Pan Tealight i Inny Pan Tealight…

„Był inny, ale jednak wciąż on.

Niby odbicie w lustrze, ale takim lustrze starawym, miejscami spękanym, srebrzystym, mocno może i zniekształcającym i rysy twarzy, i wiecie, te kształty wszelakie i dorzucającym kolczyki… eee?

Co?

Nie wierzył, ale jednak, gdy przeszedł się z Wiedźmą do sklepu, jakoś tak spojrzał na oną wyrzezaną gdzieś tam figurkę i nagle, dotykając metalowych kółeczek w jej uszach, jakoś tak poczuł coś, coś, co było już dawno za nim, coś, co naprawdę mocno tkwiło w nim schowane, ale jednak wciąż jeszcze było tam…

Pod oną szarością.

Ale figurka, tak, nie było w niej nic z szarości.

Kompletnie.

Było tylko drewno, dziwnie stare, choć przecież nie był to antyk, ale jednak, ten zapach, to uczucie gładkości, te wszelakie oporności w kształcie ramion i odnóży… ale ona wiedziała, że to on i on to wiedział.

Zostawił one wspomnienie siebie, by za 30 koron trafiło do czyjegoś świata, a może nie… może po ich wizycie zwyczajnie zniknęła… I nie dlatego, że ją zajumali, no błagam, odrobinę wiary!!!

No choć oną odrobinę…

Po prostu może… nigdy jej tam nie było.

Tylko wizja… Przedwiecznego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dynie sprowadzili do miast.

Podobno ku uciesze gawiedzi ponad 4 tysiące? Albo coś w ten deseń. Siedzę w Nexoe i nadziwić się im nie mogę. Znaczy wiecie, no onym dyniom. Kiedy to ludziom odbiło tak na ich punkcie? Tak serio?

Kiedy?

Nie no, oczywiście, że stara jestem i pamiętam czas przed, ale pamiętam też czas po… wciąż nie kumam dlaczego USAowianie płacą bachorom za kostiumy kupione w sieciówkach i na dodatek muszą wszystkim otwierać drzwi. No nie wiem, ale horrorów nie oglądali, czy co… serio, szczególnie w dzisiejszych czasach. Tutaj od nastu lat już zaleca się zamykanie drwi, wyjmowanie z nich kluczy – wiecie, z drugiej strony, by złodziej nie wybił szybki i se nie przekręcił…

A jednak tam, w świecie dostępności broni wszelakiej, może oni zwczyajnie strzelają, a otem nie pytają? Nie wiem. Ale, co tam. Może zwyczajnie jestem z innego świata? A może w tym miejscu ona komercyjność mnie raczej gryzie? No co, innych gryzą przedwczesne święta… z miejsca mówię, że chodzi mi wyłącznie o grudzień, innych nie uznaję – a mnie mogą gryźć te rąbane dynie.

No serio…

Przecież oni nawet ich potem normalnie nie wywalają na kompost czy do lasu. Serio…. wsio się rozkłada, smrodzi i leci w śmietniki. Bo u nas ekologia taka pisana raczej palcem po wodzie i to tej niespokojnej bardzo. I jeszcze, one takie mega pędzone są, to wiedzą wszyscy, więc no naprawdę… trzeba? Pewno, że kolory mają cudowne i jest kilka gospodarstw, które robią je normalnie i to w różnych kształtach, ale…

… sprowadzanie ich?

Serio?

Czy my nie moglibyśmy włączyć czegoś duńskiego do tej amerykańskości? Nie wiem, może choć zombie o vikińskich rysach?

Hmmm?

Wieści…

Wielkie wieści.

Wieść gminna niesie, że umieścili nas na drugim miejscu w jakiejś tam szemranej broszurce na wiecie, najlepsze miejsce wakacyjne.

I oczywiście od razu wszyscy dumni, jakby to oni tych z Turyścizny doprowadzali tutaj i dopieszczali i nieuciekali w inne miejsca i tak dalej… ale też na szczęście pojawili się ci, którzy mądrze zauważyli – w mediach społecznościowych oczywista, bo gdzież indziej teraz dysputy się toczą – że może wartałoby zrobić coś z niszczejącą siecią i campingów i zamykanymi kanjpami, plajtującymi sklepami i wynoszącymi się artystami, którzy skopani zostali ostatnio nazbyt mocno, ze mną włącznie…

Ale, najśmieszniejsze jest to, że wyróżnienie, zwane też drugim miejsem zostało przyznane przez jakieś amerykańskie Readers ´ Choice Award 2019… co trudno wygooglać, ale sobie istnieje i któremu, przyznaję, nie wierzę. Dlaczego? Bo pamiętam kampanię, którą przeprowadzono między mieszkańcami Stanów ostatnio skonfundowanych i ile za nią zapłaciliśmy.

Nie oszukujcie się nigdy, że to z czyjejś innej kieszeni, nie…

Za wszystko płacą zawsze mieszkańcy.

Podatki znowu pójdą pod niebiosa… tia. No więc jest sobie to drugie miejsce, ale jak się wczytacie, jest to drugie miejsce w kategorii wysp europejskich… no offence, ale raczej wybór nie jest aż tak wielki. Chorwacja na pierwszym, bo przecież logiczne. My na drugim, podejrzewam że to przypadkowość finansowa… czy nam to wyjdzie na dobre? Wiem jedno. Lasów ściętych, zniszczonych miejsc zielonych, skradzionych wydm i tym podobnych jest nazbyt wiele. Ekosystem tego miejsca naprawdę nie uniesie więcej i tak… wolę rowerzystów od bikerów.

Bez urazy, ale przynajmniej normalniej jakoś z nimi…

Natura się wali…

Wyspa przechodzi ogromne zmiany, których chyba ktoś nie zauważył, i którym bestialsko dopomógł, więc… nie, nie cieszy mnie to. Bo maluczcy, wystawiani jak małpy w zoologu nie zarobią na tym. Wielcy zarabiają zawsze, więc…

Ogólnie, smutno tu ostatnio.

Nawet z oną pomarańczowością dyń.

A może to one oną smutność tak wypuklają?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inny Pan Tealight… została wyłączona

Pan Tealight i Pomocnik…

„Nie prosiła o niego.

Nie wystawiała ogłoszenia, nie krzyczała, nie składała ofiary z dziewicy, naprawdę… nie chciała, nie potrzebowała, a może… tylko się jej tak zdawało?

Hmmm…

Czyżby zaczynała w siebie wątpić?

Może i zaczynała.

Ostatnio zbyt wiele światów ładowało się do tego, co większość zwała oczywistością, opisywała jako realność i jakoś tak Wiedźma Wrona się w tym wszystkim gubiła. Ale milczała. Bo przecie lepiej tak zwanym „normalnym” nie mówić, że to chyba jednak może być inaczej, iż istnieje równanie, siła wyższa, tudzież wszelaka fizyczność… wiecie, milczenia ci zwani wariatami, lub li ino innymi, uczą się dość szybko. Ona też dość szybko to pojęła.

Choć i nacięła się kilka razy, ale…

Żeby od razu pomocnik?

Mały, brązowy miś w wielkich, czarnych skarpetkach z szarą wstawką, paseczkami, a całą resztą zwyczajnie misiową, krągłym ogonkiem, i że niby on ma jej jakoś pomóc? I jakoś no, wiecie, zwyczajnie tak za nią decydować?

O co, to nie!!!

Ale się pojawił.

Jak sporo spraw i rzeczy ostatnio więc durnie było, głupio, niezręcznie całkowicie, no wygnać go na wnietrzny świat.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Morze.

O tak, morze jesienne już.

Po pierwsze trawy. Wiecie, one długie, średnie i mniejsze, całkiem malutkie. No widzicie, wcześniej one przechodziły oną transformację od żółtkowozielonych, potem neonem waliły, a teraz brązowieją. Ale one brązowieją mega. No serio. Po prostu mega i na full wypas, w karmele idą.

I robią to super!!!

No i te trawy tak się kłaniają falom i się podnoszą, kłaniają i podnoszą. Jakby kurde chodziło im wyłącznie o oną własną szczupłą linię. Wiecie, maksymalne dosportowanie! Wieczny fit! Ale kolorek łapią dopiero po wszystkich, jakby wiedziały, że ten cały brąz z ludzi już złazi, ale na nich… no właśnie, na nich dopiero teraz zabłyśnie i porazi one ludzkie, chciwe oczęta i oczywiście… będą zazdrościć. Mega będą zazdrościć. I o to trawom chodzi. A co, jak mogą to sobie poszaleją z opalenizną.

No i po prostu piękne są te trawy.

Rzadko nieruchawe w onej morskiej ciągłości drgań, wszelakich falowań i wietrznych lub niewiertrznych przymuszań do ruchu. Bo przecież i pogoda, w znaczeniu mocno temperaturowym, się zrobiła taka niskawa.

6 stopni w październiku to się nie zdarza często.

Oj nie, nie tutaj, a jednak jest.

Ludziska podkręcają ogrzewanie, ludzie szukają czapek i rękawiczek. Ale nie ma boja, znowu ma podskoczyć do 15tu, więc nie będzie jeszcze zimy, za to ferie dyniowe a pewno. Bo w końcu chyba należałoby zmienić tę dziwną nazwę onych ziemniaczanych holidejsów. Znaczy tam wolnego w szkole…

Kto tam pyry zbiera…

Dynie władają.

Po drugie wodorosty i meduzy, które wypełzły były…

Przyznaję, że poszukuję je jak jakieś połączenie zwyczajowego szaleńca z obesyjno kompulsywną babskością, która seryjnie chce sobie udowodnić, bo świat to ma już gdzieś, albo ino tak sobie tłumaczy… że może zrobić takie zdjęcie, że po prostu świat się pokłoni, niebiosa roztworzą, piekła też, bo czemu nie, równouprawnienie jest, polityczne poprawności i tak dalej, więc…

… no zwyczajnie chcę…

… muszę…

Muszę złapać one pięknie mokre kamyczki, kolorowe i barwne, na nich zielona sałatka, neonowa taka, paskowana, i na to brunatnice, czy inne tam czary mary zasadniczo wodnorostowe… które nagle przybrały barwę najszlachetniejszego z burgundów. I wyobraźcie sobie te meduzy na nich, pod nimi, obok nich i tak dalej.

No po prostu baja!!!

Nierealna…

Ona dziwna galaretowatość, sporadycznie widoczne te wszelkie kwiatkowości różowate i purpurowe czasem… ten okrąg, niby inplant, a jednak może coś z kosmosu… Oczywiście świeże wszelako. Oczywiście. No inne to już wiecie, nie taki efekt, nie… tylko te tak odbijają wszystko, tak zbierają drobinki piasku, tak bardzo są idealne. Tak bardzo nietutejsze się zdają. Tak bardzo… przerażają mnie i fascynują zarazem.

Nie mogę ich ominąć.

Po prostu muszę robić te zdjęcia, jakby mnie wołały, krzyczały, że ta ich śmierć, ona cielesność, która zaraz zniknie, zeschnie, spłaszczy się, musi zostać pokazana. Musi być na coś. Ma być sztuką.

Pragnie nią być… choć dla mnie już jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomocnik… została wyłączona

Pan Tealight i Najeźdźcy…

„Przybyli.

Wyglądając groźnie, z wielkimi, metalowymi statkami, z dziwną światłością, burzeniem horyzontalnej czystości i minimalizmu. Z tą srebrzystością, maskowaniem, maciupkimi bojami porozrzucanymi dookoła…

Z onym złudzeniem, że są tutaj, tak blisko, a przecież wcale ich tutaj nie było, byli daleko, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wiedziała… wiedziała lepiej. I choć nie widziała, widziała więcej. I była pewna, że to znowu nie jest dobry znak. I to na dodatek kolejny takowy.

Ale co mieli zrobić.

W końcu oni tylko ćwiczyli.

Jakby można było ćwiczyć sobie ot tak zabijanie. Ot tak planowanie niszczenia krajów, światów, zabawy z bronią, dźwięki wszelakie, oddziaływanie na ludzi… może i ptaki nie spadały z niebios, ale jednak wrony były niespokojne, a jak one były niespokojne, więc i podenerwowaną była Wiedźma Wrona. Wiedźma nader szczodrze ostatnio karmiąca wrony, które szeptały jej do uszu dźwięczących kolczykami historie…

Historie z wielkich, metalowych statków.

I pontonów…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziwna pogoda” – … opowiadania. Specyficzne opowiadania. A raczej nowele… trochę dłuższe, głębsze, zawsze z przekazem. Ale ja tak bardzo chciałam powieść.

Tak wiem, moja wina, nie doczytałam i tyle.

A autora cenię i uwielbiam, więc… tak szczerze, nie żałuję. Bo to pióro, te osobowości, one historie… oj, tak bardzo by się chciało by były dłuższe, by były bardziej rozwinięte, by były ze mną na więcej. Więcej czasu, więcej chwil, więcej, po prostu więcej. Bo bez urazy, lubię nowele, opowiadania też, ale jednak wolę dłużej i więcej.

Rozmiar ma znaczenie.

Na szczęście książka znowu jest przyjemną cegłą, grubą, pięknie wydaną, więc wiecie, choć czyta się ją bardzo szybko, to jednak wciąż warto. Warto poczytać dobre pisanie, choć niektóre pomysły mogą się wam wydać znajome. Ale przecież niektóre myśli ujęte w lekko inne ramy mogą odkryć przed nami inne strony… człowieczeństwa.

Bo autor znowu czepia się człowieczeństwa.

I dobrze!

Jemu to wychodzi niesamowicie!

Kudosy też dla tłumacza!!!

No dobra, walę to!

Ktoś zepsuł mi horyzont!!!

Serio! Nie dość, że manewry, to jeszcze na dodatek niemiecka bandera tak wielka, że w cholerę brzoza ma tło dziwne. Wiecie, ta brzoza, co to kiedyś stała mi przed oknem, a teraz jakoś tak w oddali mruga z falami, no i onymi wojskowymi shipami. I jeszcze ci nurkowie. Dziwne plamki na niebieskości.

Tylko te ich pontony i boje pomarańczowe.

Niby człek wie, że przecież to tylko ćwiczenia i takie tam, ale jakoś coś w powietrzu wisi i nie dynda nawet. A wietrznie dość było przez czas jakiś. Nawet znowu popadało, nawet znowu coś pociemniało, nawet jest ta jesień, ale wciąż nie dostałam takiego dnia pełnego onej ponurej jesienności.

Wiecie… co kto lubi.

LOL

Ja czekam na mroczne wieczory, poszumy deszczów, one zielenie odmieniające się, bo co jak co, ale na razie się lenią. Lenią się tak bardzo, że olewamy wszelkie ostatnie imprezy jesienne tutaj, za kilka dni zaczyna się czas ferii, wię wsio zmienia się w Halloween, a potem już Jul i koniec roku i znowu człek nie wie…

… gdzie ten czas zleciał.

Odleciał może?

Na wakacje poleciał?

Nie wiem, ale jest to wkurzające! Czas zdaje się być czymś, czego już nawet nie można ogarnąć. Niby mamy technikę, mamy zegarki, kalendarze, ale to wszystko pędzi tak szybko, że nie daje się siebie przemyśleć.

Choć to może i dobrze?

Tylko te statki…

Może w rzeczywistości to ich wina, że czas tak pędzi? Może to one coś kombinują z continuum? Albo gorzej, zapomnieli to zrobić? A może coś pokręcili z jakimiś liniami magicznymi, a może Syrenice się wkurzyły, a może…

Można serio kombinować z teoriami, ale prawda jest jedna. Nagle przymuszają człowieka do niemarnowania niczego. Ni oddechu, ni chwili na drzemkę, nie, ciągle coś rób, twórz, bądź… żadnej celebracji naprawdę, a jak już, to chwila tylko no i koniecznie na pełny regulator, a ja… ja się gubię.

Wiem jedno, farba się nie może zmarnować, więc w weekend malowanie. Jak się uda, to się uda, jak nie, kanał trochę. To w końcu już dwa miesiące w nowym domu. Nie, wciąż się nie przyzwyczaiłam, a z drugiej strony obydwoje czujemy się tutaj tak, jakbyśmy mieszkali tu od zawsze. Z drugiej strony, w tym miejscu żyjemy od tak dawna, że już nie pamiętam, a może nie chcę pamiętać przed…

… a może nawet zapominam, by nie cierpieć, tego co działo się w Mold Husie…

Wiecie, bo złe czasem dobrze zapomnieć, szczególnie jeśli nie można mu przypierdolić w ryj patelnią. Najlepiej ciężką, no i wiecie, taką odporną na plamy. I raczej jednorazową, bo już nic z nią nie zrobię. Będę się brzydzić, więc… jakby co, to czy ktoś chce używaną patelnię? Ino raz?

Pytam na zapas!

PS. W sprawie kupowania domu na Wyspie, powinnam napisać coś więcej, ale tak szczerze, to człek dziwnie się czuje. Wiecie, cała ta sprawa prawno-bankowo-pożyczkowa jest jak w innych miejscach. Tutaj przebiega szybciej, bo przecież ludzie się znają. I dlatego zalecamy wzięcie pośrednika, który, jak nasz, zna wszystkich. Oraz ich słabe i mocne strony, a jednocześnie zgrywa cichą myszkę. Genialna opcja. Co do danbolig’u… ech, z jednej storny uwielbiam szefa, ale koleś, który nam się trafił, typ kochanka starszych pań, wiecie, takiego, co każda babcia mu ciasto od razu piecze, był naprawdę kompletnie nieodpowiedzialny i niedoinformowany. A to jest niedopuszczalne. Błędy, który popełnił, to co się stało przy przejęciu domu, to co odkrywamy teraz… i to, że dziś przywlókł dupę z butelkami dwiema wina… ma na minus. Bo wiecie, z winem do mnie… ekhm. Research się robi. A co jakbym była AA?

Jakoś gluten to wielka sprawa, a coś tak równie istotnego nie?

Nie wiem… za to dom, wciąż czuję się tu jak na wakacjach, z których zapomniałam wyjechać. Z przerwami na robotę. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Najeźdźcy… została wyłączona

Pan Tealight i Nowa Dziewica…

„Okay.

Dobra.

Rozumiała eksperymenty, ale właśnie w tę stronę? I to przez Mikołaje? Serio? Co to ma być? Nowa ofiara na Jul? No niby cztery kończyny ma, ale koślawa strasznie, zabiedzona i brzydka bardzo wybitnie. Ale miała cycki.

Serio je miała.

Wielkie.

I to sześć par, a może i więcej, bo ciuchy na sobie workowate miała, tylko rozchylone na środku, główkę schowaną częściowo pod kapturem niczym gotowy koszmar na Halloween. Nic z Samhain niezwiązanego… związanie tego ze świętem duchów i welonem się roztwierającym byłoby…

Abomination!

Obrzydliwością, wstrętem i wszelakim paskudztwem była, ale jednocześnie, dla Wiedźmy Wrony Pożartej i czymś… dziwnie znajomym. Czymś co już znała. Czymś, co chciała od siebie odseparować…

A potem zniknęła.

Jakby wiedzieli, że uczynili coś, czego nie powinni byli i po prostu, zwyczajnie, jakoś tak zamietli ją pod dywan. Jeszcze było widać pod nim wzgórek, ale malał on z każdym biciem serca. Czyjegoś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mglisty czas.

Deszczowy czas.

Kurna, jak tu wysuszyć pranie, jak na zewnątrz daszczka brak. Potrzebny nam carport. Niestety. Tak naprawdę potrzebne nam wiele rzeczy, ale ponieważ, niczym jacyć newledsi wpadamy w sroczy zachwyt nad widokiem, światłem, jasnością i przestrzenią – wynikającą z braku mebli, ale wiecie, jak żyło się kurcze w piwnicznym, wilgotnym zatłoczeniu, nagłe oddychanie na wzgórzu… jest zaskakująco overwhelming.

… więc na razie człek tak się żyje…

W życiu by nie pomyślał, iż problemem stanie się dla niego widok, a ten mamy awesome and amazing. Naprawdę. Na te pola, na te drzewa, na one dachy i morze przede wszystkim. I nagle… jak tu pracować? No jak? Bo to kurcze strasznie rozprasza. Tworzysz sobie historię w głowie, przenosisz ją klawiszkami w eter, a tu nagle coś przejeżdża, ptaszek przysiada na wciąż kwitnącej gałązce i…

… umarł w butach.

Gapisz się.

Pewno jest to tak, jak inni patrzą na TV, ale nie posiadam, nie oglądam, nudzi mnie, od razu bym chwyciła za książkę i w ogóle, więc… ale widok za oknem. Te zielenie bleknące, starzejące się… one pola lekko zaorane, niektóre wciąż zielone. One dachy, ta spokojność, czy niespokojność, trzy sarny w ogódku, skurczybyki moje drzewka młode zeżerają, ale jak je kurde jakoś tak wygnać.

No nie da się.

Nie… nie mogę.

Gapię się.

Nagle już nie klikam, a może i klikam, w końcu człek jakoś tak opanował oną prędkość podobno Kałasznikowa i wszelakie celowanie, no więc może moje palce dostają jakieś mózgi i same sobie piszą, a ja na morzu nagle zawieszam oko, a nawet i dwa… bo widzicei, pojawił się niemiecki jakiś tam okręt wojenny.

I kurna stoi tak…

I jakoś się nie rusza.

I to stoi już od kilku dni w jednym miejscu, nocą jaśnieje niczym rąbana choinka na morzu, za dnia, miejmy nadzieję, nie smrodzi nam do wody… naprawdę mam nadzieję, że kurcze nie nabrudzą.

Bo już dość tego zasyfiania Bałtyku!!!

Basta!!!

A potem sikorka i rudzik i pliszki… nie no, nie da się tak, w końcu i dłonie jakoś tak zawisają nad ciemnością klawiszków i już mam przerąbane i nagle łupie mnie w głowie i wiem, że wiatry nadchodzą większe jakieś i już… nie wiem, strach dziwny człeka czasem ogarnia jak tak wieje, a czasem nie, więc człek nie wie, który z wiatrów łupnie go w Wyspę i… no jakoś tak nie wiem…

Czy ten okręt się ino chowa, czy nie?

A może na coś czekają?

A może prowadzą tajne badania dna? Albo, co gorsza, to ryją nam już ten tajemny tunel wojskowymi, skradzionymi Ufokom mocami? Ekhm, no co, X Files kocham nadmiernie!!! Niestety. Lekkie, mocne tam, zboczenie i tyle.

PS. Tiger zamknięty. No tragedia na Wyspie. Może otworzą znowu po przeprowadzce jeszcze w tym roku, ale i może nie… nie wiem. Takie to dobijające, bo w końcu miejsc do kupienia czegoś tam mamy mało, więc… pewno, powiecie, że szajs, ale przyznam, że ramki mocniejsze mają niż te z IKEA.

Sprawdziłam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowa Dziewica… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniana Niewinność…

„Całkiem zapomniana, właściwie nawet i porzucona, przyczołgała się ze zdartymi kolanami, kucykami, uśmiechem lekko szczerbatym… ale wiecie, zgaszonym takim. Choć naprawdę się starała, w onej wychudzonej dziewczynce z kokardkami w kropeczki czerwone, z fartuszkiem do nich pasującym, z uszami nieprzekłutymi, ale ozdobionymi zwiędłą stokrotką…

W tych łokciach wystających i policzkach pucatych dziwnie, przeczących chudości całego ciała. W resztkach koronki i inicjałach A. A., które zdobiły chusteczkę do nosa z wyrysowaną na środku żółtą kaczuszką, rzeczką i drzewkiem…

W tych malutkich stopach nagich, nawet nie obutych w łapcie jakieś, jakby pogubiła je gdzieś i nie chciała już po nie wracać. W tym prostym, srebrnym łańcuszku na szyi z czerwoniutką truskaweczką i lalką, która jako jedyny element byla opakowana miejscami w papier pakowy. Przewiązana sznureczkami, na kokardkę plątanymi… ino główkę jej było, szmacince, widać.

W tym wszystkim nie dało się zobaczyć ni ponad oną niewinność.

Zapomniana Niewinność.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w mieście wciąż ludzie.

Wydawałoby się, że gdy się ochłodzi, to będzie ich mniej, ale nie, wciaż jeszcze są. Znowu jakiś osobnik, do którego nawet się nie zbliżyłam obkrzyczał mnie coby mu zdjęć nie robić, a potem molestował słownie, dzięki czemu zwiększę sobie ilość barbiituranów i znowu nie będę wychodzić z domu, a może…

Bo ostatnio jest źle.

Niby człek zawsze był psychiczny, ale to tutaj uciekł, bo ludzie mieli być podobni, bo mieli rozumieć i tak dalej, ale wiecie, wszędzie ludzie to ludzie. Zuo i ból wszelaki. Nawet jak starasz się ich unikać, uciekssz przed nimi, to jakoś tak, jakoś tak i tak jakoś cię dopadną. I sprawią, że poczujesz się gównem.

A może tylko ja tak mam?

Kiedyś mnie policja poinformowała, podpierając się badaniami psychologicznymi, że zwyczajnie jestem taki typ. Chłopiec do bicia i tyle. Mam cierpieć. Wiecie co, gryźcie się w dupę!!! I tyle. Wyjdę znowu i znowu pewno oberwę i będę głośniej śpiewać i jeszcze bardziej się od wszystkich odsuwać, a może…

Może czas znaleźć inną wyspę?

Bo to miejsce zaczyna się zmieniać… i to w bardzo złą stronę. Jakoś tak, jeszcze bardziej, może jednak… może trzeba? Ale gdzie, co i jak?

Jak?

Nawet już nie wiem, czy wciąż kocham to miejsce, a było to coś, czego byłam naprawdę pewna. Za bardzo mnie skopano i sponiewierano. A może… a może tylko tak bzduram, wiecie, psyche spaprana, więc wymyśla co jej się tam chce. Co jej tam płyny i soki na myśl przyniosą… może to to?

A może…

Nie.

Agresywność ludzi, którą można obserwować na tak niewielkiej przestrzeni, w tak odmiennych stanach ich świadomości, na takiej przestrzeni czasu, to doprawdy materiał na doktorat. Albo i dwa.

Czy trzy nawet…

Co tam, habilitację się od razu walnie!!!

A przecież, przecież człek powinien odczuwać szczęśliwość… czy coś w ten deseń. No dobra, nie umiem być szczęśliwa, ale choć jakaś radosność, czy coś? W końcu jesień jest, dni czasem nawet są mroczne i szare. Milusie, że nic tylko się w nie wtulić, nawet deszczu trochę popadało, więc wiecie, to jest to.

Mój czas.

W końcu słońce bawi się z mgłami tak magicznie, liście się zmieniają, ale wciąż są ludzie. Rzucający się na ciebie bez powodu. Bo przecież widać teraz coś takiego jak przestrzeń osobista nie istnieje, czyż nie?

Winię za to intetnety…

Rozbestwiły ludzi i wydaje się im, że serio wyglądają jak na onych wyfotoszopowanych, przefiltrowanych fotkach i pierdolą onymi nibymądrymi sentencjami. Niczym jakieś Kwaczki z Kwaczkerskiego Zakonu Przemądrych Kwaczek. Naprawdę. Każdy teraz od razu poeta, artyzm wielki, dowcip, wszelakie dobrodziejstwo dla ciebie… i plasterek i modlitwa i jeszcze na dokładkę dieta, która sprawi, że przestanie cię tak kosmicznie wzdymać.

Czy też wydymać…

Ale te mgły jesienne.

Muszę je złapać aparatem i żaden arabskiego pochodzenia koleś z dziwną łódką, co to rości sobie prawa do zagłuszania mej spokojności mnie nie powstrzyma. Nie dam się brodaczom. Tym golonym też się nie dam!!!

Pieprzcie się!!!

Ale już najbardziej mnie wkurza, że chcą mnie pouczać o szkodliwości telefonów i tak dalej… mnie, człeka bez telefonu. Wielce to podobno teraz modne, nawet tutaj. Wiecie, mieć telefon bez intenetu, jeszcze dodatkowo nie mieć mediów społecznościowych i oczywiście głośno wszędzie o tym świat informować.

Buahahaaaa… co wy wiecie o życiu bez pipkania, cieniasy!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniana Niewinność… została wyłączona

Pan Tealight i Nietraktor…

„Nie był traktorem, więc… go nie pokochali.

Ale orał, więc go znosili.

Kim był?

Koniem. Koniem na rąbanej wystawie starych, śmierdzących traktorów, które postanowiły sobie poorać jeszcze raz. Udowodnić innym, że mogą. Że jeszcze wciąż coś w nich gra, że nawet tego, czy tamtego odmalowano… niewielkie, w porównaniu z tymi modernymi i wszelako szpanerskimi, wprost krasnale.

Staruszki z kierowcami o laseczkach, z wyziewami zdolnymi pokonać każde płucka, a jednak… jakieś takie z duszą, niczym małe szczeniaczki, niczym smrodliwe bobaski wszelkiej zwierzyny. No wiecie, to coś, co jest takie, że zabić tego się nie da. Że po prostu nie można, że… a jednak…

Tak bardzo nieekologiczne.

Smrodzące i głośne.

A on… on zaorał przyznany mu kawałek, ciągnąc za sobą i człowieka i ustrojstwo, i jakoś tak, po prostu stał potem, w lekkiej oddali, mając dość naprawdę tych hałasów, wszelkiej pobudliwości. I jadł sobie trawę. Bo wiecie, to go napędzało, a tam jeszcze były stokrotki, trochę pokrzywy i mięta nawet!

Nietraktor.

Niewystawowy.

Dziwnie niewidoczny… ale jak kurna zostawi po sobie co i nieco tam gdzie te krzesełka jury rozstawione, to na pewno by go zauważyli, jednak…

… po co.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Morze…

Nawet jak cuchnie to piękne.

Tak to już jest, że morze czasem nie pachnie… eee, no wiecie, onymi morskimi różami, a raczej moze pachnie właśnie nimi, ino przetrawionymi, lekko się już na brzegu rozkładającymi, nie brązowymi żółtawymi z plamkami czerwieni, ale szarymi, zakrytymi piaskiem… no wiecie, smrodliwe to strasznie.

A i tak pachnie.

Bo to przecież morze. Coś, co po prostu trzeba czuć, słyszeć i widzieć i wszytsko najlepiej jednocześnie. Czasem oczywiście można zamknąć oczy, ale nic to, czasem można próbować zamnknąć uszy, ale się nie da. Albo i nos można, choć nie, ten smrodek przetacza się przez człowieka i w nim zostaje, a jednak… a jednak jest okay. Jest normalny, naturalny i jak kilka fal przebiegnie, to wiecie…

Zniknie.

I tyle.

W życiu są smrodliwe sprawy, ale czasem dobrze przywołać falę, może i wysoką, wielką, może i ogromną, żeby, wiecie, żeby po prostu pozbyć się zapachu.

A morze teraz, jeśli niesmrodliwe się wam trafi, to jest jesienne. Najpiękniejsze. Czyste wody, w nich one brunatnice i inne porosty, algi, wodorosty, jakkolwiek to nazwiecie, kolory. Wzburzenia fal większych lub bardzo mniejszych. I jeszcze są te patyczki wyrastające z wody i terenów podmokłych, które tracą swoją zielonkawość i bawią się w żółcienie, brązy i czerwienie. Takie to wsio na tle błękitnego nieba i niebieskości morskich, wciąż zmiennych, szaleńczych, zaskakujących…

… piękne.

Po prostu piękne.

Tym razem może Dueodde?

Dawno nas tu nie było. Ludzi wciąż trochę jest, ale jednak to już nie czas leżakowania, a woda, chociaż temperaturkę da się wytrzymać, to jednak, wiecie, ten smrodek. No nie da się. Tutaj akurat rzadko wyrzuca takie ilości zielska i sporadycznie można je przyłapać leżące tak długo, ale jednak.

Tym razem nam się udało.

Najpierw jednak.

Trzeba było przejść się po onym nowym pomoście, który teraz dochodzi daej, miejscami jest kompletnie nieprzejezdny, a na dodatek, ku mojemu zadowoleniu… zarósł. Serio. Brzózki po bokach stworzyły niezły szpaler przez oną suszę. I wiecie co, super to jest, ale pewno nie przetrwa długo.

Już słyszę piły…

Ale na razie mamy oto najpiękniejszy dowód na to, że przyroda ma gdzieś to co Polacy wrzucili nam do wody, ona sobie wzrasta.

Bo co ma innego robić?

W końcu najwyższym nakazem wszelakiej biologii jest rozwój, rozmnażanie i produkcja większej ilości ziarenek, zasiedlanie, mnożenie, by było więcej ich, więcej i jeszcze więcej. A co… taki zapis genetyczny.

Normalność…

Dueodde ma to do siebie, że jest płaskie. W lecie zwię je patelnią, bo wiadomo, nie dość, że piachu tyle i poza wydmami przepięknymi ino płaski, cudownie miękki podkład, to jeszcze woda, by się zanurzyć, zmusza nas do przemierzenia połowy kilometra nim da się popływać. Ale co dla kogo. Na pewno to miejsce dla młodszych.

Czy dla mnie, nie wiem, przeraża mnie czasem.

Niezależnie od zapachów i fal.

Ale i fascynuje.

No nie dogodzisz kobiecie no!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nietraktor… została wyłączona

Pan Tealight i Golas Ubrany…

„Widzicie bo on chciał.

No naprawdę!!!

Bardzo chciał, ale jakoś tak… naprawdę wewnętrznie to czuł, ale… no jakoś nie do końca mógł. A i pogoda się wiedzie, zjesienniła. Wszystko się schłodziło, no i to spojrzenie tej wiedźmy. Co to patrzyła na niego, jakby wiedziała, ale jednak na razie decydowała się milcześ i tyle. Ale na pewno, jak najbardziej miała zamiar kiedyś wykorzystać to przeciwko niemu…

A może jednak nie?

Nie wiedział.

Nie mógł być pewien!

Ale jednak, czyż nie powinien był zwyczajnie, w końcu otworzyć się na świat? Przecież to nie było nic złego, zresztą i tak nie wychodził z domu, więc… kto komu i jak? Czasem ot ino do ogródka, bo buraczki i cebulki, no i oczywiście jeszcze te kapustki, i brukselki trza było przecież plewić.

Nie mogły zarastać.

Najbardziej kochał te po pierwszych przymrozkach, choć te na Wyspie rzadko się zdarzały.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Traktory i morze…

Te strajki klimatyczne… nie wiem, ale kompletnie nie rozumiem. Jak w ogóle można strajkować w takim temacie? Można napisać coś do przedstawiciela w parlamencie, można okupować dziwne fabryki, protestować w miejscach frackingu… ale przecież to nie jest coś, czym pochwalicie się w mediach społecznościowych, co nie? Nie, to robią starsze panie. To one starają się powstrzymać koparki i inne maszyny, to one są ściągane z dróg przez dziwnie zawstydzonych policjantów…

… popatrzcie, co dzieje się w UK.

Ale strajk klimatyczny?

Wielkie spotkanie by pomachać flagami, papierem, by pośmiecić… i co z tego? Nie lepiej zamiast wciąż kupować nowe ciuchy i telefony dosadzić drzew? Pokażcie swoje ogródki przydomowe, bo przecież wiem, że tutaj, na Wyspie, wielu z was je ma, ale nikt w nich nic nie robi, co nie? No przecież, młodzież, dzieci… nie mogą pracować. Ale strajk, oj pewnie. Jak to fajnie brzmi!!! Ja strajkowałam by studiów nam nie zrobili płatnych, ale wiecie, to było w czasach troglodytów i słoni na trąbach, na różowych trycyklach, jeżdżących, więc… kto tam pamięta one czasy?

Nikt…

Wtedy sadziliśmy drzewa, lasy całe, no i zbieraliśmy kamienie i ziemniaki z pól. Tia, dawne czasy. Bardzo dawne. Ale strajk to mniej potu. No i paznokcie na pewno się nie połamią. Serio… Czy jestem przeciwna młodym krzyczącym, że źle jest, nie. Ale nie rozumiem dlaczego krzyczą, a potem sterczą pod sklepem po kolejne buty dziwnego osbinka co jest Jezusem i chce być prezydentem.

Trudno to połączyć…

Trudno też połączyć wielką zbiórkę w Danii na rzecz sadzenia drzew oraz wycięte drzewa w okolicy, czy właśnie… traktory. Stare, śmierdzące traktory ze starszymi panami pod moimi oknami, biorące udział w hygge oraniu.

Tia, dosłownie.

Taki smrodliwy wyczyn zafundowano nam w Melsted.

Na wielkim polu, które i tak trzeba nędzie zaorać raz jeszcze.

I tak, jak najbardziej rozumiem spotkanie starszych panów o laseczkach. Wzruszyli mnie, ale czy nie mogli się ino spotkać, bez kilku z maszynami. Albo, no serio, nie mogły to byc konie czy woły? Serio, jeżeli wszyscy mamy być tacy klimatyczni i znowu dowalą nam podatków, to tak, krzyczę! Walę te strajki! Chcę lasu na polu, który zaorali! Chcę więcej drzew i mniej starych aut oraz głośnych motocykli!!!

Ale przecież kto by tam usuwał stare auta czy bikerów, co nie…

Tia…

Uświadomiłam sobie, że najnormalniejszą rzeczą, którą widziałam w tym roku były… golasy. A dokładniej byli. Wiecie, grupka chyba znajomych chłopaków, na rowerach, zatrzymali się w porcie i popływali sobie. Bez telefonów, średnio głośno, no tak jakoś tak, wiecie, jak to drzewiej bywało. Tacy dziwnie normalni. Nijak straszą. Ni śmiecący, ni przylepieni do swoich ajfonów. Tacy… gdyby przenieść tę scenę, to pasowaliby do onych traktorów, do przeszłości każdej.

Serio.

Wtedy zamiast rowerów mieliby… rowery.

Hmmm… cóż, nie wiem co z tym światem, ale jeszcze raz ktoś będzie gloryfikował Danię za wybory środowiskowe, przypomnę wam, że lasy na Wyspie są dość świeże i isteniją wyłącznie dzięki walce jednego człowieka. Znienawidzonego przez wszystkich rolników wtedy żyjących i pracujących tutaj. Pewnie podobałoby się im ono wycinanie drzew teraz… gdzie się nie obejrzę, znikają brzozy i dęby…

I ja.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Golas Ubrany… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Zaskoczenia…

„Popatrzył.

Bacznie.

„Chcesz mnie?” zapytał ją wprost. Jakby już najzwyczajniej w świecie, bez kuli kryształowej i wizji, znał odpowiedź. Jakby może… On nie wahał się w ogóle, jakby w jego słowach było już zapewnienie, jakby to wszystko, całe te słowa i dźwięki, które miał wydać, a może tylko te, które wydał z siebie…

… nie miały sensu, bo przecież on wiedział…

Ale ona…

Po pierwsze nie lubiła takiej bezpośredniości.

Tak, to sobie koleś do krowy pośledniej i to nie tej z loczkami i grzyweczką i brązami złocistymi w boczkach… możesz, pomyślała, ale na razie nic nie powiedziała. Po prostu na niego patrzyła. Wiecie, no zaskoczona. Bo nie dość, że się nie spodziewała chłopa obcego i nagłego pod swoimi drzwiami, o wzroście nader mikrym i tłustych, przerzedzonych włosach, lepionych w tagliatelle…

To jeszcze się wystraszyła.

A jak ją ktoś wystraszał, to ją albo murowało, albo zaczynała śpiewać głośno, albo… no właśnie, albo była miła. I chyba właśnie ta ostatnia opcja się jej załączała… ale jeszcze wszystko mogło się zmienić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

A czemu nie?

Dawno nie było… więc chodźcie na skały, może akurat się trafi, że żadne ludzie mnie nie przyłapią, nie będą czegoś chciały, choćby obrazić, zwyzwać, czy coś takiego. Bo ja chyba serio wydzielam te fluidy, o których gliniarze gadali, ale wiecie co, trenuję… trenuję chmastwo ostatnio. I ojojojoj jacy ludzie nagle obrażeni jak dostają to, co sami mi rzucili. Wiecie, prezent zwortny.

Ech…

Ludzie wszędzie tacy sami i tyle.

Choć u nas na pewno umęczeni tym sezonem, który był tak ciężki i jeszcze oną suszą, co wciąż trwa, rzeczki serio nie istnieją, alo istneiją ino w ciurkającej postaci. No serce się kraje i wykrwawia w nie od razu. Zwierzyna tyż marnie wygląda, ale morze wciąż piękne, już jesienne takie, więc najpierw, mijając nieliczne ogrody, bo wiele domów zmieniło właścicieli, wiele drzew wycięto, aż zbyt wiele, więc nie łapcie się na one duńskie zbiórki kasy na lasy. Serio. Wycinają wszędzie dookoła piękne, stare i młodsze brzozy na przykład, bo wiecie… pylą… ja nie mam więcej pytań.

Serio.

Tlen widać tyż im pyli…

Ale idźmy.

Najpierw port w Melsted. Znajome łódki, ino dwa golasy, co zażywają dipa małego w morzu, a potem spierniczają z powrotem do ciepłego domu. W Danii 25 stopni to tradycyjna temperatura by załączyć ogrzewanie. Chyba jestem Innuitom. Serio… dla mnie dobra zaczyna się poniżej 10…

… a już na minusie to raj…

Mniam!!!

Ale łóki najpierw… znajome są. I te pląsy barw na wodzie, no i ona spokojność dopóki pies na mnie nie napadł, a wiecie, ludzie zawsze tacy kurwa rizbawieni, oj przestraszył, oj szczeka, oj rzuca się, oj nie gryzie przecież. Nie no, cżłonki mam, to, że ja jestem teraz w pracy nie jest wytłumaczeniem bo dla Duńczyka za mały mam obiektyw na fotografa, więc jakby był jakiś sponsor, to pragnę wielkiego obiektywu.

Do zdjęć wszelakich.

Z aparatem…

Uciekam.

Chcę gdzieś uciec, ale gdzie, na szczęście ono wzgórze ponad Melstedem, co prowadzi do Gudhjem zarośnięte i ludzina nie chce w krzaki jeżyn się pakować. Ja wolę jeżyny i bolesność niż ludzi. Zawsze ostatnio…

Tam przynajmniej one skały, prawie marmurowe miejscami, w tych barwach mlecznych i kremowych i te żyły kwarcu, niestety nazbytnio eksplorowanego i jeszcze granity i rubiny i ametysty, choć maciupkie, ale jednak… i niewielkie krzewinki i wzrastające dołem drzewa, które jakoś czerpią i z tej drobiny ziemi i wody nieśłonej, jakoś dają radę i ona pustka i tylko to morze w dole i wiodk na Svaneke i domy poniżej i zatoczki i kształty skał, które zdają się ciągle zmieniać i nagle człek może się schować.

Choć na chwilę, bo cywilizacja na widoku.

Wiatrak za plecami.

Ale na chwilę jestem tylko ja, ptaki, fale i chmury na horyzoncie, które zaraz popędzą mnie do domu, bo pranie wisi. No co, możesz se być archeologiem i artysą, ale pranie trza zebrać przed deszczem. A to, że światło przed deszczem tak zniewalające, cóż poradzisz, musisz jakoś trafić we wszystko i zdążyć…

… więc jeszcze chwila na skałach by kości rozprostować, bo po wspinaczce bolą, kolce powyjmować, kolana przetrzeć bo znowu by złapać dziwne ujęcia przecież i klęczałaś w pyle i leżałaś i w ogóle…

Pranie znowu trza będzie zrobić.

Codzienność.

A tak ludzie człowiekowi onej morskości zazdraszczają. Hihihi… nie no, sama sobie jej zazdraszczam, ale ona taka wymagająca. Ciągle musisz ją macać, wskakiwać w nią i w ogóle, czycić wszelako. No musisz, nie da się inaczej. Przecież co będzie jak sobie pójdzie, obrazi się i w ogóle…

Lepiej czycić.

Spacerowo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Zaskoczenia… została wyłączona

Pan Tealight i Matka Innych…

„Przyszła do niej… Matka Innych.

Wiecie, ta sama, która zjawia się, gdy dorastacie i nagle nie rozumiecie, dlaczego wam się nie trafiła jedna. Jakaś tak dziwnie normalna, chociaż w miarę, nie ponad, jakaś taka… chociaż będąca. Wiecie, matka. Takie coś, co wielu i dzieciom i dorosłym brakuje. Wpływ na dorastanie, wszelaka boskość…

Matka Innych.

Nie chciała z nią rozmawiać, przecież miała swoje doświadczenia, więc miała prawo wyboru, więc mogła, była dorosła, no przynajmniej metrykalnie… tak to dzieciak uciekający przed dużymi ludźmi, który wciąż chciał ino zabawki, i to jeszcze takie specjalne, nie jak wszędzie…

Nie chciała jej tutaj.

Nie chciała żadnej.

Kiedyś myślała, że Wyspa będzie jej matką, ale teraz już nie ufała nikomu. I Pan Tealight zaczynał się bać. Jak kiedyś, gdy decydowali, czy ziemia ma być na dole, niebo na górze, czy wszelkie stworzenia mają jeść się wzajemnie, czy jednak myśli winny płynąć, czy skakać może…

Bał się…

Dlatego zaprosił Matkę Innych, ale chyba nie był to dobry pomysł. Wiedźmy Wrony Pożartej nie skusił nawet naukowy aspekt istnienia takiego bytu. W ogóle ostatnio tak ich unikała, że…

… chyba tęsknił…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przyznaję…

Ten wrzesień jest chyba najchłodniejszym, najbardziej jesiennym jaki tutaj widziałam. A przynajmniej, jaki pamiętam, wiecie… to już jednak trochę lat. Nawet pada czasem. Niewiele wciąż, ale jednak. Kurcze… a człek już się przeraził, że te ostatnie dni sierpnia takimi zostaną i tak dalej.

Ale na szczęście wszelaka jesienność już tu jest.

I nawet liście powoli tracą oną swą radosną zielonkawość i zaczynają przechodzić w tę zielonkawość ciemniejszą, bardziej leniwą, oną znoszoną zielonkawość, która wie dobrze, że w końcu może przestać udawać i być bardziej złożoną kolorowością. YAY! Tak wiem, ludzie marudzą, a ja nie. Ha ha ha!!! UUUUuuu znowu zawiało. Wieje ciągiem od dłuższego czasu, ale nic to, przecież to normalność, ale jednak wciąż człek się uczy jak to jest z tym nowym domem. Z nowymi dźwiękami, z nowymi zapachami, z nowymi… nowymi…

… no wiecie, nowymi wszystko!!!

I wciąż jeszcze łazi i głaszcze ściany…

I nie wierzy.

A może wierzy, ale jednak jakoś nie?

Już nie wiem. Wiem jednakowoż, że jesienność czuć w powietrzu, kościach i wszelakiej zamyślności. Człek gapi się jakoś inaczej w okno, dłużej tak, z tęsknotą… i widzi one pola w oddali i drzewa i gardy, które pewnie już nie są takie jak drzewiej bywało, ale jednak na zewnątrz wiecie, nie do końca to widać. Może i nie ma krów na każdym rogu, czy tam innej żywizny, ale jednak…

Mury pamiętają.

Ciekawe jakie jesienie one mury pamiętają?

Hmmm?

Jesień.

Kurde, jesień i poniżej 10 stopni? No serio? Może jednak film „Pojutrze”, czyli opowieść o dość zaprzeszłej teorii klimatycznej – wiecie, „Time” z poprzedniego wieku, który pokazywał pingwina i wszelaką, mroźną białość, może ów film jednak będzie naszą codziennością? Może jednak nie będzie Hawajów?

Hmmm?

Zimno…

Może będzie ten lodowiec i tak dalej? Może znowu nauka dostanie w nosa? A raczej ludzie, bo myślenie to myślenie, a krzyczenie to krzyczenie i tyle. Każdy chce być sławny, to widać. Nawet biedni naukowce. Chociaż ja nie. Jakoś nigdy kariera sławnego badacza mnie nie pociągała, wolę swój grajdołek i myślenie…

Czysta naukowość.

Ale jesień…

W Skandynawii zaczyna się od pierwszego września, o czym już pisałam, i serio sklepy potrafią się zamykać właśnie dokładnie tego dnia. Niektórzy są lepsi i wiecie, jadą rokiem szkolnym, który tutaj trochę inaczej się buja niż w reszcie Europy. Niby nic w tym złego, a na pewno coś bardziej klimatycznie odpowiedniego. Jesień może nie przynosi od razu lamp z białym światłem, które wcale nie są aż tak popularne u nas… a raczej ono pozwolenie na wszelaką depresję pororoczną.

I tyle…

Jesień.

Bo jesień normalna jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Matka Innych… została wyłączona

Pan Tealight i Ten zza burty…

„Znowu na promie.

Znowu buja.

Ech, Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała, że Pani Wyspy nie lubi, gdy ona opuszcza Wyspę, ale jednak… zbyt wiele było ostatnio nie tak.

Zbyt wiele.

I jakoś tak nie mogła już tam być. W miejscu, gdzie zbyt wiele zginęło, zbyt mało się narodziło, wciąż coś było nie tak, wciąż coś się burzyło, grzmiało, wszelako stawiało się jej okoniem, szczupakiem czy karasiem. No zwyczajnie jakoś tak, po prostu już nie mogła i chciała choć na chwilę…

Pobyć na trochę innej ziemi.

Z drugiej strony, czy tak naprawdę była to inna ziemia? Niby inaczej mówili, ale dawało się ich przeczytać, niby inaczej się uśmiechali, ale wiadomo było, że to ci sami ludzie, takie same straszności, mroczności i niepotrzebności. Tak, te ostatnie w szczególności. Bez nich i z nimi, inaczej nie można było żyć…

Ale jednak, coraz częściej Wiedźma Wrona Pożarta myślała o tym, że to, co jest teraz nie jest tym, co powinno być. I zastanawiała się, czy nie straciła czegoś najważniejszego… czasu. Ale czy żałowała naprawdę…

Nie…

Czy była wciąż Wiedźmą Wyspy?

Nie była tego pewna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ostatni” – … naprawdę ostatni. Koniec. Więcej nie będzie, chociaż… kończą w takim momencie, że nic już nie wiem.

Nie wiem co myśleć, co powiedzieć.

Cała akcja się rozleciała, rozpłynęła, nie znaczy to, że nie jest ciekawie, ale wszystko się urwało, nic nie wyjaśniło, więc… o co chodzi do krucafuksa? Bo one po jednej stronie, lustra wciąż nas kłopoczą, ten nie żyje, ten żyje, a na dodatek oczywiście wszyscy wiemy, że będzie jakaś ostateczna bitwa, bo wszystko do niej prowadzi, więc…

Nie ma niespodzianek.

Jest lekki wkurw, bo cała ta historia ma gigantyczny potencjał. By być większą i pełniejszą, ale jakoś rozjeżdża się na pierdołach, nie dopracowuje się w dobrych, istotnych momentach, przede wszystkim, na taką ilość bohaterów, którzy wciąż nie potrafią się zdecydować kto dowodzi… jest za krótka.

Mocno za krótka!!!

I jeszcze historia przed… zdaje się być tak zajmująca, że aż samej mi się chce ją dopisać. Bo co się stało naprawdę z tymi ludźmi, jak powstaa flaga, czemu, po co, co teraz? Sztucznie stworzony problem? No i Kowal?

Serio?

Nie rozumiem.

Ale na pewno każdy powinien przeczytać, by samemu ocenić.

Z 5 tysięcy książek zostało mi kilka. Dokładnie 6 chyba… tak, czasem tak bywa, że mieszkacie w miejscu, które potajemnie wyjada wam książki, a wy… dostajecie schizy, gdy się o tym dowiadujecie, więc…

Przyjmę książki. Nawet Harry’ego Pottera mi zjadło i załego Tolkiena… i Pratchetta… ech… nie chcę o tym myśleć. Na razie odzyskałam to.

Plus dwie nowości!

Jak tak człek dłużej popatrzy, to naprawdę jest to dziwne.

No wiecie, ta podzielność horyzontu, gdy patrzy się na niebo i morze i akurat trafi się dzień, kiedy one są kompletnie różne kolorystycznie. Góra jasna, bliżej jej bieli niż błękitowi, a dół, ciemny, zdecydowany, jasnogranatowy. I nagle czuje się człek jakby siedział w jakiejś misie, która w połowie jest oną połączoną niebieskością i w polowie niebieskim i polno-leśnym zaburzeniem pełnym…

… zaczynającej się jesieni.

No bo to już ten czas. Jabłka już upadły na ziemię. Niektóre ktoś zjadł, inne znowu wróciły do gleby. Wciąż jeszcze gdzie niegdzie jakieś boróweczki, jakieś winogronka, jakieś jeżyny, ale zjadaczy niewielu. A co… ptaki też jakoś niezbyt chętne na to, wolą czatować na żarcie po ludziach. Wiecie, widać smaki się zmieniają. A w ogródkach oczywiście karmniki. Niektóre to czynne przez cały rok!!!

A poza tym wiatr…

Wieje, duje i ogólnie mówiąc trzęsie wszystkim nadal.

Ciekawe, że jednak ono uczucie siedzenia w misce, te wszelkie otoczenie, to, jakby morze naprawdę było wygiętą membraną otaczającą nas przynajmniej od dołu… no wiecie, nawet z tymi wiatrami, nie mija. Szczególnie, jeśli człek klika przez kilka godzin i tak wiecie, kątem oka zerka ino, co tam na zewnątrz się dzieje. Że kurde listonosz jakiś nowy i na dodatek kurde w dziwnych porach przyjeżdża.

O co chodzi?

Co znowu za zmiany?

A może tylko falistość morza ponownie opóźnia nasze kontakty z kontynentem?

Wiatr…

Misa.

Wszelako myśląc o wyspie jakotakiej, każdy się pyta o oną klaustrofobię. No nie wiem, ale nigdy jej w tym akurat aspekcie nie spotkałam. Nie przytrafiła mi się, a mam z nią pewne, niezbyt miłe doświadczenia. I nazbyt częste. Może to dlatego, że tak naprawdę człek tego świata na co dzień doświadcza w małej objętości? No i tak serio, to nawet jakby się uparł eźć i dzień i noc, to może w kółko, albo ścieżynkami pośrodku, albo ino brzegiem, albo sobie wymieszać to wszystko i jakoś tak…

No nie.

Nie czujecie się przytłoczeni ni wodą, ni horyzontem tak odległym, ni na przykład nim całkiem zanikniętem, nawet jak ciemność kompletna opada na nas, to wciąż nie… bo ciemność jest normalna.

Chociaż kurde…

… chociaż naprawdę głęboka i obecnie napiernicza pełnią… wkurzające takie światło nadmierne, jak już człek się zaczyna zacieszać oną mrocznością, która opada nie w okolicach północy, ale normalniej.

Wiecie.

No wieczorem…

Ona ciemność cudowna, chowająca to, co świat uznaje za niedoskonałości, a ty za coś, czego naprawdę nie widzisz, czego naprawdę nie unajesz za coś znaczącego, co masz gdzieś, a co nagle jakoś w oko świat kole… hmmm, kurde, no przecież sam siebie nie widzisz, te lustra pieruńskie to serio źródło wszelkich niemocy własnych, więc… po co to sobie robimy. W korze drzewa też można się przejrzeć i ono…

… ma gdzieś mój wielki nos.

Fajnie!!!

Serio, ten wiatr doprawdy mi mąci w głowie. Nie lubię tych psychicznych powiewów i podmuchów, a jeszcze zmęcony z pełnią księżyca… koszmar!!! Albo wiecie, kolejny dom tudzież lepsza łódź dla psychiatry. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ten zza burty… została wyłączona