„Bo bo bo…
Bo kurcze ludzie to pozapominali. Ciągle niczym gąbki namiętnie nieogarniające tego wszystkiego, tak właściwie totalnie niekrytyczne, wciągają to co z Zagramanic wszelakich, palmowych i innojęzycznych, a o swoim zapominają. Dlatego wszystkie Przeklętnice sprowadziły się w przededniu Mikołajek do Białego Domku. Do Sklepiku z Niepotrzebnymi!!! Wiecie, ot tak w prezencie. Zresztą i tak Wszyscy Mikołajowie ponownie postanowili olać ludzkość…
Mieli dość.
Siedzieli w podziemiach i coś kombinowali, co zalatywało samogonem, tytoniem i smażonymi w cukrze migdałami. I śpiewali. O rzeczach i sprawach całkiem niemikołajowych. Ale Wiedźmie Wronie się podobało. Uwielbiała z nimi siedzieć. A Przeklętnice, no wiecie, jakoś tak wpasowały się w ten obraz. Tak jakoś z dziwną łatwością i filuternością tych, które potrafią tworzyć najcudowniejsze przeleństwa. Najbardziej soczyste i malownicze. Barokowe w wydźwięku, bogato zdobione, mocno koronkowane i silnie niefiltrowane.
Boskie zwyczajnie…
… i za każdym razem unikatowe. Bo Przeklętnice nie tylko same potrafiły przekląć kogoś na amen i hosannę, nie tylko sprawiały, że każda klątwa byłaby łatwością, ot pstryknięciem palcami, kląśnięciem językiem… przede wszystkim jednak były twórczyniami wielkiemi. Poetkami Wielkiego Wkurwa!
PS. W okresie świątecznym promocyjne ceny!!!”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Żar mrozu” – … właśnie, że mocno sensacyjnie. Aj tak, tym razem jest kosmicznie mocno i sensacyjnie, i jeszcze mało romantycznie – jakoś tak nasłuchałam się ostatnio, że ta autorka, to ino romanse, więc nadmienię… krew jest, mordobicia i łzy, ale romans, hmmm, kochają się różni, ale poza tym, poza oddaniem i rodziną/stadem, to bez różowości!!!
Bo tylko im się udało. Tylko Mercy i Jess umykają porywaczom, a to oznacza walkę o całe stado. Kto jednak jest przyjacielem, a kto wrogiem? Czy to rzeczywiście tylko polityka, a może coś więcej? I czy im się uda? Jak walczyć przeciwko armii wyszkolonych najemników? Walczyć o stado… o całą rodzinę.
Wiecie co… tak jak poślubny tom mnie nie zachwycił, tak ten porwał i rozerwał na strzępki. Jest znowu mocno, sensacyjnie, lekko kryminalnie. Pojawiają się starzy znajomi, odbieramy kolejne długi, jest trochę humoru, ale przede wszystkim objawia się on… nowy gracz. Znaczy, no nie do końca, ale mam nadzieję, że to nie jego ostatnie słowo, znaczy tam warknięcie! Spodobał mi się!!! A poza tym oczywiście magia i zaklęcia, lekka pomoc ponadnaturalna i coraz bardziej odkrywająca się przeszłość naszej bohaterki, bo… wszystko chyba nie jest takie, jak kiedyś myśleliśmy…
Świetna zabawa! Z pazurem i problemami z nadmiernym owłosieniem, oraz okrwioną tapicerką, ale wiecie, super!!! W końcu mamy kogoś od sprzątania!!!
Ptasia grypa i ogień w silniku…
Znaczy wiecie, wesoło. Ptasia grypa na Wyspie oznacza wszelaką lękliwość, ale tak naprawdę… to nie macać zdechłych ptaszków i tyle, co do samolotów… ech, no zapalił się. Na szczęście silnik, i to tylko jeden, zapalił się w maszynie, która dopiero opuściła Wyspę, więc nie było źle. Obeszło się na strachu, choć przyznam, że dla mnie strach to wystarczająca sprawa, by wybrać drogę wpław niż niebem.
Takie wiecie, koszmarne ciekawostki. Poza tym jest pięknie. Właściwie prawie codziennie coś tam świeci przez kilka godzin, więc… ludziom nie jest źle. Ja tam cenię sobie wszelaką glumiowatość aury o tej porze roku. Uspokaja mnie i pozwala skupić się na robocie. Jakoś tak… zewnętrze mniej wtedy rozprasza. Nie zmusza do spacerów, szukania plenerów, do zdjęć, wszelkiej aktywności, jakoś tak można się po prostu zamknąć w sobie i spoglądać na nadmierność światełek w domu.
Bo przecież to już ten czas.
Jadąc wieczorem widać, komu się chciało coś zrobić a komu nie, tudzież kto mieszka na Wyspie, a kto ino udaje. Tutaj garść światełek rzuconych na busk, co intrygujące KOLOROWYCH! Bo widzicie, u nas to zwykle białe, albo w kolorze lekkiego moczu, albo białe, białawe lub… białe. I tyle. Tutaj oczywiście coś więcej, domek z oświetlonymi kątami i szczytami, rogami i oknami, no bajka no, tam skromniej, tylko choinka, ale piękna tak, że ino śniegu brakuje. Oczywiście jest też dom w Klemensker. Tak, to wiecie, no cokolwiek można, to jest. Serdeczna wyrazistość stwierdzenia: jakby Mikołaj się zerzygał. Ale wiecie, miło tak zpawiał, nie jakoś ble…
Po prawej światełka, które świecą cały rok, po lewej ot rzucone garści lampek na krzaki, dzięki którym jakoś tak milej na duszy. W Nexø za to na skwerach i końcach miasta stoją ogromne słomiane klocki, a na nich maciupki krasnal. Oczywiście znowu ubrano żołciutkie muzeum, w czapeczki i wszelako się mikołai teraz. I choineczki i w każdym porcie jakaś stoi, bliżej lub dalej, większość lekko bujnięta po wiatrach, wiadomo. Może po kolejnym sztormie bujną się w drugą stronę? Bo przecież Wyspa to wyspa, wiecznie niespokojna, wiekuiście zmienna, nienudna.
Ostatni julemarket…
Znaczy, bez urazy pewno, że jeszcze będą jakieś małe i takie tam, ale ten w Hammerfyr był moim ostatnim. Moim takim wiecie, tym jednym z najważniejszych… był niesamowity. Czy to przez latarnię, czy to prawie gołoborze? Nie no, ino miejscami, bo przecież większość to spore skałki, kilka owczych ścieżek, wiele owczych bobków i drzewa w dole. I jeszcze te wystające skały i te mikre krzewinki, widok na Szwecję… morze w dole, wiatr w górze, pamieć o świetle…
Wszystko oczywiście ponownie w domku latarnika, czy czymś w ten deseń. Całe miejsce, łącznie z kuchnią wypełnione choinkami, ozdobami, a wszystkie takie proste. Drewniane, czerwone i tylko lakierowane, papierowe, origami, krasnale i wełniane cuda. Do tego mchy i wszelakie stroiki. I przetwory i świeczki i jeszcze… ten zapach sosnowy przed wejściem, bo oni zawsze wysypują dróżkę trocinami, no i oczywiście prazone migdały w tej cudownej, słodkiej pokrywie… Ja piernicze, były to najsmaczniejsze migdały jakie jadłam w życiu!!! Robione jak kiedyś, bez ściemy…
Siedzenie na kamieniu, czy raczej ino przycupnięcie, bo przecież zimnisko cudowne, i gapienie się w skały i morze, serio jest niesamowite. Do tego moja kolejna świnka do kolekcji, bo na święta prosiak być musi, no i jeszcze choinka, zwykła i drewniana i jeszcze taka z nutowego papieru… niczym pieśń na zapas. Niczym coś, co można potem zagrać, jeśli tylko się potrafi… a wszystko, gdy tylko się znudzi, zwyczajnie można zwrócić naturze. Takie to proste, a na każde święta możesz mieć coś nowego…
… coś innego.
I choć człek wyciąga jak zwykle swoje ukochane świąteczne gadżety, to jednak wiecie co… ja muszę mieć coś nowego. Co roku. Nowe drzewko z korzeniami, nowe zabawki, nowe ozdoby, stare też, ale jednak, oby nie było tak samo. Żeby było inaczej, bo najgorsza to rutyna w świętowaniu. No serio. Najgorsza rutyna w zabawie.




