Pan Tealight i Wielkie Łowienie…

„Ależ oczywiście, że chodziło o komarzyce!!!

Jedliście kiedyś te udka w słodkim, mszycowym sosie?

Nie… to dobrze, ohydne są!!! Nie dajcie sobie wmówić, że jak nowomodne, to najlepsze i tak dalej. No chyba, że odkopują jakieś fajne rzepisy z przeszłości, to można się skusić, ale tak to nie… bo teraz to nagle ino nowe i reklamowane jest super, a jak cię czegoś od małego uczyli, jak sikania pod prysznicem, to nagle wielce zło i ble, ohyda i tak dalej. A nie, wcale nie, no ale. Czasem lepiej nie gadać…

Ale.

Miało być o komarzycach. No więc one są, jest lato, gryzą i tak dalej, ale są też ONI… Armia Wyemancypowanych Poławiaczy Znikomego. Właśnie przybyli, rozłożyli namioty w kącie Zagrody Jednorożców – jakąś tam umowę z nimi mają, obie strony zadowolone, więc nikt nie chce pytać o szczegóły, ale odgłosy wieczorami bywają dziwnie… zastanwiające. A co do łowów, to wiecie…

Jak się okazuje, wcale nie tylko wieczorem, na migoczące, najlepiej mleczne lub żółtkowe światło. Okazuje się, że one odważne osobniki potrafią wytropić krwiopijne bestyje w ich dziennych miejscówkach i wiecie, ciach ciach… no dobra, niektorzy czasem mają wyrzuty sumienia, wiecie, że to matki dzieciom i tak dalej, więc dzieci do weków, matki w udka i sosik, a reszta na kremy.

Świetne na bóle mięśniowe!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Stacja Zodiak” – … zimno. Czyli oto opowieś perfekcyjna na wrząco gorące dni letnie. Tudzież uderzenia gorąca.

Wiecie…

Problem, jaki miałam z tą powieścią od samego początku jest taki, że nie ma ona głównego bohatera, choć tak wam się wydaje. I nagle, gdy go wam odbierają zaczynacie się gubić i nie jesteście sami przeprowadzić żadnego śledztwa, choć od razu wiecie, że takowego wszystko wymaga. I chcecie kogoś obwinić, ale wszyscy są tak pokręceni, że nie wiadomo czy w ogóle można. I ta narracja się plącze i osób tak wiele. I nagle, kurde wracacie kilka kartek wstecz i nie wiecie, nie rozumiecie…

Czy nie urażacie czyichś uczuć…

No dobra, książka jest napisana dziwnie, ale jest mile zimna.

Jest zaskakująca miejscami, a już zakończenie… hmmm, wali Frankenstainem jak nic!!! Tak naprawdę wiem dlaczego pojawia się ten niby główny bohater, ale… właściwie go nie ptorzeba. Tak dziwnie człek czytając ma wrażenie, że za dużo onych głosów, za mało opinii i jakiejś normalności, ale czy taka jest możliwa w takim miejscu? Jest w tej książce jakaś prawdziwość naukowa, w znaczeniu tego jak naukowców się traktuje, jakie jest to zimne miejsce, ale poza tym…

Nie wiem.

Niby intryguje, ale jednak słaba ta powieść.

Plaża.

Moja ta znajoma.

Wiecie, ze stałym golasem, który kursuje po całej krawędzi morza, z onymi pliszkami siedzącymi na starej, szarej gałęzi dzikiej róży… z białym piaskiem, okazjonalnymi cudami wypłukiwanymi z jakichś tam mrocznych głębin. Bo serio, te wodorosty tutaj są takie inne, takie dziwniejsze, takie po wyschnięciu tworzące niesamowite kształty. Te czarniaweszczególnie, wyglądające jak połamane człowieczki, czy coś ze „Stranger Things”… albo lepiej, połamańce i ludzka stonoga w jednym.

No co…

Do tego ta czysta woda, tutaj najczęściej czysta, bo nie dość, że fale, że kilka głazów, to jeszcze ten piasek i wypłaszczenie po kilkunastu krokach, gdzie możecie pływać nie bojąc się golasów, rekinów czy czego tam. Bo widzicie… plaża tutaj jest dość szeroka i bardzo długa, więc nigdy nie leżycie na kimś… dziś w odleglości kilku kroków, w krzakach leżała starsza para i oczywiście był Pan Golas… Uwielbiam faceta! Nikt tak jak on nie idzie oną linią łączącą wody i suchości z taką pewnością. Gdyby nie to, że niesie coś w ręce, nawet nie zauważyłabym, że jest goły. Serio!!! Opalony chyba dokładnie, na lekko prawie skwarkę, tudziez może bardziej w kolorze onej prażonej cebulki z IKEA…

O tak… cebulka!!!

No więc był on, ale to wiecie, przeszedł i se poszedł, starsi państwo se leżeli, a myśmy zajęli się sobą i tyle. Na chwilę gdzieś tam zza kamienia wychynęła głowa czyjaś. Jakaś babka z dzieckiem, ale chyba wrócili do siebie szybko… nie wiem, ale tutaj u nas najczęściej nie ma żadnych dźwięków poza wodą, wiatrem, piaskiem przesypującym się z kroków, śladów i czasem cichych rozmów, tudzież, wiecie, okrzyków niektórych osobników nagle zderzonych z chłodem wody…

… chociaż już sie ociepliła, serio było super!!!

No więc poza tym…

… cisza.

I ten piasek gorący. I ta woda tak czysta. Nosz kurna, gdzie mają takie lazury, no!? Wiem, że na Hawajach, ale co mnie Hawaje, co mnie jakieś Włochy?! Gdzieś to wszystko mam!!! U mnie najpiękniej!!! Serio very much!!!

I nagle, po tej całej kąpieli i skakaniu w wodzie jak dzieciak człek wychodzi, bo wyrwał się z roboty, wiecie, nadrobi wieczorem, więc ma ze sobą obiad i powinien go zjeść, bo ten obiad juś się podgrzał na słonku…

I nagle…

Nie wiem ile minęło, chwila, moment, dwa kawałki pizzy i garść moich suszonych owocków i nagle pojawiły się fale. Może i dotąd sama woda nie była nadmiernie spokojna, ale tak naprawdę ino lekko pofalowana, może i na powierzchni niebios nie pojawiły się dziwne chmury, ni inne zwiastuny wykopu z głębin, ale nagle…

Nagle pojawiły się fale i wiatr urósł w siłę i jeszcze te wodorosoty, lekko zmaltretowane, lekko sponiewierane, jakby wiele przeszły. Żadne tam brunatnice czy coś w ten deseń, ale one dziwne, połamane człowieczki, ino jeszcze nie zaschnięte.

Dobra, próbowałam się doedukować w ramach wodorostów, alg i innych takich i poza tym, iż wielu używa definicji onych zamiennie, to dowiedziałam się tylko tego, co już wiem, czyli, że moją ulubioną sałatę jeść można. Że w ogóle wszystko to zdrowe i odmładzające i tak dalej. Witaminki, odchudzania, wszelakie mikroelementy. Ale… ale wszelkie przepisy, poza tym jak z wodorostów zrobić dach na Læsø…

… pochodzą z Japonii.

Serio, że oni niby tacy czyściejsi?

Ha ha ha!!!

Potrzebuję jakiejś książki i to z obrazkami. Serio, niczego nie potrafię znaleźć w tych internetach. Wiem jedno, na pewno zielona sałata – tak, ona jadalna – dobra jest też w magii, więc zróbcie sobie wianuszek malutki, jak na nią traficie. Poleca się mocno. Ale nie wyrywajcie zbyt wiele. LOL

Malutki wystarczy…

A co do morza?

Fale przyszły, nagle pojawiła się ławica wodorsotów, grzechotały mity i historie z głębin, i zrobiło się inaczej. Niby strasznie, niby pokręcenie, ale jednak, taka ciepła woda, taka czysta poza ławicą, taka, że zasnąć w niej ino i już…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielkie Łowienie… została wyłączona

Pan Tealight i Wielki Pomarszczyciel…

„Wielki Pomarszczyciel miał problem.

Widzicie, dobrał się do maseczek Wiedźmy Wrony Pożartej, no i wyszło jak wyszło. Płasko wyszło. Wyprasowanie nawet. Szczególnie te hialurony. Jakieś tam glinki i tak dalej. No chodziło o to, że gość wziął wszytsko, wymarzył sobie odświeżenie widoku własnego, znaczy zewnętrza, ale i wnętrza, na lato… no i wyszło jak wyszło. Wyszło, że Wiedźma Wrona Pożarta była kosmicznie, wszelako, nowoświatowo i pokręcenie wkurwiona.

W końcu nie stać było ją na nowe maseczki, a ile można szukać dziewic… te noworodki tak wrzeszczały, że serio nie mogła, nie była w stanie. Zresztą, małe dzieci…. yyyy, miała do nich stosunek daleki, najlepiej żeby były gdzieś za murami, kratami i tak dalej. I bezgłośne były, bezwonne, a przede wszystkim bezradosne.

Serio…

Nie, wcale nie była okrutna, po prostu ją przerażały.

Bała się ich!!!

Panicznie i pokręcenie… i tak, wiedziała, że są mikstury, Elżbieta Batory używała ich tylko pod oczy, reszta to dziewice, wiecie, wiadomo… ale jednak. Nosz kurna mać. Jeden Wielki Pomarszczyciel wpierdolił jej maseczki, dodatkowo je na siebie całego nałożył i uwalił się na tarasie.

Jeszcze jej tarasie…

Jeszcze…

Ech, czey w tym dziwnym okresie cokolwiek jeszcze ją ruszało?

Może? A może nie… czasem już sama nie wiedziała jak się wydostać z onego dziwnego, milczącego zawieszenia, jaky była w sieci pajęczej, ale pając był wegetarianinem i wciąż gotował kapustę. I to taką z piwniczki. Świeżej nie trawił dobrze, więc wiecie, o żołądek dbać trzeba…

YYYYYYYY!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gorąco.

Chłodniejsze noce…

Czasem nawet człekowi się wydaje, że może jednak się uda i nie będzie takiego pieczenia jak przez ostatnie lata? Czasem… a potem nagle pojawia się taki dzień, że nie można oddychać, że człek się duszy, że powietrze zdaje się nie istnieć. Jakby naprawdę spadła na nas i Sodoma i Gomora i jeszcze ich cała rodzina.

No ale… lato.

Wiem, rozumiem. Tak, nie topleruję smażingu, plażingu, ogólnie nie rozumiem wyjeżdżania gdzieś by tylko leżeć na plaży i pić i jeść. No jakoś to zwyczajnie nie dla mnie. Dobrze, że pasuje wielu, bo dzięki wam istnieją gigantyczne hotele, basenowe cuda i plaże tak wielkie i tak zatłoczone… nie no, oczywiście, że lubię pływać. Uwielbiam się taplać i wiecie, jakoś człek wtedy może złapać kilka promieni, ale zwyczajowo, nie, nie opalam się. I nie, jakoś nie kojarzę opalenizny ze zdrowiem. Co to jest teraz znowu za moda na wiekuiste solarki ale ze spryskiwacza?

No wiecie, z pianki i jakiejś tam paćki czy kremu.

Hmmm… nawet te dziwne, jasne włosy do tego znowu w modzie?

Ech!

No nic to. Niech sobie będzie, ale dlaczego nam bladusom jakoś tak się wmawia, że powinniśmy być inni? Naprawdę odczuwam presję smażingu.

Brrr… bleee!!!

Jakby co, to ja ino popływać.

Tylko na chwilę, nawet w ten koszmarny gorąc. Żar, utop i potop wszelaki. Pocenie się i śmierdzenie i jeszcze te kropelki słone wszędzie. Yyyyy… jakoś serio ten sposób chłodzenia się człowieków jest mało intrygujący aromatycznie.

To na plażę!!!

Bo przecież wiecie, mieszkasz tu, masz blisko, więc zdaniem większości świata winieneś siedzieć tam przez cały czas. Jakbym nakazywała ludziom z Warszawy ciągłe siedzenie w Łazienkach czy PKiNie? Hmmm… wiecie, wszystkich nie zadowolisz, co nie? A wiecie, że w sporej części Wyspy nie da się pływać. A raczej na sporej części wybrzeża zwyczajnie władają ptaki, wody niziutko, kamienie, niebezpiecznie…

Mniejsza.

Idą na nudystową!

Bo mogę!!!

Bo tam jakoś i prawie nikogo, kurde a co jak tym razem będzie tych ludzi tam masa? No bo i sezon się zaczął i ludzie wykończeni i tak dalej? I wiecie, tego słonecznego glołu chcą na twarzy i innych członkach…

A może będą fale?

A jak fale, to nici z pływania. No sorry, ale bezpieczeństwo przede wszystkim. W końcu nikt nie chce przyrąbać w głaza. A na dodatek jeszcze i tak fale są jak prom przejeżdża… znaczy przepływa. Ekhm!!! Dlatego uważajcie. To niby pierdoła, ale głazy wylazły z piaszczystości, wciąż plaże się zmieniają i nie należy liczyć na to, że miejsce się zna. Że pływanie jest bezpieczne. Że nic się nie stanie.

Zawsze trzeba uważać.

To w końcu morze, a nie czysta przewidywalność.

Chociaż jak widziałam zasyfione jezioro Como, to zaczynam patrzeć na to nasze morze, że jakoś czyste jest. Nie no, miejscami pewno, że trzeba mocniej sprzątać, ale jednak, nie jest tak tragicznie. Chyba, że znowu coś z głebin wypłynie… trucizna, zabójca, wszelak zmora i dżuma wszelaka.

I jeszcze może coś?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki Pomarszczyciel… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Kurz, Pan Sadza i Pan Popiół…

„Prawie nierozpoznawalni.

Prawie.

Prawie tacy sami…

… ino jak potrzesz, to się wydaje który jest który. Albo jak wiatr zawieje, albo jak, no wiecie, ktoś coś, puff… i przyjeżdża straż pożarna. Nadzwyczaj niesamowici ludzie! Zaprawdę wielcy!!! No ale do sedna sprawy. Otóż przybyli, jeden szarawy, jeden całkowicie kłaczysty, a ten trzeci jakiś taki ni czarny ni biały, jakby się rozmywał w konturach. każdy z melonikiem, laseczką, w surdutach z wyłogami, lampasami i lakierkami na wiekich stopach, które to o dziwo błyszczały się jak psu…

Ekhm, może nie kończmy tej myśli.

Nie żaby brudzili, czy coś.

Serio nic.

Siedli przy stole, pili herbatę z filiżanek, których Pan Tealight, mógłby przysiąci, nigdy nie widział… takich bielusieńkich z czarnymi gwiazdeczkami dookoła rąbka, srebrnymi łyżeczkami, pasującymi talerzykami. Do tego były ciasteczka, w połowie czarne w połowie waflowe i jeszcze jakieś coś na kształt masy czy bitego musu 0 bardzo bitego, jak nic ktoś powinien wezwać jakieś służby, ale wiecie, zbyt byli zadziwieni, A może nie tyle zadziwieni, co przygotowali się na jakiś tam pokaz, eksperyment, wydarzenie czy nawet rąbane show? Performanc chociaż?

Trójkącik?

No serio, cokolwiek?

… więc czekali.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Codzienność.

Oj napój, po prostu ideał dla mnie, produkują tu, ale co… ino w zoologu sprzedają, a ja nienawidzę ZOO. Nie wiem, po prostu. Zresztą na podróż mnie nie stać… rozumiem, że pandy i tak dalej, ale wciąż… nie. Jak to jest, że produkty stąd nie są dostępne dla nas, maluczkich? Wiadomo, tam to egzotyka, na kontynencie, wiecie, ale jednak, czyż nie jest to jakiś tam okrutny żart?

Niesprawiedliwość?

Nie myślmy o tym, świat nie ma w sobie nic ze sprawiedliwości, pomyślmy za to o polach wczesnym latem. Polach…

Pola… maki i koniczyny.

I taka ciesząca niebecność rąbanej kukurydzy. I pszczoły i jeszcze cebula kwitnąca… na stoiskach i pyry i truskawki w morderczych cenach. I jedno i drugie możecie sobie sami wykopać, zerwać i tym podobne. Ale najbardziej te koniczynowe pola. Onej malutkiej, polnej koniczyny, wiecie, o kremowych kwiatuszkach i malutkich listkach. Pewno, że przetworzona, ale jeszcze na tyle pierwotna, że aż tak nie razi.

Wkracza człek w nią i słyszy tylko bzyczenie.

Przy każdym z pól stoją takie przenośne ule. Sztuczne to wszystko, ale jednak, przynajmniej są pszczoły. Nie żeby nie wiadomo ile, ale są. I słychać je. I jest to takie czadowo normalne i pachnie z jednej strony pięknie i miodowo, ale też i dziwnie, nazbyt mocno, nazbyt intensywnie, jakoś tak nazbyt…

Ale wciąż.

Pole.

Niby coś całkiem normalnego, niby coś całkiem zwyczajnego, ale jednak… jakoś w to nie wierzę. Tak, wygląda dość normalnie, ale czy jest? A może człek już tak się zblazował, że naprawdę w nic nie wierzy. Iż nawet jeśli nastąpił wielki przewrót i udało mu się wylądować na względnie zdrowym polu, to jakoś tego nie czuje?

Jakoś?

Pewnie zauważyliście, że u nas pola zwykle są gołe… znaczy ino zboże, jeden gatunek na nich. Nawet jeśli chodzi o te kwiatowe, to wciąż tak jakoś goło i jednolicie. Poza onymi koniczynkowymi. Tutaj nawet trawy…

O co chodzi?

Nie wiem, ale idziemy do następnego pola.

Dobra, dojechać.

Spokojnie!!! Przecież nie gram w najnowsze Pokemony z Hagridem w tle… nie lezę szukając kolejengo testrala… ja tylko po maki i bławatki. I dziwnie czasem trafia się plamka jednych lub drugich… Dziwne to, na pewno nieprzypadkowe. Oczywiście, że ludzie wysiali w niektórych miejscach one linie kwietne, ale… ale to wszystko zdaje się być takie dziwne. Takie wybrakowane. Takie nieprawdziwe!!! Naprawdę. Bo przecież co, jak? Skąd nasiona, czy dobre dla Wyspy, czy odpowiednie?

Podobno UK też ponownie wprowadza dobre i znajome dla ekosystemu roślinki, ale… ludzie się plują, że trawa niewykoszona! Ha ha ha!!! Tak to jest. Trawa nisko, ale łąki do zdjęć na Instagrama muszą być, co nie?

Dobra… pole.

Stoję sobie w makach, oczywiście w długich gaciach, bo przecież wiadomo, że robale, za mną, co dziwne, jakieś znajome, jadalne ziele, przede mną wielka chata, pomiędzy nami maki. Nie, raczej nie te zwyczajne, normalne, znajome. To te troszkę większe, ale jeszcze nie te gigantyczne. Nie te ogrodowe. Czerwone, czasem kriwste, czasem burgundowe aż, a czasem, nawet różowe. Nie wszystkie mają one czarniawe środeczki, niektóre są tylko i wyłącznie jednobawne, a inne znowu wyglądają jak róże.

I czuję się jak lew.

I spać mi się chce.

I słonko wypala mi dziury w mózgu, ale jakoś tak, jakoś tak bardzo mocno wiem, że muszę je złapać. Bo co, jak to ostatni raz? Bo co jeśli się zdarzy, że to już ostatni raz? I co jak już nie będzie? Bo to wszystko dookoła wydaje się być tak mega sztuczne. Tak bardzo nieprawdopodobne.

Tak bardzo porąbane.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Kurz, Pan Sadza i Pan Popiół… została wyłączona

Pan Tealight i Znikające Żony…

„Tak się jakoś zaczęło, że jak zwykle tak bywa, to oczywiście nikt nie zauważył pierwszego razu. A może i nawet drugiego, czy trzeciego? Może dopiero ten trzeci kochał naprwdę i naprawdę jej żałował?

Może to było tak?

Ale nie dało się ukryć, że Wyspa miała problem. Problem ze znikającymi małżonkami. Prawnie poslubionymi, raczej z jakimś tam stażem, nie że nowożeńcy, czy coś, ale najmłodsza miała ino dwa lata w kieracie, więc… Jak bardzo było to ważne? I oczywiście, że wszystko najpierw skupiło się na chłopach.

Zawsze się skupia, co nie?

Ojojać biedne chłopy należy…

Ale z czasem, choć niektórzy zrozumieli, że niektórym jest lepiej bez żon, to jednak kolesie zapędów morderczych nie mieli. Nie. Nigdy. Serio spokojni, a nawet flegmatyczni, to co? Morderstwa doskonałe by Queen Agatha Ch.?

Może być i tak.

Ale jakoś się to Wiedźmie Wronie Pożartej nie podobało. Bo to, że baby znikały to jedno, jakoś nigdy za babami nie przepadała, wyrodna w płciowości swojej, ale ten brak remorsu, żałoby, czy czegokoliek u chłopów ją wkurwiał. No weźcie no, no choćby jakieś pozory, a nie wino, mecze i śpiew!!!

Za tym wszystkim na pewno Coś stało… tylko co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nigdy się nie dowiesz” – … po prostu. Nigdy. Nie tylko w życiu, ale przede wszystkim i w samej książce.

Nigdy!!!

Bo przecież serio, kto, jak, po co i czy naprawdę on? Noby wszystko pasuje, niby zbyt wiele wskazuje, ale jednak, czy na pewno?

Oto kolejna opowieść o grupie dzieciaków, które dorosły. Dorosłych, którzy powracają do miejsca, a w którym niegdyś byli szczęśliwi, a może tylko tak im się wydawało? Może to wszystko było ułudą? Rzeczy widziane oczami młodych i naiwnych teraz, przepatrywane przez dorosłe gały… są inne.

Są straszne.

Gdy pojawiają się zwłoki, pytania, gdy nagle ujawnia się masa sekretów, bo każdy coś skrywa, wszystko się sypie. Nic nie układa się w całość. I pojawia się strach. Bo może to ty jesteś nastęnym? I choć mamy oną przewodnią bohaterkę, to jednak, niewielki bałagan w całej narracji – nieprzeszkadzający w czytaniu – sprawia, że wydaje się nam iż wiemy więcej. Do pewnego momentu. Bo nagle wszystko się zmienia i…

Naprawdę można przeczytać!!!

Nie tylko na wakacje.

Jeden minus to ono współczesne pisanie. Wiecie, krótkie rozdziały, taka niezbyt głęboka narracja, niby psychologia, ale takie generyczne kawałki. Szkoda, bo w tej książce niczego nie jesteś pewnym i naprawdę nigdy się nie dowiesz prawdy.

Nigdy… choć…

Czasem człowiek jedzie do miasta.

Wiecie, czasem coś babę ciągnie jakoś tak, a już szczególnie teraz, no zwyczajnie, nie żeby miała co wydawać, ale kwiatek, pierdół malutki, coś, co sprawi, że jakoś tak się człek uśmiechnie choć na chwilę… bo mnie osobiście gorąc i jasność wszelaka dobija. Niszczy mnie słońce, dobija lato.

Nic na to nie poradzę.

Taka budowa, więc…

… więc człek wyłazi, leci do stolicy Wyspy i ma do wyboru dwa sklepy. Poza Netto oczywiście, mikromallem, no i jeszcze Lidlem, ale wiecie, chodzi raczej o sklep sklep. Gdzie chcecie mieć coś co jakoś stercząc poprawi wam nastrój.

Co coś zmieni choćby kolorem, czy kształtem, więc jest Tiger, jest superanckie centrum ogrodowe, gdzie czasem coś dostaniecie i jeszcze Siostry. I tyle właściwie. Bo przecież chodzi o coś innego, specjalnego, nie gacie i płyn pod prysznic. Coś, co umili codzienność, pozwoli zapomnieć, durna miseczka we wzorek, kompletnie rozwalająca mikrowalizeczka z siedzącym w środku na zielonej trawce chomikiem co to ma stolik, krzesełko i jeszcze pufę ma i wpierdziela muffina. Serio!

A wszystko w dłoni się mieści.

I chipsociastka zdrowotne z kakao i kokosa.

To w Tigerze.

W ogóle ostatnio coś im wolniej chyba sprzedaż idzie, bo sporo rzeczy przecenili na 10 koron, więc się człek może pocieszyć. A nie wszystko plastik. Jest i metal i drewno i papier. Jest i szkło… coś dla uśmiechu, coś dla kuchni, do wystroju takiego, czy takiego, wiecie, no jakieś tam coś. Ona dziwna namiastka konsumpcjonizmu, który większość z was ma na codzień. Ja na codzień mam plażę i kamienie na niej.

Kocham kamienie, ale czasem chcę chomiczka.

I cukierki miętowe!!!

I może jeszcze koszyczek na kwiatka?

Tak, nie mamy sklepów.

Tak, mamy artystów, ale jako artysta powiem szczerze, nie stać mnie na nich. Oczywiście, że wolałabym nabyć cudowny domek, czy parę doniczek w moim ukochanym kobalcie, ale cena to coś, czego nie wydaję przez miesiące. I tyle. I tak, to moja wina, że nie zarabiam. To moja wina, że w jakiś pokręcony sposób wciąż coś robię, wciąż pracuję, staram się, pukam, walę do drzwi, a potem… tak, mogę zwalić to na chorobę, ale…

… wtedy się poddam.

Prawda?

Poddam się.

… więc to moja wina, że dostępną ceną jest dla mnie 10, 20 koron i tyle. I za tyle muszę się pocieszyć i ucieszyć. Mogę zajrzeć do Netto i liczyć na przeceny. I wiecie co, jakość się u nich poprawiła. Wprowadzili gamę nowych, intrygujących produktów do domu, więc… ech, człek by chciał w końcu nie siedzieć tylko na podłodze, mieć dwa krzesła, a nie jeden. I może jeszcze jakiś dywan pod dupką, a dokładniej drewno i dywanik malutki, ino poddupny… tak, czasem jak widzę ile ludzie kupują, to się dziwnię.

Bo skąd?

Jak?

Przecież ceny są… no właśnie.

U nas są skurczybyki wysokie i nie, nie zmniejszają się z okazji zakończenia sezonu. Ostatnio też sklepy zaprzestały tych kapitalnych wyprzedaży, które pozwalały nam, zwykłym ludziom chociaż kupić sobie świeczki dla obowiązkowego, narodowego HYGGE… teraz już nie. Nagle składują wszystko, potem wystawiają znowu. Jakby wszyscy uzbroili się w pomieszczenia magazynowe?

Nie wiem…

Ale zakupów mi się chce.

Tak, zawsze można on line, ale to nie to samo niż prawie samotna przebieżka po sklepie i ubawienie się z powodu dziwact jakie są produkowane. Nie dotkniesz tego, nie będiesz widział, czy to marny plastik, czy coś lepszego. Na przykład taki stół. Nie wiesz, czy to drewno naprawdę, czy ino drewno udaje. Zresztą…

Jest jeszcze zapach…

Książki mogę kupować wysyłkowo.

Ale mnie nie stać. I półek mi potrzeba. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znikające Żony… została wyłączona

Pan Tealight i Filuterny Filantrop…

„No wiecie, w końcu miał kasę, więc tak naprawdę wszystko było mu wolno. Nawet wyrywać Wiedźmę Wronę wielokrotnie spaskudzonymi tekstami… Oczywiście, że w końcu dostał z liścia, ale jakoś dziwnie i pieszczotliwie to przyjął.

Może i zboczeniec?

Ale bogatym wolno więcej, co nie?

Oczywiście, że pojawił się niezaproszony. Kto by zapraszał takiego, który nie ma zamiaru kupić niczego, ino wachlować się kasą i rzucać te zboczone zdania, które same zdają się rumienić na dźwięk jaki wydają. Tudzież na poruszenie, jakie wywołują u tych, co serio nie są z tych niewinnych.

Bo żadne z nich nie było…

Serio, jak można nawet wnosić, iż poza Wnikliwą Niewinnością, która już była nader starenka, a koronka jej rąbka od dawna była pożółkła i poszarpana, ktokolwiek mógłby się poczuć zażenowany tymi uwagi, ale nawet Smok z Komina zrejterował. A jej nigdy o to by nie podejrzewali.

W końcu Mikołaje się zebrały i naprawiły oną przestrzeń, która niegdyś była Filuternym Filantropem. Naprawiły ją z odpowiednimi odgłosami, ciapnięciami, splunięciami, wszelkimi plaskami i głuchymi złamaniami kości… i nawet po sobie posprzątali. Ale wiecie, niesmak pozostał.

I stworzył własny świat.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kolejny tydzień.

Kolejne dni przeleciały zbyt szybko, a może zbyt wolno?

Zapach deszczu na tarasowych płytkach, trochę kurzu, zieloność no i to Sol over Gudhjem. Ekhm… no co, blog się sam nie napisze. Ale ten deszcz, wiecie, taki poranny, niesamowity!!! I jeszcze Midsummer był. Pewno, że tutaj Sct. Hans ważniejszy, w tym roku raczej ogniska i fakele będą, więc może w końcu coś uda mi się nagrać, ale… Nie przepadam za tym czasem.

Nie chodzi o płonącą wiedźmę, choć może chodzi…

A może po prostu…

Nie, nie wiem.

Kocham ogień, uspokaja mnie, uwielbiam płomienie, fascynują mnie. Piromania na pewno gdzieś się we mnie nie tyle tli, co bawi się moimi wnętrznościmia na całego. Ale to. Ten cały świętojański bajer. Pewno, że piosenka i pochód jest super, potem wyżerka i na płomienie popatrzeć można, ale jak z kotem w beczce, czy nie mogliby zmienić odrobinę tej wiedźmy. Serio, tylu polityków, na których można się wyżyć…

Teściową wsadźcie!!

Wiedźmy wciąż są na wyginięciu.

… więc wiecie, w ten dzień się nie bawię. Ale Midsommer to inna sprawa. Wyprawa na pewną, znaną górę, wszelkie miotły, zaklęcia, kwiaty, wianki, bo co… że nie dziewica? A skąd wiecie? Może kurde jestem? No dobra, nie jestem. Nie oszukujmy się. Ale to nie znaczy, że wciąż się jeszcze coś we mnie nie tli.

Ognie płoną.

I to piekielne jak sama Hell!!!

Sol over Gudhjem.

No dobra, to jesteśmy.

Oczywiście, że się spóźniłam na te całe deserowe party, ale resztę mogę opisać. Po pierwsze tłum, po drugie, w końcu przemyśleli to wszystko i rozłożyli imprezę na całej portowej części, zamknęli lepiej ruch itp. Także wszystkie te kapitalne stoiska z jedzeniem wyspowym są tak dobrze zrobione, że człek się już o człeka nie obija.

Znaczy wróć, obija się, ale jednak nie o jedzącego, bo przed niewielkim telebimem są fajne, drewniane ławki i jakoś tak…

No właśnie, kurna, czemu ci ludzie palą!!!

Nienawidzę tego. Robi mi się niedobrze, nie chcę tego wąchać, na dodatek pogoda piękna, niebo błękit, kilka chmurek, słonko, wiaterek maciupki, nosz kurde no… a i psy. Co za idioci wprowadzają psy w tłum!!! Nosz popierdoleńcy telepani no!!! Ludzie, nie dość, że psiaki umęczone, spragnione i wystraszone, to jeszcze te malutkie są kompletnie niewidoczne!!!

A większe ze strachu spokojnie cię użrą.

To psy!!!

Zresztą, co ja mówię, że psy.

Sama chciałam wyrwać łeb z korpusika kopcącej baby, to co się dziwić huskiemu?! Nosz bidulek no, normalne, że szczeknął, jak grupa ludzi go pchnęła… ech… Przebój sezonu?!!! Czekolada!!! Pieruńsko droga, jakieś prawie 200 koron za tabliczkę, ale smak. ja pierdziele. I to czysta czekolada. Po raz pierwzy też jadłam prażone fasolki czekolady. Ja pierdziu, zero goryczki. Jak to babka wyjaśniła, mają dobre beansy. Nawet z podtekstem seksualnym, były genialne!!! Ale nie stać mnie na takie cuda. Zwyczajnie. Mogą być zdrowe, z ekologicznej uprawy na Fidżi, ale palone i gniecione tutaj, wciąż mnie nie stać, zwyczajnie no, wiecie, smakiem się obejdę.

Ale będę go pamiętać.

Były żeberka z grilla, kiełbasy, sery… chleb i coś dla zielone lubiących. Aha, na scenie głównej wciąż coś się działo, ale wiecie… Teraz trwa Kulinariskø. Ciekawe jak to wypali? Nie wiem, się zobaczy.

PS. Wygrał Gabriel Hedlund, z którego Instagrama możecie się dowiedzieć, że nie tylko wygląda bardziej jak paker, ale też rok temu własna mama oddała mu nerkę!
To się nazywa power!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Filuterny Filantrop… została wyłączona

Pan Tealight i Tancereczka…

„Łyskająca cekinami, wirująca, piękna.

Z włosami czarnymi, lekko połyskującymi, upiętymi wysoko, tak, że żaden się nie wysmykiwał. Z koroną małą, szeroką spódnicą do połowy łydki i koszulką obcisłą, odsłaniającą żebra i mięśnie, i oną pierwotną nicość przez wielu zwaną oną wielką kobiecością rzeczy…

Drgała.

Poruszała się niczym wszelkie żywioły związane ze sobą w końcu, w onej idealnej harmonii. W końcu rozumiejące się na wzajem, w końcu… po prostu czujące, że to jest to. Że inaczej nigdy już nie powinno być, że inaczej jest złem a może i nawet wielkim grzechem przeciwko im samym. Naturze wszelakiej rzeczy. Ognia i wody, powietrza i ziemi, głazów i metali, marzeń i niedowierzeń…

Tak… tańczyła.

Bez muzyki.

Spleciona z wielu rytmów, znająca każdą muzykę, krok czy ruch. A może i sama nią była? Oną Boginią Wszelkiego Nucenia i Dźwięków Wydawania? Nie wiedzieli, po prostu tak stali na drodze, nie zważając na to, że wszystko dookoła leśne, dotąd głośne i pełne ptasich treli ucichło… nie bojąc się, że coś ich przejedzie, uszkodzi, wkurwi się i nakopie do dup…

I patrzyli.

Na te światła, na ruchy, słyszeli coś, ale nie znali ni dyrygenta ni orkiesty, nie poznawali też twórcy… a może i nie było to ważne? Może była ważna tylko ona. Niewielka, ale i dziwnie ogromna. Poruszająca się w pyle leśnej dróżki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Stoi sobie człowiek na drodze i myśli…

Często myśli zbyt wiele, zamiast się ruszyć i robić przynajmniej dwie rzeczy jednocześnie, bo przecież człowiek w mej osobie jest kobietą i to potrafi… no ale, jak se tak myśli, to dochodzi do wniosku, że nie wie co będzie z tą Wyspą. Kolejne sklepy nam chcą zamknąć w Gudhjem, a dokładniej… ci wielcy, zdawałoby się nieśmiertelni, chca w końcu spokoju i sprzedać posesję, a nikogo na ich miejsce nie ma.

Legendarne sklepy znikają.

Na ich miejsce pojawia się coś porąbanego, jak prawnie nie poprawny kącik surfujących… właściwie pierun wie o co w tym wszystkim chodziło, ale jakieś dwa lata temu była ballade jak stąd do South Pola. Pojawiają się nowe lody – obrzydliwe, pop up shopy – te akurat intrygujące, ale kosmicznie drogie…

A poza tym nic.

Jedyna stała to Sol over Gudhjem, już 22giego.

Znaczy ekhm, była.

Znaczy jest. Kurde no… wiecie, jak każda impreza, na której cała masa kamer, przyciąga wszystko co się rusza i ma jakąś kasę. Przyciąga i tych bidoków, co to mogą się ino nacieszyć zapachami, patrzeniem i takimi tam. Oczywiście ogranicza ruch, ale wiecie, moim zdaniem w ogóle nie ma sensu jeżdżenie w Gudhjem. Tylko kto będzie korzystał z nowego parkingu? W ogóle wiecie, że jest?

Trzeba iść potem kawal, więc…

No właśnie.

Ludzie w dzisiejszych czasach leniwi. A może zawsze tacy byli, nie wiem. Może teraz ludzi zwyczajnie więcej…

No dobra.

Jak każdy konkurs, czy raczej show kulinarne, całkiem mnie to nie interesuje. Rany, mi to nie dogodzisz, no. Ale wiecie, jest impreza, więc raz na killka at można porobić zdjęcia. Oczywiście w połowie i tak dostanę ataku paniki i będę musiała spierniczać stamtąd, no ale, żeby nie było, przecież byłam.

Tak, o wiele bardziej intrygują mnie stoiska z ziołami i inne takie rzeczy. Wiecie, jest impreza, więc każda firma chce się choć trochę pokazać. Mocno to zabawne, bo ludzi, któzy przyjechali tutaj na wakacje to albo nie obchodzi, albo i tak nie skorzystają, abo nie ich kraj, a tych co są stąd, to wiedzą przecież kto jest kto.

Taka specyfika małej społeczności, chociaż…

… nie ukrywajmy, że masa dyrektorów i tym podbnych szefów wszelakich oczywiście mieszka w stolycy. I to nie tej naszej, ale w Kopenhadze. Bo wiecie, nie ma tak, że pierwszeństwo mają ci, co mieszkają na Wyspie jeśli chodzi o stołki.

O nie.

O wygrywanie konkursów też, ale to akurat sprawiedliwe… chyba.

Nie wiem.

Ponieważ straciłam całą wiarę w ludzkość, poprawność, jakąś choć dbałość o społeczność, to wiecie, widzę nagle więcej. I brzydkie jest to, co widzę. może się by jakiś filter przydał, czy coś? Może byłoby mi łatwiej?

Ale chyba tak jest wszędzie…

A tak… miało być o jedzeniu.

Więc no… jedzenie chyba było. Na pewno pokażą w newsach. Czy innych tam. Zaraz, przecież ja mam tam być! To pa!!! No dobra, wróciłam!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tancereczka… została wyłączona

Pan Tealight i Nocne odwiedziny…

„Niespodzianka.

Widzicie, podobno wszyscy tak bardzo je lubią.

To największe kłamstwo na świecie!!! Najgrubsze, najbardziej czycone, by tylko wyjść z twarzą z łez innych. Najohydniejsze, brudne i cuchnące starą pyrą z kopca zmieszaną z buzującym rozpadem kapuścianym głąbem. Wiecie, ten smród co to przebije nawet trupa aromatyzację zewnętrza czy wnętrza… naprawdę.

Jak ktoś próbował obydwu to wie.

No więc to tak jest z niespodziankami.

Nawet jeżeli chcecie podarować danej osobie to, czego ona pragnie, potrzebuje, o czym naprawdę zawsze marzyła, możecie zaliczyć wpadkę… bo czas tego marzenia przeminął i ona już tego nie chce. Albo gorzej, z pwoodu niespełnienia się marzenia, jakoś tak, ono marzenie się przemieniło w znienawidzenie, więc… naprawdę z niespodziankami jest dobrze ino dla tego, co daje.

Oj tak, jak on super się czuje wtedy.

Dumny taki, a ty musisz utrzymać te sadzonki, czy inne tam zwierzątka dziwnie egzotyczne przy życiu. Albo dał ci książki, a ty masz dwa wydania tych i serio nie wiesz co powiedzieć, no przecież nie odmówisz?

A może powinnaś?

Może powinnaś wprost powiedzieć: nie znasz mnie w ogóle, choć zdaje ci się inaczej? Może powinnaś, ale nie powiesz, bo przecież jak ów darczyńca glołingujący się teraz przed tobą, poczuje? No zrobisz mu źle… a ty nie lubisz robić innym źle, więc dajesz robić tak sobie… jaka w tym zabawa?

Wiedźma Wrona Pożarta nienawidziła niespodzianek, ale czasem… czasem i Bogom Niespodzinaek się udawało…

… i byli z siebie dumni!!! – z dzienników Pana Tealighta.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Najfajniejsze są wieczory na Wyspie…

Nie no, oczywiście, że są komary i wszelkiego rodzaju inne robale, ale siedząc w połowie w domu i w połowie na tarasie, z widokiem na morze – znaczy ono tam jest, ale sąsiad nie obciął żywopotu, chociaż prawnie powinien, więc… z widokiem na krzaki wszelakie, miksy zieleni, wiatrak, który znowu odwrócili, a ja nie wiem nawet kiedy…

Po prostu wieczory są super.

Problem w tym, że nagle człek się orientuje, że jest 23cia. I kurde zaczyna panikować, bo znowu nie zrobił tego, czy tamtego tylko i wyłącznie dlatego, że teraz jest chlodniej, a on chciał po prostu trochę tego chlodu w siebie wtulić, bo dzień mu dał popalić. Nie no, pewno, że nie mamy jeszcze jakichś ogromnych upałów. Nie to, co przez ostatnie dwa lata, ale jednak… kocham chłodek.

Bezsłoneczny.

Tylko te noce…

I jeszcze ta truskawkowa pełnia.

No po prostu ludziom odbija! Nie oszukujmy się. Księżyc to małpa wielka, małpa co się obżarła wszystkiego tego, czego tobie nie wolno i teraz pierdzi na ciebie onym aromatem, co wcale nie przypomina onych smaków, za którymi tęsknisz.

A poza tym, jest już ofcjalnie Turyścizna.

I tyle.

Wiecie… jasne noce, jasne dnie, czasem burza. No właśnie, tyle burz, co ostatnio mamy, nie może bezporśrednich, nie może zaraz nad głową, ale jednak… widzicie, u nas zwykle gdzieś tam się błyska, zagrzmi raz i tyle. A teraz grzmiało pół dnia, grzmiało pół nocy. No co się dzieje z tą Wyspą?

Nie wiem, naprawdę.

Naprawdę!!!

A poza tym…

Pachnie latem.

Można się kąpać, spacerować i takie tam. Wiecie, lody jeść. Zjadłabym. Ale ceny mnie powalają. He he he! Lody to raczej tylko dla przybywających, biednych wyżeraczy codziennej trawy z własnego trawnika nie dopuszcza się do smakołyków. Nie ma. Chleb najtańszy w Lidlu – i najlepszy, he he he, podobnie jak pomidory, co mnie dziwi… ale chce mi się tych z bzowych kwiatków. No wiecie… jak się mówi na czarny bez, gdy nie jest jeszcze czarnym bzem, a jest białymi kwiatkami?

Co?

Bo nagle wiem jak po duńsku, angielsku i szwedzku, ale polski mi umyka.

Mniejsza.

Lato…

Może by tak w końcu popatrzeć na oną dzienność pełną? Nie spać całą noc, albo choć tak do drugiej? Może by tak… Ale żeby widzieć dobrze, to trzeba pojechać na północ, a tam komary mnie zeżrą i wdepnę w kupę. Do wyboru: krowia, owcza, kozia, końska… abo nagle zamotana psia w woreczku dookoła mej kostki.

Wszystko się może zdarzyć w noc najkrótszą.

Ech.

To jak?

Co najważniejsze, piątek. Co jeszcze ważniejsze, jeszcze tylko 39 dni życia w mojej tajemnicy. Aaaaaaaaa!!! Kurde, nie jestem dobra w czekaniu. Naprawdę nie jestem. Kompletnie nie jestem. Nie to DNA nie ta budowa!!!

Ech…

Lato…

Potrzebuję sponsora!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nocne odwiedziny… została wyłączona

Pan Tealight i Panna Pajęczyca…

„Wprowadziła się.

Olała czynsz i zaczęła budować i płodzić.

Nosz kurde no, większego horroru nie było na stanie? Wiedźma Wrona Pożarta odmówiła wychodzenia z Chatki i trzeba ją było na codwutygodniowe sprzątania zwyczajnie wiązać i wynosić na tarasik. Dalej mówiła, że nie idzie. Zresztą, jak raz poszła, to od razu wlazła w jedną Pajęczycą hodowlę i wiecie…

Pewno słychać ją było w Afryce.

Ale może nie zrozumieli onej wiązanki? A poleciała w kilku językach najcięższym bajerem. Serio, na k, h, ch, w… jakkolwiek można. Prawo, lewo, od dołu, z góry, lewej i wszelako dookolnie, po prostu…

A potem powiedziała, że ona nie wyłazi.

Pajęczycy oczywiście było za jedno.

Uśmiała się i tyle. Bo co jej zrobicie. Dalej zaczęła pleść te swoje mitenki jebane na krzakach i krzaczkach, na gałązkach i mniejszych drzewach. Wciąż jeszcze niepewna, czy większe jej nie odrzucą, a może jednak wiedząca ile można, a ile lepiej nie? Żadna tam wiedźma jej nie była zagrożeniem. Może i palnik tak, ale przecież kto na rozdroża będzie ciągnął ze sobą butlę a gazem?

Hmmm… chyba raczej nic, co nie?

Bo pora ognisk się szykuje… A Wiedźma Wrona odkryła jakieś Alibaby, czy innych tam przemytników zza dalekiego wschodu, więc… nie no, chyba nie, co? Pewno, że ona zboczona na punkcie ognia, ale…

Kurde…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ghost writer” – … nie żebym miała nadzieję. Serio, opisy na okładce są jak trailery filmowe, często lepsze i więcej obiecujące niż sam film. Albo i lepszy film z nich niż sam film… ale przy tej książce opis był…

Skromny.

Niby wiemy od początku o co chodzi. Kobieta umiera i spisuje swoją opowieść, ale… cóż, mimo iż wiemy, że jej życie było sekretne i nieszczęśliwe, to jednak… jednak do końca nie wiemy co było źle. Kogo ona zabiła, a może ona jest duchem co zabił. Może nie istnieje, no kurcze, człowiek się zastanawia i wymyśla różne… no dobra to z duchem to stary numer, co nie? Ale… mamy dorosłą kobietę. Może nie starą, ale dorosłą. Po przejściach. Z problemami. Wielkimi. Typowymi dla współczesnych czasów…

Psychicznymi.

Pisarkę.

Naprawdę kochającą to, co robi, ale też… matkę…

Ta historia, której spisywanie i ją samą poznajemy na stronach jest… bolesna. Dziwaczna. To opis tak wielu jednostek chorobowych, iż wielu z łatwością odnajedzie w niej kawałek siebie. Ja znalazłam. Za wiele… ale jeśli oczekujecie buziaczkó, happy endów i takich tam wypełniaczy, to darujcie sobie. To ból. Oszukanie. Życie. Koszmar nawet. To życie… które kopie w dupę, a raczej kopie i nie patrzy w co, bo ma to gdzieś.

Może i książką powinna mieć więcej słów. Może i współczesność nie lubi zbyt wielu słów, ale… tej by się przydało, bo ta opowieść powinna nas od początku prowadzić w pewne miejsce, a tak, zakończenie jakoś nie tyle zaskakuje, co sprawia, że czujemy się nie na miejscu. Naprawdę. Autorzy, dajcie sobie prawo do więkzej ilości słów i opisów. Wiem, wydawca chce te ponad 300 stron nie więcej, ale tutaj są i czytelnicy, którzy kupują książki i chcą słów.

Naprawdę.

Dla tych, co się nie boją powieści trudniejszych.

Ech…

Ciepło.

Kwiaty kwitną, nieliczne bzykacze bzykają. Bzykają też ci niebzykający, bo wiecie, może i im się trafi, czemu nie? Szałwia zakwitła, rozmaryn przekwitł, tymianek chyba nadal buzuje kwieciem, ale też już powoli odpuszcza. Drzewka przemieniają płatki w owocki, a dzikie czereśnie się… starają czerwienić.

Za to kasztany jakie mają kwiaty!

Ło ho ho!

Właściwie to lato w pełni. Wraz z onym pokręceniem, że połowa Wyspy ma ponad 25 stopni, a ona druga połowa ino 18, chociaż i tak czuje się jak 30, więc ja tam nie wiem… chłodna bryza obecna. Od morza, mimo braku onych wszelkich fal, jakoś się spojawia i suszy opocone ciało. I człek już się nie lepi… Na chwilę. Nim będzie mógł wskoczyć w morze. No pewno, że to nie Karaiby, ale jednak…

Woda niebieściutka!

I szmaragdowa…

Po raz pierwszy w ogóle mamy burzę!!! A tak, burze się u nas nie zdarzają często. Co jest dość dziwne, ale taka prawda. Jednak chyba po raz pierwszy mamy taką, trwającą od kilku godzin, krążącą dookoła Gudhjem, która oczywiście mocniej zaatakowała Allinge. Wiecie, Folkemodet. Nie tylko 800lecie flagi, ale i to… masa ludzi. Etap, którego nigdy nie udźwignę. Oj nie, nic z tego.

Za dużo ludzi!!!

Aaaa!!!

No i oczywiście nie spodobało się im, że burza zapragnęła się dołączyć, widać burza nic w sobie z folka nie ma, więc zaczęła się panika, ogólne szaleństwo, ludzie chcą wydostać się z Wyspy, nie wiem czemu… ale nic nie płynie, nic nie leci. No logiczne, takie warunki pogodowe, ale zapewne ludziom jak zwykle trudno to pojać…

Ekhm…

No nic.

Jak na razie wciąż siedzę w swojej wielkiej tajemnicy, którą boję się zdradzić od ponad dwóch miesięcy…

Nerwy mam zrąbane na amen, no ale. Nie chcę zapeszyć. W końcu może jeszcze dojść do nas jakaś zombie epidemia, czy inne tam UFO. Mogą powstać zmarli i mnie uwikłać w swoje sprawy, więc wiecie, wolę nie zapeszać… boję się zwyczajnie, że coś nie wypali. A raczej, że coś nagle się spierdoli.

Po ludzku czy trollowemu.

Ale kurde, trudno utrzymywać tajemnice, więc na razie miejscie ino na uwadze, że mam ją i tyle. Niech mnie ktoś przytuli, bo serio z nerwów nie mogę już!!! Albo nie, nie lubię jak ktoś mnie dotyka. Oj nie.

Bleee…

Dobra, ale wróćmy do burzy, która odświeżyła powietrze, lekko mocniej popadała i przyniosła oną wilgotną zielonkawość wszystkiemu. Nie żeby jakoś grzmiało, raczej mruczało, burczało na pograniczach i błyskało się… czasem tak mocno, że już człek czekał na rąbnięcie, a tu nic. I z jednej strony, jak ktoś w mojej formie się burzy bojący, to się cieszy, ale z drugiej, jakoś dziwnie zawiedziony. Nosz przecież tak mocno się błysnęło!!! Nosz przecież kurcze no, błysnęło się, więc gdzie moje pierdolnięcie.

Już na błyśnięcie pierdyknęłam łbem w sufit.

Dobrze, że drewniany!

LOL

Najważniejsze, ze popadało i ludzie sobie do domów wrócą, ale z drugiej strony, to przeceiż od przyszłego tygodnia będzie ich jeszcze więcej i więcej i więcej… i więcej. Bo to już ten czas. Ten dziwny czas. Taki bardzo niemój czas. Ale jak co roku trzeba się pobawić w Turyściznę, takie tam przebieranki, no i polatać dookoła.

A czemu nie?

O… burza chyba już sobie poszła.

Lampy się świecą. Chyba nawet dziś noc mocniej ciemną będzie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panna Pajęczyca… została wyłączona

Pan Tealight i Dżin Wazonowy…

„No właśnie.

Ale tak to jest jak się na pchlich marketach kupuje cokolwiek. A ostrzegała. Wiedźma Wrona Pożarta im mówiła, żeby nie, żeby jednak w IKEA…

Nie posłuchali.

Znowu.

Zawsze tak jest, że nie słuchają, a potem wielce wyrzut, że im nie powiedziała, a jak mówi, że przecież powiedziała, to wielkie oburzenie, że jak mogła i w ogóle, czemu nie głośniej, czemu ich nie związała czy coś, odebrała karty i portfele! A zresztą, to skąd ona to wszystko tak wie i dlaczego i czemu i po co, na co, na jakich prochach jedzie, które grzybki na jaką wizję i tym podobne…

Naprawdę.

Nie zadowolisz wszystkich. A najczęściej to nikogo, nawet samego siebie, więc lepiej nie mówić. Po prostu potem bierzesz te worki, łopetą, rozpalasz grilla, bo przecież czemu się ma cokolwiek marnować? No i do roboty. I sprzątanie i gotowanie, najlepiej z przyprawami, bo przeca i tak wszystko rośnie blisko, pod ręką. Tudzież inną kończyną, więc dlaczego nie?

No dlaczego…

Ale ten Dżin Wazonowy… kurde, jednak to był intrygujący zakup. Znaczy, nie żeby wiedzieli, nigdy w życiu, ale jednak wazonik im się spodobał, bo spory taki, bardziej pitos niż coś na kwiatki, w niebieskie roślinki, tudzież malutkie smoki, nie potrafili zdecydować, ale gdy Pan Tealight dmuchnął na powierzchnię, to one zaczęły tańczyć, więc co im się dziwić… problem się zaczął, jak wzięli się za zmywanie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

Dołem.

Znowu. Bo widzicie, chodzenie jest super. Naprawdę. Wymaga w rzeczywistości ino ciebie, no dobra, na tym szlaku polecamy buty raczej z podeszwą, żadnych szpilek i innych durnot w styu sandałków i… już. Weźcie wodę i na wszelki wypadek jakąś przegryzkę jak wam cukier szybko spada, czy coś w ten deseń, nie chcecie pogryźć komarów po drodze z głodu…

I już.

PS. Policka ma nowego kolegę… znaczy pracownika i ów piękniś ma na imię Haddock. I mogę powiedzieć, że to piękniś, bo ma cztery łapy. Wiecie, jakoś psiaki się nie obrażają za to, że się je wielbi. LOL

No ale… idziemy.

Najpierw trza dojechać do Ypnasted. Uważajcie na drodze, bo nie dość, że skręt przed lub po górce. Wiecie, zależy czy jedziecie od Svaneke czy jednak z Gudhjem. Jest różnica. Przy zjeździe z górki jest problematycznie, szczególnie w sezonie. Ale warto. Uważajcie na rowerzystów, chodzących i zwierzątka oraz pola, bo zasłaniają wszystko. I jeszcze na światło, wąską drogę, na której często musicie kogoś w sezonie wyminąć… poza sezonem to pewno nie, no ale, uważajcie.

Bo wąska droga to problem.

A i sarna może wyskoczyć.

A zieleń po prawej i lewej cudowna…

No ale jak już będziecie uważać i znajdziecie się na miejscu, to skręcacie w lewo i szuakacie parkingu. Jak go znajdziecie, w sezonie może nie być miejsca, ale jest tam starożytny, taki Imperium Rzymskie w datowaniu, kibelek… na pocieszenie. A potem wiecie, możecie iść do góry albo w dół. A ponieważ byliśmy już tam… w stronę Saltuny szliśmy poza cieniutkim paseczkiem, który kiedyś się jesienią nadrobi, to…

Pójdziemy w dół.

Znaczy do Bolshavn.

Tak, to dziwne miejsce, właściwie ulica z kolorową drogą i kolorowymi domkami. Tak, ta sama, którą dziwnie się jeździ i większość nie wie jak.

No worries, właściwie nikt nie wie, mimo iż była rozpiska w gazecie i samouczek, co robić z czerwonymi kreskami po bokach. I nie, nie jest to tylko miejsce dla rowerów i ludzi. Nie… raczej zwalniacz… ale nie myślenia. No więc idziemy w Ypnasted, dziwnego miejsca z kilkoma domkami, które zdaje się być kompletnie odcięte od świata. A już w zimie, albo jak pizga… znaczy wiecie, wieje mocno…

O rany, cudownie!!!

Odcięcie od świata gwarantowane. A jeszcze jak pada, po prostu bajer no. Sklep najbliższy kawał drogi stąd, połowić się nie da, no ale… przecież ja idę… no to idę. I mijam one domki czadowe, śliczności stare, po prostu serio moc. Ale też zdarzą się po drodze nowsze, drewniane, wyjaśniające odlesianie terenów. Odlesianie, które doprowadza mnie do pasji nie tylko szewskiej!!!

Ale idziem.

Pogoda bajer!

Słońce, ale nie wrząco. Za to pod nogami wąziutka ścieżynka, jakby serio nikt nią nie chodziło. Po prawej wielkie trawy i krzaki, po lewej też. Czasem morze, rzeczka, w końcu wielka rzeka – jak na naszą rozmiarówkę… i to z kamiennym mostem. Genialnym!!! Ale uważajcie, droga jest wąska, może zmylić, w krzakach kryją się robale, węże i jaszczurki i oczywiście są te drzewa opajęczynione i nagle… człek przyśpiesza mocno, wiecie, jakiś tm lęk atawistyczny.

I nagle krzaków więcej i…

Już.

Tak naprawdę droga jest niełatwa. Serio, lepiej mieć dobre buty i długie spodnie. Naprawdę. I serio uważajcie. Mocno. Bo wody wypłukały kamienie, łatwo się potknąć. Ogólnie mówiąc ścieżka przeurocza i dzika, ale dla zaprawionych w bojach, a potem. Potem wiecie, macie wejście do rybackiego miasteczka, czy też raczej garści onych sommerhusów. W porcie ktoś ma imprezkę, żarcie jest, ale jakby co, knajpa zamknięta. Wiecie, ta z wronami.

Świetne mają te wrony… jakby co, wracamy poboczem.

Czyli ścieżką rowerowo-ludzką.

Tyż fajnie. Kwiaty piękne, jaśminy. Kurde, ale fajnie… jeszcze gdyby tylko mniej aut było. Ale co ja tam, przeca to nie korek w Warszawie. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dżin Wazonowy… została wyłączona

Pan Tealight i Dziki Grajek…

„O rany jak skurczybyk fałszował!!!

No nie macie pojęcia.

To już nawet nie chodziło o to, że uszy odpadały, bo to ino lekko, temu co uszu mu ubyło, ściszało muzę, a on walił mocno i silnie, nagłośnienie pewno i jakieś miał… tu chodzi o to, że z dziur po uszach wydzielała się dziwna maź i tworzyła nowe wszechświaty, planety, orbity, siły, mieszała w znanej fizyce i chemii…

Jego rzępolenie było na pewno boskim tworem.

W znaczeniu dosłownym, że nie dla ludzi, nie dla maluczkich, nie dla tych, co niedopłacili w galerii genowej, tudzież, wiecie, nie zarobili łażąc już, tudzież bąkając się pełzająco na tej ziemi. Jakoś tak. Innego wytłumaczenia nie było. Tylko one jerychońskie trąby, anielskie chóry i takie tam. Bo przecież był Dzikim Grajkiem. Onym stworzeniem, która nie pragnęło poklasku i kwiatów pod stopy rzucanych, prezentów wybijających oko – podobno przypadkowo, kamieni szlachetnych, takich tam…

Nie chciał nawet fanów.

Zresztą, zapatrzony i zaopatrzony w one swoje skrzypeczki i trąbeczkę i jeszcze te dzwoneczki, które przymocowane miał do wysoko wiązanych butów… on jakoś chyba grał tylko i wyłącznie dla siebie. A jednak, wszyscy go słyszeli, więc jak to było? Dlaczego nie mógł ciszej, na odludnej planecie, gdzie atmosfery nie ma, dźwięki giną, się gubią, nie wybrzmiewają, a wtapiają się we wszechświat…

No widać nie mógł.

A Wiedźma Wrona Pożarta nie mogła spać!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w stolicy muzyka!

Wiecie, tutaj przecież jest jak wszędzie indziej, co nie? Chyba? Nie wiem, czy jeszcze wiem jak to jest w tym wielkim świecie. Podobno szaleją na punkcie selera? A dokładniej soku z selera. Hmmm, okay. Znaczy co, nie można zjeść tego selera? Nie wiem. Ludzie czasem są tacy zabawni. Ale co tam… ceny skaczą… hmmm, u nas to zawsze jest drogo. Kilo ziemniaków za 30 koron. No nie wiem. Ale z drugiej strony one tak jakoś… inaczej smakują, bardziej prawdziwie, lekko słono, morsko nawet.

Ale w stolicy muzyka…

Sezon raczej już się zaczął, ciepło się zrobiło, ludzie się pojawili w ogromnych ilościach… takie to jak zwykle zaskakujące. Pojawiły się ogródki przy knajpkach, tak naprawdę, to się nie oszukujmy, jest ich kilka w Rønne i tyle. W Hasle może i Svaneke też, ale cała reszta, hmmm, w Gudhjem to wiecie, mamy, zaraz, mamy 2 knajpki? I to takie otwierające się później?

Chyba 2… no i jakieś kilka sklepów, które się otwierają już, lub zaraz.

Zaraz!

Przecież jesteśmy w naszym, wyspowym, wielkim mieście.

No serio. Hihihi!!! Naprawdę jest to wielkie miasto. No dobra, może nie takie, jakie znacie, ale jednak na naszą rozmiarówkę spore. Bardzo. Spore. Obecnie wybudzone. Obecnie całkiem inne… może i głośne nadto jak na mój gust, ale przecież tak to już jest. Sezon przychodzi, są ludzie, bawią się, a reszta ma to przeżyć.

Zresztą, kto tam mieszka w mieście?

Tak naprawdę?

Hmmm…

Dobra, no to świat jest ciepły, rozsłoneczniony i tak dalej.

Woda wciąż zimna, ale za to piękna, czysta, w onych zajebistych kolorach, które zdają się przytrafiać wyłącznie na jakichś Hawajach. I to puste plaże. Czasem ino jakiś miejscowy, odważny. Czasem człek widzi, jak ktoś płynie, ale zwykle…

Ludzie siedzą w cieple i się cieplują.

No i tyle.

Taki świat.

Taka Wyspa. Przechodząca z wiosny w lato. Taka niesamowita, miejsami przekwitająca, miejscami już owocująca. Otwierająca się. Może nie tyle wybudzająca się, ale raczej już myjąca zęby i oczy. Prawie ubrana. Nawet może i większość makijażu zrobiła. Może i jeszcze dobrała sobie ciuszki?

Może?

Prawda jest taka, że każdy rok tutaj jest inny. Przez ostatnie dwa lata było wciąż gorąco. Nie można było wytrzymać, ale w tym roku jakoś tak zrobiło się gorąco w dzień, wrząco nawet, ale jeśli chodzi o wieczory, pojawia się zimny wiatr i można oddychać. Naprawdę. Można zwyczajnie, po ludzku oddychać.

I jakoś tak…

Żyć.

Bo co jak co, ale ja i ukrop nie trzymamy się razem dobrze. Naprawdę. Kompletnie się dobrze nie trzymamy. Ale w końcu jest ono ocieplenie klimatu, kolejne w wielkiej żywotności naszej planety i tyle. Co zrobić? Nie mam nawet mikrofalówki, czy suszarki na pranie, czy też, wiecie, no tego wszystkiego, co mają inni.

I torebki od Gucci czy innego Szanela.

I nie latam, więc sami sobie policzcie mój karbon footprint.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziki Grajek… została wyłączona