Pan Tealight i Kobiałka snów…

„Pod ruinami zamku, pod wodnym jeziorkiem, pod drzewem mocno pochylonym i pomiędzy korzeniami dziwnie splątanych sitowi… gdzieś tam, gdzie nikt już grzebać nie będzie, gdzieś tam, gdzie po prostu życie jakoś tak inaczej biegnie, a może i wcale? Wiecie, no gdzieś w tym baśniowym TAM, które nigdy nie ma imienia łatwowymawialnego, leży właśnie ona.

Kobiałka Snów.

Jasna, całkowicie pleciona według wszelkich, nadanych temu wymiarowi przestrzeni rozmiarów… perfekcyjnie ukształtowana, ale widać, że już lekko znoszona. Pochyla się w prawą stronę, jakby naprawdę chciała się pozbyć swojej zawartości. Jakby była pewna, że w okolicy jest ktoś śpiący lekko, umęczony, a może li tylko znużony? Taki, który chce tylko na chwilę przyłożyć głowę do poduszki, miedzy, kamienia czy pnia drzewa. A może taki, który woli jednak i poduszki i łóżka, piernaty wszelakie, materace i groszki pod nimi. Wiecie, gwili ścisłości tradycji. A może taki od koców? Ten leżący zawsze na wznak, nie ten, który wli pozycję płodową. A może ten, który wstydliwie wciąż sypia ze swoim misiem z dzieciństwa, poznaczonym łzami i ślinotokiem nadmiernym.

Lub ten z dmuchaną lalką.

Bo wiecie, ona nie ocenia…

Kobiałka Snów.

Zresztą i tak jest przepełniona, więc chce się ich pozbyć, a nie może tak po prostu rozrzucić snów… a może i może? Tylko nie chce, bo bałagan, bo one jak jej dzieci, a może jednak w końcu to zrobi i pozwoli im zadecydować? I po prostu udorośli je, nada im imiona i będzie wysyłać same w świat? Bo przecież może one potrafią, może wiedzą więcej niż ona, zawsze siedząca w tym samym zapomnianym miejscu, na skraju lasu, tuż przy ścieżce zbyt rzadko użytkowanej niestety. Przy strumieniu, przy papierowych łódkach, które tutaj mają swoją sekretną bardzo przystań?!! W końcu w zamku nie ma już nikogo, kto by chciał ją pozbawić zawartości…

… oni odeszli…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Egzorcysta” – … o bo kto nie oglądał. Tak serio! Kto nie oglądał Egzorcysty? No dobra… ja nie. A przynajmniej nie na tyle, by mnie przeraził. W ogóle go nie pamiętam. Próbowałam teraz oglądać, ale jakoś nie mogę. Jest serial, ale też mnie nie przekonuje. Carrie za to pamiętam aż nazbyt dobrze… więc sięgnęłam po powieść. I to niezwyczajną.

Wersję ulepszoną!!!

Książka jest… niesamowita. Całkiem inna niż film, miejscami bardziej ludzka, potem znowu bardziej przerażająca. Raz nie da się jej czytać wieczorem, a potem nagle nie możecie się oderwać. Pewnikiem zależy to od tego, czy na kogoś bardziej działają słowa czy obrazy, ale… gdy czytasz tak dobrze złożone słowa, poprawnie przetłumaczone i na dodatek ulepszone, to jakoś tak… Książka mija pierunem i zaczynacie inaczej patrzeć na świat. Może straszniej – niezależnie od religii jaką wyznajecie, czy nie wyznajecie, a może bardziej ludzko. Może bardziej zaczniecie postrzegać człowieka jako energię, a może nic się nie zmieni.

Trzeba przeczytać.

Niekoniecznie jako horror.

Szaro i pada.

Cudowna pogoda, ale oczywiście każdy Duńczyk jęczy na brak lata, na to lato, którego podobno nie było. Ja tam nie wiem o co im chodzi, bo moim zdaniem było i to było całkiem niezłe. Ludzisków była masa, morze nam nie zakwitło, a dodatkowo upały nie wymęczyły, ale też i nie padało. Poziom wód dość niski, ale może teraz się podniesie i nie będzie kijowo… no wiecie. Kukurydza na polach wzrasta sobie, cała reszta już zaorana, albo w formie ściernisk i takich tam. Czyli wiecie, powracamy do zwyczajnej domowości. Do zwykłej codzienności.

Sklepiska się zamykają, co do niektórych to nawet się sprzedają i tak dalej. A zewnętrze namaka. Namaka cudownie, spokojnie tak jakoś, tak wiecie, że nie wymywa nam gleby, ale za to słodko podlewa. Aż człekowi się chce przesadzić to, czy tamto, bo jak zebrane, jak obrodziło, to już można… i trza się szykować na zimę. No dobra, może jeszcze nie do końca, ale wiecie, oferty świąteczne już obecne w gazetach. Jeżeli chcecie się zapisać na najlepszy julefrokost, to jest to najwyższy czas!!! Inaczej trafią się wam same odpadki. Choć… nigdy nie byłam na takowej uroczystości, ni knajpiana nie jestem, to co ja tam wiem. Poza tym, że julemarkety też już się reklamują!!! Jak zwykle chcę wszystkie, bo tak. Bo mogę i tyle.

Bo… no w ogóle.

Pada.

Tak fajnie jest na zewnątrz, tak milusio wewnątrz. Po prostu aż chce się żyć. I choć wciąż jeszcze cała okoliczność drzewnie-przyrodnicza raczej wyłącznie zielonkawa, to jednak i tak czuć jesienność w aurze. Choć podparasolową, ale jednak. Milunią. Taką do zawinięcia się w kocyk, popracowania przy kompie, poczytania, popicia gorącej herbatki, czy czego tam chcecie sobie popić, bo wiecie, każdy ma swoje, co nie? Popicie… Pojedzenie i może. Może wypróbowanie nowego przepisu, dość dziwnego, ale słodkiego i z kruszonką, więc wiecie, w temacie!!!

… i pada.

Czasem mocniej, czasem mniej mocno, czasem aż te krople szaleją, jakby wyzwoliły się w końcu z nazbyt nietypowo rozentuzjazmowanego tłumu, i były sobą. Wiecie, wolnymi kroplami głodnymi moich czystych szyb!!!

Ech, no cóż.

Pada może i sobie pada, ale też wiecie, wszelaka morskość się mulusio morskuje. Czasem coś przyfaluje, czasem nie, najważniejsze, że człek na spacer się może wybrać i już mu ludzie zbytnio drogi nie zachodzą, no i jakoś nikt się nie zarecholi, jak znowu szukając jednego, niewidzianego nigdy miejsca, znowu się je ominie. A tak. Zdarza mi się. Mimo całego tego łażenie, wciąż jakoś są miejsca, których nie widziałam, które nie do końca zbadałam, obfotografowałam i tak dalej. No wiecie, nie poznaliśmy się tak bliżej…

Bo widzicie, wciąż są takie miejsca.

Wciąż jeszcze są takie, których nie widziałam w danym sezonie, danym świetle, danej odsłonie dnia. Może gdy tak człek odpocznie w ciągu tych kilku deszczowych dni, to znowu wybierze się na całodzienną wycieczkę. Bo takie wyprawy są sio mega. Bez telefonów, komputerów. Tylko rąbana natura i ja. Wiecie, w końcu przecież nie mam połączenia, więc nie uratuję świata. Zresztą ten świat chyba sobie beze mnie poradzi spokojnie, więc…

… niech se się kołuje.

I to w końcu ten najcudowniejszy okres w roku, poza zimą śnieżną oczywiście, gdy wszystko się koloruje. Gdy człek nie może się napatrzyć i nacykać i namalować, bo chce te wszystkie cienie, kolory i wschody słońca zachować… a pamięć bywa ulotna. Czasem pozostaje wyłącznie uczucie.

Tylko i wyłącznie jakieś dziwne mgnienie.

Wyspa teraz jest po prostu to die for! Nie dość, że ludziny mniej, nie dość, że cisza jakaś taka, nie dość, że sklepy pozamykane… to jeszcze na dodatek to wszystko jest tylko dla ciebie. Wciąż jeszcze jest ciepło, wciąż można wskoczyć w fale, wciąż można udawać po robocie, że jest się na wiecznych wakacjach, wciąż… więc dlaczego ludzie tak nie trawią jesieni i zimy? No serio? Dlaczego?

Czy spokojność i lenistwo liściowe was odpycha?

Hmmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kobiałka snów… została wyłączona

Pan Tealight i Jajo…

„No właśnie.

Seryjnie jajo.

Takie nie nazbyt wielkie, ale też i niezbyt małe. Nie można się było o nie potknąć, ale można było je przeoczyć. Nie można było go zbić ot tak, ale jednak można było… chyba, no wiecie jakoś na jajecznicę, omlet, czy jednak jakieś ciasto? Wystarczyłoby na pewno na wiele babeczek, a może i na taką kopę tych leciutkich, no wiecie, tych bezowych stożków takich, wiecie co formowane są jak fajna kupka?

Mniam.

Mniejsza.

Było sobie jajo.

Toczące się zwyczajowo, a jednakowoż teraz stojące dziwnie, Kolumbowo, choć nie nadtłuczone, wiecie… no stało, i to na tej węższej części przed Chatką Wiedźmy i… nuciło kołysankę. Nuciło ją sobie strasznie fałszując i ogólnie śpiewając od czapy, ale jednak jakoś, mimo braku wszelkich otworów… nuciło. Niczym, wiecie, taka bomba co to cyka, tylko że bardziej melodyjnie. Coraz głośniej i głośniej i w końcu Wiedźma Wrona Pożarta się wkurzyła, wylazła i nawrzeszczała na nie. A że była psychiczna, to po chwili, takiej, co to nawet nie wybrzmiała trzaśnięciem drzwi, zaraz wróciła i zaczęła je przepraszać i głaskać po tym wielkim wybrzuszeniu. Wiecie, wielce taka winna, ogólnie mówiąc taka przygaszona i bardzo przepraszająca… oczywiście od razu sobie to wyobraziła, jak to wygląda, że jest idiotką, więc znowu trzasnęła drzwiami, ale było za późno. Jajo wiedziało, że je tu chcą i rozsiadło się na dobre.

I wiecie co, mimo ciemności, mimo chłodu i deszczu, zaczęło się rozkluwać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kości nie kłamią” – … nie kłamią. Nigdy. A już szczególnie te, które długo czekają na wyjaśnienie.

I własne kości nie kłamią, jeśli kochają, to kochają…

Oto kolejna powieść antropologiczna. Ponownie śledztwa, ale też i nasza bohaterka starsza i jej uczucia ponownie zrywają się pobudzone nowymi tajemnicami. Wszystko wraca do początku, tylko dlaczego teraz? Czy jest w tym jakaś przepowiednia? Czy tylko nauka? A może przeznaczenie?

Stare sprawy, stare kości, nowe zbrodnie… niestety łatwo się domyśleć kto co i dlaczego. No sorry, ale osobników – morderców tego typu było już sporo w literaturze. I teraz wyjdzie na to, że nic nie mogę napisać, bo się domyślicie, a może jednak będzie to dla was niespodzianka? Napiszę więc tylko, że jeśli znacie tę autorkę i bohaterkę, to wiecie czego się spodziewać. Jeśli nie, to zacznijcie od wcześniejszych tomów cyklu. A cała reszta… bez zmian.

Głównie dla wielbicieli gatunku.

Ciemność.

Szarość…

Zaczęła się całkiem niespodziewanie gdzieś w okolicach poniedziałku i trwa. I jest dość dziwna. Dość zaskakująca, a nawet lekko przerażająca, a z drugiej strony… w końcu jest ciemno!!! Hurrra!!! I chłodno. Może i za mało pada i ogródek domaga się wody, no ale przecież nie można mieć wszystkiego, czyż nie? A może można? Pewno można, pewno są tacy ludzie, ale to nie ja jak nic nie ja. Nie poszczęściło mi się.

Choć z drugiej strony, kurcze, gdyby się spełniało tak wszystko, to mogłabym potem żałować wielu rzeczy i spraw.

Ludzi mniej, ale jednak jeszcze są.

Zwyczajowo w 90 procentach to Niemcy, ale wiecie, kto by ich tam liczył. Średnia wieku poszybowała w górę, więc raczej jest spokojniej, wolniej, jakoś tak bardziej spacerowo. Mniej tych biegaczy, mniej szaleńców. Oczywiście z powodu fal kolejne zniszczenia, ale nic to, w końcu pomosty wytrzymały przez lato… Bo wiecie, tutaj wrzesień to już nie jest lato. Tak jakoś uznają.

Widać inne kalendarze, inne wyliczenia.

Szaleństwo po królewskiej wizycie pozostało już tylko na zdjęciach, ale w człowieczych głowach wciąż jeszcze tkwi ona dziwna świętość, z którą się one łby zetknęły. No wiecie, jednak atawizm to mocna sprawa. Szczególnie w takim miejscu, pomiędzy tymi skałami i tymi drzewami i pod tym niebem. I jeszcze nad tymi falami. Bo przecież nie można zapominać o falach.

Ciemność.

Szarość…

Uwielbiam to czekanie na kolory.

Oną powolność szaloną, która się znowu spojawia, to zwolnienie, olewactwo, te zamykające się sklepy i promocję z kartami LEGO w sklepach. No człek się znowu jak dziecko czuje. Serio!!!

W końcu kto mi zabroni, przecież i tak jestem psychiczna!!!

Nic to…

… niech już ta jesień przychodzi, bo mi się zdjęć chce liściakowych i wszelakich szaleństw i kolorów tych wielkich i w ogóle. Spacerów pośród spadających liściejów i wszystkich ogólnie się w jesieni mieszczących barw. Wiecie, onych odcieni, tych kształtów, a już najbardziej chyba tych szelestów. Wiecie, gdy przechodzicie ścieżką leśną, czy parkową, i wasze buty zanurzają się w tej całej głośności, w tej całej barwności. Albo tych bukietów chcę. Tych składanych z liści, które i tak w końcu zbrązowieją i rozpadną się w pył, ale jednak nie możecie wyleźć z lasu bez nich. Albo bez kasztanów i bez żołędzi. I zapachu jabłek… jak tylko się trafią takie dzikuski, bo te sklepowe dawno zapomniały jak się pachnie.

Czym się podnieca Wyspa?

A bocianem!!! Przyleciał se, siadł na kominie i od razu rozkładówka, telewizja, sesje zdjęciowe. Ja już nie wiem, no ale kurde serio? To tylko rąbany bocian. Może i ze Skåne, ale tylko rabany bocian. No weźcie no.

Przecież… a zresztą, ja serio się chyba już na niczym nie znam. Widać takowy bocian to jakiś influencer, czy coś, może coś co leżało obok Królowej, może… A jeśli o Niej mowa, to wydano oświadczenie, w którym pojawiła się informacja o zdiagnozowaniu Królewskiego Małżonka. Ma demencję. I to ma tłumaczyć jego ostatnie zachowania. Jestem, przyznaję, sceptyczna, bo takie rzeczy robił już wcześniej, no ale.

Czy go ubezwłasnowolnią?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jajo… została wyłączona

Pan Tealight i Pławienie Wiedźmy…

„… no i pławili.

Wiecie, dla dowodów.

Ale też i odwrotnie pławili, bo przecież chodziło o to, by wypływała, a nie odwrotnie. Znaczy by nie tonęła. Ale też… widzicie, by nazbyt się w te wodorosty nie zaplątała, by zbytnio się nie nawodniła, bo ogólnie susza i mało wody, nawet w morzu, więc lepiej niech go nie żłopie jakby była na seryjnym kacu…

Oczywiście, że wszyscy pomagali.

Wiecie, z jednej strony udzielali rad z drewnianego pomostu, z drugiej prosili Syrenice, by jednak nie robiły TEGO więcej, ale też i Wielki Kraken, wiecie, zawsze miał jakiś krasz na jej punkcie, więc… trzeba było dużo krzyczenia, machania i wrzucania czekolady do wody… 

… a ona pływała.

No tak, tutaj należy coś uściślić.

Nie no, goła nie była, bez przesady, ale też i nie do końca ubrana. Wiecie, w dzisiejszych czasach jakoś tak zbyt wielu nakazuje babom kompletny ubierunek, gdy skaczą w fale, ale ona… ona nie przepadała ostatnio za żadnymi strojami z plastików, za żadnymi cudami i wiankami, a jednak… jakoś tak, nie do końca czuła się w tej wodzie pewna. Mimo koszulki mimo gatek, wciąż dziwnie goła, totalnie goła, naga, wszelako nie do końca wystrojona, a może i dostrojona do omszonych skał, wodorostów i implantów… Oj tak, znowu się cholerniki pojawiły!!!

Znowu!!!

Ale pływała.

Mimo ich rad, mimo wszelkich ciągot dowodnych… pływała i nie tonęła. Zwyczajnie jakoś tak. By się zmęczyć, by nie myśleć, by zapomnieć i udowodnić wszystkim, że jest wiedźmą. Taką jedyną w swoim rodzaju, co to nawet ów potężny Młot Naczarownicowy na swoją stronę przekabaci. Bo kto jej zabroni? No kto? Powiedzcie, kto jej zabroni. Może jedynie jej być nie stać, ale poza tym… może skakać jak rąbnięta kozica po rozgrzanych skałach, w zimne tonie skakać i oczywiście, pierdolić już to wszystko, bo naprawdę za wiele tego wszystkiego było!!!

Za wiele.

… więc pływała. Może i styl był to jakiś specyficzny, może i nie tonęła bardziej dzięki sferze tłuszczowej i balonom, ale jednak unosiła się. Nie tonęła. A przynajmniej nie specjalnie, czy coś? Nurkowała, fikołkowała, zdawała się mieć gdzieś i swój wiek i wszelkie doniosłości sprawowanego urzędu oraz jakieś tam retrospekcje, czy jeszcze gorzej… wiecie, te reguły i nakazy i dorosłości i jeszcze może protokoły. Bo przecież nikt nigdy nie był nią, więc nie mogli jej zmienić, nie mogli jej powiedzieć jak i gdzie, kiedy i w której z form ma co robić. Zwyczajnie… i po niej tez już nikogo takiego nie będzie. To wiedzieli wszyscy, więc woleli przypilnować, by jednak nie tonęła.

Nawet częściowo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sekta z Wyspy Mgieł” – … o rany. Wszyscy już chyba wiedzą, że cała Skandynawia kursami pisarskimi stoi. No serio, nie możecie tego nie wiedzieć, jeżeli każda z książek jest spisana według tego samego schematu. Tutaj, jakże nowatorsko, wymyślono wyspę.

ŁAŁ.

Bo tego jeszcze nie grali. Tak, to jest sarkazm.

Poznajcie naszą bohaterkę, ślepą komendę, która nie widzi, że sekta to sekta i brnie w to wszystko, bo… chce zmienić swoje życie. Wiecie, podstawowy zestaw. Bidulka co chce odmiany i źli ludzie, którzy na początku głaskają i pieszczą. No i tyle… Najbardziej z tego wszystkiego intrygująca jest oczywiście wyspa, legenda i przeszłość… ale żeby się nie domyśleć.

No serio?

Naprawdę warto sobie oszczędzić tę pozycję. Po prostu jest źle napisana. Sztywno i dziwacznie. Niekonsekwencja postaci i całej historii bije po oczach, pęta, a potem nadziewa nas na pal. Niby morze fajne, ale co z tego, jeśli to nie o tym opowieść. Ni o tych tajemnicach. Ni o… no właśnie, widzicie, najgorsze jest to, że to mogła być fajna historia! Może gdyby tylko napisał ją ktoś inny?

I jednak zaryzykował innego głównego bohatera.

Ostatnie dni lata?

Serio?

No tak nas straszą, ale co tam.

Tutaj straszą jak temperatura w granicach 20 się utrzymuje, od razu nie wiadomo jakie mrozy i tak dalej. A w rzeczywistości milusio jest!!! Cudownie jest. Idzie sobie człowiek po skałach, wynajduje nowe miejsca, których jeszcze nie poznał, nie zmacał, nie zmoczył się w nich. One maciupkie plaże na północy, które doprawdy są czarowne i czyste. Nagle tutaj nie wieje, a u nas wieje, więc człek eksploruje i wszystko go zachwyca. I te owcze bobki i dziwne odkrycia, że kozy robią to inaczej…

A tak, pojawiły się większe plemienia kóz na północy Wyspy. Wszystkie wyglądają jak te obrazki Szatanów z wszelakich strasznych, religijnych ksiąg. Serio, serio, serio. Ale jednocześnie no takie z nich słodziaki. Ale wiecie, mi z tamtą religijnością nigdy nie było po drodze, więc jakoś tak… te uszy wielkie i długie, oklapłe takie, te ogoneczki malutkie, sterczące, włochate i wiecie, oczyska, co to od razu człek wie, że do piekła prosta droga klifem w dół, a potem na lewo panowie, na prawo panie…

Kozieły raczej takie wiecie rogate, zawijają im się one rogi… jedne brązowe, a raczej takie w kolorek zwany ściana palona… he he he, no sorry, ale tak miałam napisane na paletce w szkole. Wiem, że to błąd, ale wpoiło mi się na amen i omegę!!!  No więc brązowe, rzemienne dziwnie, białawe, w ciapki i jedna ino czorna jak same podniebienie Szatańskiego. Asz genialne zwierzaczki. Po prostu genialne. Najedzą się porostów i trawki, wyleżą na nagrzanych skałach. Popatrzą w morze. Ale najśmieszniejsze są te tak w połowie zwisające ze skał. Wiecie, totalne rozleniwienie. Wiedzą, że mają wszystko: i żarło i miejscówkę i jeszcze wolność ugryzienia przechodnia w dupsko, ale co tam… przecież im się należy, czyż nie?

Znów jesteśmy najsłoneczniejsi!!!

Gratulacje dla nas! Nikt nas w tym roku nie pobił!!! Ha! Nawet sól im nie pomogła. Nic a nic. A co. Jesteśmy najsłoneczniejszym miejscem w tej części świata. Może i niewielkiej części świata, może i malutkiej… ale jednak.

Poza tym, tak z wieści, znów ktoś się utopił.

Mam wrażenie, że ostatnio jest ich coraz więcej.

Wiecie, tych wodnych trupów. Jakby morze naprawdę było ich głodne. Jakby coś się zmieniło. Zniknęła jakaś ochrona. Nikt już nie przestrzega zwyczajowego: jak wielkie fale do wody wcale. Każdemu się wydaje, że pokona naturę i morze. Że po prostu się uda. Że jesteśmy tacy ludzcy, tacy silni… a w rzeczywistości przecież i tak nie pokonamy natury. A przede wszystkim, naprawdę nazbyt mocno ufamy swoim umiejętnościom. A morze… morze potrafi naprawdę namieszać w głowie. Pociąga, wciąga, pływy i fale. Wszystko to sprawia, że naprawdę z jednej strony nie chcemy się od niego odrywać, a z drugiej nas przeraża.

Niby zwykłe morze, a przecież tyle w nim siły.

Niby zwykła woda, a jednak… naprawdę nie właźcie do wody przy większych falach, naprawdę pamiętajcie o bezpiecznych, wytyczonych miejscach do pływania, a już przede wszystkim… nie szarżujcie. Naprawdę nie warto. W końcu moglibyście przegapić jesień, którą w tym roku możemy mieć. Serio. W zeszłym raczej, po tych koszmarnych upałach i suszy, to było ogólnie mówiąc ubogo.

Właściwie w ogóle jesieni nie było.

W tym mam wielkie nadzieje!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pławienie Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Polecie…

„Ale przecież jeszcze nie czas.

Parności wciąż się zdarzały, więc o co z tym wszystkim chodzi? No wiecie, o te transparenty Jesieni? Te nawołujące o wszelakiej ubieralności, grzybów zbierania, ogólnego i wszelkiego ogarniania się i przedzimowania? Zbierania jabłek, oczywiście i wszelakiej innej owocowości, szykowania kopców, wszelkiego czarowania ciepłości na przyszłość… marzeń o ogniu w kominku i jeszcze może o kubku herbaty, śnieżnej zadymce i jeszcze wiecie… prawdziwej zimie.

Ale na razie miała być tylko jesień. I co bardziej zaskakujące, chciała przyjść jak rok temu, wcześniej o miesiąc. Ale przecież wszelakość Wyspy wciąż była letnia. Może i temperatury nie były jakoś takiej wysokie, może i wiecie, wciąż jeszcze wsio było zielone i ogólnie mówiąc leniwe, ale jednak… Jesień już się reklamowała. Porozwieszała transparenty, porozstawiała tablice. Ogólnie mówiąc czuła się już jak u siebie.

Serio!!!

A przecież Lato wciąż jeszcze miało swoje… niecałe kilka tygodni. Wciąż jeszcze mogło zaszaleć, wybuchnąć upałami, wszelakim szaleństwem bikini i ogólnie mówiąc, potrzebą wakacjonowania się!!! Czyżby miało dojść do jakiegoś starcia? Walki nawet? A może i… wiecie, przepychanek w stylu wszelakiej przemocy? Może jednak tym razem mieli sobie dać po ryju? Albo w onym starodawnym stylu… wiecie, jakoś tak na pistolety, a może i szpady? Może zbierali już sekundantów?

Na Wyspie naprawdę panowało napięcie!!!

I nie był to wiedźmowy PMS.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czarny dom” – … okay. Czytałam już powieść tego autora o wyspie i było… nie do końca, więc chciałam spróbować raz jeszcze.

I to chyba był mój raz ostatni.

Opowieść przenosi nas w to dziwne, specyficzne miejsce, wciąż tkwiące w dalekiej przeszłości. Dziwnie pradawne, opierające się wszelkim zmianom, ale też poprzez całą masę retrospekcji – dzieciństwo głównego bohatera – otrzymujemy ten świat takim, jakim był. Brutalnym i zimnym. Wrednym i twardym. Gdzie natura nigdy nie odpuszczała a cierpienie było codziennością, więc dlaczego nasz bohater do niego wraca, w te znienawidzone progi?

Oczywiście z powodu zbrodni.

I tutaj wszystko się wali. No bez urazy, ale jak się można nie domyślić TEGO. No nie powiem czego, ale jednak… serio? Przecież wszystko wskazuje na jednego sprawcę. Ale… przeciągające się retrospekcje, ogólnie dołujące obrazy, cały ten nastrój smrodku i pustki… dobija. A przynajmniej na mnie podziałało depresyjnie. Jeszcze religijne wstawki. Ja dość trudno je znoszę. Takie trochę nawiązanie do „It”, ekhm, no wiecie, możliwe że tylko ja je zauważam. Ale… Przede wszystkim powieść jest podstawową historią z cyklu: hej, wróciłem po latach, choć nie chciałem i wcale mi się tutaj nie podoba. Nadal. I tyle. Tak naprawdę zbrodnia jest tak bardzo w tym wszystkim nieważna, a zakończenie tylko dla tych o mocnych nerwach.

Jakoś mnie ten autor nie przekonuje.

Pewno, geografia niesamowita, ale osobowości dziwnie przewidywalne i takie, które chcesz kopnąć w dupę, jakoś ukrzywdzić. Morskość… to mam za oknem, a narracja – dość przyciężka. Nawet mocno miejscami. Ciekawe może miejscami, psychologiczno-społeczne, ale trudno się czyta.

Zachody słońc…

Obiecałam sobie w tym roku polowania na zachody słońca. No wiecie, z aparatem. Ale oczywiście nic z tego. Pogoda była jaka była. Cudowna i niesamowita, ale kiepska dla zachodów słońca, więc ino pływanie i mniej kolorków, ale za to milusi chłodek. Jeżeli chodzi o zachody… ubogo. Nie żeby wcale, ale wiecie, całkowita loteria. Załapał się człek na dwa i wiecie co, starczy.

Jeden po prostu powalił odblaskami na kamieniach, na skałkach na ruinach… drugi zwyczajnie zaskoczył tymi fioletami wyłażącymi ze skupisk wodorostowych. Jakby słońce zasysały, a potem oddawały jego światło, ale inne. Do tego te fale, ta maciupka chmureczka, lekko zawinięta nad słońcem i jakoś tak… czarująca wszystko. Może i szybko się skończyło i totalną czerwienią, ale było niesamowicie.

Drugi zachód był inny, całkiem goniony.

Zachód wszelako powalający, ale potem słonko zakryła chmurka i się wkurzyłam. No bo wiecie, całe niebo gołe, a ta musi siedzieć akurat na słonku, ale i tak spektakularne, gdy się wszystko zaczęło zbliżać do linii morza. Bo nagle się okazało, że zachody mogą być nie tylko czerwone, ale i bzowe, liliowe, oraz wszelako różowawe i dziwnie mgliste i jakieś takie… z wyższej półki.

I tak teraz sobie myślę, że już czas na wschody. Że już czas na to, by zacząć na nie polować, bo w morzu pojawiły się implanty, znaczy galaretki, a wiecie, lekko się nie dogadujemy ze sobą. Jakoś tak… no sorry, ale mnie przerażają, a na dodatek wiem, że przypływają do nas ostatnio i te parzące, więc… wiecie, jest dziwnie. A wciąż przecież można pływać. Wciąż można, a ludzików nie ma!

Kompletnie!!!

Ale one są!!!

Królowa była… ekhm, niepracujący mogli oglądać.

Tak, piję do burek!!!

A tu macie więcej zdjęć, jak was to kręci. Prawda jest taka, że w necie od razu całe wrzaski, że należy ją ubić, zlikwidować i tak dalej. Dania łatwo niszczy, a potem żałuje, ale mniejsza. Nikt nie kuma, że taka rodzina to bilboard reklamowy i wabik na Turyściznę i tak dalej. A ktoś w tych pałacach mieszkać i sprzątać musi. LOL

A ja po raz pierwszy sobie Królową obejrzałam.

Wiecie, tak z bardzo bliska.

I było to dziwnie niesamowite przeżycie. Takie pierwotne, atawistyczne. Cudownie powalające. Wiecie, zmuszające by się ukłonić, choć przecież pani wcale nie była w koronie, ani coś… Amerykańska Turyścizna jest wzburzona tym, że pozwalamy królowej tak po prostu łazić po Wyspie. Nie wiem jak wyjaśnić mieszkańcowm DziwnoUSAlandu, że u nas królowe nie chodzą na smyczy, ale ich z chęcią bym przywiązała do jakiegoś palika.

Ale wróćmy do mojego uczucia.

Po pierwsze Królowa Margrethe jest jednak niższa niż mi się wydawało. Naprawdę, po drugie wygląda o wiele śliczniej niż na zdjęciach, babka wciąż ma seksapil jak nie wiem co, a po trzecie – od razu wiecie, że to królowa, choć nie ma korony, a i buty zwyczajowe. Jakoś tak wiecie. Śmieciowe DNA podpowiada, że dany osobnik nosi w sobie oną starą krew. I to nawet wtedy, gdy nie jesteście wampirem, serio. To się czuje i człekowi się robi to coś z nogami… i się kłania.

Niestety pogoda była straszna.

Duszne powietrze totalnie afrykańskie, pył jakiś, piaski Sahary, czy inne szity… do tego lodowaty wiatr. No po prostu nie dało się wytrzymać. Po raz pierwszy człek zapuścił aircona!!! Po raz pierwszy tego lata, na koniec lata. Przez dwa dni tak się męczyliśmy, ale na szczęście dziś już jakoś lepiej. Chłodniej, da się dychnąć nawet za dwie czy trzy dychy i wiecie, no cudnie jest. Znowu. I puściej… bo to sierpień, sklepy się pozamykały, inne działają na slołmodzie.

Wszystko jest spokojniej i ciszej.

Cudnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Polecie… została wyłączona

Pan Tealight i Havgusy…

„Wiedźma Wrona Pożarta miała problemy ze wzrokiem i była czasem z nich nader zadowolona. Szczególnie, gdy przed nią, w dość niewielkiej odległości plasował się niezbyt wielki golas. Znaczy, no dobra, jeżeli chodzi o jej miarę, to oczywiście był większy od niej o wiele, ale najistotniejszym faktem było, iż koleś zajmował jej pomost, z którego nurkowała w tonie i macała się z krakenami, a poza tym był goły i wiecie… raczej nie dałoby się tak przecisnąć obok golasa…

Yyyyy.

BLE!!!

Ale nie chodziło przecież o golasa, ten w końcu się wytarł i sapiąc niczym zdychający astmatyczny słoń, oddalił się w stronę poboczną do zachodzącego słońca. I w końcu mogła wskoczyć. Ciesząc się wciąż wcześniejszymi pieszczeniami z havgusami. Tym Numer Jeden i Numer Trzy i Numer Piętnaście. No wiecie, one jakoś nie dbały o imiona wielce skomplikowane, więc… gdy tylko pojawiały się w okolicach Chatki Wiedźmy wystarczały jej ich numerki. Przybierane, by mogła odróżnić tego co pełga jej w okolicach kolan, a czasem nawet trochę wyżej – zboczeniec. Tego, co w okolicach klatki piersiowej – zboczeniec, no i wiecie, tego, który ją całował. Bo miał gdzieś, że ktoś to zobaczy, albo wiecie, jakoś załapie, że to nie palaczka, a zwyczajnie napadnięta przez morską mglistość Wiedźma Wrona Pożarta.

No i tak ją napadły.

A wiecie, ona tylko wyszła z domu, jak zwykle w zamyśle miała fotografię mocno artystyczną, a została znowu zwyobracana przez słoną naturę, więc musiała popływać. Po prostu naprawdę musiała. Nie mogła inaczej. Wskoczyć w tonie, a jednak i tam na nią czekali. Tak po prostu. Czaili się, nie chcieli ustąpić, bo przecież… tak naprawdę nic się nie działo. Nic nie wydarzało.

Nic złego… czyż nie?

To w końcu tylko powietrze. A, że pochodzące ze światów równoległych, że boskie właściwie, że przecież całkiem miejscami ucieleśnione, a nawet jeszcze mocniej, darzące się wzajemną wspólnotą niemyśli… No przecież wciąż, w tym świecie, tylko byli mgłą… czyż nie? Wyłącznie? No kto by jej uwierzył, że są tacy napastliwi. Zwyczajowe havgusy. Całkowicie zwyczajowe…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziewczyny, które zabiły Chloe” – … ech nie. No nie wiem, ale nie. Po pierwsze okładka, która obiecywała całkiem coś innego, właściwie jednoznacznie skazywała nasze bohaterki, po drugie przewidywalność.

Opowieść właściwie od początku do samego końca nie porywa. Wiadomo co się wydarzy, wiemy kto jest kim, nie wiemy tyko jednego, co się naprawdę stało, ale trudno uwierzyć w coś innego, niż wypadek. Wyrok sądu wydaje się być idiotyczny!!! No i ten opis na stronie, tej tytułowej… przecież z niego wynika całkiem coś innego!!!

Nie!

Ta książka to jakaś pomyłka. I tyle. Nie rozumiem tego wielkiego „halo” dookoła niej, ale cieszę się, że sięgnęłam po kolejne powieści tej autorki. Naprawdę. Bo potrafi zaskakiwać. Może nie w tym tomie, ale może i ja jest już nadmiernie wymagająca… no wiecie, straszliwie nawet wymagająca. Jedyne, co do czego nic nie mam, to główne bohaterki. Są dopracowane, rzeczywiście oberwały strasznie od życia, a zakończenie… zakończenie jest niesamowite i wzruszające, więc może mimo wszystko…

… nie jest tak źle? LOL

Idzie se tak człowiek ulicą i mija przetwory. I roślinki w doniczkach… i czasem jakieś tam kabaczki, kapustki lub cebule. Jej! Znalazł nawet ogórki, cena zabójcza lekko, ale nic to. To w końcu zwykłe, gruntowe ogórki, coś, co nieczęsto się tutaj widzi. Straszne to. Jest trochę buraczanych cudów i jeszcze sporadycznie jakieś jagódki, ale chyba w tym roku one amerykańskie jagody nie obrodziły. Za to młode kartofle są przez cały czas. Widać młodość jest w nich jakaś taka wieczna?

A może wciąż się odradzają?

Ale nic to, idźmy dalej.

Tutaj wszelkiego rodzaju słoiczki z wekami. I dżemory i tylko dodatki słodkie do deserów, a nawet coś na ostro. Pewno jakieś polski wpływy, ale… korci mnie syrop jabłkowy, ale przeraża, że stał na słońcu tyle. Jakoś tak, mało we mnie wiary i tyle. Nie skuszę się. Zresztą, człek i tak potem tego nie zjada. Niby chce wspomóc lokalną gospodarkę, ale tak naprawę go na nią niezbyt stać. No bo po ile u was kilogram gruntowych ogórasków? Albo takie pomidorki… ech!!! Wiecie, że nawet sałatki zamiast z Danii to mamy z Holandii, dzięki czemu są już lekko zaśniedziałe? Ino w Netto dostaniecie duńskie mieszanki sałat, wiecie, takie na raz lub dwa razy.

Zależy jak jecie.

Strasznie to fascynujące, że bardziej się opłaca sprowadzać żarcie z dalekiej zagranicy, niż z własnego kraju! Albo, że produkty z Wyspy tak sporadyczne są w sklepach. Wiecie, o wiele bardziej opłaca się jak zwykle przerzucić je na kontynent, bo więcej zapłacą. Pewno jak z borówkami z Polski. Ale straszliwe kwasieloki!!! Yyyyyy… aż człeka wykręca!!! Nie wiem o co chodzi, bo podobno mieliście jakieś upały, czy coś? A owocki takie średnio, jak nie wcale, nasłonecznione.

Za to zaskakuje mnie brak jabłek z Polski.

Tosz to rzut beretem.

No nic. Trza się serio przerzucić na żarcie energii słonecznej i wietrznej.

Chciałoby się… tak po prostu uciec czasem.

Coraz częściej nawet.

Tak wiecie biec przez te pola, skały, drzewa, wszelakie cieki, miejsca, w których i moze i skała są ze sobą stopione i te, gdzie oddzielone mocno od siebie zdają się być na siebie wzajemnie obrażone. I jeszcze takie, gdzie nie przejdziecie, nawet jeżeli wody nezbyt wiele, to wiecie, że prądy od razu was zabiorą.

Tylko gdzie?

Biec dalej po wodzie, biec dalej po ziemi, trawie, biec po prostu, albo może już iść, bo się kurcze trochę zasapałam i tyle. Wiecie, po piasku człek też truchta, a głęboki, miałki wyspowy piasek jest dość trudną bieżnią. Fajnie łydki po nim palą. He he he… albo może uciec w głąb. Wiecie, pod wodę? Od pewnego czasu pływamy z pomostu w Melsted. Znaczy pływamy w wodzie otaczającej pi drzwi oko miejsce pomiędzy hotelem, a rzeczką wpływającą do morza, ale wiecie… jeżeli znacie okolicę, to się skapniecie, jak nie, polecam Google Maps. Widać. Mam nadzieję, że jednak nie moje wybryki wodnej szuwarkowo-bagiennej istoty. Bez urazy, nie żeby mnie to aż nadto obchodziło, ale nie chcę by kto mi donosił o mojej fizyczności straszącej po internetach.

Serio.

No więc pływamy. Oczywiście ponieważ z pomostu, to wiecie, od razu na głęboko. Do pływania idealnie, bo w końcu człek nie ciąga gir po piachu, ale z drugiej strony głęboko, więc pociągnąwszy kilka długości w te i wewte, jakoś tak się trochę męczycie. Czasem doskoczą do was woniejący jabolami pensjonariusze hotelowi, czasem dobiegną pijackie pienia z oddali… ale, gdy tak się zanurzyć pod, na te omszone skały, w te wodorostowe lasy, w ten piasek, to jakoś tak to wszystko przestaje być istotne. A woda miodzio!!! Gęsta i słonawa. Człek się opija jak bąk, gdy tylko falka trochę większa, ale nic to, przecież wysika!!! He he he!!! A myślicie, że gdzie rybki i inne morskie stworzenia to robią? No przeca nie na brzegu… Widzieliście jakieś rybie tojtojki, albo krakena starającego się wszystkie macki upchnąć w takową?

Od tego nie da się uciec.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Havgusy… została wyłączona

Pan Tealight i Deszcz Dookolny…

„Pojawił się nagle, pojawił się ze sobie tylko znanego miejsca. Ten Deszcz, który zdawał się być bardziej osobą, niż mieszaniną kropel wszelakich. Który dokładnie wiedział czego chce. Który nie miał zamiaru rozmieniać się na drobne… wiedział co chce, wiedział kogo chce i wiedział, gdzie ją znaleźć.

Już po chwili od pojawienia się chmur, a jednak i znienacka jakoś, opadł na Wyspę i dobrał się do niej. W końcu tylko jej chciał. Tylko ona była mu potrzebna. Ją chciał wykorzystać nie pytając jej o zdanie w ogóle. Bo i po co. W końcu to ino baba, a wiecie, z babami to nigdy nie wiadomo, jeszcze powiedzą nie i co wtedy? Przecież nie powinny mieć aż tak dużo zdania własnego…

Tak, Deszcz był męskim szowinistą.

Był królem onych.

Był wszelako zapatrzony w siebie, swoje krople i wszelakie wszystkiego namakanie. Miał oczywiście świadomość swojej i niszczycielskiej i onej drugiej strony, ale wolał się za bardzo nad tym nie rozwodzić. Po prostu padał. A teraz chciał tej baby i już. Dobrze, że akurat ona wskoczyła do wody i jej Chowaniec nie mógł, ani też zbyt się nie palił do tego, by o nią walczyć. Zresztą, przecież on był tylko człowiekiem, a dla niego on tylko deszczem…

Deszcz opadł dookoła Wiedźmy Wrony Pożartej, uwięził ją i nie chciał puścić. Taplała się w cudownie letnich falach, wiecie temperaturze odpowiedniej, nie tykając dna, udając, że serio umie pływać… choć może gracji w tym trochę brakuje… Na początku nie zdawała sobie sprawy z tego, że Deszcz stworzył dla niej klatkę. Na początku nie wydało się jej dziwne, że krople opadają dookoła, a nie na nią, bo i tak była mokra. Na początku po prostu jakoś tak… nie zauważyła. Cieszyła się wilgocią, ale w końcu to poczuła, że coś jest nie tak. Że nawet jak płynie, klatka się przesuwa, ale wyjść z wody jakoś jej nie pozwala, a przecież to TYLKO li woda. I wiecie… i wszystko by pewno się udało. Cały ten plan, zapisany w zeszycie A4 w linie, wypełniłby się, gdyby nie to. Że ona była wiedźmą a on deszczem. Ona ogniem, a on nie zabrał dziś ze sobą całych swych kohort. Ona się wkurzyła, zapłonęła, a on wyparował…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zabójca z sąsiedztwa” – … podobno. Podobno tak jest, że zabójca jest tym bliskim człowiekiem. Tym, którego się nie spodziewasz. Może nie najbliższym, ale widujesz go codziennie…

Przyznaję, że „Dziewczyny, które zabiły Chloe” mnie nie przekonały, ale to. To jest majstersztyk. To jest cudowne. To jest w końcu jakaś prawda i o człowieku i o prawie i przede wszystkim… o kobietach. Powieść jest niesamowita w każdym calu, stronie i słowie. I nie chodzi tylko o bohaterów, czy główną bohaterkę – co do której mam jedno ALE: serio myślałaś, że jak się chować, to trzeba jechać do matki, serio? Serio myślałaś, że nikt jej nie obserwuje? Nosz idiotko!!! Ale ty nie jesteś ważna. Ważniejsze są one inne. Młodziutka dziewczyna, która zbyt wiele przeszła i starsza pani! Te bohaterki, te osobowości… ta naturalność! To wszystko sprzedaje tę powieść.

Musicie ją przeczytać.

Dla tego dreszczyku. Dla onej, w końcu, wspólnoty, która to bierze interes w swoje ręce. Tutaj dobro w końcu w cholerę wygrywa, a nie pakuje zło do wygodnej ciupy i tak dalej. Tak… chyba, najzwyczajniej w świecie nie wierzę ni w demokrację ni w jakieś prawa. Po ostatnich wybrykach zła i dobra, jakoś już wiecie… chcę pręgierzy na środku miast i matek hańbionych za zbrodnie swoich nastoletnich ciołków. Serio… mam dość. Jeśli też macie, to powieść dla was!!!

Z jednej strony wy wiecie wszystko. Kompletnie wszystko. Wiecie co i kiedy. Wiecie dlaczego… a jednak zakończenie, a jednak to wszystko wciąż zaskakuje. Podglądacie bohaterów, oni popatrują na was i błagają o pomoc… aż w końcu sami biorą się do roboty. I może tak powinno być?

Wąwozem.

Którego dnem plumka sobie strumień otoczony wszystkim tym, co natura dała. Połamanymi gałęziami, patyczkami, kamyczkami, kawałkami skał, które świeżo odpadły i tymi stałymi bywalcami, omszonymi. Tak naprawdę wszystko tutaj wygląda jak… Tolkien. No wiecie, Enty i Elfy i oczywiście te wszelakie budowle i jeszcze mroczność, chłód, ale też i magiczność i to wszelakie czarowne światło błąkające się pomiędzy wciąż zielonymi liśćmi. Ale nie wszystkimi. Oj nie. Wcale, a wcale. Już się pojawiają osikowe i brzozowe żółcienie. Powoli, pojedynczo, albo wiecie, tak grupowo. Cała żółtawa gałąź pośród tych zielonkawości a do tego szmer strumienia. Chwiejące się ławki, durni Niemcy, którzy rozsiedli się na nich i ni chuja się nie przesuną, a przecież przejść musisz…

Skopać ich, czy nie?

Jakby co, powiem, że to za Babcię i większość mojej rodziny!!!

Powstrzymuję się tylko dlatego, że ta zieleń. No wiecie, zieleń zieloniutka, spokojność wszelaka, strumienia szemranie… dobra, prawie kopnęłam dziwnie ciemnoskórego Niemca, co to skurczybyk jeden, postanowił na spacer do lasu pójść ze SŁUCHAWKAMI!!! Obrazoburca!!! No jak tak można!!! Chłopskie nasienie niezdolne pojąć z jakim cudem przyszło mu obcować i oczywiście, nie mówię o sobie, a o Wyspie. Oj bidny mężczyzna przymuszony do spaceru i kanapki z rakotwórczym Becelem. Ojojojjj… niech ona mu ryj tym wysmaruje, a najlepiej ogólnie wszystko i w mrowisko wpieprzy.

Serio!!!

Zaraz mnie… ale nie, idźmy dalej. Spokój, cisza, samolot kurna w momencie gdy nagrywam strumienia trele. Nie no, serio? No tosz to o pomstę nie tylko do nieba, piekła i innych bytów pośmiertnych woła, ale i kopie je w dupy!!!

Idźmy dalej.

Dajmy im przejść. Niech se idą. Niech znikną mi z oczu… kurna, jak oni się mogli tak szybko zmęczyć. Oczywiście się zgrupowali i czekają. Niemcy tak czasem lubią, podobnie jak skakanie po pijaku i biegu w zimne tonie wszelakie wiecie, tak na główkę. Serio. Ludzie tracą nie tylko pomyślunek i inteligencję i wszelaką zdrową energię mózgową z roku na rok w zastraszającej ilości. Strasznie.

Okrutnie!

Obrzydliwie!!!

Kościelnie…

Dobra, wodospad.

Piękny i w ogóle.

Cudowny w swej dzikości, bo przecież tutaj tylko jak już to usuną coś większego z drogi i dadzą kładkę, ale poza tym nic więcej, więc… więc wiecie, wsio dzikie, łamiące się, grzybiejące niebieskimi porostkami, no i jeszcze te huby i wszelkie się rozsypywania. I w ogóle. Wiecie, wszystko próchnieje powoli, zmienia się tak… naturalnie. Tak jak drzewiej bywało. Tak dziwnie bezpiecznie i pięknie jednocześnie.

Tworząc kształty, które powalają mistyką i symbolizmem.

Przystaję przy wodospadzie Stavehol, słucham, zaglądam w tunelik, a potem przypominam sobie, że to wszystko niegdyś było pod torami. A tak, bo zaraz wyjdziemy na starą trasę kolejową. Tak zwyczajnie. Obecnie rowerową, wiadomo, zalesioną. Ciekawe, jak to było te kilkadziesiąt lat temu, gdy pociąg powoli się toczył… raczej nie było tych drzew, oj raczej nie. Ale z drugiej strony wciąż słyszę w głowie ten stukot. Dziś już pociągi tak nie stukotają, co nie?

Szkoda.

A w ogóle, to idziemy dalej, choć to szaleństwo, ale czemu nie. Chodźmy do kościoła. Po drodze mijamy secret camping!!! Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Śpi się w jebanej jurcie. Kurcze!!! Chyba wpuszczają bez onych wielkich, na klacie, ryb tłoczonych sinym tuszem. Ale tylko chyba, doczytajcie… Mijamy potem jakieś biżuteryjne coś. Co jest jak inne cosie i ciekawi mnie, czy w ogóle ktoś tam dociera i już jest kościół. Biały i wielki. krągławy i z dzwonnicą. I drzewami. I nie będzie picia, bo sklep zamykają nam przed nosem, ale już ich czas, już wieczór, było nie leźć tyle.

I nagle…

Te dzwony. Koszmar!!!

Aaaaaaaaaa!!! Poszaleli! Ja rozumiem, że siedemnasta, ale serio? Aaaa moje uszy, zabierzcie mnie stąd, jak uciec, gdy w pobliżu ino to straszne minigolfowe pole i wielce napici, brzuchaci faceci?!!! Gdzie uciekać? Jak? Nawet autobus nie pomoże, bo durnie te kody querowe porobili i ni w chuja nie wiem co, gdzie i kiedy, zresztą kasy brak… mogę polegać tylko na nogach…

Może kiedyś wrócę do domu?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Deszcz Dookolny… została wyłączona

Pan Tealight i Zboczek…

„… tak, oczywiście, że wszyscy myśleli, że on teges, a on wcale nie. Ni płaszczyk, ni upodobania inne, ni masturbacyjne, ni powiewające… ni seksy w dziwnych miejscach. Oj tak jakoś tylko z drogi zboczył, ale etykietkę od razu mu przyczepili. I było po ptakach. Nie no, ptaka miał, serio.

Chociaż z drugiej strony…

Czyż człek może być pewnym wszystkiego, jeśli niczego nie widział? Nie był przy danej osobie przez cały czas, przez każdą chwilę: miłą czy niemiłą. Przez każdy moment, sekundę, mgnienie oka, więc może? Ale on? W życiu. Przecież to taki zahukany osobnik z dużą, grubą, blond żonką, która kocha go, ale czasem człek myśli, że w łóżku to musi go podduszać jak nic. Naprawdę. Ale może on ją tak kocha. Wiecie na zabój… no głównie na swój zabój, no ale…

Mniejsza z tym.

Został nazwany, werbalnie oskarżony.

Obrażony.

Niezrozumiały.

Wszelako opisany słowem, którego nikt nie chciał kijem nawet tykać. I nikt go nie wysłuchał. Wiecie, po prostu uznali, że będzie rozrywka, że lepiej jego niż kogoś innego, że przecież każdy ma na swoim koncie demony i szkielety po szafach i szufladach, a niektórzy i w obcasach – no do koturnów naprawdę wiele się zmieści – wszelkiego rodzaju kłamstwa, wyminięcia prawdy i to z wymuszonym wyprzedzaniem… więc łatwiej było pozwolić tłumowi krzyczeć.

I do niego się przyłączyć.

Tłum krzyczał, on stał, za nim małżonka z wałkiem w ręku, a tuż obok Pan Tealight i lekko purpurująca się Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. On coś notował, ona paliła raka i wszelako mocno się zaczęła pocić… ogólnie nerwy wyłaziły jej porami i plotły takie androny, że nie chciało się słuchać. No jak nic, dziwnie widocznie, wiadomo było od kogo się to wszystko zaczęło.

Serio!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziecko ognia” – … jak post wcześniej. Gość jest monotematyczny. Nawet teraz. Szybki ślub, bidulka w wielkim zamku z wątpliwymi tajemnicami i duchami oraz małym chłopcem… Zapowiada się źle, ale jednak jest dość przewidywalne. Dość… bo przecież to musi być znowu wina baby, co nie?

U tego autora baba zawsze jest psychiczna, więc nie miejsce złudzeń. Sorry. Nie, to nie jest spojler. Domyślicie się od razu. Niestety… ale te okoliczności przyrody, lekka Agatha Christie w tle, kopalnie, zwłoki poprzedniej żony i chłopiec widzący duchy…

Problem? Ta książka nie ma sensu. Albo smarkacz jest cholernym kłamczuchem i ktoś powinien się nim zająć, albo u skopać dupę. No i sam ślub… ekhm, serio? Ale po co? I te opisy… autor czasem się gubi, choć może to wina tłumaczenia, bo już nie wiem. Wiem jedno, chciałam Anglii i tej fascynującej wutheringheighstowości, ale chyba słabo mi wyszło.

Nadal chcę zamek. Ale chyba raczej nie chce w nim mieszkać. Za to te kopalnie. Kurcze, ludzie od zawsze byli świniami, ale bogatym zawsze oczywiście wszystko uchodziło na sucho!!! Ech, ta mądrość się nie zmieniła, co? Zaraz stanę się marksistą, czy czymś innym w ten deseń.

Zakończenie? Przewidywalne, ale… nie wiem, jakieś takie dołujące.

Więcej pływania.

Nad kamieniami omszonymi, gdzie ryby żerują, gdzie świat ogólnie jest bardziej zielony. Człowiek się unosi, słoność jakoś go wypycha, zaprzeczając badaniom dowodzącym, że Morze Bałtyckie z roku na rok robi się słodsze. Co oznacza, że rybcie nam się zmieniają. No i parzące cholerstwa się pojawiają i łodzie podwodne – nadal w temacie – może i rekiny?

Widzicie, kurcze… jak pływam, za każdym razem mam gdzieś w podświadomości wszystkie sceny ze wszystkich Szczęk. Ale nie z Sharknado. Oj nie. I nie zmieniam się w robotową kobietę. Oj nie też nie!!! Tylko te stare filmy. Te czasy, które sprawiały, że ludzie musieli się napracować nad filmem, namoknąć, no i dodatkowo napływać. No i jeszcze kurcze, dodatkowo, wiecie… robić te wszystkie maszyny, te głowy rekinowe. Do tego łączyć masę zdjęć i pracować z rekinami i badać je i w ogóle. A teraz nic ino komputer. I wiecie co? To wszystko komputerowo wygląda o wiele bardziej mniej strasznie. Serio. O wiele. Komputery są straszne i wkurzające, no ale nie umieją jakoś tak naprawdę straszyć.

Nie!!!

Ale miało być o pływaniu.

Trzeba przyznać, że kurcze jest super. Nie rozumiem dlaczego ludzie muszą mieć wrzącą wodę, no ale każdy ma swoje, ja wolę tą naszą letnią i ogólnie mówiąc czystą, nieprzepełnioną. Cudownie gładką, słoną… i taką wiecie, bezludziową. Serio. Bo tutaj żadnych parawanów ludzie nadal przebierają się nie robiąc cyrków i naprawdę czując się frywolnie wolnie. No wiecie, tak jakoś naturalnie.

Beznałogowo i oczywiście totalnie zen.

Tak, ofiara zidentyfikowana.

Tak, wciąż nie wiadomo dlaczego on to zrobił…

Tak, naukowcom często odbija, czyż nie? Nie tylko takim od dinozaurów. Tym nie odbija. Ale temu mogło. Pamiętam jak we Wrocławiu bliźniaki matematycy latali na gołego po mieście i w końcu trafili, gdzie inni im podobni. Choć niekoniecznie tak inteligentni. Temu, ponieważ wciąż zmienia zeznania, wciąż czuje się winny, ale wciąż uznaje to za wypadek… choć co za wypadek obcina i głowę i wszystkie członki? I to jeszcze w miejscu, gdzie nie ma żadnych pił.

No serio?

Tak właściwie, to ostatnimi dniami sprawa cichnie, jakby chcieli ją zaklepać, zasypać i totalnie ukryć, ale… może też chodzi o nadpływającą Królową? No wiecie, głupio by było, gdyby Jej Koronowana Mość zobaczyła pod swym trapem kadłubek, co nie? No pod trapem, bo ona kocha pływać. Uwielbia swój statek, podobno mogłaby spędzić na nim dni i miesiące, ale wiecie, wciąż jest królową, z obrażonym chłopem księciem, więc raczej nie może. No i jeszcze jej syn. Przyszły król, którego ostatnio nie chcieli wpuścić do jakiegoś baru, bo nie miał dowodu osobistego. Tak, facet ma czwórkę dzieci, żonę i ogólnie mówiąc dawno jest po czterdziestce, ale wciąż wygląda tak młodo, że to przeraża. Przypomina mi tych wszystkich bohaterów, którzy mieli w wieżach swoje wiedźmy, które im płodziły wszelakie mikstury i inne nalewki.

No wiecie.

Kurcze, a może ma?

Może tak naprawdę jest Złym Czarnoksiężnikiem? Wiecie, ale się oczywiście ukrywa i woli wysługiwać kobietami. A one to robią, bo ma ładną buźkę. Hmm… wiecie co, we łbie już mam kolejne dwie historie. Jedną o właśnie Księciu o Dziecięcej Buzi i drugą – kryminał jak sto pięćdziesiąt!!! Z ubotem!!!

I pomyśleć, że Wyspa miała być miejscem ciszy, natury i spokoju. Zenów wszelakich i braku nerwowości, może nadmiaru depresantów i procentów, no ale…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zboczek… została wyłączona

Pan Tealight i Ślimacze Ścieżki Bytu…

„No padało, więc wylazły.

Niczym kocie, lekko glutowate, glinowate gówna.

Może i nie padało długo, może i naprawdę nie było jakoś wybitnie wilgotno, ale żeby ich asz tyle… i ten śluz. Ona srebrzysta niebieskość na płytkach tarasu. Na dodatek wytyczająca na płytkach jakieś dziwne labirynty, jakieś treści może nawet śluzować. Może to i pradawny język ślimakowych praprzodków? A może wiadomość wyłącznie dla Wiedźmy Wrony Pożartej? Coś w rodzaju: zainwestuj w lepszy krem na zmarszczki? No wiecie. Szczerze tak? Albo: masz wielki tyłek. Bo może to są szczere ślimaki, choć po ty, gdy nagle zniknęły, wciąż srebrzył się taras. I wszystko to zdawało się być tym razem całkiem inne, gdy odeszły. Jakby te nitki srebrzystości, teraz lekko zaschniętej, bardziej miejscami tęczowej niż ino srebrzystej, bardziej błękitnej niż niebieskiej… zmieniały tworzone przez siebie kształty, jakby pisały coś wciąż i wciąż i wciąż…

Coś nowego?

Opowieść, co do której trzeba było mieć klucz, by ją poprawnie odczytać. Opowieść pełną legend i dziwnych znaczeń, metafor i wszelakich bóstw, które bardzo pragnęły poprzez nie wleźć w Wiedźmę… bo przecież co czytała to zjadała. I potem… Kurcze, to z tym zjadaniem, to nie tak, że nagle pała na czworaka i zaczęła zlizywać śluz z tarasu! No weźcie na wstrzymanie. Może ona robi dziwne rzeczy, ale nie aż takie. No dobra, może aż takie, ale jednak nie dziś!!!

Srebrzyste nitki powoli się rozmywały, spowalniały swoją pisarską ruchliwość. W blasku słońca zenitującego, jakoś tak zanikały, ale wciąż jeszcze nie do końca. Wciąż jeszcze coś chciały powiedzieć, coś chciały przekazać, ale jej nie było. Ani tutaj, ani tam. Zniknęła nagle, jakby przestraszona onym poruszeniem. A może to Chatka ją ukryła, nie chcąc, by śluzowe historie wlazły w jej podopieczną? Któż to może wiedzieć?

Tak na pewno?

Czy się zmarnowały opowieści?

Może nie? Może ktoś je przeczytał? Może jednak ktoś je przeczytał? Może i nieświadomie nawet? A może one ślimacze kupy przeniosły się gdzieś indziej? Może z nich Wielcy Zapomnieni Krnikarze? Może… inaczej reinkarnowali?

W końcu tak wiele jest możliwe, jak wiele jest niemożliwe!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Bliźnięta z lodu” – … Okay. Przeczytałam dwie książki tego autora i mam dość silne przekonanie, że coś z autorem nie jest tak. Strasznie nie trawi bab, ale to po prostu STRASZNIE!!!

Cała historia zdaje się być lekko przewidywalna i wciąż miałam nadzieję, że coś będzie inaczej, że ojciec w końcu zajmie się rodziną, że zrozumie… no ludzie, kto wyjeżdża na zadupie, gdy ma takie problemy, a potem olewa familię i siedzi w pubie? Mniejsza już z nim, ale w rzeczywistości nie wiemy o tej rodzinie nic. Nie no, wiemy, że stracili dziecko, wiemy że nie do końca wiadomo które, ale jednak… poza tym postacie są silnie wycinankowe. Wiecie, w pewnym momencie wydawało mi się, iż ktoś poskładał znane mi historie w kolejną…

Wyspa Piorunów oczywiście mnie zakręciła. To jedno, to miejsce, jest magiczne. Ale niestety opisowość autor ma w odwodzie, więc nie potrafi oddać tego, co człek mieszkający w takim miejscu zwykle czuje. Człowiek, które przeprowadzili tutaj mocno na siłę. Człowiek, który nagle się gubi… ona. Żona i matka. Bo to ona jest główną bohaterką. Chociaż trudno się tego domyśleć.

S. K. Tremayne stworzył powieść, która idealnie rozczarowuje. W rzeczywiście Tom Knox, piszący pod pseudonimem powieści archeologiczne i psychologiczne, chyba nienawidzi kobiet. Serio. A faceci u niego posiadają wszelaką wolność. Olewają rodziny i zawsze wiedzą o tym, że ich żony to wariatki.

Serio… jak już to załapiecie, z łatwością rozgryziecie jego kolejną powieść. Niestety. Bo przecież pomysł mógł być świetny. Ta historia miała potencja i geograficzny i psychologiczny. Na pewno jako film będzie super.

Spacer codzienny.

Latarnia.

Stoi tam.

Niedostępna.

Jedyna tak świecąca… właściwie gatunek wymierający. Właściwie coś, co należy zachować, a jednak nikomu nie zależy, bo przecież mamy te wszelkie GPSy i inny szajs i ogólnie mówiąc wszyscy na nich polegają, choć zawodzą… więc morduje się latarnie. Krwawo. Mocno. Przeinacza się je. Niszczy. Zapomina o nich, albo robi z nich durne, bezosobowe apartamenty. Nowoczesne, dziwne zimne, zawsze czekające na człowieka i zawsze już ciemne.

A ty idziesz i nawet jej nie możesz pogłaskać. Wiecie, jakoś wspomóc, utulić, jakoś tak pocieszyć, może i okłamać, że będzie dobrze, choć wiesz, że dłużej przetrwają te lufy na kółkach niż ona. Że one wciąż będą armatami, gdy na stanie się domem… a dom. Widzicie, kilkanaście kroków od niej stoi dom. Cudny domeczek w cudownym miejscu. Niby w oddali od wszystkiego, ale jednak wcale nie. Jednak całkiem blisko. Z miejscem widokowym. Z oknem wielkim, w którym możesz siedzieć i po prostu gapić się w morze. Może i wzburzone morze? Może i wściekła na wszystko, a może po prostu zwyczajne, morskie morze, które jest tylko sobą.

I wiecie co?

Chciałabym tam spędzić trochę czasu. Posiedzieć i popisać, pomalować, pogrzebać w najnowszych, odkrytych rytach w Bohuslan. Bo są nowe. Czadowe i niesamowite, a ja nie mogę sobie ich pooglądać. A tak strasznie mi się chce!!! Tak bardzo. Tym bardziej, że tam już jesień, tym bardziej, że robali pewno mniej, ale wciąż nie zimno, tym bardziej…

Chcę tam.

Dziwnie chcę biorąc pod uwagę to, że przecież ostatnio dostałam choroby sierocej za Wyspą już po trzech dniach.

A może i nawet dwóch!!!

Kamienne plemię.

Ale nic to… na razie idę na spacer. Mijam latarnię i ten domek, w którym trochę bym pomieszkała i pogapiła się w morze. I wiecie, nawet zastanawiam się nad tym, że przecież można by zrobić fajną chatkę z ruin Solomonsowego Kapela. Port tam nawet mają, brodzik do kąpilowania i oczywiście źródełka. Bo to też tam mają. I owce, fajne zwierzaki, trawy nie będzie trzeba kosić. Wiecie, to duża dogodność, choć bobkami trąci.

No ale…

Ale po drodze mijam oną plażę kamienistą, ale cudowną, urokliwą. I wiecie co na niej jest? No one czadowe kamyczki na kamyczkach. Ludzkie mniej lub bardziej. Niektóre dziwnie boskie w swej cudowności, inne tylko ludzkie, a ten jeden ma nawet czapeczkę, a tamte u spodu wielkie, zielonkawe serce. I ramionka mają niektóre i w ogóle strasznie wiele ich. Jakby w ciągu roku się ich namnożyło. Jakby rodziły się same z siebie, jakby były bytami, zapomnianymi bóstwami, albo lepiej…

… jakby naprawdę były prawdziwsze niż my.

Bardziej człowiecze!

Są niesamowite.

Warto dołożyć swoją kupkę. Ale jedno mnie intryguje, bo tam łażą owce, i to wszędzie, a jednak kamyczki wciąż stoją. Wciąż. Sztormy i wiatery raczej ich nie obalają. Kurcze, w jaki sposób? Magia to, czy coś innego? Nie mogłam się od nich oderwać. Mogłabym tak robić zdjęcia każdej, ale przecież się nie da. Chmura deszczowa nad nami wisiała. Na dodatek połowa Wyspy była spokojna i niebiesko-słoneczna, a reszta wietrzysta i niesamowiście chmurzysta!!! Po prostu coś genialnego.

Macie wszystko.

Wszystko…

A tak w ogóle z ostatniej chwili, to bank nam się fajczył…

Dzień jak co dzień, co nie?

Nie da się żyć bez jakichś szaleństw.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ślimacze Ścieżki Bytu… została wyłączona

Pan Tealight i Powóz Duchów…

„Czasem słychać go nocą… czasem za dnia.

Podobno w ciągu dnia wozi turystów zaprzężony w dwa koniki, dookoła świata, wszechświata, dookoła wiatraka, dookoła siebie. Ale nocą, nocą jeżdżą nim tylko duchy. W dziwnie nierealnym wozie, zaprzężonym w duchy jakichś koniowatych o rozmytych kształtach, jeżdżą… Jeżdżą baby w chustkach, panie w dziwnie salemowych szatkach. Zakryte od głów do stóp, bo wiecie głów nie zawsze mają liczbę pojedynczą. No i mężczyźni brodaci, zawsze z kapeluszami, księża i zakonnice i nawet jeden papież, tak zapomniany, że nawet duchy kręcą odnóżami na jego widok.

Duchowe tożsamości jeżdżą i rozmawiają, a ich rozmowy są jak wiatrów szmer, jak strumienia szuszanie. Jak wszelakie szepty, głosów i słów niemożliwe rozpracować. Ale ich słychać. I jeszcze odgłos jedzenia, kanapek odwijanych, jajek rozbijanych o brzeg wozu, a potem, gdy pod wiatrakiem wysiadają na chwilę, ta dziwna cisza. Dziwny pomruk skrzydeł, gdy znowu wsiadają na wóz i oddalają się…

Gdy w dzień Turyścizna jeździ wozem nawet nie wie, co działo się na nim nocą. A może nawet i nie chce wiedzieć. Bo przecież tak lepiej, tak łatwiej, jakoś tak zwyczajniej i konfliktu ni z religią ni z nauką nie ma. Wygodniej tak nie wiedzieć, że papież zwykle coś tam podśpiewuje, co nawet na duchowych postaciach wywołuje rumieniec, a w tych męsko duchowych myśli określane względnie jako złe… lepiej tego nie wiedzieć. Bo zbyt wiele w tym wozie tajemnic nocą, zbyt wiele.

Bo nocą jakoś lepiej tak.

Bo nocą łagodniejsze są Bogi, choć przecież widzą tak samo, w końcu to Bogi, co nie? A nie jakieś tam ludzie. Ludzie, to nawet po śmierci jakoś tak wciąż nadmiernie są ludzcy. Ale przynajmniej mniej widoczni. Cisi bardziej. Mniej cuchnący, mniej wredni i ignorujący prawa wszelakie. Jak to, że przecież mogliby iść. Bo buty mają, skarpety i pończochy, czy rajstopy nawet… a jednak wolą ten wóz z duchowymi koniami. Albo prawdziwymi, które czasem upuszczą boba…

Ale wiecie co, i w ciągu dnia i nocą, wóz skrzypi tak samo!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ja nie wybaczam” – … eee… Nie wiem. Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy mi się podobało, czy nie. Po prostu nie wiem. Nie rozumiem, choć rozumiem, a jednak… jestem wstrząśnięta i zmieszana.

Dlaczego?

Widzicie, w tej książce dobry jest zły, zły jest zły, a śledztwo nie posuwa się do przodu. Właściwie, czy jest tutaj jakieś śledztwo, czy raczej tylko pragnienie ukarania tych, którzy na to zasługują? A bohaterowie? Pełni, intrygujący. On dojrzały, właściwie już lekko przeterminowany, ona dopiero zaczyna w tym miejscu i bardzo chce się wykazać. Jak zdołają się połączyć? Jak zdołają… gdy jedno idzie drogą prawa, a drugie, drugie chce zemsty. A może i krwi?

Powieść na pewno inna, intrygująca, niestety z kiepskim tłumaczeniem i bez korekty, więc naprawdę miejscami wkurzacie się nie tylko na głównych bohaterów, którzy nie umieją usiąść i się dogadać, ale przede wszystkim na słowa… ale i tak warto zajrzeć do tej powieści. By pamiętać, że zło i dobro to tylko szarości, a tak zwana cywilizacja więcej praw ofiaruje złu niż mści krew dobra.

Warto.

Podobno ona nie żyje…

Podobno wiadomo już na pewno. Dziś mają być wyniki sekcji. Tak, oczywiście wciąż sprawa podwodnej łodzi, naukowca bez rakiety i oczywiście szwedzkiej dziennikarki, co dziwnie zwała się Kate Wall. I co jest jak najbardziej podejrzane. Otóż… po pierwsze znaleziono zwłoki. Ale… serio, to jak sprawa z CSI, bo znaleziono sam korpus: bez głowy, nóg i rąk. Wiecie przecież dlaczego to się robi. To zawsze odwleka identyfikację, ale dlaczego, jeżeli morderca już się przyznał do wypadku na łodzi i… i tutaj UWAGA – pochówku kobiety na morzu. Wiecie, bo podobno to tak dostojnie i w ogóle, wyspowo, czy coś?!!

No więc jest korpus.

Nie chciałabym być w ciele rodziny, naprawdę, ni w ich skórze, ni w umysłach. Po prostu nie. Przecież to jakiś porąbany joke!!! Wciąż mogą mieć nadzieję, wciąż mogą… ale dziś przyjdą badania i co jeżeli to ona? Jak wtedy wypada na tym tle opowieść naukowca prawdopodobnego mordercy? I ta historia wielkiego, morskiego pochówku? No wiecie. Przecież to wszystko cuchnie i to nie rybami czy wodorostami. To naprawdę strasznie śmierdzi na kilometry!!! Gość albo coś brał, albo jego eksperymenta poszły za daleko… albo może to wszystko wina ufoków? Wiecie, może jednak te rakiety i opary paliwowe jakoś wpłynęły na jego mózg?

Tak serio, w moim babskim mózgu gnieździ się dziwna myśl. Kto włazi w rajstopach na jebaną łódź podwodną? No kto? Każda baba założyłaby portki, co nie? Nie odstrzeliwujesz się jeżeli masz włazić w cygaro ciemne, klaustrofobiczne i ogólnie ciasne. Kto robi coś takiego? Zresztą chyba przepisy wodowania też jakoś określają strój wodującego? Już nago byłoby bardziej normalnie? Nie no… naprawdę tego nie kumam, ale sprawa nadal jest głośna. Oczywiście większość z Turyścizny raczej o niczym nie wie, no wiadomo, lepiej ich nie denerwować.

Ekhm, sezon się kończy, ale jednak.

Spacer wieczorny.

No wiecie, człek próbuje… nowych rzeczy. Odrywa się od rutyny i oczywiście od całej tej roboty robionej po robocie i między robotą oraz przed robotą, więc… Idziemy na spacer. Idziemy i oczywiście dołazimy do plaży i jakoś mnie tak korci. Korci mnie tak, więc już rzucam się w one błękity, aparat strzela i nagle Chowaniec mnie stuka, coby wzroku nazbyt nie zoomowała sobie, bo…

Goły Niemiec.

Widzicie, wiecie przecież, że nie mam nic przeciwko pływaniu nago, ale już paradowanie powolne i merdanie po tym całym, drewnianym pomoście… to raczej jebana przesada, tym bardziej, że kolory nieba i wody były niesamowite. Cudowne i czadowe. Te odcienie błękitów i niebieskości, to morze, to niebo, te zachody, które po wschodniej stronie były tylko lekkimi rozświetleniami nad horyzontem. Mlecznościami, różami i żółcieniami. I jeszcze ta dziwne, ciężki chmury dookoła, jakby nagle miało zacząć lać, ale to chyba tylko noc, czyż nie?

Czekam aż Niemiec zlezie z pomostu.

Chcę wleźć do wody, a inaczej się nie da. A przecież kurna nie będę się przeciskać koło gołego gościa. Który na dodatek tak strasznie sapie i chrapie, że aż człek boi się, że wykituje tutaj i będziemy musieli wezwać do niego 112 i oczywiście jeszcze udzielić mu pierwszej pomocy. Ekhm… a może i naciągnąć gacie. Kurna!!! Wiecie co, to zaczęło się robić najpierw komiczne, potem się wkurwiłam, bo zdjęcia mi uciekały przez niego. Światło się zmieniało, a zdjęcia były najważniejsze, więc w dupę tam, gość ma gacie na sobie, więc idę… gdzieś to mam. Idę po zdjęcia, dla jebanego Pulitzera. Idę… i robię zdjęcia, jestem z siebie dumna. Ale przecież pływanie jest najważniejsze… na takiej głębokości w takim zimnie, cudo!!!

I nagle dziwny dźwięk.

Spojawił się znikąd.

Dziwny dźwięk plaskających liści, pląskających kulek, jakichś szeleszczących opakowań po cukierkach zeżartych przez kogoś innego… i oczywiście zaczyna lać, więc już jest okay. Już i tak jestem mokra. Już i tak jestem mokra, więc co tam, ściągam to i to i skaczę. A na brzeżku pomostu trzęsie się mój kochany Chowaniec. Moje cudo. Moknie, ale wiecie, niby że nic nie mówi, że taki dzielny! Szkoda mi go, więc wracamy do domu… ja na wpół goła, bo przecież i mi wolno, zresztą kurna, mam na sobie bluzę i gacie, i buty, więc i tak więcej niż Niemiec!!!

Zajebiście było!!! Pływać w deszczu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Powóz Duchów… została wyłączona

Pan Tealight i Kryptonim Wiedźma…

„No co?

W końcu nie kryptonit, choć też w gaciach lubiła popylać. Ale widzicie, już nie w rajstopkach. Rajstopków nie lubiła. Połączenie długich gaci ze skarpetami napawało ją przerażeniem i obrzydzeniem. Ale z drugiej strony, to na pewno było wygodne. Wiecie, dwa w jednym. Ale zawsze pod spodem gacie, w końcu była damą…

… jakąś. Niecenzuralną i niedefiniowalną, ale jednak… damą. Gacie musiały być. Znaczy wiecie, te gacie. Te małe, co to zawsze pozostawały wiele niedopowiedzeń, ale też pozwalały skoczyć do wody kiedy się chciało. Bo przecież zakrywały. I to i tamto. No tamto szczególnie.

Wiecie…

Jednakowoż Kryptonim Wiedźma otrzymała nader dziwna operacja. Nie mająca nic wspólnego z gaciami, do których z powodu codziennej roboty, która to miała być tylko po to, by było na coś miłego i książki… no wiecie, nie każda książka to książka. Jakoś tak czasem człowiek ma już dość i tyle. Musi po prostu czymś rzucić, kogoś skopać, albo zwyczajnie w świecie zanurkować i przemyśleć niewynurzanie się. Nigdy i w ogóle. Wiecie, wpatrzony w górę, w której gdzieś nad powierzchnią jest niebo i jeszcze jest cały ten świat, a tutaj tylko kadłubki i poodcinane cząstki człowieka… tak, tych ostatnio było wiele na Wyspie. Zbyt wiele.

Operacja, która na celu miała wytłumaczenie Wiedźmie Wronie Pożartej, że wiedźmy się nie starzeją, one dojrzewają i ogólnie mówiąc doskonalą się. W każdej swej części. I w kadłubku i cyckach, stópkach zwykle małych i rączkach, które już miały dość i bardzo chciały żeby ktoś je ponosił… Dlatego sprowadzono Goloną Kozę, by Wiedźmę tej Wyspy rozśmieszyła i wkopała jej trochę rozumu, ale… nic z tego nie wyszło, bo gdy jedna się rozryczała i zamoczyła futro drugiej, to i koza nie wytrzymała. No nie mogła. Zwyczajnie, po raz pierwszy w życiu nie mogła…

I tak ryczały razem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kolekcjoner motyli” – … dobra. Jest nieźle. Nawet bardzo nieźle. Nawet więcej niż nieźle, nawet powiedziałabym, że zaskakująco. inaczej. W końcu jakoś inaczej!!!

Cała opowieść, to historia niesamowita.

O złoczyńcy tak pokrętnym, tak dziwnym, inteligentnym i pomysłowym, tak bardzo niesamowitym, że aż człek ma ciary. I to mówi człek, który czyta już od tak dawna. Nie no, pewno że historii zabójców seryjnych była cała masa, ale ten jest inny. Ten sprawia, że w pewnym momencie wątpicie… w zbrodnię. Zaczynacie postrzegać jego działania jako SZTUKĘ!!! I z każdym kolejnym zdaniem utwierdzacie się w swoim postanowieniu, że nie, co jak co on… nie robi przecież nic złego.

Tak, ta powieść jest w stanie pokręcić człowiekowi pod kopułką. Opowieść o kobietach, mężczyźnie i ogrodzie. O raju, w którym przebywać mogą one – wyłącznie piękne i niesamowite, każda z nich inna, każda specjalna. Każda na zawsze dla niego. Każda naprawdę ukochana.

Piękna, niesamowita, wstrząsająca powieść. Naprawdę warto!!! Nie możecie jej przegapić, uwierzcie mi. Choć z drugiej strony, jeśli łatwo wątpicie w normy moralne i tak zwane prawo, może nie powinniście? LOL

Ciepło.

Niby nie jest ciepło, temperaturka w okolicach dwudziestki, ale czasem przez dwie godziny tak mocno parno się robi, słońce się chowa i nastaje czas, w którym nie daje się oddychać. Kompletnie. Całkiem i wszelako. Nie da się od tego uciec, bo przecież gdzie i jak? Jak uciec od braku tlenu?

W jaki sposób po prostu umknąć od tego, czego nie ma?

Niby nawet wieje, niby wszystko, łącznie z temperaturą powinno być inne, a jednak nie jest. Ta pogoda z łatwością kwasi pranie, które radośnie wybiegło suszyć się na dworze. Bo wiecie, to w końcu ekologia, co nie? A i człowieka na suszarki wszelakie nie stać, ni na prądu marnowanie. Nie oszukujmy się. Pranie suszy się na dworze i tyle. Dobrze, że człek i tak kijem już nie uderza w kamienie, tudzież na tarze, czy we Frani prać nie musi. Pamiętam ta parzącą wodę, koszmar bolących i spuchniętych dłoni.

Nie… dziękuję…

Ale to parno…

Trwa zwykle jakieś dwie godziny i odbiera wszelakie siły do życia. Może i Japońce mają dobre pomysły z tlenem pakowanym w puszeczki? Może to by rozwiązało problem? Bo wiecie, niby w nocy padało, ludzie na Wonderfestiwall w kolejce stali. Może i mokli, może i… ale co tam. Przecież to taki świat i taki czas, czyż nie? Tylko skąd ono parno? Serio!!! Z atypowej pogody ponownie? Z tych poprzednich dwóch lat, które tak nas strasznie piekły i wszelako suszyły? A może jednak z tych polskich nawałnic? Kto to wie? Czy to znowu powietrze z pustyni, co to tak chce zajrzeć w inny świat? A może jednak? A może jednak i nie…

Na Wyspie w ogóle ostatnio tyle wszelakich wpadek, wypadków, zbrodni i innych dziwactw, że człek nie chce już w to wierzyć. Nie chce nawet tego do siebie przyjąć, więc ucieka w las. A las jest zieloniutki, chłodny, dziwnie taki opustoszały. Tu raz czy dwa przemknie jakiś rowerzysta po ścieżce, ale tak serio idę i idę… i nikogo nie ma. I jest cudownie. Bo nagle możesz wszystko rzucić, tak naprawdę wszystko i przelecieć przez las i wpaść w oną czystą, w końcu lekko mocniej spokojną wodę, w ten piasek biały, one tonie szmaragdowe i błękitne…

Tak, są chłodne!!!

Ale wskoczenie w taką toń to po prostu orgazm ze skutkiem natychmiastowym!!! I to pływanie, ono unoszenie się, te wszelakie machania, pływania, te wszystkie cuda wianki, które można wyprawiać w wodzie!!! Aaaaaaa!!! Po prostu baja. Takie totalne oderwanie się od rzeczywistości, która przecież nie omija Wyspy. Wprost przeciwnie, ostatnio kopie nas w dupę ile może i jak mu się chce. Serio. Celuje w obydwa pośladki i środek jednocześnie. Musi mieć wielkie giry, znaczy stopulce jakieś takie twarde i plaskate.

Ale te fale…

Siedzisz na piasku, żresz swój falafel, tak cytując trochę pewien serial, no i wiecie ociekasz. Znaczy już po. Po tym moczeniu, po kilku długościach wzdłuż brzegu, po kilku pokrętach, przekrętach i nurkowaniach. A słońce zachodzi. Na niebie pokazują się te wszystkie kolory, i ostajecie albo lawendowy hour, albo ten golden. Jakoś na tej plaży, gdzie tak niewielu dociera i gdzie można brykać na golasa, to dostaje się te dwie wersje i wolę lawendową. Bo raczej słonko prosto w gały, gdy chcesz wyschnąć i odzyskać oddech, to nie jest fajna sprawa…

Ale te fale… może tak jeszcze raz?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kryptonim Wiedźma… została wyłączona