Pan Tealight i Bardzo Nieśpiąca Królewna…

„No to był dopiero numer na całą Wyspę.

Zjechało się na nią stadko Księciów i Księciuniów, do których Księżniczki i Królewny, a i nawet Wiedźmy z Pieca zaczęło robić oczy maślane, kremowe i ogólnie mówiąc niemotorycznie liryczne… Zjechało się z reklamacją na oną jedną. No wiecie, że im Śpiąca nie działa!!! Że karneciki wykupili, glejty wszelkie mają, a ona kurcze nadal ślepiami otwartymi w nich wpatrzona, coś tam na drutach robi i jęzorem ciętym ich odpycha. A wiadomo, że jeśli chodzi o koronowaną narzeczoną, no to lepiej, by w pierwszej fazie znajomości, znaczy onej początkowej, cichą była… wiecie, niby intryguje wszystkich osobowość i takie tam, ale jednak lepiej, żeby milczały. Żeby jakieś takie posłuszne były, bo jak to będzie wyglądać, gdy on się nagle zacznie nad nią nachylać, uśpioną i drżącą w sennych oparach omamów, a jej pięść nagle przywita się z jego czaszką? Okiem, nosem, lub uchem? Nawet nie wiadomo co wybrać…

Dlatego przyjechali na Wyspę.

Wiecie, Śpiącą Królewnę naprawiać. Nawet ją przywieźli w takim mało strojnym pojemniczku. Wiecie, jak dla kota, ale jakoś zgrzebniejszym. Widać nie do końca jawiła się ich pupilką, więc po co im była? Czy tylko dla wypełnienia przepowiedni jakiejś, bycia jak ojciec i dziad? A może… nie, nie mogło tak być. Wiedźma Wrona Pożarta ogólnie cięta na wszelkie nadmierne ludzkie zgromadzenia zaczęła syczeć i pluć z oczu jadem, gdy tylko ich zobaczyła, więc oni zaraz, że: wiedźma, wiedźma, wiedźma i takie tam, wiecie… no to Jorik jednorożec od razu wziął się do roboty i już było ich mniej. Jakoś nie pozakuwali się w zbroje, bo kto by podejrzewał kogokolwiek tutaj o jakieś zapędy… w rozchełstanych koszulach panowie zaczęli się gubić w Maleńkim Lesie. Ale nie mogli się ukryć. Nie przed wszelkim przejawem babskości w Sklepiku. Nie po tym, co zrobili. Nie przed solidarnością jajników, w jakimkolwiek były stanie…

I w ten sposób powstała szklana wieża a szufladkami. Wiecie, wersja chłodnia. Dla każdego coś miłego. Można wypożyczyć, można zakupić, można się zabawić… Panowie w różnym stanie muskulatury, kolorze skóry, długości i kolorze włosów. Nieruchliwi. Mało się sprzeciwiający. Przy zakupie pana na forever and ever, maść do poruszania obiektem gratis!!! Do tego zaklęcie: sprząta-gotuje i dokazuje gratis.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2187 (2)

Z cyklu przeczytane: „Grzechot kości” – … intrygujący pomysł. Takie sobie wykonanie. Bo… jak mógł ktoś dorastając nie sprawdzić historii swojej rodziny. I to w momencie, gdy stykało ino kliknąć Googla?

Ale mniejsza o to.

Wyobraźcie sobie jego. Strażnika kości. Wielkiego Kustosza Jedynego Takiego Muzeum na świecie… miejmy nadzieję? I jego potrzeby. I wejdźcie w skórę jego ofiar. Przerażonych. Nie wiedzących co się dzieje. Tylko czekających na koniec. A może wolicie być nią, tą, która musi go odnaleźć. Sztukmistrza, geniusza, ale przede wszystkim mordercę. Tego, który tak naprawdę od dawna stał za jej plecami.

Niby zwykły kryminał, ale z całym bagażem emocji po obu stronach, z tym wszystkim co zwiemy rodziną, nic nie jest jakoś… proste. Zwyczajne. Z jednej strony to morderca, ale z drugiej… I jest jeszcze on, chłopiec, który nie ma już siły być w swoim ciele. Wszystko to buduje niesamowite wrażenie niebezpieczeństwa, które naprawdę może czaić się nawet za samym czytelnikiem.

Książka wciąga, ale może przez to, że jest długa – co zwykle uznaję za plus – coś się rozmywa, rozlewa, coś umyka. No i… głupota niektórych z bohaterów naprawdę uderza. Totalna nielogiczność sprawia, że jakoś nie potrafię dac tej powieści najwyższej noty, ale skłamałabym mówiąc, że mi się nie spodobała. Zaintrygowała mnie. Mieszając naukowość z empatią… wiecie, tak naprawdę świat nie jest tylko biały i tylko czarny. Tak naprawdę nic takie nie jest.

Przeczytajcie.

IMG_5657

Wrzątek z nieba, chłodna bryza, tudzież prawdziwy wiater nocą. Ciągłe obietnice wszelakich deszczów i Folkemødet. I coraz mniej wody w morzu. I coraz dziwniejsze anomalie. I coraz więcej Turyścizny, która zachowuje się co roku gorzej. I sorry, ale nie mówię tutaj tylko o młodszych osobnikach. Częściej ostatnio odbija tym starszym. Jakby maniery się im uwsteczniły.

Z ostatnich wieści… vegańska lodziarnia.

Jakoś tego nie widzę, ale jako coś, co jest nowe, oczywiście jak najbardziej przyciąga uwagę. Polecam panom te sojowe! Serio! Fajne cycki po tym rosną i cellulit macie! Tak wiem, jestem wredna, a może jednak sarkastyczna? A może to tylko jedno i to samo? Albo… prawda? Kokosowe mleko mordujące orangutany, ojojojoj, ale przecież weganie nie zabijają zwierząt, co nie? Tia. Nie ma to jak indoktrynacja, a nie poznanie obydwu stron, nie muśnięcie wiedzy z każdej kadzi.

Najbardziej człek śmieszy, że nazywają te lody tak samo jak inne.

Nie ma różnicy w nazwie. Jak kurna kotlet schabowy z soi. Przecież to kłamstwo. On nie jest schabowy ino sojowy. Dlaczego nie piszecie prawdy? Jedno, co dobre, to to, że człek dowiedział się, że wieki temu robiło się lody z margaryny, bo wszystko inne (mleko, śmietana) musiało iść na eksport. Bleee… jak sobie przypomnę te czasy, gdy telewizja trąbiła o tym, że ludzie mają ino tłuszcze roślinne żreć, bo to zdrowsze, to mnie skręca. I co? Nawet ci, co w tych reklamach występowali, zaczęli umierać. Ekhm… potem nagle się odwróciło, a teraz znowu wracamy do punktu wyjścia? Jak mieszkacie na gorących wyspach, to papusiacie to, co jest. Wasza dieta pełna jest tego co dookoła. Dlaczego Europejczycy nie potrafią robić tak samo? Tak samo ekologicznie? No pomyślcie. Jesteście durniejsi, niż zwykły lud pierwotny.

Czyż to nie zastanawiające?

Czy tylko dobijające?

IMG_2125 (2)

A tak w ogóle, to prawie lato!!!

Jakiś gość nagrał teledysk na Wyspie i jest wielkie halo. Że tak, jak zwykle wiecie smukt, flot og hyggeligt. Zawsze tak jest. A potem się zmienia. Taka wiecie, dziwna, Duńska forma wyrażania: powinno tak być, ale nie mam swego zdania, ale coś napiszę.

A teraz człek siedzi sobie na nagrzanym tarasie i jakoś tak, jakoś tak po prostu nic nie robi. To potrwa tylko chwilkę, ale jednak… siedzi i marznie. A tak, człowiek niestety uświadamia sobie po raz kolejny, że gdy słonko palące chmury zasłonią, to wieje mocniej, niż zimno. I fajno mi. A bo co. Cieszę się onym zimnem, które mam. W końcu możliwe, że niedługo mi je lato zabierze na amen i na zawsze. Znaczy na lato, no wiecie. Na campingach siedzą sobie ludzie, wpatrując sie w morze, tudzież w drzewa, no wiecie, zależy od campingu. Na tym naszym w Gudhjem wpatrują się w morze. W większości samochody, przyczepy, tylko kilka niewielkich, mikrych namiocików schowanych w szafkach. Raczej niemiecko niż inaczej. Do przyczep dołączone wielkie namiotowe wille. Kurcze, nie ma co, ale ludzie mają kasę. A jednak wolą spędzić wakacje tak.

Z bardzo malutką łazienką…

To mnie przeraża.

Wiecie, bardzo malutkie łazienki.

He he he!!! Gdy tak siedzą wpatrując się w morze, na swoich wypasionych leżaczkach i innych tam fotelikach, za ich plecami siedzą na podobnych utensyliach osobniki, które mają tutaj swoje domki. Wiecie, te słodkie szeregi dwupiętrowych maciupkich chatynek. Albo te większe, wiecie, bardziej wypasione, z większymi oknami. Wszystkie są na sprzedaż. No dobra, spora część z nich. Niektóre można wynająć. I wypróbować. Są naprawdę kapitalne. I ich łazienki nie są takie przerażające. No i to jednak dach nad głową. I jakieś takie wiecie, mebelki i w ogóle… a widok taki sam.

I kibla wynosić nie trzeba.

IMG_2109

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bardzo Nieśpiąca Królewna… została wyłączona

Pan Tealight i Nocne Traktory…

„Wypełzają nocą ze swoich nor ciemnych, złożonych ze starych desek, opon i wszelkich metalowych, rdzewiejących części, z lekko wytłumionymi dźwiękami i jeżdżą po polach migając światełkami niczym kosmiczne talerze. No, chyba że zastawy stołowe robią teraz takie migające, więc wiecie, nie tylko…

… jeżdżą właściwie nie do końca wiadomo, co robią.

Nocną ciszę i nie do końca ciemność przesyca dziwny zapach, wcale nie benzyny, ropy, czy oleju z Netto, ale czegoś bardziej ozonowego, czegoś, co wydalały burze dziesiątki lat temu. Czegoś… zapomnianego. I światła. Te zdają się składać w jakieś wiadomości, w jakieś opowieści, może nawet prawdziwe legendy, ale nie umiem ich odczytać. I te odgłosy. Są jakieś… na pewno są, ale to bardziej ruchy powietrza, bardziej uderzenia liści o liście, bardziej coś, co się czuje, niż słyszy, więc…

Nocne Traktory.

Maszyny, czy jednak jakieś dziwne, kosmiczne byty? A może jednak coś, co po prostu od zawsze tutaj istnieje, ale większość woli tego nie widzieć, bo przecież… bo przecież tak jest lepiej, wygodniej, spokojniej pod czaszką. Jeśli się ją ma. Pod włosiem na niej, a może tylko czapką skrywającą dziwnie mechanizmy napędzane mieszanką z mrówek i dżdżownic, na lekkiej jesionowej wódce? Zresztą, czy to ważne? Czy tak naprawdę ważne czym są, może istotniejsze jest to, co robią?

A może lepiej nie wiedzieć?

Czy sieją, czy zbierają?

A może i jedno i drugie, a potem one wyklute stworzenia wtapiane są w ludzkie ciała? A może to tylko dusze, bo Drzewo Dusz przepuszcza korzeniami?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8648 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ludzie doskonali” – … trzecia? Serio, jakoś ostatnio namnożyło się tych książek o poprawianych dzieciach. A może czwarta? Kurcze, musiałabym sprawdzić, ale nie ważne. Ważne, że genetyka mnie przeraża. A przecież jestem naukowcem. Przecież nie powinna, a jednak… ponieważ ludzie dookoła raczej głupi, to w rękach głupców cud staje się przekleństwem.

Tym razem, to opowieść o rodzinie.

Dwójce wciąż kochających się ludzi, którzy przeszli tak wiele. Którzy pragną tylko zdrowego dziecka. Ale jako nosiciele pewnego genu, nie mogą na nie liczyć, więc… zwracają się o pomoc do kontrowersyjnego naukowca – genetyka. Wszystko przez co przechodzą, cały koszmar, niepokój, nagle wzmocniony zostaje sferą tajemniczości, ogromną sumą pieniędzy oraz ludźmi, którzy przebijają ich bańkę sekretu. Nagle to, co miało być szczęściem zmienia się w koszmar…

A to tak naprawdę początek.

Po tylu książkach poruszających temat „ulepszania” rodzaju ludzkiego przez sam rodzaj, sprzeciwiania się nauce, czy też religii, ta jest odrobinę inna. Ta powieść doprowadza sprawę do końca. Pokazuje naszą siłę tkwiącą właśnie w niedoskonałości, oraz doskonałość, która przeraża, ale też obarczona jest ogromnym bagażem. Czy jest tego warta? I tak naprawdę… czy jeżeli człowiek jako taki nie zmienił się od kilku tysięcy lat, pogrążając się obecnie w kosmicznym lenistwie i dbaniu o to, co nie jest ważne… zasługuje na ulepszenie? A może jednak powinniśmy wymrzeć? Może homo novus pojawi się sam? Bo jeżeli niczego nie zrobiliśmy ze swoją zawiścią, mściwością i innymi elementami naszych osobowości określanymi jako „złe”… więc może one są w nas umieszczone w jakimś celu? Bo przecież tak naprawdę wciąż TAK NIEWIELE wiemy o nas samych. O naszym DNA, mózgu, o tym, co naprawdę tworzy… człowieka.

Dobra powieść, ale nie błyskotliwa. Miejscami wkurzająca. Miejscami… ech, zbyt przydługa, potem znowu dziwnie niewdzięczna, ale warta przeczytania, by zrozumieć, że wciąż nie dorośliśmy.

IMG_5672

Popadało.

Naprawdę.

Jeden dzień wszelkiej wodnistości, a potem noc pełna zacinającego deszczu. Dziwny wiatr spowity pełnią księżyca. Trochę przerażający, ale względnie usypiający i narzucający dziwne sny. A jednak, gdy człek wylazł do ogródka, to jakoś tak wcale nie jest mokrzej. Może i wszystko jest czystsze i bardziej zielone, ale nie bardziej nawodnione. Rośliny zdają się wciąż marne i dziwnie przestraszone. Jakby wolały się schować, wrócić do ziemi i tyle, nie wychylać listka ponad powierzchnię. Jakby potrzebowały, by ktoś je przytulił. By zmienił to co na zewnątrz. By wszystko było jak kiedyś, jak wiecie, gdy były nasionkami, czy kłączami…

Ale najważniejsze, że popadało.

Jednak mimo deszczu poziom wody w rzekach mikry. A w morzu to już w ogóle. Gdzie kurna te topiące się lodowce. Serio rozumiem tych, którzy nie wierzą w globalne ocieplenie. Ale pogoda się zmieniła. Może jednak scenariusz z „Pojutrza” będzie tym, który nas kiedyś zastanie? A może nie?

Na razie najważniejsze, że słońce nie pali, a cała ona wietrzność cudownie chłodzi lico. Oj wiem, marzy się wam wszystkim wrzątek spadający z nieba i wakacje na plaży. Smażenie wszelakie i takie tam, ale dla mnie to wizja piekła. Każdy ma swoje piekiełko, co nie? Gorące, długie lato, to moja wersja koszmarnej wieczności. To palenie, ono nadmierne świecenie, ta wszelaka jasność i tak dalej. Bleeee… coś strasznego!!! Dobrze, że przynajmniej tak blisko do równonocy. A potem znowu powinna wracać ciemność. Hurrrraaaa!!!

IMG_6647

Połowa czerwca.

Nie wiem kiedy ten czas minął.

Serio, nie mam pojęcia. Jakby wszystko działo się gdzieś obok mnie, poza mną, gdzieś, gdzie nie mogę sięgnąć. Gdzieś, gdzie istnieje czas, a ja… tylko się starzeję, ale poza tym, to raczej nic. Nic kompletnie. Pory roku się zmieniają, ludzie przybywają, odchodzą, wymijają się na przystankach autobusowych, mijają się na promach, czy tylko zerkając na siebie przez okienka samochodów, czy autobusów. Nawet kupując cukierki zdają się być tacy jacyś bezczasowi. Wiecie, koło się toczy, wsio mija i tak dalej, ale jednak, jakoś tak… gdzieś indziej. Jakoś tak kompletnie poza mną.

Zieleń dookoła, jeżeli lekki chłodek was nie męczy, to spokojnie możecie skakać w fale, tudzież spędzać czas na wszelakich podziwianiach natury i architektury. Możecie zajrzeć do muzeów, tym bardziej, że Królowa nam pożyczyła trochę ze swoich dzieł, albo zwyczajnie siedzieć i gapić się w horyzont. To podobno dobrze działa na mdłości. Ale jakoś nie w moim przypadku. Ja tam mam wiekuistą chorobę morską. A na was działa?

No nic… lato prawie.

To jak?

Wakacje?

Macie jakieś? Czy w ogóle u osobników dorosłych występuje coś takiego, jak naprawdę wolny czas? Jak, naprawdę moment, choć chwila, gdy wszystko odchodzi, nawet podatki, choroby, śmierci, no i oczywiście komornicy?

No to, cokolwiek, miłego czerwca!

IMG_6807

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nocne Traktory… została wyłączona

Pan Tealight i Królicza Nora…

„… a może to był jednak zając?

Wiecie, no rebeliant taki, bo przecież one nie mają nor ino takie tam? Kurcze, pewnie nie, jak nic mutant, ale o tym się raczej nie myśli, gdy człek drepce podskakując, potem się potyka i łbem pachnącym czereśniową odzywką wpada w norę.

Może i miała być z niej nowa Alicja w Jakiejśtam Krainie, ale… widzicie, gdy się wpada w dziurę, to raczej wpada się w silny niepokój, wrzeszczy ogromnie i wystrasza całą oną bajkowość Krainę zajmującą. To nie są drzwi. To nie jest zaproszenie. To nie jest odkluczenie drzwi… to zwykłe wtargnięcie z napaścią, jeśli przy okazji miażdżycie pierniczonego Magicznego Królika w spodenkach w krateczkę, białej koszuli z muszką czerwoną, słomianym kapelusiku, z laseczką drewnianą, rzeźbioną i małym, kudłatym barankiem przy łapkach. Może nawet i rozbój, jeśli nie ma tam światła, bo łapą zbiliście lampę i jeszcze próba morderstwa, gdy machacie członkami niczym wredny wiatrak na zboczu pełnym wodnych młynów?

Wiedźma Wrona Pożarta, mimo swej dozgonnej miłości w rejonach baśniowych, jakoś nie potrafiła, no nie mogła się odnaleźć w ich dosłowności. A może po prostu zaskoczyło ją to wszystko? Może tak… może nie? Może miała coś do tego królika? Może tak naprawdę niczego o niej nie wiemy? A może to tylko efekt zwichniętej kostki, lekkiego wstrząśnienia mózgu, który w formie głównej wciąż, walnął się o jakiś głazik, pewno wytwornie uplejsowany w norze, pewno dekoracyjny, na pewno jakoś potrzebny, może robiący za stolik? Może za głaz grzany do łóżka…

Bynajmniej… Wiedźma straciła chyba przytomność?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1592 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niespokojni zmarli” – … nowy Beckett!!! Nosz przecież omal się nie posikałam, jak go zobaczyłam. Musiałam mieć. I mam. I sorry, ale zajęło mi to pół ranka i jeden wieczór.

Przeczytane…

Pierwsze tomy cyklu połknęłam z dziwaczną fascynacją. Nawet ten tom oderwany od serii. I nie żałuję kupienia tego. Może i był lekko przewidywalny, może i naprawdę główny bohater powinien już nie żyć… ale tak naprawdę, było to coś innego, coś nowego, coś bardziej specyficznego. Coś pomiędzy miejscami podmokłymi, a bagnami. Coś między ciałami z przeszłości, a ranami, które wciąż jeszcze jątrzą.

Coś…

Opowieść przykuwa uwagę, no i lekko śmierdzi. Naprawdę, zresztą jeżeli znacie Becketta wiecie czym zajmuje się jego główny bohater. Jeśli nie znacie tego autora, jak najbardziej możecie sięgnąć po ten tom. Może nie zrozumiecie dlaczego on jest taki, a nie inny, ale jednak na pewno was ta powieść zafascynuje. Jeśli oglądaliście „Bones”, znacie Kathy Reichs i uwielbiacie kryminalność od strony antropologii sądowej… choć akurat tej ostatniej jest tu niewiele. Jak najbardziej są zwłoki, ale tym razem nasz bohater bardziej jest znajdowaczem, bardziej wchodzi w sam kryminalny tok sprawy, niż tylko zajmuje się kośćmi. Korzysta ze swojego „nosa”, niż bada. Bardziej jest sobą, bardziej jakoś tak zwyczajnym człowiekiem, który spotyka na swojej drodze kogoś…

Ale nie uprzedzajmy faktów. Książka jest dobra, a świat w niej opisany przeraża dziwnie mocno. Już nigdy nie spojrzycie na wodę i rozlewiska spokojnym wzrokiem. A cała reszta? Zwyczajnie jest ludzka!!!

IMG_5663

Hammershus.

Jeżeli kiedykolwiek uda się Wam trafić na Wyspę, na pewno się tam znajdziecie. Jeśli już się odważycie na spędzenie dłuższej chwili, a nie tylko obejście ruin dookoła, musicie poszaleć. Poszaleć tam w sposób całkowicie pełny i niesamowity. Pozwolić sobie na przycupnięcie pod kamieniami, na podziwianie kolorów skał i cegieł – żeby nie było, do odnowienia Polacy sprowadzili fajny piecyk i oczywiście wsio zrobili ręcznie. Po prostu pozwolić sobie na zmacanie wszystkiego. Najlepiej właśnie późną wiosną, gdy wszystko jest tak bardzo zielone, gdy widok odbiera dech z piersi, gdy popatrzeć można i na Szwecji ostatki i na całkiem inny kraniec Wyspy.

A potem, gdy już odnajdziecie każdy zakamarek i przepatrzycie każdą tabliczkę, zejdźcie w dół, będzie nielekko, ale spokojnie, dacie radę. Stańcie tam, spójrzcie w górę, potem znowu w dół na te dwie głowy, co to podobno lwie, ale moim zdaniem… niekoniecznie. I teraz wybierzcie się ścieżką w prawo. Idźcie w kierunku portu. I popatrzcie na zamek stamtąd. Taki malutki, skryty w zieleni gęstej tak mocno, że aż dziw, że cokolwiek może się przez nią przecisnąć.

A potem… znowu potem, wróćcie, ale już nie właźcie do góry, ale idźcie prosto, przed siebie, obejdźcie zamek dookoła, popodziwiajcie wodne oczka, zachwyćcie się plażą przy ruinach i może pójdźcie dalej? Ale oczywiście zerknijcie też na to cudo, które budują i dokończyć nie mogą. Co to ma być super wypasionym miejscem wszelkiej rozrywki i suwenirów, ale… jak na razie ciągle to budują. Czy wkurza mnie, że wleźli w skały? Tak. Czy wkurwia, ile drzew wycięli? No kurde, po co pytacie? Czy uważam to za marnotrawstwo kasy, bo przecież i kibelki i wszelaka infrastruktura już jest w słodkim, białym domku – zagrodzie? Oczywiście, że tak… ale czy mnie pytał ktoś o zdanie? Widzicie, nas nikt nie pyta. Dostajemy ostatnio dziurawe drogi i durne pomysły polityków, no jak wszędzie. Jak wszędzie…

Dlatego idźcie dalej. Idźcie przez las i skały, idźcie nabrzeżem i oddalcie się na chwilę od niego, bo tutaj jest zajebiście. I dojdziecie do Vangu, nim się obejrzycie. Wiecie, u nas to raczej wszędzie jest jakoś blisko.

IMG_2025 (2)

Østermarie.

Kamyczki se stoją nadal. Jakoś mnie tknęło, by sprawdzić, czy te nasze piękności runiczne tuż przy ruinach starego kościoła wciąż są na miejscu, i są. Naprawdę niesamowite. Wolne, wpięte mocno w zieloną trawę poznaczoną stokrotkami. Tak jak przeraża mnie Østermarie, tak to miejsce naprawdę lubię. A jeszcze te kwitnące lipy… po prostu raj cudowny. Choć cmentarz. Choć kościół i jak przytykam sie do tego nowego, to jak zwykle dymię. Warto tutaj zajrzeć, bo zwykle to jedno z najcichszych miejsc. Wiecie, u nas msze to od wielkiego dzwonu, a zmarli naprawdę mało gadatliwi są. Za to cała ta pustka i figurki, ruiny i kamienia, ona ekumeniczność – naprawdę warta doświadczenia!!! I świetne foty tu wychodzą.

Coca-Cola i Bornholm.

A tak, trafiło się nam jak ślepej kurze. Bez urazu, pewno, że fajno iż BORNHOLM będzie na flaszkach czy tam puszkach, ale jaki sens jest w tym, że na czerwonej etykietce obok imienia mej pięknej Wyspy jest i jebana palma? Tosz przecież jak se ludzie zgooglują moją Wyspę, to jak nic dodadzą, że z palmą i wyjdzie im Bornholm w rąbanej Australii. No wiem, Australia też fajna, ale tyle w reklamę zładować i teraz kurcze co? Nie mogli dać chociaż listka figowego, czy lawendy? Tego u nas pod dostatkiem. Figowce plenią się jak szalone i ostrzegam, jak już sobie wsadzicie w ziemię, to potem się onego cholerstwa nader trudno pozbyć. A dziwacznie wygląda. Nie wiem dlaczego, może to jakieś biblijne ciągoty, ale mnie chyba przeraża…

Ale lepiej.

Podobno moja Wyspa spokojna i cudowna, podobno w ogóle peaceful i tak dalej, a jednak i Coca-Cola i rąbany ubot. A tak, jakiś podwodniak rosyjski nas tutaj okrąża i podpatruje. Oczywiście my nie jesteśmy mu dłużni, bo pierun wie czego chcą i jak w ogóle, na pewno nie będą ciasteczek piec, choć atomówki mają. Straszne to. Jak dla mnie dość wszelakich niesamowitości na cały rok. Serio.

Lubię ciszę i spokój i nudę wszelaką.

Serio!!!

Nuda jest fajna. Ubot mnie przeraża, a Coca-Coli nie lubię. Pepsi wolę, a i to sporadycznie, jak mnie serio przypili.

IMG_1566

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Królicza Nora… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Kiszot…

„No wiedzieli, że się jej od tego podróżowania we łbie poprzewracało, wiedzieli, ale jak tu jej nie puścić gdy sama se kasę uskładała, gdy się zmusiła, zmedykowała, no jak?

Więc ją puścili.

Ale wróciła, choć trochę to trwało, dłużej niż zwyczajnie, przerażająco długo, zbyt nawet; wróciła dziwnie znarowiona.

Bardziej.

Bo widzicie, jeśli chodzi o Wiedźmę Wronę Pożartą, to z nią nigdy nie wiadomo. Nigdy nie możesz być pewnym, czy nagle nie będzie latała dookoła z siecią rybacką, by łapać pomysły nudnych ludzi i robić z nich szarlotkę. Bo jej zdaniem smakują jak jabłka z ogrodu cioci Zosi, które to miały taką żółtą skórkę, mocno żółtą i grubą i rosły w niewielkim sadzie, mikrym nawet… skórkę miejscami pomarańczową, z czerwonawo-pomarańczową plamką. I takie krwiste kropeczki jeszcze miały. No tak właśnie wyglądały, a te pomysły nudnych ludzi tak właśnie jej zdaniem smakowały… Pan Tealight zresztą nie narzekał, chociaż to on sam musiał piec ciasto.

I obierać pomysły.

Albo biegała po plaży i udawała nietoperza dziennego, który wciąż ślepy, obija się od każdej skały i drzewa, bo się mu te wszelakie echa wyłączyły. Wiecie, no bakteryjek nie naładował na słonku, bo działa w dzień… no dobra, dla niej to miało sens i tyle. Albo dojenie stokrotek, walki z fiołkami i wojny wszelakie krokusów, lub szycie liści. No serio… na jesień je haftowała w pajęczynki oraz te takie pończoszki kabaretki. Serio… na pewno widzieliście jej dzieła. Ma wielu naśladowców też!!!

Ale żeby nagle siadać na łopatę i wzbijać się w powietrze, które przecież tak ją przeraża na wysokości powyżej półtora metra, no i wpadać na nie, odbijać się, a potem pleść im ze skrzydełek warkoczyki? No serio, warkoczyki, z kokardkami i wszelakimi krajkami przyczepionymi, jeśli skrzydełka wiecie, odmawiały współpracy, to oczywiście doczepiała im masę tych włóczkowych cudactw, wszelako bawełnianych i ogólnie barwnych, nader przeraźliwie pstrokato…

No po co to?

Tak się jej porobiło po tej całej wyprawie w macanie naskalnych rysuneczków kłutych. A może to dopiero początek jej prawdziwego szaleństwa?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1931 (2)

Pada…

W pewnym sensie człowiek w to nie wierzy, więc lezie na zewnątrz i wiecie, no organoleptycznie sprawdza. I nawet jak mu już moknie nie tylko głowa, nogi w skarpetkach, goły połowicznie tyłek i cała reszta korpusiku… to wciąż nie wierzy. Czarne myśli go nachodzą, że zaraz przestanie, że przecież dopiero zaczęło, więc co to tam jest, nie zatrzyma suszy przecież… ale tak cudnie jest, jak pada. Wszystko się czyści, wszystko się zieleni, wszystko nagle doznaje oczyszczenia, zapomniane baptysteria się wypełniają i znowu każdy ma poukładane pod deklem.

Jeżeli tylko nie przestanie padać… zbyt szybko.

Gdy mija południe nadal pada.

Cudnie i wszelako niesamowicie.

I jest chłodno.

I oczywiście zimno prawie i…

… nie mogę się napatrzyć na oną zieleń. Wiem, że nie wystarczy tego deszczu, że nikt się dostatecznie nie napije. Wiecie, pada, a jednak wiesz, że nic z tego nie będzie. Że ta susza pozostanie z nami na jeszcze dłużej. Kurcze. Wszystkie roślinki zdają się mikre, nawet dzikie trawy. Te trawy, które wyrastają zewsząd gdziekolwiek się da. Jakkolwiek można. Bzy jeszcze pachną, do tego lipy zaczęły szaleć i nawet jeśli człowiek puchnie od tego całego pylenia – już nie wiem od czego bardziej – to i tak nawąchać się nie może. Tak jakoś wiecie, na zapas nawciągać w siebie onych wszelakich aromatów.

I wciąż pada, choć już szarość wieczoru się pojawia. Bo wiecie, mamy teraz czas tylko szarości, jeszcze przez miesiąc. Żadnej prawdziwej ciemności. Tak naprawdę zero pełnej, głębokiej, niesamowicie aksamitnej nocy. Tęsknię za nią. I choć to połowa czerwca, to jednak jakoś wcale, ale to wcale nie ciągnie mnie ku latości. Chcę zimy… ja to muszę być dopiero nudna z tymi ciągotami do sopelów i oczywiście wszelkiej, nader bardzo niskiej temperatury. Pewno, że to niemożliwe… ale jednak…

Czekam na zimę!!!

IMG_2151

Nowy bizon z Polski.

No więc sprowadzili jednego… wiecie, wielki i młody. Wiadomo, początkowo się cykał patrząc na stado i samca alfa, ale w końcu jakoś no zaczęli ze sobą chodzić. W końcu się oczywiście zaczęli naparzać, w końcu doszło do tego, do czego zwykle dochodzi, ale i nie udało się oczywiście, znaczy w sposób oczywisty rozgryźć, który jest najsuperniejszy i w ogóle cudny, więc się skumali ze sobą tak wiecie na amen i na zawsze – podejrzewam, że świeżak z kontynentu wciąż pamięta jak tam fermentować elementy, więc wiecie… dodatkowo skołowali sobie młodzika i tak chodzą w trójkę. Ekhm, no wiecie, taki klub ino przez panów dla panów.

Ciekawe, czy w końcu się pokłócą, albo wiecie, założą spółkę z o.o. Tudzież jakiś tam związek i będą promować trójkąty jednopłciowe? Pierun ich wie. Ten Polaczek nieźle sobie pociąga tutaj… znaczy no postępuje no! Poczynia! Kurcze, że też człowiekowi te słowa tak uciekają. Jak nic starość. Bo na pewno nie za mało książek przeczytanych!

Oj nie…

Ale wiecie, warto na nich tak popatrzeć… aczkolwiek z większej odległości. Pamiętajcie, żeby nie włazić im pod kopyta. Ani nie zasypiać za kierownicą!!! Tia, znowu doniesienia z kroniki policyjnej. Komuś się tam zasnęło. W rzeczywistości wspominając dzisiejszą wyprawę na Hammershus, to mogłabym powiedzieć, że wielu spało za kierownicą, tudzież było pod wpływem silnych napojów, wszelakich środków stałych, tudzież mniej lub bardziej proszkowanych. Uwierzcie mi. Lepiej wybrać ścieżki wyłącznie tuptające, niż cokolwiek innego, bo kurcze na drogach piekło i szatani i wszelaki upadli aniołowie po pijaku se pląsy uskuteczniają.

IMG_2088

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Kiszot… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Ciszy…

„Pojawiła się cicho.

No a jak miała się pojawić? Nie znała innej drogi, ni innej formy. Po prostu była tylko i wyłącznie… ciszą. Milczeniem. Wszelakim bezgłośniem. Brakiem dźwięków wszelakich. Nawet wiecie, tych naturalnych, nawet tych, które zwykle nazywa się ciszą, jak poszum drzew, czy wzrost traw, tudzież cichutkie ptasie świergoty.

Dlatego pojawiła się cicho, ale nie niezauważalnie!!!

O nie.

Mogła sobie być cicha i wszelako całkiem niewielka, ale korpulentnością przekraczała granice wyznaczone przez Wiedźmę Wronę Pożarta i inne z Pieca, więc… i jeszcze ta tiulowa, wielowarstwowa, wielokolorowa, długa spódnica, którą miała na sobie, do tego przykrótka koszulka, która mocno odsłaniała jej wdzięki i na górze i na dole, no i… nie obuwia widzieć nie widzieli, ale całą resztę tak. Rude, kręcone włosy zdobione taką ilością wszelakich dzwoneczków, kokardek, kamyczków półszlachetnych, lub i azaliż takie udających… że Ojeblik – mała, ucięta główka omal nie sfajczyła się z zazdrości… I ta tiara. Oj tiara to musiała być naprawdę diamentowa…

I do tego ta cisza.

Wiecie.

Taka kompletna, idealnie pełna, doskonale skomponowana, skomplikowana, a jednocześnie tak logiczna, jasna i jawna. Bo przecież tym właśnie była, a jednak spoglądając na nią, na te wisiorki, naramienniki, jakieś ręczniki wetknięte za pasek wcinający się w nieistniejącą linię talii, na bransoletki, te długie rękawiczki koronkowe zdobione różnymi sreberkami i cekinami… zawieszkami, które powinny obijając się o siebie wzajemnie wydawać dźwięk, a jednak…

Była tylko cisza.

… i Cisza.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1561

Mniam mniam mniam… nowiutkie jedzonko. A na takim głodzie byłam, że nie macie pojęcia.

IMG_5874

Ale w końcu jest!!!

I jak pachnie!!!

IMG_5655

Bzy pachną.

Szalenie pachną.

Może i nie wyrosły wielkie jakieś, może i te wszelakie chłody trochę je nadgryzły, ale pachną. I nawet da się gdzie niegdzie znaleźć konwalie. Ale nie w dziczy. Ino tak wiecie, w ogródkach. Przekwitną zaraz i zostaną wszędzie ino te zieloniutkie liście, ale na razie człek wącha ile wlezie. Wącha, aż czuje je gdzieś w płuckach. A potem krztusi się płatkami i tymi maciupkimi listeczkami i osłonkami… zeżarłby je, ale przecież, no bez przesady. Wychowaniem jakieś ma.

No i jeszcze maki.

A tak… już są maki, ale nie te.

Nie te czerwienie szalone w polnych zagłębieniach, ale one dzikuski mniejsze, bardziej pojedyncze. Żółte, jasnożółte i cieniutkie, delikatne oraz pomarańczowe, pomarańczowe jak te najlepsze, dzikie pomarańcze. Żadne tam wiecie sklepowe, ale te co na drzewach pod Jerozolimą rosły. Takie naprawdę pomarańczowe. Jasne, delikatne, ale też i niesamowicie przenikliwe. Chwiejne, poddające się wiatrom, ale też i silne. Tak bardzo silne. Tak bardzo rzadkie też. Tak bardzo tutaj pasujące do tych starych desek płotu, do skał i traw w oddali szumiących, układających się w fale prawie morskie. Do tych kałuży słonej wody w skalnych zagłębieniach, które odbijają wyłącznie to, co niebiańskie. Co wyższej klasy, co skrzydlaste i w pełni boskie. Ale czy nasze boskie, czy ich boskie?

Nie wiem…

IMG_1319

Pinseferie przebiegły spokojnie.

Trzeba przyznać, że ludzi przybyło niewiele. Najwięcej chyba Niemców. Dziwnie brutalnych, po raz kolejny udowadniających, że to oni są panami tego świata. Nie wiem co się dzieje z tymi ludźmi, ale serio, co w was wszystkich tyle wściekłości? Poza parą siedzącą na piasku wszyscy zdają się być tacy strasznie wkurzeni, jeżdżą jak potłuczeni, albo wloką się, albo nie wiedzą o co w ogóle chodzi z tymi znakami, albo…

Czy teraz serio każdy dostaje prawo jazdy? A może jednak po prostu nikogo to już nie obchodzi? Wiecie, czy ktoś zginie, czy nie?

Chłód na dworze sprawia, że wszystko nie do końca rośnie.

Rzepak już przestał być żółty, zboże zdaje się nie do końca rozumieć o co chodzi. Susza wyżera każdą drobinę wilgoci z ziemi. Nic już nie płynie, nic nie szumi poza nikłymi falami na morzu. Wszystko się zieleni, ale jakoś tak na siłę. Wypełnia. Wszędzie znikają gałęzie, wszędzie zamazują się ścieżki. Może nawet w tym roku nie przytną zieleniny przy ścieżkach rowerowych i chodnikach. Bo wiecie, podobno to marnotrawienie pieniędzy. A kurna na wycięcie pięknego drzewka i umieszczenie tam szpetnej rzeźby, co ja mówię, durnej instalacji rdzewiejącej, to kasa jest? Kurna no!!! Oczywiście, że ludzie się buntują, no sami spójrzcie na to piękne drzewko, dosadzić ino trochę kwiatków i sztuka sama w sobie, ale nie… tutaj nikt nie słucha ludzi.

Naprawdę.

Dziwny jest ten świat.

Pojebany wszędzie równo!!!

A uberów u nas nie będzie, jakby co!!!

IMG_1320 (5)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Ciszy… została wyłączona

Pan Tealight i Zdarzyło się…

„Wszystko było ciszą i wszystko było spokojem.

Na wpół goława Wiedźma Wrona Pożarta leżała na kocu, na przeciwko drzwi tarasowych i swoim odwłokiem wdychała i bez i pierwszy letni deszcz. Krople uderzające w rozgrzane tarasowe płytki pobrzękiwały głosem Chowańca, który głośno wdzięczył się światu i opadowi, że zdążył skosić trawę przed nim… Wiedźma leżała i prawie zasypiała. Była w tym świecie pomiędzy, który zaskoczony wielkim bukietem bzu wzmocnionym wiosennym deszczem, zatrzymał się na dłużej. A potem zaczął myśleć, czy jednak nie zostać.

Wiecie, na zawsze?

Na jasnofioletowych płatkach bzowych kwiatów umieszczonych w wielkim słoiku z przezroczystego szkiełka, połyskiwały wzorzyste mokrości. Jakoś tak wszystko błyszczało i pachniało jednocześnie. Jakoś tak w końcu leniwiło się, bo ile można przesadzać te roślinki, kopać, wsadzać, podlewać i wpatrywać się w nowe, cudowne szyszeczki na choinkach?

No ile można?

Dobra, można długo. Można właściwie przez cały czas, gdy ktoś ma nadmiar potrzeb, by wciąż być w ruchu, by wciąż coś robić, zmieniać, sprzątać, kształtować, psuć, niszczyć, a potem znowu budować… i taka była właśnie Wiedźma Wrona, ale w tej chwili była tylko deszczowością, bzem, pierwszymi kwiatami lipy i kasztanowców. Była po prostu mnóstwem aromatów, które nie do końca rozumiały w jaki sposób udaje im się zegrać razem w taką doskonałość. Była onym zezwłokiem, częścią wszystkich Wszechświatów, który nie robił nic, tylko leżał niczym ona przeszkadzająca kłoda pod drzwiami, tudzież wycieraczka, która wcale nie działa i psie gówno nadal jest na twoim bucie. A mogłeś je sobie wydrapać na plaży patykiem, no.

I w onej cichej muzyce deszczowych kropel wszystkie światy i bariery były połączone, wszystkie smaki i zapachy tworzyły doskonałą i spójną całość. I wszystko było powolnością i cudowną wolnością oddychania i wszelakich prac wewnątrzcielesnych, w których nie do końca się brało udział…

A trwało ono piękne wszystko tylko pięć sekund.

Ale jednak trwało…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1299

Zastanawiacie się czasem nad ciszą?

Że tak sporadycznie ludzie w ogóle ją słyszą? Że może serio ona już nie istnieje? W tym świecie wypełnionym plimkaniem i blimkaniem, muzyką, telefonami, słuchawkami, telewizją, wszelkiej maści urządzeniami, które zawsze słychać i oczywiście ruchem ulicznym, ludźmi, którzy robią wszystko, by tylko nie pozwolić ciszy żyć? Brzęczą, dźwięczą, wszelako trzaskają i brzmią. Jakby bali się być sami ze sobą? Jakby… może tak naprawdę nie znali ciszy? Może nawet, gdyby im się przytrafiła, nie wiedzieliby jak jej używać?

Bo czasem widzę tutaj ludzi nieobytych z ciszą.

Z wyłącznie wiatrem i falami, a czasem nawet bez tego. Z taką ciszą, która przejmuje, dociera do środka, wtłacza się w nas i wszelako zmienia. I wszelako uzależnia od siebie. Wszelako… Widzicie, tutaj często jest tak, że nawet ptaki nie śpiewają. Że wiatr nagle odchodzi, nic się nie porusza, wszystko zamiera i zostajecie sami ze sobą. Sami ze swoimi myślami i wspomnieniami. Sami.

Kompletnie.

Chyba dla wielu okazuje się to testem nie do przejścia. Nie mogą wytrzymać tego braku wszelkich dźwięków, jakby nie potrafili po prostu wsłuchać się w coś więcej. Tyle chrzanienia o odnajdywaniu siebie, tyle tej jogi i innych tam czynności na poły eterycznych, a jednak wciąż nie potrafią po prostu być? Zabawić się sobą? Nosz przecież nie o tym myślałam?!!! No serio nie o tym!!! A może i o tym, no co w TYM złego? Bo widzicie, na Wyspie cisza się zdarza. Jest pełna, głęboka i piękna i pozwala naprawdę na więcej. Musicie być na nią gotowi, bo napitki u nas raczej słabiutkie, a aptek mało, więc wspomożenie jakby co, to ino melisa i mięta z ogródka komuś podwędzona. Albo nadmiar cukru. Choć tego nie polecam.

Tudzież lakrids… ech!!!

IMG_1280

No więc cicho jest.

I nagle, gdy człek wybywa z Wyspy i wpada w hałasy, czuje się jak ten Indianin w Paryżu i kompletnie nie wie o co chodzi. Kompletnie nie umie się odnaleźć w świecie, w którym natłok dźwięków zabija jego samego. Jego myśli, jego przemyślenia. Jego wszelkie wrażliwości zostają wystawione na tak koszmary ból psychiczny… że trudno to dźwignąć. I nagle siedzisz pod pierwszym, ułapanym drzewem i zwyczajnie się kiwasz. Jak jakiś psychol totalny.

Wyspa jest straszna.

A może nie? Może to świat jest nie do końca taki, jakim być powinien? Ale kto ma wiedzieć jaki on powinien być? No kto?

Teraz Wyspa wchodzi w oną kwitnącą fazę i kurcze, wsio ma kwiatki. I chwastek pod stopami i ocierające się o ciebie krzaki. Te białe, które wyglądają jak panny młode, wiecie rządkiem ustawione, które już wyciągają łapki, by ucapić jakiegoś młodziana. Kwitnące niesamowicie włochato jarzębiny i różaneczniki. Ostatnie jakieś grusze i jabłonie… cuda, o których człek nie wie jak się nazywają, ale cuchną straszliwie. A do tego wiatr wraca i wszystko buzuje w powietrzu. Wszystko się miesza i tworzy dziwny, specyficzny koktajl, a przechodząc przez Gudhjem wpadasz na miliony wycieczek szkolnych. No dobra, pewno że nie miliony, ale cztery wielkie autobusy na takie małe miejsce, to serio zbyt wiele… więc uciekam.

Jak zwykle.

Szukać ciszy.

IMG_0929

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zdarzyło się… została wyłączona

Pan Tealight i Ciocia Poteściowej…

„Ale…

Ale on nigdy o niej nie mówił. Widzicie, kurcze, no nigdy. Zresztą, gdyby nawet, czy by uwierzyli? Przedwieczny z rodziną?

Serio?

Nie no, tego jeszcze nie grali!!!

Przecież to nie miało kompletnie sensu, dlatego, gdy Wiedźma Wrona Pożarta zauważyła już ze ścieżki niską, lekko korpulentną panią w chusteczce w kwiatki, spódnicy do połowy łydki w zgrabnej szarości, oraz sweterku w drobne, niebieskawe kwiatuszki… poczuła nagłą potrzebę odwrócenia się i ucieczki w jakiekolwiek nieznane. Serio, jakiekolwiek!!!? Czy jakieś jest chętne?

Proszę?!!

Helloł!!!

Żadne nie było, więc od razu starsza pani zauważyła Wiedźmę i wyruszyła dziwnie wrednie dziarskim krokiem, przytwierdzając ją samą do powierzchni, machając dłonią. i coś tam krzycząc radośnie. Może i istniały siły, które były zdolne uratować naszą bohaterkę przed tym losem, który już się dla niej rozpisał, może i były siły, zdolne wydobyć ją z onego odrętwienia… ale chyba same były za bardzo zaintrygowane tym, co się działo, by cokolwiek zrobić. A może i zwyczajnie wredne były i chciały się dowiedzieć, co będzie dalej, gdy jedna ułapi drugą. I ściskać zacznie wspominając, że potomek jej o niej opowiadał, że wszystko oczywiście jest dla niej tak radosne…

Za oknem Białego Domostwa unosiła się głowa Przedwiecznego Pana Tealighta, Przesilnego, właściwie Wszystkomogącego… który z przerażenia ściskał tylko Ojeblika w miękkich ramionach i cieszył się, że nie ma oczu.

Choć widzi… widzi swą Wiedźmę zaskoczoną, wziętą w niewolę, zasypaną pytaniami, drążoną i wyciskaną, męczoną i obieraną z każdej dostępnej skórki. Ale cóż może zrobić. Przecież boi się narzuconej mu przez Wszechświat pociotki. Tej, która podobno z jego krwi, ale przecież no jakiej? Jednak pamięta ją od zawsze. Straszną, przerażającą, przeraźliwie pomocną, ciepłą i piekącą babeczki. No niczego jej nie można zarzucić, a jednak trzęsiesz gaciami, jeśli je akurat masz na tyłku…

… a teraz i Wiedźma?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1381

Z cyklu przeczytane: „Król Węży” – … okładka obiecuje wiele. Ale też i to, co już było. Młodzi ludzi szukający spokojności, dziwne miejsce i ich rodzice, które nie dorośli do swej roli. I autor, który jestpiosenkarzem i kompozytorem. No jak nic, to się musi udać. No musi!!!

Dill, Lydia, Travis, Nashville i całkiem inny świat. Znaczy inny dla nas wychowanych w takich, nie innych regułach. Dla nas z blokowisk czy domków jednorodzinnych. Dla nas z Europy. Wiecie, ludzi, którzy nie mają kaznodziejów na każdym rogu ulicy… choć czasy się zmieniają. A dokładniej pastorów od węży, którzy są też ojcami, za więzienną bramą. On chce być muzykiem, ona pisze, Travis… pracuje i unika ojca.

„Wiele osób wiedzie zwykłe życie i nie ma w tym nic złego. I jest w tym godność, bez względu na to, co ty o tym sądzisz.”

Ale czy musimy być klonami swoich rodziców?

Czy możemy dokonywać wyborów?

Czy powinniśmy zrobić wszystko?

Pycha to, czy odwaga?

Dobra powieść.

Niesamowita i świetnie napisana. Mocna, brutalna miejscami, prawdziwa. Z jednej strony dzieciaki mają takie same problemy jak inne: szkoła, rodzina, nadzieja, seks, dojrzewanie… ale z drugiej, to całkiem inny świat. I jeszcze więcej pytań. Czy młodzi mogą wpłynąć na równolatków? Czy warto zmieniać innych? Czy bycie szczęśliwym to grzech? Czym jest grzech? Czym jest miłość?

Czym jest śmierć?

Poważna, wstrząsająca, poruszająca.

IMG_5765

A tak się wkurzają Duńczycy.

Co prawda nie u nas, no ale jednak… jak trzeba być powalonym, by baziać naturę farbkami? No serio zwykłymi farbkami. Rozumiem sztukę i wszelakie jej przejawy, ale nie mogli se ukręcić farbek z buraka? No i jagódek, jak to drzewiej bywało? Nie no. Pewno. Bo po co. Bo przecież to o wiele więcej roboty, czyż nie? Bynajmniej jazgot się podniósł. Może w końcu Duńczycy też zaczynają rozumieć, że dla sztuki nie można poświęcać tego, co już nią jest? No wiecie, drzew, krzewów.

Tych fajnych chwastowych kwiatków?

Co jak co, ale świadomość ekologiczna w narodzie kijowa. Ale oczywiście, że Dania to najbardziej ekologiczny i hygge świat. No przecież piszą tak w książkach, gazetach i tak dalej, więc musi to być prawda. Musi, co nie? Głupio tak ją zburzyć i zwyczajnie rozmemłać w tlenie i azocie, ale jednak… prawda jest taka, że wszyscy dbają tylko o siebie. Poza panią, co zajmuje się jeżami, to świetna babka. Mieszka ulicę ode mnie i wiecie, wszelkie ranne, czy też zagubione jeże przywraca do życia – mam nadzieję, że nie w nekromancki sposób, no i potem pozwala im zwyczajnie sobie potuptać dalej. Bo przecież u nas jeże to takie zwierzaczki dość domowe. A dokładniej ogródkowo-trawnikowe. Kochane są. Aż by chciał człek przytulić i pogilgać te słodkie łapki i brzuszeczki, ale no kłują. No i wiecie, nie wiadomo czy chcą, więc…

… więc tylko się na ciebie panie jeżu popatrzę. A co. Chociaż czekaj, panie, czy pani? Nosz kurna chatka na łapce koguciej, jak się rozróżnia onego jeża od onej jeżyny? Znaczy wiem, są strony w internetach, a i na fejsie są, ale tak wprost mam mu tak, no nie wiem. Jakoś tak kurcze niezbyt ono gwałcenie prywatności mi leży w charakterze. Zresztą, czy ma to znaczenie? Popatrzę sobie na oną fascynującą gadzinę, ona popatrzy na mnie i taki będziemy mieli wymian. Może i się pośmieje z dziwnego dwunoga? Ja bym się pośmiała na jeża miejscu.

Serio.

IMG_1473

Wieje…

Na Wyspie wiatr jest wolny. Tutaj w ogóle nie ograniczają go wysokie budynki, czy jakieś dziwaczne tablice stawiane przez ludzi. Ponad 20 na godzinę jeszcze nie sprawia, że chodzisz po ścianach, ale już czujesz się jak przy anginie. W głowie coś huczy, łeb puchnie, mózg nagle zwiększa swoją objętość i czuje się trochę jak na morzu. Świat faluje. Wysupłuje z doniczek roślinki i rozwala je, by potem plastikiem grać sobie w piłkę. Jeśli chcesz złapać roślinkę, to się pośpiesz, bo inaczej odleci.

Bez biletu i paszportu…

Tutaj wiatr bawi się tak jak jemu się podoba. Nikt i nic nie jest w stanie go ograniczyć, czy tym bardziej zatrzymać. Możesz wejść w dolinę, schować się za skałą, ale i tam cię powiew znajdzie. Zbije się w wielką kulę… o tak, te gigantyczne kule powietrza są najgorsze. Nagłe. Ni z tego ni owego, bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnej ciszy przed burzą, wali taka kula w ściany i dach, łopoce szybkami, burzy bez. Dźwięk jest przerażający. Nie tylko boisz się, przestraszasz jak to zwyczajowo, po człowieczemu bywa, ale coś gdzieś tam w środku ci się przewala. Coś się nie zgadza. Coś nagle się zmienia. Coś… jak najbardziej boję się. I tak, jest to ów atawistyczny strach naszych przodków, którym nauka ni bogowie nie wyjaśnili dlaczego. Tylko czemu ja go czuję? Przecież choć trochę nauki liznęłam, a wciąż jednak jest we mnie aż nazbyt wiele pierwotności.

Wieje…

Niestety wiatr nie przyniósł deszczu. Wprost przeciwnie, wszystko coraz bardziej wysycha, wszystko coraz bardziej marnieje. Niektóre rośliny już przeszły w stan kwitnienia, choć powinny dopiero za miesiąc, jakby wiedziały, że mogą nie zdążyć. Kurcze blade, niedopieczone i niekurkumowane i w ogóle marne, może i lata nie będzie? No, jakby co to se popływałam. Co prawda zgubiłam ukochane wisiorki i dół mój się pogłębił, ale nic to… pływałam. Jeszcze nigdy nie robiłam tego tak wcześnie. No serio, wiecie, niby przed Kupałą się nie powinno, no ale ze mnie nawet poganka pogaństwa. Nie da się mnie zreformować. Ni kija!!! Znaczy fallicznego przedmiotu ni!!! LOL

IMG_1434

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ciocia Poteściowej… została wyłączona

Pan Tealight i Zakon Dogryzaczy…

„Właściwie nie wiadomo kiedy przybyli na Wyspę.

Pani Wyspy była rozproszona wyjazdem Wiedźmy Wrony Pożartej i suszą, podobnie Pan Tealight, nagle sobie uświadamiający że bez Wiedźmy nic go nie bawi, skarpetki mu giną, a ściereczki w kuchni plotą z siebie warkoczyki na wzajem. Na dodatek Ojeblik i Wiedźmy z Pieca zaczęły się dziwacznie zachowywać i dopytywać się, kiedy ONA w końcu wróci.

Oczywiście robiły to co minutę, co najmniej.

Skurczybyki dobrze wykorzystały moment, to trzeba im przyznać i tyle. Ale skąd wiedzieli? Przecież właściwie poza zainteresowanymi nikt nie wiedział. A nawet i oni mgliście. Skołowali sobie wystawiony na sprzedaż dom, który Wiedźma Wrona Pożarta ochrzciła, możliwe, że pechowo, mianem kościoła i, co zaskoczyło wszystkie Bogi, uświęciła go i… no tam się skokonili. Pięciu ich było, więc i magicznie i raczej słabo, ale w dzisiejszych czasach na pewno szybko dochapają się wiernych.

Szczególnie przy takim obrządku.

Wiecie… nie dość, że nosili, co im się żywnie podobało pod tymi wielkimi, kapturowatymi płaszczami, to jeszcze dodatkowo wszystko im było wolno. Ale to po prostu wszystko. Kompletna, idealna wolność bez żadnych hamulców, bez wypunktowanych „must”. Mieli co prawda msze, no bo przecież, ale nie było tak, że każdy musiał przyjść, przecież nie sprawdzali list obecności, a i tak wszyscy byli. Wyżerka była idealna, śpiewy, wszelakie tańce i zabawy, więc dlaczego nie… No i obietnica wiecznego życia po śmierci w krainie Czegochcesz. Każdy dzień był święty, ale i nieświęty zarazem. Nie musiałeś klęczeć, ni się umartwiać. Nie musiałeś wątpić, ni tak naprawdę wierzyć… nic nie musiałeś. Tak w rzeczywistości, chodziło tylko o mały podpisik na papierku…

I już.

Mały podpisik.

Parafka i już potrafiłeś stawić czoło wszystkiemu i wszystkim. Bo Bóg Dogryzacz brał cię w swoją obronę i opiekę, dawał ci siłę i zawsze pilnował. Ochraniał i podsuwał odpowiednie słowa. Nawet uczył jak należy kiwać głową, składać dłonie… i już nigdy się nie bałeś. I nawet dostawałeś punkty za lepsze teksty! Serio…

Pięćset do lansu za stawienie czoła Świadkom Jehowy – tym natarczywym. Pół tysiąca, za kierowcę płci żeńskiej przed twoją maską…

Cóż w tym więc złego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1303 (2)

Z cyklu przeczytane: „Dziewczyna w rozsypce” – … bolesna. Straszna. Prawdziwa. Nie dla każdego. Nie do śmiechu. Nie do końca… rozrywka, ale też powieść, którą warto przeczytać niekoniecznie jako YA. Może też będąc rodzicem?

By po prostu nie zapomnieć.

A może jesteście nią?

Tą, która pragnie krwi?

Powieść Kathleen Glasgow odpowiednią ma okładkę do treści. Krwistą, pamiętną, przyciągającą. Ale też lekko przerażającą. Co prawda oryginalna miała sporo zwolenników, ale jednak… ta jakoś do mnie przemawia. Do tego pragnienia samookaleczania się we mnie. Do krwi, bólu. Do cięcia, przypalania. Ale nasza bohaterka, znaleziona, o nieznanej wciąż przeszłości, która powoli wciąga nas w swoje życie, chyba pragnie czegoś więcej. Pragnie też zrozumieć. Pragnie… może przeżyć?

Oto opowieść o nieprzystosowaniu. O tym, że rodzina jest ważna. O strachu, o uciekaniu w drogi i środki, które są przerażające. O niezrozumieniu. Paraliżującym przerażeniu kotłującym się w tych, którzy nie zostali nauczeni jak żyć. Strachu, który i mnie więzi, nakazuje mieć zawsze koszulkę z długim rękawem, choć teraz… ludzie myślą, że to tatuaże. Skaryfikacja zaczęła być tak popularna.

Jakie to jest dziwaczne.

Nawet jeżeli nie jesteście tą nieprzystosowaną, przeczytajcie. Może to nie jest opowieść o was, może jest cięższa, psychologiczna, ale może i pozwoli zwrócić waszą uwagę na kogoś obok. kogoś, kto kuli ramiona i trzęsie się… kogoś uratować? Bo ten temat nie przemija. Istniał od zawsze i jakoś nie odchodzi do lamusa.

IMG_5728 (2)

Ptasio tak jakoś.

Wiadomo, to ten czas w roku, gdy się lęgną, szaleją, trelują, ćwierkają i piórkują. Naparzają na chodniku, nie baczą na auta, jakby w amoku, byle tylko coś złożyć, wygrzać, spłodzić. Wyłazi taki czarny z żywopłotu na świeżo skoszony trawnik i w rytmie przelatujących kropelek, ot tak letnio rosi, nic to nie da i tak trzeba będzie podlać zioła, no jakieś tam robale zbiera. Zaaferowany tym jest strasznie.

Ostatnio strasznie, pewno przez niski pozom wody, sporo u nas ptasząt brodząco wodniastych. Jednym z nich jest ostrygojad – wyróżnia go czerwony, długi dziób. Przyznaję, że po raz pierwszy gościa widzę. A nawet kilku na skałach. Ciekawe, czy przyleciały tylko na wyżerkę, czy jednak na dłużej? Składają jaja, czy może wiecie, tylko tak tutaj przyleciały na dobra konsumpcję i oczywiście jakieś tam flirty? Może się lubią z jakimiś naszymi ptaszencjami? Może zachodzą w jakieś związki międzygatunkowe? Kto je tam wie?

Nurogęś?

No właśnie, czy to takie z czerwonym dziobem, piórami białymi i czarnymi i zielonkawymi w skrzydle, to właśnie ona. Bo choć dziób niby taki, to jednak bez tego czarnego guzka i nie wiem do końca, czy to one. I one… one tak dziwnie śpiewają, a młode mają puchate i biało-czarne. Włochate, takie przytulanki. Brodzą i jedzą co jest. Mało chyba wybrzydzają, ale jakoś nie kumplują się z resztą kaczkowatych. Jakoś stronią od innych. Jakby wiecie, nie chciały mieć z nimi nic wspólnego, a może się wstydzą.

Przez te dzioby czerwone?

Łażąc po skałach uważajcie i na mewy i na jaja. Znaczy no na gniazda ludzie. Mewie jaja są sporawe, więc łatwo je zauważyć, a ptaki dziwnie w tym roku złożyły je w miejscach, w których można na nie nadepnąć, więc serio… chyba że jesteście aligatorem.

Bo w ogóle, to wiecie co, no kurcze… lubię się kąpać, a tutaj takie meldunki. Z trzeciej strony latają u nas luzem ostatnio konie, krowy, koty się gubią, więc dlaczego nie jebany aligator? Ale co, zamykać drzwi od tarasu? Czy aligatory lubią stare wiedźmy? A może małe misie? A może ten półmetrowiec co się istocie jakiemuś wydostał z pojemnika, to jednak rzuci się na ptaszki i jajka… no wiecie, będzie szkoda, ale jednak bezczelnie wolę je, niż moje własne kostki.

Kurna, po chuj komu tu aligatory!!!

IMG_1112

A w Snogebæku prawie cisza.

Niski poziom wody barwi ją na takie odcienie żółcieni, zieleni i niebieskości, że człek nie wie czy to prawda, czy ułuda. Wynajduje sobie, co prawda płytkie, ale czyste miejsce i idzie popływać. Bo tutaj, idąc w stronę Dueodde, to woda zawsze ciepła przecież. Wleźć można w gaciach samych, przecież nikt nie patrzy, a nawet jeśli, to kogo to obchodzi, więc pierwsze pływanie zaliczone.

Tak wcześnie jeszcze tego nie robiłam.

Woda fantastyczna.

Mocno przyciężka i taka słonawa, pełna wszelkiego gloniastwa miejscami, ale tam, gdzie pływy większe przezroczysta i niesamowita. Do tego ta plaża biała, brzeg zarośnięty iglakami i brzózkami, gdzieś tam coś zaszepcze w górze, w dole mu coś odpowie. Jest magicznie, nie ma co ukrywać. Może same miasteczko niezbyt lubię, zresztą, co tutaj lubić, to zbiorowisko sommerhusów i kilku domków całorocznych, które zdają się być zadziwione tym, że ludzie wybrali je na zawsze, na całe dwanaście miesięcy… Wszystko takie barwne, Turyścizna rozwiesza swoje ręczniczki, ludzie się smażą, bleee… nigdy tego nie rozumiałam, wiecie, po kiego tak brązowieć, co to ja ryba na ruszcie, czy kurczak? No i nudno jakoś. Pływanie okay, leżenie plackiem never. A już w ogródku i to takim, który wymaga dosadzenia tego, czy owego i skoszenia trawy… nosz kurcze, protestanckie jakieś geny muszę mieć w sobie.

Wiecie, ten ordnung?

Polecam przejść się ze Snogebæku do Dueodde. Kawałeczek plażą, ale piasek w większości dość ubity. Widoki niesamowite, mglistość dziwna unosi się nad płycinami, havgus pcha ją dalej w lad, dziwny chłodek i wszelakie orzeźwienie… te formacje skalne, płaskie, jakby odcinek z Archiwum X, gdy znaleźli to coś, no wiecie, to z cytatami z Biblii? Pamiętacie? Tak to wygląda. Do tego wodorosty różnobarwne, splecione ze sobą niczym pukle syrenic porzucone, zeszłoroczne. Albo te takie trawiaste, zielone, wprost świecące własnym światłem.

Magiczne, mięciutkie, świeżutkie, podobno jadalne.

Czarowne…

Warto po prostu chodzić.

PS. Ten cholerny aligator, pamiętacie… no to ekhm, wygląda tak to duże brodate to właściciel! Możecie niedowidzieć, w końcu gazety pisały o półmetrowcu. A! I wcześniej gekon jakiś mu spierdzielił… niech żyje odpowiedzialność!!!

IMG_1203

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakon Dogryzaczy… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma na wywczasie…

„… znaczy, nie żeby ktoś się oszukiwał, że zdoła.

W to serio nikt nie wierzył, że wiecie, przełamie się, nie zrejteruje w ostatnim momencie, że nie padnie gdzieś po drodze. Ale… w końcu musieli to zrozumieć, w końcu to do nich dotarło i pozwolili jej jechać. Do krzyżyków i łódek, zwierzątek i kropeczek i oczywiście linii dziwnych i jeszcze postaci, które doprawdy miały w sobie wiele pasji. Do skałek rzezanych, do brzózek już zielonych, gdy te na Wyspie wciąż jeszcze śniły jeszcze zimowo, do trolli większych.

Pani Wyspy płakała, ale zezwoliła jej na oną krótką nieobecność wyspowej wiedźmy na Wyspie. Nawet lekko obniżyła te trzymetrowe fale, co to miały być. Chociaż wiecie, bez przesady. Wciąż czuła się lekko wykluczona. A potem oczywiście zmieniła zdanie, przez co choć oddalone o setki kilometrów Wiedźma Wrona Pożarta cierpiała męki i katusze tęsknoty za domem.

Ale…

Pięć dni.

Nabrała przecież kamieni ze sobą i piasku w butach, uszczyknęła ziela wszelakiego, kwiatków i kawałek Wyspy ze sobą zabrała, więc tak naprawdę wciąż z nią była na niej, a jednak, gdy ostatni piaskowe kryształki zaczęły wytrzepywać się z jej podeszw i ciuchów, zrozumiała…

Pięć dni…

Tęskniła.

Nie spała.

Myślała.

Nie śniła.

Nie była.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0915 (3)

Z cyklu przeczytane: „Xięgi Nefasa. W zaświatach” – … lubię. Zakochałam się w tomie pierwszym, więc oczywiście, że musiałam ułapić i kontynuację. I wiecie co, nie zawiodłam się. Bo mimo tego, że wciąż jeszcze moda na słowiańskie bóstwa i mity w literaturze polskiej, to jednak w wykonaniu tej autorki… jest w tym i coś więcej.

Tym razem Nefas nie jest tylko sobą przemądrym i przebiegłym, ale jest też i tym, które Dante przeprowadza po piekłach. Bo tak, jak właściwie można się było domyśleć, Nefas idzie na drugą stronę, by odzyskać ukochaną. Ale czy mu się uda? Czy w ogóle może to być możliwe, nawet jeśli ma się niektórych bogów po swojej stronie? A może jednak jest to już zbyt wiele?

Niesamowita powieść fantasy, ale i powieść historyczna. Oczywiście, że nie wszystkie fakty są takie, jak może pamiętacie z książek w szkole, ale jednak… to wciąż historia Polski. Czasów, w których dawni bogowie wciąż jeszcze próbowali walczyć o swoją pozycję z dziwnym, nowym bogiem. O kapłankach, klątwach i duchach. Tutaj magia nie jest czymś dziwnym, tutaj jest czymś, co jest codziennością. Czymś, co wpływa nie tylko na los człowieka, ale też może zmieniać jego drogi. Tylko, czy warto tak ryzykować? Bo przecież ni magia ni bogowie nie robią niczego za darmo.

Kapitalna książka!!!

Dla tych, którzy tęsknią za dobrą, słowiańską fantasy.

IMG_2949

Małe wakacje końca maja sprawiły, że campingi się zapełniły. Może nie do końca, może i te całe gazetowe newsy, że wszystko u nas wykupione, że ogólnie miejsc już brak są mocno przesadzone, ale wiecie, teraz kłamią we wszystkich mediach. Ten kraj nie różni się od innych. Manipulacja to droga do celu… a przynajmniej wielu tak uważa.

Na zewnątrz ciepło, ale chłodna bryza od morza sprawia, że człek się nie poci jak wariat i wciąż jeszcze może cieszyć się spacerowaniem. Bo przecież wystarczy wyjść z domu. Po drodze, w takim przydomowym sklepiku, czy raczej stoisku, człek skusił się na sporą doniczkę z już kwitnącymi konwaliami. Bo przecież czemu nie, potem w zwykłym sklepie cały zestaw roślinek tylko za 10 koron!!! I już będzie fajno w ogródku. I już będzie niebiesko!!! Bo przecież nie da się żyć bez tych kwiatków i roślinek, no sorry, ale nie da. Ale… potem taki lekko obładowany człek lezie skałami dookoła Gudhjem, bo przecież czemu nie. A na skałach wciąż kwitną krzewy, większość już zielona, niski poziom wody odsłonił neonowe wodorosty… czadowo jest.

Magicznie.

Na szczęście Turyścizny wciąż jeszcze niewiele poza dziwaczną wycieczką rozwrzeszczanych wyrostków, którzy… w połowie zostali na drodze i oczywiście zaczęli gapić się w telefony, a druga część usiadła na skałach i w końcu zrobiła to samo. Zresztą, wychowawcy też jakoś tak się zabawiali poza jednym męskim osobnikiem, co to jak ten sęp gapił się na wszystko. Ale nic to, można ich wyminąć, uciec i pocieszyć się lodami w porcie. A lody mamy cudowne!!!

IMG_0495

A potem oczywiście spacer do drugiego portu, który zdaje się być całkiem odmienny. Pusty, o wiele bardziej wietrzny i mniej słoneczny. Cudowny. Gdzieś po prawej stoją kajaki, albo gotowe do wypłynięcia, dziobami skierowane w wodę, albo schnące po jakiejś wyprawie. Ale na nas już czas. Tak naprawdę zwykły spacer, nawet jeśli człek idzie dość szybko, poznaczony górkami i skalistymi nierównościami, wcale nie jest krótki, w końcu wyjdzie, że 3 godziny przeszły nie wiadomo gdzie. Ale człek mimo lekkiego zmęczenia, bo przecież to jednak wzgórki i pagórki, czuje w sobie oną szaloną radosność. Teraz tylko po drodze kupić obiad i do domu. A tam wiecie, wysadzić co się zdobyło i oczywiście nagłe zdziwienie, że już szósta…

Oj tak, czas pędzi jak szalony. Przecież to już koniec maja!!!

No czerwiec właściwie…

No wiecie co, ja już nie wiem co się stało z tym czasem. Bezczelność jakaś i tyle!!! Żeby tak człeka postarzać i to w takim tempie. Ale nic na to człek biedny nie poradzi. Bogaty se może pobotoksuje to czy tamto, to odsuszy, tamto odciśnie, ale mi zostają spacery i pompki w domowym zaciszu. A co… bida i tyle. Nie ma na botoksy!!!

LOL

Ale jutro też pójdę na spacer.

A co.

Póki nie ma tych koszmarnych upałów, póki świat cały taki nie do końca pełny, póki wiecie, Wyspa nie Naturyścizniona. Trzeba wykorzystać czas, gdy jeszcze daje się oddychać i nie trzeba się przepychać i kląć pod nosem, że jak zwykle wszyscy gdzieś mają znaki drogowe i zakaz wjazdu przy porcie w Gudhjem, właściwie mało kogo obowiązuje.

IMG_0523 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma na wywczasie… została wyłączona

Pan Tealight i Kamienie Zryciałe…

„Były.

Czekały na nią.

Na dotyk, na muśnięcie, na wszelaką rozmowę, na niezrozumienie. Bo widzicie, wszyscy chcieli je zrozumieć, opisać, zindoktrynować, zmieszać z tym co wiedzieli, rozdzielić, a potem znowu wstrząsnąć i jakoś tak… a one? Nikt nie pytał czego chciały. One kamienia. One wielkie skały. Gładkie, gładziutkie, wylizane, wyczyszczone, wygładzone, chcące tak pozostać, nim przyszedł on, człowiek i je poznaczył. A potem przyszli nowi. I odkryli to i znowu się zaczęli ekscytować.

Problem w tym, że skały seryjnie nie lubią ekscytacji. Dla nich stanem wskazanym jest stoickość i wszelaka spokojność. Powolne poddawanie się warunkom zewnętrznym, wodom skapującym z nieba, tym wiercącym w nich kanaliki, chwiejnościom temperatury, załamaniom, okruszeniom, spękaniom… One chciały spokojności, ale nie. Ludzie musieli sobie zrobić z nich pole do popisu. A dokładniej do pobicia. Walili w nie godzinami, dniami i tygodniami. Walili i walili. I nie pytali o pozwolenie. A przecież powinni. Taki tatuaż zostaje na wieki przecież.

NA WIEKI!!!

I co, jeśli wydziarali ci dziwnego niby konika, tudzież gościa z kolistym brzuchalem, parkę spółkującą, albo milion łodzi? Scenę wszelkiego polowania, a skała to wegetarianka… albo te penisy! No co jest z wami ludzie, by tak na skałach? Albo, no serio, już można chyba zrozumieć, że na gładkiej skale spółkowałoby się dobrze, okay, nie miękko może, chyba że coś sobie podłożyliście, jak trawkę, mszany dywaniczek, coś ze siana, choć to akurat kłuje i nie polecamy tez igliwia, ładnie pachnie, ale wszędzie włazi… ale przecież żeby od razu tak to upamiętniać? No serio? Jak tak można? Czy ja skała łażę po was i wam coś dziaram na dupach!!! Czy ja to robię?

No serio?

Kiedy?!!!

A teraz traktują czerwienią lub bielą te ryty, a skały wolą zielony i niebieski, a na dodatek zrywają meszki, a przecież oni się lubią wzajemnie… tak do końca. Tak na zawsze. No w związku są!!! A wy tak… archeologi!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0849 (2)

Z cyklu przeczytane: „Kiedy ciebie zabraknie” – … dawno tego nie było. Dawno mi się nie zdarzyło, żeby nie przeczytać książki do końca. I nie wiem dlaczego, serio? Bo przecież powieść jako powieść, jest poprawna i interesująca, ale… też i nudna mimo lekko sensacyjnej maści.

Bo widzicie, nastawiłam się na kryminał. Naprawdę, a to, co otrzymałam okazało się być opowieścią o rodzinie. Poprzez lata. Historią ludzi, którzy kochali, kombinowali… którzy odchodzili, zdradzali. Historią tego dziwnego okresu USA, który kompletnie mnie nie kręci. Oj pewno, że jest intrygujący, ale jednak miało być kryminalnie.

Miało być ostro.

Nie jest.

Oto jest opowieść o rodzinie.

O kobietach zbyt mało kochanych, o mężczyznach, którzy wszystko rodzinne mieli gdzieś. O zdradzie i tajemnicy. O następcach „tronu”, o zapomnianych i nagle odnalezionych. I oczywiście o miłości, bo przecież.

Jedyne dobre jest to, że książka była w wydaniu kieszonkowym, więc mało straciłam. Jeżeli kręcą was historie rodzinne, sagi z krain USA, sięgnijcie po tę powieść. Może was zaskoczyć miejscami, może i wciągnąć. Bo to dobrze napisana historia, ale jednak nie w moim klimacie.

IMG_2944

Ciepło i cieplej.

Znaczy na pewno w Rønne.

Na szczęście mój kraniec Wyspy nie przesadza. Pewno tylko na razie, bo przecież lato brutalnie wpycha swoje owłosione, grube, zawsze się pocące dupsko między szpary wiosenności, no ale… na to się nic nie poradzi. Poza schładzarką. I dzięki Matce Wyspie za one cudownościo. W życiu bym nie pomyślała, że będę miała schładzarkę. Wiecie, bo to tak naprawdę nie klimatyzacja, ino zwykłe warmepumpe załączane wspak, ale jednak, jaka wygoda. A może raczej nie wygoda, co po prostu możliwość przetrwania? Bo robi się coraz cieplej od kilku dni, choć wielu mało w to wierzy, ale…

A w ogóle to… są ice cream trucki, więc mogą być i chlebowozy, co nie?

W ogóle, to jednak z rzeczy, o których należy wspomnieć. Chleb. Wypieki. Jeszcze naście lat temu na Wyspie mieliście ino one gnieciuchy i wyroby w typie francuskim, białe, mało smaczne, mocno słodkie, ale z czasem chlebowarzy się zmobilizowali, sięgnęli do starych przepisów, skołowali kilka z kontynentu i mamy teraz niesamowite chleby. Różne, różniste. Wypiekane w przydomowych piekarniach jak w Svaneke, czy nawet w zwyczajnych, tych, które rozwożą po całej Wyspie, wciąż w niewielkich ilościach. Są te na kwasie i te bez kwasa, te po wikińsku z całą masą orzeszków i nasion i te bardziej czyste, ciemne, jak wiecie, kiedyś pachnące. Kurcze, raj dla tych, którzy jeszcze mogą chleb, bo przecież tak wielu już nie może.

A teraz nawet będzie chlebowóz.

Mniam!!! Czujecie już ten zapach, jaki za nim będzie się unosił? Ojojojjjj, zawsze teraz trzeba będzie mieć przy sobie masełko, inaczej nie damy rady. LOL Tylko jak to wszystko zorganizować?

IMG_0617 (2)

Nie, lisy nie wymarły.

To akurat dobra wieść, bo wiecie, no lisy fajne są.

I robią porządki w spieprzonym przez człowieka łańcuchu pokarmowym. I tak w ogóle to kolejne bizoniątko się też urodziło. Chyba ich teraz jest 17. I oczywiście nasz królewski małżonek musiał zażartować, że następnym razem, to sobie na nie zapoluje. I podniosła się wrzawa, bo tak do końca nikt nie wie, czy gość żartował, czy jednak wiecie, zrobi, co będzie chciał? Z trzeciej strony no offence, ale ta Wyspa uniesie wyłącznie pewną część bizoniego eksperymentu, więc niech ktoś zacznie myśleć! Już krowy latające po ulicy nas przerażają, a co dopiero bizonowie?

Tak, hakerzy nas męczą.

Wiecie, nie kupuję tych tekstów w stylu: zhakowaliśmy szpital, by im pokazać, że mają słabe bramki obronne. Nie, nie kupuję tego. Wy po prostu robicie to dla kasy. Takiej czy innej. Najczęściej oczywiście kasy, którą państwo wyciągnie od najbiedniejszych i da najbogatszym korporacjom. Nie hakujcie w cholerę, a weźcie zróbcie coś, by tym szpitalom było lżej. No ludzie no!!! Gdzie u was myślenie? Jakieś problemy? To by oczywiście podpadało pod moją teorię o zombiźmie karmiącym. Jak nic zombie istnieją, a Wam ktoś pobiera mózg po kawałku i po prostu…

… karmi ich.

Bo przecież dla wszystkich trzeba być miłym i kochanym.

Bo chrześcijanie…

Ekhm!

Chciałam przypomnieć, że nie wszyscy wierzą w Jezuski! Może by nas tak potraktować z mocą równouprawnienia do myślenia, tudzież zwyczajnego innego zdania? Bo co, że nie wolno już mieć swojego zdania, ino trza myśleć jak TV nakazuje? Ech, cóż, nie oglądam, pewno dlatego wciąż jeszcze zbyt wiele myślę i mam inne poglądy.

Straszne poglądy!!!

IMG_0618

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamienie Zryciałe… została wyłączona