„No właśnie.
Seryjnie jajo.
Takie nie nazbyt wielkie, ale też i niezbyt małe. Nie można się było o nie potknąć, ale można było je przeoczyć. Nie można było go zbić ot tak, ale jednak można było… chyba, no wiecie jakoś na jajecznicę, omlet, czy jednak jakieś ciasto? Wystarczyłoby na pewno na wiele babeczek, a może i na taką kopę tych leciutkich, no wiecie, tych bezowych stożków takich, wiecie co formowane są jak fajna kupka?
Mniam.
Mniejsza.
Było sobie jajo.
Toczące się zwyczajowo, a jednakowoż teraz stojące dziwnie, Kolumbowo, choć nie nadtłuczone, wiecie… no stało, i to na tej węższej części przed Chatką Wiedźmy i… nuciło kołysankę. Nuciło ją sobie strasznie fałszując i ogólnie śpiewając od czapy, ale jednak jakoś, mimo braku wszelkich otworów… nuciło. Niczym, wiecie, taka bomba co to cyka, tylko że bardziej melodyjnie. Coraz głośniej i głośniej i w końcu Wiedźma Wrona Pożarta się wkurzyła, wylazła i nawrzeszczała na nie. A że była psychiczna, to po chwili, takiej, co to nawet nie wybrzmiała trzaśnięciem drzwi, zaraz wróciła i zaczęła je przepraszać i głaskać po tym wielkim wybrzuszeniu. Wiecie, wielce taka winna, ogólnie mówiąc taka przygaszona i bardzo przepraszająca… oczywiście od razu sobie to wyobraziła, jak to wygląda, że jest idiotką, więc znowu trzasnęła drzwiami, ale było za późno. Jajo wiedziało, że je tu chcą i rozsiadło się na dobre.
I wiecie co, mimo ciemności, mimo chłodu i deszczu, zaczęło się rozkluwać…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Kości nie kłamią” – … nie kłamią. Nigdy. A już szczególnie te, które długo czekają na wyjaśnienie.
I własne kości nie kłamią, jeśli kochają, to kochają…
Oto kolejna powieść antropologiczna. Ponownie śledztwa, ale też i nasza bohaterka starsza i jej uczucia ponownie zrywają się pobudzone nowymi tajemnicami. Wszystko wraca do początku, tylko dlaczego teraz? Czy jest w tym jakaś przepowiednia? Czy tylko nauka? A może przeznaczenie?
Stare sprawy, stare kości, nowe zbrodnie… niestety łatwo się domyśleć kto co i dlaczego. No sorry, ale osobników – morderców tego typu było już sporo w literaturze. I teraz wyjdzie na to, że nic nie mogę napisać, bo się domyślicie, a może jednak będzie to dla was niespodzianka? Napiszę więc tylko, że jeśli znacie tę autorkę i bohaterkę, to wiecie czego się spodziewać. Jeśli nie, to zacznijcie od wcześniejszych tomów cyklu. A cała reszta… bez zmian.
Głównie dla wielbicieli gatunku.
Ciemność.
Szarość…
Zaczęła się całkiem niespodziewanie gdzieś w okolicach poniedziałku i trwa. I jest dość dziwna. Dość zaskakująca, a nawet lekko przerażająca, a z drugiej strony… w końcu jest ciemno!!! Hurrra!!! I chłodno. Może i za mało pada i ogródek domaga się wody, no ale przecież nie można mieć wszystkiego, czyż nie? A może można? Pewno można, pewno są tacy ludzie, ale to nie ja jak nic nie ja. Nie poszczęściło mi się.
Choć z drugiej strony, kurcze, gdyby się spełniało tak wszystko, to mogłabym potem żałować wielu rzeczy i spraw.
Ludzi mniej, ale jednak jeszcze są.
Zwyczajowo w 90 procentach to Niemcy, ale wiecie, kto by ich tam liczył. Średnia wieku poszybowała w górę, więc raczej jest spokojniej, wolniej, jakoś tak bardziej spacerowo. Mniej tych biegaczy, mniej szaleńców. Oczywiście z powodu fal kolejne zniszczenia, ale nic to, w końcu pomosty wytrzymały przez lato… Bo wiecie, tutaj wrzesień to już nie jest lato. Tak jakoś uznają.
Widać inne kalendarze, inne wyliczenia.
Szaleństwo po królewskiej wizycie pozostało już tylko na zdjęciach, ale w człowieczych głowach wciąż jeszcze tkwi ona dziwna świętość, z którą się one łby zetknęły. No wiecie, jednak atawizm to mocna sprawa. Szczególnie w takim miejscu, pomiędzy tymi skałami i tymi drzewami i pod tym niebem. I jeszcze nad tymi falami. Bo przecież nie można zapominać o falach.
Ciemność.
Szarość…
Uwielbiam to czekanie na kolory.
Oną powolność szaloną, która się znowu spojawia, to zwolnienie, olewactwo, te zamykające się sklepy i promocję z kartami LEGO w sklepach. No człek się znowu jak dziecko czuje. Serio!!!
W końcu kto mi zabroni, przecież i tak jestem psychiczna!!!
Nic to…
… niech już ta jesień przychodzi, bo mi się zdjęć chce liściakowych i wszelakich szaleństw i kolorów tych wielkich i w ogóle. Spacerów pośród spadających liściejów i wszystkich ogólnie się w jesieni mieszczących barw. Wiecie, onych odcieni, tych kształtów, a już najbardziej chyba tych szelestów. Wiecie, gdy przechodzicie ścieżką leśną, czy parkową, i wasze buty zanurzają się w tej całej głośności, w tej całej barwności. Albo tych bukietów chcę. Tych składanych z liści, które i tak w końcu zbrązowieją i rozpadną się w pył, ale jednak nie możecie wyleźć z lasu bez nich. Albo bez kasztanów i bez żołędzi. I zapachu jabłek… jak tylko się trafią takie dzikuski, bo te sklepowe dawno zapomniały jak się pachnie.
Czym się podnieca Wyspa?
A bocianem!!! Przyleciał se, siadł na kominie i od razu rozkładówka, telewizja, sesje zdjęciowe. Ja już nie wiem, no ale kurde serio? To tylko rąbany bocian. Może i ze Skåne, ale tylko rabany bocian. No weźcie no.
Przecież… a zresztą, ja serio się chyba już na niczym nie znam. Widać takowy bocian to jakiś influencer, czy coś, może coś co leżało obok Królowej, może… A jeśli o Niej mowa, to wydano oświadczenie, w którym pojawiła się informacja o zdiagnozowaniu Królewskiego Małżonka. Ma demencję. I to ma tłumaczyć jego ostatnie zachowania. Jestem, przyznaję, sceptyczna, bo takie rzeczy robił już wcześniej, no ale.
Czy go ubezwłasnowolnią?




