Pan Tealight i Prezent dla Wiedźmy…

„Co roku miał z tym problem.

Nie no, cieszyła się właściwie z czegokolwiek, cokolwiek dostała, to się śmiała i podskakiwała, choć w jej wieku to raczej, no wiecie sami… Wieść Gminna trąbiła, że z gówienka w papierku tez pewnie by się radowała, ale nikt nie sprawdzał… Jednak gdyby dać jej coś takiego, co wiecie, zostało by na zawsze. Co zawsze będzie przy niej, co sprawi, że nie tylko się ucieszy, ale zapamięta, zamyśli, ale i jakoś tak… no nie zapomni. Po prostu spełnić marzenie?

Tylko co dać Wiedźmie Wronie?

Gwiazdkę z nieba?

Ech, nie dość, ze nieporęczne toto, to jeszcze pewno będzie chciała rodzinę odwiedzać, a Wiedźma Wrona ma lęk wysokości i woli ziemię, nie jakieś kosmosy, więc chyba nie. No i co, jeśli będzie to gwiazdka sprzed dziury czarnej? A może jednak właśnie dać taką już dziurę? Kurcze, no może to o to chodzi, by mieć miejsce, w którym nikt i nigdy nas nie znajdzie… ale ona i tak miała niezłe mistrzostwo z chowania się w różnych miejscach i bycia nieodkrywalną, więc…

No dobra, to może las jednak? Ale jak dać jej las? Jak zapakować ziemię, korzenie i kamienie? Skałki, mchy i liście, nory i zwierzynkę, drzewa i krzaczki i jeszcze jakieś kurhany, bo co to za las bez kurhanów, a jak kurhany to i duchy i oczywiście szkielety i dary jakieś, bo jak prezent, to iść na całość, więc…

A może dom?

Tylko jak dać komuś coś tak niemożliwie osobistego? No jak? Jak odgadnąć każde marzenie, kolor ścian, dachówki, ilość okien, balkoniki, ustawienie, położenie, nasłonecznienie i jeszcze ogródek. Bo przecież dom musi mieć ogródek. Może i nie będzie to odlinijkowy skwer, ale jednak ziółka być muszą…

To co?

Czapkę?

Nie lubi, woli kaptury i bluzy. Szalik? Ma jeden i ciagle go za sobą ciągnie, właściwie od niedawna szalik miał już w sobie tyle bycia i życia, że przestał być jedynie ciuchem, stał się bytem silnie magicznym i nie do końca kontrolował swoją moc… serio, tylko ona umiała go okiełznać. Tylko ona, więc co?

No co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_6001-2

I wieje…

Człowiek nagle, zasypiając już, wkraczając w strefę sennego cienia i takich tam świntuchowatych snów, nagle słyszy: łup łup łup w drzwi. I to te drugie drzwi. One mniej oficjalne. Drzwi, które naprawdę wykorzystuje się tylko od czasu do czasu. Które są od ogrodu, garażu, w które listonosz nie stuka ni raz, ni dwa… wiecie, te od służących, tudzież skrytych kochanków…

No więc wieje, ty zasypiasz i słyszysz ono łupanie. Walenie i wszelakie uczucie, że trzeba będzie wstać, że dorosłość zmusza, że nie można tak pod miśkiem, choć przecież można wziąć miśka ze sobą, ino co, jeśli to ów zagubiony książę, co to w końcu przyszedł, odnalazł mnie, swą księżniczkę? No co? Jak mnie tak z misiem zobaczy, to… e tam, jak mnie zna, to ino po misiu rozpozna, ale tak misia na takie spotkania naciągać, miś się zgorszy i co będzie, przecież pluszak, to dusza taka niewinna…

… łup, łup, łup. Nie przestaje, więc wstajesz. Rezygnujesz z obstawy pluszowej, zamykasz oczy, bo przecież w twoim świecie łóżko to wyspa, a dookoła niego rekiny i inne tam gryzacze, więc zamykasz oczy, przydeptujesz mackę Potworowi Spode Łóżka, przepraszasz… pytasz się go, czy pójdzie z tobą, ale on nie chce. Mówi, że serio, jakoś nie, że on się chyba boi, no i głupio będzie, jak tak się obydwoje będziecie trząść. I przytula swojego misia, chowa się głębiej, choć przecież tam i tak wąsko… Idziesz więc sama. Idziesz. A pierniczysz to, no w cholerę walić o tej porze i to w drzwi nieoficjalne, to już totalna bezczelność, więc ino bluza i gacie i koszulka, w której widać właściwie wszystko, więc… walić to.

Szarpiesz drzwi, a za nimi…

… za nimi oczywiście one drugie drzwi.

No te niewyjściowo niewejściowe. Bo przejść trzeba przez malutką pralnię. He he he!!! A za drzwiami. Które otwierasz stanowczo… nie ma księcia. Nie ma jego konia, ani nawet kurna mikrego jednorożca. Kurna, no nie ma. Czujesz żal i zwyczajnie tak podnosisz ten zielony kubeł na papier. Ten kubeł recyclingowy. Wiesz, co to się obalił na stopień i wiekiem walił w drzwi. Może i potrzebował przytulenia, może i czuł się samotny, wiecie, taki wywiany, a i dość świeżo opróżniony…

Podnosisz kubeł i wracasz do łóżka.

img_0220

Wieje…

I wiecie co, cudnie się śpi jak tak wieje. Bo to nie ten psychiczny wiater, który zwiększa spożycie barbituranów lub procentów. Nie ten, który sprawia, że wyjesz w kącie, a kąt odpowiada tym samym i ma do tego pudełeczko różowych chusteczek higienicznych… a właśnie a propos chusteczek, to czy jeszcze istnieją chusteczki niejednorazowe? No wiecie, takie śliczne, bawełniane strzępki, często koronkami obszyte, albo szydełeczkiem obrąbione. Takie, których nigdy nie wolno było nikomu podarować oficjalnie, bo to podobno przyzywało łzy…

… bo mi się marzą takie.

Wiecie.

Te, którymi panny machały swym wybrankom na peronach kolejowych, którymi łzy osuszały i które, gdy świeze i wyprasowane, wystawały z butonierek, czy kieszonek… piękne takie. Pamiętam, że kiedyś miałam takie ze storkami bajkowymi, a były to czasy, gdy one stworki to wiecie, ino w USA były… no widzicie, tak to jest, jak wiatr wieje. Dziwne myśli przywiewa i sny.

I wywala kubeł na papier, który jest niesamowicie ciężki. Serio! Nie myślałam, że aż tak ciężki będzie, gdy się z nim szarpałam. Ale… wiater oznacza też zmienione plaże, szeroką rzeczkę Melstedową i oczywiście niesamowite kształty wyrysowane rozlaną szeroko wodą. I kamyczki szkliste i mokrość, którą można przejść, bo nagle się ona tak płytką stała. I w ogóle. Po prostu… wiatr nas zmienia. I oczywiście Wyspę też. Może i spora część nabrzeża, które ludzie próbowali wiecie, jakoś tam pod siebie przystosować, rozpadła się, szczególnie w Sandvig, ale, no cóż… taki żywioł. Wietrzny. Zmieniający. Niby poruszający tylko cząsteczkami, a jednak…

Przemocny.

img_3371

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.