Pan Tealight i Wiedźma na wywczasie…

„… znaczy, nie żeby ktoś się oszukiwał, że zdoła.

W to serio nikt nie wierzył, że wiecie, przełamie się, nie zrejteruje w ostatnim momencie, że nie padnie gdzieś po drodze. Ale… w końcu musieli to zrozumieć, w końcu to do nich dotarło i pozwolili jej jechać. Do krzyżyków i łódek, zwierzątek i kropeczek i oczywiście linii dziwnych i jeszcze postaci, które doprawdy miały w sobie wiele pasji. Do skałek rzezanych, do brzózek już zielonych, gdy te na Wyspie wciąż jeszcze śniły jeszcze zimowo, do trolli większych.

Pani Wyspy płakała, ale zezwoliła jej na oną krótką nieobecność wyspowej wiedźmy na Wyspie. Nawet lekko obniżyła te trzymetrowe fale, co to miały być. Chociaż wiecie, bez przesady. Wciąż czuła się lekko wykluczona. A potem oczywiście zmieniła zdanie, przez co choć oddalone o setki kilometrów Wiedźma Wrona Pożarta cierpiała męki i katusze tęsknoty za domem.

Ale…

Pięć dni.

Nabrała przecież kamieni ze sobą i piasku w butach, uszczyknęła ziela wszelakiego, kwiatków i kawałek Wyspy ze sobą zabrała, więc tak naprawdę wciąż z nią była na niej, a jednak, gdy ostatni piaskowe kryształki zaczęły wytrzepywać się z jej podeszw i ciuchów, zrozumiała…

Pięć dni…

Tęskniła.

Nie spała.

Myślała.

Nie śniła.

Nie była.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0915 (3)

Z cyklu przeczytane: „Xięgi Nefasa. W zaświatach” – … lubię. Zakochałam się w tomie pierwszym, więc oczywiście, że musiałam ułapić i kontynuację. I wiecie co, nie zawiodłam się. Bo mimo tego, że wciąż jeszcze moda na słowiańskie bóstwa i mity w literaturze polskiej, to jednak w wykonaniu tej autorki… jest w tym i coś więcej.

Tym razem Nefas nie jest tylko sobą przemądrym i przebiegłym, ale jest też i tym, które Dante przeprowadza po piekłach. Bo tak, jak właściwie można się było domyśleć, Nefas idzie na drugą stronę, by odzyskać ukochaną. Ale czy mu się uda? Czy w ogóle może to być możliwe, nawet jeśli ma się niektórych bogów po swojej stronie? A może jednak jest to już zbyt wiele?

Niesamowita powieść fantasy, ale i powieść historyczna. Oczywiście, że nie wszystkie fakty są takie, jak może pamiętacie z książek w szkole, ale jednak… to wciąż historia Polski. Czasów, w których dawni bogowie wciąż jeszcze próbowali walczyć o swoją pozycję z dziwnym, nowym bogiem. O kapłankach, klątwach i duchach. Tutaj magia nie jest czymś dziwnym, tutaj jest czymś, co jest codziennością. Czymś, co wpływa nie tylko na los człowieka, ale też może zmieniać jego drogi. Tylko, czy warto tak ryzykować? Bo przecież ni magia ni bogowie nie robią niczego za darmo.

Kapitalna książka!!!

Dla tych, którzy tęsknią za dobrą, słowiańską fantasy.

IMG_2949

Małe wakacje końca maja sprawiły, że campingi się zapełniły. Może nie do końca, może i te całe gazetowe newsy, że wszystko u nas wykupione, że ogólnie miejsc już brak są mocno przesadzone, ale wiecie, teraz kłamią we wszystkich mediach. Ten kraj nie różni się od innych. Manipulacja to droga do celu… a przynajmniej wielu tak uważa.

Na zewnątrz ciepło, ale chłodna bryza od morza sprawia, że człek się nie poci jak wariat i wciąż jeszcze może cieszyć się spacerowaniem. Bo przecież wystarczy wyjść z domu. Po drodze, w takim przydomowym sklepiku, czy raczej stoisku, człek skusił się na sporą doniczkę z już kwitnącymi konwaliami. Bo przecież czemu nie, potem w zwykłym sklepie cały zestaw roślinek tylko za 10 koron!!! I już będzie fajno w ogródku. I już będzie niebiesko!!! Bo przecież nie da się żyć bez tych kwiatków i roślinek, no sorry, ale nie da. Ale… potem taki lekko obładowany człek lezie skałami dookoła Gudhjem, bo przecież czemu nie. A na skałach wciąż kwitną krzewy, większość już zielona, niski poziom wody odsłonił neonowe wodorosty… czadowo jest.

Magicznie.

Na szczęście Turyścizny wciąż jeszcze niewiele poza dziwaczną wycieczką rozwrzeszczanych wyrostków, którzy… w połowie zostali na drodze i oczywiście zaczęli gapić się w telefony, a druga część usiadła na skałach i w końcu zrobiła to samo. Zresztą, wychowawcy też jakoś tak się zabawiali poza jednym męskim osobnikiem, co to jak ten sęp gapił się na wszystko. Ale nic to, można ich wyminąć, uciec i pocieszyć się lodami w porcie. A lody mamy cudowne!!!

IMG_0495

A potem oczywiście spacer do drugiego portu, który zdaje się być całkiem odmienny. Pusty, o wiele bardziej wietrzny i mniej słoneczny. Cudowny. Gdzieś po prawej stoją kajaki, albo gotowe do wypłynięcia, dziobami skierowane w wodę, albo schnące po jakiejś wyprawie. Ale na nas już czas. Tak naprawdę zwykły spacer, nawet jeśli człek idzie dość szybko, poznaczony górkami i skalistymi nierównościami, wcale nie jest krótki, w końcu wyjdzie, że 3 godziny przeszły nie wiadomo gdzie. Ale człek mimo lekkiego zmęczenia, bo przecież to jednak wzgórki i pagórki, czuje w sobie oną szaloną radosność. Teraz tylko po drodze kupić obiad i do domu. A tam wiecie, wysadzić co się zdobyło i oczywiście nagłe zdziwienie, że już szósta…

Oj tak, czas pędzi jak szalony. Przecież to już koniec maja!!!

No czerwiec właściwie…

No wiecie co, ja już nie wiem co się stało z tym czasem. Bezczelność jakaś i tyle!!! Żeby tak człeka postarzać i to w takim tempie. Ale nic na to człek biedny nie poradzi. Bogaty se może pobotoksuje to czy tamto, to odsuszy, tamto odciśnie, ale mi zostają spacery i pompki w domowym zaciszu. A co… bida i tyle. Nie ma na botoksy!!!

LOL

Ale jutro też pójdę na spacer.

A co.

Póki nie ma tych koszmarnych upałów, póki świat cały taki nie do końca pełny, póki wiecie, Wyspa nie Naturyścizniona. Trzeba wykorzystać czas, gdy jeszcze daje się oddychać i nie trzeba się przepychać i kląć pod nosem, że jak zwykle wszyscy gdzieś mają znaki drogowe i zakaz wjazdu przy porcie w Gudhjem, właściwie mało kogo obowiązuje.

IMG_0523 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma na wywczasie… została wyłączona

Pan Tealight i Kamienie Zryciałe…

„Były.

Czekały na nią.

Na dotyk, na muśnięcie, na wszelaką rozmowę, na niezrozumienie. Bo widzicie, wszyscy chcieli je zrozumieć, opisać, zindoktrynować, zmieszać z tym co wiedzieli, rozdzielić, a potem znowu wstrząsnąć i jakoś tak… a one? Nikt nie pytał czego chciały. One kamienia. One wielkie skały. Gładkie, gładziutkie, wylizane, wyczyszczone, wygładzone, chcące tak pozostać, nim przyszedł on, człowiek i je poznaczył. A potem przyszli nowi. I odkryli to i znowu się zaczęli ekscytować.

Problem w tym, że skały seryjnie nie lubią ekscytacji. Dla nich stanem wskazanym jest stoickość i wszelaka spokojność. Powolne poddawanie się warunkom zewnętrznym, wodom skapującym z nieba, tym wiercącym w nich kanaliki, chwiejnościom temperatury, załamaniom, okruszeniom, spękaniom… One chciały spokojności, ale nie. Ludzie musieli sobie zrobić z nich pole do popisu. A dokładniej do pobicia. Walili w nie godzinami, dniami i tygodniami. Walili i walili. I nie pytali o pozwolenie. A przecież powinni. Taki tatuaż zostaje na wieki przecież.

NA WIEKI!!!

I co, jeśli wydziarali ci dziwnego niby konika, tudzież gościa z kolistym brzuchalem, parkę spółkującą, albo milion łodzi? Scenę wszelkiego polowania, a skała to wegetarianka… albo te penisy! No co jest z wami ludzie, by tak na skałach? Albo, no serio, już można chyba zrozumieć, że na gładkiej skale spółkowałoby się dobrze, okay, nie miękko może, chyba że coś sobie podłożyliście, jak trawkę, mszany dywaniczek, coś ze siana, choć to akurat kłuje i nie polecamy tez igliwia, ładnie pachnie, ale wszędzie włazi… ale przecież żeby od razu tak to upamiętniać? No serio? Jak tak można? Czy ja skała łażę po was i wam coś dziaram na dupach!!! Czy ja to robię?

No serio?

Kiedy?!!!

A teraz traktują czerwienią lub bielą te ryty, a skały wolą zielony i niebieski, a na dodatek zrywają meszki, a przecież oni się lubią wzajemnie… tak do końca. Tak na zawsze. No w związku są!!! A wy tak… archeologi!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0849 (2)

Z cyklu przeczytane: „Kiedy ciebie zabraknie” – … dawno tego nie było. Dawno mi się nie zdarzyło, żeby nie przeczytać książki do końca. I nie wiem dlaczego, serio? Bo przecież powieść jako powieść, jest poprawna i interesująca, ale… też i nudna mimo lekko sensacyjnej maści.

Bo widzicie, nastawiłam się na kryminał. Naprawdę, a to, co otrzymałam okazało się być opowieścią o rodzinie. Poprzez lata. Historią ludzi, którzy kochali, kombinowali… którzy odchodzili, zdradzali. Historią tego dziwnego okresu USA, który kompletnie mnie nie kręci. Oj pewno, że jest intrygujący, ale jednak miało być kryminalnie.

Miało być ostro.

Nie jest.

Oto jest opowieść o rodzinie.

O kobietach zbyt mało kochanych, o mężczyznach, którzy wszystko rodzinne mieli gdzieś. O zdradzie i tajemnicy. O następcach „tronu”, o zapomnianych i nagle odnalezionych. I oczywiście o miłości, bo przecież.

Jedyne dobre jest to, że książka była w wydaniu kieszonkowym, więc mało straciłam. Jeżeli kręcą was historie rodzinne, sagi z krain USA, sięgnijcie po tę powieść. Może was zaskoczyć miejscami, może i wciągnąć. Bo to dobrze napisana historia, ale jednak nie w moim klimacie.

IMG_2944

Ciepło i cieplej.

Znaczy na pewno w Rønne.

Na szczęście mój kraniec Wyspy nie przesadza. Pewno tylko na razie, bo przecież lato brutalnie wpycha swoje owłosione, grube, zawsze się pocące dupsko między szpary wiosenności, no ale… na to się nic nie poradzi. Poza schładzarką. I dzięki Matce Wyspie za one cudownościo. W życiu bym nie pomyślała, że będę miała schładzarkę. Wiecie, bo to tak naprawdę nie klimatyzacja, ino zwykłe warmepumpe załączane wspak, ale jednak, jaka wygoda. A może raczej nie wygoda, co po prostu możliwość przetrwania? Bo robi się coraz cieplej od kilku dni, choć wielu mało w to wierzy, ale…

A w ogóle to… są ice cream trucki, więc mogą być i chlebowozy, co nie?

W ogóle, to jednak z rzeczy, o których należy wspomnieć. Chleb. Wypieki. Jeszcze naście lat temu na Wyspie mieliście ino one gnieciuchy i wyroby w typie francuskim, białe, mało smaczne, mocno słodkie, ale z czasem chlebowarzy się zmobilizowali, sięgnęli do starych przepisów, skołowali kilka z kontynentu i mamy teraz niesamowite chleby. Różne, różniste. Wypiekane w przydomowych piekarniach jak w Svaneke, czy nawet w zwyczajnych, tych, które rozwożą po całej Wyspie, wciąż w niewielkich ilościach. Są te na kwasie i te bez kwasa, te po wikińsku z całą masą orzeszków i nasion i te bardziej czyste, ciemne, jak wiecie, kiedyś pachnące. Kurcze, raj dla tych, którzy jeszcze mogą chleb, bo przecież tak wielu już nie może.

A teraz nawet będzie chlebowóz.

Mniam!!! Czujecie już ten zapach, jaki za nim będzie się unosił? Ojojojjjj, zawsze teraz trzeba będzie mieć przy sobie masełko, inaczej nie damy rady. LOL Tylko jak to wszystko zorganizować?

IMG_0617 (2)

Nie, lisy nie wymarły.

To akurat dobra wieść, bo wiecie, no lisy fajne są.

I robią porządki w spieprzonym przez człowieka łańcuchu pokarmowym. I tak w ogóle to kolejne bizoniątko się też urodziło. Chyba ich teraz jest 17. I oczywiście nasz królewski małżonek musiał zażartować, że następnym razem, to sobie na nie zapoluje. I podniosła się wrzawa, bo tak do końca nikt nie wie, czy gość żartował, czy jednak wiecie, zrobi, co będzie chciał? Z trzeciej strony no offence, ale ta Wyspa uniesie wyłącznie pewną część bizoniego eksperymentu, więc niech ktoś zacznie myśleć! Już krowy latające po ulicy nas przerażają, a co dopiero bizonowie?

Tak, hakerzy nas męczą.

Wiecie, nie kupuję tych tekstów w stylu: zhakowaliśmy szpital, by im pokazać, że mają słabe bramki obronne. Nie, nie kupuję tego. Wy po prostu robicie to dla kasy. Takiej czy innej. Najczęściej oczywiście kasy, którą państwo wyciągnie od najbiedniejszych i da najbogatszym korporacjom. Nie hakujcie w cholerę, a weźcie zróbcie coś, by tym szpitalom było lżej. No ludzie no!!! Gdzie u was myślenie? Jakieś problemy? To by oczywiście podpadało pod moją teorię o zombiźmie karmiącym. Jak nic zombie istnieją, a Wam ktoś pobiera mózg po kawałku i po prostu…

… karmi ich.

Bo przecież dla wszystkich trzeba być miłym i kochanym.

Bo chrześcijanie…

Ekhm!

Chciałam przypomnieć, że nie wszyscy wierzą w Jezuski! Może by nas tak potraktować z mocą równouprawnienia do myślenia, tudzież zwyczajnego innego zdania? Bo co, że nie wolno już mieć swojego zdania, ino trza myśleć jak TV nakazuje? Ech, cóż, nie oglądam, pewno dlatego wciąż jeszcze zbyt wiele myślę i mam inne poglądy.

Straszne poglądy!!!

IMG_0618

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamienie Zryciałe… została wyłączona

Pan Tealight i Trolle Zagraniczne…

„Dziwnie gładkie.

Dziwnie wyłącznie brzozowe, a na dodatek wielkie i ciemnoszare jakoś tak. I wiecie, całkiem niepodmostowe. Oj nie. Głównie przydrożne, jakby ktoś im zabrał mosty, zostawił podmokłości i zabrał wolę życia.

Smutne lekko…

Takie były, gdy Wiedźma Wrona Pożarta je poznała.

Takimi nie zostały.

Widzicie, spotkanie z kimś takim jak ona zawsze się jakoś odciska i to na każdym. Czy to na duszy, czy na umyślę, czy na tyłku po zapodanym kopniaku w tym terenie, a wiecie, że ona jeśli chodzi o buty, to woli wersję przyciężką i z traktorową podeszwą. Ale one… one się jakoś dziwnie zmieniły. Jakoś tak lekko pokręcenie. Jakoś tak, bardziej na jej modłę. A może zwyczajnie, trochę Wyspy w nie wlała? Któż to teraz może wiedzieć? Przecież ni one się nie ruszą, choć może kartkę wyślą, lista napiszą jakiegoś, paczkę żywnościową z kotlecikami z IKEA prześlą, ale raczej nie przyjdą pogadać. Raczej mocniej się nie ruszą, chociaż od tego momentu, gdy ona je dotykała, coś w nich serio się mutowało i zmieniało… coś… Jakby nagle wiedziały, że nie tylko nie są same, że jednak te inne trolle też wciąż istnieją, ale też nagle…

CHCIAŁY MOSTÓW!

A nie tylko te skały i skały.

Pewno, że większość to oni sami, ale jednak kurcze nic ino brzozy i mokradła, skały i głazy, jakieś bazania na nich i skałach, jakieś ludzkie pozostałości, no i te brzozy wszędzie, kurcze. Jakby nie można było przerzucić się na coś innego? Trawy jakieś, iglaki może ubierane w okresie zimowym w światełka…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1095

Z cyklu przeczytane: „Zapach domów innych ludzi” – … dobra. Jedna z najciekawszych książek, jakie przeczytałam ostatnio. A przecież to YA. Czyli coś, co zwykle prowadzać się w ścisłych ramach swej definicji, a jednak, tym razem, jest jakby mocniej i lepiej.

I poważniej.

Oto jest opowieść z niedalekiej przeszłości, z krainy, w której lody z tłuszczu są istotne, a rodzina niejedno ma imię. Niby mamy jedną, główną bohaterkę, ale tak naprawdę przed waszymi oczami rozegrają się historie garści nastolatków i ich opiekunów. Nie te szkolne, bardziej te poważne, te wstrząsające, te, które zmieniają życie na zawsze. Te, które zmieniają nastolatka w dorosłego w ciągu sekundy. Wszystkie postacie tutaj są intrygujące, są prawdziwe aż do kości i przesączone oczywiście Alaską. Bo w końcu miejsce, w którym żyjecie, naprawdę wpływa na waszą codzienność.

Oto jest książka o prawdziwych ludziach, którzy teraz pewnie są dziadkami, jeśli wciąż żyją. Ludziach, którzy wiedzą, że większym strachem napawa ich natura niż USA. Nie ma tutaj miejsca na pierdoły, ale też powieść nie różni się jakoś mocno od innych tego gatunku. Znowu nastolatkowie, znowu rodzinne problemy, ale jednak spisane jakoś tak inaczej, że… płacze się i czyta.

Jedna wada?

Książka jest YA, co oznacza, że nie jest gruba, rozwinięta bardziej, a szkoda. Można by ją wzbogacić o tak wiele opisów i dygresji, że dotarłaby do każdego odbiorcy.

IMG_5827

Zamknięte ulice z okazji wyścigów.

Ludziska biegające, rowerujące się, sapiące i pocące się. Depczące trawę i ogólnie śmiecące. Ale to minie. Bo przecież zawsze mija, czyż nie? Da się przeżyć, można przecież ten jeden dzień spędzić w domu… ale… no właśnie, jest ono jedno ale… Ale wciąż sporo miejsc na Wyspie jest tak rozkopane, że nie da się przejechać. Wszelakie utrudnienia w ruchu ciągną się, jakby wciąż nie było komu zasypać tych dziur, zasmołować, asfaltnąć, czy co tam. Nic ino asfalt dla biedaków kładą, kamyczki latają w powietrzu, ubij sobie kierowco sam swoją nawierzchnię.

Ech… Rzymianie by się przydali, serio.

Ich drogi do dziś jakoś działają.

Maj powoli zbliża się do końca, a to oznacza małe święta, no i właściwie początek lata. Co prawda w tej chwili chłodny wiaterek sprawia, że wszystko się zimni, ale akurat mi się to podoba. No i te biele i żółcienie aromatyczne. W końcu są!!! Pola rzepaku wybijają się spod onych mocnych zieleni, bo w tym roku zieleń najpierw, potem kwiatki. Zapach jak zawsze intensywny, ale i widocze wskazówki, że mało ekologiczny. Nic już nie jest jak kiedyś. Ni pszczół bzyczenia, ni kurcze motylich skrzydeł. Nic nie pyli, chemia wzrasta. Za to czosnek niedźwiedzi… no temu to wiecie wspomagania nie trzeba. Zakwitnął i ślicznie wyglądają te rowy, niczym lekko ośnieżone. Gdy tylko człek wyłącza zmysł powonienia… nawet może w to uwierzyć. Przez chwilę. Potem mu się przypomina, że przecież lato za pasem, że przecież wszystko rzuca się już w bycie owockami. Chociaż… kurcze, brak pszczół może lekko mocno zniszczyć oną naszą nadzieję na czereśnie i jabłuszka.

Dosadnie mówiąc… moich nikt nie zapylił!!!

Ekhm, ale to brzmi!!!

IMG_1003

Oczywiście po małym szaleństwie ogródkowym, sorry i mi się co roku udziela, człowiek odsapuje i patrzy na te swoje sadzonki. Pewno, że w tym naszym klimacie, na braku ziemi i w ogólnej degrengoladzie, która zdaje się sprzyjać wyłącznie mchom, to niewiele roślin czuje sę dobrze. Niektóre nawet wprost buntują się przeciwko próbom wszelkiego udomowienia. Inne znowu mają rok przerwy, podczas której wyglądają jakby zdechły. Straszne to. Ale już przywykłam. Tym razem stawiam wyłącznie na zioła. Melisa kocha to miejsce, drzewka też są… a choineczki mają te maciupkie cudne odrostki, które chciałoby się głaskać jak małe kotki! Wiecie co, kapitalne to uczucie, jak człek patrzy na drzewko, które zrobił sam od początku… znaczy od nasionka no!

Prawda jest taka, że rośliny przestały lubić słonko i tyle.

Ale… jak już człek ubacha się w ziemi, potem popląsa w dziwnych, rzepakowych ścieżkach, no i na dodatek wpadnie w dziwne bagienko starając se cyknąć odpowiednio kwitnący czosnek niedźwiedzi… serio, nie wiem co i jak, pewno warstwa ziemi jest niewielka, a pod spodem skała, bo wspinając się zwyczajnie się zapadłam. I to dość głęboko. W dziwną torfowość. Aż przez sekundę zbyt długą zastanawiałam się, czy nie ucapi mnie za kostkę jakieś torfowe cało? Ale przecież nie na skale.

Ale przecież nie na czosnku.

Ale przecież…

No mniejsza. Kwitniemy!!!

Do not use my photos without my permission. Of course you can buy them! This could really help me!!! They cost 150DKK each, I use paypal 🙂 You pay = you get a full size photo on your email!!!

IMG_1008

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trolle Zagraniczne… została wyłączona

Pan Tealight i Ścieżki Rzepakowe…

„Niczym te kręgi mityczne, pojawiły się w żółtych, mocno woniejących polach, ścieżki. Wąziutkie, takie na pół stópki, ale jednak i kręte i rozdzielające się. Zarazem rozdroża o dwóch końcówkach jak i te, co miały ich trzy, ale nie więcej.

Dla kogo?

Dla czego?

A może jednak… po co?

Wiedźma Wrona Pożarta była dość zaskoczona. Nie były to zwyczajowe ścieżki traktoów, czy inych maszyn, nie były to dróżki wózków polnych trolli, nie były to też krasnale podwózki. Nie było znaków na poboczach, ni nawet jakiegoś odwodnienia. Tylko takie puste miejsca. Nie pogięte rośliny, ale właśnie dość równe, wyraziste, puste ścieżki. Ale, czy już używane, czy jednak czekające na kogoś? Drogi maciupkich Majów, co to koła nie znali, czy jednak oni… no wiecie, ci szarawi z wielkimi głowami i oczami, o ciałach idealnych modelek – no kosmici!!!?

A może jednak było to calkiem coś innego? Jakieś znaki dla tych z góry? A może wiecie, coś, czego nawet Wiedźma nie była w stanie ogarnąć umysłem? Ni Pan Tealight, który nie chciał nawet przyjść popatrzeć. Stał teraz na brzegu pola, odwrócony protestująco plecami do żółcieni, a pyłki latały i wbijały się w oną jego łapczywą szarość. Już po chwili wyglądał jak wyrzeźbiony z twardego żółtka… Nie baczył na to. Musiał pilnować swojej wiedźmy, ale nie musiał brać w tym udziału.

Nie musiał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4756

Z cyklu przeczytane: „Potworny regiment” – … do woja marsz! Do woja!!! Bo wiecie, czasem tak jakoś trzeba, czasem nie ma innego wyjścia, a czasem się chce, czuje powołanie, ma to we krwi, by bronić, chronić i wybawiać.

A czasem wszystko jest inaczej.

Powiedzenie o tej powieści, że jest feministyczna, to niedopowiedzenie. Ona jest kwintesencją kobiecości. Pełnią jej wstydów, pragnień i sił. Niespodzianek i całkiem niesubordynowanych odzywek. Ale po pierwsze jest to opowieść o wojence. I o kobiecie, która chce nosić spodnie. I o Autorze, który się zmienił, który dojrzał? Który może i stał się poważniejszy? A jednak przecież wciąż bawi i humor wycieka stronami… a jednak tak wielu uznaje tę powieść za słabą, a dla mnie to bardzo ważna książka. Nie jest łatwa, ale ludzie, gdy trzeba czegoś się nauczyć, nie każda mikstura pachnie truskawkami!!!

Oto jest ona.

Książka, która może się wam nie spodobać. Ale czy się odważycie na własną opinię? I szczególnie dziś pamiętajcie: bez i jajko na twardo!!!

IMG_9562

Kukułka bzowa…

Znaleźli 3 i rozpętało się szaleństwo botaniczne. Cóż… po godzinie była ino jedno bo paszczur jakiś cholerny dwie zerwał i położył… Bo przecież. Tumany kurzu niemyte. Bajer jednak w tym, że gdy tak na nią patrzę, to u nas na Gråmyrze takie rosną. Znaczy no kilka takich jest od kilku lat, ale widać nie wiedzą. Myślicie, że powiedzieć? Że wytłumaczyć, iż robienie wielkiego HALO nie przystaje potem żywotności roślinek? Że przecież jak ludzie łażą to rzadko spoglądają pod nogi i wiecie, może niech lepiej nie wiedzą? Hmmm? Orchidea bzowa. Kurcze, niech rośnie. Niech myślą, że tylko na Hammerknuden była. Może w ten sposób przetrwa? Bo widuję ją od kilku lat i coraz jej więcej. Tu jedna, tam jedna… lepiej nie mówić ludziom.

Lepiej nie. Niezależnie od kraju.

Jakby co, ja o znalezionych przez siebie nic nie mówię. Ale zrobiłam im zdjęcia. Zgodziły się. Dobra, ten jeden może trochę protestował, że światło za mocne, że jednak kurcze on by wolał z prawej, ale tam brzoza, po lewej sosna znowu, a się nie lubią i nie chce mieć jej za tło… no wiecie, z kwiatków też diwy, tym większe, jeśli mówimy o orchideach.

A mówiąc o kwiatach, to one sławetne żółte dzikie tulipanki w tym roku nie poszalały, a już armia bab zrywających je z rowu wprawiła mnie w choleryczny nastrój, ale z drugiej strony to cebulkowe, więc… a może kłączowe? Kurcze nie wiem. Ale są. Co dziwnie, razem z kwitnącymi jabłoniami oraz perwiosnkami. Ludzie… pierwiosnki w maju? What is wrong with this picture? Oczywiście kasztany i bzy nawet jeszcze nie zaczęły. Pogoda niby upalna, ale różnice w temperaturze między Rønne a Gudhjem ogromne. Kurcze, może jednak wybrać się popływać? Jak myślicie? W końcu jak tak dalej pójdzie, to może nie być szans. Brak wody w morzu, zarosty i obrosty i wszelkie kwitnienia. No wiecie, kurcze może być ciężko.

Potrzebujemy deszczu!!!

IMG_8672 (2)

A w ogóle, to gorąco.

Turyścizna z kolejnym rokiem znowu mniej miła. A może i ludzie kompletnie zatracają umiejętności czytania i rozpoznawania symboli i znaków? Nie wiem, wiem, że mój strach przed dziwnymi osobnikami, co to nic do roboty nie mają, powrócił. Jak co roku. Tylko czekać września. Jakoś damy radę, co nie? W końcu to chyba ma też jakieś dobre strony, czy nie? Bo ja chyba ich nie widzę. Niszczą zielone, natura kwiczy, kasy nie zostawiają i ciągle jęczą…

No i gorąco.

Bleeee!!!

Wiecie co, po takim okresie chłodów, nagłe dwa dni ponad 20 stopni są strasznym szokiem dla organizmu. Nawet tego, co się zdążył w Szwecyi Wielkce Północnej ocieplić nadmiernie. Czyli dla mnie. Ech, nie oszukujmy, po prostu nie znoszę lata i tyle. Nie rozumiem go. Znaczy pewno że kumam dojrzewanie i zbiory i całą wegetację, ale brak wody z nieba spadającej sprawia, że coś we mnie wysycha i żadna ilość herbaty tego nie zapełni. A może Rosjanie jednak nas kupili, czy raczej Dania nas sprzedała i zaczęli te swoje wiercenia pod ten rurek z gazikiem? No wiecie, to coś, co do Polski nie dojdzie… nie wiem, ale morze jest dziwnie spokojne w swej niespokojności. Odstąpiło od brzegów, pokazało kamienie, których od dawna już nikt nie widział, obniżyło poziom wody w portach, że widać zbyt wiele. No i się zaczyna grzać.

Oby nie zakwitło! Choć popływać bym chciała!!!

IMG_6522

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ścieżki Rzepakowe… została wyłączona

Pan Tealight i Poduszka z Błękitnym Reniferem…

„Niczym latający kufer, niczym dywan z najszybszymi frędzlami… latała. Naprawdę. Czterokątna, prostokątna, podłużna lekko. Przyplątała się za Wiedźmą Wroną Pożartą z podróży na północ i za nic nie chciała siedzieć cicho i spokojnie na łóżku ni na sofie. Nie chciała spłaszczać sobie chwościków, nie chciała pognieść onej nowe białości, ani tym bardziej zmiażdżyć haftowania… naruszyć onych opowieści, które ktoś tam naniósł na jej powierzchnię. Dość może maszynowo, ale może nie?

Po środku stał Jelenio-kozioł, czysta mutacja wszelakiego Herna i wszelkiej dzikiej, rozpustnej magii. Po lewej spoglądał na niego Żarptak, żółtawy, z czarnym, węglikowym łebkiem, a po lewej była ona, Wrona. Były na niej kwiaty czarowne, ziela wszelakie i maska z pradawnego lodowca. Owoce egzotyczne, mutanty liściaste i wszelakie niewiadome. Zielone liście z Mrozodrzewa i Dęby Zyczeń i oczywiście Kwiat odbicia. Każda nitka zdawał się snuć jakąś opowieść, więc poduszka jak nic była głośna, ale Wiedźmie Wronie Pożartej to nie przeszkadzało, w końcu ktoś jej zagłuszał myśli, w końcu ktoś jej odbierał nadmiar słów z głowy. Był i Lodowiec Niewodny, Tulipan Zagłady i Wrota Piekieł Wszelakich zawarte w wirującym, pomarańczowo-czarnym Maku. Było wszystko to, czego potrzebowała i była miękkość, w którą można się było wtulić całkowicie…

A dla innych to była zwykłe, pstrokata poduszka.

Z dziwnym zwierzakiem pośrodku, który zerkał niczym połączenia spojrzenia: spod byka i jestem strasznie nawalony, a poza tym żółte białka świadczą o mojej schorowanej wątrobie… Ale dla niej, dla niej to były wszystkie opowieści, legendy i mity Północy, które potrzebowała. I takie dziwne spełnienie pragnienia, które już dawno o sobie pozwoliło zapomnieć i zmycie klątwy… i więcej.

Wpatrywała się w nie, głaskała je opuszkami wciąż nie wierząc, że są z nią tutaj, na Wyspie. Kołysała je, słuchała ich, odpowiadała na ich pytania i niepewności. Po prostu była niczym część ich. Niczym ten haft na poduszce. Ten najmniejszy, czerniawy, którego nikt nie potrafi zidentyfikować…

A nocą wszystkie kształty w pełni swych barw złaziły z tkaniny i tańczyły ostrą salsę!!! Każdej nocy to robiły i nikt nadal ich na tym nie przyłapał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3769 (2)

Z cyklu przeczytane: „Morze spokoju” – … dodruk, ale myślę, że warto wspomnieć o tej książce. Warto nie tylko przez tą dziwną trochę okładkę, ale przez pewną mądrość, inteligencję i bolesność stron. Naprawdę warto. Niezależnie od tego, czy jesteście dziewczyną w okresie dojrzewania, czy jej matką, możecie po nią sięgnąć.

Po opowieść o dojrzewaniu, ale tych, którzy już przeżyli COŚ. A może raczej przeżyli zbyt wiele. Wiecie, taka YA wymykająca się silnie z definicji opowieści o tym jak to on ją kocha, a potem nie, a potem kocha a może nie… Tutaj nie ma słodyczy, nie ma niepewności. Jest tylko próba przetrwania wszystkiego. Tego, co było, co jest i będzie. Próba, która wcale nie musi się powieść.

Wystarczającą reklamą tej pozycji jest chyba to, że czytelniczki wymusiły dodruk książki. I to bardzo wierciły Wydawnictwu dziurę w jego książkowym brzuchu. Szukajcie tylko w dobrych księgarniach, wiecie, nie tych z garnkami!!!

IMG_5789

Problemy z wywozem śmieci, nowy Lidl i oczywiście przewidywania pogody na wakacje. Tym się zajmuje Wyspa. No chyba że, no wiecie, zdarzy się coś innego, więc wtedy donotuję. Nowe knajpki się otwierają, jedne się sprzedają, inne tylko przejmują właścicieli, tudzież opanowują innych umysły i wiecie, trzaskają filiżankami.

Czyli zwyczajność.

Na zewnątrz zalatuje ekologią, na dodatek gorąco i duszno się robi, więc serio, już nie mogę. Jak zwykle te pierwsze upalności mnie wykańczają. Zresztą, nie oszukujmy się, te kolejne też. Nie lubię lata i tyle. I nie chodzi tylko o temperaturę, nadmiar ludzi na Wyspie i oczywiście ich dziwne myślenie, że wszystko im wolno. Ktoś gdzieś napisał, że u nas rowery zawsze mają pierwszeństwo i ogólnie nie podlegają prawa i idioci tak jeżdżą. Nie, to nie jest miejsce, w którym dwa kółka zwalniają was ze świadomości istnienia prawa drogowego i używania ścieżek rowerowych. Tym bardziej, że jak przyjadą ci z Kopenhagi, to będą serio mieli was gdzieś. Oni chcą rozpędzić swoje cztery kółka, a i dość mają tych wszystkich rowerzystów u siebie, którzy uznają się za duńskie święte krowy. Uważajcie ludzie, bo temperatura spowalnia, pewne zmysły odmawiają pracy w wyższych temperaturach. Naprawdę nie warto umierać pod kołami.

Zieloność się potęguje, wszystko dookoła się zmienia. Rzepak w końcu żółci się i wszystko przenika jego aromat. Ale wiecie, jakoś tak nie znika zwyczajowy aromat kupy nawożącej. Nic tego smrodku nie pokona. Jak wpadniecie w aromatyczną chmurę świeżo wylanej gnojówki, to już po was. Będziecie ją czuli na sobie przez kolejne dni mimo pryszniców i perfum.

Ech!!!

IMG_3746

Wiosna powoli przemienia się we wczesne lato. Nie tylko zieleń wszystko obraca i podporządkowuje sobie każdy centymetr. Poza piachem. Chociaż, jak tak dalej będzie i susza znowu się przedłuży, to i na piachu zaczną zieleniny kiełkować. Jakoś nie przeszkadza im sól ni morska bliskość. Bo jest sucho. Słońce jak wyłazi, to wypala trawnik metodycznie i bez żadnych wyrzutów sumienia. Mocno to przerażaj. Podobnie brak pszczół. Jeszcze rok temu lepiej było nie wsadzać łab w kwitnącą jabłoń czy wiśnię, a teraz… a teraz kurcze nie ma tam nic. Żadnego bzyczenia. Jak już znajdziecie jakąś pszczółkę, to najczęściej jest dziwnie zagubiona, albo zasypia w mleczyku. One już przegrały. A to znaczy, że my też. Czy pomogłoby stworzenie ulów co kilka kilometrów? A nie tylko kilku pasiek na całą Wyspą?

Może by pomogło?

A może nie mamy już szans?

Jak na razie policja ostrzega przed stadem latających luźno krów. I taką mam wizję onych krowinek nade mną, srających na mnie spod chmurek, unoszących się nad polami, dzięki czemu już nawożenie będzie z głowy i wiecie, no latających krówek… może i z małymi skrzydełkami u wymion, boczków, a może tylko u kopytek? Niczym maciupkie Hermesy? Patrzycie tak w górę, a tam te włochate, brązowawe lub te kremowe, wyglądające jak ta śmietana sprzed wieku… albo czarne, całkiem czarne niczym węgielki, wiecie, te, u których spodziewacie się czerwonych ślepi, całkiem szatańskich, albo te rzadkie, w ciapeczki. Albo te brązowe niczym krówki karmelki, ale krótkowłose? A może i do towarzystwa mają owce i konie i nagle wszystko lata, a ino osrańce człowieki siedzą w dole, bo za głupie są by fruwać?

No wiecie, durne skojarzenia, gdy po raz kolejny, przerażająco kolejny, na Wyspie, która produkuje prąd – i wieje dziś – wyłączają go. Gdy człek niczego właściwie zrobić nie może, bo wszystko jest prądożerne. I internety i podgrzanie zupy i jeszcze makaron i gorąca woda w prysznicu.

IMG_3964 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poduszka z Błękitnym Reniferem… została wyłączona

Pan Tealight i Duch Poborcy Faktów…

„A zmarło się Poborcy Faktów już jakiś czas temu. Zmarło mu się spokojnie, smutnie i samotnie. Jakoś tak dziwnie niezauważenie, jakoś tak. Może to z problemów, może z samotności? Nikt nie wiedział. Jedno było pewnym, że ludzie o fakty całkiem dbać przestali, wszystko przechodziło przez filtr, innych oraz Boga Lajków wrzeszczącego: DAJ!!! I może właśnie dlatego mu się zmarło, bo nie mógł zrozumieć, dlaczego można skłamać i nie dostać za to kopa w dupę?

Może?

I tak jakoś przytulił się ten jego białawy, połyskliwy niczym ten wampir, moderny Duch do Białego Domostwa. I gdy tylko Wiedźma Wrona Pożarta się zbliżała… radośnie zaczynał pogwizdywać. Jeszcze może nie do końca gotowy, by pogadać, ale jednak już na pewno nie milczący. Wiedzieli, że z czasem będzie inaczej, że w końcu mogą go mieć nawet dość, ale… nie oponowali. No bo miły był, sympatyczny jakiś taki, dziwnie też nieźle działał jako oświetlenie ogrodu, więc czemu nie?

Ale co, jak zacznie gadać?

Ale co, jeśli po prostu wszystko się zmieni?

Ale z drugiej strony, to jednak co z tą prawdą? Co z faktami? Co ze słoniem macanym przez czterech ślepców? Bo widzicie, słoń też tutaj był. Takie niezbyt wielki, znaczy no normalny rozmiar, chociaż z niebieskimi kłami i manikiurem w jasnobłękitnym odcieniu. Z chwościkami na ogonie i tatuażem na trąbie. I chociaż podobnie jak Duch Poborcy Faktów milczał na razie, to jednak… z nim mogło być gorzej. Bo widzicie, chyba był głodny, ale czym się karmi duchy?

Prawdą czy karmelkami?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7443 (2)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmi stos” – … koniec. I nie ma już nic. Ale… Lily i Lillian, Caleb i Tristan, Grace, Una, Juliet i Rowan i Rój. Czy mogą ocaleć? Czy mogą uratować siebie, świat i magię? I czy tak naprawdę możliwe jest tylko jedno zakończenie, bo przecież…

To inny świat.

Ale jednak i nasz świat, więc trzeba zrobić wszystko, by o niego zawalczyć. Jeżeli upadnie ten kawałek, nie będzie i reszty. Ale przecież to wciąż tylko nastolatkowie.

Trzeci tom trylogii.

Podsumowanie.

Zakończenie.

Pewne rzeczy was przerażą, w pewnych się znowu zakochacie, pewne nie zaskoczą, a jednak… ci, którzy od początku towarzyszyli nam w tej specyficznej podróży dwóch dziewcząt, mocy wiedźm i mechaników, miłościach, przyjaźniach i światach, które mogły naprawdę przerazić i były całkiem nieznajome, choć zdawały się być jakoś tak pasujące do naszej teraźniejszości, mogą się poczuć usatysfakcjonowani. I może trochę smutni, chociaż… w snach może znowu podążycie tropem Lily Proctor? Może znowu przeżyjecie te przygody?

Może znowu dotknięcie magii?

IMG_5832

Jestem za wiatrakami.

Jestem jak najbardziej, ale jednak… po pierwsze jak u nas stoi, to niech dla nas robi prąd, a po drugie nie tak gęsto. No przecież to musi mieć wpływ na pogodę. Wyśmiali mnie niektórzy, więc oferuję malutkie zdjątko. Jak zwykle mam rację, co nie? No mam… to wkurzające mieć tak zawsze rację, bardzo wkurzające.

Uwielbiam wiatraki w wyspowym krajobrazie.

Stoi taki, albo trzy i się macha i kręci, albo ino stoi i nie macha, bo mu się nie chce. Podobno stworzono fajne, lekkie, inne modele wiatraków i właściwie każdy by mógł mieć, ale wiecie… przecież państwo na to nie pozwoli, bo z czego kasę będzie ciągnęło? W prądzie tyle podatków, że właściwie głowa mała, dlatego i baterie słoneczne i wiatraki zostały pozbawione i dopłat i wszelkich zniżek, aż w końcu teraz trzeba dopłacać, by w ogóle u nas mieć oną ekologię. Ale trąbią wciąż, że do któregoś tam mamy być full økologisk. Ehe… już to widzę. Będzie jak zawsze. Za stara jestem na wiarę w takie cuda. W jednorożce wierzę i trolle, ale to, nope. Never happens.

Don Kichot taki czasem ze mnie.

Stanę sobie pod wiatrakiem i wiecie, jakoś tak czuję się mała. Może i nie poluję na nie, dzidy im nie zasadzam, tudzież za smoki czy potwory ich nie uznaję i do Dulcynei swej nie wzdycham, ale jednak fascynują mnie. Bardzo mocno. Białe takie, wysokie i szczupłe. Wiecie, zazdrość niskiej i krągłej się budzi. Strasznie. Ale z drugiej strony ja mam dwie nogi, a one… po jednej na łebka i ten wiatraczek zamiast głowy, tudzież jako głowy nakrycie? A może to ich nosy są?

Kto to wie?

IMG_5109

Bynajmniej… wróciłam.

Oczywiście, że od razu polazłam na spacer jak już się wymyłam, pospałam i wszelako ogarnęłam włączone kolejne pranie. Znaczy no jak zwyczajowy człowiek, po tak zwanym urlopie, choć bardziej wyprawie do pracy i czystym pokazie szaleństwa w naszym wzajemnym wykonaniu, mieliśmy kopę prania. I tyle. Kopę straszną. Pranie cały tydzień, dzień w dzień. Ale co tam, najważniejsze, że człek dość szczęśliwie wrócił do domu i tyle. Teraz tylko liczyć koszty, bo wiadomo, bilet i tak dalej, no i obglądać dziwactwa, które się zwiozło. A i oczywiście wiecie, sprawdzanie, czy kartki doszły do znajomych i wysyłanie tych, którzy się nie załapali.

A co z Wyspą?

Oczywiście w końcu Wyspa się zazieleniła.

Mocniej i bardziej. Te świeżutkie, cudowne listki po prostu mnie zniewalają. Z jednej strony wiadomo… człek widzi to co roku, a jednak za każdym razem to jakoś to mnie onieśmiela. Jakoś spowalnia. Maca człek ustami te świeżutkie listki, te dziwnie mięciutkie, śliskie i niesamowicie woskowane. Jakie one są niesamowite!!! Niewinne, ale i dziarskie i dzielne! Takie wiecie, gotowe na wszystko. Kwiatki wczesnowiosenne poprzekwitały już. Znikają powoli te dywany białości i ono listowie, teraz drzewa się odziewają w swoje cudowne wdzianka.

Takie to piękne! Takie dziwacznie normalne.

Z ostatnich doniesień policyjnych: zdarzyła się nam szalona krowa w Poulsker, zagubuiony, błąkający się konik, głośna muzyka i kilka niestety też wypadków spowodowanych havgusem. Ale wiecie, jak zwykle nic większego. Lubię to „nic większego”. To nicsięniedzianie. Takie to cudownie rozgrzewające.

Takie… niedzisiejsze, co nie?

IMG_7006

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Poborcy Faktów… została wyłączona

Pan Tealight i Szpadel latający…

„Bo mówią, że ino miotła, czy dywan, tudzież wiecie moździerz czy odkurzacz… ale tak serio, to przecież powinno się dać na wszystkim. Myśląc tak i w pełni popierając własne zapędy eksperymentatorskie oraz wszelaką empiryczność, Wiedźma Wrona Pożarta zauroczona kuframi latającymi z IKEA, tym razem postanowiła zaszaleć. Ale na kufer jej nie stać, na fotel też nie, na dywan… ona jakoś tak bardziej już by na sztachecie niż w dywany, przecież tam te roztocza i tak dalej… No i frędzle, a co jak się zaczepi, a co jak za wysoko poleci, a ona wysoko nie może?

Padło na szpadel.

Wiecie, model zwyczajowym z drewnianym trzonkiem zakończonym rączką metalową, trójkątną, babską z wyglądów, pierwotną boginią obmacywanek… i metolowym ostrzem barwionym na zielono. Właściwie model całkiem nowy. Ot użyty dwa czy trzy razy, a może sześć, to bardziej pasuje. No i się przymierzyła. I wiecie, pasowało. Na dodatek szpadel z powodu obciążenia nie chciał wzbijać się wysoko, więc właściwie dupą zamiatała po podłożu, ale jakoś lecieli…

Tylko dlaczego?

I po co?

Bo przecież czyż jest to nieortodoksyjne dostatecznie dla tego typu wiedźmy? A może jednak nawet jej to nie wystarczy? A może jednak chodziło o wibracje? Wiecie, w jakiś dziwny sposób metalowa część tnąc powietrze wpadała w takie jakieś drgania dziwne, w takie jakieś potrząsania i drgawki, że aż się Wiedźmie Wronie Pożartej oczy śmiały, może więc to odpowiedź na tajemnicę – one potrząsania między udami, one dziwne ocierania, te wibracje, tony wszelako głębokie – dlaczego leciała nad płytkimi, gładkimi falami i rechotała się na całego, gdy to Chowaniec w końcu ją znalazł, bo jak zwykle podobno wybrała się zdjęcia robić, ale wiecie.

Kobiecie to nie wolno ufać.

Szczególnie, gdy ze szpadlem wychodzi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1565 (5)

Z cyklu przeczytane: „Porady na zdrady” – … nie rozumiem. Przepraszam, ale nie rozumiem wydawania takiej książki. Tak wiem, film zrobili, ale… książkę? I co? I teraz mam pytać chłopa jaka była pogoda, co było kiedy i jak?

A zaufanie?

No mniejsza, powiedzmy sobie szczerze, książka ma też swoje dobre strony. Mówi kogo nie kochać, ale czy to się tak da? Zakochujesz się w kłamcy i nałogowcu, to się zakochujesz. Chyba świadoma jesteś jego wad, czy baby już takie głupie są?

Jesteśmy? Tak serio?

Dieta na stresujący czas, ukryte pytania, jak go podejść… jak sprawdzić, czy on w ogóle jest zdolny do zdrady? Ekhm, ale wy tak serio? Bo ja chyba nie mam więcej pytań. Śledź go, obserwuj, spisz wszelkie dane i piny, podpatruj, sprawdzaj telefon… kurna, rzuć gościa jak cię zdradza i skop mu dupę! A nie się pieścisz. Że nie jesteś pewna? A może czasem o to chodzi? Może czasem niektóre z nas lubią być męczennicami?

Serio, przepraszam, ale dla mnie zdrada to zbyt poważna sprawa, by robić sobie z niej jajca. Nie widzę w tej książce nic śmiesznego, chyba że chodzi o pośmianie się z tych durnych bab, co to śmiały się zakochać?

IMG_5743

Wracanie do domu…

I znowu błyskawiczna trasa. I znowu pęd, którego się nie czuje dopóki polska ciężarówka nie decyduje się na wyprzedzanie innej ciężarówki, choć to zakazane, i pęd powietrza nie telepnie Nutkiem. Nosz kurcze, jak strasznie ten cały pęd motoryzacyjny wieje!!! Straszliwie!!! Jazda innych przeraża, po raz kolejny człek sobie uświadamia, że to, iż ciebie wytrenowali by być poddanym prawom i zasadom, nie oznacza to, że inni nie wjadą w ciebie. I to jeszcze z poślizgiem. Przerażają mnie autostrady, naprawdę. Na szczęście są motety, więc… to chyba węzeł, ale wiecie co, nie wiem dokładnie, no i można zjechać na Shella. A tam kula z tramwajem niebieskim w środku. Nosz przecież z niej nie wyjdę. Do samego Göteborga nie chcę, przeraża mnie brakiem znaków i wszelakim bałagaństwem, ale oczywiście znowu z nas ściągną kasę.

Ech…

Po prawej wielki, metalowy łoś na samym czubku skały, po lewej same skały, a na początku to w ogóle objazd. Oczywiście, że nawigacja ma go gdzieś i wciąż się z kierowcą kłóci, że przecież idiota. Że przecież ona maszyna. A wal się suko!!! Wszystko nagle zwalnia, mijamy kolejne domki, a raczej posiadłości, bez ości, jakieś takie dziwne budowle bez ludzi, kolejna czerwona stodoła stojąca na kolumienkach z płaskatych kamieni…

I autostrada… znowu.

A teraz, z powodów moczu i rozruszania kości, znowu Lund. Niby pogoda tak nie do końca, niby wciąż się chmurzy, czasem coś popada, czasem coś zakropi, a potem słonko, więc nie jest aż tak źle. W końcu człek jakoś tak tylko tupta w kierunku knajpki dla hipsterów. Bo już ją znamy, no i wiecie, mają tam zdrowe smoothie, a kawy nienawidzę. Chowaniec wzmocni się kawą i ciastkiem, więc wiecie, najważniejsze jednak siku. I to podglądanie współczesnych studentów. Wciąż stać ich ino na jedną kawę, którą piją przez godziny, ale darmowe, choć niebezpieczne wifi, też ma same dobre dla nich strony. Głośno, przerażająco i ten smrodek kawy. No dobra… niezbyt jak dla mnie, ale dla reszty świata chyba to raj, bo wszystko pozajmowane. Na szczęście w końcu się udaje znaleźć miejsce i wsio jest okay.

A kibelek mają może nie najczyściejszy, ale totalnie artystyczny.

A potem dalej w drogę. Przecież już Ystad nie tak daleko.

IMG_1614

Tęsknoty…

No tak… niby człowiek zdawał sobie z tego sprawę, że pępowiną związany z Wyspą, że bez niej żyć nie może, że kamienie, które ze sobą zabrał pomagają, ale nie do końca, że… ale jednak, widzicie, ta tęsknota za domem strasznie mnie walnęła. Za swoją wodą, za swoim prysznicem, za ogródkiem, za skałami, niebem, za drzewami i wszelką morskością. Za nią samą. Nią wszelako zmienną, nią niesamowitą, nią kapryśną i czasem.

To bolało. Może jednak pięć dni rozłąki to za długo?

Może?

Gdy docieramy do Ystad okazuje się, że kurcze prom już stoi, ale to nie ten nasz. To ten wcześniejszy, no ale jak już stoi, a my ze zmęczenia już po prostu nie możemy, więc Chowanie – my hero!!! – leci i kombinuje z biletem, by przebookować go na wcześniejszy. No przecież do 22giej padniemy. Nie będzie komu wdrapać się na schodki. Nie mamy sił na zwiedzani ni na czekanie i oczywiście ZNOWU chce mi się siku!!! Aaaaaa!!! Po raz pierwszy przeklinam śliczny milkowy pociąg, który tutaj przecina miasto, zamyka nam odjazd i wjazd, kurde mamy minuty, by to wszystko ogarnąć, biletu nie daje się przebookować i co teraz? I jak to będzie… no dobra, walić oszczędności, obydwoje chcemy do domu.

Kupujemy bilet.

Mamy porąbane we łbach jak nic.

Mocno… ale jestem wdzięczna za tą możliwości i jedziemy na prom. Oczywiście znowu pociąg, znowu szlaban, minuty tykają, ale zdążamy. I co prawda po raz pierwszy jesteśmy od końca, to jednak wszystko mi jedno. Nawet to, że ukochane miejsce jest zajęte, nic to, w końcu kibelek działa!!! I płynę do domu. Jeszcze tylko pigułka, strach jakoś znienarowić, że zatoniemy po drodze, że nie wpuszczą nas na Wyspę, że fale… Spoglądam w dół i po raz pierwszy – kolejny dziewiczy – uświadamiam sobie, że naprawdę pędzi ten prom. Ale nic to wszystko, wpuszczają nas na Wyspę, wcześniej morze prawie całkiem gładziutkie, a i choć ludzi cała masa na promie, to jakoś się udaje. Jakoś się daje. Widok Wyspy z daleka jest dla mnie łzawy, a potem Chatka i wszystko to, co znajome i herbata, która smakuje jak powinna.

Chyba serio się nie nadaję do podróżowania, ale czasem trzeba.

IMG_1743 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szpadel latający… została wyłączona

Pan Tealight i Panowie Perzowie…

„Nagle jej jakoś to przyszło do głowy, ni z tego, ni z owego, choć niektórzy przebąkiwali, że przecież można się było tego po niej spodziewać i nie dało się jej od tego odwieść. A próbowali. próbowali nęcić ją łóżkiem, sezamkami, krówkami, a nawet lodami z bitą śmietaną, ale że ona ostatnio średnio na słodkie, więc spaliło wsio na panewce. Zabrali się więc za większy kaliber… obiecali nowe świeczki i wtedy trochę jakoś tak zaskoczyło, ale na krótko. Na świeczkę z metalowym słonikiem, na tę pachnącą jeżynami, na jedną wycieczkę, zakupy w sklepie z symbolami, na rabarbarową świeczkę, na wisiorek i łańcuszek z gwiazdką i kawałkiem nieba…

Ale jak wróciła do domu, to już nie mogli jej powstrzymać.

A jak nie możesz powstrzymać, to wiecie, musisz się przyłączyć, bo jak zrobi to sama, to jak nic padnie w końcu i się rozsypie… i kto to posprząta, a już z trawnika to strasznie trudno!!! Tak wybierać kawałek po kawałku Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki – obecnie na strasznym głodzie – a co jeśli ptaki się zlecą, a tutaj nie tylko wrony, które jakoś nie uznają zjedzenia jednej ze swoich za ptaszobalizm, a już mewy, czy inne tam krogulce… no dopiero by było. Kawałek wiedźmowy w jednym ptaku, inny kawałek w kolejnej gadzinie.

I jak tu potem wrócić do ogólnej kupy?

No jak?

Tak z kupy?

Ponieważ nie dało się jej odwieść, nie dało związać, spętać, ogólnie unieruchomić i wiecie, sprawić, by nie wylazła do ogrodu, no i ponieważ wciąż jeszcze popodróżnicza tęsknota się w niej tliła i jakoś tak musiała Wyspę pomacać, to postanowili jej pomóc i tyle. W końcu chodziło tylko o jedną grządkę. No tak mówiła. Ale czasem, jak ktoś niski coś mówi, to wiecie, robi to większe niż zwyczajowego wzrostu osobnicy i…

I w ten sposób pomarli Panowie Perzowie. Panowie Ździebłowie i Panowie Trawowie. Bo Stokrotki to nie. Jakoś w dziwny sposób, mimo Armii Mrówczej w barwach czarnych i dziwnie wyblakło-karmelowych udało im się razem wyhakać połać trawnika i nazwać go grządką. Nie ważne to, że wysypana korą, nic to, że na połowie drzewka w doniczkach stoją, nic to… że zioła w większości, no i wiecie, oczywiście one wszelakie kwiatuńcie… nic to.

Ważne, że Wiedźmie lepiej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4734

Z cyklu przeczytane: „Dobrze ci tak!” – … trzeci tom serii „Między wierszami”, a może raczej opowieść o dziwnych przepychankach między dwójką tych, którzy wiedzą, że się kochają, że mogliby być ze sobą, a jednak…

No przynajmniej on – Reid, przeszedł przez tak wiele, popełnił tyle błędów, że to, co dzieje się teraz, staje się tylko kolejnym rozdziałem jego dziwnego, życiowego filmu. Ale tym razem rany są prawdziwe, paparazzi mogą wszystko zepsuć, a on sam nie wie, czy się podniesie. No i jest jeszcze Dori. Dziewczyna dziwnie zwyczajna. Pracująca tutaj, a jednak…

Czy w ogóle mogą być razem? Czy jej nie przytłoczy jego osobowość? A może to ona powinna się przekonać, że jego życie, to wcale nie zabawa. Że skrywa sekrety, że boli, że tak naprawdę to wszystko nie jest bajką. Drogie zabawki nie zmienią jej w romantyczną opowieść.

Czy będą razem?

Czy on jej nie skrzywdzi swoją miłością?

IMG_5836

IKEA

No bo przecież trzeba, czyż nie? No weźcie no, choćby się sztachnąć tymi drewienkami no i oczywiście poleżeć na tych łóżkach i nabyć sobie poduszkę. Bo ramek to już nie, w końcu tego co było kultowe, jakoś w IKEA już nie ma. No te ramki drewniane na przykład. Pamiętacie? Po trzy pakowane? Wciąż mam kilka na ścianach.

Ech…

Szwedzka IKEA zdaje się być dziwnie pusta i dziwnie, nerwująco, znajoma. Nagle człek sobie uświadamia, że mieszkanko, które wynajął – dwa pokoje, przedpokój, kuchnia i łazienka – to dokładne odbicie wnętrz ikeowych. Ale no toćka w toćkę. Począwszy od tego co na ścianach, tego jaka jest podłoga, kibelek – w którym mi dupa utknęła, no wpadłam no – garnki, talerze i stoły, krzesła i pościel. Wszystko z IKEA. I to całkiem nowe wzornictwo. Dziwne to. Przerażające nawet. Jeśli się pomylę, jeszcze kurcze przysnę tutaj, zapomnę gdzie jestem, pomyli mi się i wiecie, no zostanę tutaj na noc? Co jak mnie nie dojrzą? A może nawet da się zamieszkać, w końcu jedzenie mają…

A właśnie, jedzenie.

Po raz pierwszy od wieku kurcze poleźliśmy na jedzenie do IKEA. Nie na hot dogach, nie na lody, a na to, co zwą obiadem. I… i to nie jest już to, co niegdyś było. Nie ten zapach, nie ten smak. Niektóre elementy są zwyczajnie obrzydliwe. Nie no, podobno klopsiki super, ale po nich przybyła Pani Niestrawność, zresztą mnie zaatakowała po sałacie, więc coś jest nie teges. Na dodatek wszystko się magnesuje. Niech mnie ktoś objaśni, czy czasem teraz ta cała indukcyjność to nie jest jakoś taka nachalnie serwowana każdemu. Bo mi kurcze sztućce się nie chciały rozdzielić. A i w mieszkaniu też oczywiście indukcja. Dzięki temu wiem już, iż podobnie jak z kuchenką mikrofalową, indukcja mnie nie lubi. A dokładniej wszystko gotowane na onym ustrojstwu – na moje nieszczęście jeszcze sobie poczytałam zbyt wiele – było obrzydliwe. A już zielone herbaty… bleee!!! Coś koszmarnego!!! Wiem, że to jak zwykle pewno wyłącznie mój problem, bo przecież ja jestem wcieloną epoką kamienia, ale… Widzicie, wiem jak smakuje jedzenie gotowane na ogniu w zwykłym, starym garnku, wiem jak to co na węglach, to na gazie i to na prądzie. Każde smakuje trochę inaczej.

Elektryczność lubię, gazu się od zawsze boję, a drewno… mniam.

Indukcja nie dla mnie.

I nie dla mnie jedzenie w IKEA. Chociaż ciasteczka zdawały się być dość smaczne. Do czasu jak zaczęły opuszczać mój organizm. Na szczęście zjadłam tylko odrobinę. Na szczęście potem polazłam na spacer w las…

Na szczęście!!!

IMG_0393 (2)

Znalezione, moje…

Znaczy nie, czytałam przecież o nich, ale jednak jakoś tak, dziwacznie, zapomniałam. Nazwy mi się nie skojarzyły, jakoś tak… zapomniałam.

O Torsbo.

Kierujecie się znakiem specyficznym, właściwym dla szwedzkich zabytków, no i oczywiście napisem hällristningar. Co prawda może się Wam pomącić w głowie, możecie nagle zrezygnować, jak was droga w las zaprowadzi… a nie warto, lepiej nie. Przejedźcie przez lasek, znajdźcie spory parking, nie przeraźcie się pustki, domku gdzieś w oddali i tej ścieżki prowadzącej was w las. W leśne odmęty i otmęty. Idziecie, podłoże trochę chlupocze. Ale idźcie, idźcie, bo w oddali co majaczy. Bo wiecie, e warto serio. A teraz, wiosną lekko nagle wilgotną, bo akurat dziś w końcu ten dziwny, parzący gorąc odpuścił, chłodno trochę, niebo zasnute, jak nic zacznie lać i uprzedzając fakty, tak, zacznie lać wtedy, jak najbardziej się rozkręcę!!!

Ale idźcie…

Idźcie tą ścieżką, zakręci raz i potem znowu i już wiecie, że ofiarę należy przodkom z epoki brązu złożyć i nagle te sosenki i brzozy, nagle one zaczynają przenosić opowieści z ziemnej zmienności i niezmienności. Po prawe młodniak, po lewej kurhany, a potem… są… Odkryte, odarte z trawiastej darni kamienne płaskie głazy. Wylizane, wygładzone, ozdobione, a może tylko opisane?

Dlaczego to zrobili?

Dlaczego im się chciało?

Dlaczego aż tyle?

Te ryty są bardziej skomplikowane, bardziej rozległe, bardziej też i skumulowane. Bardziej inne, kosmiczne trochę, pełne zwierząt i niesamowitych opowieści o polowaniach… są w nich całe historie i człowiek chce, a może tylko ja? Chcę po prostu usiąść tutaj i już zostać na dłużej. Po prostu poczytać, bo wszystko zdaje się być takie w końcu oczywiste. I te groby i te ryty i te drzewa i trawy i nagle… zwyczajnie zaczęło lać. A dzięki wilgoci ryty zaczęły lśnić jeszcze bardziej szeptać, jeszcze bardziej być widocznymi, dziwnie głębszymi, wypukłymi, niesamowitymi. I ten kolor kamieni, no i oczywiście darń do tego i jeszcze mchy i oczywiście…

Zakochałam się, ale zostać nie mogę, no przecież nie mogę!!! A może jednak mogę? Na dłuższą deszczową chwilę?

IMG_0404

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panowie Perzowie… została wyłączona

Pan Tealight i Zielone peruki…

„Są!!!

Pojawiły się!!!

W morzu zawrzało i wszystkie dostępne i żywo żwawe Syrenice, wypełzły na wilgotne kamienie. Są gotowe, podniecone, kręcą się, niecierpliwią… Oczywiście założyły te kiecki najbardziej błyszczące, najbardziej wyjściowe, najbardziej zazdrość wzbudzające. Ale mimo poprawnych makijaży, mimo całych onych koafiur na czachach i ozdób, wiedzą, że wszystko może się zmienić w ciągu sekundy. I odpaść, porwać i zwyczajnie odejść w zapomnienie. Wiedzą, że mogą stracić wiele, a nawet wszystko, ale są na to gotowe. Bo przecież chodzi o to, co pojawia się raz w roku i tak naprawdę jest tylko doskonale dostępne i kształtowalne przez kilka tygodni. A czasem i krócej. Lepiej łapać je, gdy tylko się pojawią…

Świeżutkie, cudowne i szmaragdowe. Połyskujące, o różnych długościach i gęstościach. Jak kto woli, coś z dłuższym przodem, krótszym tyłem, lub odwrotnie. Z boczkami podkręconymi, z lekkim trymowaniem, a może takie z już wczepionymi muszelkami i skorupiaczkiem z frontu? Może coś z robakiem, może nawet krewetką, którą można sobie pocmoktać podczas używania?

Kraken i Panowie Krakenowie wiedząc doskonale jak to wszystko się zacznie, jak przebiegnie i jak skończy, skryli się w morskich głębinach, a onej Wyłącznie i Totalnie Męskiej Jaskinii, gdzie królują warsztaty, siłownie i napitki tak ostre, że ogony od nich czerwienieją. Nie chcą brać w tym udziału, po prostu pozbierają szczątki, gdy już kobiety morskie i ogoniaste skończą walczyć o peruki. O one doczepki i zaczeski. O poszerzacze i zagęszczacze. O oną zieleń, która tak kręci morski świat…

… o szmaragdowość rosnącą na kamieniach przez tak krótki czas.

Miejmy nadzieję, że tym razem Plemię Plażowych Wegetarian nie pokręci Syrenicom planom. Ostatnio rzucili się wyżerać wodorosty.

Bezczelne skurczyludziny!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5976 (2)

Z cyklu przeczytane: „Flirt roku” – … tadaaaa!!! Nowa seria Jennifer Echols, która, jak się wydaje, podbiła serca polskich czytelniczek. Sama autorka zdaje się być tym zaskoczona, spoglądając na jej posty w mediach społecznościowych.

Tym razem naszą bohaterką jest siedemnastoletnia imprezowiczka – Tia. Oczywiście iż w powieści musi się pojawić jej przeciwstawieństwo – Will. Reszty się domyślicie, jeżeli dorzucicie sobie do tego szkołę, raczej formie mocno zagranicznej, no i wszelakie tam dojrzewanie. Zwyczajność, trochę niespodzianek i typowa Echols. Byłe dziewczyny, byli faceci i rodzice. Ech… cóż to były za czasy… no dobra, ja się uczyłam, więc… może jednak dla mnie to trochę kosmos?

YA w pełni swej definicji!!!

IMG_5769

Ryty naskalne…

Jest ich masa. Właściwie, nie oszukujmy się, właśnie kolejna ekipa donosi o odkryciach owych i są one niesamowite. Nie da się w ciągu jednego dnia nawet liznąć ich wielości, ale da się przynajmniej obejrzeć część tych najsłynniejszych, tudzież tych dość reprezentatywnych.

Aspeberget wymaga chwili łażenia, ale do parkingu dojedziecie samochodem, więc ci trochę bardziej leniwi mogą po prostu przystanąć przy pierwszej grupie znaków, wdrapać się na drewniany stołek i spojrzeć na wszystko z wysoka, albo zwyczajnie przycupnąć na drewnianych schodkach, no i myśleć: dlaczego, po co i na co? Bo jest tych znaków tak wiele, że człekowi łeb pęka od myśli. A to okrągłe, to co, a ten ludzik, a łodzie? A dlaczego takie są, a nie inne? I oczywiście pamiętajcie o tym, że to są ryty, a to czerwone to farbka nałożona, by lepiej je było widzieć, tudzież i trochę je ochronić. Choć tutaj zdania są podzielone. Irlandczycy ze swoim najbardziej sławnym kamieniem z rytami zrobili tak, że odkopali, oczyścili, zrobili go we wszelkie de i zakopali z powrotem. Bo niestety i deszcze i różnice temperatur i ludzie i zwierzęta, wszystko sprawia, że ryty szybko znikają. Niektórych już nie widać. Niektóre odeszły w zapomnienie i tylko farbka o nich przypomina, że tutaj były.

To stanowisko, choć rozłożyste, jest niesamowicie fajnie opasane ścieżką, więc można sobie pohasać. Nawet jak z nieba żar się leje. I warto. Bo niektóre z rytów są świeżutkie, dopiero co znalezione i w końcu można popatrzeć jak to wygląda dokładnie, a wygląda o wiele inaczej niż te nasze, wyspowe. O wiele płyciej, dziwnie plaskato. Są i koła i krzyżyki i łódki… i pytania.

A potem możecie na przykład, jeśli już macie dość, przejechać się do Norwegii. Bo dlaczego nie, to w końcu rzut kamieniem. Stercząc na tym wielkim moście można doznać nie tylko zawrotów głowy, ale też i jakoś tak zwątpić we wszystko. W ten błękit i zielenie, w te łódeczki wypasione wille na grzbietach skałek. W ten cały przepych, a jednocześnie tą naturalność. Ale to w końcu most. Granica na Svinesundzie. Wysoki jak pierun i z widokiem na inne mosty. Chciałoby się zleźć tam na dół, ale głupio tak jakoś. Wydaje się, że bez diamentów i wielu zer na koncie, a lepiej i kontach, tam się nie kierować. Ale nic to. Popatrzę na nich z góry, a potem zaskoczę się sklepem wolnocłowym, czy jak to zwą? No wiecie, to Norwegia, więc całkiem inny świat. Zaraz na granicy gigantyczny market z gigantycznym działem słodyczowym – choć nie mieli mojej ukochanej Lindta z procentowym wnętrzem. Ech!!! Jakoś to przeżyję, no muszę no. I nie padnę na widok ogromnego baraku z seksszopem w środku.

Ekhm… jednak chyba jestem wstydliwa.

Nie wlazłam.

Za to przy stacji paliw, zaraz za mostem jest świetny sklep suwenirowy!!! Polecam!!!

IMG_5929

Dużo kamieni i Szkoci

Czyli cmentarzysko w Greby. Legenda opiewa złożone tu kości Szkotów, ale… podobno sprawdzono dość dokładnie i nie znaleziono żadnego uzbrojenia, wyłącznie przedmioty osobiste, więc raczej dość trudno uwierzyć w walecznych i bitnych. A może przeszli na pokojową stronę? W końcu to Szkoci, kto ich tam wie? Czy ja w ogóle znam jakiegoś Szkota?

Samo cmentarzysko jest rozległe z widokiem na miasteczko. A dokładniej na kościelną wieżę. Pofałdowana polana, dość spora, jest częścią cudownej ścieżki spacerowo-historycznej, więc jeśli będziecie mieli więcej czasu, a kochacie naturę i archeologię, polecam. Naprawdę czaruje i przeszłość i teraźniejszość natury. Te maleńkie kwiatuszki, te trawy i drzewa. Ta zieleń środkowej wiosny. Choć wygląda jak początek… I oczywiście kamienie. Ogromne, ciosane dość chudo monolity. Niektóre w pełni falliczne, inne znowu stojące prostopadłościany, przytknięte do siebie. Wszystkie jasne, szarawe, niesamowite. Ale wiecie, oczywiście dość wczesne. Bo jak to już tak zwana nasza era, to dla mnie szoku nie ma. Ale atmosfera niesamowita. Można tutaj usiąść pomiędzy tymi, którzy śpią pod grubą warstwą traw i mchów, i podzielić się z nimi kanapką. Wiecie, taki rodzaj obiaty. W końcu to nie czasy grających zniczy. To wciąż czasy darów jadalnych, obecności, pogawędki z duchami i głaskania kamieni. Warto tutaj zajrzeć, by pomyśleć o Szkotach w Szwecji. Bo nawet jeżeli nie do końca prawdą jest, że tu leżą, to jednakowoż znając człowieczeństwo, na pewno zostawili tutaj jakieś swoje geny. A ludzie tutaj może i nieczęsto się ruszali. Ciekawe, czy ktoś zrobił badania DNA współczesnych?

Mogłoby być ciekawie.

Samo Greby jest morskie. Trafiamy na – chyba – mistrzostwa w otwieraniu ostryg? Takie raczej Bałtyckie, no ale. Za głośno, zbyt wiele ludzi. Ponownie żadnego sklepu dla suwenirowców. Gorzej, nawet kartek nie zdobyłam. Jestem niepocieszona, no ale… czasem tak się zdarza. Nie przeskoczę tego, więc oglądam sobie domki i kolejną skałę. Bo oczywiście znowu wszystko przytyka się do skały. Droga całkiem ruchliwa, ludzi cała masa… w końcu idę molo, po prawej robią sobie zdjęcia ślubne, po lewej imprezują na onym ślubie. Wszyscy szukają tylko miejsca, by coś zjeść i wypić, a takich miejsc jest cała masa. I tak… po prawej morze i łódki, tutaj w końcu morze pachnie jakoś lepiej, po lewej kolorowe domki przybrzeżne i knajpki. Wszystko kolorowe, szalone. Gorąc co prawda sprawia, że chcesz z siebie ściągnąć ciuchy i skoczyć w całkiem czystą wodę, ale z drugiej strony ten cały motłoch. No i nikt się nie kąpie.

Może to jednak w złym guście?

Dlatego idę dalej…

… przybrzeżnie, zerkając na oną wysepkę, od której oddziela mnie woda, porwany brzeg zielony, na te domki dalekie, łódeczki wszelakie i statki… Czy wciąż jeszcze można się gdzieś wybrać na gapę? A może jednak w końcu potrzebuję odpocząć, bo to wszystko trochę już mnie przytłacza. Te skały lizane, niczym tyłki śpiących trolli, jak puszczą bączka, to będzie dopiero. Ale nic to, w końcu to inne skały niż u nas, cała reszta…

Widzicie, jeśli się mieszka na Wyspie, w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie… to człek dziwnie zblazowany się robi i go jakoś to nie rusza. Tak jak codzienność wyspowa rusza, tak to już nie. Bo u nas czyściej i fajniej pachnie i tęsknię… za domem. To wszystko tutaj, zdaje się być jakąś ułudą, takim domkiem z kart, który złożą na noc, by się nie pobrudził.

IMG_5975

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zielone peruki… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Pierdolton…

„Pan Pierdolton ma na sobie lycrę.

Dużo.

Właściwie cały jest zapakowany w tworzywo generujące smrodliwy pot i pierun wie co jeszcze. Naprawdę, to nie do końca jakiś sekret, czy coś, niektórym wydaje się, że one zapachy i aromaty się uczłowieczają, albo ualienowują i tworzą własne, inne światy, galaktyki i takie tam, gdzie są jednorożce i słonie z trąbami w miejscu ogonów. Gdzie mieszkać można ciągle w łóżkach i oczywiście półdupkami klaskać w ramach seksualnych podniet. Na dodatek, zakłada chyba to wdzianko z golfikiem przez głowę, bo nigdzie nie ma zippera, więc nagle człek zaczyna się zastanawiać, jak on sika i nie może przestać? Niby facetom dziurka starczy, ale jednak…

Jak?

Wiedźma Wrona Pożarta spoglądała na niego i wiedziała, że jest to coś, co ją bardzo przeraża. Zarazem fizycznie, jak i psychicznie, namacalnie i osłuchowo. Może ma inne strachy zajmujące pozycje w pierwszej piątce, ale chudawy facet, chociaż z brzuszkiem, w prawie całości zapakowany w coś, co go dusi i wygląda jak nastolatka lecąca na miliony starego dziadka… jest złe. Po prostu odrażająco, straszne i w pełni złe. Zasługujące na piekło od każdej z religii jednocześnie. Bo przecież… no dobra, bieganie jest fajne, rower też, ogólnie fizyczność potliwa jest super, ale można ją uskutecznić też usuwając pół kilometra darni w ogródku, a nie łazić w ometkowanym i otagowanym znajomo wyglądającymi literkami wdzianku.

Jego ubogie słownictwo pozwoliło mieszkańcom Białego Domostwa – właśnie mieli zajęcia w Kąciku Czytelniczym z duchem Rozważnej i Romantycznej – zrozumieć tylko tyle, że ma na imię Pan i tak należy się do niego zwracać, a poza tym, dobrzy są tylko ci, co biegają i puszczają foty na Fejsa z tej okazji. Inni to plebs i odpady ododbytnicze, wszelaka rasa mniejsza, totalnie niedorozwoje i dziwadła nie znające norm moralnych. Nie mające pojęcia o cywilizacji i rozwoju człowieka – ślepy widać był na wszelaką nieczłowieczość, która go otaczała. Zadufany w sobie, spocony dupek zaraz wytknął też Ojeblikowi brak nóg, Wiedźmom z Pieca tuszę, a Księżniczkom i Królewnom nadmierną bladość…

I gdy tak mówił, a we wszystkich rosła wściekłość pojawiła się Latająca Krowa i go obsrała. Zwisające z placka piękne farfocle zdawały się powiewać na wietrze, zapach w końcu powrócił do normy i ogólnie mówiąc znowu zaczęło być względnie pięknie. Jednak jedzenie kisielu sprawiło, że krowie placki nie rozpadały się, a raczej obwijały dookoła ofiary… jak miło. Wiedźma Wrona od razu puściła stosowną fotę na Fejsa. A Pan nagle zmienił się w to, czym zwyczajnie był, czyli kupą gówna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9808

Z cyklu przeczytane: „Świat bez ciebie” – … koniec. Ostatni, czwarty tom serii „Między wierszami”. Opowieści o parze, która przeszła przez tak wiele. O sławnych, bogatych… a jednak dziwnie zwyczajnych i skrzywdzonych.

Są razem, ale tylko przez chwilę, bo przeszłość dopada Reida po raz kolejny. I tym razem on jest gotowy się z nią zmierzyć. Tym razem to nie tylko opowieść o dwójce, ale czwórce osób, które w jakiś sposób muszą odnaleźć wspólną, lub tylko swoją drogę. Reid, Dori, Brooke i River. Czy miłość jest w stanie w końcu zatryumfować? A może trzeba będzie porzucić sławę właśnie dla niej?

Nie, nie jest to moja ulubiona serii Webber.

Po prostu.

Bogate dzieciaki i ich problemy, czasem wydawało mi się, że najłatwiej byłoby zdzielić jedno i drugie po łbie i przypomnieć czym naprawdę jest życie. Dla czego i dla kogo warto je zmieniać. Warto o nie walczyć… ale doceniam pracę, a już ten ostatni tom przyniósł tak wiele bólu i rozważań na temat owoców miłości, że zrekompensował mi poprzednie. Pewnie, to wciąż opowieść YA. Ale jednak w tym tomie, to też przypomnienie dla tych trochę starszych, jak trzeba żyć.

Jak warto postępować. I co jest najważniejsze!!!

IMG_5825

Vitlycke Museum

Niczym dwa stykające się trójkąty drewniane, na małym pagórku. Niczym szarość zmieszana z błękitami. Do tego chyba kawiarnia, bo na białych stoliczkach talerze, przy nich na białych krzesełkach siedzą rozgolaszone panie zaskoczone chyba jak ja tym całym upałem. Wchodzę do środka, bo przecież za darmo. Mijam napis, by uważać na złodziei i nie zostawiać niczego w aucie, bo nikt za nic nie odpowiada i już wiem, że kurcze, dziwnie jest… a przecież przyszłam tutaj po naukę. Po wiedzę. Po informację. Chcę w końcu wiedzieć czym się różnią nasze ryty od ichniejszych, dlatego tak się od naszych alienują? Chcę… i otwieram drzwi i wpadam od razu do sklepu z pamiątkami ciągnącego się przez całą długość budynku, ale trzymam się w ryzach i najpierw ekspozycje.

Może nie ma tego wiele, ale w końcu chodzi tylko o epokę brązu… i o ryty. W tle wciąż słyszę jakiegoś ciołka walącego kamieniem o kamień i już mam ochotę poprosić o ciszę durnego abnegata, gdy rozumiem, że o to chodzi… że tak oni żyli. Że jeżeli każda wiocha miała swojego tłukacza, to ludzie serio musieli ich nienawidzić. To stukanie uświadamia mi więcej niż grzebanie w setkach artykułów o kolejnych odkryciach. Stukanie jest wkurzające, więc może był tylko jeden i łaził pomiędzy tymi skałami? Może w rzeczywistości był obłąkany? Może… miał uczniów? A może sam był uczniem, bo przecież ryty z podobnego okresu się różnią, te atlantydzkie są inne od naszych… te wyspowe inne od ichnich, ale nie do końca. Bo przecież… nigdy nie odkryjemy wszystkiego, nigdy do końca nie będziemy pewni czy taki znak lub inny, nie występuje i u nas.

Nigdy, bo obszar jest ogromny.

Może i był pod wodą, tak niedawno, może, ale jednak… Duszno mi, więc może i mam omamy, ale oglądam to, co wiem. O czym czytałam, One rekonstrukcje, które stały się takie popularne. W moich studenckich czasach sami wsio szyliśmy, teraz to cały kosmos wszelakich działalności. Kolejna ekspozycja, coś o rolnictwie, coś o życiu, mieszkaniu, coś o wpływach, coś o przeszłości, coś o… duszno mi. Kładziemy się na wielkim, okrągłym łożu i patrzymy w górę. Górę, która jest i niebem i wodą, morskością i deszczowością i wiecie co… przestawienie jest genialne. Nagrałam film, więc możecie zobaczyć, muszę tylko tę muzykę jakoś zapętlić. Nie wiecie czasem jak?

Help?

A teraz sklepik.

Czadowy.

Ceny przystępne.

Dzieła świetne, zabawne, z poczuciem humoru, bo ryty można składać wszelako różniście, więc wiecie… bawią się nimi. I człek wie, że znalazł prezenty dla znajomych, choć pewno nikt nie zrozumie mego bzika. Teraz idę je zobaczyć, a dokładniej wyłącznie garść rytów, tych na przeciwko muzeum. Ryty i dwa kopce. Niesamowita wycieczka pomiędzy brzozami. I górki i schodki i zagubienie, podmokłości, można się zgubić mimo mapy i oznaczeń. Można się zawieruszyć, a może dokładniej – chcę się zawieruszyć, bo choć gorąco, to jednak ona zieloność tak onieśmiela, one rzezania budzą wszelakie pomysły i tworzą we mnie kolejne teorie… jestem w swoim żywiole.

Myślę zbyt wiele.

IMG_6571 (2)

I więcej…

A właśnie, dopiero teraz wracamy na tyły muzeum, gdzie jest wioska brązowa. Znaczy wioska z epoki brązu. Znaczy skansen, a dokładniej rekonstrukcja, chociaż kurhany podobno prawdziwe. Dwie chaty, miejsce do codziennych zachowań… niskie budynki, ciemność i już zdajesz sobie sprawę z tego, dlaczego tak bardzo garnęło ich ku światłu. Dlaczego je czcili. I potem dalej, miejsca dla zwierząt, no i najkapitalniejsze – coś na kształt miejsca świętego na środku sztucznego jeziorka. Miejsca czczącego nie tylko rogate zwierzę, ale i ekhm… inne rogatości. No wiecie, oni widzieli świat prosto, penis-facet, cycki-baba. Ciekawe, czy jakbym postawiła sobie takich w ogródku, to byłoby larmo? Może nie? W końcu, czyż nie mamy wolności wszelkich wierzeń? I tutaj, na maciupkim pomoście piękna jaszczurka.

Ech… gorąco.

Dalej wszelkiego rodzaju wnyki z dokładnym opisem, sorry, nie na moje nerwy. Może mnie fascynuje epoka brązu aż nazbyt mocno podobnie jak neolit późny, ale jednak nie chciałabym wtedy żyć. Nazbyt bardzo cenię sobie własny kibelek z prostym prysznicem. Zwyczajnym bez udziwnień. Właściwie rurkę z kopułką, z której woda płynie. Człowiek ze mnie prosty, ale śmierdzieć nielubiący. No i mieszkanie w niskiej chatce z dziurą w dachu, ech, to nie dla mnie. No i te skóry, nie no… jakoś nie, nie mogę, jeszcze mi jaszczurka w ucho wejdzie i będzie…

Ale Wy koniecznie zobaczcie muzeum – wjazd jest za friko – oraz wioskę. Nawet jeżeli nie kręcą Was ryty naskalne, to muzeum, choć niewielkie, serio robi fajne wrażenie i niesie sporą dawkę wiedzy. A wiedzy nigdy zbyt mało.

PS. Małe ostrzeżenie z Wyspy. Nie biegajcie po skałach.

IMG_6308

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Pierdolton… została wyłączona