Pan Tealight i Półtuszy ze szczurzyny…

„Właściwie, to mieli przypuszczenia.

Pogryzione firanki, poranione zasłonki, dziura w najnowszych wielkich gatkach jednej z Księżniczek, no i oczywiście dziwne dziurki we wstążeczkach Ojeblika – małej, uciętej główki… Białe Domostwo miało problem.

Ale jaki?

Napad tkaninożernych potworów?

Klątwę powracających dziur? A może jednak ataki wilczego głodu w światach osnów i wątków? Oczywiście nic tak egzotycznego. Jak się szybko przekonali, po pozostawionych, lekko lepkich, czarniawych kuleczkach, Białe Domostwo nawiedził Szczurzyn. Ale nie byle jaki – co wyczytali w odchodach, niestety! Książę Szczurzynów. Pan Wszelkich Zębiszczów, ale też i Najwyższy z Tkaczy. Ten, co to nie gryzie, jeśli nie było błędów. Jeśli tkaczka, a w dzisiejszych czasach zapewne najzwyczajniejsza maszyna z całkiem innego świata, nie popełniła wtopy. Oj pewno, że był bóstwem i to dość upierdliwym, ale jednak długo z nim nie mogli mieszkać… no do czasu aż się dobrał do ukochanego szalika Wiedźmy Wrony Pożartej, która, choć niemięsnieżerna, zaczęła się domagać niczym mityczna Salome, zażądała ubicia stwora… I doprawienia jego półtuszy, podpieczenia i tak dalej…

Nie mogli tego zrobić. Pan Tealight miał wobec niego dług i całą masę tajemnic, których nawet grobowa deska by nie skryła… ale nie mógł tak po prostu pozwolić mu na pożeranie, nadgryzanie i nie cerowanie. Nie mógł. Tylko co z nim zrobić? Jak powiedzieć NIE, ale jednocześnie nie urazić? I to kogoś z takim ogonem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0276

Z cyklu przeczytane: „Ruchome obrazki” – … Hollywood. No wiecie, to miejsce pełnej magii, wszelkich obrazków. Zdjęć, ujęć i taśm… Pamiętacie, gdy filmy nagrywano na szpule? Pewnie nie. Ja to jak zapalały się w kinach? Pewnie nie. No mniejsza, Pratchett pamięta. Pamiętał…

Tak, wciąż sięgam do znanych i najukochańszych książek. Dla onego bezpieczeństwa fabuły i bohaterów. Znaczy wiecie, oni czują się bezpieczni, bo ich nie pogryzę, jeśli mi się nie spodobają, a fabuła… chociaż znana, to jednak za każdym razem odnajduję w niej coś innego. Coś nowego, coś głębszego.

Ta część „Świata Dysku” to opowieść o obsesji. O pragnieniach, magii, no i życiu całkiem innym. O byciu kimś, kim się nie jest i o zaskakującym niebezpieczeństwie oraz wieczności onych pragnień. Powieść ma dwójkę całkiem nowych bohaterów, wyrazisty nurt melodramatyczny oraz psa, który mówi. I Śmierć. I GSP. I oczywiście plażę i trolle i nowe zachowania i tradycje, które nie są takie dobre, gdy się zalecasz… I wiele więcej. I oczywiście obrazki i jeszcze…

1000 słoni!!!

img_9545

Recenzja: „Magia ludowa z Pomorza i Kujaw”

img_0908

No to tak…

U nas w Gudhjem była sobie restauracja, która zwała się Black Pearl. Była, bo widzicie, już jej nie będzie. Teraz będzie coś, co się będzie nazywało po duńsku, no i wiecie, będzie nacjonalistycznie, b gdybyście jeszcze nie wiedzieli, Dania jest bardzo nacjonalistyczna, gdy jej tak pasuje. Dlatego zmienili Joboland na coś, czego nazwy i tak nikt nie potrafi wymówić. Serio. No cóż. Po tym jak się żarli od kilku lat… właściwie nie do końca wiadomo o co, i tak naprawdę tylko kilka osób robiło dziwnego dymu. A to im się napis menu nie podobał na ich murku, prosty i logiczny, trudno obrazić kogoś smacznym daniem, albo doczepili sie do Rogera. I dlatego przestał chyba być Jolly. Jakoś im nie pasowało piractwo. Trudno to wytłumaczyć, gdy nie pasuje taka flaga komuś, kto nie jest religijnym ekstremistą, ale… może oni jednak powinni się do jakiegoś ekstremizmu przyznać? Bo widzicie, ostatnio w ten sposób wszelakie dobre rzeczy w Gudhjem o kant tyłka można potłuc. Tak samo było z Oluf Høst Museet. Kupili domek, mieli poszerzyć sale, ale co… ale kilku nie spodobało się, że coś tam na ścianie domku napisali na okres wakacyjny. Wiecie, żeby Muzeum lepiej było widać, bo lekko skryte… i od razu larum. A przecież same dobroci by z tego były, więcej turystów, domek tez zostałby w rodzinie a tak, zmuszono ich do sprzedania, bo nie kupuję tekstów o braku kasy. Serio, nie kupuję. Bo widzicie, tutaj ludzie kłamią z łatwością Oskarowych Galii.

Ech…

Dlatego wiecie co, mam dość. Prywatnie i publicznie, osobiście i w kupie swoich rozpierniczonych schizoosobowości. Dość ludzi. I naprawdę działa na mnie radośnie niczym najlepsze prochy to, iż mogę wyjść i spotkać tylko duchy, krasnale, jednorożce i zimnolubne syrenice. A tak, a ludzi to nie nic a nic… I wyjść i szukać jemioły. Nie wiem jak to jest, ale wiecie co, kurcze znam tylko jedno lub dwa miejsca, a dokładniej drzewa, które ją mają. Tak wiem, że to parazyt, no ale… jemioła na święta musi być. A dziwnie tak wleźć pod osłoną nocy do sąsiadów z całkiem innej ulicy i im opędzlować lekko jabłonkę? Tym bardziej, że ta ich jemioła, to wygląda, jakby ktoś ją zwyczajnie, no i całkiem dla mnie fascynująco… tam zaszczepił.

Ech. Jemioły!!!

img_0520-2

Zimy nadal brak.

Oficjalnie troszkę wieje, ale jest względnie ciepło. Może jak usiądziesz, to ten wiater troszku ci po nerach daje, ale jednak… ciepło. I wcale mi się ono ciepło nie podoba. Rok temu po świętach dostaliśmy trochę śniegu… głównie tylko w Almindingen, no ale był. A w tym roku to raczej chyba nic a nic. Nawet wiecie, no na ono lekarstwo przysłowiowe. Przyznaję, że totalnie mnie to dołuje, ale po prostu TOTALNIE. Nie umiem żyć bez śniegu. Jestem w stanie przetrwać to chrzanione lato tylko i wyłącznie dzięki śnieżnym wspomnieniom i śnieżnym nadziejom na więcej. Kurcze… a tak to ino mogę sobie pooglądac podkolorowane zdjątka z bardzo dalekiej przeszłości, kiedy kobiety te dziwne suknie nosiły i czepki i wszystko pachniało rybami. Jakbyście chcieli tez poogląda, to jest taka fajna stronka na FB History of Photography – gamle billeder.  Zdjęcia z Wyspy trafiają się tam bardzo często, więc serio warto. Szczególnie, jeśli chcecie spojrzeć na Wyspę, która miejscami wcale się nie zmieniła.

I dobrze!!!

Ale ten śnieg… ocieplenie klimatu obiecane przez film „Pojutrze” miało wiązać się ze śniezycą fascynującą, a tutaj co? No kurna zielony trawnik. Ale… do karmnika w końcu zaglądają ptaki, więc może one coś wiedzą więcej niż ja? Może przeczuwają w piórach jakieś minusowe temperaturki? Jak myślicie? Może?

No nic… podobno znowu dzień wraca do jasności od dziś, więc jako jedyny osobnik na świecie wcale sie z tego nie cieszę. Bo mi tam dobrze z mrokiem, lepiej się ubierać, łatwiej się chować, przesmykowywać przez świat i w ogóle. Słońce nie pali ryjka, szaleństwo sie w ludziach nie gotuje, ino wiecie, mroczy się i zamarza… Jak to mówią: Merry Yule. Nie mówią? Mówią… ja tam nocą obtańczyłam stadko stojących głazów, bo tak, bo mogę. Bo i tak nikt mnie nie widział, a i nawet jakby widział, to co go to, przecież mnie nie złapie. W taką pogodę wiedźmom lata się najlepiej. Ale też wiecie, kiepsko zakręty łapiemy, więc uwaga!!! Można oberwać dyszelkiem!

img_5580

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Półtuszy ze szczurzyny… została wyłączona

Pan Tealight i Myszka Świąteczna…

„Przedświąteczność.

Była jak nic w pełnym rozkwicie ona Przedświąteczność, ale wiecie, malała. Bo z Przedświątecznością jest tak, najpierw jest wielka i pełna nadziei i oczekiwania. Że śnieg będzie, a ludzie w końcu się domyślą o czym marzysz i śnisz, co chcesz dostać. Wiecie, jak czekoladowy Mikołaj, którego sobie liżesz, liżesz, liżesz, żeby mieć go na dłużej, bo to w końcu twój ulubiony smak, aż w końcu kurcze już nie masz sił i gryziesz i… po gościu. Ino okruszki zostały.

No skończył się.

Chociaż tak uważałeś, chociaż tak się starałeś, chociaż serio momentami byłeś przykładem ascezy… to jednak, no skończył się. Świat cię ponownie oszukał i czas oczekiwania się skończył. I stajesz przed tym wszystkim, i nagle już jest po tym wszystkim i wiecie… jakoś tak, no dół człowieka opada i totalne niezrozumienie.

Serio.

Tym razem Przedświąteczność przemieniła się już w Myszkę Świąteczną. Wiecie, taką w pudełeczku na zapałki, która z drugiej strony ma inną myszkę, no i jak tak się bawicie tym pudełeczkiem, jak tak wiecie, przesuwacie zewnętrzne okrycie, to się wysuwa raz z jednej, raz z drugiej strony, ale tak naprawdę to nigdy nie jest ta sama myszka. Malutka, rozmiary wielkiego paznokcia… Wiedźma Wrona Pożarta miała dziwny stosunek do myszy. Z jednej strony słodkie i w ogóle, z drugiej kiedyś sięgneła po garnek na zupę, a w nim sobie siedziała maciupka, niedawno urodzona i wrzask się poniósł po świecie, który potem dostał nóg i serca i stał się Panem Wrzaskiem…

… Przedświąteczność odchodziła powoli, a to znaczyło, że zbliżał się trzeci najgorszy dzień w roku Wiedźmy Wrony…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0529

Z cyklu przeczytane: „Zwiadowcy. Wczesne lata. Bitwa na Wrzosowiskach” – … fenomen? No chyba tak. W końcu to Zwiadowcy. W jakiś dziwny sposób, może i z zaskoczeniem nawet dla samego autora, ten cykl zdobył i wciąż zdobywa nowych wielbicieli.

Fanatyków nawet, których rozpoznacie po liściu dębu i kawie specyficznej. Oj tak, ten autor wie jak dotrzeć do serc nastolatków, ale i młodych dorosłych. I chociaż wielu mówi, iż te „Wczesne lata”, to nie to samo co pierwsze tomy, to jednak… jeszcze więcej głosów można usłyszeć, które są jak najbardziej za. Twierdzą, że to naprawdę prawdziwi Zwiadowcy.

Bo to ponownie opowieść o przyjaźni, odpowiedzialności i przygodach. Znowu znajomi nam bohaterowie i oczywiście ten specyficzny świat. Z jednej strony wiemy, jak to wszystko się skończy, a z drugiej, tak fajnie o tym znowu posłuchać. Znowu tam być…

PS. Najlepiej czytać od początku.

img_0111

I szarość…

Jak tak czasem opadnie na Wyspę, to cały dzień zmienia się w noc. Serio. Z jakąś taką łatwością można jednocześnie być dziennym stworem, ale i wciąż jeszcze stąpać w objęciach snów. Niesamowitych. Czarownych. Na przykład tym o Tybecie, tudzież krainie wszelako z nim zbieżnej. Ale nie tak bardzo mocno wysokiej, że pikawka mi nie wysiadła… I wiecie co, były tam i świątynie baśniowe prawie i miejsca ze skarbami i stadko Kapłanów, którzy chcieli mnie porwać i uczynić swoją niewolnicą… ekhm, nie do końca wiem jakiego rodzaju niewolnicą, ale wiecie, nie chciałam jednak drążyć tematu. Zresztą zaraz znalazł się wyzwoliciel i ruiny i dziwny prawnik.

No bynajmniej przez oną szarość też człowiek dostaje takich snów i myśli dziwnych. Takiej łóżkowatości, która się do niego przylepia i wcale mu z nią nie jest źle. Dzięki temu, gdy wyłazi do sklepu po chleb i jajka, normalnym jest, że wraca z krasnalem trzymającym jemiołę, bo przecież to przedświąteczność, a na dodatek… był w przecenie! I tak patrzył na mnie, wiecie, tak łóżkowo, właśnie tak, jak ja się czuję.

Kocham ten czas.

Naprawdę nie pojmuję jak ludzie potrafią odpoczywać, gdy słonko im wali w twarz, dla mnie to totalna męka, a zima, tudzież przez dzień jeszcze ono przedzimie, pozwala naprawdę naładować akumulatorki. I jakoś tak, wiecie, bez zbędnych poczuć winy i przewiny, że znowu tam czegoś nie robię. Jakoś tak naturalnie i atawistycznie. Zawinąć się i odpocząć te cholerne lato. Te upały i pieruńskie się pocenia… tak wiem, wszyscy kochają lato… NIEEE!!!

Święta za progiem, choinki nadal na Wyspie stoją, co oznacza, że nie dość, iż jest ciepło, nawet bardzo ciepło, to na dodatek bezwietrznie. Niby czasem fale jakieś popukają w brzeg, niby coś się zakołysze, ale jednak bliżej tej pogodzie do jesieni niż zimy. Ech, śni mi sie śnieg, którego nie mogę dotknąć, polizać i zeżreć. Walić to, nawet kurna żółty!!! Jestem zdesperowana! Naprawdę i mocno!!!

Nic na to nie poradzę, jestem winter junkie!!!

img_0742-2

Szarość szarością, ale…

… w każdej chwili człowiek wie, że ono słonko pieruńskie może wyleźć i spsuć moje plany Leniwca Ojsapiensa. Dlatego korzystam i leżę i oczywiście za nic no, no kurcze mi nie idzie. Serio, ale jeżeli chodzi o lenistwo, to jestem jak ten Staruszek Gawędziarz, który gada o seksie, a już nie bzykał od wielu zim. Ale jednak mogę. Wiecie, ma człowiek ono poczucie, że może wrócić do łóżka, wziąć dodatkowy kocyk i zapomnieć o codzienności.

A może wyjść wieczorem, a może popatrzeć sobie na światełka. Uzmysłowić, iż ono dziwne prawo, które już nie przymusza ludzi do mieszkania w swoich domach, zezwala Duńczykom na posiadanie więcej niż jednego obywatelstwa, to kurcze chyba nie jest dobre. A może jest? Któż to może wiedzieć, jak to wszystko się skończy? Ludzie chcą wymusić na Wyspie możliwość niszczenia brzegu i zezwolenie na budowanie tam sommerhusów. Oczywiście, że to idioci nie myślący o falach, erozji, wszelkich falowatościach i pływach oraz wiatrzeniach… idioci, ale jednak idioci posiadający spore finanse, więc… pewno już przegraliśmy.

Pewno…

No nic to, pójdźmy na spacer i pooglądajmy światełka. Bo przecież to taki czas, światełkowy. Sąsiad skopiował moje sopele no!!! Kurcze, no i fajno! Bo im więcej światełków, tym lepiej. Niech Wyspa wygląda jak swoista niemigająca latarnia. Może nikt na nas nie wpadnie? Wiecie, w końcu powyłączali wszystko, więc może wpaść. A może wyłączyć oną łunę nadwyspową, może dzięki temu Święty Nasaneczkowy się potknie i zrzuci wszystkie gifty na nas? Kłopot będzie, jeśli ktoż marzył o kowadle, tudzież o zestawie ciężarków, wiecie – typ mały muskulator…

Ech, może więc lepiej, się świećmy!!!

Świećmy się!!!

img_0198

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Myszka Świąteczna… została wyłączona

Pan Tealight i Ściana Ryjów…

„Wydarzyło się to tylko raz…

Więcej razy zwyczajnie nie dali się złapać. Nie pozwolili na taki sprzeciw, na tak magiczny, na tak silny. Wycwanili się. Zwyczajnie nie mogli sobie pozwolić na kolejny raz, bo przecież… Byli nieliczni. I nie odnawiali się. Stworzeni u zarania świata, gdy jeden z człowieków postanowił drugim popoganiać.

Oni Duchy Wszelkiej Zbędnej Polityczności. Jest ich tak niewiele, a jednak wciaż mącą, działają, wciąż jeszcze przecież…

Pan Tealight dobrze pamiętał ten dzień i mógłby i dziś przysiąc, choć to przecież niemożliwe, że ona tam wtedy z nim była. Ale przecież nie mogła. Wtedy nie było jej jeszcze nawet w planach! A jednak pamiętał ją tam, wkurzoną tak, że aż ziemia dookoła niej bielała pozbawiając się barw i wszelkich soków. Tak bardzo wybuchową, że skała, w którą wpasowała onych osobników, przybierała coraz bardziej dziwaczne kształty. Oj tak, dokładnie ich odbicia. Zwyczajnych mężczyzn z ogolonymi twarzami i nosami, które winny mieć odrębne koła ratunkowe w przypadku wypadku…

Ale choć tak wielu udało się wtedy uwięzić, to wciąż mącili. Wciąż jeszcze ci, którzy pozostali, choć nieliczni, rośli w siły… siły pzebiegłości i durności, siły wszelkiej mamony składalności, oraz dziwacznych umiejętności wzbudzania poczucia winy u tych zwykłych, maluczkich i dobrych. Zwyczajnych… chcących tylko przetrwać. Tylko wytrzymać, tylko znowu oddychać…

Tak, pamiętał dobrze ten dzień, ale jedna na wszelki wypadek wciąż przychodził sprawdzić, czy oni wciąż tam są. I byli. Byli nawet tego wieczoru, gdy szarość nie opuszczała Wyspy przez cały dzień, a z nadciągnięciem nocy tylko gęstniała, dosypywała ostrej papryczki i pieprzu i wiecie… wzmacniała smak. Byli tam, a jednak mógłby przysiąc, że się wydostali, bo w tym czasie, jakoś tak ludziom znowu odbijało i rozumiał ją bardziej niż zwykle, Wiedźmę Wronę Pożartą, dlaczego woli umarłych, a z techniki, to wychwala wciąż koło… rozumiał. Choć ludzi już dawno przestał pojmować.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_7883

Z cyklu przeczytane: „Sztylet rodowy” – … droga pani Autorko. Ja, ja muszę się do czegoś przyznać. Do tego, że czytam ciągle, na okrągło, codziennie, a jednak… strasznie dawno tak się nie bawiłam. Az nazbyt dawno!!!

Dziękuję!!!

Nie, to nie opowieść o Oli i nekromancie, ale świat ten sam prawie. I tu pomroka i tu się przed nią trzeba strzec. Dlatego grupy Głosów Królewskich wysłane mają zostać w powojenny świat, by zapewnić pokój państwu. W skład grup oczywiście wchodzić muszą różni i to różni osobnicy pod każdym względem. I magik i uzdrowiciel, woje i ci od artefaktów. A nasi bohaterowie, oj… trza przyznać, że stworzyła ich pomysłowa głowa. Ona – magiczka nie do końca, ale skrywa tajemnice. On – arystokrata, w nim zadurzona wojowniczka. Do tego troll kochający Oną, krasnolud mazgaj dzieciak i elf… osz ja pierdziu Daezaela kocham!!! Takiego elfa jeszcze nie znaliści, uwierzcie mi.

I oto jest ich przygoda.

Ich czas docierania się. Ich zakochanie, bo troll ją kocha, a ona, jej tak wygodniej i skrywa to jej tajemnicę. Do tego mamusia krasnoluda i elfie depresyjności i jeszcze humor i zabawa i strach, gdy nagle zło atakuje i tajemnica i przymusowy ożenek i…

Oto ona. Aleksandra Ruda. Kocham ją! Za to, że zawsze potrafi mnie wyrwać z dupowatej codzienności człowieczeństwa!!!

img_8494

Wodospad.

W końcu działają, wszystkie, ale ja wybrałam sobie na dziś ten największy. Dziwnie rozdwojony obecnie, głośny nawet jak na niego, przeraźliwie. Wysoki, kamienny, omszony. Z czystą wodą, która gotowa jest cię porwać i rozpierniczyć o skałki. W końcu, to żywioł. Gotowy, by niszczyć i tworzyć swoje.

Wiecie co.

Wyspa ostatnio nauczyła mnie jednego… wszędzie da się dojść, a odległość dziwnie się wydłuża, gdy jedziesz samochodem. Serio. Tuptanie sobie a muzom, czy szybciej, czy wolniej, jakoś tak kurcze dotrzesz sobie gdzie chcesz, może i trochę płucka wypluwasz, ale masz w sobie taką kosmiczną szczęśliwość. Nawala się człowiek tlenem i tyle. Idzie. I jakoś tak łatwiej mu wszędzie na onych nogach, a potem… bo wiecie, iść jest spoko, ale jak gdzieś dojdziesz i nagle orientujesz się, że zmrok cię dopadł, a ty musisz jeszcze wrócić, to przydaje się pomocna podwózka. Ktoś, kto ściągnie cię z drogi, nie pozwoli zmarznąć… Ale jednak to właśnie chodzenie jest takie niesamowite. Nawet to zwyczajnie polegające na błąkaniu się, choć do takiego wodospadu to droga prowadzi względnie prosto, aczkolwiek o tej porze roku uważajcie na śliskość i podtopienia, oraz wszelakie obsunięcia. Stoczenie się w nurt rzeki, może i niezbyt głębokiej, nie będzie przyjemny. I zawsze możecie wpaść w te czarne grzybki, a one tak brudzą. Ale i wyglądają czadowo wtopione w ten, fluorescencyjny prawie, mech. Naprawdę czadowo.

A wodospad… a tak, idziemy zobaczyć wodospad, oczywiście idziemy za szumem, bo szumi mocno. Dróżką w górę i w dół, potem znowu, przytrzymując się gałęzi, wglapiając się we wszelakie, niesamowicie uformowane skałki i skały. W te omszenia magicznie-elfickie i oczywiście wszelakie porosty. I te liście pod nogami, może i śliskie i wilgotne, ale jednak tak fascynująco barwne wciąż jeszcze. Tak bardzo klejnotowe. I te wszelkie wybroczyny na ścieżce i te zawijasy wodne i ta świadomość, dzięki której możemy sobie wyobrazić jak to wszystko może wyglądać, gdy naprawdę leje. Gdy niebiosa rozpuszczają się w łkaniach, gdy… no wiecie, mokro jest. Przecież tutaj wszystko musi płynąć, a to wciąż stoi. Na pewno się pogłębia, na pewno poszerza i wszelako eroduje, ale jednak… wciąż jeszcze trwa, stoi i szumi. No dobra, poza tym czasem, gdy susza seryjnie Wyspę dobija, wtedy nawet nie ciurka, ale…

img_7316

Idziesz…

I w końcu, dwuznacznie mówiąc: dochodzisz.

Mijasz te mostki, wszelako mokre i wiecie, należy używać ich z rozwagą, ale jednak… przesłodkie. Nikogo nie ma poza tobą i lasem, drzewami powyginanymi w dziwnym tańcu, a może właśnie biorącymi udział w Mannekin Challange? Kto je wie. Niektóre wyglądają jakby trochę piły w nocy i do końca jeszcze nie wytrzeźwiały, a wodospad…

… a wodospad zdaje się jeszcze bardziej ogromny, wysoki i magiczny. Podzielony na dwie mocne, białawe strugi szlocha i tłucze się między omszałościami. Nie da się dojść do niego tak jak zwykle musi człowiek kombinować, no ale wiadomo, więcej wody. Zagapiasz się w one szalejowatości wszelkich strumyczków i mikrowodospadzików i po prostu mu lepiej. Jakby ta woda zabierała ten wszelki, szlajający się polityczny syf i dziwaczności wszechświata. I te iglaki. Ech. Stoją tutaj, gapią się na to wszystko i może dlatego mają taką fajną, paskowaną korę? Nie no, pewnie, iż człek zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś je tutaj zasadził, ale jednak, no kurcze no!!! Są tak bardzo orientalne, że wolisz wierzyć w magiczność.

Ale… nie możesz oderwać wzroku od wody. Od tej spokojności jej w dolnym nurcie, prawie leżankowej prostoty w malowniczych zakolach. Tych kolorów, onej piaszczystości, potem iłów, aż w końcu próchnicy… wszelako ziemnej. To tu to tam pozatrzymywały się listki, zakuane wokół tych pojedynczych gałązeczek. Takie nie chcące płynać dalej, trzymające się tego miejsca całymi sobą. Na zawsze… albo tylko na chwilę, bo przecież woda się podniesie, gałązka może i obciążona, w końcu się zbuntuje i popłyną. Gdzieś dalej. Do morza. Bo przecież nie mają daleko.

Ale widać, nie chcą.

A może to tylko na razie? Na chwilę jeszcze?

A ja? A ja idę dalej, wzdłuż strumienia. Scieżką, schodkami, błotnistą powierzchnią. I wiecie co, to najfajniejsza sprawa na świecie! Las i woda. Dzicz, może i nie totalna, wiecie, w końcu możliwym jest tutaj spotkanie człowieka, choć mi tym razem się nie udało, ale jednak… cudowna samotność z drzewami i prawie miłościwą bezwietrznością. Naprawdę miłościwą, ale co się dziwić, z prawej górka i drzewa, z lewej lita prawie ściana skał… choć wyglądają jak mocno przytulone do siebie profile rozdartych twarzy. Fajnie jest. Choć szaro i ciemno dziś, a jednak nie zamieniłabym tego na wędrówkę po markecie. Sorry, nawet po IKEA’i!!!

img_6944-3

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ściana Ryjów… została wyłączona

Pan Tealight i Na potęgę Posępnego Wiedźmomłotu…

„Rozmawiali o tym często.

Nawet bardzo często.

Jakoś tak wiecie… no tak jak w tej chwili, przy herbacie z pierunwiejakich listków, z dodatkami, za które na pewno by ich już spętali okowami niesprawiedliwości, mocząc twarze w parze i rzucając tęskne spojrzenia na czekoladki, świąteczne ciasteczka… Przerzucali się pomysłami, nie wierzyli, wątpili, a potem wiedzieli… chyba wiedzieli? No bo wiecie, jak to jest, tak w ogóle?

Jak to jest?

Czy tylko mutacja, czy jednak potrzebne dosadne i bolesne ugryzienie pająka? Spadek po przodkach, a może specyficzna i drakońska dieta, albo wiecie, te tam lekarskie podstępki? A może coś więcej? Gwiazdka z nieba, spadające meteory łupiące w łeb, lub inne członki, albo wiecie, one członki? I czemu tylko węże, krokodyle, spidery i oczywiście nietopyrki? Czemu nie słonie i tygrysy? Chociaż, może i tacy byli… a gdyby tak Wiedźmę Wronę, to co by z tego było?

Pan Tealight to zawsze twierdził i dokumentował to, że ona byłaby żeńską wersją HeMana. Serio. Z takim wiecie, młoteczkiem i Szkieletorem u boku. Ale w jej przypadku, to raczej Szkieletor byłby ten dobry, bo napakowany gość z mieczykiem to nie wygląda jakoś tak… wiedźmowo, wiecie. Ale to ona miałaby ten no czerep, znaczy młoteczek. Znaczy wiecie, fajny młoteczek… Może i pożyczony od Thora, może i zdobiony dziwnie, może i wykorzystywany do łupania orzeszków, może…

Bo dlaczego nie?

No i ona, ona to na pewno by mogła to wszystko zrobić bez pająków, ugryzień i wszelkiego promieniowania, czy też klątwy praprzodków. Mogłaby, co nie? No mogła… tylko zwyczajnie się jej nie chciało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_1107

Z cyklu przeczytane: „Pamiętnik Zuzy-Łobuzy. Szpanerskie hobby” – … no lubię. Tak wiem, nie mam 9 lat. Nie mam pojęcia dlaczego mnie śmieszy. Nie powinna według wszelakich statystyk, a jednak… Jeśli macie dziecię w wieku odpowiednim i chcecie się z nim pośmiać, dajcie szansę Zuzi! Tak po prostu! Z obrazkami!!!

Okay. Kolejny tom pamiętnika, w którym tym razem:
– mamy ospę
– nie mamy hobby
– szukamy hobby
– mamy przyjacielską bandę
– zaklinamy fletem
– jesteśmy sobą

Bo wiecie, w wieku okołodziesięcioletnim. I na plus i na minus, zwyczajnie świat jest tak bardzo pełen cudowności, ale i wstępnej dorosłości, dziecięcych wesołości… że nie można się nudzić. Nawet z ospą. Nawet…

img_0118

Żeby nie było… też miewamy problemy. Wiecie, poważne.

… sprawa niby zaczęła się zwyczajnie, wezwanie do zbyt głośnej muzyki, a potem coś poszło nie tak, mężczyzna ugodził nożem policjanta, policjant strzelił… Nie do końca wiem kiedy strzelił. Czy gdy widział, że coś leci w jego stronę, czy już krwawiąc, bynajmniej na razie wciąż jest w szpitalu. Na Wyspę od razu przyjechały służby od tak zwanych wypadków policyjnych… i jest dym. Jak coś zwie się Den Uafhængige Politiklagemyndighed, to wiadomo, że coś się święci.

Na razie na ulicy płoną świece dla zmarłego czterdziestoośmiolatka. Ciekawe, czy postawili je tam ci, którzy wciąż muszeli słuchać tych łomotów? Którzy serio mieli już dość wzywania policji, bo gość był znany z zakłócania spokoju… Czy sami nie mieliście ochoty przypierdolić kolesiowi, który puszcza zbyt głośno muzykę? No przyznajcie. Ja miałam. Jestem aż nazbytnio wrażliwa na hałas, wpadam w panikę, jestem niczym pies w okresie fajerwerków… Problemu już nie ma. Już nie trzeba pisać kolejnej petycji, by miasto coś z nim zrobiło. Problem solved…

A jednak…

Zabito człowieka.

Podejrzewam, że ze strachu. Nawet nie chcę myśleć w jakim strachu i pomieszaniu żyją współcześni gliniarze, którzy mają działać a wolno im wielkie nic. Tu pójdą – rasizm, tam wstąpią – religijne prawa… Nie dziwię się temu, co się stało, a gość, kurna, no co, na słuchawki nie było go stać? A może zwyczajnie jak większość złoczyńców w tych jebanie ugłaskanych czasach czuł się totalnie niewinny i wszelako zaszczuty przez tych, co to jego zmysłu muzycznego nie potrafili docenić?

Czy dowiemy się prawdy?

Nie interesuje mnie ona.

Wiem jedno.

Prawo to prawo i po coś kurde jest, przestrzegam go lekko paranoicznie, bo nie urodziłam się tutaj i zawsze jestem i będę na przegranym. A gliniarze… cóż, mają totalnie przesrane, szczególnie na tak maleńkim kawałeczku świata, na którym nagle zlepiono całą masę narodowości, a większość z nich wcale nie chce tutaj być. Oni chcą do Kopenhagi, a ci, co jak ja chcą spokoju i natury, mają przesrane… Bo wiecie, lepiej się nie przyznawać do kochania fred og ro. Nagle jest tylko kilka tematów bezpiecznych i to dodatkowo należy na nie odpowiadać poprawnie, według kwestionariusza…

img_0479

Klemensker…

No wiecie, każdy ma swoje świąteczne jabłko. Znaczy ten domek, który postanowił być więcej, mocniej i ogólnie mówiąc… bardzo. Nasze wygląda tak i ma dużo światełków. Naprawdę dużo. Jak na standardy Wyspy moc i ponadnormalność. Czyli wiecie, fajno, że ludzie wciąż mają hobby. I że im się chce od tylu lat!!!

A na razie pomińmy demonstracje, strzelaniny i inne tam i wyjrzyjmy przez okno, bo dziś jak rzadko, było fajnie szarawo. W końcu bez słonka, bez onej przymuszalnej radości i w końcu człowiek mógł odpocząć. Jakoś tak wiecie, gdy pogoda definiuje ono „gloomy”, jakoś tak łatwiej choć pomyśleć o lenistwie. O maleńkim chociaż, a nie pędzić od razu na występ skalny, na oną betonową dróżkę, gdzie fale rozbijają się całkiem nieregularnie, a na dodatek w mokrości znowu odbija się niebo. Pewno, że to niebezpieczne, a raczej względnie mało bezpieczne, ale…

… nie mogę się oprzeć. Nie mogę tym kroplom krystalicznym, które tańczą na błękitnym betonie. Nie mogę tym diamencikom i kryształkom, czasem kamieniom księżycowym, czasem akwamarynom… nosz pierun wie czemu, choć wszystko to podobno woda. I wracam potem niczym ta łajza, całkiem mokra od góry do dołu. Bo wiecie, w drugą stronę, to jak robię wschody słońca. No zawsze mnie jakaś fala bez przypadek zje. Znaczy nadgryzie, bo przecież nie połyka…

Ech… jak to mówią święta idą. Może i do niektórych idą, ja tam sobie po pogańsku świętuję od miesiąca, bo wiecie mogę. I nie chce mi się na nic czekać i czegokolwiek się wyrzekać, bo codzienność równo w dupsko kopie, więc może się przydarzyć, że nie będzie na co, lub na przykład komu… dlatego sorry, ale prezenty otwieram od razu. No dobra, może zostawię sobie jeden na 21go. Ale tylko na wtedy. Wyłącznie… Bo tutaj ni okien nie myją, znaczy nie żeby były brudne, ale myją jak potrzeba jest, nie od święta, ni nie sprzątają wielce, ni nie gotują, ni nie przesadzają, choć do sklepów chodzą… no jak wszędzie i wszyscy, wiecie, całkiem normalnie.

A jeśli o sklepy chodzi, to świętowatości tam już niewiele znajdziecie. Serio. Trzeba się nachodzić. Ale za to jak znajdziecie, to pewno już w przecenie!!!

img_0843

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Na potęgę Posępnego Wiedźmomłotu… została wyłączona

Pan Tealight i Łapczywości…

„Znalazł ją w jeżynach.

Oczywiście, że była ubrana i to całkiem kompletnie, ale jeżyny były stare i wielce kolczaste i chciały mieć coś miłego na święta. A co, należało się im za te wszystkie owocki!!! A ona żarła, widziały, pamiętały, że żarła!!! Pamiętały te paluchy i łapy, te łokcie się rozpychające, one usta łapczywe, zęby potem jeżynowe, one ciapkanie, ciamkanie i mlaskania wszelakie, ten język pociemniały, wzrok dziwnie rozcukrzony…

Musiała zapłacić za to, co zeżarła, to se ją wypożyczyły. Wiedźmę Wronę Pożartą na święta, a co. Jeżyny też chcą choinek, mikołajkowatości i wiecie, tych tam sprośności pod trującą jemiołką!!! Ale spojrzał na nie Pan Tealight i głupio się jeżynom zrobiło. Strasznie nawet durnie głupio, tym bardziej, że choć ubrana, to ona krwawiła. Tutaj na nodze coś się drapnęło jej, na drugiej też, na udku i łydce i jeszcze na ramieniu… Nagle się okazało, że taka wiedźma to krucha jest instytucja, a wydawało się, że nie powinna być. Do tego wyrywna. W miejscu długo jednym nie usiedzi…

Oddały ją.

No co miały zrobić.

Obiecała je odwiedzać i podrzucić pierogi i uszka, ale widać było po minie Pana Tealighta, że czarno to raczej widzi. Wiecie, w jeżynowych farbach, bo niestety, ale z gotowaniem, a dokładniej chęciami na to było u niej kiepsko. Zresztą, ktoś musiał ją opatrzyć. Ktoś musiał jakoś tak się nią zająć, a one nie miały palców!!! I nagle się okazało, że kolce to nie nadają się do wszystkiego. Że jakoś tak po prostu nie, że zwyczajnie się nie da, a ludzie, to dziwnie są wrażliwi na ukłucia… może jakaś trauma z dzieciństwa, kto ich tam kurcze wie…

Jeżyny zasnęły.

Obudzą się na wiosnę. Jednak, czy zapomną do tego czasu o uszkach i pierożkach? Bo o Wiedźmie Wronie na pewno nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_1504-2

Z cyklu przeczytane: „Niebiańskie grzechy” – … poprzedni tom. No wiecie ten nazbytnio bzykalny, odkąd Anita przeszła oną przemianę i ma teraz ONO ardeu, to przerzucam strony z seksem. Sorry. Tia, albo jestem zaspokojona, albo ze mną coś nie teges pewno, co nie? Bo przecież PODOBNO baby czytają tę serię dla seksu i przystojniaków, a ja dla wilczków, misiów i innych łaków…

… i zmarłych. Bo widzicie, no każdy ma swoją fiksację!!!

Oto i ona, egzekutorka, Anita Blake.

Niziutka, całkiem drobna, a jednak silna. Nimir Ra. Kochanka wampirów, łaków i pierun wie czego jeszcze, bo niestety inaczej nie może, na szczęście… na szczęście udaje jej się teraz przetrwać bez ciągłego bzykania i gryzienia, więc może wplątać się w rozwiązywanie sprawy okrutnych morderstw. I ponownie stykamy się z gliniarzami i łakami, znowu pojawia się Richard, odmieniony, ponownie wampiry i wszelaka masa bytów, które… no cóż, nie uprzedzajmy faktów.

Oto jest ponownie porywająca, wciagająca, ociekająca bzykankiem, ale jednak w końcu i pełna akcji opowieść. Ale przede wszystkim, opowieść dość konsekwentna. W końcu jeżeli Anita nie do końca jest człowiekiem, więc wiele można od niej jeszcze się spodziewać. Nie tylko niedorobionych zombiaków.

img_8496

Wczoraj była Św. Łucja…

Oj tak, robimy to. Znaczy nie ja. Spokojnie! Wiecie, że mam silnego fioła na punkcie ognia, więc można by mnie podejrzewać o takie spacerowanie ze świeczkami na pamiątkę dziewczyny roznoszącej jadło ubogim, ale… nie. Oj nie. Zresztą, czytając co piszą o tym duńskie strony już nie wiadomo, czy dziękować za ono święto mamy Szwecji, czy jednak za nie ją… winić.

Ech. Nie dla mnie świętości i wszelkie reguły rodzajowych tradycji. Kiepska w tym jestem. Silnie i bardzo mocno, więc odpuszczam. Czy dzieciaki się zbierają? Oj pewno, pokażcie mi dziewczynkę, która nie chce paradować w długiej kiecce w odpowiednim wieku. No nie ma ich wiele. A już tutaj u nas, to chyba wszystkie biorą udział w takich marszach…

Jednak miało być o Szwecji…

Szwecja…

Zerknięcie na oną południową część – ponownie, tak przytykającą do Wyspy sprawia, że człek łapie się za głowę i myśli, że przecież nie wszystko wciąż odkryte, że przecież tyle tego być musi pod porostami i mchami, że… Oczywiście, że chodzi o moje ryty naskalne. O niekończącą się podróż, a raczej poszukiwania pewnego symbolu… Tym razem na pierwszy atak poszło Järrestad. Tutaj możecie zobaczyć kilka zdjęć i trochę datowania. Ale nie wrażenie. Niesamowicie błękitna, a raczej stalowo-błękitna powierzchnia. Skała całkiem inaczej traktowana niż te na Wyspie. A w niej… obrysowania, ryty, czy jednak tylko zmyślenia. Stopy z palcami, po prostu podeszwy, statki, koła, wgłębienia i tancerka… Wydaje się, że to miejsce, z którego widać tak wiele, które niegdyś pewnie tak samo było wietrzne, idealne tez było, by świętować, a może… tylko notować opowieści? Składać ofiary, czy jednak modlić się do wschodzącego słońca? Czy wybrali to miejsce ze względu na skałę, czy jednak… ale jeżeli nie, to dlaczego inne skały nie są oznaczone, a może były? A może są, tylko przykryte trawą i wszelaką niską roślinnością?

A może…

Nie da się nie myśleć o przeszłości. O dłoniach, które pieściły kamień. O dłoniach, które nie posiadały metalowych narzędzi, bo przecież ten lichy brąz, to miękusz taki straszny, że zostawał tylko kamień. Kamień o kamień, mokry piasek, zwyczajna robota znana sprzed tysięcy lat. Czy wtedy też tak wiało i wiatr podpowiadał im opowieści, a może jednak spoglądali w niebo? Albo chcieli tylko pozostawić swój znak… a jednak, znajduję symbol, który od dawna uznaję za mój i wątpię. Bo przecież, to wszystko mogło być o wiele prostsze, przecież ludzie się nie zmieniają.

img_1542-2

A potem…

Niesamowity głaz.

Gladsax. Wiecie, w wersji „to naprawdę ładny głaz”… Co prawda trzeba iść kawałek, ale jednak, warto… gdzieś między polami, gdzieś, gdzie sarna umyka ci spod nóg – pierun wie, co ona robiła tam, w tym rowie, stoi głaz. Okolony mniejszymi. Do tego resztki kamiennej skrzyni i już wiesz, że to wszystko niegdyś wyglądało całkiem inaczej. Że najprawdopodobniej zasypany ziemią widoczny był z daleka. Z naprawdę daleka, a mleczny, kalcyt czy jednak mieszanka chemiczna, która sprawia, że przy rozłamie wygląda jak białawy marmur… Musiał świecić.

Musiał być widoczny, musiał być znakiem.

Znanym.

A potem, musiał też być tym naznaczonym. Ale czy wiedzieli kto tam leży? A może już było wszystko rozwalone? Może sami „zbadali” grób, może postanowili go zbezcześcić? Może? Albo… albo istaniała legenda, która nie pozwalała go zniszczyć, legenda o władcy, który tak ukochał swój kraj, iż wybłagał u swoich ludzi, by właśnie tutaj go złożyli. A może o ukochanej córce wodza, który wierzył w dobro, a przytrafiło mu się tylko zło… tylko smutek i niedola, wyłącznie sam syf?

Dziwne myśli w tak niesamowitym miejscu. Nazbyt dziwne. I jeszcze ona łania umykająca nam prawie spod stóp…

I Kivik.

Widzicie, właściwie dla tego miejsca przyjechałam, to ono miało być oną wisienką na torcie i okazało się zamknięte. Na wszelkie spusty i ogólnie mówiąc niedostępne. Nosz kurde no!!! Niby rozumiem, ludzie gdzieś mają stare i od razu by zniszczyli, ale czy nie można tego jakoś inaczej zorganizować? Chociaż sam płaszcz kamienny robi wrażenie. I to wejście. Niczym obronny wężyk…

Wrócę tam. Muszę.

Zamknięty grób oczywiście doprowadził mnie do pasji wszelako obuwniczej, więc po drodze załatwiłam pocztę. A tak, w tym roku kartki wysłane ze Szwecji, bo wiecie, trzy razy taniej niż z Wyspy, a podobno ta sama poczta… i tutaj przydarzyła się nam mała wpadka drogowa, zwykłe pomieszanie kierunków, która zakończyła się niesamowitym znaleziskiem… Ja pierdziele.

Ängakåsen.

Po prostu niesamowite miejsce. Kolejne, które powróciło z martwych. Ten kamień, ten łodziowy układ kamieni, ten krąg, to wszystko… ino kurde, strasznie mokro, wciągliwie i znowu jeżyny!!! Czy to jakaś moja klątwa?

img_1578

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łapczywości… została wyłączona

Pan Tealight i Czarobijka …

„Dawno, dawno temu, gdy sławetny Kije Samobije zakochał się w Wiedźmie Bezogona świat na chwilę dostał wyrazistej czkawki, ale zaraz ruszył dalej, bo przecież… no z czegoś takiego nic nie mogło się narodzić, ale… widzicie, magiczna natura miała inne plany, więc jakoś miesiąc temu, w dniu,w którym spadł dziwnie plastikowy śnieg narodziła się ona… Czarobijka. Dziewuszka ze słomianymi loczkami i oczami, które połyskiwały niczym benzynowe kałuże. Ze skórą idealnie mleczną, uśmiechniętymi ustami, nawet jak była zła i… i poza tym wyglądała jak każde inne ludzkie dziecko. Albo wiedźmie, czy polityczne. Albo no wiecie, inne całkiem…

Czarobijka.

Problem z nią był jeden.

Była nadzwyczaj porywcza. Ale tak naprawdę porywcza. Od razu, gdy coś nie coś, gdy coś nie tak, brała za fraki, pluła, gryzła. Dziwne to było, gdy będziecie pamiętać, że mówimy wciąż o właściwie noworodku. Czy też noworodce. Matka to od razu zrezygnowała z uczuć matczynych i do karmienia zakładała na sutki takie specjalnie uformowane naparstki, a ojciec postanowił pójść na kurs samoobrony przed niemowlętami. A tak, takie też prowadzi się na Wyspie… Zresztą nie tylko on, bo przecież to, że byli rodzicami czegoś takiego, nie oznaczało, że tylko oni się będą z nią stykali, dlatego cała Wyspa postanowiła się lekko dozbroić. Bo jak się okazało, Czarobijka od maleńkości bała się, jeśli można tak uznać, jednej rzeczy… marcepanowych świnek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0513

No to jedziemy…

Płyniemy się znaczy.

Jak człek wyprowadza się na Mniejszy Kraniec Świata, to uświadamia sobie jedno… że w okresie Julowym brakuje mu światełek. Wiecie, onej rozpusty większych miast zdolnych skołować sobie wielkie choinki i girlandy i żarówki, światełka i… I nagle się okazuje, że nie trzeba jechać do żadnego wielkiego miasta, bo wystarczy niewielkie, ale i szwedzkie, Ystad i już to jest. Światełka i świąteczność. Wieńce i ciężkie jodłowe sznury od kamieniczki do kamieniczki. I znowu w każdym oknie karnie świecznik zwany skandynawskim. Albo coś w ten deseń. Niektóre z balkonów przypominają śnieżne światy, inne znowu skromniej, ale każdy coś…

Wjeżdża człowiek na rynek i widzi ogromną choinkę i drzewka odziane w te kropelki… wiecie, no te takie. No jak na moim filmiku. Czadowa sprawa. I do tego Mikołaje i krasnale i wszędzie to coś, co sprawie, że to niewielkie, portowe miasteczko zmienia się w chrzaniony Winter Wonderland. Nawet bez śniegu z ta swoją swojską spokojnością i powolnością sprawia, że jakoś tak człek sobie ładuje one świąteczne baterie.

Na promie bujało, ale nic to.

Teraz to już nic to. Wciąż co prawda nie do końca pojmuję mit koziołka, ale mogę się mu poddać. Słodki jest. Niby logiczny, gdy spojrzy się na polskie jasełka, ale jednak… hmmm, wciąż zarzucają mnie sprzeczne informacje. I wiecie co, i fajnie mi z tym, bo przecież mogę sobie dorzucić swoją własną historię. Własną opowieść o trzech szalonych koziołkach: białym, czerwonym i takim w paseczki. Z różkami i nogami tak rozstawionymi, że tworzą idealną runę haglaz i… nagle wszystko składa się w jedno. Jak zwykle… i światełka i te wieńce i te sznury i jodłowe, sosnowe, czy wszelako jakkolwiek iglane i pachnące stroiki i pęki zieleniny. I już człek wie, że kurcze nie rozumie, dlaczego nie można zrobić tak na mojej Wyspie?!

Bo co?

Bo się nie opłaca, bo Turyścizna nie przyjezdża, bo…

No właśnie?

Bo czemu i co?

img_3705

Malmö…

W tym roku światełka tutaj. W tym roku trochę inaczej, bardziej na wielkomiejsko, chociaż, trudno tak myśleć o Malmö. Przynajmniej mnie. Budynki przecież wcale nie takie wysokie, kanałów cała masa, rowery starają się przynajmniej ugryźć człowieka, jak nie zabić, a piętrowe parkingi nie wypuszczają dwunogów. Serio, nie masz karty kredytowej, za cholerę stąd nie wyleziesz… no, chyba że ci się trafi i ktoś będzie otwierał drzwi z drugiej strony, albo wiecie, zlituje się ktoś inny i cię wypuści na świat. Przyznaję, że spanikowałam. No wiecie, dali wjechać, nie dadzą wyjść? A co jeśli ktoś z kimś i jakoś tak nagle się pogubiliście i…

… lepiej nie myśleć.

Ale dobra, Malmö i jego ryneczki.

Oczywiście są choinki i czadowe zwisające, lekko może nazbyt żółte soplowate konstrukcje przecinające nam niebo między kamienicami, ponad drogą. I jeszcze jarmark i jeszcze w oddali… i już człowiek wie, że kurna w tym wielkim świecie, to potrafią robić światełka. I nawet mają karuzelę. Taką małą, wiecie, jak z bajek z idealnymi, malowanymi konikami i jeszcze obrazkami na jej ściankach, taką perfekcyjną, nie szaleńczo krzykliwą, ale jebanie idealną! I jeszcze wurst i winko i donuty, które były eeee… ale przecież niedaleko polskie sklepy, więc żałować będę tylko tego, że nie wzięłam piętnastu słoików kiszonych ogórków. Jakby ktoś coś, to ja za kiszone, a już za małosolne, naprawdę… w pełni!!!

Jarmark bardziej żywieniowy, niż zabawkowy, ale świetliste posągi zwierzaczków są, więc fotkę z wielkimi pingwinami w niebieskich czapkach mieć możesz, albo z misiami na przykład… Do tego fontanna, w której to wszystko się odbija…

No właśnie, to wszystko.

Zwykłe drzewa. Zwykłe, ogromne jednak, drzewa trzy. Pierwsze obwieszone białymi, świecącymi śnieżynkami. Takimi kulami światełek, które z jednje strony wyglądają jak płatki, a z drugiej jak śnieżki. Kolejne ubrane w gigantyczne światełka – prezenty. Kilka kolorów, a ile radochy i ono płaczące… to z filmu. Wiecie, łzawiące drzewko. Kurcze, niesamowite bo pod nim ta fontanna i wszystko to jakoś tak… człowiek oczywiście łazi, nie wytrzyma w jednym miejscu, więc przechodzi przez kolejny mostek i widzi światła miasta odbijające się w mrocznej wodzie i nagle uświadamia sobie, że choć ludzi sporo, a on stoi właśnie obok świetlistegol idealnego bałwanka, to jednak dość… cicho. Żadnej natrętnej muzyki, dwie kule – kolorowe igla zamykają swój świat małych kawiarni, ale poza nimi nikt nie wrzeszczy, nikt nie narzuca swojej muzyczności, czy wiecie tych tam nutowych kulinari.

Cicho jest…

A cicho jest fajne.

I choć ilość ludzi przeraża i tęsknię za Wyspą, to wiem jedno, musze co roku dostać taką paczkę światełek i szaleństwa świątecznego. Po prostu tego potrzebuję!!! I za to kocham Chowańca LOL

img_0433-3

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czarobijka … została wyłączona

Pan Tealight i Cud nad Hammerfyr…

„Po pierwsze, to właściwie był to cud pod fyrem.

Nie oszukujmy się, Wiedźma Wrona Pożarta ma swój własny, profesjonalny Lęk Wysokości, zawsze chodzący w japonkach i skarpetkach, przykrótkich portkach, z tych najmodniejszych linii odzieżowych i oczywiście pulowerku, no Ignacy Belmozjad ma na imię! Nie rozumiem, jak to nie wiedzieliście? Przecież on jest przy niej zawsze!!! Czy tylko staje na krześle, czy nawet wspina się na palce, albo wchodzi na taki niziutki podest nad taflą wody, a nawet…

Dlatego cud odbył się pod fyrem. Pod kamiennym, starym, ale wiecie, wciąż jarym, choć już nieświęcącym. Fyrem. Latarnianym. Tak w dniu pierwszym julemarketu Wiedźma Wrona Pożarta zgubiła jeden ze swoich najświętszych kolczyków. A tak, ktoś mógłby powiedzieć, że przecież ma ich tyle, tak wiele i wszelako nie powinna była tak łkać, ale jednak łkała… krzyczała i darła szaty. Bo go zgubiła. Małego misia na srebrnawym biglu. Misia w mikołajkowym wdzianku…

Właściwie możecie się już teraz zacząć zastanawiać o co chodzi z tym cudem, bo przecież jak zgubiła, to zgubiła, ojejku, wielkie mecyje, przecież drugi się został, no i jeszcze, zwyczajnie, drzwi się zamykają, drzwi się otwierają… możecie tak bredzić, bo w końcu nie chodzi o coś waszego, co darzycie sentymentem straszliwym…

… bo on się znalazł.

I to w dziwnym miejscu. W miejscu, które jednak zostało odkryte dopiero wtedy, gdy Wiedźma Wrona zaczęła drzeć swe szaty na boku drogi, po innym kamiennym domkiem, pod inną ścianą… znalazła go w biuście!!!

Zboczeńca!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0980

Z cyklu przeczytane: „Połów” – … wstrząsające. Tak po prostu. Dla większości ekologicznych formacji, to zwyczajne bestialstwo, dla tych ludzi nie tylko tradycja, ale i coś religijnego. Coś, co oznaczyli barierami, nigdy nie biorą więcej, zawsze dbają o starszych… Zapominamy, że północ nie ma pól i nie może wpierniczać ino baraniny, zapominamy o naturze i jej różności…

Zapominamy.

Tam wciąż są ludzie, którzy pamiętają o tym i czują, gdy one nadpływają, ale jednak część czaszki we wnętrzu grindwala… to coś nowego. Chociaż, przyznaję, że mnie samą zaskoczyło, iż wezwano do niej policję. Oczywiście oną samą kobietę, ale… i onego mężczyznę. A tak, sprawy przybrały zaskakujący obrót i ten sam duet prowadzi śledztwo, chociaż… czy można nazwać to śledztwem. Może raczek ponownie etnograficzną opowieścią o bardzo dziwnym świecie.

Który cholernie rozumiem.

Potrafię odnaleźć się w tej książce, ale jeśli szukacie mocnych sensacji i kryminalnych zwrotów, to sorry, nic z tego. To raczej historie ludzi… i mam przeczucie, że w kolejnym tomie cała ta sprawa jeszcze bardziej się rozwinie. I poznamy jakieś szokujące historie. A na razie to opowieść o sekretach. Bo tak, bo ludzie je mają i nikomu nic do tego. Ponownie o Wyspach Owczych, nacjonalizmie i… o mężczyznach, co wciąż piją. Co mnie wkurza? Faroje, nie znoszę tej odmiany, nie rozumiem onego spolszczenia! Czy to pochodzi z Føroyingar? Czy duńskiego Færing? Faroese? No bo… kompletnie mi nie pasuje i mnie wkurza. Nietłumaczenie też gliniarskich tytułów, ech no, gryzie. Ale, to takie moje spostrzeżenia. I tak czytam to jako powieść etnograficzną. I kurcze… jak do mnie, to przemawia taka wolność, cykanie ptaszków i branie spraw w swoje ręce. Ale… czy to kryminał? Nadal nie wiem.

PS. Oczywiście czaszka powiąże się z żyjącymi, ale dlaczego z kości podudzia nie szukali strzałki? No… tak wiem, czepiam się. Czekam na kolejną powieść!!!

img_3089

Książki…

… już niewiele do końca. W końcu dzięki dobrym ludziom mam Pratchetta w twardej oprawie. Znaczy nie do końca, ale jednak. Zostało już tylko kilka książek, chyba do marca przyszłego roku. Mam. Mogę wracać do nich wciąż i wciąż… bo to jednak jedne z tych książek, które karmią sny i naprawiają duszę.

Przynajmniej moją.

img_9541

I coś jeszcze… no właśnie, ostatnie książki z roboty… Hmmm, mam dziwne przeczucia, ale na razie nie wyciągnę ich na światło dzienne. Ale się boję. Chociaż z drugiej strony, może, może tego chcę? Może tak naprawdę chcę?

Baby. Z nimi nigdy nie wiadomo, co nie?

img_0110

Wieje.

Jestem powtarzalna, ale to ten zły wiatr. Dziwny wiatr. Sprawiający, że wątpicie w swoje zmysły, że unosicie się pod powałą, łazicie po ścianach i szczerze, to najchętniej byście bili talerze, a potem ze łzami w oczach je kleili, o onym poczuciem winy za wszelkie zbrodnie i wstydem wypisanym nawet na kościach…

Wieje.

A ty człowieku i tak musisz żyć. Jakoś niby można sobie trochę odpuścić jak TAK wieje, ale kto to zrozumie, gdy pracujesz przez internet? No kto? Na pewno nie ten, który tego nie poczuł. Onej władzy przemieszczanego powietrza, onej siły i mocy, dziwnego wkradania się cudzych osobowości w pod twoją własną skórę, jakby jakiś pomylony duch doktora Mengele zwyczajnie chciał ino sprawdzić czy można. Bo przecież tak to już jest z naukowcami, gdy mogą, to to robią… więc, czy naukowcy wciąż mogą być uznawani za ludzi, jeśli pozbawieni są skrupułów. Albo lepiej, twierdzą, że przecież robią to dla dobra przyszłości, jakiejtamkolwiek, więc chwalcie nas…

Gdy wieje, człowiek myśli więcej o człowieczeństwie i o tym, jak łatwo natura mogłaby nas tak zmanipulować, byśmy stali się Wyspą idealną dla każdego pisarza kryminałów. Gdzie CSI miałoby używanie, no i wiecie, te gazety, te historie, ten rozgłos, a potem sprzedane pozwolenia na film, wszelkie reklamówki, każdy by się na tym dorobił poza trupami. Chociaż, może i by zagrały w filmach? Taki prawdziwy trup to jednak największy realizm w sztuce, czyż nie?

Na wiatr nie można nic poradzić.

Niby powinna pomóc dieta, może zwiększenie cukrów w organizmie, może tłuszcze? Ech… ale nie masz sił próbować. Zresztą, nagle opada cię ona bezwzględna determinacja, iż wszystko to jest marnością, no i jakoś tak już wiesz, że po prostu znowu musisz to poczekać starając się tylko zapracować na amen.

img_0836

Polscy piłkarze…

No właśnie.

Kolejny artykuł w naszej gazetce, wiecie taki głośny to Polaki… co w piłkę kopią. Klub mieści się w Nexo, więc jakby co, jakby ktoś chciał spotkać i autografy, czy coś, to proszę. Chłopaków, znaczy mężczyzn jest aż sześciu!!! Oczywiście pracować muszą też, więc porozrzucani są po sporej części Wyspy, ale jednak… Pasjonatów oczywiście zapraszamy na meczyki!!!

Ja tam nadal wolę jednak spacery.

Po pustych polnych drogach i wszelako sporadycznie jezdnych szosach. Serio… najpierw jadą do roboty, potem w okolicach 16:30 zwykle wracają, a poza tym nic. Druga fala wraca w okolicach 17tej i finał. Pusto. Nic. Zaczepiasz odblaski dla bezpieczeństwa i możesz leźć… aczkolwiek to samobójcza trochę misja, bo chociaż osiem stopni na termometrze, to wiatr chyba z zamrażalnika, bo drapie, szarpie i kąsa niczym wampir sprawgniony twojej ciepłoty. Zabierze ją z ciebie skąd się da. Nie ma przed nim ucieczki. Sorry, cokolwiek założysz, on i tak się wciśnie i będzie zmarzniętym… trzęsącym się i wszelako niewiarygodnie żałosnym sobą. Ale, wiecie co, jakoś to nam chyba nie przeszkadza, bo widuję wielu takich dziwnych jak ja. Łazikantów… znaczy nie wielu, bo zwykle idąc widzę nikogo, ale gdzieś tak z daleka, gdzieś z okna, widuję ich, gdy sama akurat nie idę. Albo przynajmniej nie zewnętrznie…

Wieje…

Choinki przebujneły się na drugą stronę i świat znowu wie dokąd pędzi. Fala za falą zmiata piach, przynosi kamienie, a potem niczym Falowy Syzyf, no od nowa Wyspo Ludzkościowa. Wte i wewte. I nagle do głowy ci przychodzi, czy wte się tak pisze, czy nie i okazuje się, że tak… i znowu myśli się mieszają i może to te fale? No wiecie, wszystkiemu winne są nie wiatry a fale? A może wszyscy jesteśmy Wyspą i nam piasek z kamieniami się przestawia pod kopułkami?

Wieje… może w końcu przestanie? Wczoraj przez chwilę zaistniała dziwna cisza, ale była to dość krótka chwila.

img_0398

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cud nad Hammerfyr… została wyłączona

Pan Tealight i Porwana przez Reindeera…

„Wiedźma Wrona Pożarta nie śniła…

Zresztą, nawet jeżeli, czy miało to w ogóle jakieś znaczenie? Czy sen i dzienność, to tak naprawdę dwa różne światy, a może jednak nie? Może wyłącznie się uzupełniają? Może po prostu jakoś tak tylko nas nauczono, że… sen to ułuda?

Może?

Bo przecież marzła.

Cudownie i lekko boleśnie w okolicach nadmiernie odkrytych kawałków ciała… a miała ich sporo, ale kto by nie marzł tak stojąc w zawieję przed domem i patrząc na ogromnego renifera. Na wielkiego, rogatego, ze szronem na rogach i mchami skostniałymi. Z wielkim pyskiem i oczami, w których nie odbijała się mądrość wszechświata, oj nie, one były oną mądrością. I bajecznością i mitycznością. I tak stali na przeciwko siebie, aż ona wyciągnęła dłoń i go dotknęła. I on nie zniknął…

A ludzie wychodzili z domów i spoglądali na ono dziwactwo. I nie wiedzieli, czy to sen, czy jednak zwyczajność baśniowa? A może coś, co się przytrafia po zjedzeniu ryby z jakimś rąbanym robakiem, co to sprawia, że w końcu widzi się prawdę? Patrzyli i nie wierzyli, wierzyli i zamykali oczy, a ona gładziła go po pysku, który parował. A on się pochylał i patrzył na nią… Chowaniec Wiedźmy wyciągnął dłoń, ale chyba go nie widzieli. Chyba jednak, zrobili pierwszy krok, potem następny. Wiedźma i renifer, idealnie biały, bielszy niż niewinności, bielszy niż kłamstwa i plamy w historii… i tak nagle, krok po kroku oddalali się, aż w końcu…

… zniknęli. Na ośnieżonej drodze ślady nagle się kończyły. Bosych stóp Wiedźmy Wrony i racic, dziwnie ogromnych, potężnych… i sen się nie skończył. I nie nastał już dzień. A śnieg wciąż padał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_8441

Wieje…

Znowu wieje. Mocno i wszelako zimnawo.

Wieje po prostu jak szlag! Pewno i fale są wielkie i wszelako monstrualne, ale wiecie, trzeba mierzyć siły na zamiary i przy wzroście 150 cm w kapeluszu, raczej no nie wyłazić w pobliże miejsc, które mogą tąpnąć, tudzież się obsunąć, albo wiecie, no ogólnie ulegnąć dezintegracji. Wielkiej i wiekuistej.

A jednocześnie, jakoś tak fajnie jest.

Co chwilę poprzez chmury wygląda ono dziwne, niskie słońce, a potem znowu pomroczność, w potem ponownie dziki błękit… jakby to wszystko, to całe zewnętrze mogło wszystko. I chciało bardzo to udowodnić. Nawet jak gotujesz sobie szpinak na obiad… A mówiąc o szpinaku, to wiecie co, to kryzys. Tak zwane warzywa w naszych niewielu sklepikach oczywiście sprowadzane są z przeróżnych państw dziwnie odległych od Wyspy. Nawet bardzo, ale już mrożonki warzywne z CHIN?!!! Kurna, powaliło kogoś? Bez urazy, ale droga Polsko, może chociaż jabłka, co? Albo jakieś warzywka, nosz wystarczy przez morze przecież!!!

Widać nie wystarczy. W dziwny sposób z Polska czasem ino coś z wędliny. Zabawne, co nie? A przecież zdawałoby się, że tak blisko, że byłoby to logiczniejsze i tańsze, że… gdy zapytałam, gdzie są warzywa z Danii, to mnie wyśmiano. Podobno w Danii, to kurna ino dla zwierzynów zieleninkę się sadzi…

Czuję się jak krowa.

Głodna. Z Chinów jeść nie będę. Odmawiam. Kurna zostanę na ziółkach i rabanych ostatnich mleczykach! Ech… może trzeba przemyśleć, wiecie, jak u Muminków, no taką igliwiową dietę zimową? Co prawda po niej od razu w kimę, a ja zimę kocham, no ale… kurcze. Nie mam pojęcia jak przetrwam, ale kalafior z Belgii cuchnie jak trup, podobnie brokuł!

img_3438

Gdy już bardzo mnie wkurza wszystko…

Wyłażę na spacer.

Wiecie, kilka godzin, szybko z przysiadami na zdjęcia, by wrócić do domu z girami odartymi do żywego mięsa przez ostatnie jeżynki i tym podobno kłujacze. Z płuckami dobrze przewianymi, z głową za to pełną nowych pomysłów. Nie umiałabym już jakoś tak w mieście, a kiedyś… kiedyś chciałam tylko do miasta. Ale wiecie, nie miasta miasta, ale mieszkać gdzieś przy parku, więc jednak wiocha. Jakoś bez drzew i wron, no to nie jest życie. A teraz… wyjazd do Rønne to mój mały koszmar. No sorry, choć widoki przednie, a domeczki maciupkie, to wciąż nadmiar ludzi. Nie łażenie po polach, gdzie dookoła ciemno, gdzie nikogo, ni żywej duszy, choć może i siedzą gdzieś w krzakach tam jakieś zboczeńcy, ale nawet jak siedzą, to wiecie, wolą widać się nie pokazywać…

I idę.

I oczywiście, że mnie zmrok łapie, na szczęście na opłotkach Gudhjem i… widzę światełka. Na jednym z żywopłotów siedzi wielki Mikołaj, na innym ino zielone światełka, tutaj coś czerwonego i spory napis God Jul, tam znowu szaleństwo i renifer ze światełek dziwnie się nastawia na kopię kościoła w Olsker… a może tego drugiego, a może… no na pewno jakiegoś okrągłego. Muszę przyznać, że trza będzie sprawdzić, bo w końcu ta drewniana rzeźba stoi tam cały rok, może to jednak Østelars? Mniejsza, renifer się do niego dobiera… w oknach wiszą, tudzież stoją światełka. Tu trochę szwedzko, tam znowu bardziej modernie. Wiecie, ludzie różne, niektórzy skołowali sobie ozdoby z zagramanicy, inni znowu wykupili to, co było, czyli sporo ma zwyczajne to samo… I fajno jest. Spokojnie tak, mimo wiatru, dziwnie baśniowo, ale tak wiecie, bez zakończenia. I nie trzeba się zastanawiać, czy będzie ono dobre, czy złe, czy jednak całkiem neutralne, czy pantofelek się znajdzie, a ona nie będzie miała grzybicy, czy jednak wiecie, mikstury się pomylą, no i to ona porośnie futrem, a Babcia zmłodnieje…

A wilk, hmmm, a wilk zawsze wygra.

img_3374-2

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Porwana przez Reindeera… została wyłączona

Pan Tealight i Przeklętnice…

„Bo bo bo…

Bo kurcze ludzie to pozapominali. Ciągle niczym gąbki namiętnie nieogarniające tego wszystkiego, tak właściwie totalnie niekrytyczne, wciągają to co z Zagramanic wszelakich, palmowych i innojęzycznych, a o swoim zapominają. Dlatego wszystkie Przeklętnice sprowadziły się w przededniu Mikołajek do Białego Domku. Do Sklepiku z Niepotrzebnymi!!! Wiecie, ot tak w prezencie. Zresztą i tak Wszyscy Mikołajowie ponownie postanowili olać ludzkość…

Mieli dość.

Siedzieli w podziemiach i coś kombinowali, co zalatywało samogonem, tytoniem i smażonymi w cukrze migdałami. I śpiewali. O rzeczach i sprawach całkiem niemikołajowych. Ale Wiedźmie Wronie się podobało. Uwielbiała z nimi siedzieć. A Przeklętnice, no wiecie, jakoś tak wpasowały się w ten obraz. Tak jakoś z dziwną łatwością i filuternością tych, które potrafią tworzyć najcudowniejsze przeleństwa. Najbardziej soczyste i malownicze. Barokowe w wydźwięku, bogato zdobione, mocno koronkowane i silnie niefiltrowane.

Boskie zwyczajnie…

… i za każdym razem unikatowe. Bo Przeklętnice nie tylko same potrafiły przekląć kogoś na amen i hosannę, nie tylko sprawiały, że każda klątwa byłaby łatwością, ot pstryknięciem palcami, kląśnięciem językiem… przede wszystkim jednak były twórczyniami wielkiemi. Poetkami Wielkiego Wkurwa!

PS. W okresie świątecznym promocyjne ceny!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_4993-2

Z cyklu przeczytane: „Żar mrozu” – … właśnie, że mocno sensacyjnie. Aj tak, tym razem jest kosmicznie mocno i sensacyjnie, i jeszcze mało romantycznie – jakoś tak nasłuchałam się ostatnio, że ta autorka, to ino romanse, więc nadmienię… krew jest, mordobicia i łzy, ale romans, hmmm, kochają się różni, ale poza tym, poza oddaniem i rodziną/stadem, to bez różowości!!!

Bo tylko im się udało. Tylko Mercy i Jess umykają porywaczom, a to oznacza walkę o całe stado. Kto jednak jest przyjacielem, a kto wrogiem? Czy to rzeczywiście tylko polityka, a może coś więcej? I czy im się uda? Jak walczyć przeciwko armii wyszkolonych najemników? Walczyć o stado… o całą rodzinę.

Wiecie co… tak jak poślubny tom mnie nie zachwycił, tak ten porwał i rozerwał na strzępki. Jest znowu mocno, sensacyjnie, lekko kryminalnie. Pojawiają się starzy znajomi, odbieramy kolejne długi, jest trochę humoru, ale przede wszystkim objawia się on… nowy gracz. Znaczy, no nie do końca, ale mam nadzieję, że to nie jego ostatnie słowo, znaczy tam warknięcie! Spodobał mi się!!! A poza tym oczywiście magia i zaklęcia, lekka pomoc ponadnaturalna i coraz bardziej odkrywająca się przeszłość naszej bohaterki, bo… wszystko chyba nie jest takie, jak kiedyś myśleliśmy…

Świetna zabawa! Z pazurem i problemami z nadmiernym owłosieniem, oraz okrwioną tapicerką, ale wiecie, super!!! W końcu mamy kogoś od sprzątania!!!

img_8497

Ptasia grypa i ogień w silniku…

Znaczy wiecie, wesoło.  Ptasia grypa na Wyspie oznacza wszelaką lękliwość, ale tak naprawdę… to nie macać zdechłych ptaszków i tyle, co do samolotów… ech, no zapalił się. Na szczęście silnik, i to tylko jeden, zapalił się w maszynie, która dopiero opuściła Wyspę, więc nie było źle. Obeszło się na strachu, choć przyznam, że dla mnie strach to wystarczająca sprawa, by wybrać drogę wpław niż niebem.

Takie wiecie, koszmarne ciekawostki. Poza tym jest pięknie. Właściwie prawie codziennie coś tam świeci przez kilka godzin, więc… ludziom nie jest źle. Ja tam cenię sobie wszelaką glumiowatość aury o tej porze roku. Uspokaja mnie i pozwala skupić się na robocie. Jakoś tak… zewnętrze mniej wtedy rozprasza. Nie zmusza do spacerów, szukania plenerów, do zdjęć, wszelkiej aktywności, jakoś tak można się po prostu zamknąć w sobie i spoglądać na nadmierność światełek w domu.

Bo przecież to już ten czas.

Jadąc wieczorem widać, komu się chciało coś zrobić a komu nie, tudzież kto mieszka na Wyspie, a kto ino udaje. Tutaj garść światełek rzuconych na busk, co intrygujące KOLOROWYCH! Bo widzicie, u nas to zwykle białe, albo w kolorze lekkiego moczu, albo białe, białawe lub… białe. I tyle. Tutaj oczywiście coś więcej, domek z oświetlonymi kątami i szczytami, rogami i oknami, no bajka no, tam skromniej, tylko choinka, ale piękna tak, że ino śniegu brakuje. Oczywiście jest też dom w Klemensker. Tak, to wiecie, no cokolwiek można, to jest. Serdeczna wyrazistość stwierdzenia: jakby Mikołaj się zerzygał. Ale wiecie, miło tak zpawiał, nie jakoś ble…

Po prawej światełka, które świecą cały rok, po lewej ot rzucone garści lampek na krzaki, dzięki którym jakoś tak milej na duszy. W Nexø za to na skwerach i końcach miasta stoją ogromne słomiane klocki, a na nich maciupki krasnal. Oczywiście znowu ubrano żołciutkie muzeum, w czapeczki i wszelako się mikołai teraz. I choineczki i w każdym porcie jakaś stoi, bliżej lub dalej, większość lekko bujnięta po wiatrach, wiadomo. Może po kolejnym sztormie bujną się w drugą stronę? Bo przecież Wyspa to wyspa, wiecznie niespokojna, wiekuiście zmienna, nienudna.

img_0157

Ostatni julemarket…

Znaczy, bez urazy pewno, że jeszcze będą jakieś małe i takie tam, ale ten w Hammerfyr był moim ostatnim. Moim takim wiecie, tym jednym z najważniejszych… był niesamowity. Czy to przez latarnię, czy to prawie gołoborze? Nie no, ino miejscami, bo przecież większość to spore skałki, kilka owczych ścieżek, wiele owczych bobków i drzewa w dole. I jeszcze te wystające skały i te mikre krzewinki, widok na Szwecję… morze w dole, wiatr w górze, pamieć o świetle…

Wszystko oczywiście ponownie w domku latarnika, czy czymś w ten deseń. Całe miejsce, łącznie z kuchnią wypełnione choinkami, ozdobami, a wszystkie takie proste. Drewniane, czerwone i tylko lakierowane, papierowe, origami, krasnale i wełniane cuda. Do tego mchy i wszelakie stroiki. I przetwory i świeczki i jeszcze… ten zapach sosnowy przed wejściem, bo oni zawsze wysypują dróżkę trocinami, no i oczywiście prazone migdały w tej cudownej, słodkiej pokrywie… Ja piernicze, były to najsmaczniejsze migdały jakie jadłam w życiu!!! Robione jak kiedyś, bez ściemy…

Siedzenie na kamieniu, czy raczej ino przycupnięcie, bo przecież zimnisko cudowne, i gapienie się w skały i morze, serio jest niesamowite. Do tego moja kolejna świnka do kolekcji, bo na święta prosiak być musi, no i jeszcze choinka, zwykła i drewniana i jeszcze taka z nutowego papieru… niczym pieśń na zapas. Niczym coś, co można potem zagrać, jeśli tylko się potrafi… a wszystko, gdy tylko się znudzi, zwyczajnie można zwrócić naturze. Takie to proste, a na każde święta możesz mieć coś nowego…

… coś innego.

I choć człek wyciąga jak zwykle swoje ukochane świąteczne gadżety, to jednak wiecie co… ja muszę mieć coś nowego. Co roku. Nowe drzewko z korzeniami, nowe zabawki, nowe ozdoby, stare też, ale jednak, oby nie było tak samo. Żeby było inaczej, bo najgorsza to rutyna w świętowaniu. No serio. Najgorsza rutyna w zabawie.

img_3118

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przeklętnice… została wyłączona

Pan Tealight i Prezent dla Wiedźmy…

„Co roku miał z tym problem.

Nie no, cieszyła się właściwie z czegokolwiek, cokolwiek dostała, to się śmiała i podskakiwała, choć w jej wieku to raczej, no wiecie sami… Wieść Gminna trąbiła, że z gówienka w papierku tez pewnie by się radowała, ale nikt nie sprawdzał… Jednak gdyby dać jej coś takiego, co wiecie, zostało by na zawsze. Co zawsze będzie przy niej, co sprawi, że nie tylko się ucieszy, ale zapamięta, zamyśli, ale i jakoś tak… no nie zapomni. Po prostu spełnić marzenie?

Tylko co dać Wiedźmie Wronie?

Gwiazdkę z nieba?

Ech, nie dość, ze nieporęczne toto, to jeszcze pewno będzie chciała rodzinę odwiedzać, a Wiedźma Wrona ma lęk wysokości i woli ziemię, nie jakieś kosmosy, więc chyba nie. No i co, jeśli będzie to gwiazdka sprzed dziury czarnej? A może jednak właśnie dać taką już dziurę? Kurcze, no może to o to chodzi, by mieć miejsce, w którym nikt i nigdy nas nie znajdzie… ale ona i tak miała niezłe mistrzostwo z chowania się w różnych miejscach i bycia nieodkrywalną, więc…

No dobra, to może las jednak? Ale jak dać jej las? Jak zapakować ziemię, korzenie i kamienie? Skałki, mchy i liście, nory i zwierzynkę, drzewa i krzaczki i jeszcze jakieś kurhany, bo co to za las bez kurhanów, a jak kurhany to i duchy i oczywiście szkielety i dary jakieś, bo jak prezent, to iść na całość, więc…

A może dom?

Tylko jak dać komuś coś tak niemożliwie osobistego? No jak? Jak odgadnąć każde marzenie, kolor ścian, dachówki, ilość okien, balkoniki, ustawienie, położenie, nasłonecznienie i jeszcze ogródek. Bo przecież dom musi mieć ogródek. Może i nie będzie to odlinijkowy skwer, ale jednak ziółka być muszą…

To co?

Czapkę?

Nie lubi, woli kaptury i bluzy. Szalik? Ma jeden i ciagle go za sobą ciągnie, właściwie od niedawna szalik miał już w sobie tyle bycia i życia, że przestał być jedynie ciuchem, stał się bytem silnie magicznym i nie do końca kontrolował swoją moc… serio, tylko ona umiała go okiełznać. Tylko ona, więc co?

No co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_6001-2

I wieje…

Człowiek nagle, zasypiając już, wkraczając w strefę sennego cienia i takich tam świntuchowatych snów, nagle słyszy: łup łup łup w drzwi. I to te drugie drzwi. One mniej oficjalne. Drzwi, które naprawdę wykorzystuje się tylko od czasu do czasu. Które są od ogrodu, garażu, w które listonosz nie stuka ni raz, ni dwa… wiecie, te od służących, tudzież skrytych kochanków…

No więc wieje, ty zasypiasz i słyszysz ono łupanie. Walenie i wszelakie uczucie, że trzeba będzie wstać, że dorosłość zmusza, że nie można tak pod miśkiem, choć przecież można wziąć miśka ze sobą, ino co, jeśli to ów zagubiony książę, co to w końcu przyszedł, odnalazł mnie, swą księżniczkę? No co? Jak mnie tak z misiem zobaczy, to… e tam, jak mnie zna, to ino po misiu rozpozna, ale tak misia na takie spotkania naciągać, miś się zgorszy i co będzie, przecież pluszak, to dusza taka niewinna…

… łup, łup, łup. Nie przestaje, więc wstajesz. Rezygnujesz z obstawy pluszowej, zamykasz oczy, bo przecież w twoim świecie łóżko to wyspa, a dookoła niego rekiny i inne tam gryzacze, więc zamykasz oczy, przydeptujesz mackę Potworowi Spode Łóżka, przepraszasz… pytasz się go, czy pójdzie z tobą, ale on nie chce. Mówi, że serio, jakoś nie, że on się chyba boi, no i głupio będzie, jak tak się obydwoje będziecie trząść. I przytula swojego misia, chowa się głębiej, choć przecież tam i tak wąsko… Idziesz więc sama. Idziesz. A pierniczysz to, no w cholerę walić o tej porze i to w drzwi nieoficjalne, to już totalna bezczelność, więc ino bluza i gacie i koszulka, w której widać właściwie wszystko, więc… walić to.

Szarpiesz drzwi, a za nimi…

… za nimi oczywiście one drugie drzwi.

No te niewyjściowo niewejściowe. Bo przejść trzeba przez malutką pralnię. He he he!!! A za drzwiami. Które otwierasz stanowczo… nie ma księcia. Nie ma jego konia, ani nawet kurna mikrego jednorożca. Kurna, no nie ma. Czujesz żal i zwyczajnie tak podnosisz ten zielony kubeł na papier. Ten kubeł recyclingowy. Wiesz, co to się obalił na stopień i wiekiem walił w drzwi. Może i potrzebował przytulenia, może i czuł się samotny, wiecie, taki wywiany, a i dość świeżo opróżniony…

Podnosisz kubeł i wracasz do łóżka.

img_0220

Wieje…

I wiecie co, cudnie się śpi jak tak wieje. Bo to nie ten psychiczny wiater, który zwiększa spożycie barbituranów lub procentów. Nie ten, który sprawia, że wyjesz w kącie, a kąt odpowiada tym samym i ma do tego pudełeczko różowych chusteczek higienicznych… a właśnie a propos chusteczek, to czy jeszcze istnieją chusteczki niejednorazowe? No wiecie, takie śliczne, bawełniane strzępki, często koronkami obszyte, albo szydełeczkiem obrąbione. Takie, których nigdy nie wolno było nikomu podarować oficjalnie, bo to podobno przyzywało łzy…

… bo mi się marzą takie.

Wiecie.

Te, którymi panny machały swym wybrankom na peronach kolejowych, którymi łzy osuszały i które, gdy świeze i wyprasowane, wystawały z butonierek, czy kieszonek… piękne takie. Pamiętam, że kiedyś miałam takie ze storkami bajkowymi, a były to czasy, gdy one stworki to wiecie, ino w USA były… no widzicie, tak to jest, jak wiatr wieje. Dziwne myśli przywiewa i sny.

I wywala kubeł na papier, który jest niesamowicie ciężki. Serio! Nie myślałam, że aż tak ciężki będzie, gdy się z nim szarpałam. Ale… wiater oznacza też zmienione plaże, szeroką rzeczkę Melstedową i oczywiście niesamowite kształty wyrysowane rozlaną szeroko wodą. I kamyczki szkliste i mokrość, którą można przejść, bo nagle się ona tak płytką stała. I w ogóle. Po prostu… wiatr nas zmienia. I oczywiście Wyspę też. Może i spora część nabrzeża, które ludzie próbowali wiecie, jakoś tam pod siebie przystosować, rozpadła się, szczególnie w Sandvig, ale, no cóż… taki żywioł. Wietrzny. Zmieniający. Niby poruszający tylko cząsteczkami, a jednak…

Przemocny.

img_3371

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Prezent dla Wiedźmy… została wyłączona