„Właściwie, to Smok z Komina był dla Białego Domostwa skarbem nad skarbami. Cudem właściwie. Nie potrzebowali dzięki niemu ogrzewania, ni klimy latem, nie martwili się o bezpieczeństwo okolicy, bo kto by zadzierał z zaskakująco gigantycznym łbem wyzierającym z maleńkiego, białego komina? Nie myśleli o koksie, węglu, wszelkich drewnorąbaniach, ni o kozach… mieli kominek i mały piecyk, ale w końcu nikt nie rozpalał ognia wiedźmami…
Ale ten dzień powitał wszystkich siąpiącą nosem Wiedźmą Wroną i dziwnym chłodem. Coś było nie tak i tylko dziwnie zatkana zatokowo Wiedźma była w stanie coś z tym zrobić. Chyba? A może po prostu jakoś tak tylko ona była na tyle szalona, by wsadzić łeb w niewielką dziurę kominowego wywietrznika? Bynajmniej gdy tylko to zrobiła buchnął z niego dziwny, siarczany zapaszek, a potem część Wiedźmy, ta, która pozostała poza kominem dziwnie zadrgała. Usłyszeli jęczenie, jakieś takie wzdychające, nietypowo wzruszające dla niej dźwięki, nagle Chochel w gaciach Chowańca, tych szarych, słodkich, wiecie, tych zdobionych w Ciasteczkowego Potwora podskoczył i zaczął coś notować w notatniku, który trzymał… ee, no tam.
A potem…
… świat się zaskoczył. A Pani Wyspy z wrażenia dostała aż czkawki.
Bo Wiedźma Wrona Pożarta wyciągneła z komina nie tylko własną głowę, nie tylko dziwnie nastroszoną czuprynkę i wszelakie zamazani twarzy, ale i wielkie, srebrzysto-białe, ćapane niebieskimi plamkami… jajko. I nagle wszystko, co tworzyło podwaliny tego świata, czyli męska płeć Smoka z Komina, zawirowały, zawahały się, zatupały i rażone myślami nieczystymi upadły na glebę.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Potworaki usypiaki” – … i dzieci. Dorośli, czyli byłem dzieckiem i mało pamiętam i dzieci… w których pamięć to sprawa trochę odmienna. Książki potrafią sprawić, że się lepiej dogadujemy, czyż nie?
Oto jedna z nowszych pozycji autorstwa mamy i córki. Opowieść o kilkuletniej Jadzi i jej przyjacielu ze specyficznej krainy. Z tej samej, gdzie pewno giną skarpetki i wiecie, my dorośli wcale tam nie zaglądamy, aczkolwiek… kto z Was wciąż odczuwa strach przed wysunięciem stopy spod kołdry… gdy one się tam czają?
Potwory?
Cóż, Jadzia jest od nas mądrzejsza i z potworami się zaprzyjaźnia, a dokładniej obłaskawia codzienność… Dzięki swojemu przyjacielowi nie tylko pokonuje strach, udowadnia, że jst mądrą i miłą dziewczynką, ale przede wszystkim uczy się jak żyć. Jak być coraz większą i bardziej… intrygującą. Bo w końcu jak ktoś ma tyle piegów na nosku, to musi taki być! No i takich przyjaciół.
Ślicznie wydana, niesamowite ilustracje, którymi chciałoby się ozdobić dziecięcy i trochę starszy pokój. Naprawdę warta przeczytania i znalezienia się pod choinką. Nie tylko dla maluchów, ale może i dla Babci czy Dziadka, by mogli znowu zrozumieć jak to jest być bardzo małym człowiekiem?
A dziś nie będzie o Wyspie!
Ha ha ha! No dobra, będzie ale nie do końca, bo postanowiłam zobaczyć jak to jest, gdy Tubylcy ruszają poza nią. I muszę się Wam przyznać… że bujało, ale aviomarin dał radę. I chociaż w pewnym momencie mózg zdawał się zmieniać w płynną masę, która utrzymywała z trudem na swojej powierzchni kompletne bezmózgowie moich myśli… nie było tak źle. Torebka rzygetka się nie przydała. Aczkolwiek były dostępne w kibelku. Zresztą, po informacji, że bujać będzie i przy poruszaniu się należy pilnować gdzie są poręcze, człowiek raczej ruszył po nią. No tak na wszelki słuczaj!
Siedząc w wygodnym fotelu, mimo pędu katamaranu, jakoś tak mija podróż spokojnie. Może i na zewnątrz dują szkwały, huragany, czy inne Helgi, ale w środku kawiarnia, sklepik i wszelkie cuda wianki. Nawet część dla alergików! Nie wiem jak to miało działać, ale nie kichałam. Może to ten brak wykładziny, może jakiś wysysawk-nawiewki, ale nie było kichliwie. I zatoki jakoś trzymały się własnej strony czaszki. A dookoła… ludzie. Może i niewielu, kto tam jest na tyle zboczony by świtem ciemnym wybywać na kontynent? Niewielu. Ino Ci, co muszą, albo ich porąbało dostatecznie i chcą zobaczyć kamyczki. No… bo ja chciałam zobaczyć kamyczki i sztachnąć się IKEAą!!!
No i światełka…
Widzicie,Wy umęczeni konsumpcjonizmem, reklamami i wszelkim nachalnym świętowaniem nie zrozumiecie ludzkiej potrzeby zobaczenia choineczek z lampkami. Tych wiszących dyndaków, światełek i cudów. No czegoś, czego u nas się nie spotyka. No dobra, rozumiem, że wieje, ale czy serio nie można tak jakoś inaczej obwiesić choinek na Wyspie? No wiecie, trochę więcej niż lampka na metr kwadratowy drzewka? No tęskni mi się za tymi marketami, światełkami, zapachami… za tym czymś więcej, może i jakąś ułudną radością, ale mi się tęskni, to wstrzymuję na Leonorze Christinie wodną zawartość żołądka aż do Ystad.
A w Ystad... nic. Ranek, wsio pozamykane. No tak jak u nas, sezon się skończył, ludzi niewiele, więc może Simrishamn? A nie, nic z tego. Tyż po sezonie, ale miasteczko śliczne, ustrojone i w choinki i drapaki i światełka… może i kiepsko widać w dzień, ale są!!! Cel osiągnięty? Oj nie, bo przecież ja chciałam kamieni… Ales Stenar. Tych nie mogli wyłączyć, a może mogli… nie, stoją tam, są. Chociaż w huraganową pogodą oglądanie ich nie było może najlepszym pomysłem. Może i było dość dziwnym pomysłem, ale nikt nas nie widział. Nawet ptaki dały nogę, czy też skrzydło raczej… Siekący deszcz, grad, wiatr mroźnisty, klif, a na nim kamienna łódź. Może i bez desek, ale jest. Może to i kalendarz, kogo to obchodzi. Może i grób – nie stwierdzono… Coś tam jest, ale wybaczcie, przy takim wietrze po prostu odfrunęłam. Nic nie trzymało mnie ziemi i trawy wciąż zielonkawej. Nic kompletnie. Na ziemię opadłam tylko po to, by skulać się z powrotem i ze smutkiem spojrzeć na pozamykane sklepiki.
Wrócę tutaj. Może jak nie będzie wiało. Znaczy jak nie będzie wiało aż tak… te białe plaże też bardzo korcą.
Sztorm sztormem, światełka czekają. Z mijającym czasem pogoda trochę się przetarła, a może chodziło wyłącznie o to, że człowiek odjeżdżał od wybrzeża? Bo przecież kierował się ku światełkom, konsumpcyjnej rozpuście i możliwej pizzy…
Czyli witamy w Malmö, co wygląda jak Wrocław. No serio. Toćka w toćkę!!! No bo i woda, może nie taka sama, ale jednak i architektura i te bloki i te… ekhm, centra handlowe. Przyznaję, że jak człowiek dociera do tego całego konsumpcjonizmu, to jedyne o czym myśli… to uciec od tego. Nasyca się światełkami szybko, przeraża go strasznie ogrom ludzi i… żebracy. No sorry, ale coś z tym światem nie jest tak. Z jednej strony te wystawy kapiące GMOwskim pozłotkiem, a z drugiej, pod nimi… wyciągnięta ręka. Oj tak, nie jestem nowicjuszem, zaznajomiłam się z kulturą żebraczą za czasów wojny na Bałkanach, ale… nie wiem.
Jakoś tak smutno.
Miasto całkiem ładne, ale znalezienie magnesu z nim, eee raczej wymaga większego obycia i nie wrzeszczenia na cały głos ŁOSIE… gdy się w końcu jakiś zobaczy. Bo widzicie, Wiedźma z Wyspy zapomniała o łosiach. Ma je w sobie gdzieś, a może raczej ma w sobie specjalne dla nich miejsce i kocha je nadmiernie, ale… zapomniała, że są i tutaj!!! Jak to możliwe? Nie wiem, ale mimo wszystko udało mi się upolować ich kilka. I te koniki… o co chodzi w Skandynawii z tymi konikami i czy się różnią? Czy Dania ma swoje i Szwecja i Norwegia? A może jednak… nie, trzeba ten temat zbadać, a na razie… uciekam stąd. Z miasta. Z tłoku i hałasu.
Bo jestem dzikusem z Wyspy, który wciąż nie zobaczył światełek, ale załatwił i pizzę i IKEAę. Ha ha ha!!!
Wracam do Ystad.
Ciemno, mijam masę świateł. Ludzi, którzy jeżdżą jak wariaci. Co jest z nimi? No kurcze? Wracam… mijam i ciemności i dziwne, dalekie rozbłyski i dwie sarny… Wracam do domu, ale najpierw… SĄ!!! Ystad jest pełne świateł. Białych, bielszych, lekko niebieskawych, w barwach moczu, kremu, ecru… Zwisają girlandami i oplatają balkony. Są i choinki i gwiazdki, ale najcudowniejsze są one – okna. W każdym pali się szwedzki świecznik, albo wisi jakaś lampka. Jakby w końcu każdy dom był świętością i grzał się oznaczeniem własnego tabernakulum. Jeżeli jakieś okienko się nie świeci, to sorry, ale musieli im prąd odciąć, albo wyjechali, albo nie wiem… bo tutaj chyba zbrodnią jest nie mieć niczego w oknie. Nie błyszczeć… A rynek miasta. Jak tu pięknie. Kamieniczki, kościół, wielka choinka obwieszona cudami i otaczające ją mniejsze, światło elektryczne i zwykły ogień, diody, czy inne dziwactwa mieniące się na codziennych drzewach. Odchodzące od rynku uliczki pełne blasku. U góry girlandy świetlne, dołem wielkie prezenty przewiązane czerwoną wstążką i zrobione z… igliwia. Na każdej, staromodnej lampie wieniec z karminową kokardką, a przy trzonkach lamp choinki. Wszędzię… do tego owe, bardziej przypominające cienie kamieniczki. Drewno i cegła…
Bajka…
Może i zimno, wieje… wszystko się już zamyka, prom na Wyspę odpływa za kilka godzin, ale tak tutaj pięknie. I kij tam, że kartek czy magnesów nie ma. Moje zboczenie daje upust w sklepie z maciupeńkimi krasnalami. I dobrze mi!!! Ale… tęsknię. Tęsknię przez cały czas, tęsknię i myślę o Niej. Jakby mi ktoś odbierał powietrze, jakbym nagle nie była całością, rozsypane szkiełka, rozczłonkowany Terminator, ten wiecie, co się łączył sam… tylko, że ja nie mam takiej mocy. A co, jeżeli nie będę mogła wrócić na Wyspę? Co jeżeli wielkie fale nie pozwolą nam wpłynąć? A tak, to jest możliwe, widzisz Wyspę, czujesz ją, a jednak nie dają Ci wpłynąć, odsyłają cię z powrotem…
I boję się. Czy mi się uda? Czy wrócę…
Proszę.




