kolejna osoba?

Nele Neuhaus prowadzi narrację dość specyficznie. Z jednej strony to nadkomisarz zdaje się być głównym bohaterem, z drugiej zachowana zostaje równowaga pomiędzy jego życiem, specyficznym… cóż, darem rodzinnym, a pogmatwaną osobowością Pii. Z jednej obserwujemy ich drogi życiowe, z drugiej otrzymujemy ogromną dawkę wiadomości o owej części Niemiec. Tak naprawdę najbardziej fascynujący dla mnie jest właśnie ów rys psycho-socjologiczny. Nie sama zbrodnia, ale okoliczności jakie skaże swoją obecnością. Owi ludzie jakże arystokracyjni, owe podziały, światy zamknięte na tak niewielkim obszarze. Neuhaus wie jak wciągnąć czytelnika w opowieść i nigdy nie pozostawia go wyłącznie z jednym winnym.

Dla niej zbrodnia to cała makatka wrażeń, postaci i pragnień.

Śnieg pada. Wirują w powietrzu płatki, tańczą ze sobą, ocierając się o siebie ramionami bezmyślnie tworzą nadzwyczaj pokrętne światy. Pełno w nich postaci, które nie znają swojego miejsca na owej dziwnej, własnej ziemi i bohaterów, którym zabrakło celów, smoków, a z dziewicami, to już kompletnie skrewili. Ale cóż, oprzeć się potędze młodości i myśleć o przyszłości… ej, to niezbyt wykonalne! Na śniegowych światach mieszkają same stare księżniczki, oraz magowie, co mają bzika na punkcie krupniku. W herbie niektóre mają cebule, a inni czosnki, jedni wielbią bóstwa z nieznanych, ciepłych otchłani, inni znowu wierzą tylko w wielokrotne zaziębienie.

Płatki nie zdążą nawet dotknąć powierzchni Wyspy. Żaden z nich nie spada w swojej pierwotnej formie, by obielić drogi i zielone, dziwnie pokrętnymi, fałszywymi się teraz zdające, trawniki. Stworzone światy rozbryzgują się jak bańki mydlane natrafiające na zbyt nieforemną powierzchnię. A same płatki… cóż, obmyte wciąż ciepłym oddechem Pani Wyspy, zwyczajnie się rozpuszczają jeszcze w powietrzu. Ale wciąż walczą! Każdy z nich zdaje się przybliżać coraz bliżej i bliżej i bliżej i nawet jeden osiadł na ułamek mrugnięcia oka prawego na zielonej łodyżce… ale zniknął.

Płatek kamikadze, ten od boskiego wiatru zdołał przycupnąć na zatopionej w swych wronich rozmyślaniach, nader czarnej wronie. Trzymał się tam we względnej całości przez okres dwóch pomysłów ptaszka na rozbicie lekko nadgnitego orzecha. Wszystkie oczywiście uwzględniały uczynność Chatki Wiedźmy i ogólny hałas. Jednak gdy wrona, ta nader czarna i wietrznie odporna dotarła do trzeciego pomysłu… płatek zmienił się w kroplę, która powoli spłynęła po piórach grzbietu do ogona, a potem zniknęła wtapiając się w najwyższy płatek kory, w najwyższej części najwyższego drzewa – znaczy się wiecie, najwyższego tylko w tej niższej okolicy.

A jednak mimo owego niskiego procentu przetrwalności, znaczy no równego właściwie prawie zero, ale zawsze lepiej to brzmi… płatki śniegu wciąż wirują, jakby ten, co je tam dziurkuje w górze miał jakiś horror vacui, czy coś. Trzyma ten horror, na pewno w postaci niewielkiego pudla, dobrze przystrzyżonego z kokardką na lewym uszku i odzianego w zabawny płaszczyk z kapturkiem, przy sobie i zwyczajnie jakoś tak, no doprawdy nie może przestać.

Rozumiem go, nadzwyczaj dobrze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmy Obyczaje Poranne… została wyłączona

Pan Tealight i Główek Plemię

„Nikt nie podejrzewał, gdy pojawił się pierwszy z nich, że będzie więcej, że zajmą tyle miejsca, że będą takie ważne w życiu Wiedźmy Wrony. Nikt nawet nie myślał o nich jako o zagrożeniu. Zresztą, przecież są takie malutkie, milutkie, mięciutkie i ogólnie mówiąc całkowicie subtelnie misiowe. Ot wielkie główki na wełnianych, malutkich korpusikach. Główki o specyficznych, określonych, namacalnych wyrazach, w których za nic nie można się dopatrzyć wrogości. A może jednak można było, ale teraz… już jest za późno.

W jakiś dziwny sposób zajęły najlepszą miejscówkę na weselnej, drewnianej skrzyni, tuż przy drzwiach, coby mieć główki na wszystko. Zagarnęły poduszki i wielki szal Wiedźmy, by im było ciepło, najlepsze obrazki, by zabawić ściany i dzwonki, by czasem zwyczajnie zasnąć… Ale w rzeczywistości zawsze któraś z nich czuwała. Podstępnie ukryta, przemyślanym cieniem spowita, dziwnie nieruchoma… ale jakoś tak te plastikowe oczy wodziły za każdym co wchodził i gromkim okrzykiem:

– Goblinek-Goblinek – zmuszały do oddania każdego ciastka i każdej czekoladki, każdego batonika czy cukierka. W końcu myto przy przejściu pobrać należało. I to niezależnie od tego, czy mieszkasz w Chatce Wiedźmy, czy tylko w dziwnym naporze niezwykle kudłatych myśli postanowiłeś zwrócić się do niej o pomoc… albo akcie ostatecznej desperacji, tudzież chorobie psychicznej.

Bo raczej na trzeźwo chyba nie? Chociaż któż tam może wiedzieć, co desperacja robi z jednostką?

Plemię Główek anektowało każdy przejaw słodyczy cukrowej, każdą kremowość, ciastowość, tortowość, każde posypki, polewki, trzęsawki i ogólnie mówiąc wszelakie desery i przegryzki. Jeżeli tylko maczane w czekoladzie, pożerały wszystko. Ogólbnie mówiąc wybredne były, ale trzeba przyznać, że gdy nie było, to żarły co im dano, a gdy było, nie dzieliły się… Nikt nie wiedział jak to wszystko się mieści w takich małych stworzonkach, ale podejrzeń było wiele, głównie wielowymiarowych i zamkniętych w równoległych światach.

Wielu zapyta jaki z takich mieszkańców Wiedźma Wrona miała pożytek… no więc wstyd się przyznać, ale wciąż to tajemnica. Podobno powiązana z Trójkątem Bermudzkim, Atlantydą, wszelkimi kamiennymi portalami, grobowcami, kamieniami, co nocą zmieniają się w smoki i takimi tam.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Procesja śmierci” – … a czasem chciwość. Czasem jednak zwisam nad książką, zatapiam się w sobie i szukam odpowiedzi na dziwne pytanie: skąd Elizabeth George bierze owych bohaterów. Takich okrutnych, bezmyślnych, pozbawionych empatii, chciwych, raniąc wszystkich dookoła, zapatrzonych w siebie, a jednak niemożliwych do określenia jako złych.

Jednocześnie.

Kolejny tom opowieści o inspektorze Lynleyu to znowu opowieść angielska. Zaskakująco rozbita w czasie, przytaczająca odrębne sprawy, które prawie do końca nie odkrywają co je tak naprawdę łączy. Opowieści, w których nacisk położono na przeszłość. Na istotność miejsca, w którym przychodzimy na świat. Na tę prawdę, że wszystko, na co się natkniemy, tak naprawdę ma na nas wpływ. Że wciąż stoimy na rozdrożu i to od nas zależy, którą z dróg wybierzemy. Ofiara to młoda kobieta. Ona, mimo iż przyszła na świat w tzw. dobrym domu, nie potrafi przejść przez życie nie raniąc. Wprost przeciwnie, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie było nikogo by ją tego nauczył… jak postępować, jak być człowiekiem. Jej przyjaciółka próbowała, brat nie wiedział, a mężczyzna, z którym mogła być już na zawsze… cóż miał swoje tajemnice. Tylko kto zabił? Kto skrócił jej życie? A kto tylko przez przypadek znalazł się blisko? Kto zamierzał ją chronić, a kto był aż tak do niej podobny? Kto…

George ponownie stawia nacisk na ofiarę, jej życie, oraz tych, którzy byli blisko niej, ale przywraca też do pracy Lynleya oraz dorzuca nam na dokładkę pewną kobietę. Znowu spalata teraźniejszość z przeszłością, więc mimo kontynuacji, spokojnie można czytać ten tom osobno. Ale uważajcie, przeznaczcie sobie na niego sporo czasu… bo wiele trzeba przemyśleć, nawet gdy już odłożycie powieść.

Bo jakoś po niej nic nie jest takie samo jak było…

Serio? Tak mnie ino poprószyć, potańczyć przez chwilę w powietrzu, ot dotknąć dróg i dachów, musnąć to tego, to owego, maskę brudnego auta, lekko zasolone kamyczki, gałęzie wciąż nie do końca nagie, pod lampami pokręcić gwiazdkowymi zadkami i co… i już niby, że po wszystkiemu? Serio? Gdzie mój śnieg? Kto go uprzątnął z Wyspy powierzchni, gdy spałam. Tak bardzo wrednie, egoistycznie, całkowiecie bezmyślnie poddając się człowieczej biologii i naturze, no przymknęłam oczy zamiast śniegu pilnować i co, i już mi go podpierdolili?

Okrucieństwo okrutne i tyle. Mrozku było ot odrobina, że zaszczypało, lekko kopnęło w nozdrza ostrym widelcem, a potem już z powrotem owo globalne ocieplenie? A przecież czy ja zamówienie składałam na Hawaje, czy co? Północ tutaj, hello! Śniegu, mrozu, sopeli, ogólnej zawieji, zamieci i bałwanów!!! Na to składałam zamówienie i płaciłam z góry, z boku, spod wszelkiego spodu i ogólnie odśrodkowo też! A tutaj co… właściwie człek się zastanawia, czy nie zacząć sadzić drzewek cytrynowych, może i pomarańczki by mu urosły? Kto wie?

Z braku śniegu wszystkim odbija. Nic tak nie robi dobrze na psyche jak niezłe wymrożenie dupska! Zacznę się zastanawiać nad wyciągnięciem kostiumu kąpielowego, choć przy tych wiatrach przeziębić nereczki łatwo. Może jednak należałoby zainwestować w pianki? Ciekawe jak się w tym pływa i czy się człek pod paszkami nadmiernie nie zapaca, wie ktoś może? Z własnej obdukcji paszek?

Bo woda ślicznuchna i czystuchna. Jak po prostu nie wiem co, owe oczy przejrzyste kochającej po raz pierwszy, no dziewicy koniecznie… wiecie w kryształowej trumnie złożonej, krasnoludami obłożonej, tej co czeka na tego księcia, wonieć już zaczyna, a księciunio kurcze w kolejce utknął po nowego Ajfona i aplikacje na starym ktoś mu powyłączał i zapomniał, że pocałować i odbeknąć ma Śnieżkę, że ona tam czeka. Zapomniał co go uczyli, coby się uchylić przed sprawcą zwanym jabłuszkiem, bo jak taka dziewica spluwa to zawsze w oko celuje, z okrucieństwa wrodzonego, co to po defloracji przechodzi dopiero. No taki model, rzadki i raczej już chyba niemożliwy do ocalenia. Gatunek co go całkiem już pokręciło… bo on zapomniał.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Główek Plemię została wyłączona

Pan Tealight i Nagus z Wodospadu…

„Woda spadała z hukiem zmiennym, kapryśnym, zależnym od opadów, topniejących śniegów, wszelkich lodowatości, aniołków bezczelnie sikających z przepływających nad drzewami obłoczków i innych latających, tudzież skaczących, pełzających, czy co tam robiących… no blisko bywających organizów i osobistości. A jednak była zaskakująco czysta. Krystalicznie – choć nie do końca pojmuję ową krystaliczność, bo trafiają mi się ino mętne kryształy. Jakoś tak wychodzi, że wpadają mi w ręce przecząc definicjom, a może jako wyjątki je potwierdzając?

Jemu to nie przeszkadzało. Przechodzący, przedzierający się przez krzaki, obijający o kamienie dupę Turysta też nie miał na niego wpływu… wielkiego. Ot najczęściej źle kończył, ale cóś on miał na to poradzić. Wystawiał ostrzeżenia, nie jego wina, w utopskim ludzie nie czytają. Brak wykształcenia w końcu nie tłumaczy. A Nagus Utopiec był erudytą, pokrętnym, znającym wszelkie języki, posiadającym największą bibliotekę wyrytą w tunelu pod mostem, oraz… no był utopcem. Utopcem, który jednak nie pamiętał utopienia, to dlatego szukał wiadomości o sobie wszędzie. Jakkolwiek się dało, nawet jeżeli wymagało to kilku niewolników przetrzymywanych w zakolu rzeki. Wszystko zgodnie z zasadami!

Aczkolwiek tymi sprzed wielu wieków… a co.

Utopiec nie pamiętał co się z nim stało. Właściwie nie pamiętał nawet kim był przed ową wilgotną własną bytnością. Wiedział jednak, miał w sobie owo poczucie, że było coś przed tym życiem. Coś innego, dziwnego, zajmującego. Może i mniej baśniowego, choć czymże jest baśniowość dla utopca? Nie pamiętał gdzie i kto go zabił, w końcu jego rzeka była płytka i choć wiedział, że i w łyżeczce wody się da, to jednak nie podejrzewał się o samobójcze umiejętności… kto wciąż prawdopodobnie żwawe ciało wrzucił do jakiegoś cieku i w jaki sposób owo UTOPCOWE COŚ, bóstwo czy inna cholera, sprawiło, że zamieszkał tutaj.

Nie żeby narzekał, bo miejscówa była niesamowita! Rzeka co prawda płytka, kamienista, bardziej ciurkająca niż pływająca, ale dla niego rozmiar doskonały. Do tego masa kryjówek, kilka domków gościnnych, z których stworzył niewielki hotel B&B, oraz jego własny granitowy pałac z tarasem. I dodatkowo domek na drzewie, gdy miał ochotę na suszenie, marszczenie i ogólny pilling słoneczny. Bo w końcu trzeba o siebie dbać. Gdy pływ był mocny, spokojnie docierał do morza, w którym błotko cudownie wpływało na jego umęczone czytaniem spojówki. No i jeszcze ona… niesamowita, niedościgniona, cudownie nagle mu podarowana od Wszechświata, albo czegoś mniej podejrzliwego, ONA. Wciąż jeszcze nieśmiała, wciąż nieodgadniona…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Czerwień grzechu” – … i moje pierwsze spotkanie. Autorka nowa, przynajmniej dla mnie, specyficzna. Dziwnie bliżej jej do powieści obyczajowej niż do kryminału, a jednak… wciąga. Małe, intrygujące miasteczko, wybrzeże Kornwalii. Ludzie, którzy starają się bardziej schować, niż pozostawać na widoku. Nie spragnieni poklasku, skrywający wielorakie grzechy, ale też specyficzni, osobliwi, grzeszni. To tutaj dociera nadinspektor Lynley w swojej specyficznej, oczyszczającej pielgrzymce. Po śmierci żony i nienarodzonego dziecka nie chce już być elementem Scotland Yardu. Pragnie tylko spokoju, jakiejś dziwnej pokuty za to co się stało, a czemu przecież nie zawinił. Jednak trup na drodze skutecznie, przynajmniej na chwilę odsuwają jego myśli od koszmaru. Nie pragnie rozwiązać tej sprawy, ale jakoś zaplątuje się w tę historię. W życie miasteczka, owe dziwne, ukryte, zadawnione, ale wciąż ropiejące rany…

… kto pragnął śmierci młodego chłopaka? Jak wiele dziwacznych zachowań można odkryć w takim miejscu? Ilu tak naprawdę mieszka tutaj tylko po to, by uciec od przeszłości, a może i teraźniejszości?

Jak pisałam powieść bardziej obyczajowa. Specyficzna. Natłok bojaterów, dziwna ważność każdej z historii, specyficzne nie wysuwanie Lynleya na pierwszy plan… wszystko to sprawia, że trzeba się do Elizabeth George przyzwyczaić. A i do tego, że to 15 tom cyklu – jeżeli dobrze liczę. Jednak spokojnie możecie sięgnąć po tę powieść nie znając poprzednich, gdyż łatwość gawędziarska autorki wplata przeszłość w teraźniejszość z zaskakującą sprawnością. No i te postacie, owi bohaterowie kryjący w sobie i piękno i brzydotę, zło i dobro, chorzy i zdrowi, przepełnieni nienawiścią i ci, którzy tylko pragną przeżyć. Czy w ogóle jest tutaj ktoś bez winy, czy jest tutaj ktoś, kto tak naprawdę jest szczęśliwy? A może tak naprawdę Lynley w końcu dotarł do swojego czyśćca? Może znajdują się tutaj tylko ci… zranieni i raniący?

Naprawdę, mimo owej niepełnej kryminalności powieść kapitalna!

Wypełzam zza ścian i macam światło. Po wielu dniach dziwnie gromko wietrznej i szarej pogody, po owych przepełnionych gęstością pomroczności godzinach… łapię słoneczne godziny. Najlepiej najpierw zaryzykować bieg za słońcem. Chowa się, ale można je złapać. A jak się złapie, to trzeba się go trzymać, więc najpierw lecę na zachód, dziwne to, ale właśnie tam jest słońce, jakby moja wschodnio-północna część Wyspy nie była jeszcze do końca dobudzona? Biegnę i łapię się promieni. Parzą tak dziwnie, na zimno, jakby ktoś zamroził owe złote, bielejące miejscami promyczki, które łapią się każdego załamania przy ziemi by obudzić migotania…

… a migotania są piękne. Gdyby nie rozmokła ziemia, która z chęcią pożre moje dopier co doczyszczone buty, położyłabym się i patrzyła. Zresztą i tak wieje, więc na co mi stanie. W tym stanie stanie się nie opłaca. Jest całkowicie nieprzydatne… człek i tak w końcu popchnięty podmuchem gdzieś poleci, więc garbię się i pełzam między pniami. Śliczne są, srebrzyste…

A te znowu jak żółwia skorupa, połamane, ale trzymające się drzewa. Poznaczone, niczym ranami, owymi szparami, z których cieknie gęsta, ciężka, poddana grawitacji żywica. Pachną tak, że przypominają mi się kąpiele wieki temu, gdy to można było wyłącznie w sobotę, a i sole były drapiące, ale przynoszące ze sobą dziwną prawdziwość niedostępnego otoczenia… Owe ciepłości specyficznie bezpieczne, które cokolwiek by robić, już nie powrócą. Bo wiesz i widziałeś zbyt wiele. Za dużo przeżyłeś, by do końca oddać się baśniowej naiwności…

… a może jednak nie? Może w moich lepiących się palcach jest nadal ta naiwność? To ona podnosi ze mną połamane iglaste gałązki, ona brudzi mnie błotem i uśmiecha się do znikających promieni. Będę je gonić teraz na wschód, gdzie rozbłysną ogniem, ale najpierw kropla żywicy na ułamku kory. Niczym specyficzny, najbardziej aromatyczny miód na najwspanialszym bochenku chleba. Teraz mogę biec. Tylko podziękuję… bo zawsze dziękuję. Za wszystko.

Wyspie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nagus z Wodospadu… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma beza…

„Szesnaście lat temu Wiedźma Wrona Pożarta, jeszcze może nie do końca zadeklarowana, ale już tak przelewająca się wątpliwościami, że bardziej niż pewna, iż o to w jej życiu chodzi, a nie o coś innego, coś całkiem konfundującego jej wrodzone zmysły, czy jakby tam ująć szaleństwo… wpatrywała się w ogromną białą bezę. Tylko, że owa beza nie była słodka, a na dupie miała trzy białe różyczki. Ich przeznaczenia w rzeczywistości nigdy nie poznała… ot były i tyle, w końcu miała tam być wielka kokarda, czyż nie lepiej te cholerne różyczki? I o co chodzi z tymi rękawkami… Miały być długie rozszerzane wokół nadgarstków, a są jakieś niewymiarowe, w łokciach szalejące koronką… Ech zresztą, czy to ważne? Ważne, że się Wiedźma w to mieści i ważne, że serio wie w co się ma jutro ubrać, że myśleć nie musi.

Pana Tealighta wtedy z nią nie było i nawet jego całkowita siwa osobowość nie była pewna, choć coś tam przeczuwała niczym mrowienie pod pachami, a nic nie piło… znaczy pili jak zwykle, ale pachy były suche! Więc w ucho jej zaglądał. Prawe. To, co ma dwie jaskółki na sobie, trzy kwiatki, dwie gwiazdki, rybcię i rybcię i jeszcze kuleczki i serduszka i w ogóle jest zajęte, a na dodatek nie chce Wiedźmy Wrony ostatnio uparcie słuchać! Wredność straszna zewnętrza no!!! Choć może to owo wewnętrzne nabroiło? Nie wiedzieli, więc uzbrojony w rakietnicę minimalnych rozmiarów i miotacz ognia dla zmotoryzowanych myszy laboratoryjnych – tych co się chciały zemścić, ale wypiły ten eliksir zamaist Alicji i zostały w norce z Czerwoną Królową – no więc sprzedawały je za bezcen, więc czemu nie. A wiadomo co za miodek w takim uchu siedzi? Z wirusem i bakcylem w seksualnym trójkącie?

No i tak patrzył i patrzył i patrzył i dopiero po niewczasie zrozumiał co zatyka prawe ucho. A były to wspomnienia. Dziwne takie, co się obsunęły z miejsca wiecznego odosobnienia – wygodna kawalerka, bardziej typ studio z obszernym aneksem kuchennym i świetną łazienką z jacuzzi! Się obsunęły i terkocząc domagają się ujścia, jak co roku…

Przypominają o tym jak siedziała i patrzyła na ową bezę. Nie do końca rozumiejąc dlaczego w cholerę się to tak świeci i o co chodzi z ową księżniczką. Oj tak, bo Wiedźma Wrona miała tajemnicę… o tym, że kiedyś bardzo chciała byc księżniczką, albo coś w ten deseń, albo co najmniej kurna lejdi hrabiną! Z tytułem i całym ambarasem. No choć raz no. Oczywiście zbuntowaną i w ogóle, ale empirycznie doświadczającą bezy na sobie… bez trenu ale z welonem!

Jednak róż na zadku nie przewidziała, ani tego, że sztuczne stokrotki na ubogiej w pióra czaszce będą kuły i robiły z pszczelej ochrony stojący niby u popa kaszkiecik całkiem neiforemny… ani tego że ryż przyniosą jej taki w torebeczkach plastikowych i przyfanzolą. Ani wielu innych rzeczy i spraw.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Jezioro krwi i łez” – … i zmieniasz świat. Dla ukochanej, by być razem, by naprawdę żyć… Dlatego on dla niej przeprowadza się znowu do miasta. Tęskni, nie czuje się tutaj dobrze, ale wyrzuty sumienia, że jej wtedy nie posłuchał, że ich życie mogło być inne wystarczą. Ponownie zaczyna mimo swoich zasług, od samego dołu. Nielubiany, nie obdarzony żadną estymą Kari Vaara dla Kate, ponownie w ciąży, przerażonej ciemnością krańca świata znowu zamieszkuje w mieści. Czuje się tutaj źle. Poprzednie wydarzenia pozostawiły blizny nie tylko na jego ciele… a na dodatek musi się zająć sprawą staruszka oskarżonego o zbrodnie wojenne.

Tylko czy mamy prawo oceniać przeszłość? Tak naprawdę mordować bohaterów? My, którzy nie jesteśmy w stanie nawet ich zrozumieć?

Vaara powraca do koszmaru II wojny światowej. Rozgrzebywane sprawy sprawiają, że jedyne ukochane przez niego postacie z dzieciństwa tracą jego uczucia, mordują wspomnienia. Dodatkowo upiorny ból głowy, strach o nienarodzone dziecko… W tej części tego wszystkiego jest tak wiele, że można się zagubić; jest i rodzina Kate, nie ułatwiająca sprawy, nowe problemy, marzenie, któe się nie spełniło… a jednak jakoś to w tej opowieści działa. Intryguje przeszłość dla wielu nieznana, prostota przekazu, poboczny nadzwyczaj mord, właściwie nie do rozwiązania. Finlandia wielkomiejska zaskakuje… ale jednak ta część już tak nie wciąga jak „Anioły śniegu”. Mimo wszystko i ją pożarłam w kilka chwil, mimo koszmarnych literówek. Bo jakoś dziwne jest, iż tak odmienne człowieczeństwo, owo pozbawione płciowości, pełne wolności seksualnej i wódki… cóż, ci co mają problem z genderem może powinni przejrzeć światy, w których pewne zmiany już zaszły. Może na podstawie psychologicznej jazdy, rozliczeń z przeszłością?

Kari mnie ujmuje. Ową próbą bycia i sobą i kimś innym, bo kocha. Ową wieczną walką… jest intrygujący, ciekawe jaki będzie trzeci tom?

Czasem się zastanawiam jak bardzo życie na Wyspie jest dla tak zwanej reszty świata… niesamowite. Dziwne nawet, a może i pokrętne? Bo przecież dla mnie to owa normalność. Taka racja. Nie widzę w samotności czegoś, przed czym trzeba uciekać, rozróżniam wiatry podług tabelki psychiczności i wpływów na zajoba, a słonowatość morza sprawdzam regularnie. Jak się da. Dokarmiam kurhany, no wiecie coby rosły sobie! A i trolle, nie tylko te pod mostem. Nisseny u nas zrzucają brody jak pakują się do domów, a każdy kto włazi ściąga buty… taki monter to przychodzi z własnymi kapciami do spacerów dookoła cieknącej rury!

Czy to jest dziwne? To na przykład, że mamy buły na każde święto? A może to, że u nas wrony przechodzą po pasach, zamiast przelecieć drogę? A może światła na horyzoncie, gdy statki chowają się przed sztormem. Bo mimo iż umieją pływać, to wiadomo, no wolą nie… A może to, że nie chcę stąd wyjeżdżać? Nie kręci mnie wyprawa w dalekie strony, a sponsorowana wycieczka na Hawaje spowodowałaby u mnie napad takigo panicangsta, że darczyńca by się zryczał…

Cóż może być dziwnego w życiu na Wyspie? Małe domki? No ale przecież wiadomo, wiatr wieje, ogrzać trzeba i jednak starać się nie odfrunąć? A może to, że w końcu przetrwa tutaj tylko ten, którego serce w stukocie zgra się z ogromnym, namiętnym sercem samej Pani Wyspy? Że niby jest w tym fanatyzm? Oj pewno, że jest. Nikt nie chce z nią zadzierać przecież, zresztą jak tutaj jej nie kochać? No jak? Daje takie fajne kamyczki no i w ogóle, w tej swej naturze jest perfekcjonistką! Coś z niczego zrobić, to chyba jej hobby oraz podstawowe motto!!!

Więc cóż w życiu na Wyspie jest innego? To, że nie ma wielkich supermarketów? A na kiełba we łbie one? Że drogi są przejezdne, korków brak? Albo może to, że sezon wymusza aktywność, a po sezonie cudowna senność oplata niczym misterna pajęczynka? Nie wiem, ja chyba nigdy nie widziałam owej inności…

… inna taka jestem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma beza… została wyłączona