Pan Tealight i Skały…

„Leżą i się grzeją.

Grzeją się i promieniują.

Czasem coś w ich załamaniach wyrośnie, czasem korzeń je rozwali nawet, procesy wietrzenia kombinują, no ale… to trwa. A co, jeśli skała chce makeovera i to teraz od razu? No co ma zrobić?

Udać się do Redułing’u Erałndplejs’u.

Bo widzicie, wyrosło coś takiego na Wyspie.

Coś bardzo mało oficjalnego, coś szeptanego, coś prowadzonego przez byty, które spoglądają na Wiedźmę Wronę Pożartą z tym dziwnym uśmiechem. Nie szyderczym, ale jakby spotkały znajomego, który jednak, jak dobrze wiedzą, jak niesamowicie są tego świadome, nie lubi sie socjalizować i właściwie lepiej go do tego nie zmuszać, więc wiecie, nie zmuszają i tyle…

Miejsce wybrały oddalone od wszystkich.

W pięknej, malowniczej małej, białej chatce z czarnymi, drewnianymi wykończeniami. W sadzie, z płotkiem mocno ruchawym, oczywiście zaraz nad skałami, nad morzem, żeby wiedzieć i widzieć. Żeby się wciąż uczyć, choć podobno były ich częścią, dlatego tak dobrze znały się na swojej robocie…

Dusze kamieni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Knurowi za miedzą dostała się kobieta.

Znaczy no wiecie, każdy ma sąsiadów takich lub innych, my mamy wiatrak, a pod nim knurka. Świetny zwierzak. Gigantyczny świń ze zwisającymi penisami po bokach ryjka. Pewno taka rasa, ale wolę o tym nie myśleć. Trzeba przyznać, że jak zwykle wychodzi na to, że koń nie będzie tak przyjazny jak zwykła świnia.

No serio.

Jak piesek!!!

Oczywiście, że zdaję sobie sprawę ze świńskiej inteligencji. No i obycia też. Bywałam na wsi, bawiłam się z prosiaczkami, a co najważniejsze znałam mądrych ludzi, którzy wiedzieli jak zwierzaki traktować, jak je szanować i jak… jeść. A tak. Koń miał być wybiegany, krówkom dupki obczyszczone, a świnki nakarmione. I tyle. Zawsze nakarmienie zwierzaka było najważniejsze, przed człowiekiem i zawsze miało to być jedzenie dobre. Człowiek karmiony był potem, bo dobrze wiedział, że bez zwierzaków umrze. Nie będzie miał nie tylko konia, który pomoże mu w orce czy zawiezie do kościoła, ale też i żarcia na zimę. Czy nawet i towarzystwa. Nie wiem dlaczego współczesny człek tak zatracił kontakt ze zwierzętami, no ale… zatracił. Kto jeszcze ma babcię czy ciotki na wsi? Ale wiecie, takiej prawdziwej wsi?

Kogo z was zaskakują kozy, owce i krowy, które na Wyspie pląsają sobie radośnie i wolno zostawiając kupy dookoła?

Ale jak się mieszka w Melsted, to człek jakoś tak ma te dwie krowinki, prosiaczki, wiatrak i kilka owiec. A ostatnio są i za płotem gęsi czy śliczne, młodziutkie, białawe kózki. No przecudne. Czy to zoolog? Nie. Po protu mimo braku wody jest rosa i trawie się dobrze ma. A jak się jej ma dobrze, nosz to przecież żarcie jest za darmoszkę, no!!! Kto jeszcze pamięta, że żywiźnie wystarcza łąka… nieużytek, który później można zmienić w pole, bo będzie tak nawiezione.

Kto pamięta trójpolówkę?

Czemu ludzie żrą tak wiele?

Gorąco…

Ale no naprawdę od kiku dni wytrzymać nie można.

Oczywiście wieczorem temperatura sobie spada do ogólnie przyjętej normy jesiennej, ale żeby były takie upały? We łbie się nie mieści. Człek czeka na oną jesienność, a tutaj co? No kurcze pełne lato. Ino bez showerów. Trzeba przyznać, że ten brak wody, ona inność morza, dziwne wypłycenie, brak chełbii, w ogóle jakaś taka pokrętność… brak większych wiatrów i dziwna tajemniczość aury przyszłej… straszy.

No bynajmniej, oczywiście Gudhjem szykuje się na straszenie.

Nie żeby miało być coś nowego… chyba. W końcu zabaweczki wieszają stare, więc czego oczekiwać? Łapania jabłek, cukierków, czekoladek w strasznych kształtach i cenach, i na pewno jakiegoś biegu, no w końcu pro zdrowotni jesteśmy, co nie? Ale czy będą dzieciaki łażące po domach? Może w samym mieście tak, ale na obrzeżach ostatnie widziałam kilka lat temu. Może je kto zjadł, ja się nie poczuwam do odpowiedzialności za ich zniknięcie. Oj nie. Nic z tego. LOL

A jak ten przyszły tydzień przejdzie, to już będzie ogólnie God Jul i tyle.

Bo wiecie, u nas wszystko zaczyna się wcześniej.

Oczywiście poza asortymentem w sklepach zwyczajowych, który ma gdzieś świąteczności. Nawet Lidl nas olewa, choć ostatnio sprowadzili krakowską. No serio. Wiecie, z okazji jakiegoś tak polskiego weeku. Co dowcipne, każdy polish week kończy się tym, że w Lidlu nie ma nic. Już nie wiem, czy nie dowożą, bo przeca z Polski, to kawał straszny, Afryka bliżej… i Chiny, czy ludzie wykupują na pniu i po znajomości i to przed otwarciem sklepów. I to obydwu!!!

Kurde no!!!

Oscypka bym zjadła!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skały… została wyłączona

Pan Tealight i Cholera Go Wzięła…

„No dobra.

Tak właściwie niewielu wiedziało, że z niej nad podziw zazdrosna Cholera była. Naprawdę. Chciała wszystkiego, pragnęła wszystkiego i bardzo pożądała by wszystko ono było jej, ale nie tylko tak. Chciała też by ono wszystko kochało ją, wielbiło i także odczuwało to samo w jej stronę!

… więc mocno było niefajnie, gdy Cholera zakusiła się na ukochanego Misia Wiedźmy Wrony Pożartej. One jej Dzieciąteczko. Paniczątko. Perełeczkę Pierniczoną, Księciunia i ogólnie mówiąc Bożka Totalnego. Wiecie, to cudo wszelakie, co co prawda było wredne, sarkastyczne i przemądrzałe, ale jednak w osobowości małego, polarnego, pluszowego misia kryła się też zaborcza słodkość i cudowność. Pewno wszystko przez te czarne oczyska, ale kto to tam wie… może miał to jednak po mamusi, choć to by tam o to Wiedźmę Wronę podejrzewał.

No więc ona Cholera, co to ją ostatnio Turyścizna na Wyspę przywlokła, i co to się pałętała wszędzie, wkurzając wszystkich i sprawiając, że problemy psychiczne Wiedźmy narastały, plątały się i odbijały czkawką w innych wymiarach… chciała go. Znaczy najpierw zapragnęła. Najpierw tylko podglądała, śledziła w internetach i takie tam. Wiecie, cuchnąca stalkerka, ale w końcu… bo przecież zawsze tak jest, że następuje ono w końcu… podkradła się raz i już była w Chatce, już prawie wyciągała go z leżanki, w której misiek obmyślał zapewne niecne plany…

… gdy coś się stało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia wskrzesza” – … mniam. To jedno muszę przyznać, że z każdym tomem coś się dzieje więcej. Że z każdym tomem ktoś intrygujący odchodzi, ale nie przytłacza naszych głównych bohaterów, ale też… ktoś odchodzi…

I tak jest teraz, więc chusteczki w ruch!!!

Nasi bohaterowie wybywają w zamorze. A tak, właściwie cała akcja dzieje się w Europie. I to całkiem intrygującej Europie pełnej mitów i legend oraz, jak zwykle, czadowych zmiennokształtnych. Niespodzianki sypią się jak wszy z rękawa brudasa i naprawdę trzeba się trzymać. Okay, pewno że niektóre osobowości są aż nazbyt przewidywalne, ale ona jatka… a tak, będzie jatka.

Ale przecież zawsze jest.

Co z naszymi głównymi bohaterami?

No cóż, nie jest najlepiej. Jedno nadal jest z człowiekiem, a to sprawia, że w życiu zmiennych jest się najniższej rangi. No ale… pamiętajmy, że ten nasz człowiek, znaczy ona, ma Zabójcę, przyjaciół i może wciąż faceta. A poza tym cel jest szczytny. Problem w tym, że jej ojciec jest coraz bliżej…

Może zbyt blisko nawet!

Powieść jak zwykle, na jedno posiedzenie.

Połykasz i z przekrwionymi oczami czekasz na więcej denerwując wszystkich znajomych, których próbujesz pętać srebrem. LOL

Pada…

Stukot deszczu o ściany i szyby jest taki cudowny. I jeszcze te szare dni. Może i sporadyczne, a już na pewno nie zawsze i nie do końca, są takie odświeżające. W końcu słonko nie napiernicza po ślepiach, daje się oddychać… i choć temperatura skacze od 5 do 25 stopni, ale… jednak już nie jest gorąco. W końcu. Problem w tym, że tak serio jesieni też nie ma. Z jednej strony pachnie nią, ale liście zielone.

Znowu kwitną rzepaki…

Pola zielone.

Lasy zielone.

Ludzie… raczej nie. Ale jest ich mniej i tak dalej. Wszyscy czekają na ferie, które chyba zaczynają się w przyszłym tygodniu. No chyba raczej na pewno. Czyli zaczną się dynie i cały ten cyrk. A ja jestem tak bardzo nie zainteresowana tym wszystkim. No nie wiem… po prostu mega mnie to nie obchodzi. Może to pochorobowe, a może zwyczajnie człek starał się dopasować, ale jakoś, no serio, dlaczego mam dokarmiać cudze dzieciaki! Na świecie i tak mamy przeludnienie. LOL

Lepiej, dla spokojności tak, popatrzeć na niebo.

Wieczorne niebo jest niesamowite.

Właściwie wszystkiego się po nim można spodziewać. Dziś było czyste, szaroniebieskie. A potem zaczął się spektakl. I to całkiem darmowy. Tak naprawdę nawet nie trzeba było wyłazić z domu!!! Takie okno człek ma i taką przestrzeń za nim i niebo widoczne i drzewa w niecałkiem oddali i pole i wiatrak odmalowany, czarniawy taki… a ponad nimi cudowności.

Niesamowitości.

Pokaz dla każdego, bez ograniczeń!!!

Niebieskość pociemniała powoli, a potem wszystko stało się pomarańczowe.

Ostro, pomarańczowo, owocowo odblaskowe. Jakby nagle opadły nas jakieś pylistości znad pomarańczowej Sahary, a może jednak z wyschniętych obszarów USA, które ten odcień mają jakoś bardziej pasujący? Nie wiem… ale tak to właśnie wyglądało. I jak zawsze trwało chwilę. Jeśli nie spojrzałeś przypadkiem w okno, jeśli zakrywały ci je wysokie budynki, nie zauważyłeś onego fenomenu…

Nie zobaczyłeś też orgii pomarańczowych, wirujących tancerzy.

Bo tak to tym razem wyglądało.

Nie paski. Nie porozrzucane przez kapryśną księżniczkę wstążki, ale właśnie oni. Derwisze w różu. Jasnym, lekko ciemniejszym miejscami, gdzie niegdzie spleceni w uścisku z niebieskościami. Tajemniczy. Chwilowi. Spektakl, który zaraz się rozwieje, choć nie ma wiatru, rozmyje, może i rozpuści… może miejscami opadnie na ziemię i zrodzi małe, różowe kwiatki… może…

Ot niebo, bez zachodzącego słońca, bo ono zajęte gdzieś indziej, ale wciąż niesamowite. Wciąż szokujące, zajmujące. Wciąż… tak bardzo często pomijane. Bo przecież na Instagramie pewno lepiej wygląda, co nie? No i w telewizji pewno je nadają. Choć akurat na telewizji to wiecie, ja zatrzymałam się na dobranocce, więc co ja tam o niej wiem. O niej teraz? Nic…

A gdy znikną derwisze, paski, wstążki, warkocze i pojaśnienia.

Gdy wszystko ono gdzieś odejdzie, nagle, tak jakoś wiecie… z nienacka, przychodzi otulająca, gęsta ciemność. Już nie powolna, leniwa, srebrzysta szarość, ale ona zdecydowana ciemność. Piękna i niesamowita. Wszystko wybaczająca i skrywająca wady, przywary, zmarszczki, blizny i łzy. W blasku świec wszyscy i wszystko wyglądają jakoś tak miękcej, lepiej i młodziej…

I sen jest łatwiejszy… i śnienie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cholera Go Wzięła… została wyłączona

Pan Tealight i Potwór z Bagna…

„Widzicie… ostatnio coś się zmieniło na Wyspie.

I z Wyspą i ogólnie mówiąc pod nią na niej, i po wszelakich boczkach. Pani Wyspy zniknęła i przestała przynosić ciasteczka na poranne herbatki i pomilczanki z Panem Tealightem, Ojeblik – mała, ucięta główka zabukowała się pod Półką Z Książkami i odmawiała udziału w życiu mniej lub bardziej bezkartkowym, Wiedźmy i Księżniczki miały depresję, a Królewny zabukowały się w kokony i postanowiły kiedyś tam odlecieć. Ale jednak nie precyzowały kiedy, gdzie i w jakiej naprawdę formie. I czy to się komukolwiek opłaci…

Za to Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki zaczął nawiedzać Pech Wielce Cholerny. I to już było przegięcie totalne.

Trzeba było coś z tym zrobić.

Ale chyba… nie do końca to, co zrobiła Wiedźma.

Bo wiecie, no ona ostatnio serio miała dość i jak już się pochowała, wypłakała i w końcu dostała leki, to zwyczajnie, najprościej w świecie zlokalizowała skurwiela i najpierw chciała kulturalnie, ale zobaczyła ten wypasiony jego, drewniano-kamienny mansion, ten widok, taras i basen… może nie olimpijski, ale znowu się zrobiło ciepło, więc wiecie… Potem zobaczyła jego, spasionego, brzydkiego skurczybyka z brzuchem na wierzchu i zarostem… Chciała go skopać. Chciał skrzywdzić by poczuł jej ból…

Chciała…

Ale no przecież nie tknie takiego spoconego… miał nawet pryszcze dookoła sporych miseczek cycków…

… więc uciekła.

Czyli jak zwykle właściwie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyspa się zmienia ciągle.

Jest nieustającym przykładem na to, że natura ma gdzieś człowieka, a wszelkie próby jej ograniczania, obmacywania nadmiernego, niszczenia i tym podobnych zachowań ludzkich, naprawdę nie są okay. I zawsze, ale to zawsze kończą się źle. I nie chodzi mi tylko oną suszę, która wciąż jakoś tak wisi w powietrzu. Bo nawet jeżeli popadało trochę nad ranem, to wszystko jakoś tak wygląda na skonfundowane onym deszczem, że właściwie nie wiem… dobrze, że padało, czy jednak niezbyt dobrze?

Niby wody w rzekach przybiera, ale wszelkie stawy i tereny podmokłe wciąż zdają się być znacznie podsuszone. Znajome zbiorniki zawierają może połowę swej zwyczajowej wysokości lustra wody, a te mniej znajome zaskakują swoją… pokrętną nieobecnością. Jest dziwnie. Przede wszystkim wciąż jest naprawdę zielono, ale trawa, choć się zagęszcza, to jednak nie rośnie do góry. Róże może trochę się przebudziły, ale jakoś tak na dziko… stokrotki nadal odmawiają współpracy, a brak stokrotek, to dziw naprawdę najdziwniejszy tutaj.

Wybywając w las, człek nie wie czego oczekiwać.

No proszę bardzo, oto przykład. Idę sobie w znajome tereny gdzie drzewa są dziwnie proste, gdzie kurna nagle oblegają człowieka konie, a z głośnika, niczym napierdalanie Hitlera wybrzmiewa koszmar jakiś… no tak, nagle się okazuje, iż przepisowo zaprzęgi konne, wiecie ta rzymska wersja, mogą sobie tutaj zapierdzielać, a ty człeku właściwie odskakuj i już. No ale… staram się cieszyć lesistością pośród wrzasku megafonów i tych koni. Nie mam nic przeciwko koniom, ale mały koleś w dziwnym zaprzęgu to dla mnie ubaw. Przecież togi nawet na sobie nie ma, no!!!

No więc…

… więc odskakuję w miejsce, gdzie zwykle jest cudne leśne oczko. I mam nadzieję na zdjęcia. No wiecie, dla zdjęć jestem w stanie zrobić aż zbyt wiele. No to robię. Trzymam się gałęzi, sprawdzam, czy nie miękko, człek durnotą nie jest, ale… ale natura akurat jest w zabawnym momencie i nagle tonę…

Tonięcie w bagnistym czymś, ruchomych piaskach, czy jakkolwiek to zwać. Wilgotnym, ale nieśmierdliwym mocno, przerażającym, czarniawym, dzikim i pierwotnym, naprawdę jest jebanie straszne!!! Uwierzcie mi. Nie próbujcie. Chociaż z drugiej strony, jeśli macie jakąś linę, czy coś, to może?

Najdziwniejsze, jak przy trzęsieniu ziemi, jest ona dziwna niestabilność. Wiecie, coś was wciąga, coś pociąga za buty, wlewa się, sprawia, że ciało staje się cięższe, nieruchliwe, coraz bardziej mokre, obłożone mazią, nie wasze już… jakby należało do tego bagnistego stworzenia. Onej potworności, ale jednocześnie i czegoś innego, miękkiego, czegoś, co bardzo ciebie pragnie.

Tak bardzo, że zrobi wszystko by cię zatrzymać.

Wszystko.

Ale najdziwniejsza jest ziemia.

Ziemia, która nagle nie jest czymś stabilnym, która zadaje kłam powiedzeniu o tym, iż należy stać na niej twardo, pewnymi nogami, która… nie jest już czymś twardym, ukształtowanym. Której bliżej do wulkanów… no takie mamy ostatnio podłoże w wielu miejscach Wyspy. Niepewne. Jakby odbijało to wszystko, co dzieje się w ludziach. Ten niepokój, strach, a może i wkurw?

Może tego najwięcej?

Jak wydostałam się z bagna?

Dzięki brzozie!!!

Wielkiej, starej brzozie, która dała się objąć, z której się ześlizgnęłam kilka razy, ale która w końcu, pewno za trzecim razem, bo w liczbach magia też jest, pomogła mi wyjść na suchy, walący końmi teren. Czy ktoś może mi wytłumaczyć co jest fajnego w tych końskich ciągankach? Bo jazdę na koniu rozumiem. Wymaga od człowieka pracy nóg, człek łączy się ze zwierzęciem, obecne jest tutaj zaufanie, a często i najprostsza, głęboka miłość… no i ładnie las nawożą… Serio! Koń to w końcu przecież zwierz, co biegać lubi i jak wuj mawiał, wybiegać szkapę trzeba, ale ciągnięcie onych powozików?

To jest po prostu hilarious!!!

Mega hilarious!!!

Jak ja ociekająca błockiem, ściągająca portki na poboczu i wracająca do domu w gaciach. Tia… koń na pewno się uśmiał. I to nie jeden!!! Ja też postanawiam się z tego pośmiać. Bo strach był zbyt wielki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potwór z Bagna… została wyłączona

Pan Tealight i Potworności…

„Właściwie, to dlatego to całe Halloween?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która uwielbiała kurhany, grobowce, pola cmentarne i wszelkiego rodzaju cmentarzyska… która uwielbiała przebywać z tymi umartymi na amen, ale tymi, którzy jej nie ranili wyłącznie, naprawdę nie pojmowała uwielbienia świata dla czegoś zwanego Halloween. No serio… te dzieci łażące po domach? Domagające się słodyczy? Nosz kurna chata! Wiedźma se sama kupić nie ma za co, a obsługiwać innych gówniaki ma? No niedoczekanie wasze… won ofiary bogom i wszelkim przodkom składać, a nie dla siebie.

Tosz przecież to chamstwo, tak za życia to robić!

Serio!!!

No sami pomyślcie. Jeszcze gdyby przyszedł do was duch, czy kościuch jakiś, to można zrozumieć, ale to? Przecież no umarłym obiatę złożyć należy. Dary jakieś Bogom Zapomnianym, no ale żywym? Ekhm… przecież to nie ma sensu. Wspominanym umarłym, tym, którzy wciąż jeszcze w pamięci, a potem… no widzicie, to po prostu jest nielogiczne! A Wiedźma Wrona Pożarta lubiła logiczność.

Bardzo.

Może i nawet kochała… w przeciwieństwie do dzieci. Do tych czuła ostatnio ino wkurwa. Omijała jak najdalej, a one i tak raczyły ją swoimi bakcylami i wirusami. Widać wiecie, lubiły ją czy coś?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i kolejny tydzień.

Znowu piątek, sobota… i tak dalej. Że też nie da się tego zatrzymać choć na chwilę, wiecie, by popatrzeć na spadające liście i poczytać książkę? Dlaczego? W końcu popatrzeć na korę, jak ślicznie się marszczy, jaka jest poznaczona przez pajęczyny połyskujące w świetle dziwnego, jesiennego słońca. A potem uciec, bo nagle świat się rozpadał. Ale leciutko tylko, wiecie, nic wielkiego, nic…

Wyjść na spacer, zapatrzyć się na te chmury, które w końcu sprawiają, że niebo nie jest już nudną niebieskością, ale całą mieszaniną odcieni i barw. Szczególnie jeśli wybierzecie się do miasta. Wiecie, szukać tego tam Halloweena. Nie żeby mi zależało, ale czasem mają takie zabawne rzeczy, że człek w końcu rozumie jak udekorować sobie chatę. Taki szkielet w szafie zamiast płaszczyka, to też po prostu najlepsza inspiracja dietetyczna! Może lepiej wyglądałby w lodówce, jest i taki zestaw. Ale prawda taka, że jeśli czegoś chcecie, na przykład najdzie was na imprezę straszącą, to nie rozwiniecie się nadmiernie. Aczkolwiek w Tigerze są sztuczne kaktusy. Słodkie kubki kaktusowe i takie tam. Pozostałości po lamowej serii i maski i jeszcze wszelakie dodatki bardziej podchodzące pod Dia de los Muertos niż zamerykanizowane szaleństwo, no ale… nabyłam sobie gościa wyskakującego z pudełka.

Bo tak…

Żeby się uśmiechnąć choć raz, choć na chwilę…

Są wszelkie dziwactwa zwykle nikomu niepotrzebne, są i takie, które mogą się przydać. Są, co najważniejsze, ceny, które nie przerażają i lampka w kształcie siedzącego jednorożca, co się świeci. Ekhm… no wiem. W Netto to co rok temu, w zwykłych sklepach właściwie nic. Upadek wszystkiego rozpoczęty kilka lat temu… postępuje.

Niby z jednej strony normale… no przecież to małe miejsce, mały wiat, ale chcieliście tych turystów rok cały, więc zabawiajcie ich! Dynie porozstawiane w wielkich pudłach nie krzyczą: weź mnie!!! Tak serio, to czy w ogóle ktokolwiek je jeszcze rzeza? A w ogóle, czy zjada? Bo ja nie gustuję.

Wolę kalafior, wiecie, ale bez świeczki!!!

Przeskakując do drugiego sklepu w stolycy, czyli wiecie… Søstrene Grene – człek wątpi już w one wszelakie straszenia i czy kogokolwiek to obchodzi. Nie no, pewno, że mają słodkie rzeczy, ale jednak, kurcze, jednak z tych straszących ino pojedyncze naklejki, zawieszki i kule z duszkami, które przypominają twory bagienne pokryte trądem czy poparzone przez mutanckie pokrzywy. No naprawdę!!! Ale jeśli marzy się wam jakiś handmade, to musicie tam zajrzeć. W końcu sklepik w Hasle nie jest jedynym dla takich, ekhm… ręcznych robótek wszelakich.

LOL

No ale… weekend.

Człek odbębnił w piątkowy wieczór pogoń po sklepach, bo to rzeczywista pogoń jak kończycie robotę późno i możecie w końcu zwyczajnie wrócić do domu. No przecież sklepy otwarte ino do wczesnego popołudnia w sobotę nie wygonią was z łóżka… Akurat przestało wieczorem padać i chmury przeszły same siebie. Wyglądając jak podarte rajstopy, wiecie, te takie występujące w czasach, gdy one puszczały oczka, no i ono bursztynowe światło przez one dziury prześwitujące i jeszcze te odbicia, rotacje, ono wszystko cudowne. Chciałoby się zatrzymać, zostać tam, dać się może ponieść im nawet. Zmienić się w czysty lekko połyskujący może pył, chmurzastość podświetloną, zmazującą zmarszczki, wydmuchującą troski…

Ale się nie da.

Życie czeka.

I choć wieczór piątkowy taki czarowny, to jednak przemija szybko. A ty wiesz, że robota w domu sama się nie zrobi, że nadgonić trzeba to i tamto i jeszcze w sobotę będzie więcej tych pilnych i najpilniejszych… ech!

Zwolnić trzeba!!!

Teraz!!!

PS. Problemy promowe się nawarstwiają, ludzie są wkurwieni – mówiąc lekko i zbyt ładnie – a i tak muszą pływać onymi trumnami, bo przecież tertium non datur. Nawet dwójki nie dali. Nie wiem dlaczego to taki monopol promowy tutaj mamy, no ale. Obawiam się, że tak serio, to jak zwykle Wyspę wszyscy mają gdzieś. I to mnie wkurwia maksymalnie. Macie ją czcić! A nie obchodzić się z nią jak ze zbędnym akcentem modowym. Ponosicie, bo modne, a potem wyjebać chcecie toto prosto do kosza… zawsze tak jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potworności… została wyłączona

Pan Tealight i Knurysław…

„Stoi taki i kurcze…

Widzicie, Wiedźma Wrona Pożarta to zawsze chciała pieseczka, no ale. Wiadomo jakie to na Wyspie są podatki od psinizny, więc… no liczą, nie licząc i uogólniając, musiała obejść się smakiem. Za kotami nigdy nie przepadała, nawet w postaci smażonej, więc to nie była opcja. Chowańca miała dwunożnego, ale jednak wiecie, no pieseczek to było coś. Taki włochaty i czadowy…

Albo wersja obrończa.

Wielki, mocny, no dobra, też włochaty, taki w formie mniejszego niedźwiedzia, z pazurami odpowiednimi i oczywiście zębiskami. Wiecie, wilk, ale mutant bardziej. Oj tak, o takim zawsze marzyła. Chociaż taki malutki, kochana przylepka o dziwnym wyrazie pyszczka, który to nie chce łazić, szwendać się, i ma swoje wygrzane i wymoszczone okruszkami, całkowicie autonomiczne, miejsce na sofie… no przecież, taki rozmiękczacz serca to też byłoby coś!!!

Ale nie miała pieseczka.

Nie.

Nie było też możliwości, by miała, więc gdy w sąsiedztwo wprowadził się Phil Knurysław, jako tak między nimi kliknęło. Wiecie, on to tam zawsze chciał mieć człowieka. No jakby co, wiecie, przewidywalne mniej lub bardziej zombie czy inne tam apokalipsy wegańskie, to gościa zjeść zawsze można… a i pogadać z kimś głupszym miło czasem. Kimś, kto jabłka przynosi i myśli, że podbiegani do niego i łaszenie się, to taka przemiła, roztkliwiająca sprawa i tak dalej…

A ona?

Wiecie, prosta kobieta przynosząca jabłka… cieszyła się ze swej niewiedzy chyba…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Po kilku miesiącach posuchy mogłam sobie pozwolić na książki.

Powiem wam, że to było trudne, ale teraz jest… trudniejsze. Oto jak działa umysł człowieka z depresją i stanami lękowymi. Dostaje to, czego chciał i oczywiście zaczyna się bać… a może to wciąż powikłania chorobowe?

A może zdrowieję?

Kiedy ostatnio patrzyliście na niebo?

Na to niebo teraz, niebo wczesnojesienne. Niebo, które zaskakuje szarością i ciemnością otulającą człowieka jak ciepły kocyk. Wiecie, jak wtedy, gdy było się dzieckiem i Babcia odbierała cię z dworca kolejowego i miała zawsze ze sobą tę wielką chustę. Ciężką i mało wygodną, ale pachnącą nią, pachnącą bezpieczeństwem. I choć człowiek był zaspany, bo go zerwali, bo jechał dzień i pół nocy, to i tak, jakoś, w półśnie, po prostu szedł. I choć było mu zimno, to jednak czuł się szczęśliwy. Takie są te wieczory teraz na Wyspie. Takie wspomnieniowe, mocno rozczulające… roztkliwiające.

Po słonecznym dniu jak wczoraj, niebo nagle poszarzało.

Nagle w powietrzu pojawiła się wilgoć i wszystko się oziębiło. Wiadomo, że nadchodzi mrok, a raczej stoi za rogiem gotowy wyczuć, kiedy najmniej się go spodziewacie i na was skoczyć. O taki z niego żartowniś!

No po prostu osobowość lekko psychotyczna!!!

No ale. Wolno mu, bo przecież niczego mu nie zrobisz. Czeka tak i razem ze mną patrzy na chmury. Takie brzoskwiniowe, niczym wata cukrowa, ale lekko już wiecie, popluta… taka, co się powoli cukruje na brzegach. Najlepsza!!! A niebo szaro-błękitne. Spokojne. I tak się w nie patrzysz i się gapisz starając się nie mrugnąć, co może się udać, bo wiatr właśnie ucichł… pewno tylko na chwilę… Ale w końcu mrugasz i chmur już nie ma, a ciebie otula ona szarość bardzo szybko zmieniająca się w noc.

Tak szybko…

I robi się tak jakoś zupowo. Tak jakoś, jakby nagle mieli podać wrzącą pieczarkową z grzankami. Jakby ona cudowność domagała się tylko ognia w kominku – sorry, w moim tylko świeczka się pali, więc musi wystarczyć. I wystarczy, ale przemyślmy włączenie ciepełka… bo poniżej 10 stopni, to już raczej chyba zimno?

Co nie?

Jesienność jak na razie jest piękna.

Chociaż liście wciąż jeszcze trochę się buntują, to to światło, ten aromat powietrza, one dzikości na trawniku. Już nie tylko spiskujące sarny, czy spotkania na szczycie zajęcy i srok, ale i podrzucane mi pod drzwi piórka. Hmmm… czy to za te wywalone brokuły? No co, lekko przywarły, więc… się podzieliłam.

Ten spokój, tak sporadycznie zakłócany.

Właściwie, jak sąsiadowi niszczycielskie zapędy nie walą na dekiel, to serio, nie jest źle. Drugi sąsiad może sobie kaszleć, la mnie to już jak rykowisko. LOL Popatrzę sobie na brzozę za uliczką, na te kolory, na te promienie przez nią przenikające. Na to niebo błękitne, chmurzaste czasami i słońce pojawiające się z tak innej strony. I księżyc, który znowu zanika i jeszcze, jeszcze może coś…

Coś nieopisywalne, właściwe tylko Wyspie.

Takie, jak ta chusta Babci.

Nie da się ukryć, że lubię jesień i zimę. Kocham je. Podobnie ciemność, świeczki, ogień. No dobra, lekka piromania też się kłania. Kocyki, grube skarpety. No i długie szaliki i jeszcze może bluzy z kapturem? Chociaż te akurat noszę przez cały rok. Mam gdzieś modę i inne tam… jak przegrzanie. LOL Po prostu uwielbiam niepocenie się. Naprawdę. I jakoś tak brak opalenizny mi odpowiada.

Bladość jest the new black! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Knurysław… została wyłączona

Pan Tealight i Pierwsze Zjulowienia…

„Bo przecież kto mógł jej zabronić?

Zresztą, to jak wyrwanie dziecku cukierka!!!

Nie no, nie żeby mieszkańcy Sklepiu z Niepotrzebnymi mieli coś przeciwko zabieraniu tłuściutkim bachorom ich słodkości, tudzież smażeniu ich odnóży krągłych, szczególnie Księżniczki i Królewny w ramionach PMSa… ale jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki… Czekająca Na Pożywienie, w rzeczywistości była jednym z tych osobników, którym nie można było tego akurat odebrać. Cukierki by oddała, albo wypierniczyła d kosza gdyby poczytała skład, ciastka podobnie, ogólnie żarcie możecie brać, ale jej świąteczność, skomplikowaną i ogólnie mówiąc dziwaczną, całoroczną właściwie – w końcu kalendarz adwentowy składała rok cały… przez cały rok czekała cierpiąc poty lata…

… więc nie mogli, to było jakby wrośnięte w nią, więc jednak… nie dałoby się chyba nawet, co nie? No naprawdę?

Nigdy w życiu!!!

Dlatego spoglądali i bardzo często nawet jej pomagali.

Po prostu.

Bo w jakiś pokręcony sposób to wszystko sprawiało im radość. To, że ona się cieszyła. To, że miała coś, co było kompletnie i tylko jej. Że nie dawało się jej podrobić. Zresztą, kto by zniósł taką presję? No kto?

Bycie Wiedźmą Wroną musiało być…

… cóż, przynajmniej trudne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiecie…

Z jesienią to tak jest, że człek patrzy i patrzy, no jak z wodą w garnku, patrzy a ona się nie gotuje, odwraca się, a woda spalona. Hihihi… No serio, zawsze tak jest z jesienią. Człek patrzy na liście, na drzewa, patrzy i jęczy, że kurcze, jeszcze nie, że kurcze no kiedy? Że niby już, ale jednak nie już?

No więc właściwie tak się dzieje w tym roku.

Człek przez tydzień przychorzał mocniej, a tutaj wiatr liście w sporej części zabrał, wszelaka kolorowość się spojawiła i oczywiście czas na kolejną odsłonę Jabłkowego Dnia w Melstedgaardzie. Było… jak zwykle. Nie oszukujmy się, nie lubię zlotów ludzkich, a dodatkowo wczoraj tak wiało, słońce chmury zasnuły i tyle. Ale… po raz pierwszy od lat kilku były JABŁKA!!! A tak, wielką tajemnicą onego dnia od lat chyba 3 był brak jabłek. No wiecie, pośmiali się wszycy z tego, ale jakoś widać w tym roku ktoś poszedł po rozum do głowy, tudzież po jabłka po Wyspie i coś skołował. Dwa i pół stoiska z jabłkami. No wiem, nie brzmi dumnie, ale były. My oczywiście na migdały i po miód. Bo miód na Wyspie jest niesamowity.

A człek wciąż słabujący…

Jak z okazji każdego darmowego wjazdu tłok niemożebny.

Wszyscy przybyli.

Każdy oczywiście pojazdem, więc droga główna i nasza ulica, totalnie zatarasowane. Bo wiecie, jak jeden idiota, to i inni idiota. W końcu tutaj już ktoś stał, więc i ja Brutus, a że nikt nie będzie mógł przejechać, toż przecież ja tutaj nie mieszkam, co mnie to obchodzi, ja tutaj na event przecież!!! I tak to się kończy. Zawsze. Bo u nas nie parkuje się na chodniku.

Oczywiście to rzecz chwalebna i tak dalej, ale jednak…

Nosz kurde no!!!

Na Dniu Jabcoka…

Ekhm, no dobra na Dniu Jabłka…

… to wiecie, nie tylko wariaty mający gdzieś prawa drogowe. Nie tylko osobnicy o kulach prowadzący dwa psy jednocześnie i oczywiście wpadająca w inne osoby mocno mało sprawne, które też mają psy… i szczekanie, lamenty i tak dalej. Przede wszystkim spotkania, drewniani rzeczy, trochę warzywek, miodek i takie tam. Oczywiście przede wszystkim można sobie obejrzeć muzeum za darmochę. Oczywiście jak pojedziecie na polską wieś, taką dawniejszą, to znajdziecie to samo…

Tak, można się wozem przejechać.

Nie konie nie zdychają.

Oczywiście można też dokonać ekologicznych i strikte patriotycznych dookolnie zakupów. I to jest super. Na przykład w tym roku zaskoczeniem był pieczony prosiak! A tak i to cały! Jak ktoś miał ochotę, to oczywiście mógł i tak dalej. Znaczy mógł z chlebem z pieca i sałatką i czym tam jeszcze. Była i kiełbaska, więc nie ino jabcokami… jabłkami się znaczy, człowiek żyje. Może też sobie nabyć roślinkę.

Pewno, że tak serio to niewielka rozrywka.

Całkiem i w ogóle.

Wiecie, wiejskie klimaty i aromaty, ale jak dla nas, to raczej coś, co zwyczajnie widzimy z ogródka. W końcu mieszkamy pi drzwi oko na przeciwko. Ale jak ktoś chory, to nie powinien wybrzydzać. Czy raczej rekonwalescent, no ale… semantyka. Człowiek wyłonił się z oparów antybiotycznych i był na zewnątrz.

Zewnętrze jest fajne…

Bardzo.

PS. Rano znalazłam srokę gadającą z zającem pod drzwiami mojego tarasu… nadal uważam, że coś kombinują. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierwsze Zjulowienia… została wyłączona

Pan Tealight i Rękawiczka Cnoty Prawdziwej…

„Leżała przy ścieżce.

Jakby na nią czekając.

Niczym jakieś porąbane wyzwanie, którego Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki – odrobinę na odwyku – miała gdzieś i nawet nie chciała zauważyć. Znaczy onego wyzwania pradawnego, zawartego w rzuconej rękawicy. Trzaskającej kogoś w twarz, rąbiącej w potylicę, czy też jakoś tak… w ramię?

Nie no, oczywiście że najlepsza byłaby metalowa taka. Wiecie, jak w „Facetach w rajtuzach”, jak mu Robin nią przyjeb… znaczy dotknął go gwałtownie, znaczy tego tam czarniutkiego szeryfa z N. No wiecie, nie mówcie żeście nie oglądali!!! Toż to the must to watch!!! Mocno!!!

Ale…

Leżała.

Taka wiecie raczej zimowa mocno, z materiału nic nieprzepuszczającego, tudzież ogólnie mówiąc dobrego do lepienia bałwana, ale nie tykania człowieków. Z jednym palcem oczywiście, bo wiecie, takie są o wiele bardziej wymowne i maksymalnie, naprawdę dosłownie, niebezpieczne!!! Tak naprawę przecież nigdy nie wiadomo, czy ten piąty palec jest tam, na swoim zakrytym miejscu. I czy w ogóle dany osobnik posiada pięć palców… a może tylko sobie wypchał paluszek, a może tą drugą część? No kurcze, ta niewiedza zawsze jest dobijająca.

Bo może tam jest głowa?

No ale… leżała tam. Tajemnicza… niepodniesiona?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje, szaleje, a potem cisza.

Pustka dziwna w ogólnej dookolności.

Wyspa oddycha mocniej, a potem wszystko się zmienia… i znowu wieje. Wiecie, niby codzienność, ale jednak. Ale jednak za każdym razem to zaskakuje. Za każdym razem człowiek czeka na to, jakoś tak podświadomie, może dziwnie, ale jednak czeka całym sobą właśnie na oną naturalność. Ale wciąż nie pada. I choć to porąbane, to jednak wciąż trzeba podlewać kwiatki.

Tylko te w doniczkach, ale jednak trzeba.

Ech…

Jesienność przemieniła się raczej we wczesną zimowość. Temperatury są zaskakująco niskie jak na koniec września i to miejsce, ale jednak. To nagłe przejście z wysokich temperatur na takie lekko mroźne, to mocny szok. Ale przecież takie rzeczy dzieją się wszędzie, czyż nie? Przynajmniej nie tsunami. Ale z drugiej strony, to kurde nie wiem. No nie wiem… tęskni mi się za tymi porami roku, które były bardziej znajome, określone. Gdy burze kończyły się w lecie, a grzmienia zimowe nie były zwyczajnością. I gdy po deszczu pachniało jak należy, a nie… brakowało wody z góry.

Przyroda przyrodą.

Jestem naukowcem, wiem że tak było zawsze, ale człowiek żyje krótko, więc tyle zmian doświadczone przez osobnika w jego krótkiej egzystencji, to raczej coś niespotykanego. Ale dla nas wszystkich z tych czasów, widać one zmiany przyspieszyły. Taka tam inność i tyle. No i kilka wybuchów atomowych za życia. Kurcze. A może i nawet kilkaset? Kto to tam wie, co oni wyprawiają w tym naszym podobno świecie?

Myślicie, że to już jesienna melancholia?

Ale ja nie miewam takowej!

No bez przesady.

Nigdy nie miałam. Mam letnią, ale nie na ciemność, wszelaką i oczekiwanie na zimę i zdjęcia i jabłka. No dobra, te dynie mnie jednak nie kręcą, a i Halloween jako takie nie, ale… kurde no. Może to i melancholia? Kurde, kto to tam wie? Może i człek się tak mocno zmienia na starość?

Czas goni…

Koniec września. Nosz kurcze, kto mi ukradł cały wrzesień? I kiedy to się stało? Jak nie przyuważyłam skubańca?

No naprawdę.

Ktoś też ma takie wrażenie?

Sierpień w końcu wcale nie był jakoś dziwnie przydługi. Nawet względnie normalny bym rzekła, ale jednak, kurcze, ale jednak… może to kolejny spisek najbogatszych i coś na nas testują? Właśnie tutaj, na Wyspie? Bo wiecie, jeśli chodzi o Tubylców, Autochtonów i Turyściznę cuzamen do kupy, to są to intrygujące świnki. Bardzo a bardzo intrygujące. Wyniki mogłyby być zaskakujące. A może i nawet porażające!!! Może sprawiłyby, że bogatsi staliby się bardziej bogaci, a reszta zęby w glebę jak zwykle? No bo nie oszukujmy się, przecież tak jest zawsze.

Pewne rzeczy się nie zmieniają.

Niestety.

No ale, święta idą.

Radujmy się! Przecież u nas wszystko jest wcześniej!!! A u mnie to już w ogóle. Wiecie, w ogóle się nie kończy. Bo przecież kto mnie capnie? Bo przecież co? Zabronią mi? Co ja nago latam wymalowana w Mikołaje Nieświęte? Wiecie, może i bym mogła, no kto by zauważył? He he he!!! Nawet ten nadzwyczajny przypływ niemieckiej Turyścizny jakoś nas nie zapełnia całkowicie. Nas się nie da zapełnić. Znaczy nie da się nas zapełnić w wszelakokichkolwiek miejscach.

Wszystkichkolwiek?

Znaczy wiecie, wszędzie.

Bo zawsze jest jakieś miejsce, które można mieć tutaj tylko dla siebie.

Zawsze…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rękawiczka Cnoty Prawdziwej… została wyłączona

Pan Tealight i Ogon ona ma…

„No właściwie…

Wiecie, nie tajemnicą było, że jej dziadkiem pomiot jakiś piekielny, a może i nawet sam Szatan był, więc dlaczego nie? No genetycznie by chyba pasowało, co nie? Skrzydełka jeszcze do tego, może i raciczki… nie no, może akurat raciczki to niekoniecznie, ale kurde, te skrzydełka!!!

No ale…

O co chodzi?

A o to, że Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki ogonowa jej własna kość rypała jak wzrastający ząb mądrości. Wiecie, już się nie wyżynający, ale zaskakująco wciąż opuchnięty dookoła, wciąż męczący, bolący, nurtujący, wciąż jeszcze jakoś pulsujący i buzujący się w górę. Jakby kurna tam jeszcze jakieś miejsce było. Nie no. Dla niego może i było, ale w jej mniemaniu.

Nope!

Mniejsza…

Ona kość ją rypała.

Skóra na tyłeczku, a dokładnie TMI roweczku, zaczęła się robić dziwnie szorstka. Jakby suchsza. Jakby… pokrywała się malutkimi, srebrzystymi łuseczkami. Jakby smoczyła się, a może rybiła? Może jednak zmieniała się w coś całkiem intrygująco innego. Coś nowego, coś niespotykanego jeszcze?

Może…

A może zwyczajnie ogon jej rósł?

Tylko, czy to wiedźmie wypada?

No, pewno jak go sobie nie przywiąże dookoła pasa, czy nie omota gdzieś w pasie, to jak nic ujrzy światło dzienne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I wieje.

Znowu.

Wieje szalenie. Wieczór zapada oczywiście wcześniej, mimo iż wczoraj jeszcze słonko poświeciło nadając wszystkiemu szalone, kosmiczne połyskliwości, wydobywając światło, zwyczajne się bawiąc ze wszystkim i wszystkimi. A przynajmniej tymi odważnymi, którzy wciąż dychają i jakoś tak wyleźli z domowych, czy pracowych pieleszy na dłużej niż droga z i do pracy, sklepu czy też wiecie… szkoły.

Ja nie wylazłam.

Wiecie, chorym wolno nie wychodzić. Nawet jeżeli łapami i odwłokami tęsknią za lasem i podobnymi cudami, chociaż starają się wymknąć, to orrki, ale wiatr nie sprzyja zdrowieniu. Nie pomaga też ciągła dzienna zmienność aury, więc, trzeba siedzieć w domu. Nie da się inaczej. Nawet wyłażenie w śpiworze, jeśli wykorzystacie piworowy kaptur i zrobicie dziury na nóżki i rączki, no nie zda egzaminu. Może nawet, wiecie, polecicie jakoś tak łatwiej? Taki nietoperek specyficzny…

Korci mnie to latanie, ale nie. Choruję już od miesiąca, dość z tym. Trzeba to jakoś z siebie wyplenić, ale… wieści z Wyspy, jeśli chodzi o kaszlenia i zsmarczenia, są oattnio dziwne. Ludzie chorują. Mom zdaniem miała sporo wpływu na to susza, nadużywanie klimatyzacji, a teraz, gdy tylko choć lekko się ochłodziło, od razu załączanie ciepełka. Wiecie, o Duńczykach mówi się, że jak temperatura spada poniżej 25 stopni, to od razu palą w piecach. I to prawda. Pewno są wyjątki, ale…

Cóż.

Ja na dokładkę dostałam zapalenie spojówek, więc miło.

Wiecie… takie bycie wciąż obdarowywanym w te i wewte. Mniam!!!

No dobra, koniec z sarkastycznością.

Wiatry nie są takie dziwne tutaj o tej porze roku. Podobnie cieplejsza pogoda. Ale brak deszczu, nagłe wysuszanie i flary słoneczne już tak. A skąd te flary? Nie wiem, znaczy wiem, wszyscy chrzanili niedawno o nadwrażliwości, znaczy ha ha ha nadgorliwości słońca, a moje roślinki szybko to wyłapują i dostają plam na liściach, więc wiecie… od razu człowiek wie, że lepiej nie spacerować za bardzo.

Ale jak ktoś jest uzależniony, a jesień wiadomo, tutaj mija szybko, to po prostu światło i kolory traci!!!

Boleśnie!!!

Ale wiecie, Wyspa piękna jak tylko ona potrafi! Jej jakoś nie brzydzą ni wiatry ni susze. Po prostu człek odnajduje piękno w innych miejcach, innych ułożeniach traw, innych kolorach i świetle. Tak po prostu.

Ale, nie oszukujmy się, mamy dość suszy.

Dość tępego powietrza, słońca wyskakujące nagle by potem zabawić nas pierwszym przymrozkiem. Po prostu tak się nie da. Potrzebujemy względnej regularności i tyle. A może to tylko ja? Przecież podobno cały świat kocha ino słonko i światło, więc wychodzi na to, ze to tylko ja? Ech, no cóż, musicie jako żyć z moją radosnością z powodu ciemności dłuższej!

Bo ciemność tutaj jest taka, że się za nią tęskni, gdy znika. Dziwnie bardziej miękka, wybaczająca, chowająca więcej niż inne ciemności. Pozwalająca na bycie sobą. Po protu niesamowita. Ale też bardzo uzależniająca. I jestem jej ofiarą. Cieszącą się, że poranki ą ciemne, szarzeją i powoli się nasłoneczniają. Cieszą mnie wiatry, cieszy kiepska pogoda, ale i ta słoneczna, gdy świało trzeba łapać przed południem, jeśli chce się czego więcej. No chyba, że pragniecie inności, to wtedy poczekajcie do siódmej! Oj tak, wtedy przez chwilę szarość zastyga, a ciemność ją podziwia…

To najbardziej niesamowita rzecz na świecie!!!

Porażająca.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ogon ona ma… została wyłączona

Pan Tealight i Ściera Zobowiązania…

„Magiczna i dziurawa.

I w zielono-czerwoną kratkę, krzywo nadrukowaną na białej, a raczej lekko żółtawej, bawełnianej, miękkiej szmatce. Wiecie, taką z już odgryzioną zawieszką. Zawieszką z zielonej tasiemki, sądząc po pozostałych włókienkach. I śladem małej rączki, mniejszej niż skrzacia…

Pojawiła się na parapecie Kuchni Białego Domostwa cichutko, spokojnie, w bezwietrzy poranek… dość późny raczej, tak już po śniadaniu, ale jeszcze przed obiadem. Przed trzecią, ale po drugiej i pół przegryzce. Taka wiecie, niegadająca. Milcząca. Raczej wyprana przez ten świat jak wszyscy w Sklepiku z Niepotrzebnymi, ale niemająca ambicji by zostać ścierą do podłogi. Raczej patchworkiem. Raczej czymś większym, lepszym, czymś co jeszcze zaśpiewa…

Albo choć zanuci.

Nie musi być od razu aria przecież. Nie musi być szeptany melodyjnie sonet, a nawet i obejdzie się bez ballady. Naprawdę. Po prostu nie podłoga. Tylko i wyłącznie nie podłoga!!! Bo to brzmi strasznie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się tak zastanawiam…

Może uznajcie to za teorię spiskową, czy coś, ale… nasza mało uczęszczana droga czasem służy za miejsce dla dziwnego autobusu, który… albo zakręca gdzieś tam i wraca do miasta, albo znika. Serio, czasem znika. A wyjazdu stąd nie ma, tylko pola. Albo… te wielkie ciężarówki z milionami światełek!!! Czy przewożą do nas UFO. Do tego dziwnego buddynku a końcu ulicy, który właściwie nie wiadomo od czego jest, a może jednak chodzi o coś więcej? Może chowają tam jakieś wielkie tajemnice rządowe? Te wszystkie, o które oskarżają na Rosjanie? No wiecie?

Może to wszystko prawda?

Znowu przejechała ciężarówka ze światełkami dziwnie zimnymi. Ledwo właścwie mieszcząc się na szosie… Po co? Dlaczego? Na co? Czy jest w tym jakaś większa tajemnica, kręgi w zbożu i wykrwawione bydlęcia stekowe? No wiecie, te wszelkie dziwne zjawiska całkiem niewytłumaczalne, albo wytłumaczalne w pokrętny nader sposób dla tych, co nie chcą wierzyć, tudzież i wiedzieć trochę więcej.

Wiecie, jednak niewiedza jest bezpieczna!

Bardzo…

Czasem myślę zbyt wiele, bo jakoś między tymi drzewami, skałami i onym wybrzeżem dech zapierającym… między żyłami kryształu w granicie i wszelakich granatów czy ametystów, to przecież musimy mieć coś jeszcze. Nie tylko ten zagubiony skarb Templariuszy, zaginiony piąty kościół okrągły, czy też… żyły energetyczne, które przełażą oczywiście przez Wyspę. No inaczej być nie może, no!!!

Bo czy czasem Wyspa nie zdaje się wam zbyt mało tajemnicza?

Przyznajcie się!

Wydaje się?

A może jednak nie? Może jednak kurcze wielu przybywa tutaj z powodu tajemnic? Wielu jest uświadomionych. Może tajemnice są powodem przyjazdu?

Tak naprawdę Wyspa ma masę tajemnic.

Ale czasem mi się wydaje, że najważniejsze jest to, że je ma. Że można o nich myśleć, dumać, marzyć tworzyć teorie, ale pod koniec dnia pozwolić im pozostać tajemnicą. Po prostu. Zwyczajną tajemnicą.

Bo co w tym złego, by wciąż były ukryte?

Tajemnice?

Tajemnicą nie jest, że od dziś znowu mocno wieje. Wczoraj więc z cieknącym nosem, zaburzeniami błędnik i amokiem w duszy udałam się na spacer w poszukiwaniu jesieni i podłamało mnie ZNOWU ile kolejnych drzew zamordowano. Bo ostatnio to właśnie drzewa opłakuję najgłośniej i najbardziej. Przykro mi, ale ludzi już nie. Jakby tak naprawdę nie mieli sensu i znaczenia.

Jakby to wszyto już nie było ważne…

I wczoraj było słonecznie, poruszył mnie widok wyciętych drzew i malutkiej ilości wody w Gråmyrze i te ostatnie lilie, które pewno zaskoczył przymrozek. Choć podobno był odczuwalny tylko w najwyższym miejscu, ale kto to tam wie. Może poczuły się źle? Bo liście, to tak naprawdę nawet nie zaczęły się kolorowić na inną zieloność. Za to Turyścizna wciąż obecna. Nad resztkami wody wyglądającej jak rozpuszczone, zielonkawe tabletki na kaszel, parki w różnym wieku swym własnym, ślicznie się kotłują.

Widać im zimno niestraszne.

U nas w nocy dobiliśmy do 7 stopni. Wiaterek właściwie pachnie mrozem, co jest… zaskakujące o tej porze roku, ale nie tego roku. Bo co jak co, ale po ciepłej, choć długiej i śnieżnej zimie od połowy kwietnia mieliśmy suszę, która się jeszcze tak naprawdę nie skończyła. I teraz kalendarzowo jest ta jesień, ale wszystko skacze, nie przechodzi płynnie i człowiek czuje to jakoś w kościach. W mięśniach, w duszy, sercu… właściwie wszędzie. I wcale nie jest mu z tym dobrze.

Wcale, a wcale.

PS. Promy dziś odwołane! Wiecie, fale, czyli… ech, nowy promowy dyrektor, znaczy firma cała, znowu daje dupy. I tyle. Jakby serio nie wiedzieli jak Bałtyk działa. Nawet serio nie chce się o tym gadać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ściera Zobowiązania… została wyłączona

Pan Tealight i Pusta fontanna…

„Stoi w Svaneke.

Duża, kolista, z niewysokim murkiem.

Całkiem sucha.

Spoglądająca smutno na pojedyncze drzewa, kilka ławek i wzgórze i morze w oddali niewielkiej, i kilka żółtych domków. I niebieskie drzwi, które jakoś tak dziwnie rozrosły się właśnie dookoła niej. Bo wiecie, to, że pusta, nie znaczy, iż tak naprawdę niczego nie jest pełna. Bo jest pełna.

Duchów.

Jest jak wielki Motel Dla Umarłych.

Przechowalnia, miejsce, gdzie zdechlaka można oddać, odwiedzić, czasem do domu zabrać, czasem znowu nie… ale tylko wtedy, jeśli naprawdę się go lub ją kochało. Naprawdę i do końca. To dlatego tak wielu tutaj przyjeżdża, by tylko pozostawić tutaj, na Wyspie, tych, których się kochało. Wciąż kocha… z jednej strony oczywiście bezpieczne miejsce, można odwiedzić, rachunki są może wysokie, ale da się w ratach, no i wiecie, zawsze można w naturze, bo przecież… ale i odwiedzić można, tak zwyczajnie, wiecie, po ludzku odwiedzić a i jednocześnie pójść na lody.

Wiecie, tak jakoś.

Bo w końcu fontanny nie są tylko od wody. Są i takie od dusz i takie od piasków czerwonych i bursztynowych i jeszcze takie od łez, ale to całkiem inna historia. I lepiej ją rzadko opowiadać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i jest…

Najpierw wrzące wiatry, dziwna pogoda, uderzające fale gorąca, palące twarz… potem lekki chłód i znowu od nowa. Zwierzęta zdają się być podenerwowane. A ludzie, ludzie chorują. Nie wiem jak, ale od miesiąca nie byłam zdrowa. Ta pogoda nas wykańcza. Najpierw ta susza, potem jakiś opad, ale tak naprawdę, przez te wiatry, wszystko od razu zmienia się w parę i nie ma nic. Nic z wilgotności.

Ale jesień robi się piękna.

Wkurza tylko to, że człek z dreszczami, palącym gardłem i ogólnym bólem wszystkiego łącznie ze skórą, no jakoś nie może sobie pójść na spacer. A przecież u nas jesień to mgnienie. Magiczne, niesamowite, przepiękne, przepełnione takimi aromatami, ale jednak krótkie. Wot jest, a potem już jej nie ma. I pozostaje tyko smutek, bo jakoś potrzebuję tych wszystkich pór roku.

Porządnych i namacalnych.

Drzewa zmieniają się teraz z dnia na dzień. Jak zawieje mocniej, to liście opadną i nici ze zdjęć. No chyba się zastrzelę, no!!! Ja chcę w plener, a nie męczyć się z grypą, anginą, czy kij wie czym jeszcze? Naprawdę. Zamiast bólów mięśniowych wolę te obtarte nogi i brudne paluchy. Zamiast siąpiącego nosa chcę kolan otartych i kilometrów w nogach!!! Ja po prostu chcę na spacer!!! Bardzo mocno! Tak niewiele niektórym brakuje do szczęścia, naprawdę tak bardzo niewiele!!! Zdrowie i spacery. I może jeszcze woda, leki i wiecie, sałatka z polskim majonezem, bo bez tego kanał!!! LOL

I pasztet czasem, choć żołądek się ze mną nie zgadza!!!

Dobra, sprawa wyżywienia na Wyspie nie jest najlepsza.

Przez suszę mało co wyrosło, większość zwyczajnie musi zostać sprowadzone z jakiej zagranicy i tutaj… tutaj nie pojmuję, dlaczego nie sprowadza się z onej odległości bliższej? No dlaczego? Oczywiście chodzi o te wszystkie warzywa i owoce europejskie, nie jakie wymyślne cudactwa, które gniją na półkach i przybywają z pająkami, czy innymi tam, wiecie no… wężami.

No ale ta jesień… już tu jest.

Z opadniętymi, dzikimi mniej lub bardziej jabłkami, które nadałyby się doskonale na Kagekonkurance, ale właśnie je odwołano. Bo wiecie, u nas pospolite ruszenie to nigdy nie działa. Jak jest jakaś inicjatywa, no i coś trzeba zrobić, to raczej są plany, a potem każdy patrzy na sąsiada licząc, że on odwali za niego cała robotę. I tyle!!! I jak ci Turyścizniowcy, którzy wciąż jeszcze plączą się nam pod ngami, mają się… no wiecie… rozerwać? Samo Kulturuge im nie wystarczy.

Oj nie.

Tak serio, to gruszki dzikuski też są.

Malutkie, ale serio przesmaczne. Pewno opadną jak one mirabelki, nie zjedzone ni przez ludzi ni przez zwierzaki. Zmienią się w kompost i tak dalej. Tak jak wszystko tutaj co rośnie i owocuje. Wiecie, no może poza hawthornem, który teraz jest taki wielce modny i popularny wciąż… i w ogóle.

Wiecie, on pewno będzie.

Właściwie, jak tak się rozejrzeć, to miejscowi wciąż kryją się po domach, jakby ten nadmiar obcych był wciąż zbyt wielki. A może chodzi o tę wrzącą pogodę? Nie wiem. Golasy na plaży wciąż dostępne, ale raczej nie pływające takie, lecz wiecie, wskakuje toto do wody i zaraz wyłazi robiąc cyrk z suszenia swojej cielesności. Jakby pierun wie jak namokli. No naprawdę. Jak już włazisz, to zostań tam na dłużej.

Od jakiegoś czasu, pewno przez to słonko, wszystko jest dziwnie zamglone. A może to wciąż pozostałości po tych piaskowych podmuchach? Nie wiem, ale doniczki poleciały. Dachy nadal nie są naprawione. Ogólnie mówiąc dziwnie jest. Powietrze wciąż jakieś takie obce, wrzesień pędzi ku końcowi, jakby mu się aż nazbyt spieszyło i nie wiem… czy ja dostanę swoją porcję jesieni, czy jednak ZNOWU nie?

Bo poczuję się oszukana!!!

Mocno!!!

No ale… w powietrzu też pląsa sobie radośnie oczekiwanie na Jul. Ono wyciszenie, które oczywiście zakłóci się jeszcze w naszych październikowych feriach… zwanych potocznie Halloweenem. No wiecie, u nas wszystko tak raczej wcześniej. Raczej tak czasem bardzo wcześniej. No ale… kartoflowe ferie muszą być. W końcu to coś więcej niż tradycja, co nie? No i są takie zabawne.

Kompletnie nie przystając do współczesności.

Może znowu będą biegi za loda?

No co?

Pieczenia ciast nie będzie, bo zgłosił się tylko jeden osobnik i to wiecie do czego… do JEDZENIA! Podejrzewam, że miało tam być jakieś ocenianie, ale wiecie, gorączka, grypa i te sprawy po chińskich wycieczkach, i człowiek nagle wie nic. Poza tym, że skóra pali go żywym ogniem jak gardło, więc może… może tak się pozbyć i jednego i drugiego? No co? Mutacje plączą się po świecie przecież.

Ech… bredzę!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pusta fontanna… została wyłączona