Pan Tealight i Żelowa Księżniczka…

„Chyba ostatnia.

Może najbardziej zakochana? A może po prostu najdłużej karmiła się oną wstrętną nadzieją? Nie wiedzieli nawet w kim się zakochała. Nie mieli pojęcia. Nie wiedzieli za kim łkała, na kogo się wyszykowała, a może jednak założyła wnyki i wiecie, przybyła z całą armią, ale on się już znudzili i po prostu znaleźli se własne laski, i rodziny pozakładali i wolą pokój niż wojnę i pacyfizm całkowity?

Ale ona czekała.

Wiedźma Wrona Pożarta chodziła do niej często, dokarmiała czekoladą i cukierkami z eukaliptusem, ale wiedziała, że Żelowa Księżniczka nie przynależy piaskom i kamykom plaży. Ni stopom, które mogły ją rozgnieść, psom czy inny zwierzakom, które mogły chcieć się z nią zabawić tylko raz, lub zwyczajnie próbować ją zjeść. Współczuła jej, rozumiała, ale też i… nie rozumiała. Wiedziała co to znaczy kochać i być niechcianą, ale jednak… no przecież jak długo tak można?

Ale ona trwała jednak, mimo wątpliwości innych i zachęt… trwała na swoim miejscu, wpatrzona w morze, lub plażę, czy też te domki za plażą… wiecie, jeżeli o ten rodzaj księżniczek chodzi, to nigdy nie wiadomo w jaki sposób i gdzie patrzą, więc… lepiej nie robić durnych min sądząc, że to ich plecy.

Naprawdę nie warto!!!

Oczywiście, że było im jej żal, ale z czasem… zaczęli o niej zapominać. Bo przecież po zimie nadchodzi wiosna, potem lato, a późnym latem znowu się pojawią księżniczki z żelowej wody, dziwnie strojne, a jednak proste. Kochające już, czekające na wybranych… niektóre szybko stracą wszystko, inne będą czekać. Twardsze od innych, a może jednak tylko mocniej zdesperowane i wierzące w inne bajki?

Innych bogów?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer… prosta sprawa, czyż nie?

Okazuje się, że nie… wcale a wcale.

Gdy nagle mimo słonka w pogodynce, mimo nieba nie do końca zasnutego, jednak nagle zrywa się wiatr i kawałki szkła lodowego uderzają cię w twarz. Boleśnie. I przemaksza… a i tak jednak cię to cieszy, jak wariata jakiegoś. Tańczysz i śpiewasz i wariujesz, bo przecież mimo ferii zimowych, nikogo dookoła nie ma!

A przynajmniej w zasięgu mojego zdziczałego wzroku! LOL

To jest wolność.

Dziwna może i silnie pokrętna, w której tak naprawdę niczego nie masz i nic do ciebie nie należy, bo świat, w którym przyszło ci żyć jest mocno jebnięty, ale jednak… żyjesz, tańczysz, biegasz, skaczesz i możesz kąpać się na golasa. Oczywiście nie przy dzieciach no. I raczej stroniąc od innych, lub na mojej ulubionej plaży kąpielowej, ale jednak… Tak naprawdę, nagle uderza cię nie zimno, ale to, jak mało możesz zrobić. Jak niewiele jest tylko dla ciebie, twoje względnie… nawet myśli. Nawet to, co tworzysz, nawet wyobraźnia… nawet. Takie to smutne.

Strasznie!!!

Marzec za progiem, kwiaty wybuchają, a ty jak ono durne coś tęsknisz za zimą i wszelaką śnieżnością. Tak, nadal tęsknisz, bo przecież jest dziwadło. Wszelaki wybryk natury. Ale co malujesz? Kwiaty i obdarzasz biel kanw wszelaką kolorowością. I dlaczego? Bo jesteś wybryk natury ubierający się a czarno i mający fioła na punkcie niebieskości wszelakich. Serio. Prawie wszystkie odcienie!!!

Hmmm… prawie?

Szczur!!!

Nie, że mój pierwszy.

Helloł!!! Pół życia we Wrocławiu. LOL Ale ten gość wyskoczył nagle i wiecie, był nadmiernie żywy!!! Pewno, że widziałam szczury w swoim życiu, ostatni był wielki i martwy na ulicy, ale zwiększoną ilość szczurzej populacji bardzo łatwo zaobserwować. Pułapki co prawda pozakładane, ale nie oszukujmy się, ten, którego widziałam był rozmiaru kota!!!

Ech… szczurza sprawa jak najbardziej cały czas na swoim, własnym czasie. Trzeba będzie walczyć. A może po prostu szczury chcą nam coś powiedzieć? Może „Dżuma” Camusa znowu poszukuje odtwórców głównych ról?

Może…

Z wieści najnowszych, w pałacu Walentynki będą bardzo smutne w tym roku… 

Cóż… czas przychodzi na każdego, ale tutaj, w rok po „wyskokach” księcia, jakoś tak nagle okazało się, że to i tamto. Naprawdę warto dbać o zdrowie i czasem pomyśleć, czy może partner wariat, nie jest bardziej walnięty ostatnio i po prostu nie jest chory. Jak się okazuje wiele guzów sprawia, że jesteśmy bardziej „prawdomówni”. Bardziej raniący. Bardziej nieludzcy. Bardziej…

PS. Update… na pewno Walentynki są smutne w pałacu… Książę Henrik zmarł niecałą godzinę przed nimi. Jego prochy w połowie zostaną rozsypane na morzu, a w drugiej połowie pochowane w ogrodzie przy pałacu. Czy ja bym tak chciała. Na pewno. Chcę zostać spalona, ale rozsypanie… zgodnie z prawem prochy rozsypuje się daleko z morzu, a ja chcę się rozsypać tutaj, na Wyspie. I trochę siebie zostawić w Louisenlund, trochę na dwóch plażach, trochę przy Przodkach, trochę…

… kurcze, czy mnie wystarczy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żelowa Księżniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Dmuchaj ją…

„Okay.

To nie było do końca normalne nawet jak na ich świat. Nie było normalne nawet w otoczeniu onych wszelkich dziwactw – znaczy gdybyście tak zajrzeli przez okienko i zobaczyli to zbiorowisko stworów, przedmiotów ucieleśnionych i duchów… ogon smoka zwisający z komina, jego małe brojące przy dachówkach. Pewno by was zauważyły i zjadły, no ale sami chcieliście robić za podglądaczy.

No sorry, takie są konsekwencje.

Bo się nie podgląda, jeśli się nie wie, co można zobaczyć, jeśli wciąż się nie wierzy, chociaż przecież jak można nie wierzyć w takim miejscu, na takiej Wyspie? No jak można… widać można, bo co rusz jakieś kroki kończyły się nagle, wybrzmiewały w powietrzu, ślady na piasku, śniegu, trawie, błocie i w kupach odciśnięte nagle znikały…

Zresztą, co złego w dmuchaniu zimą Wielkiej Jednorożycy? No co? Że latem to jest okay, a zimą już sobie nie można dmuchnąć? Ale przecież Walentynki nadchodziły i wszyscy chcieli się poczuć lepiej, a ona była taka, że budziła się wyłącznie kompletnie nadmuchana, więc ktoś jej musiał pomóc! Że co? Że ty byś nie pomógł rodzinie – przyjacielowi? Serio… nie nadmuchałbyś go? Lub jej?

Jeśli zaszłaby taka potrzeba?

Okrutnicy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Szepty pod ziemią” – … uwielbiam tego autora. Ten jego bzpośredni sposób narracji, naigrywanie się ze wszelkich słabości bohatera, a jednocześnie szacunek dla korzeni i jeszcze… magię. Inną. Bardziej prawdziwą. Wymagającą od adepta…

… wszystkiego.

Trzeci tom niesamowitej serii, która… MAM NADZIEJĘ… będzie dalej wydawana przez Wydawnictwo Mag. Naprawdę mam nadzieję, bo takie pisanie, takie wątki, takie opowieści, mieszanki legend, prawd historycznych, dodatkowo dziejące się w Londynie są pożądane. I to nie tylko przeze mnie. Naprawdę!!!

Właściwie nie ma sensu opowiadać wam co się wydarzyło, bo i tak musicie zacząć od początku – a Mag wydaje teraz wszystkie powieści w nowej szacie, czego nie do końca rozumiem, no ale… przynajmniej wydają, ja tam i tak już półek nie mam, więc kij z tym, że dwa pierwsze tomy nie pasują do kolejnego… tylko się modlę by wydali dalsze części. Może i złoży się w ofierze jakąś dziewicę? Zdałaby się…

Bynajmniej.

Bohaterzy znani, rzeczy dzieją się głównie w kanałach, a cała struktura opowieści naszpikowana jest humorem. Oto historia jak najbardziej fantastyczna, wiecie miejsko-fantastyczna… urban fantasy, jak już ktoś musi wielkosłownie… oto ona, on, Rzeki, Bóstwa, magia tych, którzy przybyli do Anglii i tych, którzy są tutaj od zawsze. I tych ukrytych, którzy wcale nie chcą być ujawnieni. I zbrodnia oczywiście, bo nasz główny bohater, a raczej para bohaterów to gliniarze. I to dobrzy!!! I pisanie, pisanie, które chce się czytać, które w naszych głowach tworzy obrazy, sprawia, że moczymy się, że plączemy i wykupujemy bilet do Londynu na wakacje… wiecie, im wcześniej tym taniej. I chcemy poznać wszystko to… ale najbardziej przeczytać ciąg dalszy!

 

Może i śnieg się skończy, ale to już połowa lutego. Zimowe wakacje się zaczynają, śniegiem stok narciarski, na które poszły takie ilości kasy, że we łbie się nie mieści… ma przyciągnąć Turyściznę zimą. Zimą, której nie ma. A może, która była przez tydzień, ale się skończyła? Chociaż może wróci?

Nie tracę nadziei…

Bo dzisiaj jeszcze padał.

Co prawda cieplej się zrobiło, więc wiecie, znikał od razu, ale jednak padał. Wieczorem też padał i zabielił ziemię, ale niestety już było ciemno i wiatr było czuć nadchodzący, gdzież za zakrętem… tak znowu wraca i ciepło i wiatr, i co dowcipne, nadal ma śnieżyć… no nie wiem jak to będzie? Zobaczymy. Bo przecież sama tego śniegu z tyłka Tarzana nie wytrzepię. Oj, nie pytajcie o to dlaczego akurat ten tyłek.

Tak jakoś…

Oczywiście, że chcę wciąż zimy i tak, wciąż o tym pierniczę! A co, chcecie posłuchać o tym, że nie wiadomo dlaczego moje kule śnieżne zaczęły tracić wodę? Nie mam pojęcia dlaczego. Przecież nie wystawione na ciepło – lepiej, ta w oknie nie straciła nic, a taniocha taka była!!! Coś pokrętnego dzieje się z wilgocią, bakiem zimna, normalnością pogodową, że wszystko to widać wpływa i na moje kule. Oczywiście, że będę je kochać nawet wtedy jak kompletnie już woda z nich wyparuje, ale jednak…

Smutkuje mi się.

A może chcecie posłuchać o problemach socjalnych, czy jutrzejszym dniu, kiedy to dzieci będą napadać na dorosłych i domagać się kasy. Dobrze, że jestem na barbituranach, bo jak ich nie było, serio umierałam ze strachu. Naprawdę można się tak bać, że wszystko w człowieku się zatrzymuje, a jeśli nie, sam sobie robisz krzywdę… naprawdę tak można. Oczywiście też jutro zaczynają się ferie zimowe co oznacza ludzi, ale nie otwarte sklepy, więc nie wiem jak to będzie…

Ale co mnie to, ja nie mam ferii.

Świat dookoła raz pada mokrym śniegiem, który znika nim dotknie ziemi, a potem wybucha rąbanymi przebiśniegami, które serio chcą mi dowieść, że wiosna już tu jest. A nic z tego, zamknie się granice i zatrzyma ją po tamtej stronie!!! Mi się wciąż należy zimy i zimna. Oj tak. Żadnych tam deszczy wiosennych i wegetacji. Znaczy wegetację to mam w sobie, ale wiecie… ekhm…

Mniejsza.

Zmian zwykły człowiek nie zatrzyma. I choć ich nienawidzi i serio bez większości mógłby się obyć, to nadchodzące za miesiąc urodziny ponownie mu przypomną o tym, że się starzeję. No cóż, starzeję się i tyle. Co zrobię? Kamień Filozoficzny wynajdę? A może odłożę kasę nieistniejącą na botoksowe szaleństwo, po którym moja twarz będzie rzeźbą idealną… i nieruchalną?

Tak, wiem jakiego słowa użyłam.

Nie, nie zmieniam go.

Walić to.

Jak już jestem stara, wolno mi mówić prawdę. Wolno mi mówić co mi się podoba i nadal nie wiedzieć w jaki sposób ci ludzie zdobywają na Wyspie dragi tak łatwo?!!! Nosz kurcze, tyle lat tutaj mieszkać, a nadal nic? Może wyglądam jak glina, czy coś? Tajniak jakiś specjalny? No dobra, problemem może być i to, że człowiek nie próbował, ale był i pod namiotem i nikt go nie zachęcił, był i na spacerach i w różnych dzielnicach… wiecie, pod Matasem na pewno ktoś powinien być… a jednak nikt nie zaczepił, nikt nie zaciągnął, nikt nie wyglądał… Chociaż z drugiej strony, jak taki diler wygląda? Serio? Myślicie, że Google mi pomogą? A może lepiej nie pytać, wyśledzą mnie i wezmą na rozmowę i wyjdzie ze mnie ćpun wirtualny…. Ekhm. Ha ha ha – dodane po namyśle.

A tak ogólnie? Wiatry nadchodzą!!! Znowu. Ale po tym tygodniu słonka i śniegu, który trzeba było poszukać, ale dało się znaleźć, żyję!

Na razie żyję.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dmuchaj ją… została wyłączona

Pan Tealight i Śnieg…

„Spadł.

Najpierw oczywiście snestormował się lekko, pływał poziomo, jakby cała Wyspa była jego wielkim akwarium, w którym nic nie poruszało się z góry na dół. No, chyba że ktoś by śnieg dokarmiał, no ale… jednak nie. Nie żeby Wiedźmie Wronie Pożartej nie przyszło to do głowy, bo przyszło, zatupało, swoimi buciorami ośnieżonymi jednak nie zabrudziło dywanika, tylko zostawiło je przed drzwiami i wiecie, założyło kapcie co to je miało w kieszonkach kufajki… ale jednak się nie dogadali, więc wiecie…

Spadł.

Przez pierwsze dni właściwie tylko mamił, unosił się w powietrzu, ale nie zostawał na dłużej, jakby ziemi go odpychała, zielona trawa nie chciała, rozmoknięte ścieżki nie przyjmowały. Podskakiwał, ale jednak w końcu, pozbawiony wiatru, połechtany temperaturą obciągającą zeru, opadł. Ale nie na całą Wyspę. Nie, no to przecież byłoby całkowicie za łatwe. Kompletnie zbyt proste!

Nie, on musiał wybrać sobie miejsca i tam osiąść miękko, pewien tego, że mu nazbytnio nie będą przeszkadzać. Najpierw szybko zniknął zaledwie pod dniu czy dwóch, potem znowu nadeszło ciepło, a potem postanowił, że dość tego…

Śnieg.

Opadł na las i pola, na mało uczęszczane ścieżki i na tych którzy chcieli. Bo wiecie, można sobie zastrzec, że się sobie nie życzy śniegu. A taki mamy świat. Jednych orają i polewają płynną kupą, a drugich zaśnieżają. Wiedźma Wrona Pożarta tego nie rozumiała do końca, wkurzała się, bo zieleń psuła jej zdjęcia, no ale… cóż mogła na to poradzić. Wolność przecież mają podobno… tylko czemu wolność Wiedźmy Wrony do śnieżnych połaci była tak ograniczana? Hmmm?

Ale go miała… Śnieg.

Niby nie były to zwały, ale mogła się nasycić. Pomiędzy drzewami, nawet na gałęziach. Zapatrzeć się w zamrożone liście na stawach i jeziorach, po prostu zatopić w kupkach białości, zapatrzeć w one kolorowości, które nagle się jej ukazywały dzięki słońcu, po prostu być z Zimą… i jej popisowym numerem, jakim był…

Śnieg.

Spadł.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I minus sześć?

Serio?

No nieźle!!!

Gratulacje.

Może i ten mroźny tydzień mija, według pogodynek wszelakich, ale co jak co mieliśmy trochę śniegu. Co prawda bardziej na środku Wyspy i trzeba było go naprawdę szukać, ale jednak… był. Śnieg. Prawdziwy. Cudowny i lekko taki rustykalny chyba… prawdziwy. Może i przebijały spod niego na polach zielonki, może i trawnik u nas nadal zielony, może i nawet szron go nie ruszył, ale…

Śnieg.

Wszystkim się wydaje, że przecież Dania, że północ, więc powinno być zimno, a jednak… sorrki miśki, ale jest dość ciepło. Nawet jak wieje, nawet gdy wiatr przejmujący gryzie wszystkich w co popadnie, to jedna to wciąż nie jest to. Naprawdę. No i rąbane przebiśniegi mają się w najlepsze, ale ranników jakoś mniej. Jakby może coś podejrzewały, czy coś? Jakby wiedziały więcej? No nie wiem, ale przebiśniegi są. Ech, czy to oznacza koniec zimy? Ale one są właściwie od stycznia!!!

Podobnie jak zeszłoroczne liście, które wciąż nie zbutwiały.

Dookoła wciąż wilgoć i wszelaka mroźliwość, więc uważajcie ze spacerami, ale jeśli traficie na dobry moment i ukryjecie się we wnęce przy molo/porcie zwanym Nordhavnem, to możecie zobaczyć niesamowite zjawisko. Lodowe różyczki skupione wokół wszelakich traw i innych cudów. Lodowe piękności, które unoszą się kilka centymetrów nad poziomem morza. Spokojnego, cudownie błękitnego… i w tym momencie facet z młotem pneumatycznym i wiertarką pewno w jednym, zaczyna napierdalać, bo podobno dostali kasę na naprawę tego, co się spsuło, więc ostro pracują, ale… ja chciałam mojego spokoju. Spoglądania na one płaskie morze, w najcudowniejszym odcieniu błękitu i te kamienie suche, szarawe, niczym grzbiety zatopionych golemów, których jeszcze nikt nie wezwał, więc wciąż czekają…

Przyznam się, że wykorzystałam ten tydzień.

Naprawdę…

Widzicie, ostatnio u nas ze słonkiem dobrze nie było, co jest dość dziwne u najbardziej nasłonecznionej Wyspie tych regionów, no ale… zmiany targają całym światem, więc i nami. Nie było sopelów, nie było też wielkich wiatrów, które stworzyłyby te niesamowite formacje lodowe… szkoda.

Ale ten spokój morza… wiecie jak to działa na człowieka. Jakby coś głaskało mnie od środka, przytulało i obiecało, że serio wszystko będzie dobrze i okay. I ogólnie mówiąc nie ma się czego bać. I te kamienie… ale i w lesie, tuż przy stawie zamrożonym bardziej niż ostatnio jakoś tak spokojnie. Gdyby tylko nie ta gnojówka?!!! Niech nie ktoś objaśni, czy oni serio chcą wywołać u nas podwójny okres wegetacyjny? Oranie przy mrozie, gnojówka wylewana teraz?

Czy ziemia już nie odpoczywa?

Ale nic to, bo są drzewa. Przetrzebione, ale wciąż jeszcze jednak są tutaj. Wciąż jeszcze niektóre się trzymają. Choć wycięli tak wiele. Wiem, że podobno zasadzą, ale te gołe połacie Almindingen sprawiają, że czuję się oszukana po raz kolejny. Bo wiecie, w końcu miała być ta ekologia – i podatki zdzierają z nas na nią takie, że nie stać już nas ni na ciepło, ni na cokolwiek innego – wydaje się, że z tej kasy robią coś, o czym nie mamy pojęcia, no ale… kto zawetuje? Nikt… No to drzew mniej, skały się jeszcze trzymają, ale jak długo? I ludzie… coraz bardziej przygnębieni.

Nawet mój Listonosz.

Wyspę czekają wielkie zmiany polityczne i socjalne. Co gorsza spora część znowu zostanie zwolniona, robotę jak zwykle dostaną ci ze stolycy, a my… no wiecie… Ci co się sprowadzili szumnie z powrotem na matczyną orkę… po cichu wracają. Już nawet Wyspy Owcze jawią się lepszym rajem!!! Serio? Przyjdzie kolejny sezon, ciekawe co zastanie Turyścizna? Brak natury i zamknięte sklepy? No na razie tak się szykuje, ale z drugiej strony… i przyjezdni wolą kupić to, co made in China, niż coś miejscowego, więc po co się starać? Czy to myślenie depresanta?

Ależ ja jestem depresantem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Śnieg… została wyłączona

Pan Tealight i Zły Pan Macoch…

„Właściwie, to wiecie, no chodziło o tą całą równowagę w świecie, która od dłuższego czasu była mocno zachwiana i poturbowana tak, że szwy jej trzeba było załatwiać i opatrunki takie miękkie, bo skórkę miała wrażliwą i często dostawała wysypkę, właściwie od wszystkiego… gluteny czy nie gluteny, ona od razu w krosteczkach, kremiki, maści i takie tam. W pewnym momencie nawet Przedwieczny ma dość onego dotykania i opieki, więc… poprosił o pomoc Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, która niestety pokrętne miała myślenie oraz wszelaką wyobraźnię lujniętą w nie tę stronę, no i… sami wiecie…

Tak narodził się Pan Macoch.

Od razu duży, zarośnięty i z brzuszkiem. W koszulce bez rękawków, z wystającym pępkiem ponad dresowymi portkami i papciach klapakach z filcu.

Bez kożuszka.

Musiał zaistnieć dla ogólnej, wiecie, harmonii świata. Nie mógł istnieć jednocześnie nieistniejąc w przestrzeniach, do których wprowadziła go Zła Macocha, dała piwo, kurczaka smażonego w ogromnych ilościach i wielki fotel. No i telewizor. Nie zapominajmy o telewizorze, bo przecież to o niego głównie chodziło, czyż nie? Bez telewizora by się nie liczyło. Całe wnętrze straciłoby na charakterystyce. I jeszcze te kremowo-żółte ściany. Tak… musiały być i one… Ale Wiedźma Wrona Pożarta zbyt dobrze znała oną sukę, jak ją zwała i oczywiście uwoniła Pana Macocha.

Nie jego wina, że musiał istnieć w tej, nie innej postaci. I nie jej wina, że jednak kwestia ojca zawsze była dla niej istotna. Suka mogła się wściekać, ale tego nie przewścieknie!!! Oj nie, dodatkowo nie w tej, wkurwionej postaci tej, którą niegdyś zwali Małą Wiedźmą, córką Samego Szatana!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Irańskie daktyle nas mordują.

Jak nic sprawa na skalę światową, na szczęście od dawna nie ufam temu zagramanicznemu żarciu, więc wiecie… mi się upiekło, ale wielu nie. Serio ludzie, jedzcie sezonowo, poza sezonem mrożonki i to, co we własnej strefie klimatycznej rośnie, bo inaczej… to rozśmieszacie mnie tym, iż to cudo nowomodne, czy tamto ma więcej witaminy C niż czarna porzeczka.

Serio.

Czytanie naprawdę nie boli. Myślenie też nie. A przekształcenie samego siebie i osadzenie w świecie, w którym się żyje mocno ułatwia istnienie. Pewno, problemem jest, gdy nie czujecie tego świata… ale to nie znaczy, że świat musi mnie bombardować reklamami z cyklu: zbadaj sobie DNA i będziesz wiedział kim jesteś. A gówno tam! Zapomnieliśmy kto jest naszymi przodkami już dawno, niestety. Trochę szkoda, z drugiej strony niektórym łatwiej z taką czystą kartą sobie latać po świecie, naprawdę. Pamiętam jeszcze te zajęcia z antropologii czachy, gdy pani profesor lekko wstydliwie i przerażona pokazywała nam jak mierzyć twarz, jak rozpoznawać Żydów na zdjęciach – nie da się – i jak to wszystko przez Hitlera i tak dalej. Da, ja, pewno, najlepiej zwalić na dupka z przeszłości. A tam, przeszłość była, nie zmienimy jej. Uczmy się na niej, nie popełniajmy starych błędów, bo to idiotyczne, ale też próbujmy nowego…

No dobra od daktyli do Rzeszy trochę pokrętna droga, ale mróz mamy od kilku dni, więc wybaczcie ono moje, lekko pewno niepokojące wielu, ekhm… podniecenie!!! Nawet mieliśmy pięć stopni na minusie. Wiecie jak rzadko się to tutaj zdarza?!! No po prostu najczęściej nigdy, a teraz nagle jest. I jest ślisko, jeśli znajdziesz takie miejsce, no i niektóre stawy pozamarzały i w Almindingen, i na niektórych polach na środku Wyspy jest śnieg!!! Miejscami nawet go sporo!!! Po prostu cudo!!!

Leziesz na spacer by zmoczyć nogi, dupę i inne części ciała, bo to zima, a zima jest akutrat mi niezbędna do życia. Wybitnie niezbędna. I ten lekki mrozik i te śnieżne cudowności i jeszcze ostre słońce!!! Po prostu bajka. Dla mnie to świat, w którym mogłabym żyć dłużej niż tylko chwilę, mgnienie kilku dni. Moczyć się, marznąć, nawet szczękać zębami. Zauważać piękno w każdej odłupanej drobinie lodu, powiększać sobie śniezne cudeńka, nie tylko wglapiać się w nie, ale przede wszystkim… nie wiem, no tak zwyczajnie leżeć w tym śniegu.

Niekoniecznie na aniołka. LOL

W końcu, bo wiecie, Chowaniec ma mały urlop, udało się nam wybrać do tak zwanego MIASTA. Nie zmieniło się. Nadal palą na ulicach, co doprowadza mnie do szału, nadal świąteczne ciastka i czekoladki w niektórych sklepach, ale też i zaczynają się pojawiać elementy Wielkanocne. Ale najpierw oczywiście Fastelavn!!! Czyli trzepanie kota, beczki drewniane, w tym roku też i piniaty, beczki plastikowe, różnokolorowe, no i rózgi, jakieś tam czekoladki i wszędzie czarne koty. Tak wiem, tradycja dla wielu was koszmarna, ale tak serio, czy ubicie indyka jest czymś innym niż czarny kot?

Cóż, jego nie nadziewali…

Czasem się zastanawiam, czy oni naprawdę w to wierzyli. Ci ludzie pełni zabobonów, nie do końca schrystianizowani. Zawsze pamiętający o młocie Thora, Odynie… zawsze zapalający świeczki, zawsze zostawiający pieniądze w świętych kamieniach, w onych dziurach wyrytych tysiące lat temu. W tych kamieniach pachnących smalcem, czy pieczonym chlebem. Czy oni serio tego kota w beczkę i robili z niego piniatę? Z drugiej strony, takie samo składanie ofiary, jak inne, ale raczej kot nie był cichą ofiarą. Chyba, że gościa najpierw upili… I, kurcze nie sprawdziłam, czy to zawsze był kot, czy mogła być kotka?

Fastelavn właściwie się obchodzi i nie. Nie widziałam nikogo kupującego beczki, ale chyba jakoś znikają z tych sklepów, więc może dla dzieci? A może do wystroju wnętrza… ja kiedyś taką miałam. Ale potem mi się znudziła. Na pewno ludzie jedzą buły i tyle. Coś w rodzaju ostatków i takich tam, chociaż to nie oznacza, że po przestaną je jeść. W ogóle wchodząc do tak zwanej piekarni zobaczycie, że w kwestii chlebów się poprawiło. Piękne są, cudowne i różnorodne. Ale jeżeli chodzi o ciasto i ciastka, to zwykle są to dość tłuste bestie. Z czekoladą, mocno pseudo i wszelakim białawym lukrem. Ale ostatnio ciasta się zmieniają i możecie dostać też niepłaskie cuda, dziwne, ale i kruche, które w środku mają bitą śmietanę z budyniem i dżemem. Albo coś na kształt karpatkowych kompozycji, lub też wszelakich ptysiopodobnych cudów. Serio, całkiem dobre. Można się skusić. Jedyne nietłuste!!!

A tak w ogóle co w mieście?

Nic… co zwykle.

Ale Walentynki zaczynają uderzać po oczach mocno. I fajno, przy szarości kamieni i wszelakiej mroźności na pewno ludzie się uśmiechną nawet jeżeli kupują sami dla siebie poduszkę ściskuszkę w kształcie serca. Ekhm… no co. Albo takie pianki w kształcie serduszek?!!! Przecież siebie też trzeba kochać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zły Pan Macoch… została wyłączona

Pan Tealight i Kaszanka Wyspowa…

„Zwyczajowa, normalna.

Choć może nie do końca o smaku w pełni znanym. Na pewno raczej mniej krwista, jakaś tak bardziej… wodorostowa. No wiecie, ale jednak jak nic kaszanka. Piach przemielony, a z nim brunatnice i do tego jeszcze wsio udeptane przez wrony. No koniecznie, inaczej na smaku traci i słoności nie ma odpowiedniej. I tak rodzi się Wyspowa Kaszanka. Jedyna w swoim rodzaju… chociaż, czy są inne jej rodzaje?

Czy są?

Bo wiecie, sama produkcja to pikuś, w końcu w Sklepiku z Niepotrzebnymi agentów do obróbki jelitka było sporo. Nie narzekali na brak rozrywek, a takie napychanie kiełby, wiązanie, frywolność wszelaka i falliczność oklapnięta z tym związana bardzo niektórych bawiła, więc… robili ją. Ale tylko na import. Potem wędzili lekko, żeby w transporcie świeżość morską zachowała, a później na statek w drewnianych, ślicznych beczkach po kocie. No wiecie, w końcu Fastelavn, to beczek na kota, po kocie i z kotem masa dookoła. Taka przecież tradycja!!!

Pan Tealight jej ni tykał, ale doceniał przedsiębiorczość. Wiedźma Wrona Pożarta za to robiła zdjęcia reklamowe, bo jej się tak bardzo one różne kolorowości kiełbasek podobały, że nie mogła się im oprzeć. I tyle… cała tajemnica dziwnego sukcesu. Ale wiecie, wyłącznie dla wybranych.

W końcu nie każdy może to przetrawić.

Ale na pewno nikt nie powie, że nie próbowali zaistnieć w świecie. Oj na pewno nie pokusi się nawet o wyartykułowanie tego.

Za nic.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Śnieg…

Szaro i wietrznie, więc człowiek raczej ogląda tylko przez kuchenne okno, bo jakoś stąd wygląda ten mały snestorm najlepiej. Może i topniejący, może i nie taki jakim się marzy, ale jednak. Snestorm. Drobina, ale też bal wielki, na którym tańczą śnieżynki. Jedne pojedyncze całkiem, drobiny właściwie niezauważalne, inne pozlepiane razem, niczym te toły balowe, przy których zebrały się starsze panie i obradują, którą tutaj młódkę, z którym kawalerem zkminić. Połączyć na zawsze. Wiecie, w celach w pełni matrymonialnych oczywiście. A wszystkiemu spokojnie jakoś tak przyglądają się zielone trawniki i zielone żywopłoty.

A śnieg tańczy.

Pchany wiatrem, w poprzek, wzdłuż, z góry na dół nie uznając, oczywiście, że tańczy w poziomie, bo przecież czemu nie. To w końcu Wyspa, tutaj każdemu wolno co mu wolno!!! Tutaj każdy po prostu jest kim jest, kim chce być, stara się… także i śnieg. Choć niezbyt mroźno, choć bardziej ciepło, to jednak chodnikowi i drodze udaje się lekko pobielić. I tak jak było wczoraj, biel zostaje. Ale na jak długo?

Bo ja bym chciała chociaż jeszcze jutro.

Choć trochę mrozu, choć trochę więcej ostrego światła, błękitu nieba, tego wszystkiego właściwego mroźnej, mocnej zimie. Tego silnego, przejmującego, który mami ci pod kopułą i sprawia, że tęcze są wszędzie. Że wszystko jest tak bajeczne, Narniowe!!! Że wszelkie mityczne stwory zostawiają na śniegu swoje ślady i już nie możesz wątpić w magię.

Po prostu i zwyczajnie nie możesz.

W domu robi się nagle zimniej i już nie możesz po prostu siedzieć i… nie mieć kocyka, bluzy i długich gaci na sobie. I skarpetek oczywiście. Nie zapominajcie o skarpetkach!!! A jednak i tak nie możesz się rozgrzać, bo ten wiatr włazi wszędzie. I chociaż super suszy Chatkę i oczywiście wystawione pranie, to jednak trzeba uważać!!! Nie dajcie się zwieść jego lekkości. Pilnujcie się i oblodzonych progów. Uważajcie na nie, bo przecież to one czychają tylko na wasze kostki, stawy i wszelakie skórne wybroczyny.

Artyści z nich jak nic…

Ale przecież możesz siedzieć w domu i malować.

Możesz wcale nie gapić się w te okna, nie słuchać wiatru i jego podśpiewywanek, nie słuchać fal… bo tak bardzo przechodzą przez ściany, jakby były tuż za rogiem, a są za dwoma rogami, a to różnica, naprawdę!!! Możesz to zrobić, olać naturę, a raczej możesz spróbować, ale nie oszukuj się, nie uda ci się. Tutaj jesteś częścią natury, jesteś naturą… i jeżeli wiatr będzie znowu tym pokręconym umysłowo, ty też to odczujesz…

Na szczęście na razie nie jest.

Na razie to przemieszczanie zbyt mokrych płatków śniegu. Na razie to obklejanie i obmarzywanie. Na razie to nie to, a jednak… czekam na właśnie TO. Chcę TEGO. Onego hałasu, obklejonych okien i drzwi. Trudności w chodzeniu z powodu nadmiaru śniegu i wszelakiej zimnowatości. Potrzebuję tego. Onej normalności przemijających pór roku i zdaje mi się, że ziemia też za tym tęskni. Ma dość tego orania jej teraz, gdy powinna odpoczywać. Co to za pomysły, orać ziemię, gdy powinna spać i śnić, odpoczywać, szykować się na ten rok…

Nie umiałabym żyć w świecie bez czterech pór roku. Bez onych wyznaczników. I choć tutaj tak naprawdę wyznacza się tylko je dwie, ciepłą i zimną, to jednak to wciąż odpowiednia szerokość geograficzna, ino Wyspa ma taki wiecie… klimacik i tyle. Ale ten klimacik dał mi osiem lat temu najzajebistszą zimę na świecie. Może da mi ją raz jeszcze? Bo wtedy byłam totalnie niemobilna i wiecie, zdjęć mam mało, zabawy też zbyt niewiele i wspomnień nie do końca wystarczającą ilość. Potrzebuję… więcej.

Czy to chciwość?

No pewnie tak?

Czy mnie to obchodzi? No, pewnikiem nie!!!

A tak w ogóle na Wyspie dzieje się strasznie wiele, więc postanowiłam onej wielości unikać. Sorry, dziś żadnych wieści o nagłych zgonach, cudach, nowościach sklepowych, czy też takich całkiem dziwnych, jak przejęcia firm i tak dalej. Są… odbyły się, ale nie chcę się w nie zagłębiać. Mam dość onych niepokojów i też dobrze wiem jak to będzie. Wytrzymają sezon i padną. Ale opiszą ich w gazetach jako bohaterów.

Jak zwykle.

Zawsze to robią.

Nieopisani nie istnieją.

… więc nie istnieję.

A co mi tam. Nigdy nie dbałam o głośność, ale… jakby co, kupujcie moje obrazki? Może na prezent, może dla siebie. I zdjęcia, które możecie wydrukować jak wam się podoba. Szukajcie ich na Facebooku, na moich stronach IBornholm, Kobaltowa Wrona i Miś Śnież – wolność dla pluszaków oraz blogach, do których linki macie na górze po prawej. Albo INSTAGRAMIE. Bo po stracie roboty oficjalnej klepię biedę… i suce one masaże bardzo się podobają.

Wkurza mnie!!! A Walentynki się zbliżają! Warto być oryginalnym!!!

I puste ściany są tak straszne!!! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kaszanka Wyspowa… została wyłączona

Pan Tealight i I po co?…

„Tak ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta we wszystkich swych widocznych osobach wiedźmowskich waliła łbami w ścianę i jęczała. Straciła Własny Wiedźmi Sens Życia niby już dawno, znaczy ten własny, swój, niski, ale wiecie namacalny, i jakoś nie umiała go odnaleźć, a te, które na stanie miał Sklepik z Niepotrzebnymi, jakoś po prostu jej nie pasowały. Te za szerokie, te za wąskie, te za wielkie, te za małe, a tamte ją drapały, te znowu gryzły w pięty.

I to boleśnie!!!

No i pozbawiona onego Sensu, jakoś tak ostatnio się sypała w rejonach wszystkich swoich niepewności, ogólnie mówiąc nie była w stanie się zgrupować, zmobilizować, jakoś tak… żyć naprawę. No dobrze, może i nie naprawdę. Ale wiecie, jakoś tak po swojemu, staremu, wegetować, czy coś? Bo przecież sens życia trzeba mieć. Jakiś ogólny. Może i protezę, może i mglistą wszelakość, może i coś nie do końca definiowalnego, ale…

Tia, pewno że wywalenie jej z roboty miało z tym wiele wspólnego, ale przecież nie oznaczało to, że nie miała co robić. Wprost przeciwnie. Wstawała z kurami, kogutami i wyłącznie zboczonymi wronami, tymi nadgorliwymi pracoholikami, wrzaskunami, dziobaczami i tak dalej… a potem snuła się, klikała, malowała, sprzątała, ogarniała, na jawie śniła… Oczywiście, że była przez to niewyspana.

I to strasznie!!!

Bo każdy potrzebuje sensu życia. Iskry jakowej go pchającej, a nie onego Wielkiego Czarnego Psa, który choć milusi i włochaty, taki do przytulenia, taki do wyczochrania, wydawałoby się, że i do obrony, to jednak wielkie kupy wali, choć wierny i zawsze przy tobie, to oddychać nie daje… a Wiedźma Wrona znowu była pod psem. I to niestety właśnie tym określonym Psem.

I nie dawało się jej spod niego wyciągnąć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki…

A co tym razem?

No raczej to co zwykle kryminalnie i fantastycznie. Jakoś wiecie, styczeń to wciąż czas oczekiwania na większe premiery. Wciąż nadzieja na jakieś dobre powieści, choć i tutaj w tych już zdobytych, no mam oną nadzieją wypełnioną nadzieję na jakieś perełeczki, że jednak się trafią?!!

Oj… nominacje.

Jak ktoś z USA to może zagłosować, jak nie, to nie. Można coś wygrać, podobno strona sławna i w ogóle… a jaka prawda? No wiecie, pewno kasa. Przecież te artykuły i amerykańscy dziennikarze zaproszeni na Wyspę nie wzięli się z tyłka Batmana!!! No na pewno nie. On w końcu te rajtuzki miał nie dość, że skórzane, to jeszcze dodatkowo mocno ciasne, więc jak nic miał problemy z użytkowaniem toalety. Sami sobie pomyślcie. A jeszcze w takim batmobilu… czy on tam miał kibelek w siedzeniu? Bo to by sugerowało jednak klapkę w onych gacioszkach co je miał na rajtuzkach… naprawdę. Szczerze warto to przemyśleć. Ekhm… więc stamtąd nie wyleźli. Hulk jak nic też by się nie zgodził, choć on akurat w tej większej formie nosi dość przewiewne pierdzioszki. Znaczy te no, spodenki, czy jakieś tam niewymowne.

Tak się zastanawiam, czy oni wszelacy pijarowcy teraz oczekują wyłącznie Turyścizny takiej z Luiwitonowej, czy co? No wiecie, posh i tak dalej. Niby drugi w kolejce do tronu UKowskiego gości w Szwecji i Norwegii, ale czy zajrzą i d naszej pięknej Królowej, no nie wiem… nie oszukujmy się, ale nasz Kronprins ładniejszy, choć starszy. Można się kompleksów nabawić. Żona piękna też, a tatuś już zwalony z piedestału i na wariackich papierach, więc wiecie, wsio się da wytłumaczyć, nie jak z emerytowanym dziadkiem UKeja. Tak to się robi w Danii.

Szach  mat!!!

Może lepiej było zwrócić się o reklamę do tych tam Kardashianów? No nie wiem, może jeszcze doczekamy się i takiej reklamy. Świat już się dawno skończył. Na razie chwilowo drobina śniegu znowu spadła, ciepło trochę przestało szaleć i ten tydzień ma być w końcu chłodniejszy. Mam nadzieję na mrozy, bo robactwo się budzi, a wiecie, ja z robactwem to jakoś niezbyt, serio…

Ech! Zimy mi się chce!!!

I ksiądza nam choruje.

No dobra, nie dokładnie nam, ale wciąż mnie kręci, że to babka!!! A, że choroba, to naprawdę smuteczek, bo jednak ludzie tutaj potrzebują księdza. Czy raczej pastora… no ogólnie wiecie, onej duchowej sfery. Nie wszystkim wystarcza las i kamienie. Moneta w wyżłobionej tysiące lat temu dziurze, ofiara złożona podziemnemu ludowi… niestety nie wszystkim. A szkoda…

Czasem się zastanawiam jak to jest być księdzem właśnie tutaj, gdzie natura naprawdę daje popalić. Chociaż to protestantyzm, więc pewno łatwiej niż z takimi katolikami. Oj na pewno łatwiej. I mniej kolorowo. Ale na razie wróćmy do pogody, która się schłodziła i ferii zimowych, co to się chyba zaczynają?

Taka niepewna jestem…

Chyba tak, bo reklamy mi się pokazują wszędzie z serii „winterferien i…” i proponują mi albo ciepłe kraje albo Wyspę. Ekhm, ja wiem, że podobno one algorytmy mają nas też utwierdzać w przekonaniu, że nic o nas nie wiedzą, ale to trochę przesada internety, no seryjnie!!! Żeby mnie… chociaż z drugiej strony, czemu nie? Może by tak człek wynajął sobie niepodmokniętą chatkę, poudawał urlop, wakacje, lenistwo jakieś? Tylko widzicie, nie mam pojęcia jak to się robi. Jak tylko siedzieć… jak tylko gapić się w telewizor, czy coś w ten deseń?

Czy coś innego się robi na tych wakacjach?

Widzicie, chyba nigdy nie byłam na prawdziwych wakacjach. Człowiek jeździł w różne miejsca, ale tutaj załatwiał importy egipskie, tam znowu padł i spał przez całe dwa tygodnie… więc czy to się liczy? A może jednak nie ma nikogo, kto ustalił jakiekolwiek reguły? Może można wszystko? Też pracować…

Ekhm?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i I po co?… została wyłączona

Pan Tealight i Kamienne ostańce…

„Na plaży…

Oparte o piaskowe postumenty, na nich, przekrzywione, proste, wieżowate, latarniowe. Połyskliwe i matowe. Kamienie. I piasek. Poruszany wiatrem, przejściem ducha, krokiem niewidzialnego człowieka czy też zwykłego… nudnego niszczyciela. Korkiem, butem, poruszeniem, nie tak łatwe do obalenia, bo piasek potraktowany mrozem był twardy i buntowniczy. Nie chciał pozbawiać się swojej sztuki.

Onego piękna.

Za nic.

Spacer spacerem, ale i sztuka sztuką, a te kamyczki wyłuskane z piasku przez wiatry i morzy, one znaki wodne, których nic nie porusza, nie rozmywa, baseny wody, dziwne lustra porozrzucane… inny świat, to samo miejsce przecież. A może nie to samo? Może przeszliśmy przez lustro-welon-zasłonę i jesteśmy w innym wymiarze tego samego wciąż jednak świata?

Może?

A to tylko wieże malutkich księżniczek, da których ziarnko piasku to wielki głaz. W których świecie smoki są mokre i oblepione wodorostowymi wycinankami. No i oczywiście są książęta i cały ten szał ciał i uprzęży końskiej. I zły czarodziej, mag czy inny tam macoch, bo wiecie, na plaży to oni są właśnie źli… Taaak…

Zły Macoch!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I znowu wieje, potem nie…

Pola zielone, śniegi odwołane.

Dziwne ciepło w powietrzu, które sprawia, że wcale nie czujesz się wiosennie, ale raczej pleśniowo, niepewnie, strasznie. Naprawdę koszmarnie. Uciekasz w las czy na plażę, ale wcale tam już nie znajdujesz ukojenia. Piękno wciąż jest, czerwień zeszłorocznych liści, dziwne kształty, nowe głazy, które jakby dopiero narodziły się z ziemi… dotykasz ich i czujesz oną lepkość narodzi i nowości. Oną niepewność, oczekiwanie, te wszystkie pytania, na które drzewom przyjdzie odpowiedzieć.

I wodospady…

I strumyczki…

Las jest wilgotny, ale nie aż tak. Dzięki brzozy! Miękkie podłoże, jakbyś chodził po jakimś pieruńskim, najdroższym dywanie. Mszany, ale i iglasty… nic tylko się położyć i zasnąć. Tuż przy kamieniu, który zwę Dziadkiem. Cudownie omszonym, z grzywką, twarzą, niczym rzeźba z Wyspy Wielkanocnej. Niesamowity.

Kochany.

Wyjście do lasu po deszczu jest zawsze przeżyciem. Może i mokrym, ale jednak nie do opisania. Ta świeżość, ten chłodek, ale i ciepło, ta poświata wokół drzew, wszelaka puchata mszastość. Coś cudownego. Naprawdę. Coś, czego nie da się opisać, co trzeba przeżyć, zmacać i dać się zmoczyć. Szczególnie zimą, gdy spodziewasz się raczej mrozu, a dostajesz prawie rąbane tropiki przynajmniej w lesie jakieś śnieżne plamy, przynajmniej tutaj jakaś chłodna bryza, zieloność iglaków, bezlistność liściastych…

Prawdziwość?

A może już tylko wspomnienie…

Ech…

Może to wszystko już nie istnieje, a mi się tylko wydaje, że chodzę, skaczę, turlam się, doznaję… może naprawdę tej natury już nie ma? Gdy człek wsłucha się w te niezliczone nowe strumienie, strumyczki i malutkie, ale donośne wodospady, nagle odkrywające głazy i mszane poletka, nagle bawiące się ze starymi liśćmi, robiące łódeczki no i misie-patysie. Gdy tak człek słucha, to wie, że coś w tym jest więcej, coś, co powinien zrozumieć, ale jednak mu umyka…

I wkurzam się na siebie, chociaż tak naprawdę, przecież wiem… wiem o co chodzi. Wszyscy wiedzą, ale jednak tak niewielu robi cokolwiek. Mniej niż niewielu. Właściwie tylko te porąbane jednostki uznawane za świrów i tak dalej. Przytulajcie drzewa póki są. Bo co, jak znikną… a znikają tak szybko. Zbyt szybko. Jak mnie to niemiłosiernie wkurza, to nie macie pojęcia, ale mogę sobie tylko pokrzyczeć na własnym blogu i tyle. Bo obecnie cokolwiek powiesz przeciwko założeniom jakiegoś tam rządu-zarządu, od razu jesteś niekulturalny, mało obyty, pewno nie dostrzegasz sztuki w tym wszystkim, ogólnie niewrażliwa z ciebie małpa…

Dlaczego znowu niewrażliwa? A widzicie, bo to rondo, na którym mają postawić ten smerfny domek w kształcie kościoła, co jest kilka kilometrów dalej, a które ma drzewo obecnie czczone… no właśnie znowu się ogni. Wycięcie drzewa oczywiście nadal planowane, ale jak ludzie powiesili na drzewie szmatki, to oskarżono ich o niszczenie zieleniny. Ja przepraszam, ale to już raczej były wieńce pogrzebowe… przecież i tak wycinacie oną pięką lipę, więc jak można jej bardziej zaszkodzić? No serio? Weźcie i mnie uświadomcie artystycznie. Człowieka z artystycznym zacięcim, tytułami naukowymi i całym tym szitem…

No proszę…

To, że Dania gnije od środka, ale fasadę trzyma odkrywa się nagle i boleśnie. Szkoda, że ta cała zgnilizna dociera i do nas. Z drugiej strony, przecież zawsze tu była. Durne pomysły, wielkie plany, kopa kasy w błoto, ale co tam, event jest. Zostaliśmy wyspą świata jakiegoś tam chyba pisemka, czy czegoś… W USA, więc nie wiem  co chodzi, ale nic to. Myślicie, że to przez wykupioną w Vogue reklamę?

Of course, Darlings!!!

Tylko niech nie wróci temat odpadów radioaktywnych, które chcą nam zrzucić na dachy… błagam! Bo wciąż nierozwiązany, a wszystko się wali.

Obrzydliwie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamienne ostańce… została wyłączona

Pan Tealight i Możliwości…

„Było ich naprawdę tak wiele.

Prawa i lewa, góra i dół. Stanie, siedzenie, kręcenie piruetów, albo wprost przeciwnie, coś na kształt kompletnego bezruchu… bo przecież można było wybrać. Ale nigdy bez konsekwencji. Bezruch obarczony był tym, że cię przestawią, przerobią na coś innego, albo ktoś sobie weźmie i wiecie… lepiej nie myśleć.

Właściwie przecież możliwości jest tak wiele. Ta czy tamta, podebrana temu czy tamtemu. A może jednak zwyczajnie tylko pożyczona? Wiecie, no na chwilę. Właściwie każdy krok, mrugnięcie oka, siąknięcie nosem w odpowiednim momencie. Tak ich wiele. A każda kusząca, a każda jakaś taka intrygująca. A zresztą, o większości przecież i tak nie myślisz, idziesz jak droga prowadzi.

Nie decydujesz…

Może decyduje ktoś inny?

Może?

Ale nie możesz powiedzieć, że nie istnieją… Możliwości. Malutkie i większe. Zwykle kolorowe, włochate i z cudacznymi pokręconymi, różnorodnymi uszkami i puchatymi ogonkami, no przesłodkie… Pakowane po sześć i dziewięć, ale jakoś nigdy nienabywane. Jakby nikomu nie zależało.

Jakby… nikt nie miał siły, by po nie sięgnąć. Jakby trzeba było teraz każdemu nałożyć w pucharek z posypką i srebrną łyżeczką, przewiązać kokardką nóżki, by nie schłodziły onych nieprzywykłych do wyborów paluszków i… błagać?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I znowu nagła cisza po wichurze.

To jest zawsze dziwne.

Cisza.

Przejście od: klekotania, poruszania, wiania, wycia, pukania, stukania, macania ścian, ruszania dachem i wszelakich podobnych dźwięków i oddźwięków… do nagłej, zstępującej niczym one aniołów zastępy w swych lekkich sandałkach i szatach nieszeleszczących, i sandałkach, no na pewno miękkich sandałkach, czy czymś w ten deseń, wiecie, w stylu gladiatorów takich? No czemu nie? Że nie pasują do długich kiecek? A może moda w niebie teraz jest na krótsze? Chociaż przy braku bielizny… że skąd wiem? A widzieliście kiedyś aniołki z pieluchami i gaciami? Bo ja nie. Jak już, to każdy może sobie chmurkę osobistą nosić z frontu, no nic innego nie wymyślę…

Mniejsza z aniołami, przerażają mnie… jak cisza.

Cisza może być przerażająca, bo nawet ptaki zdają się milczeć. Jakby je wywiało, czy coś? Albo te cholernie długo zstępujące anioły tak zgłodniały, że opędzliły wszystkie w podręcznym KFC? No co? Mówiłam, że im nie ufam… ciszy też nie ufam. Cytując pobieżnie, no wolę jak jest trochę mniej cicho. Wiecie, cicho, ale naturalnie cicho i tyle. Wiaterek, trochę szumu skrzydeł i takie tam.

Ale nie anielskich!!!

Kurcze, a może to ich wina, ta cała cisza? Cisza sprawiająca, że niby łeb pęka ci trochę mniej, ale jednak wciąż pęka, lecz nie masz na co zrzucić, więc… więc nie do końca jest okay. Naprawdę.

Dziwaczne ocieplenie wydobywa kolejne roślinki z ziemi i człek oczywiście zaczyna się zastanawiać nad skoszeniem trawy. W styczniu. Nosz przecież nie dadzą nam spokoju w tym czasie ocieplenia klimatycznego…

No dobiją człowieka.

Ale nic to.

Niech tylko słońce wyjdzie, to pójdziemy znowu na spacer, bo przecież czemu nie? W końcu świat dookoła wciąż pusty, sezonu nie ma, spotkać człowieka to serio niechętny cud, bo jakoś tym, którzy tutaj zostają podoba się ona samotność. To jest chyba to coś, co sprawia, że ci decydujący się latem na to, że zamieszkają tutaj na zawsze, że Wyspa stanie się ich domem – i mają na to kasę oczywiście – uciekają. A tak, spotkałam takich wielu. Najpierw im się wydaje jedno, a potem uciekają do pierwszego większego hipermarketu i błagają o kuter na kontynent.

Serio!!!

Spotkałam takich sporo. Jedni chcą od razu. Mogą, wydaje im się, że mogą, bo przecież tu świat taki sam, bo przecież to Dania, czyż nie? No i ludzie są tacy milusi. I w ogóle. Nie, nie będzie im brakować jedzenia i zamieszania i w ogóle… Ci wymiękają najszybciej. Zamiast przeczekać załamanie pierwsze, drugie i trzecie, wracają do domu. Bo nagle się okazuje, że był on gdzieś indziej. Ale… po nich są ci przygotowani. Czasem nawet znają już język. Dla nich świat, o którym się uczyli i który zwiedzili – w znaczeniu innych części Królestwa – wydaje się być znajomy i otwarty. W okolicach trzeciego roku – jeśli dotrwają – po prostu stykają się boleśnie z tajemniczą ścianą i tracą złudzenia. Teraz albo przetrwają albo nie. Albo im się uda, albo są z Niemiec i mają wszystko gdzieś. Bo Niemcy jakoś naprawdę mają wszystko gdzieś. No i…

… i są jeszcze ci planerzy. Wiecie, co to najpierw się będą przygotowywać. Przypływać tutaj prawie co roku. Składać kasę, wychowywać dzieci, planować emerytury… a potem znajdują sobie inną wyspę i tyle. Ci są najgorsi. Uznają się za znawców Wyspy, bo przecież są tutaj co roku. Ślepi na zmiany, jakoś tak żyją w dziwnym, agresywnym świecie… wkurzają mnie, serio. Już wolę tych pasjonatów, co to są zadowoleni z miejsca, w którym mieszkają, a Wyspą się pasjonują i mają jej fotki na swoim koncie na Instagramie – Niemcy głównie. Serio… naprawdę ich rozumiem.

Są jeszcze fanatycy… ale to ja! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Możliwości… została wyłączona

Pan Tealight i Niemoralne zachowanie…

„Abstrakcja.

Ale przede wszystkim odstępstwo i aberracja. Wszelaka nienormalność i silna osobliwość. Może nawet przeniewierstwo? Może i niewierność? Nie no… chyba nie aż tak bardzo? Nie aż tak mocno?

A może?

Może tak bardzo przyzwyczaili się do wszelakich dziwności, że coś, co niegdyś zwano by normalnością nie było przez nich dostrzegalne? Mogło się tak zdarzyć. Przytłoczenie wszystkim co niespotykane, a nawet jak i normalne względnie, to nagle określane innymi mianami i oskarżane o odstępstwa… w takim w końcu świecie żyli tutaj. W Białym Domostwie. W Sklepiku z Niepotrzebnymi.

Ale to?

Serio?

Wiedźma Wrona Pożarta zażądała od świata swego perfum!!! I to wiecie, nie tych zwykłych, co to się tam raz na jakiś czas psikała, ale czegoś różowego i w stokrotki i z kwiatami na flakonie i na koreczku i ogólnie… tak, na szczęście była przecena, ale ono żądanie? I te nagłe ciągoty do zapachów o takiej cenie? No oczywiście, że miała świra na punkcie świeczek pachnących, ale perfumy?

Serio?

I co teraz? Bielizna z koronki, makijaże i poprawność polityczna? Przecież od tego ino krok ku wszelakiej… Pan Tealight bał się nawet w myślach to wymówić… normalności innych cudaków. Tak zwali zwykłych, poprawnych ludzi. Nudnych, przewidywalnych i ometkowanych. Co jeśli zmieni buciory na szpilki, pończoszki i inne niemoralne ciuszki? Co, jeśli zapragnie kapeluszy, końskich wyścigów i tak dalej, łącznie z herbatką u królowej. Choć nie, u królowej to raczej kawa… co jeśli zacznie ją pić?

Co się dzieje?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje.

Wieje strasznie. Aż mózg boli, jakby nagle wiatr zyskał panowanie nad twoim ciałem i trząsł czym tam chciał w środku… choć obiecali, że będą przymocowane na zawsze. Ale mieszkając na Wyspie w końcu się uczysz, że wiatr może wszystko. Po prostu wszystko. I korzysta z tych swoich umiejętności we wszystkie strony…

Wiatry na Wyspie są różne. Jedne powodują w człowieku szaleństwo zabawowości, wszelaką radosność, jakby mataczyły przy serotoninie i innych tam cudach w naszych organizmach. Jakby potrafiły nam „dostrzyknąć” do krwi czegoś, co sprawia, że upajamy się życiem i każdym jego momentem, chwilą, cząsteczką…krótko, bo najczęściej trwają dzień, maksymalnie dwa, ale są. Inne… przechodzą obok tylko jakimś odgłosem sporadycznie klekoczącej skrzynki na listy. Tak, potrafią nawet grać na skrzynkach na listy. Serio… oj sami się przekonajcie jak nie wierzycie!!!

I są jeszcze te mentalne.

Jakby nagle ktoś zebrał wszelakie potępione dusze, wyjce, grzechy i przewinienia, wyrzuty sumienia, niespełnione sny i marzenia, i jakoś tak, po prostu rzucił to w domy i drzewa i kamienie, i oczywiście ludzi. Chociaż nie, w nas to zebrane coś wtłacza depresując niezależenie od tego, co tak naprawdę w tej chwili powinniśmy czuć. Co czuliśmy. Nawet ci najbardziej radośni, ci wesolutcy i zdrowi i co im się wiedzie… padają pod jego naporem. Bo on potrafi położyć najsilniejszego umysłowo…

I tego, który nie wierzy…

Bo są ludzie, którzy nie wierzą w wiatry i naturę. W jej moc, przewrotność i okrucieństwo. Są tacy, a ja wciąż nie rozumiem jak mogą tacy być… ale, tak, ten wiatr jest właśnie taki mentalny. Taki, że człek „chodzi po ścianach”. Jeden z tych, podczas którego najlepiej wziąć się za sprzątanie i wyrzucanie różnych rzeczy. Ja mam specjalne stare kubki przygotowane na ten czas. Wiecie, by przyjeb… w ścianę pod szopką, gdzie mogę się schować i nie oberwę skorupą.

Inaczej się nie da.

A…

… i pompki… wymęczenie się daje radę. Jedni biegają przed, inni znowu po, jeszcze inni próbują udawać, że nic się nie dzieje, ale większość stawia na jakiś fizyczny wysiłek. Mocny i boleśnie potliwy. Niestety w moim przypadku ból zatok skutecznie ono zmęczenie zmienia we wkurwa na powrót i trza zaczynać wszystko od nowa. Widzicie jakie to życie jest trudne!

… ciepło…

To dziwne ciepło i przebiśniegi, które przebiły oczywiście wiekuiście zieloną trawę, mnie dołują. A tak, oczywiście, że jestem inna niż wszyscy. Przecież każdy NORMALNY człowiek cieszy się na wiosnę, ino takie dupki jak ja marudzą, że mrozu nie ma, ciapai nie ma, że za ciepło, że bez śniegu, że sopele, lodowe rzeźby i szronowe rysunki… że się źle dzieje… oj tak, tylko tacy jak ja. A może tylko ja nie cieszę się przebiśniegami?

Pewno tak.

Zła kobieta i tyle. Nie da się niestety tego już zmienić.

Ale na razie ciepło.

Dziwne plusowe temperatury i wiatr sprawiają, że… wciąż mamy mokro. Za kija w mordę jeża urbanistycznego nic nie wysycha. Ja już nie wiem, co się coś obeschnie, to znowu pada. Spleśniejemy tutaj na amen we wszystkich pacierzach i tyle. Jak nic. Tak będzie. Jak zobacę jeszcze jakieś przebiśniegi, to serio… wybuchnę!

I tylko w lesie jakoś tak spokojniej.

Drzewa wciąż stoją, no przynajmniej w większości. Kamienie… niektóre też się poprzechylały. Jakbyśmy naprawdę mieli w końcu się rozpłynąć, zatopić, osiąść na dnie niczym kolejna Atlantyda. I wiecie, wszyscy o nas zapomną, a potem na nowo nas odkryją i tak dalej, ale wcześniej wyrosną nam skrzela, łuski i tak dalej… a seks będziemy uprawiać niebieskimi ogonami. Bo przecież jeżeli pogoda się zmienia, to czyż nie powinniśmy i my? Już mnie coś za uszami swędzi… a może? A może nie jesteśmy przewidziani w dalszym rozwoju? No wiecie?

Zbędne ogniwa? Ludzie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niemoralne zachowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Kanibalska propozycja…

„Dzień był może lekko szarawy, ale nie tak jak naprawdę potrafił. Gdzieś tam było słońce, które tworzyło na niebie dziwnie morskie szlaczki, które fale pozostawiają na piasku, jakby… wiecie, jakby znowu coś chciało udowodnić. Jednak nie było ciemno, a przynajmniej aż tak ciemno, jak bywało… jak wciąż mogło być, bo mimo ciepła oficjalnie wciąż panowała Pani Zima.

Naprawdę!!!

Ale na razie wiało.

Wiało dziwnie, ciepło i mocno, pokrętnie, wyrywając bezkorzenne choinki, usuwając światełka, mieszając w zeszłorocznych liściach, poniewierając falami, chociaż z tymi to nigdy nie wiadomo. Może miały właśnie taką fantazję seksualną? Może im się to podobało? I nagle przez szarość prześwitywała szmaragdowość i niebieskości. Wzburzone, z białawą grzywką, ale jednak…

Wiało w ten sposób, że od razu było wiadomo, że coś z tym się przywlecze. Coś innego, coś dziwniejszego, choć wciąż jeszcze mieszczącego się w normach. Coś na dywanie bajecznie kolorowym, bardziej arrasie w opowieści o smokach, królach pożartych, jajach wykluwających królewny, co nocą zmieniały się w dżdżownice tylko po to, by ogrodnikowi, w którym się kochały było lepiej… W opowieści o chwalebnych czynach i totalnych wpadkach. Wiecie, wielki był ten dywan, zawinięty na bokach i końcach bo w końcu w górze pewno latało się trudno, a i frędzle miał niesamowite. Zakończone koralikami i kryształkami, z paskami i sznurami… oraz czterema krasnalami w białych idealnie szatkach w wersji druidzkiej, które miały prośbę.

A może propozycję?

I bardzo chciały za nią zapłacić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wieża” – … intrygujące. Ale, skąd się wzięła osobowość, która zastąpiła tą zagubioną? Czyją ona była czyją teraz jest? I jak się tam dostała? I czemu jest tak mało zdziwiona i nie chce czegoś innego, co byłoby logiczne? I kim w ogóle jest? I dlaczego utrata wspomnień nie połączyła się z utratą umiejętności… no i przede wszystkim dlaczego ci, którzy wiedzą, tak ją traktują…

No serio?!!!

Przecież straciła TYLKO wspomnienia, nie moce?!!!

Nielogiczność tej powieści jest przerażająca. Tym bardziej, że dzieje się w Anglii i WCALE, ale to wcale nie jest nią nacechowana!

Istnieje taka książka.

A jednak się w nią wchodzi, bo człek chce wiedzieć jak autor z tego wybrnie. Jak pomąci? Jak sprawi, że organizacja niewidzialna dla świata, jednak ma protestantów, a dziwni Hodowcy są tacy źli… Tak w ogóle, to dlaczego są źli? No i oczywiście dostaniecie główną bohaterkę, którą zbyt często będziecie chcieli walnąć w łeb, a która oczywiście dziwnie z każdego wydarzenia wyjdzie cało i odkryje takie moce, że…

Znaczy co? Że znacie już przynajmniej ze dwie takie książki? Tak, znacie. I nie ma w tym nic nowego poza absurdem, nielogicznością i kompletnym brakiem dopracowania oraz marną wyobraźnią autorki i kijowymi opisami. No i… tworzeniem bohaterów pobocznych, których musicie pokochać.

Bo przecież…

Dla wtajemniczonych.

Ciepło…

Przyszedł ciepły wiatr, zabrał zimno, zabrał cudowny chłód, skradł ostatnie płatki śniegu i lodowe wstawki i oczywiście… po prostu zielone wyszło na wierzch i przypomniało, że nadal jesteśmy tak naprawdę podtopieni. Zrobiło się dziwnie. Jeszcze bardziej pleśniowo, jeszcze dziwniej szaro… niby wszelaka jasność zaczyna się wcześniej i trwa dłużej, ale słońce, to coś, co serio zdarza się wybrańcom. Chociaż mi udało się złapać dwa!!! A tak, dwa słońca, a co… Angole mogli mieć trzy nad polem bitewnym, Królotwórcę, no i wiecie inne tam takie, a ja dostałam sobie dwa.

I w końcu paczkę priorytetową z Polski po 3 tygodniach.

Cuda widać się zdarzają, ale pogoda jest nadal zwyczajnie dziwaczna. Męcząca. Nie wiecie co zrobić, nie wiecie co się dzieje, nie wiecie dlaczego kto, co i jak, i po kiego to zrobił, ale jednak… Jest ciepło. Wilgotnie niczym w jakiejś Amazonii, a jednak… nie tak gorąco. Zasadzacie cebulki kwiatów, czekacie na wiosnę, która musi zaatakować, chyba  że jedna mrozik wróci? Ale czy na pewno?

I mgła.

Ta dziwna mgła dzieląca Wyspę na dzielnice. Przesuwająca się za tobą, opływającą cię dookoła, ale jednak nie będąca w tobie, nie pozwalająca tobie wejść w siebie… mocno namokrzoną. Jakby wszystko było wyłącznie wodą. A przecież wieje, więc dlaczego wiatr nie wysuszy wszystkiego? Jak to się dzieje, że się nie dzieje to, co zwyczajnie dziać się powinno? Ale przecież wszyscy widzicie, że z naturą dzieje się coś innego, męczącego, sprawiającego, że wasze ciała się dręczą… Nawet ziemia już nie odpoczywa. Co jest z tym oraniem zimą? Widziałam nawet kolesia przycinającego trawnik, innego czyszczącego żywopłot?!! O co chodzi?

Czy już nie odpoczywamy w ogóle?

Nie pozwalamy nawet ziemi odsapnąć?

Spacerując po plaży rzadko bo rzadko, albo i nieczęsto, azaliż znowu nie tak sporadycznie, ale no ostatnio… bynajmniej, no możecie natknąć się na trupa. Nie mówię oczywiście o największej sensacji zeszłego roku, czyli rozczłonkowanych zwłokach, zwariowanym naukowcu od rakiet i dziennikarce do których należały członki… ale o ptakach. A czasem i przesuszonej rybce, albo wyłącznie szkieleciku. Może to tylko głowa? A może jednak tylko same ości przyczepione wciąż do kręgosłupa i ogona… Znajdziecie je. Bo to natura w końcu.

Jak mówiłam, nie zdarza się to często, bo po prostu wszystko szybko jest sprzątane przez ludzi, którzy poszukują takowych truchełek w celach artystycznych, tudzież przez same zwierzęta, które poszukują doznań smakowych… czy jestem dziwna, że je fotografuję? Możliwe, ale one są piękne i w końcu mogę je sobie obejrzeć. W końcu mogę poznać ich, może wyłącznie zewnętrzną, ale jednak urodę… pióra wciąż świeże, dziób zamknięty, a może rozwarty i te wypustki przypominając zminiaturyzowane, rekinie zębiska. Jakie to wszystko jest piękne, barwen. Takie podniebienie ptaka, którego rodzaju nawet nie rozpoznałam, bo w połowie leżał w piasku i wodzie… mieniące się różnymi barwami. Te pióra, jakby wciąż unoszące się na wietrze…

Śmierć i życie.

Jajko rozbite, w połowie zjedzone.

Natura… coś, do czego trzeba się przyzwyczaić. Po prostu. Bo inaczej zwariujecie. Oczywiście, że człekowi robi się przykro, ale nie możemy wszyscy żyć, którzy się narodzili. Nie ma takiej możliwości.

Nie ma po prostu takiej opcji…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kanibalska propozycja… została wyłączona