Pan Tealight i Wielka Erekcja…

„Oj oczywiście, że trzeba było się napracować, by tak stał. Nic, co dobre i rajcujące, niesamowite i wnoszące uśmiech do dnia i nocy, nic takiego nie zdarza się ot tak zwyczajnie. Ot ups siup i już. Trzeba włożyć w to pracę, a często i użyć więcej niż zaledwie jednej dłoni… Najpierw oczywiście znajdujemy odpowiedni materiał, potem lekko go ku sobie skłaniamy, no i nawilżamy, bo co jak co, ale nawilżać trzeba, szczególnie, jeśli chce się erekcję utrzymać na dłużej. Można też pomalować, wiecie użyć farbek, mas, albo innych, zabawnych, miło pachnących mikstur. Może i coś słodkiego, trochę miodu, może i bitej masy… eee może i wszlekiej innej cudowności, co sprawi, że będzie się po nim zjeżdżać dobrze, że będzie się trzymał dłużej, stał i cieszył… i doczepić wstążeczki, ale się łatwo rwące, albo jadalne!

Czas Wielkiej Erekcji wnosił do Białego Domostwa wiele oczekiwania, szeptów w ciemnościach, garść drżeń, szczególnie u podstaw i pośród wszelkich fundamentów, ale przede wszystkim słodkie zapachy. Bo przecież z tej okazji trzeba było coś upiec, upichcić, no i dogotować. Złapane i zebrane cuda już czekały, całkiem niemartwe, by oddać swoje soki światu… wiecie, zbliżała się Noc Dynii, więc… każdy chciał się zabawić, a z względnej wysokości o wiele łatwiej wdzierało się do Świata Za Welonem. Dlatego postanowili ustawić pieniek, albo drabinkę, albo może i wieżę? Babela Niestosownego. Ale jeden mały pieniek, czy drabinka, to za mało dla takiej społeczności, dlatego wybrali pal, wbili go, ozdobili i obdarzyli niespodziankami na szczycie, a potem utrudnili do nich dotarcie. Dla zabawy, ale i ku przypomnieniu, że wszelaka trudność w życiu, może być obalona kilkoma ruchami siekiery, tudzież piły łańcuchowej… lub zwyczajnej, wkurzonej Wiedźmy Wrony Pożartej.

Bo widzicie, zabawa to jedno, światy i pranie firanek z roztwierającego się między paździenrikiem a listopadem okna, to zwykła robota…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5747

Z cyklu przeczytane: „Wiedźma” – … bo z wampirem fajnie jest!!! I każdy chciałby mieć jednego za chłopaka i to takiego, wiecie, niezbyt połyskliwego! Blondasa co prawda, ale zadziornego i całkiem, niekrólewskiego. Bo widzicie, to jest opowieść o wiedźmie i wamirze. Ona ma lat 18, on raczej więcej, bliżej setki, ale tak na ludzkie oko około 20. Dogadują się… całkiem dobrze, mimo wszelkich różnic. Tylko… co z tego będzie? Co się wydarzy, co pokręci ich ścieżki.

Oto opowieść lekko studencka, podobna do książek Aleksandry Rudej. Wiadomo, zza wschodniej granicy. Komiczna, dowcipna, lekko łobuzerska i przepełniona folklorem. Ponownie szkoła, nauczyciele, młodzi wredni i młodzi gotowi na wszystko i starzy, którzy już to przeżyli. Olga Gromyko nie przebiera… bierze wszystko, miesza, przyprawia i rozrzuca po nieboskłonie swej krainy. Z jednej strony tylko nas rozśmiesza, z drugiej, jakoś tak z nostalgią pozwala kroczyć po pylistych drogach… Jeżeli przeraża Was młodziutki wiek bohaterki, bez bólu, to nie idiotka zapatrzona w ukochanego, ni tam podlotek z wciąż dojrzewającym mózgiem. W.Redna jest już doskonała i ukształtowana!!! Nadmiernie dorosła miejscami, choć i psotna!!!

Pięć tomów – a właściwie trzy – serwuje doskonałą rozrywkę. Naprawdę, bo tutaj nic nie jest takie, jak wam wcześniej wmawiano. Nic nie jest wyłącznie jednotorową definicją, nic nie jest pewne. Czy to wałach, czy klacz, krasnolud, elf, czy też zwykły porąbany mag, niczgo nie możecie być pewni, a na dodatek z każdym tomem autorka się rozwija i pozwala sobie na… jeszcze więcej. Naprawdę autorzy zza wschodniej granicy to moje subtelne odkrycie ostatnich lat… szkoda, że traktuje się ich tutaj trochę po macoszemu. Naprawdę szkoda, bo mądra rozrywka, to coś więcej, niż śmiechowa głupawka.

IMG_7371

Wieje…

Wieje tak bardzo, że jakoś tak zwyczajnie przygniatasz się do ziemi, do podłogi, do łóżka i nie chcesz wstać, a jednocześnie wyzierające zza chmur słonko mruga i krzywiąc się na tą twoją złośliwą leniwość, wygania cię do roboty. No cóż, pomimo oślepiających cudów przyrody, trza też odwalić robotę. Wiecie, ową co prawda wciąż mieszczącą się w przyrodzie, ale jednak… robotę. A możnaby się zwyczajnie uwalić na wciąż zielonej trawie, przy polu, które nieźle kiełkuje radosną świeżością i dać się porwać wietrzności. Dać się przetrzepać i przewiać, przelecieć nawet nad skałami i szczytami drzew, nad domami i polami, nad kukurydzą, która w tym roku dziwnie niska, pewno przez brak deszczu i nad gołością tych miejsc, które odpoczywają. Nad ową sympatyczną cichością, ale i nad wzburzeniem morza. Nad chmurami i pod nimi, pomiędzy kolorami i w szarościach. Gdyby tak kurcze można było tylko leżeć i gapić się w niebo. Gapić na owe cudowności chmurzane, z których każda wygląda dość… sprośnie. A może tylko cieszy się na nasz widok? I na te słonie i smoki, na dziwnie, tańczące robale i wszelkie niebiańskie krajobrazy. I na te gałęzie, tak łatwo się poddające i dzieki temu trwające wciąż, ale i na kamienie, których nic nie ruszy, no przynajmniej do czasu. Do czasu, gdy wiatry skumają się z wodami i znowu przemodelują Wyspę.

Widzicie, co roku Wyspa się zmienia mocniej i bardziej, i wiatr wraz z wodą jest temu winny. A może nie do końca winny, może zwyczajnie artystyczny? A może po prostu w ten sposób Wyspa uczy swoich ludzi, że zmiany są wkurzające, ale przydatne? Kto ją tam wie, skryta jest w tym temacie, ale przyznać należy, że wybrzeże zmienia się wciąż i wciąż i wciąż. Tutaj łacha piachu, która zaraz zniknie, tutaj nagle wyższe stały się stare kamienie, a niektóre coś przykryło. A tam… patrzcie jak te drzewa urosły? No kiedy to było, tosz niedawno człowiek je oglądał a one co? już takie dorosłe? Nie dość, że po szkołach, to już zamężne i dzieciate?

Wieje… a gdy wieje, to umysłowość tubylców mocno szaleje. Nagle w głowie pojawiają się dziwne wspomnienia, nagle coś nas pcha w miejsca, w których dawno nie byliśmy, w te, o których istnieniu zapomnieliśmy, a może tylko coś w nas owych odwiedzin nie potrzebowało? Nie tylko wybrzeże się przemeblowywuje, ale i sami mieszkańcy. Odkurzają się stare pomysły, powracają marzenia, te niespełnione, domagając się zwyczajnie ponownego wzięcia ich pod rozwagę. Bo wiecie, w przyrodzie nic nie ginie. Zwyczajnie… nie można wciąż myśleć o wszystkim.

No nie da się!!!

IMG_5680

Ciemność.

Przez jakiś czas lampy na zewnątrz, oświetlające i ścieżki i drogi, działały i w nocy. Pewno dla Turyścizny niezwyczajnej normalnej, swojskiej ciemności, ale teraz, po sezonie, z wybiciem północy wszystko gaśnie. Zwyczajnie. Tylko w niektórych oknach dogorywają po północy nieliczne świeczki. Jest ciemno. I to oczywiście, wiecie, taka natura jesienna, ciemno robi się wcześniej… a gdy jeszcze wieje, ech, od razu człowiek wie, że może się uwalić i olać robotę. Dostaje przyzwolenie, dudniące falami powiewów pod czachą, na olewanie, lenienie się i chrapanie. Na kocyk i grube skarpety, na niewychylanie nosa z domu i po prostu… spanie. A powiem Wam, że o tej porze roku sny na Wyspie są niesamowite! Długometrażowe, wybitne i kolorowe – tak, wiem że naukowcy nie uznają kolorowych, ale co oni tam wiedzą, może nigdy naprawdę nie śnili? Sny sensacyjne, albo iluzoryczne, nadmiernie prawdziwe, ale nie koszmarowe. Może i thrillerowe, może i trochę kryminał liżący horror, ale… cudne! Piękne i symboliczne. Pragnące wyjaśnić wszelkie tajemnice i przypomnieć najskrytsze, przywalone kurzem, pragnienia. Nie dziwota, że na ulicach niewiele ludzi. Od czasu do czasu – raz w tą i raz w drugą – przebiegnie sobie ktoś na horyzoncie, ktoś inny wyprowadzi psa na siku i tak się toczy życie na Wyspie. Spokojnie…

Ale wiecie, wcale nie nudnie!!! W jakiś dziwny sposób, tutaj nigdy nie jest nudno. Zawsze można coś robić, więc… cechuje Wyspę nadproduktliwość. Nadsprzątanie, nadpucowanie i nadartystyczne się produkowanie. Jeszcze nie widziałam ludzi siedzących ot tak, jeśli już, to tylko Turyściznę. Siedzą czasem, jedzą obiad, a potem ruszają dalej. Nawet jeśli wybierają się w tak zwaną głuszę z koszyczkiem piknikowym, nie bojąc się misia, całkiem mile dla oka odziani, rozsiadają się i konsumują, a potem z powrotem do pracy. Takie to wszystko eleganckie, takie ponadczasowe. Zresztą większość z nich porusza się samochodami, które modne były w zeszłym wieku, więc… gdyby tak przymknąć oczy i spojrzeć od środka… możnaby uwierzyć, że czas biegnie do tyłu poza sezonem. I to całkiem szybko biegnie.

IMG_0194

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.