Pan Tealight i Pan Skurczybyków…

„Bogowie się rodzili.

W bólach, wkurzeniach, cierpieniach cielesnych i wszelakich uniesieniach. Tych postrzeganych jako dobre i tych złych. Rodzili się w mgnieniu oka, albo też w bólach i wszelakich przekleństwach, które naprawdę wymagały czasu, by namoknąć, nasączyć się uczuciami. Albo też tylko oszukiwały i zwyczajnie nie chciały wyłazić wtedy gdy inni. Po prostu pragnęli tylko czasu dla siebie.

Rodzili się.

Tak naprawdę nigdy nie tworzyli się sami, choć istniały pewne teorie i Wiedźma Wrona z Panem Tealightem badali to zagadnienie, ale wciąż byli w lesie, więc, tak między drzewami raczej bawili się kolorowymi i spalonymi liśćmi bardziej, niż wiecie, zajmowali się nauką i takimi tam… Chcieli skorzystać z tej jesieni, choć była taka uboga, umęczona, dziwnie sucha, ciepła i naprawdę obolała.

Ale oni się rodzili.

I ludzie nawet nie zdawali sobie z tego sprawy.

A jak się rodzili, znaczyło to też, że będą się wtrącać w życia i postępowania wszelkich dwunogów. Wiecie, psy od dawna wiedziały, że wszystko można osikać, a koty, wiadomo… za to reszta zwierzyńca zbyt zajęta była tym, by przetrwać i miała naprawdę gdzieś tych całych bogów. Mieli swoich, a ci łatwo gryźli i drapali, więc wiecie… lepiej ich nie denerwować.

Zostawiać kości i mięso, ale nie denerwować.

Czcić, ale niekoniecznie spraszać na imprezy rodzinne…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dobra, dość tej przyrody.

Jesień bidulka się nie wybarwi, wiatry wrócą, na zewnątrz ciepło, może i będzie słonecznie, może nie, jedno wiadomo… Jul is coming. Czy będzie zima? Wiecie co, nie widzę tego, a to oznacza, że już mam doła. Ja chcę zimę. No ale. Przecież jak ja coś chcę, to bardziej niż rzadko się wydarza, więc…

Chodźcie na zakupy!

Bo wiecie.

Tutaj jak nie znajdziecie cudów wianków i tak dalej do połowy listopada, to po ptokach. W połowie grudnia to w ogóle rzeczy znikają, więc pozor pozor i szukamy. Oczywiście pierwsza myśl to nasza piękna stolica, Rønne. Mamy tam większość sklepów, w tym te dwa najważniejsze czyi Tiger i Søstrene Grene. Tak jak latającego tygryska zna spora część Europy, tak już sióstr G. nie tak wielu. A to dość specyficzny sklep. Coś jak mała IKEA połączona z kopiami wielkomarkowych, ale tutaj tańszych marek. Czyli szklane kule będą z plastiku, ale też mamy dużo drewna i ceramiki. Oczywiście wszystko do pakowania, DIY jak najbardziej, choć ostatnio uszczuplili malarski kącik. Są gary do kuchni, są i słodycze z dalszych części kraju i tym podobne.

Wszystko z papierowymi torbami i ogólnie szyk fik.

Wystrój typisz skandinawisz.

Naprawdę można się obłowić, ale… bierzecie poprawkę na to, że ludzi w tym miejscu może w tym okresie mniej niż przepisowe 40 tysi, ale jednak oni dobrze wiedzą, że jak coś jest to trzeba brać od razu, więc… niektórzy polują. Dodatkowo na Wyspę dostarczane jest mniej asortymentu i w ilości i w jakości często i w… rodzajowości. No sorry, niektórych rzeczy nie ma w ogóle. Dlatego… trzeba zaczynać wcześniej! Albo zostają wam zakupy przez neta, które przy wiatrach i ogólnej promowej niesubordynacji zdaje się być ostatnio dość ryzykownym pomysłem.

Potem zostaje Nexø.

Oczywiście w stolycy mamy jeszcze kilka kwiaciarni, zaraz, nie czasem jedna? A może dwie, no i są ubraniówki i coś, co jest w Nexø, więc wiecie, wspomnimy o tym teraz. Imerco i Kop og Kande. Dwa sklepy, które trzeba odwiedzić, ale które mogą was mocno walnąć cenami. Pewno, pod koniec lipca będą jakieś przeceny, ale nie takie jak kiedyś. Nic już tutaj nie jest jak kiedyś, jak kilka nawet lat temu.

Nie wspominam Lidla, Netto i Kvickly, czy tych kilku sklepików w niektórych miastach, bo one często… kompletnie to olewają. Już od kilku lat nie ma na przykład rzeczy na Halloween. Z jednej strony to rozumiem, bo kogo to obchodzi, ale z drugiej to dziwne. Wiecie, nobody cares… Warto do nich zajrzeć, mogą czasem zaskoczyć czymś wyciągniętym z magazynów sprzed wieków, ale jednak, niezbyt mocno. No chyba, że styknie wam ser, flaszka wina i musztarda. To jest wszędzie. Lidl oczywiście jak zwykle daje du… znaczy ciała. Są już 3 lata, a od dwóch bardziej powiększają przestrzeń pustą niż oną zapełnioną towarem.

Ale ludzie i tak przychodzą bo wiecie… brak wyboru.

Warto zajrzeć do dwóch księgarni, czyli i Nexø i stolica, i sprawdzić market w Aakirkeby, ale wiecie, nie oczekujcie cudów. Zdarzają się jak wszędzie, ale ostatnio jakby się nie zdarzały, a ból złamanych marzeń jest straszny.

W tym roku nie ma nawet skrzacich drzwi!!!

Jak ja to przetrwam?!!! Co z moją kolekcją?

Cudownym elementem zakupów oczywiście MOGĄ być julemarkety, ale…

Nie wszystkie.

Te najlepsze to ten nad morzem w Sandvig, pod latarnią, no i oczywiście u nas w Gudhjem! W gaardzie. Nie w mieście. Zepsuł się ten z Middelaldercentrecie, ale na spacer za friko tam zawsze warto pójść, zwierzaczki są fajne, więc wiecie, można to potraktować inaczej. Naprawdę fajnie. Są piękne, kapitalne rzeczy, które dostaniecie od złotników i wszelkiej maści rękodzielników, ale tak serio, to lepiej, jak się ich zna i zwyczajnie zagląda do nich tak wiecie, prywatnie.

Umawia się i ma świnkę na szczęście…

To jak? Gotowi na polowanie?

LOL sorry, czasem to tak wygląda. Albo zwyczajnie, nastawiacie się, w gazetce reklamowej jest, a potem w sklepie śmieją się wam w twarz, że chyba was polało… oczywiście, że jak zwykle nie dowieźli.

Promuje w tym Lidl.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Skurczybyków… została wyłączona

Pan Tealight i Wielki Gnój…

„Gigantyczny nawet…

Wiecie, taki dobrze uformowany, z malutkimi wypustkami, z rzędem oczu, czy raczej ocząt? Spoglądających na wszystko i wszystkich z każdego kąta, boczku, górki i dołku… zmiękczający, poruszający, zaskakująco intrygujący, może i upragniony, a jednak, kurcze… no wciąż Gnój.

Ino Wielki.

Może więc dlatego tak bardzo onieśmielający, nawet zniewalający, przerażający, gdy pomyśli się o nim wieczorem jesiennym… Bo wiecie, Wielki Gnój to przecież bóstwo niepotrzebujące wyznawców i pochwał, czołobitności wszelakiej czy darów nawet. Tak wielu jest jego akolitami, awatarami nawet, że się opędzić od nich nie może, więc uciekł… uciekł na Wyspę i zaszył się w podziemiach Sklepiku z Niepotrzebnymi. Tak po prostu, może i bezczelnie.

Jakby wiedział, że tylko oni naprawdę zrozumieją…

Ale oni nie do końca zrozumieli, a potem Ojeblik – mała, ucięta główka, wcieliła w życie swój plan i coś się w nim zmieniło. Żadnej gnojowatości, ino zwykły, rumiany facet zbliżony gabarytami i wystrojem czaszki do Mikołajów Wszelakich, więc… co teraz z ludzkim gnojostwem? Czyżby teraz miał zmienić swoją specyfikację? Specyficzność and OOAK? Stać się… innym?

Naprawdę?

Ale jak poradzą sobie ludzie?

Pewno świetnie. W tym, w onym gnojostwie wszelakim, jakoś ostatnio są najlepsi. Niczym przodownicy pracy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Brzoskwiniowo-różowa poświata…

Ostatnio pojawia się gdzieś ponad horyzontem, za linią drzew, za polem, oświetlając wiatrak… no taki widok z okna mam. Pojawia się i wisi. Smacznie wygląda z tą szarą chmurą nad chatką i lekką szarą grafitowością pomiędzy tymi dwoma żywiołami. Bo jakoś zdają się, są namacalne. Żywe bardzo.

Nie ma jeszcze tych wieczornych kolorów, pożarów nieba, ale jednak czasem można coś zobaczyć. Coś intrygującego, coś niesamowitego, coś… innego. Porwane chmurki, takie, jakich używa się w tych niesamowitych zdjęciach, które powalają wszystkich, a które tak naprawdę nie zaistniały w rzeczywistości, ale wiecie, magia fotoszkopa działa. I ludzie jakoś w to wierzą nie wiedząc, że takie coś zdarza się w naturze. Naprawdę. Widziałam to… z lekko zaróżowionym, jakby zawstydzonym nieboskłonem i zniebieściałą szarością na krawędziach onego zawstydzenia i onymi chmurkami, podświetlonymi słońcem, którego już nie widać.

Które udało się na drugą stronę Wyspy.

Które zaraz zniknie.

Wieczory listopadowe są niesamowite. Krótkie, migają, trzeba je przyłapać, czatować na nie niemal, ale jednak są. Podobnie jak wschody słońca. Uwielbiam właśnie te jesienne wschody słońca. Późne, prawie już wczesnozimowe, więc… więc staram się nimi nacieszyć, gdy są. Ale jakoś ostatnio ich mało.

Czy to za sprawą tej dziwnej, ciepłej pogody, czy jednak suszy ciągłej, czy może zieleni wciąż na drzewach, albo już gołych niektórych gałęzi? Nie wiem. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale na pewno mnie to przeraża.

Bardzo.

Ach, no tak, ciepło znowu jest.

Lekki wiaterek, liście na ziemi. W większości spalone, a rzeką można sobie na spacer iść. Naprawdę. Pewno, że widoki piękne, dół kolorowy, góra dziwnie wiosenna lub naga, i jakoś tak, dziwnie. Niby piękna jesień, ale sucho. Nic nie pęcznieje, nic nie nabiera sił przed zimą. Nic… Jakby nic już nie miało wzrosnąć za te kilka miesięcy. Bo przecież tak to sobie działa.

Woda potrzebna rok cały!

Przyroda wydaje się być taka zagubiona i przerażona. Z jednej strony człek wie, ze starsza i mądrzejsza od niego, ale przecież to nie znaczy, że się nie boi. Że coś tam jej nie leży, że nie czuje, prawda? Bo przecież takie coś, to na pewno nic dziwnego dla natury, ale jednak, może miała nadzieję na to, że już tak nie będzie.

Tak bardzo źle.

Tak, dziwnie.

Tak boleśnie? Wiecie… może miała?

Mrok oczywiście zapada już w okolicach 15tej. Oczywiście, wciąż jasno, ale już słońce się chowa po tej naszej stronie, już dziwnie, ciężko w powietrzu. Jakoś szarościowo. Jakby nagle taka czarniawa firanka, kręta hafciarska sztuczka opadała na Wyspę. Jakby coś nas przywalało. Jakby coś bardzo uniemożliwiało oddychanie… coś, ale i nicość jednocześnie. Jakby… no wiecie, jakby coś. Ono uczucie, przez które chcecie kupić świeczki i zrobić zupę albo ciasto.

Albo… w końcu zeżreć gęsty sos z pieczenią.

No… co kto lubi!

Fajny czas. Gdyby tylko nie te przymusowe internety. No wiecie, to przymuszanie siebie samego do roboty…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki Gnój… została wyłączona

Pan Tealight i Poganiacz liści…

„A ten bacik… kurcze, ten bacik to miał serio wylaszczony.

No na maksa!!!

Wiecie, tak naprawdę nic w jego burym stroju nie było istotne. Nawet te frędzelki i koraliki, nasionka poprzylepiane do tkaniny i malunki na twarzy czy dziwnie długie włosy, którym pozwalał łapać te zbuntowane najbardziej liście. Wiecie, onych rebeli, którzy nie chcieli się poddać jego woli. Ni wiatrom, ni grabiom ni czemukolwiek takiemu… nic nie bylo ważne tylko ten bacik.

Bo jakoś tak tylko on działał. A może było w tym coś więcej, ale obserwująca go zza okna, bezpiecznie ukryta Wiedźma Wrona Pożarta nie była do końca pewna. Jedno wiedziała. Liście pędziły, tańczyły, wirowały wzlatywały i opadały, a w końcu… znikały. Tajemniczo i z każdej powierzchni. Jakbyt tutaj na Wyspie nie trzeba było ich grabić, bo za wszystko odpowiadał właśnie on…

Ciekawe jakie miał ubezpieczenie i płacę?

A może robił to dla zabawy?

Miał taką pasję, lub obsesję, tudzież… sam składał się z nich i nie potrafił bez nich żyć, ale miał wielkie problemy w komunikacji międzygatunkowej, bo na bank sam nie był liściem, ale komuś mógł wymalować z liścia, lub podłożyć koło… bo wiecie, rower ze sobą ciągnął. Nigdy na nim nie jeździł, ale zawsze miał go obok. Niczym pieska, czy inne fajne zwierzątko. Wiecie, przyjaciela na zawsze…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szczury…

No więc…

… wiecie, jest wyspa, są łodzie, więc są i szczury. I to jakie wielkie, no jak koty. A że koty, wiadomo, ze szczurami w dzisiejszych czasach nie walczą ino się żywią pieprzonym złotym kuskusem, czy jakoś tak, no to jest trutka. Podejrzewam, że trutka jest ekologiczna, tudzież, nie wiem, no małokilująca, więc gówniarze się uodporniły. Że my jeszcze nie mamy tutaj nowego Camusa, to się dziwię.

Czasem tak wielkie ścierwo leży na drodze, że człek myśli, że to dzieciak wilkołaka. Seryjnie!!! Albo jakiś inszy mutant. No gigantyczny truposz i to w całkiem niezłym wdzianku! Ino flaczki czasem trochę brudzą… no ale, jakoś tak, przyznaję, że częściej jeża widzę niż szczura. I z tego co wiem, to akurat właśnie poczciwy Igiełka jest o wiele lepszy niż cuchnący kot. Jakoś tak się nie lubią.

Problem szczurowy na Wyspie jest ciągły i chyba raczej większość wysp się z nim mierzy. Może to zaprzeszłość rybacka, może i teraźniejszość, miejsc wiele do ukrycia i ogólne naturalne możliwości, ale… kurna, przecież tutaj ludzie nie mają porozwalanych śmietników, więc na czym one się tak pasą? A może jednak z któregoś statku z II wojny światowej coś wypłynęło i mamy mistrza żółwia i jego nastoletnich mutantów szczurzych? No wiecie, odwrotnie niż w komiksach?

Bo przecież u nas tak wiele jest na odwyrtkę.

Właściwie to ciekawy koncept, nie sądzicie…

Bajkę można by napisać.

Choć z drugiej strony, to pewno tym, co szczury mają bardzo namacalnie, to chyba nie do bajkowego stanu. Znaczy daleko im do niego. No ale… nadal mnie korci, serio. Tylko z którego ze statków mogłoby to się wywalić? Hmmm… tak ogromny wybór, a wieczory takie ciemne, więc wyobraźnia szaleje.

No ale… wtorek był chyba najcieplejszym dniem jesieni.

Może i to 15-20 stopni trwało tylko chwilę, ale wiatr potęgował dziwne, suche uczucie i jakoś tak… cóż, dziwnie było. Teraz oczywiście z tego powodu znowu mamy sztorm, znowu promy odwołane i ogólnie mówiąc, znowu jest szaleństwo. Ludzie nierzygający zwyczajowo na promach doświadczają onej mało przyjemnej cudowności i jęczą.

I mają oczywiście rację.

Nowy przewoźnik, czy raczej przepływacz, nie ma promów odpowiednich na ten akwen. I nie ma tutaj żadnego znaczenia, że pracował na Kattegacie. Naprawdę nic. Jak się okazuje Bałtyk dookoła Wyspy jest nadzwyczajnie specyficzny – no przecież nawet syreny tutaj mamy – więc należy to przyuważyć przed stawaniem do przetargu. Czy czegotam. Bo ostatnio to zaczyna wyglądać coraz gorzej. I wiecie co, wszyscy mają to gdzieś. Przede wszystkim, niech mnie moze ktoś oświeci o co chodzi z oną popularnością katamaranów? Bo jak zasięgnęłam języka u wyjadaczy pływania, to jakoś im to nie leży z wysokością fal tutaj.

No ale… pewno marudzą i się nie znają, co nie?

Znają się.

Ci ludzie używają promów jak inni rowerów i samochodów, czy autobusów. Nie ma żadnych innych opcji. Nadal nie jesteśmy Jezuskami. Nie mamy też latających pociągów ni aut, wiecie, jak z Harry’ego Pottera. Wiedzą. Czują. Widzą… i tak, wiatry to coś na co nie mamy wpływu. A nawet jeżeli, to przecież nie pstrykną palcami i nie zmienią się w koty olewające wszystko.

Nawet te szczury.

Nie da się!!!

Co najdziwniejsze, polityczny świat na razie się nie odzywa. Ktoś tam zaczął bączyć, ale to dopiero dziś, więc wiecie, muszę doczytać. Ale… jeżeli politycy tak optują za mocniejszym zasiedleniem Wyspy, to sorry, ale jak zamierzają tych ludzi tutaj teleportować. Oj sorry, przypłynąć no. Przetransportować! Nie żeby to miejsce potrzebowało ludzi, raczej drzew i spokoju, oraz bana na Monsanto, no ale…

Ja tam się nie znam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poganiacz liści… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniana Bogini…

„Zapomniana, wkurzona, a może już tylko zrezygnowana?

Spoglądająca na ten świat, w którym kobiety nie mają ni siły, ni głosu, ni nawet praw, choć na papierze jest wszystko, a jednak… najsmutniejsza z nich wszystkich. Mogąca tak wiele, ale przecież kto by w nią uwierzył? No wiecie, tak od początku. Od zachwytów, zabaw, po oną codzienność, która często pomaga w spokojności i bezpieczności. Która sprawia, że wiesz na czym stoisz i nie chcesz więcej…

Zapomniana Bogini.

Spoglądająca na świat, na swoją przeszłość i nie do końca pewna, czy chce do tego wracać. Do onych jęczących dusz, do pośmiertności, do wszelkiego przemijania, do ich błagalnych jęków i ofiar, które nigdy nie były w jej guście. No bo serio, smalec i krew. Wiecie, jak to trudno sprać z, nawet kamiennego, odzienia…

Albo ubzdurali sobie raz ofiary z ludzi!

Rany ile to było krzyków, a ona zawsze tak bardzo ceniła sobie ciszę i spokój. Nudę wszelaką, którą mogła przełamać podróżą incognito. Którą mogła zmienić na swoją modłę, którą mogła… no właśnie, przecież wciąż mogła. Była może i zapomniana, ale przecież nikt nie mógł odebrać jej boskości. Może nie miała zasięgu jak niegdyś, ale jeśli wierzyła w samą siebie, to była zarazem i boginią i wyznawcą, więc wszystko grało. Wszystko było dopełnieniem… dopełnione.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mindhunter” – … po prostu mega. Powieść prawdziwa, wstrząsająca, poruszająca.

Coś pomiędzy biografią profilera, historią FBI oraz opowieściami morderców. Coś dla kochających powieści detektywistyczne, kryminały, thrillery itp. Ale też coś dla tych lubiących spojrzeć na autora z pozycji socjologa, antropologa czy psychologa. Bo przecież autor naprawdę podaje się nam tutaj na tacy. Jest onym geniuszem, ale też… cóż, też my możemy potraktować go niczym obiekt badań.

Książka wciąga, miesza w głowie i mąci.

Tak naprawdę w pewnym miejscu już nie wiem, czy chcę poznać jego życie. Czy chcę być świadkiem egzystencji takiego człowieka. Tak ludzkiego, normalnego, a z drugiej strony tak bezczelnie zdolnego wejrzeć w każdego z nas, bez pytania… nie wiem. Gubię się, ale to niesamowite zagubienie. To prawdziwa powieść, która jest w stanie dać nam prawie wszystko. I bohatera mocno niejednoznacznego, dziwnie balansującego w świecie szarości, zbrodnie, ale też i wszelką pokrętność tego świata.

Przerażającą i brudną.

Straszną…

Prawdziwą.

Świetna książka!!! Naprawdę warta przeczytania, choć to bardziej „Silmarillion” niż „Władca pierścieni”. Bardziej historia, niż akcja i manipulacja, chociaż… nie zagwarantuję wam, że autor nami nie manipuluje. W końcu zna się na tym.

Pamiętajcie o tej jego stronie. LOL

Wieje…

To ten dziwny, przerażający wiatr.

Prawie bolesny psychicznie. Wyczerpujący, mieszający w głowie, sprawiający, że dziwne myśli pojawiają się częściej. Wycieńczający. I dorzucający do wszystkiego migreny. Z jednej strony pozwalający zostać w domu, chłoszczący powietrzem i deszczem, ale też zniewalający. Odbierający coś ważnego…

Ten wiatr jest dziwny.

Z jednej strony występuje na całym świecie, miewa różne imiona, różne historie, różne zapachy, ale też… jako tutaj jest bardziej mocny, bardziej dokuczliwy. Może dlatego, iż nie możesz się przyznać do tego, co czujesz. No przecież jesteśmy tak kurna cywilizowani, że powiedzenie, iż czujemy coś duchowego w eterze nie jest na miejscu… że w obliczu zbliżającego się Halloween wolno nam tylko ubierać się dziwnie i prosić o cukierki, ale już inne obrządki, jak kolacja ze zmarłymi nie jest okay.

Że wiatr unosi dusze, toż to głupota…

Czyż nie tak?

Cóż.

Wiatr jest za darmo. Może tylko na razie? To, co czujecie też. Czy to wytrzymacie, zależy od was, lub pomocy wszelakich medykamentów. Ja korzystam, ale ja korzystam codziennie, więc czy to się liczy w ogóle? Nie wiem. Na pewno nie warto planować podróży, a jeśli już musicie, t może nauczcie się chodzić po wodzie, latać, czy niech was Scotty bimnie ap… no wiecie. Ten ze Star Treka. LOL

Wieje…

Ciemność dzień i noc i tylko od czasu zagubione jakby słońce przeciska się przez oną szarość i szaleje z kolorami. Bo człowiek zapomina jak bardzo kolorowa potrafi być szarość. Jak bardzo cudownie bawi się z tym, co dotyka i jak rozprasza niesamowicie nagłe, niskie światło. No po prostu bajka, ale dolecieć do tego na czas z aparatem, to wielki wyczyn!

Gigantyczny nawet.

Ale czasem się udaje.

Uwielbiam oną szarość i ciągłe palenie świeczek. Tak, pewno, nienajlepsze dla płucek, ale w dzisiejszych czasach wszystko nie jest dla nas dobre, więc mam już dość. Nie biczuję się, czy jak inni mówią, na coś zemrzeć trzeba i tyle. Nieładnie tak wiecznie żyć. LOL Chyba że… ale nie, no zombie to nie mój styl.

Co do Halloween, to u nas już ludzie zaczynają wieszać lampki świąteczne. Ale ino julowe i tyle. Jakoś tak, chociaż dynie są w sklepie, to jakoś nie widzę… może w tzw. miastach coś się dzieje, ale raczej jak już to zamiera, zamiast się rozwijać. W naszych miejscowych sklepach żandych tam, straszydeł, ale jul już jest.

Czy raczej w moim języku, to wiecie, W KOŃCU I DOPIERO!!!

A tak, niektórzy kochają ciemno, zimno i tak dalej. Pasuje to do mojej depresji i stanów lękowych, które od dawna nie są już stanami… tylko wiekuistym trwaniem. Tylko nasilenie się zmienia. Wiatr oczywiście w nasileniu się pomaga. Ale co zaskakujące, tylko jak wieje z pewnej strony… nie z każdej. Ten teraz się zmienił i z psychicznego zamętu przeszliśmy do wiatru wzmagającego motywację i ogólnie pobudzającego do roboty.

Wiecie… wieje.

A na Wyspie wianie różne ma twarze, strony i ogólnie mówiąc dotyka każdego inaczej. Najczęściej dotyka go tak, że promów nie ma, poczty nie ma i Wyspa zamknięta, ale czy tak naprawdę ci „naprawdę” tutaj mieszkający o to dbają? Jeśli nie mają jakiejś nagłej potrzeby wyjazdu/wypłynięcia, to na pewno nie. W końcu po to mieszka się w takich miejscach, gdzie schronienia szuka się między skałami i drzewami, gdzie naprawdę preferuje się milczenie i względną samotność… Nie dla bujnego życia towarzyskiego, ale raczej pewnego rodzaju… hmmm, kontemplacji nawet?

Kościelnie to brzmi, ale może to wiatr narzuca takie myśli i interpretacje?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniana Bogini… została wyłączona

Pan Tealight i Wietrzne Nasionko…

„Przyleciało, wylądowało i postanowiło zostać.

Próbowali je wyeksmitować sprzed Białego Domostwa i magią i szpadlem, i ogniem i kwasem, ale nic nie podziałało. Ni magia, ni działania bardzo ziemskie, nudne i ogólnie mówiąc sprawowane w gumowych rękawiczkach. Ni łzy czy krzyczenie. Ni prośby, błagania, czy groźby. No zakopało się i zaczęło…

Kiełkować.

Naprawdę kiełkować.

Wiecie, te dziwne, alienowate, miękkie, dzielne choć wilgotne, lekko śluzowate też, białe macki wypuszczać coraz dalej i dalej, i dalej. Ale w górę nie rosło w ogóle. Ni drzewo ni krzak ni kwiatek czy inna roślina. Że zaczęło się to wszystko dość wczesnym latem wszyscy obwiniali suszę. Wiecie, no w końcu ktoś się zlitował i zaczął je podlewać, pewno Wiedźma Wrona Pożarta, bo z niej taki miękusz, chociaż udaje, że nie… czasem aż za dobrze udaje i obrywa… No ale, pewno ona. Na pewno ona, bo kto inny. Część po pierwszych miesiącach zaintrygowania zwyczajnie zarzuciła obserwację nasionka. Inni znowu w ogóle mieli je gdzieś…

A potem nasiono zniknęło.

I już nikt nie wiedział o co chodzi, czy też chodziło… bo widzicie, macki zostały, zakończone łapkami, długie, oplatające Wyspę, ale Nasionka nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ostatnio na Wyspie hejtu tyle, że…

No ale, nie że coś, ale nosz kurna mać!!!

Po pierwsze oczywiście promy.

Nie oszukujmy się, nowy przewoźnik daje dupy na całej linii. Molslinjen, które chce się nazywać Bornholmslinjen, ale ostatnio odebraliśmy im oną nazwę… nie żeby sie przejęli, czy coś… po prostu mają nas gdzieś. Coś w rodzaju: chcieliście tańsze bilety, to nie narzekajcie, że promy nie pływają, że łaskawie wam dajemy jakieś zniżki, że przecież podstawiliśmy prom a to, że auta wychodzą z niego w formie mocno skażonej i bitej, to już nie nasza wina, tylko wiecie, no… wasza…

Jakakolwiek gorsza – w znaczeniu wietrzności – pogoda, od razu oznacza brak połączeń. Jedyny dobry prom, PA, nie może załatwić wszystkich połączeń. Nie da się. Po prostu. A dwa najlepsze przecież sprzedano, więc… chyba naprawdę nikt nie docenia Bałtyku. Nikt nie słucha marynarzy? Serio? Informacja od przewoźnika, że ICHNI kapitanowie muszą się nauczyć pływać, gdy jesteście na promie, to jakoś wiecie, nie pomaga. To nie jest jakiś nowy przewoźnik. To ktoś, kto zatrudnił ludzi kiepskich, niewykształconych i niedoświadczonych, chociaż podobno pływających na tym akwenie…

… chyba…

Po kiego pozwalnialiście tych najlepszych? Starych pracowników? Po kiego nie używacie słowa PRZEPRASZAM?!!! Dlaczego od razu przybieracie nazwy i definicje, które nijak się do was mają? Nie wiem. I nie wiem, czy to kiedykolwiek się zmieni. Jest nie tylko źle, jest już gorzej i coraz gorzej, tym bardziej, że wchodzimy w ten okres, kiedy fale są większe i na przykład polskie jednostki zapychają Ystad i PA już nie może z niego wypłynąć. I wszystko staje. I przewoźnik ma was gdzieś.

I to wam powie!!!

Po drugie…

Lipna sprawa.

Znaczy wiecie, sprawa lipy. Pamiętacie, jak ludzie walczyli o drzewko na rondzie… no więc po tym jak przed wakacjami, nocą je usunęli, po stawianiu krzyży i gnomów, teraz stoi na tym rąbanym rondzie sztuka. Znaczy ja jebię, jaka sztuka, po prostu model architektoniczny, lekko skrzywionego rundkirka. I tyle. Mają dodać drzewka, podejrzewam, że z plastiku, bo to cholerstwo jest gigantyczne!!! I tak, używam takiego języka, żeby nie wyjść z domu z siekierą, którą bym to rozwaliła.

Na nasze nieszczęście nie dość, że to wygląda dość solidnie i jest naprawdę gigantyczne, co aż się prosi o wypadki, o turystów włażących na główną drogę, o krew i flaki, to jeszcze dodatkowo nawet jeśli ktoś to podpali… my będziemy musieli za to zapłacić, bo przecież to jebany prezent!!! Kuźwa no!!!

Wiecie, co jest najgorsze?

To, że z tych cudownych prezentów, które zaczęły się od szrotu na wjazdowym rondzie – metalowy koszmar, który rdzewieje… przez ten model koszmarny… teraz szykuje się nam jeszcze trzecia „rzeźba”. Czy tam przejaw ohydnej, narzuconej, koszmarnej i jak zwykle „nienaszej”, sztuki. W języku wszystkich GÓWNO zasłaniające drogę lub naturę. W języku tych, którym posmarowano, bo sorry, jeżeli na początku się nie zgadzali, a potem nagły nastąpił zwrot sprawy, to ja jakoś nie wierzę w sztukę… więc, wzbogacimy się jeszcze o bryłę cementu.

Czy tam betonu raczej, no przecież, kobieto!!!

Wyspa zawsze była wykorzystywana przez tych co żyją poza nią. Zawsze wykorzystywana w brzydką stronę i wiecie co, powiem tyle, autor pierwszego „dzieła” już nie żyje. Ja bym przemyślała udział w czymś takim!!! Po drugie, ZAWSZE uznaje się ludzi, którzy tutaj żyją i w większości tworzą – nie oszukujmy się, to wyspa, więc twórców na milimetr sześcienny masa, tak takie miejsca działają – za niegodnych, za tych co winni pokłon onym bożkom i tych, co kompletnie się nie znają na sztuce, więc jak się nie podoba, znaczy to, że zwyczajnie się nie znają na wyższych sztukach… blah blah blah.

No więc…

Brok brok brok…

PS. Ustawili też ramkę instagramową w Rønne. Jakbyście byli zainteresowani #weloverønne LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wietrzne Nasionko… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Mimm…

„Zapomniany tak dawno temu, że naprawdę nikt już o nim nie pamiętał.

Odepchnięty z dusz, serc i myśli tyle księżycy temu, że przez ten czas układ gwiazd zdążył się zmienić kilkasetkrotnie. Po prostu już zbędny. Niemający nawet konta na Fejsie, Instagrama, czy nie walący postów na Twitterze. Wiecie. No jest, ale go nie ma. Jest, ale właściwie, jeśli nie widzieli inni jego nagich fotek na Snapie, to przecież znaczy, że nie istniały.

Przecież na pewno…

Bóg Mimm.

Bóg od… no właśnie, nawet on już nie pamiętał. Pozbawili go brakiem wiary treści, duszy i mocy… choć może nie? Tylko, gdyby wiedział jak i po co jej używać? W jakim kierunku kierować swe spojrzenie, dłonie, klątwy… Gdy nie było ołtarzy i ofiar, mdlących się, tańczących, nowennujących w jego kierunku. Co miał zrobić? Jak to przełamać? Jak sprawić, by znowu był sobą?

Mocą Pradawną?

… i właściwie, czy w ogóle go potrzebowali? Ale przecież, co może  o wiele ważniejsze w tym momencie, on sam potrzebował siebie, więc…

Zaczął szukać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z wody…

Patrząc z wody na metalowy most, kamieniołom i Vang człek czuje się dziwnie. Jakoś tak nie na miejscu. Bo przecież mimo, iż to miejsce istnieje od tak dawna, to tak naprawdę udało mu się wejść na nie po raz pierwszy. I dlaczego? Ponieważ wcześniej były tu tylko takie patyczki zamiast mostu-przejścia, a ja jestem strachliwa.

Ale teraz czymś prowadzącym do onej zatoczki, atolu i miejsca wszelakiej imprezowatości jest coś rdzawego, coś nie bardzo pewnego, ale jednak dla mnie, łatwiej przechodzalnego, więc… w końcu tu dotarłam. W miejsce, które niegdyś tylko widziało kamienie, które chciano rozebrać, które tak długo się przetwarzało, które było tyloma duchami razem, a teraz… teraz jest piaszczystą plażą i widokiem…

… na Wyspę.

Na Wyspę z innej strony. Z takiej, do jakiej zwykle potrzeba łodzi, więc… więc wiecie, warto z kamieniołomu po prostu się odważyć i przespacerować się, choć może, może nie wybierajcie bardzo wietrznego dnia, bo mi omal łba nie urwało. Ale za to jakie jodowanie!!! Rany Julek!!! Po prostu na wskroś. Ale mimo to, wiecie, ono uczucie bycia na skraju wiata, prawie w wodzie, na wodzie, obserwatora świata zewnętrznego, na Wyspie i poza nią… kurcze, tak wiele uczuć, a tylko dziwny pomost, budowla na wodzie, lekkie zatamowanie fal, falochron i kilka zdjęć z przeszłości, by pamiętać.

By pamiętać, że tutaj kiedyś było inaczej.

A teraz latem są imprezki.

I wiecie co?

Fajnie. Fajnie, że takie miejsce nabiera pewnej stratygrafii. Pewnego chronologicznego szaleństwa. Że wciąż istnieje. Lekko odmalowane. Lekko wyczyszczone, z dodatkiem piaszczystej łachy i już… jest coś, co wciąż żyje. Co sprawia, że może ludzie kiedyś zamyślą się nad przeszłością.

Nawet jeżeli między jednym piwkiem a drugim.

Wracając na stały ląd, człek odczuwa dziwny niepokój.

Wiecie, przez chwilę sobie myśli, że co, jeżeli mu nie pozwolą wrócić. Bo chociaż woda czysta i może jeszcze nie aż tak zimna, to ten wiatr, pływanie w butach, nie, to nie byłby dobry pomysł. No i te dziwne prądy. Oj nie… jak nic tam jakieś krakeny są, choćby miniaturowe, czy jadowite syrenice.

Albo coś w ten deseń.

Nie wiem dlaczego, ale to mój jeden z koszmarów. Że ktoś lub coś nie pozwala mi wrócić na Wyspę. Proste, a może powalające dla niektórych? Niezrozumiałe? Bo przecież nie chodzi o dom, budynek i przedmioty, ale całą Wyspę.

Calutką.

Nawet z tymi miejscami, które mnie przerażają, których się boję i tak dalej. Bo przecież mam takie, no ale… udało się i wróciliśmy z onego miejsca letniej rozpusty prosto do samochodu. Po prawej były oczywiście skały, już bez ptactwa, pierun wie gdzie mewy się podziały, po lewej oczywiście morze i wiatr. I garstka ludzi, którzy dopiero teraz, gdy my już wracaliśmy, szli na spacer. Dopiero zaczynali. Odważni, bo przecież po 16tej to już raczej ciemnawo się robi, ale może nie po tej stronie.

Tutaj można się i załapać na jakiś zachód słońca, czy coś…

Bo w końcu u nas w końcu wietrznie. Może w ciągu ostatnich dni nieliczne kolorowe liście spadły, czy raczej zostały zerwane, a zielone… jeszcze zostały. A tak, ta jesień jest po prosto pokręcona wybitnie! Zieleń rażąca w oczy, sporadyczne kolorowości – tak wiem, że zielony tez kolor, ale… teraz jest dziwnym.

Niekolorowym dziwactwem.

A wiatr?

Wiatr był potężny, chłoszczący, wznoszący i oczywiście dokładnie posprzątał wszystko. I wszystkich. Wciąż jeszcze trochę wieje. Ale to już nie ono dziwne, nerwowe uczucie, które tłoczyło mnie przez ostatnie dwa dni. Już jest spokojniej. Już słońce znowu. Ale podobno deszcze mają nadejść. No zobaczymy…

Czy ja jeszcze wierzę w wodę z nieba?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Mimm… została wyłączona

Pan Tealight i Dół…

„Podobno był Pierwszym z Najpierwszych…

Podobno był tym, który Wiedział, Znał Się i ogólnie mówiąc Był w stanie ograniczać bytność innych dołowaty, zagłębionych i niespójnych okolicznościowo, ale miał gdzieś tą wszelaką moc sprawczą, wykonawczą i inne tam, więc zamieszkał sobie na Wyspie, wypełnił się wodą i liśćmi i…

… miał się super, bo był Prosty.

A Wiedźma Wrona Pożarta karmiła go orzeszkami.

No serio.

Dziwna pani w wieku mało określonym, zawinięta w czarne i czarniawe ciuszki, z czarnym plecakiem, białym misiem… nie że królik, co to to nie, wiadomo, że oryginalność kochała nade wszystko, no i ta torba peanutsów. To wyglądało dość komicznie. Naprawdę. Może się takim nie wydawać, ale Pan Tealight rechotał, gdy tylko tam chodzili. Do czasu, gdy Prosty Dół stał się bardziej wymagający i ktoś musiał pomagać Wiedźmie Wronie nosić dwa wielkie worki.

Bo przecież z niej taka słaba kobietka…

Delikatna…

Ekhm… no wiecie, jak już łażą z nią, to niech się na coś przydadzą, czy coś. I tak powinni się cieszyć, że pozwalała im pomagać sobie je obierać. A obowiązki przecież wypełniać musi dokładnie!!!

Ha ha ha!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mrok zapada wcześniej.

W powietrzu zapach lenistwa, kocyków, poduszek, świeczek…

Cisza, spokój, wariat z piłą mechaniczną. Bo przecież nagle trzeba wszystko przyciąć w ramach żywopłotności. No nie rozumiem. Pogoda wietrzna, niesamowita, a oni tutaj z tymi niszczycielskimi zapędami? Bo wiecie, u nas to robią tak, ze raz na kilka lat tną do gleby i tyle. Mają spokój. A my… gołość wszelaką.

Ale nic to.

Oto nadszedł wiatr, czyli tak zwana Zagłada Liścieji.

Nie oszukujmy się, po takim wianiu, to już nic nie będzie. A przecież i tak niewiele było. Wgramolając się w Vangu na oną czadową ścieżkę za młynem, człowiek był zaskoczony zielenią. I suszą oczywiście. Straszną. Może i rosa liście zwilgotniła, ale pod nimi pył drogi boleśnie traktował stopy. Ale zielenią chyba bardziej. Kompletnym brakiem potoku, onych wodnych oczek, nawet jakiegoś zabagnienia. Woda w głównym zbiorniku, który niegdyś zapewniał młynowi stały dopływ siły energetycznej obniżył się tak, że… hmmm, za Jezuska można robić. No serio! Kto chętny spróbować, bo ja po ostatni bagnieniu się mam niestety bana na takowe i inne eksperymenty.

Serio…

Ale spacer i tak niesamowity.

Raczej wciąż w górę, wciąż trzeba patrzeć po nogi i w końcu… w końcu człek trafia na bursztynowo-słoneczą kaskadę. Na kupę liści.

Na coś naprawdę jesiennego.

Można się pobawić, można pobyć znowu dziwnie normalnym człowiekiem i poudawać, że przyroda działa tak, jak się pamięta z dzieciństwa. Można się okłamywać, no można. Chyba lepiej jednak tak robić, bo inaczej nie da się przetrwać, a przynajmniej mi się nie uda. Na pewno.

Spacer jest niesamowity.

Ostatni letnicy sprzątają i opuszczają Wyspę.

Czy wrócą na zimę?

Pewno nie, choć niektórzy szykują zapas drewna. Ale ja chcę lasu. Gdzieś mam oną codzienność, choć na chwilę, proszę… chcę do lasu. W miejsce liściaste. Korzaste i ogólnie mówiąc dzikie. Ale, z którego wciąż słychać morze. Bo bez morza już nie można. Nie można naprawdę. Nic a nic nie można.

Kompletnie.

Ale i bez drzew i skał też. Bo przecież jak oddychać bez tego wszystkiego? Znaczy bez natury? Naprawdę? Jak możecie chodzić między tymi wielkimi budynkami, bez drzew, nawet krzewów, bez szumienia, dziwnych dźwięków, nawet jeśli są mocno przerażające, przestraszające i tak dalej… no zdarzają się i takie. Bo to natura. Prawdziwa. Może rozpościerająca się na niewielkiej przestrzeni, ale i tak nogi bolą i w karku trzeszczy, bo wciąż człowieka ciągnie w poszukiwaniu tej jesieni…

… może jest na czubkach drzew?

Może w kamieniołomie?

No co?

Tutaj właściwie, to zawsze jest jakoś jesiennie przez te kolory skał. Przez one niewielkie drzewka. Brzozy bardzo lubią to miejsce i szybko zapuszczają korzenie. I jakoś… trwają. Jeśli tylko człowiek się nie wpieprzy, to wiecie, będzie dobrze. Przyroda odzyska oną… dziurę. Bo choć człek jakoś uprzywilejował sobie stare struktury podziemne i robi tam czasem imprezy, to jednak… reszta to ptaki, drzewa, krzewinki i takie tam. No i woda, ale to tylko jeśli, no wiecie, pada.

Kamieniołomy, to w ogóle fascynująca sprawa.

Z jednej strony miejsce, z których wydobywano kamień/granit na Wyspie mamy kilka, ale z drugiej, jakoś takie to smutne strasznie. Takie pogrzebowe, choć okryte. Takie… depresyjne, ale świetne miejsce na sesję zdjęciową, jeśli światło pozwoli… i możecie dotrzeć tutaj z Vangu kilkoma ścieżkami. Polecam oną górną i dookolną, trudna, ale najlepsza!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dół… została wyłączona

Pan Tealight i Zielony głaz…

„No dobra…

Tak naprawdę nie że zielony kamień. Nie jakiś jadeit, szmaragd, czy coś takiego, może i chlapniętego farbką, czy jakoś tak, no ale… jednak zielony. I dziwnie drżący? Czyżby jednak płynny kamień?

Alchemiczny cud?

Nie… po prostu owłosiony.

Nowy eksperyment Królewien Po Best Before.

Wiecie, z wiekiem pewne problemy się nasilają, a jak już spuszczały te kłaki z wieży dla zbyt wielu zbyt ciężkich gości… no przecież niektórzy mieli nawet na sobie zbroje, i na dodatek nie każdy wiedział, że należy zdjąć z siebie wszystko przed wspinaczką i tak dalej. Jeszcze inni od razu sarkali, że nie blond, jakby to miało coś do znaczenia i te ciągłe płukanki, wybielania, te wszelkie dziwne zabiegi… i te łapy, stopy, fetysze… Niektórzy domagali się pęków, warkoczy miłość wyznawających i takich tam, zamiast przynieść czekoladki, misia i chabazie…

Włosy.

Były, będą i są ważne, więc kamień, który porasta włosiem był czymś intrygująco obiecującym. Ale problemem był kolor. Zieleń. Cudowna, świeżutka i miękka, ale jednak… zieleń. Czy uda się wprowadzić modę na taki odcień? Wiedźma Wrona wątpiła, ale zgłosiła się do czesania głazu.

Jakoś sama miała nadzieję na bujniejszy zarost na czubku własnej czachy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Aaaa… Dostałam, dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa, drugi tom „Wietrznych katedr”. Prezentuje się świetnie. Uwielbiam, gdy seria ma okładki, które od razu krzyczą: kontynuacja, chcesz mnie, pragniesz… albo intrygują i zmuszają do sięgnięcia po tom poprzedni. I to jedna z takich okładek. Prosta, a jednak pełna informacji. Nieprzesadzona, ale balansująca na onej baśniowo/fantastyczno/odrywającej od codzienności linii.

Elegancka…

Co do środka… zobaczymy, ale pachnie obłędnie!!!

No dobra.

To podobno mamy jesień.

Gazety krzyczą, że tak, że ojej… lato się skończyło. Że ów żar ostatnich dni, słońce, nagle odejdzie i zniknie i tak dalej. Nie wiem, czy reklamują przy okazji jakieś prochy na depresję, no ale… tak brzmią. Jakby świat się walił. Jakby jesień i zima nie były czymś normalnym. Odpoczynkiem, odradzaniem powolnym. Maseczką na ryju i oczekiwaniu na efekt młodszej skóry? Ekhm… no wiecie, tak gwoli porównania. Dlaczego ludzie zapominają, że odpoczynek całkowity jest potrzebny. I że nie ma nic od razu. Że pewne rzeczy potrzebują nawet WIĘCEJ czasu by się zrobić.

A nawet…

… i więcej.

No ale.

W małosłonecznym dniu połyskują mało wybarwione liście. Wciąż sucho. Wiem, powtarzam się, ale jakoś chyba nikt tego nie widzi. Poza pszczołami. Te, jak się okazało, zrobiły dwa razy więcej miodu niż zwykłego lata. Podobno miodek ciemniejszy bo nie z kwiatków a owoców? No nie wiem, ten co jem jest z jabłonek i całkiem jasny… piękny, z puchatą pokrywą, z jakąś w sobie taką gładkością niesamowitą…

Najważniejsze, że miód jest. I ważne, że choć dziś trochę pokropiło. Czy raczej zwyczajnie, przez chwilę w powietrzu unosiła się gęsta, kroplista mgła. Bo to chyba raczej coś takiego, nie deszcz… Nie ulewność. Nie wilgotność ciężka, skpadającą z nosa i wpadająca za kołnierz. Drapiąca w uszach.

No wiecie… deszcz.

Ale wciąż to jesień, więc niektóre z krzewów połyskują w onej marności mglisto-wilgotnej. Niczym rąbane bursztyny, które ktoś poprzyklejał na gałęzie. Widać nie miał co robić, to wiecie, projekt sobie taki wymyślił i poszalał. Za to z czereśni, to kurcze już prawie wszystkie liście zajumał. Nie pozwolił im się wyczerwienić, jak to lubią, tylko pozrywał takie, lekko popalone, zielonkawe, brunatne…

Może…

… choć to już koniec października, dostanie nam się prawdziwa jesień? Jakieś więcej kolorów i może wiatr. Choć może wiatr niech jeszcze trochę poczeka, bo pozabiera mi liście i jak to na zdjęciach będzie wyglądać, no… biednie. A ja chcę, wiecie, na bogato! Na maksa i tyle tylko chcę!!!

Nie inaczej!

Czy się jeszcze uda?

Pewno już nie, bo zwyczajnie warunki przeszły. Ale Wyspa piękna jest w każdej odsłonie. Da się poszaleć i z popalonymi liśćmi, byle by tylko drzewa odżyły. I nowym ludzie dali rosnąć. Bo jak na razie, to dupy dają na całej linii!!! Serio. Ale wiecie, mnie wkurza każde ścięte drzewo. Już nawet nie smuci, po prostu wzbudza gniew i desperacką potrzebę przegryzienia czyjegoś gardła.

Choć to tak obleśne!!!

No ale, jesień jesienią, ale wiecie… zima idzie. Już choinki, w Lidlu ciasteczka świąteczne!!! Hurra!!! Tak, trzeba przyznać, że jako jedyny człowiek na świecie czekałam na to. Czy to coś zmienia? U człowieka świętującego zimę rok cały, pewno raczej nie, no ale. Wiecie. W końcu wpasowuję się w terminy.

A na razie… na spacer!

W końcu może kiedyś nadejdą chyba te deszcze i wiatery, co nie?

Chyba?

A może znowu wrócimy do lata? Może lato nigdy się nie skończy? Może zagłada nadeszła? Najpierw miała być wiekuista zmarzlina, a teraz wiecie, Sahara…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zielony głaz… została wyłączona

Pan Tealight i Halloween…

„Dynia ją tak w pośladek…

No pewnie, że one podobno nie gryzą, ale ludzie poszaleli z nożami, tutorialami i całym tym szajsem, więc… stało się.

Urąbała ją i to na mokro!!!

Nie no, wiecie, Wiedźma Wrona Pożarta w znaczeniu wszelakich intymności to była na tak, ale wiecie, jednak nie tak z każdym. Co jak co, ale wierna była tym sprawom wyłącznie z jednym osobnikiem, bo co do dotykania, to jednak nie, nic z tego. Z nikim innym, tylko z Chowańcem. Inni, to od razu gwałt i tarapaty. A co dopiero pieruńskie warzywo! I to jeszcze skurczyca pomarańczowa.

Czy gdyby ugryzło ją jabłko byłoby inaczej?

Nie wiadomo…

Ale nie ugryzło.

No gdzie by śmiało. Mądrzejsze od rąbanej, pełnej pustki, pianki i dziwnych nasion bańki. I to jeszcze takiej, wiecie, rzezanej ręką człowieczą. Zbeszczeszczonej. Co to się dała człowiekowi dotknąć i zmienić… Frankenstein przy niej, to po prostu idealna tożsamość własna i niemacana. Przynajmniej się nie toczył i nie łasił, a już gdy efekty ujrzał, to nie urąbał pierwszej dupy, co to się natknęła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Halloween i Gudhjem!!!

Jak zwykle wcześniej.

I choć najpierw pogoda zdawała się rozpieszczać Turyściznę, to wiecie… potem wsio się zrobiło jak zwykle. Ale nadal nie pada. I wcale nie jest to dobra wiadmość, niestety. Nadal susza. Zdychające drzewa karmiące się tylko rosą. W końcu temperatury, które nie przesadzają, w końcu jakoś jesiennie…

Gdy człek się wybiera na dziwny spacer, taki wzdłuż szosy, to jakoś takie dziwy spotyka. dostępne wyłącznie dla zmotoryzowanych i oczywiście bywających na onych głównych drogach, na przykład traktor z przyczepą i stosem dyń. Ekologicznych! Na poboczu pogrupowały się te pomarańczowe, niewielkie, ale przecudne. Niektóre mają zielonkawe plamki, inne znowu zrezygnowały z makijażu. Wszystkie za to podobno słodkie, jak napis głosi, wszystkie do kupienia, najlepiej jeśli macie duńską płatnościowość telefoniczną… ale da się też gotóweczką.

Wiecie, po staremu.

Właściwie słychać jak dynia przez dynię się nawołują, kłócą i reklamują. Ta nie chce stać obok tej, tamta ma coś do zielonej, a te znowu chcą jak najszybciej być umyte i wydrążone. Bo wiecie, dynie ekologiczne są obłocone, więc… więc trzeba się nimi zająć. I to dobrze najlepiej.

W jakiejś zupie, czy czymś?

Na zielonej trawie, lekko wilgotnej, trwa też dyskusja na temat marek i kolorów mijających je samochodów. Bo wiecie, dynie to dumne warzywa, które niekoniecznie chcą do białego auta. Naprawdę nie podchodzi im kolorystycznie. Wolą niebieskości i zielenie. A już czerwień, to ma u nich zniżkę!

Dwie w cenie jednej.

Ciekawe, czy sprzedawca o tym wie?

Obok, na sporej przyczepie tylko poszum…

Tutaj leżą, w wielkiej ilości, ale dziwnie nawet się nie dotykając, te dziwne dynie. Te pokręcone.

One artystyczne.

Te wybitne.

A przynajmniej one tak uważają.

Ciekawe, co sądzą o nich dynie z Gudhjem. Porozkładane po całym mieście. Pogrupowane w porcie? Ciekawe? Bo przecież niby się nie znają, ale może? Może niektóre wiecie, wywodzą się od onej magicznej dyni?

Tej karocowej, wiecie…

Ludzie się do nich lepią.

Ci chcą ciąć, ci jeszcze na to niegotowi… a czas biegnie i zaraz będzie po wszystkim. A skąpe słonko i pogoda wzmagająca potrzebę szalików i kurtek… hmmm, trudno tak się na nią przerzucić z dnia na dzień. Wczoraj pływałeś sobie w porcie, dziś zamarzasz. No, jakoś tak i tyle. Nie masz na to wpływu. Po prostu. Zwyczajnie. Chociaż, może masz. Sadź drzewa!!! To pomaga… w wielu rzeczach. W naturze, w tobie samym, oraz oczywiście w pięknie wszelakim.

Wewnętrznym i zewnętrznym.

Ale… dynie z przyczepy.

Wcale o nich nie zapomniałam, oj nie. Nie dałyby mi. Bo one są zachwycające. Są niesamowite. Są zaskakująco różnorodne. Jeszcze jeżeli one egzotyczne, wiecie, kremowe takie z brzuszkami i główkami są mi znajome, to te takie patisonowate, ale w granatach i nasyconych czerwieniach oraz burgundach, to już po prostu czyste szaleństwo. Są piękne. Aż powalająco niesamowite. Chce się je oprawić w ramki i zatrzymać na zawsze. Żadnego gotowania!!!

Żadnego przetwarzania ni drążenia, wyłącznie dzieła sztuki.

Ale nie stać mnie na to…

Szkoda.

Przecież ja nawet nie lubię dyni… ale może tylko tych pomarańczowych? Może mam problem wyłącznie z kolorem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Halloween… została wyłączona

Pan Tealight i Liściowy Pan…

„Chodził za nią.

Taki wiecie, Liściowy Pan.

Niby nic nowego, podejrzewali, że manifestował się człowieczo co roku tylko i wyłącznie po to, by za nią łazić. Jakby to było jakieś nad podziw intrygujące, czy coś? Znaczy, wiecie gdzie ona tam łazi, gdzie siku robi, bo jak tak łazi, to wiecie, no musi, nie da się inaczej, więce… czy on to trochę zboczek jakiś? Nie wiedzieli, więc od początku października Pan Tealight chodził za nimi obydwojgiem.

I za Misiem oczywiście.

Bo przecież Wiedźmy Wrony Pożartej bez Misia nie było.

Chodził tak za nimi i znowu przypominali pokrętna procesję dziwadeł noszącą dary jakimś Dziwnym I Zapewne Zapomnianym Bogom I Wszelako Niepamiętanym. I to jeszcze jakie worki. Dwa plecaki i pomarańczowy wór pełen najładniejszych, najbardziej kształtnych, kolorowych liści, które to Liściowy Pan chciał oczywiście mieć wyłącznie dla siebie. Wiecie, na wypchanie nowych poduszek, na wszelakie nowe ciuszki, bukiety, stroiki, wyłożenie ścian, dachu, może i pokrycie zewnętrza swej chaty, która z pierwszym śniegiem zwyczajnie…

… zniknie.

Ale na razie tak chodzili za sobą.

Najpierw ona i Miś i jej plecak, aparat i jeszcze butelka wody i może czasem garść duchów i historia, którą dookoła siebie budowała, a potem Liściowy Pan, który sprawiał, ze co chwilę podskakiwała, odwracała się i bała każdego szelestu. No i gdzieś tam, zwykle skryty za drzewem on… szary Pan Tealight.

Doborowe towarzystwo jesieni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z góry tak.

Patrzenie na Gudhjem z górki za Saltuną jest dziwne. Jest przede wszystkim moim spełnionym marzeniem. Przypomnieniem, jak stałam na skale kilka kilometrów dalej i marzyłam, by znowu nazywać Gudhjem moim domem. Wiecie… z niektórymi ludźmi, w dziwnie wczesnym wieku coś się zaczyna dziać i nagle już wiedzą, gdzie chcą żyć. Jaką część świata chcą nazywać swoim domem…

Ze mną tak się stało.

Strasznie wcześnie.

Właściwie, powiedziałabym, że za wcześnie, no ale… może jednak jestem trochę inna niż wszyscy? Może nie potrzebowałam tych imprez, zapitych studiów, tylko penwego miejsca, by poczuć się pełną. Niestety też miejsca, które bardzo uzależnia i niewidzenie go… sprawia, że coś we mnie głośno łka i pęka. Coś zanika, boli właściwie fizycznie. Naprawdę jest namacalne.

No ale… po ponad dwóch latach patrzenia, łkania… zaraz czekajcie, więcej niż dwa lata, ponad trzy chyba? Jak to było właściwie? 2008, 2009… potem rok tu, dwa tam, no tak, trzy lata czekania aż zwolni się domek. Wcześniej były dwie propozycje, ale nie byliśmy w stanie finansowo. Chociaż to podobno najtańsza opcja na wynajem domku tutaj, cudowne miejsce, no i obecnie szczyt mody i blichtru. Co jest dość dziwne, bo ten blichtr nagle mają ci najbiedniejsi raczej, więc…

Jak bardzo porąbany jest ten świat?

Chyba mocno. Ale tak to jest jak kopenhawka zawyża cenę, stawia je zaporowe niczym rąbana tama jakiegoś tam Lenina… miał Lenin tamy w ogóle? Serio się pytam? Niezbyt się na nich znam… Ale wiecie, postać historyczna z przeszłości, więc może i miał tamę jakąś? Mocną i solidną?

No więc oni wykupują domy, kłamią, ze się tutaj przeprowadzają, że będą w nich mieszkać i oczywiście robią co chcą. Albo smarują. Bo tajemnicą największą naszego świata jest to, że korupcja ma się dobrze, a łapówka twa siłą jest!

Ale nadal to Gudhjem. Rozlewające się na nabrzeżu… świecące, połyskliwe.

Dom…

Gdy przejedziecie, lub przejdziecie kilkanaście kilometrów – da się, bo idziecie chodniczkiem, mijając piękne domki, zbaczając na intrygujące plaże i tak dalej, mijające samo Gudhjem od góry, spoglądając na nie z mostu zwanego wiaduktem… nie wiem właściwie dlaczego… Może raczej wiaduktu zwanego mostem. Mijacie lasy, drzewka, skały, widoki po prawej morskie, wybrzeżowe… może i statek jakiś zmami waszą uwagę, może i coś więcej… w końcu drogę rowerową robią wciąż. Ale spoko, niewiele już im zostało, chyba wypełnią plan przed 2019 rokiem.

No więc mijacie i drzewa i zagubione gospodarstwa bliższe i dalsze, krowy na pastwisku, kilka mostów, dwie rzeki… to nagle trafiacie na punkt widokowy, z którego widać miasteczko. Cudowne miasteczko, a dokładniej jego północną część. Morską bardzo, ale i barwną. Wdzierającą się w morze. W tym havgusie wszystko ma tak rażące kolory, słońce wciąż świeci. Podobno ma przestać…

Już wkrótce…

Ale jest jeszcze jedno miejsce. Trochę dalej, trochę wyżej, gdzie syreny straszą cycami i gdzie im chyba wciąż chłodno, albo mają plastikowe, albo wiecie, taka ich uroda, no mi tak nigdy nie stały… i gdy tam staniecie na palcach, lub jesteście wysocy normalniej, wtedy widzicie tę część miasteczka, która jest fascynująca. Jakby tylko kawałeczek, Wycinek świata. Tylko taki położony przy falochronie, bo tak wszystko się na siebie nakłada… z tymi ceglastymi dachami…

Niesamowite.

Widoczne z całkiem innej perspektywy. Ale czy inne? Może jednak tak? Może Gudhjem ma co najmniej dwie twarze. Ale to w końcu boga dom, a ci mają to do siebie, że twarzy potrafią mieć wiele.

I masek…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Liściowy Pan… została wyłączona