Pan Tealight i Wybiór Katarzyny…

„Może i ta mityczna Zofia miała problemy, wiecie… jak każdy. A już w szzególności kobiety. Te to mają dopiero przerąbane. Facet zwykle może powiedzieć, że ma to gdzieś, ale kobieta… Chociaż, w dzisiejszych czasach, gdy to już nie możesz się spytać łagodnie: chłopczyk czy dziewczynka… no wiecie, dla gramatyki, to właśnie ona, Katarzyna, była nową Zofią.

Ale nie copycatem, nic z tego, więc pozostawiła swoje imię.

A co!

Zresztą ona nie miała wyboru, znaczy nie miała go dokonać… wybiór miała. A to już jest ogromna, gigantyczna, powalająca wszelakie umysły, różnica. Drażniąca, drapiąca, męcząca niczym febra…

Zapytali ją czy wybiera i ona powiedziała, że tak, że wybiera, że się poświęci dla świata całego, dla onej codzienności, dla przyszłych i zaprzeszłych pokoleń, choć akurat one zaprzeszłe się żachnęły, że jeśli o nie chodzi, to mają ją gdzieś, ale wiecie, w onym opętaniu mesjańskości żeńskiej mocno…

Nie słuchała nikogo.

Nikogo!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Odgłosy.

Wiatr, morze, ptaki… czasem sarna na tarasie. Sporadycznie o tej porze roku jakiś ludzki głos. Czasem samolot. Niestety. Spadajaca gwiazda, co mnie denerwuje, to strzelanki… jak przychodzą manewry, to niestety jest to koszmar, ale trwa króko i można jakoś od niego uciec w las…

Oczywiście, w sezonie jest Turyścizna. Z roku na rok coraz bardziej głośna, roszczeniowa, dziwnie poobrażana na cały świat… wredna, myśląca, iż natura to coś, co można nagiąć ku swojemy widzimisię. I to każdy chce nagiąć ku swojemu, więc wiecie, nawet sami się między sobą żrą…

No i jeszcze ona skandynawskość…

Tak w ogóle, to mam pytanie: z czym wam kojarzy się styl skandynawski? Czy z IKEAą? Czy może pustką, lasem, sauną i hygge czy lagum? A może jednak z czymś innym? Jakie dźwięki wydaje skandynawskość? Bo dla mnie gardłowe i śpiewne jeśli jesteście w Szwecji, dziwne i zaskakujące w Norwegii… Długie na Islandii, a u nas, każdy osobnik wydaje je swoje własne i wszelako zrozumiałe czasem tyko dla niego.

I już…

No dobra, oczywiście, czasem dzieci sąsiada wsiadają na ono zło… i pies. A tak, bo widzicie, tutaj psy nie wyją, nie ujadają. Ale od pewnego czasu ona kultura wychowania zwierzęcia domowego zwaliła się najpierw na kolana, potem ktoś ją po schodach z wieży wysokiej spierniczył, a na koniec jeszcze szkłem obrzucił i przydeptał, odtańcując niezłe tango na betonie… a może li i bylo to flamenco. Oj chyba tak, bo stukanie obcasów było wyraziste i mocne.

… więc czasem słychać onego psa i jest to dziwne.

Pamiętam, że wieki temu gdy się sprowadziliśmy psów było niewiele, no i każdy smycz i cichy, a teraz, wszyscy wszystko mają…

W zadzie.

No ale…

Kur i kogutów nie ma.

Ale jeśli wybierzecie się na wybrzeże mogą być owce, kozy czy krowy. Dźwięki zwyczajowe, aczkolwiek rzadkie. Wiecie, bardziej one zajęte swoją robotą niż wami. I zwykle ludzie oglądają je latem, gdy wolą leżeć pod nielicznymi drzewami i w krzakach… więc wiecie jak to jest. Jak się żre, to się nie gada.

A poza tym oczywiście wiatry.

I wiecie co, każdy z nich jest tak naprawdę inny. Inną niesie i pieśń i legendę, i opowieść inną. Inaczej brzmi, inaczej się go czuje, bo tutaj… jakoś brzmienie zawsze idzie pod rękę w czuciem…

Jakoś tak.

I deszce, szczególnie te poziome, wspierane wiatrami i powietrznymi wirami. Jakoś takie powiązane ze wszystkim. A czasem i śniegi i jeszce mgły oczywiście. Bo widzicie, tutaj mgły też mają dźwięki. Havgus wycisza wszystko, ale zarazem też przynosi se zobą jakieś takie lekkie, ledwo wyczuwalne dudnienie.

Lekuchne.

I zwykłe mgły, które czasem pobrzmiewają innymi światami, niczym ona powierchnia wody… bo jak pewno wiecie, głos po wodzie niesie się najlepiej, więc rzeczywiście może przychodzą do nas rozmowy innych. Podwodnych bytów. A może i tych nawodnych? Może i historie z dalekich krajów pachnących bazylią…

A nie, to my pachniemy bazylią i lawendą.

A może jednak nie…

Czasem naprawdę można się zagubić w onych dżwiękach, ale najczęściej w onej ciszy, którą wielu, onych nowych, onych tymczasowych, tak mocno zauważa. Do której niektórzy w ogóle nie potrafią przywyknąć, niestety, i muszą sobie pomagać dźwiękami, podobnie jak do ciemności. Kompletnej, permanentnej, czy też jasnych nocy… wiecie, to w końcu dość dziwna Wyspa. Kraina mająca w sobie wiele i nie dla każdego wystarczająco wiele… Skomplikowane miejsce.

Ciche czasem, czasem dudniące…

A czasem wydaje się, że gdzieś się przemieszczające.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wybiór Katarzyny… została wyłączona

Pan Tealight i Myślownik…

„Wołacz, to wiecie, zawsze to OOOOOOOOoo i w sekretnym, ale zamkniętym związku z CapsLockiem. Pytajnik, no to jeszcze gorzej, od niego ino wieje niewiadomą i tyle. Ale Myślownik…

Tak, z nim to zawsze było specjalnie.

Bo on myślał…

… niestety długotrwale, niestety zawsze, ciągle i nieprzerwanie czasem i jeszcze, niestety, nie przestawał. Wredna małpa!!! Nie obrażam, sam tak siebie wyzywa, wciąż i wciąż, bo to wcale nie jest dobre w dzisiejszych czasach być Myślownikiem. Wcale a wcale. Z prostego powodu… taki już był. Na szczęście, w tym rejonie taki sam, jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane.

O rany…

Jak tylko się o tym dowiedział, to od razu się przeprowadził na Wyspę. A wiecie, Pani Wyspy nie miała nic przeciwko wścibskiej inteligencji, więc jakoś tak, no się zgodziła, więc… tak po prostu dostał swój szałas z plastikowym krzesełkiem pod brzózką, wiecie, tym samym, które morze wyrzuciło i jeszcze sznurek na pranie, bo wiadomo, sznurek musi być i tyle. No i swojego kamyczka.

Z przyjacielem raźniej.

A czasem ino kamień może inteligencję znieść.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ludzie wydają się przymuszać do specerów.

To tutaj nie jest normalne.

Kompletnie.

Tu zawsze coś nas ciągnie nad morze czy do lasu, nad rzekę czy gdzieś w inne odmęty niedomowatości, ale ostatnio… ostatnio ludzie zdają się zmuszać do wyjścia z domu. Jakby w powietrzu było coś złego, coś nietakiego, coś jeszcze sprawiającego, że zmieniacie własną, zwykłą codzienność…

Oną codzienność, która naprawdę pozwalała nam oddychać, nacieszyć się Wyspą nim przybędą najeźdźcy i wszystko znowy się zmieni, ale jakoś tak, no nie daje się. Kompletnie się nie daje… nie…

O co chodzi?

Może rzeczywiście w powietrzu znowu jakieś gówno wiruje?

Wiecie, one takie niewidoczne… jak ktoś nie czyta newsów, to potem jak go obcy informują o tym, że ma uważać, bo znowu dżuma jakaś w postaci zapewne „Epidemii”, tudzież mojego ulubionego „Outbreaku”, bo to podobno od zwierzątka… to może i coś w tym jest? Albo jednak to ona przerażająca wiosna…

… wiecie – tak, znowu wiecie, ciągła ciepłota i wszelka niemroźność.

I ten pęd ku ogródkom?

Może jednak nie chcemy, nie chcemy naprawdę tego wszystkiego tak szybko, tak od razu, tak bez przerwy, tak jakoś nienaturalnie!!!? Jakby już w ogóle w czasie całorocznym ten odpoczynek został nam odebrany. Bo i jasno, chcociaż aura szarawa za oknem, bo i jakoś tak… kurde no, nie będę siała kwiatków!

Walcie się.

Nikt mnie nie zmusi…

Oczywiście, że się poddam, ale mnie jeszcze można zrozumieć.

W końcu dom.

Nowy dom… wymarzone miejsce na ziemi. Nie perfekcyjne, bo coś takiego nie istnieje, ale chyba dziwnym może się wydawać większości… bo co jak co, ale postawiliśmy na miejsce. Nie tylko dlatego, że na nic nas nie stać, ale przede wszystkim przez całe życie jakoś tak człek musiał przebywać w onych klatkach. Bardzo małych miejscach, mieszkaniach, pokojach… i po co?

By mieć wielką szafę?

Walić szafę.

W końcu i tak nigdzie nie wychodzę, więc ciuchy zawsze noszę te same, tylko w różnych złożeniach, no i czarne, choć odcienie mniej lub bardziej sprane, więc… widzicie, raczej elegancja ze mnie żadna. Kompletna nieelegancja, ale przecież tutaj, no sorry, no ale jednak nikt się nie stroi.

Zresztą, czy ja bym rozpoznała jakaś drogą rzecz?

Tak szczerze?

Zrobiłam test. Okazuje się, że nie. Kompletnie jestem niereformowalna i niepopularna, ale… nie martwcie się, bo światowa moda zawsze ze mnie ściąga, więc już wkrótce, a raczej już powoli, ja staję się popularna. Ja uciekająca od nowoczesności. Nieposiadająca mikrofalówki, zmywarki do naczyń, telewizora i telefonu… nagle kurna się okazuje, że seryjnie jestem modna.

Usz kradzieje no!!!

Ale nic to, przeczekam. Im się znudzi, ja się sobie nie! I dom będzie taki jak chcemy, a nie jak moda nakazuje. Bo tak.

Amen! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Myślownik… została wyłączona

Pan Tealight i Podrobiony…

„Ale, że jak to już tacy byli?

Ale kto tak twierdził?

Może się mylili. Może jednak to, iż nie jest się czymś dokładnie, nie oznacza wcale, że jest się czymś gorszym, a nawet podrobionym! Przecież wielu w tym samym momencie może wpaść na ten sam pomysł. Przecież tak wielu ludzi w tym samym momencie siada na klopie, tudzież skula się na brzegu brudnej drogi w Indiach i robić kupę… sorry, niektórzy ostatnio trafili na jakiś kanał podróżniczy…

I już nie chce do Indii.

Zresztą, nigdy nie chciał, więc właściwie nie ma czego żałożwać, ale Podrobiony rozmawiając z Wiedźmą Wroną Pożartą… co już samym w sobie było dość dziwne, bo ona do gadania z obcymi, a i znajomymi choć trochę, była zwykle na nie… serio, trzeba było błysnąć taką inteligencją, że Pieron, całkiem przypadkowo trafiający w pobliskie drzewko, jakoś tak… no nie przebiłby tego…

No więc gadali ze sobą i wiecie co, ona miała na to wszystko inny pokaz sił umysłu. Uznawała metki i jakieś tam mody tak zwanych wielkich domów, i projektantów, za takie śmieci, że jak ostatnio jakiś Księciunio, co to się w wypasionym aucie, i z trzema zegarkami na tym samym nadgarstku – dlatego lewa ręka mu tak dyndała… no więc ów galant rąbany, co to ubaw taki okoliczności sprawił okolicy… no więc… ona nie dość, że ledwo go dostrzegła, bo ślepawa, to na dodatek nie rozpoznała metek ni drogości szmat i zegarków i tych wisiorków, i torebeczki na bioderko, która doprowadziła ją do zachłyśnięcia się wodą kranową…

No to od tego czasu, odpuścili ubawów, jakoś już nikt nawet nie uświadamiał jej co ile kosztuje. I wiecie co, tak jest lepiej, więc dla niej Podrobiony był ino Postrzępionym, a nie Podrobionym. GACI na jego koszulce było gaci, nic więcej, choć kolor bardzo sraczkowaty był…

… więc jak to jest?

Cena?

Ale przecież z tej samej fabryki!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kolejne zmiany.

Sklep elektryczny, zastanawiam się, czy nie ostatni taki na Wyspie, został sprzedany. Znaczy budynek sprzedali, a cała reszta, no sami wiecie, już jej nie będzie. Czy będzie tam jakiś sklep? Może?

Kiedyś?

Bajer polega na tym, że u nas ostatnio wiele starych, sławetnych, znanych miejsc umiera… i nie rodzą się nowe. Jeśli chodzi o hotele, to może chcecie kupić ten? Tylko 10 milionów, a miejsce raczej kultowe. Wszyscy co prawda bekę mają z jego nazwy, że to kapielowy hotel w dosłownym tłumaczeniu, ale mało kto wie jak tam dookolność wygląda, i że miejsce do kąpielingu jest. Ale trzeba uważać. I nie liczyć oczywiście na piaski białe czy coś tam. Ale stojące kamienie, jak najbardziej.

Prawda jest taka, iż coraz więcej w końcu ludzi zauważa, że u nas wciąż i wciąż coś upada. Rzeczy stare, historyczne, właściwie mityczne cuda, ale też te wielkie, wiecie, sławetne i nagradzane inwestycje… które zawsze trwają tylko rok. To jakaś kurna kątwa, czy tylko ludzie, którzy nie potrafią zakasać rękawów i nie oczekiwać oczywiście złotych gór zaraz pierwszego roku?

No wiecie…

Rude awakening, albo coś…

Jednego nie rozumiem, bo na stronie Facebooka, oczywiście na stronie Bornholms Tidende, komentarze są dość dziwne. Że niby należy tam stworzyć oddział neurologiczny, tudzież hospicjum. I tak jakoś nie rozumiem.

Znaczy… dlaczego, jak?

U nas nawet w miarę zdrowy człowiek nie może sobie pozwolić na opiekę lekarską, a co dopiero taki… no wiecie, bardziej przez los doświadczony…

Prawda jest taka, że Wyspa nie rozpieszcza ludzi.

Oczywiście, że jest natura, że są ruiny, że oczywiście są i wszelakie rzeki, morskie ostępy, wszelkie lesistości, stawy i jeziora, wybrzeża wyższe i niższe… a nawet i wszelkie depresje. I jeszcze różnorodne nawierzchnie jak piaski i wapienie – rzadkie, potem gnejsy, mieszanki, no i sławetny granit.

Oj bardzo sławetny granit.

Ale…

Popatrzmy na Wyspę. Poznałam ją naście lat temu i naprawdę serce mi pęka. Już nawet nie chodzi o te drogi, które się rozpadają, o one inwestycje, które są zwyczajnie głupie, marnowanie pieniędzy to zwyczajność. Decyzje kolejnych rządów i wszelakich innych tam dowodzących główek to…

Koszmar.

Ale zwykły człowiek może nic. Może zostać wyzwany przez one główki, że jest nienowoczesny, że jest taki niewspierający świat artystyczny, że się nie zna, że drzewa są dla niego ważniejsze, niż wszystko co podobno wnosi w codzienność człowieka jakieś wartości. Lipa wnosi, pomijając wartości lecznicze, ale co tam…

Złom ważniejszy.

Głupota włada.

Do tego wyzywające i agresywne zachowania służb śmieciowych, listonoszy, poczta, której już nie ma, nie wiem no…

Co teraz?

Bo lepiej nie będzie.

Jak gorzej być może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podrobiony… została wyłączona

Pan Tealight i Wiatr Zdecydowany…

„Przylazł, zawalił do drzwi, aż wieniec świąteczny… no co, wciąż świąteczny, no, nie ma funduszy na nowy, więc wciąż kurna wisi świąteczny i tyle… No więc przylazł ten koleś i wiecie, wali.

Donośnie.

Pięścią zapewne, chociaż Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie była do końca pewna, czy nie i butem, plecami, swoją drugą osobowością, trzecią i piętnastą może… i tymi, co w światach równoległych żyją i jeszcze może teściową i jej babką, wiecie, mumią. Mocno się trzyma, tak zdrewniała, że kurna słoje jej można na owijce liczyć.

Naprawdę, możecie spróbować!

No więc koleś wali, a Wiedźma Wrona się boi.

Zwyczajowy widok. Problem? Dla normalnego osobnika homo sapiens sapiens, żadny zwykle. Podchodzisz i otwierasz drzwi, walisz w nos, jak ci się nie podoba to, co po drugiej stronie i oczywiście ono coś ów nos posiada – najlepiej pokaźny, bo celować trzeba, albo nie otwierasz i tyle. Masz wybór, ale… ale cudowny Gulehus, ukochany domek Wiedźmy miał w sobie tyle światła i okien, choć i ciemny pokój zwany Kobaltową Szafą też miał, wiecie, no tak dla balansu, że ten ktoś na pewno wiedział, że ona tam siedzi i stuka w one swoje klawiszki Dziwnej Maszyny.

Taki job i tyle.

… więc wiedział, widział pewnie nawet, kurna, ale ona… ona wciąż nie chciała otwierać. Naprawdę nie chciała. Nie lubiła się z ludźmi, właściwie Pan Tealight do końca nie był nawet pewien, czy była jednym z nich, tak do końca, wiecie, prawdziwie… więc nie umiała. Nie potrafiła otworzyć ni zamknąć, ni zbliżyć się ni oddalić, ni nawet zdecydować czy boi się tak tylko, czy aż do końca i…

I nagle stukanie ucichło.

Nagle… coś zawiało, drewniany tarasik przed wejściem się rozwarł, niby niewielka dziurka, ale jednak, jakoś tak naturalnie, jakoś… i coś zamlaskało, i już… i pozostał po wszystkim tylko podmuch dziwny.

Wiatr Nader Zdecydowany.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kyst” – … opisywana jako ’coffee table’ bog, co oczywiście wprowadza mnie w cholerę, dżumę i pasję nieszewską, to jednak coś więcej.

„KYST: 52 gature fra solopgang til solnedgang rundt om Bornholm”. Oczywiście to wynik Book Crowfunding Campaign, więc… może też winnam tak zacząć?

Ben Woodhams jest artystą, angielskim, który od ponad 10 lat mieszka z żoną i trójką dzieci – nie wiem czemu to istotne, ale o tym wspomina, więc przytoczę – no i kocha Wyspę. Znaczy na pewno swój człowiek. Książka, to wynik jego łażenia wzdłuż wybrzeża. Zawiera jego prace i słowa, przemyślenia i obrazy.

I jest naprawdę niesamowita.

Moim zdaniem świetny prezent z podróży, tudzież coś, co chcecie kupić znajomym. Cena może sporawa, ale jednak – dobra, Chowaniec dostał, więc wiecie, dzięki temu mamy… Co mnie ujęło, to to, iż co piątek od stycznia 2018 roku koleś chodził sobie i pracował. Oczywiście skończył, jak doszedł do miejsca, z którego zaczął.

„KYST is a journey through time and space, a voyage of discovery and exploration, with Bornholm as a gigantic clock face, sundial or calendar.” Okay…

Czy jest to coś, co sama tworzę… tak i nie.

W końcu ja to ja. Sorry, mnie się nie da podrobić i dzieci nie mam. Ale Śnieża w biografii umieszczę, jakby co do czego doszło. He he he!!!

Koniec stycznia, na zewnątrz pieruńska wiosna.

Ranniki wylazły.

Śnieżynki tyż… kurde no!

A na dodatek temperaturka wiecie, taka mocno w ramach marcowych kotów się marcujących. No i robale już się budzą, nie no!!! Dlaczego?! Dlaczego odebrano nam ony cudowny czas zaspania. Spowolnienia. Wszelkiej mroczności? No kurcze, teraz już o siódmej zaczyna się robić jasno, ciemno w okolicach 17tej… ale zmrok już nie jest taki cudny i ciężki, tulający i zezwalający na wszelakie grzeszki, tylko ten pieruński, w stylu: jeszcze możesz popracować, jeszcze pokop, jeszcze zrób to i tamto, jeszcze posprzątaj, umyj okna, nic to, że wieje, nic…

Serio.

Nie ma już spowolnienia czasu. Nie ma już onej sezonowości. No kurde nic nie ma, a jak na zewnątrz wsio się tak pierniczy, to i łeb człowieczy cierpi. Nie oszukujmy się, mieszkanie na Wyspie oznacza większy kontakt z naturą. To ona wami kieruje, ona wami potrząsa, ona was przyzywa, abo gryzie w dupę.

Wiecie, w zależności czy jesteście grzeczni, czy nie?

Ha ha ha!!!

No ale, tutaj złe traktowanie natury oznacza jak najbardziej mocne lanie. Zbudujesz się nie tam gdzie trzeba i od razu ban od Wszechświata. Ale widoku tak chciałeś, wyjebałeś drzewka, więc serio, się nie dziwię onej naturze. No naprawdę!!! Litości!!! Rozumem panowie i panie, rozumem!!!

Ale… co do czego, to na razie wiosna.

NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!

Tak człek se siada i nagle uświadami sobie, że przecież to będzie pierwsza jego wiosna w tym domu i nie, żeby tego domu wiosną nie widział, w końcu mieszkał nie dalej niż 100 metrów stąd, więc wie, że tu coś rośnie i tak dalej, ale jednak przed sprzedażą posesjo oni tutaj tyle nazmieniali, że chyba będzie coś nowego. Na pewno, niestety z powodu wysokich temperatur, mimo onych wyściółek i innych cudów, to chwasty w rąbanym żwirku są!!! Nosz kurde no!!!

Chyba pójdę w beton…

Ale poza tym, to jakoś tak, no już właściwie człek chce sadzić, pielić i wszelako walać się glebą i babrać w onych korzonkach. Jakby coś go pędziło, jakby kurna serio ten koniec świata miał nadejść i w ogóle…

Ech!

Nawet te ptaszki tak świergolą. Za to mewy i wrony głodne jak nie wiem co. Mijcie taką wszelaką grupkę i tylko czujecie one spojrzenia ich na swoich plecach oczach, udach, uszach, miękkich policzkach… nom nom nom… w onej pustce puszki mózgowej, ciepłocie flaczków w brzuszku. Nagle, naprawdę i do końca, uświadamiacie sobie jak bardzo możecie być dla kogoś smaczni.

Ile możecie dać innym.

Głodnych nakarmić, spragnionych nachlać…

LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiatr Zdecydowany… została wyłączona

Pan Tealight i Diobełek Bezrogi…

„No więc wcale nie był pacyfistą.

Nic a nic.

Miał i zęby i ostre pazury, i jeszcze kopytka zaostrzone specjalnie na krawędziach, ale jakoś no nie tolerował kompletnie rogacizny u siebie, więc wiecie, upiłował, usunął, no kompletnie się ich pozbawił. Nie jak inni w rodzinie. Odmieniec rąbany, wszelaka hipsterka, czy coś… Podobno nawet podlewał jakimś płynem by już nie rosły, czy coś, ale… kto go tam wiedział.

Diobła?

Oczywiście, że matka zrobiła mu kocówę.

Ojciec to w ogóle wywalił z chaty na kurzej łapce, którą to kupili od Baby BezJagi, wiecie, tej co to żeniata z Jagną była, ale ostatnio zmieniła orientację i już się nie lubiły, rozówd był raczej bardzo głośny, igły się sypały, liście latały, magia ogólnie świrczała, więc… no oberwało się mu może i rykoszetem? Bo Ojcu Diobełka znajomi zazdrościli onego apartamentowca.

No mówię wam, strasznie…

I tak jakoś to go wkurzało, że jak zobaczył, co syn chciał i co zrobił, to od razu parą z uszu poleciał. I teraz Pan Tealight szykował kolejną Piwniczkę Białodomostwową… bo przecież jeśli chodzi o diobły, diaboły, boruty, szatany i tym podobne, to ostatnio jakoś tak ich przybywało.

Może wiatr ze wschodu wiał zbyt często, czy coś?

A może było w tym coś więcej?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kurde serio?

Podobno już nawet czosnek niedźwiedzi wyłazi. Ranniki u nas w ogródku, nie no… jak nic przerąbane. Ale dodatkowo jeszcze coś bleblają wciąż o onym ochłodzeniu, ale szczerze, to ja jakoś tego nie widzę. I wiecie co, cholera mnie bierze, bo wiem, co będzie teraz. Kupa będzie i tyle. Zakończy się to albo wybuchem wielkim robalstwa, albo wrzącym latem. Bleee… tak, nie lubię wiosny. Lata też nie lubię. Już dłuższe dni, zauważalnie, doprowadzają mnie do szewskiej pasji.

Nie, nie do depresji, to mam na co dzień.

Po prostu ten brak logiki w naturze, znajomego paternu, jakoś tak mój mózg starszliwie męczy. Niby jest na to odpowiedź, jest też odpowiednie schorzenie, które najprawdopodobniej mam, więc jest czym się wytłumaczyć, ale wiecie, każdy od razu rzuca we mnie zmianami klimatycznymi, jakby kurna, jako archeolog, nie miałam o nich kompletnie pojęcia i w ogóle… durna jestem.

Ekhm…

Ludzie, serio!

Zmiany klimatyczne są, były i będą. No chyba, że w końcu ktoś naciśnie jakiś batton i będzie bum i już, wiecie, no nic nie będzie, więc żyjcie teraz, albo li też planujcie wakacje troszeczkę inaczej? Ekhm… no co, przecież tak mówią te wszelakie influencery, które to teraz, a raczej których teraz świat rozpoznaję, mówią. Mówią, że wojna będzie, że żyć trzeba i w ogóle… a ja bym tak wciąż spędziła dzień i noc w łóżku, ale tak śpiąco, nie chorobowo, wiecie, leniwcowo…

I wciąż nie umiem, jeszcze oni mówią, że żyć trzeba, to juz w ogóle kurna, w dupę to wszystko i nic ino robić trzeba. Tworzyć, pisać, badać, malować, no wiecie, lecieć, biec, chwasty wyrywać, bo ta cholerna wiosna, na dodatek w czerwcu znajomi przyjadę, no kurde no, gdzie to wszystko, czemu tak czas leci…

Pierunem!!!?

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

Okay.

Jeżeli chodzi o pogodę, to wiecie, wciąż ciepło i wciąż wieje, a dokładniej, to cholernie pizga!!! Naprawdę. Siła wiatru od trzech miesięcy jest niesamowita. I tak, oczywiście, że daje się to połączyć z ogniem – a w sprawie ognia, to znowu był pożar i zaczynam w tym jakiś spisek przewidywać, ale wiecie, zbadam sprawę, więc dopiero wtedy się wypowiem – ale jednak kurde, jakoś tak, dziwne to wszystko. Jeden miesiąc, jeszcze nie skończony, a już kurde tyle ognia u nas?

Przecież ciepło jest, ludzie nie muszą się dogrzewać, świeczki palą u nas wszyscy, więc może jednak one powiewy jakoś wprowadzają ludzi w stan głupoty? A może powiewy wywołują w domach mało szczelnych dziwne tornada ogniste?

Albo…

No wiecie, jednak ten wiatr, ludzki mózg, wszelakie powiązania, migreny, wiele zawirowań pod czaszką, do tego ono ciepło nazbytnie, wszystko to sprawia, że ludzie mogą być mniej myślący, mniej produktywni. Za to, co dziwne, wiele osób z naszego otoczenia się przeprowadziło, znowu cała masa domów na sprzedaż, gospodarst z masą ziemi, więc jeśli chcecie… to u nas wciąż poszukują ludzi na Tubylców.

Czy też raczej tymczasowe ofiary w ogródku dla zwiedzającej Turyścizny?

No nie wiem, ale jednak odpływ artystów, bardzo zauważalny, i to tych naprawdę dobrych, co mnie smuci. Do tego zamykające się kultowe skepy, też smuteczek i co gorsza, wolne miejscówki wszelako sklepowe, tyż nie mają chętnych, więc… ekhm, nie oszukujmy się, ale jakoś tak relamy chyba nie działają.

Znaczy działają, Kopenhawka wykupiła masę domów, co oznacza pustki w domu moim, któreś uczyniła mi Danio onym swym ugłupiniem swoim, ale jednak… oznacza to też znowu letnie korki i popierdoleńców, czyli Tubylców niewychodzących z domów i gołe baby straszące mnie, bo robię zdjęcia piasecznych kryształków, ale…

Ekhm…

Nie wiem co się dzieje, serio.

Zwalmy to na wiatr!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Diobełek Bezrogi… została wyłączona

Pan Tealight i Wróżka Spodłóżka…

„Widzicie…

… dla jednych była tylko legendą. Dla innych przekształceniem potwora z dzieciństwa, który dla wielu nie był strachem, ale przyjaźnią… trwającą przez lata, aż nagle rodzice stwierdzili, że robimy teraz chatę na rytmy japońskie i kazali spać na podłodze, więc wiecie, się musiał wymeldować…

Johnny…

No dobra, był wróżką, i żeby nie było, to jednak wróżki są zawsze wróżki, one i oni się nie odmieniają. On wróżka i ona wróżka i tyle, a że pod łóżkiem, no po prostu tak jakoś… było mu wygodniej. Rodzina go nie lubiła. On rodziny wzajemnie, a że był jedynakiem, więc wiecie, wysmyknął się niegdyś tam z ramion zbyt wielu opiekunek i poszukał sobie roboty… Akurat praca potwora spod łóżka była wolna, więc wiecie, zdecydował się. W końcu definicja pracy była płynna…

I zaprzyjaźnili się…

A potem wszystko się zmieniło.

Bardzo nagle, bo przecież dzieciom się nie mówi rzeczy, jakoś tak wcale się im nie opisuje co będzie, nie daje wyboru… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wiedziała o tym, aż nazbyt dobrze, więc gdy się poznali z Potworem, to jakoś tak zaiskryzło, jakby to była ona…

Ale łóżko było inne…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Słońce.

Wylazło.

Ale oczywiście, jak w końcu człowiek ma czas i zdjął te lampeczki z drzewek i domu, to oczywiście zaszło, więc spacer był… no wiecie, szary… ale jednakowosz wciąż niesamowity, piękny las. Tym razem trafiliśmy chyba jednak w ten jego kawałeczek, który postanowiono zostawić po huraganie, by wiecie, zbadać jak to się dzieje w naturze, że drzewa rosną i tak dalej.

I gniją.

No wiecie, będą badać normalność, ja po prostu z tymi ludźmi nie mogę. Ale, niech im będzie. Bo i u nas serio, widać ona normalność odeszła do lamusa. Lasy wyłącznie nówki, może ze dwa drzewka stare, cała reszta wiecie, po wielkim, drzewnym przewrocie mojego bohatera… więc…

… pewno jest co badać.

Pewno.

Ale nic to.

Spoglądanie na taki lasek, młodnik właściwie, ino kilka takich wyższych świerków, który powaliły wiatry, wiecie, pas zniszczeń… to jednakowoż dziwna tutaj sprawa. Na one mchy, na te kolory. Przypominanie sobie, że gałęzie nie są wcale w jednym kolorze zimą, nawet oną ciepłą i mokrą…

Ale nie ważne to, bo człek jest w lesie, a las to zawsze, wiecie, na propsie jest. I te drzewa wysokie. Ech, te poszumy w górze, akurat wiatr na chwilę zwolnił, w końcu… oczywiście tylko na dzień czy półtora dnia, ale jednak się liczy. Nie urywa łba, mchy szaleją, ale grzybki w zaniku… dzicza może to nie jest, ale samo łażenie, one kształty wszelakie gałęzi i pni, one odcienie, one szaleństwa szmerów i szelestów… Ech, las, to coś bez czego nie umiem egzystować.

Naprawdę.

Czy ludzie wciąż jeszcze potrafią żyć w przyrodzie?

Czy jednakowoż jest to dla was dziwne zachowanie, iż człek z Wyspy odczuwa właściwie ciągłą potrzebę by leźć w drzewa. A potem na skały, a potem znowu na plażę i od nowa i rzeka i drzewa… nie żeby mieszkał kurna w metropolii, sarny w końcu z jelonkami przyłażą mi pod okno. Taka tam normalność. Wiecie, nawet nie pukają, czy coś. Od razu walą na posesję, wyżerają wsio co jest i zostawiają kupy.

A zające, bo tutaj w małym zagajniku za nami to chyba mają swoją bazę takie szaraki, no i sobie robią wyścigi po uliczkach, ale kupę to przyjdą walnąć mi pod drzwi właściwie. No po prostu ubaw roku, no. Nie no, ja rozumiem, że pewnikiem nawóz z tego będzie przedni dla mojego trawniczka, ale jednakowoż…

Serio?

Tak mi srać pod drzwiami.

Naprawdę świat dziki tutaj jest ściśle związany z onym światem… hmmm, tyż dzikim. Bo przecież jak Tubylcy wyłażą na spacery, to wiecie, się nie stroją. Jak idą w dzicz, to też nie po to by selfiaka jebnąć i pokazać ałtfit, ale po to, by się wymęczyć, wyoddychać, jakby kurde, u siebie powietrze inne mieli.

LOL

No serio.

A może tu chodzi tylko o chodzenie? Naprawdę… wiecie, ono sprawdzanie, czy ona tutaj wciąż rzeczywiście jest? Wyspa… cud natury wszelakiej. Gdyby tylko pozwolić jej zarosnąć i zdziczeć i jeszcze usunąć kilka elementów wystroju wszelakiego, całkiem kontrastującego z tym, co jakoś takoś uznaje się za ekologię… to wiecie, byłoby pięknie. Te sarenki, jelonki i myszołów. Jeden ma swoje ukochane drzewko zaraz przy drodze i tylko spogląda na was, gdy przejeżdżacie.

Może sprawdza, jak tam po tych wolnych dniach ście przybrali na wadze, bo spacerów z powodu ulew i wiatrów mniej było…

Hmmm…

Coś mają w tych oczach.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wróżka Spodłóżka… została wyłączona

Pan Tealight i Wróżka Zębuszka…

„No bidula no…

Wiecie, jak to teraz ludzie ciągle idą w te porcelanki i tak dalej, więc na Jul Pan Tealight kupił jej zestaw do herbaty… no Wróżce Zębuszce, myśląc, że to taki będzie super pomysł. Że może jej jakoś tam zadośćuczyni głupotę wszelako ludzką… bo to nawet zdrowe sobie młodzi wyrywają, coby od razu w sztuczne iść…

I pomyśleć, że stare Wiedźmy z Pieca dumne były z tych zębów, które im jeszcze zostały… ech, pomyśleć, że świat niegdyś był taki prostszy. Ale nie, przecież teraz wszyscy mają mieć proste i białe jak śnieg, nudne, wszelako takie same, robiące takie same uśmiechy, może i nawet myśli…

Nawet.

Bo ona miała teorię. Miała oną teorię od pewnego czasu i uporczywie nocami zaglądała w rozwarte, wszelakie, śliniące się gębowe ludzkie jamy… zapisywała swoje obserwaje w małym, kratowanym notesiku z chwościkiem i ciąge drapała się w głowę. Drapała się tak, że aż jej grzywkę zrobili, a na niej taki papier ścierni uczepili, coby ją od tego oduczyć, ale jednak nic nie pomogło…

Miała teorię.

I ona teoria oraz wnioski i tezy naprawdę ją wkurzały!!!

Bo przecież potrzebowała zębów. I to zebów wszelakich, zdrowych mniej i bardziej, białych i kremowych, żółtawych nawet, mocnych i słabszych, mleczaków i oczywiście stałych… potrzebowała, ale prawdziwych!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Cisza białego miasta” – … no dobra. Miałam nadzieje. Miałam nadzieje, bo rozpuściła mnie inna autorka, której książki niestety zginęły w Pleśniowej Chacie… i której imienia, a nie, jednak pamiętam… Dolores Redondo. Jej trylogia to był majstersztyk. Połączenie widialnego i niewidzialnego. Magii, starych wierzeń, po prostu coś niesamowitego…

… więc chciałam więcej i skusiłam się na tę powieść, choć okładka trochę aż nazbyt mi wmuszała myśli o nastoletnich zmierzchowych miłościach. Nie wiem dlaczego. No ale ten opis, mniam, więc skusiłam się i…

Kurna, dawajcie kolejne części!!! Bo choć domyśliłam się kto teges, to jednak trochę mi zeszło, a cały klimat Vitorii, Basków, ludzi, którzy pamiętają, wiedzą, zostawiają ofiary, kłaniają się kamieniom, w niektóre miejsca nie chodzą, historię cenią… kocham ich. Uwielbiam ich. Chciałabym usiąść obok dziadka naszego gliniarza i słuchać jego opowieści i nie myśleć, co stało się z jego beretem.

Ta powieść jest mega!

Nie chodzi tylko o język i osobowości, o one historie, zmyłki i flirty z czytelnikiem, ale przede wszystkim o ono miasto, inny świat, coś… co chcę teraz zobaczyć. Może bez zwłok, choć w moim wypadku jakieś kilkutysięczne byłyby bardzo pożądane. LOL Ale… o czym jest ta powieść? O zbrodni. O bliźniakach, o dobrym i złym, o tajemnicach przeszłości, o milczeniu i o skłonnościach do niemówienia. O sekretach oraz wszystkim tym, co sprawia, iż jesteśmy ludźmi połączonymi z naturą. I jeszcze o niesamowitych zbrodniach. Jakże uderzająco pięknych, jakże… tylko przecież zbrodnia taka nie jest… przecież być nie może, a jednak…

U tej autorki jest.

I nie mogę się doczekać kolejnych części. Mam nadzieję, że jakiś sponsor się znajdzie, bo łka mi się do książek!!! Bardzo łka.

I wiatr i ciepło…

Ranniki wychodzą.

Czy to znaczy, że serio zimy nie będzie? Co prawda niegdyś wyszły, a potem nadeszła zima, ale jak narazie wysadziłam choinki, które uratowaliśmy od zmielenia i składam krwawe ofiary by ten mój może nie do końca Stumilowy Wyspowy Las wzrastał… Bo tylko o to chodzi. O miejsce własne na świecie. Gdzie da się oddychać i wiecie, które was nazbytnio nie napromieniuje, bo…

No właśnie…

Jeśli, nie dajcie Bogi, jesteście moimi znajomymi na Facebooku, to możecie dostać reklamę dotyczącą radonu na Wyspie. I tak, promieniujemy. No po prostu taka natura. W większości Wyspa to skała. Miękka skała w znaczeniu kalku czy piaskowca to ino dołem i na wschodzie, i to oczywiście w niewielkiej ilości. Cała reszta to gneis i przesławny, oczywiście niesamowicie się kojarzący z podróżą ostateczną… ekhm, granit. I żeby nie było, mamy kilka rodzajów onego granitu, więc…

No promieniuje.

Znaczy jemu się promieniuje.

Ma też rubiny i kryształty i jeszcze ametysty, oczywiście maciupkie i tak dalej, ale jednak… promieniujemy, więc gdy kupujecie na Wyspie stary dom, to musicie zrobić sobie pomiary i założyć odbojniki, czy też odprowadzacze, czy jak zwał tak zwał. Mamy takie coś. Promieniowanie też mamy na pewno.

W niektórych miejscach większe, w innych mniejsze…

Ale mamy.

Oczywiście reklama jest czystą nagonką strachową, ale…

Przezorny zawsze ubezpieczony, więc Geigera miejsce ze sobą, albo siedźcie w Ronne czy też na plaży piaszczystej i będzie oki doki. Przebywanie w skałach i na skałach oczywiście nie jest mordercze i tak dalej, ale jednak uliczkę rakową w Listed mamy… o czym niegdyś pisałam, więc tego nie wolno tak po prostu olewać, ale też nie szaleć. Wiecie, w końcu założenie onych odprowadzaczy – co wciąż mnie intryguje, to gdzie oni to odprowadzają, bo jak do sąsiada, a sąsiad do nas to kiepsko – to koszt sporawy, co najmniej 30 tysięcy. A może i więcej.

Tutaj taka pogądowa mapka… brrrr

Bardziej przeraża mnie to… Ale wiecie, nas o broni zatopionej w Bałtyku uczyli, jak się okazuje Duńczycy są zaskoczeni, jak się im o tym mówi.

Hmmm…

Oczywiście człek postanowił się dokształcić i dowiedział się, iż radon nie dość że jest bezzapachowym i pozbawionym smaku gazem, oczywiście radioaktywnym, to na dodatek ma okres połowicznego rozpadu 3,8 dnia – za Wikipedią, więc wiecie, trzeba znaleźć lepsze źródło. Radon występuje naturalnie, to wiemy, odpowiada za niego rozpad uranu. Zły uran! Oczywiście są miejsca, gdzie stosuje się zdrowotnie, a typowa koncentrcja to 100 Bq/m3 oraz 10–20 Bq/m3 na przestrzeniach otwartych. Też za Wikipedią. Oczywiście granity i skały łupkowe są najbardziej mu przyjazne, jak i kopealnie, jaskinie i takie tam. A co… zmienność w okresie rocznym zauważalna, a zły czynnik, wpływ, tudzież kompletna buba, to oczywiście rak płuc.

Co mnie szokuje, to to, iż badania prowadzone są od dość niedawna. W znaczeniu wpływu radonu na zdrowie człowieka. Ale z drugiej strony, szczerze, ile my wiemy o tym świecie. Wciąż za mało. Jak na przykład to, iż nasze kościoły okrągłe rozłożone są na planie konstelacji Kruka…

Hmmm…

To kiedy przyjeżdżacie?

LOL By poznać oną Emanację… a tak, Radon niegdyś zwany był Emanacją, odkryty w 1900 roku, EM… oczywiście stosowany jest w radioterapii, więc, czyżby nie dwa w jednym. Chorować i zdrowieć na Wyspie? Wody radonowe, kąpiele radonowe, ale oczywiście umiarkowanie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wróżka Zębuszka… została wyłączona

Pan Tealight i Kasztan…

„Zwykły, jesienny Kasztan.

Złapany, przygarnięty, co to wiecie, postanowił sobie zostać drzewkiem, ale to już teraz i tak dalej. No w ogóle, nie chce czekać. Od razu chce dwa metry, więc wiecie, koksa na siłce dla nasionek. Bo on jednak nasionko choć orzeszek. No wiecie, nigdy nie wiadomo, nigdy a nigdy…

Kiedy kogo dopadnie chęć bycia wielkim.

Naprawdę WIELKIM.

I on chciał. Od razu, teraz na raz i tak dalej… więc wiecie, no po prostu przyszedł do Białego Domostwa bo tu i wiedźmy i Mikołajowie i jeszcze Czarowniki i Czarodziejnice i też jeszcze Pierunwiejaksięnazywamyalemagia… i oczekiwał, że mu pomogą. I to też od razu. Też, wiecie, od po prostu wejścia, wpuknięcia, no po prostu. Tak zwyczajnie.

I to za darmo.

Bo on przecież chce.

Kurna, takie pokolenie, jak u ludzi… pewnie. Albo, co gorsza od nich się trafiło, zdarzyło, przywlokło i ludzi obmiotło? Kto to wie? Ale on, nie no, na pewno nie był rozmowny, ta jego twarzyczka taka pomarszczona, wyraz dziwny, cierpiętniczy pomieszany z wrodzoną wściekłością… O nie, Pan Tealight spojrzał na niego, chuchnął w powietrze, a tam piekarniczek, a tam już masełko i inne tam delicje… oczy na niego zwrócone, dwa nacięcia, krew nie poleciała…

Kasztany!

Kasztany pieczone na placu przed Sklepikiem Domem!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jak to jest?

Właściwie chyba nigdy nikt mnie nie spytał… wiecie, czasem coś tam ktoś przebąknie, ale ponieważ dla mnie to było tak logiczne, tak bardzo człeka ona Wyspa opętała jeszcze nim się na niej znalazł… a było to w 2003 chyba… że wiedział. Pewno, iż planował że może dalej, może nawet jeszcze dalej, ale potem jakoś tak pojawiła się Ona i po prostu już było done. Trzeba było tylko sprzedać wszystko i już. I potem bidować i wpierdalać trawę i jabłka i przebrnąć przez hejt, niewiarę…

Potem się załamać, załatwić pewną sprawę…

A potem już jakoś tak… no oddychać. Zwyczajnie niby, a jednak, nie, oddychać ciężej, zmuszać się do tego, bo z jednej strony człowiek był w miejscu, w którym być chiał, ale nie do końca. Nie chciał być tym czymś… czymś ino, i chciał być, mieszkać, żyć, kawałek dalej. Kawałeczek…

Bo widzicie, mieszkaliśmy w tak wielu miejscach w swoim życiu, że aż samych nas to dziwuje. Ale jeśli chce się czegoś, to trzeba poświęcić bardzow wiele. Czasem tak wiele, że inni nie są w stanie tego zrozumieć, ale tak szczerze, czy pasja i pragnienie, w końcu zrozumienie siebie, potrzebuje cudzej akceptacji?

Czy moje wybory kogoś skrzywdziły?

Możliwe…

Ale były moim życiem, więc musiały się wydarzyć. A ci, którzy wciąż jęczą i mówią, że przecież to trudne, że przecież trzeba tyle zrobić… to zwyczajne dupy są i tyle. Albo to robicie, albo nie, ale nie pierdolcie o tym. Pewno, mówcie, że macie marzenie, ale nie jęczcie, że to tak wiele, że boli, że może poturbować psychikę i wcale nie jest łatwe, bo życie… nigdy nie jest łatwe.

Dla nikogo.

Choć wam może się zdawać inaczej.

No ale…

Spotkaliśmy kiedyś ludzi, którzy widzieli nasz zapchany samochód, gdy się przeprowadzaliśmy. Hihihi… tak naprawdę, czy nas wtedy obchodzili inni ludzie? Nie. Prawda jest taka, że byliśmy zmęczeni, znudzeni i już tak zdesperowani wszystkim, że rzucaliśmy się na głęboką wodę i…

Chowańcowi się udało.

Serio!!!

Po mnie taczej na pewno tego nie widać. Wiecie, sukcesów wielkich brak, szefem Wyspy nie jestem, właściwie nic nie robię, kompletnie, a to, co robię, to wiecie, na co to komu i po co. A tak takie są komantarze. Pamiętam, że tak mi raz dosrała jedna Dunka… że ze mnie taka księżniczka, a biedny facet musi na mnie charować. W życiu suce tego nie zapomnę. Wybaczenie… w dupie mam wybaczenie, ma mi złazić z drogi, co jest trudne, bo mieszka niedaleko, ale jednak…

W końcu i tak ślepa jestem, więc wiecie…

Niedowidzę jej.

Zresztą, wariatka jestem, więc lepiej się nie zbliżać, czyż nie? Problem w tym, że to jednak nasza księgowa, ale co tam ja księżniczka się na cyferkach numerkach znać może… wiecie, nie oszukujmy się, jeszcze wcześniejszą wieścią sprzedaną mi przez Szwedkę tu mieszkającą, było, że nigdy mnie nikt nie polubi, bo Polek nie lubią i tego już nikt nie zmieni. Dodatkowo fiutka nie mam, więc sukces to mogę mieć wiecie, jak będę sobie mleczyki zbierać na łące i tyle…

Ha ha ha…

W życiu nie zapomnę, jak koleś z urzędu zwrócił się do mnie per „mała kobietko”… podczas rozmowy dość poważnej. No miodzio… tak, tutaj zaznałam pierwszej dyskryminacji. I jeszcze kurna nie możesz komuś w ryj wymalować, bo zaraz, że kvinde gik amok i odprowadzą mnie do męża… a idźcie w pokrzywy.

To, co ja odkryłam, to moje.

Wam zajęło to tyle czasu…

To jak, przeprowadzać się na Wyspę, czy nie? A to nie pytanie do mnie. To raczej chyba do was. Bo jeśli o tym myślicie, to to zróbcie, ale najpierw spróbujcie Wyspy przez cały rok… bo to wyznacza Załamanie Pierwsze. Kolejne nadchodzi po trzech latach, a potem, wiecie…

… człek rozumie, że ludzie wszędzie tacy sami.

Ale te widoki LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kasztan… została wyłączona

Pan Tealight i Któryśtamzkolei…

„No Któryśtamzkolei, wiecie…

Już nie zwracacie na niego nawet uwagi, zbędny wypełniach przestrzeni. Może i czasem przeszkoda… może i trzeba wyminąć, czy coś, ale jednak, tylko Któryśtamzkolei, z tej samej rodziny Którejśtamzkolejowej po Babci Którejśtam i Dziadku, który nie do końca był jej mężem, a jednak…

A jednak jakoś takoś się im wiodło, tylko jednak, wiecie, no po prostu nawet sami sobie, sami wzajemnie, tak całkowicie byli dla siebie zbędni. Kolejny ludzik, kolejne rączki, nóżki i główki całkiem puste. Kolejne byty, które nie do końca oczywiście pewne były swojej nastrojowości czy też bytności, że zwyczajnie… wszystko co mogli, to było być… wyłącznie być. I nic ponad to…

Może i naprawdę niczym się nie wyróżniał, ale jednak coś w nim połyskiwao. Coś w nim było innego, coś przywołało spojrzenie Pana Tealighta i jakoś takoś zaczęli nawet całkiem niebylejaką rozmowę i…

Już żaden z nich nie był dla siebie niewidzialny.

Kompletnie.

A niektórzy czasem na początku tylko tego potrzebowali. Tylko i wyłącznie tego… na początek, bo później wszystko się mogło zmienić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I znowu…

Ogień…

Wiecie co, to już zaczyna serio być niezabawne. Najpier przełom roków, potem znowu ten człowiek pod Netto, a teraz w stolicy zaczęło się od kołdry i świeczki. W pierwszych wieściach straszono stroikiem świątecznym, ale teraz okazuje się, iż winną była PIERZYNA… i przyznam, iż właśnie ono słowo mnie trochę zaskoczyło. Bo po pierwsze u nas naprawdę jest ciepło. Mimo onych wiatrów, które nieustają od początku listopada, a nawet końca października, to jednak jest gorąco, jak na oną porę roku. Prawie 10 stopni codziennie, bite rekordy ciepła, kwitnące wiśnie w Szwecji i Kopenhadze… no serio? Ja rozumiem pożary w Australii, ale czy pył nie powinien wpłynąć na ochodzenie? Zakryć słońca i tak dalej…

Widać nie tym razem.

Widać rozwiało…

I choć niektórzy przebąkują o jakimś snestormie na koniec stycznia, to roślinki już wyłażą i mają to wszystko gdzieś. Serio, czujecie, że ziemia was wzywa i do roboty do ogródka. Chwasty mają się po prostu kurna, kwitnąco. Pierony jedne. Aż tak durnie się po nie schylać, a potem przemyśliwać w styczniu koszenie rawnika, ale chyba trzeba będzie… nosz przeca z tych wilgotności i temperatur to się nam jeszcze jakieś malarie potworzą, albo i coś gorszego, nowszego…

Wiecie… ludzi przybędzie.

Ech…

No i dzień już wraca. Ona cudowna ciemnosć się kryje. Szarość zanika. I już mi smutno. No serio, doła mam mega z tej okazji. Z okazji braku zimy i powracającego słońca, światła i tak dalej. Ech…

Rekordowe temperatury… 11 stopni.

Ja pierdziele.

Wsio zaczyna kwitnąć i tak dalej. Na dodatek jakoś człowiek zapomniał o tej pieruńskiej darmowej wystawie w muzeum w Gudhjem i sobie w brodę pluje. Ale też, no weźcie, kto to robi prawie w środku tygodnia, no.

Ino ci, co nie pracują.

No nic, może kiedyś jeszcze się uda?

Człowiek miał nadzieję na wszelakie kulturalne i kulturowe rozpasanie tutaj, a jednak, jak się okazuje, no jakoś takoś braki. Albo bilety tak drogie, że bidny zjadacz chleba z Lidla nie może sobie na nic pozwolić, sam se maluje, chodzi po tak samo bidnych artystach jak on sam, ale wiecie, ile można wciąż to samo. Plany dotyczące połączenia wszystkich muzeów w jedno są moim zdaniem porąbane, jak spojrzę na preferencje ludzkości, ale wiecie, mnie się nie spytali.

A mogliby, wykształcenie w końcu jest…

I doświadczenie.

LOL

Ale jak se Duńczyk coś wbije do łba, to wiecie, no nie przegadasz. Najważniejsze, że coś się da skumulować, tych się da zwolnić, a tamtych jeszcze wykopać na równię pochyłą i będzie grało… a zarobi ktoś dziwny.

I już.

Na pewno nie artyści.

A już na pewno nie nasi, wyspowi… tych, to zawsze się traktuje jak zło konieczne na co dzień, ale za to jest się czym pochwalić, co nie. Zawsze. Jaki to plads jest, że tak inspiruje, jak niesamowity… a to światło…

… blah blah blah…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Któryśtamzkolei… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniany…

„I było mu z tym dobrze.

Ale wiecie, jakoś innym nie. Temu przeszkadzało, tamtemu, a temu jeszcze bardziej. Nie żeby mieli coś z tym zrobić, no ale… w końcu o nim zapomnieli, ale wiecie, chociaż zapomnieli, to jednak… jakoś tak nie potrafili zrozumieć, że jemu z onym zapomnieniem tak dobrze.

Tak jakoś mu pasuje.

Zapomnieli.

Nie zapraszali na imprezy, nie wysyłali kartek na urodziny, no i nie zauważali wtedy, gdy tego potrzebował, a jednak… oni tego nie rozumieli. Nie żeby chcieli o nim pamiętać. Nie żeby chcieli, wiecie, tak jakoś tak mu pomóc, wzruszać ramionami gdy przychodzi, chociaż zatrzaskiwać mu drzwi przed nosem…

On lubił być zapomnianym.

Tak po prostu.

Pomijanym, gdy niczego od niego nie wymagali, gdy tak naprawdę mógł być sobą, bo przecież… ale zapomniany nie oznacza niewidzialny. Niestety. Widzieli go wciąż… i wkurzało ich, że jest ze sobą samym szczęśliwym. Pan Zapomniany, który naprawdę z onym zapomnieniem i samotnością miał się świetnie. Naprawdę super. Bez ludzi utyskujących, z ukochanym ogródkiem własnym, małym domkiem, który miał nad Rwącą Wątpiąco Rzeką…

Gdy miał siebie, miał wszystko…

Ale oni nie chcieli jego szczęścia. Nie obchodził ich, mijali go wzrokiem, ale jednak gdy wchodziło w grę szczęście, nie chcieli by inni, nawet oni nieważni, byli w tak dobrym nastroju. Tak bardzo…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Człowiek ostatnio jakiś taki zmęczony, a przecież unika newsów i tego typu rozrywek całkowicie mu zbędnych. Świat go męczy i nagle przypomina sobie dlaczego się przeniósł na Wyspę, ale… ale ostatnio i biedna Wyspa obrywa, więc… już człek nie wie jak na to wszystko reagować. Na szczęście pożar dramatycznyc sylwestrowej nocy w Svaneke cudownego, małego, starego, zabytkowego sklepiku nie strawił. Podobno spaliły się serio tylko przyprawy i uda się go uratować.

Może nie będzie tak źle.

Co do reszty, to wiecie jak to jest, drewno polewa się na maksa, więc zniszczenia są ogromne, ale chyba będą ratować, chociaż… czasem mi się wydaje, iż ilość onych, co by bardzo chcieli wszystko unowocześnić i zasrać kostkami czarnymi i szarymi, nader wzrósł. Depresyjnie wzrósł. Oczywiście, że rozumiem, iż kolor będzie ciepło magazynował, ale u nas ostatnio ciągle gorąco, to będą pieczone ludziki.

Kurcze…

Z drugiej strony, może zaczniemy być słynni z ludziny duszonej?

No dobra, czarny humor, ale serio, gdybyście widzieli jaką kasę można przepieprzyć na najszpetniejsze szrotowe dzieło, które zwie się sztuką, to zrozumielibyście, dlaczego zaraz po wystawieniu go autor zmarł. No i pewno teraz głupio im to zezłomować, czy coś? No szczerze!!!

Bogowie, a przecież ja kocham sztukę.

Naprawdę!!!

Może i wolę oną starszą, ale jednak… nie jestem jakimś bezmózgiem, co to nie wzrusza się operowym pieniem. Choć ostatnio bardziej działają na mnie kształty porostów i grzybni, pieśni i trele ptasie, a nawet wronie pogaduchy…

No więc…

Człowiek zmęczony.

Walnęłabym mądrością, iż to ono wiosenne przesilenie dobijające organizm, ale jednak, wiecie, kurna no, dopiero zima się zaczęła. Może nie powinnam się aż tak rozpedzać? Wiem jedno, nawet jeszcze nie nosiłam szalika!!! A raz zachciało mi się rękawiczek i tyle!!! A uwielbiam rękawiczki!!!

Nawet ogrzewanie nam wystarczy ledwo chuchające…

Jak nic za rok zrobią się z nas Hawaje jakieś i tyle. Zobaczycie. Podobno one rekiny czy coś tam już wybierają się poza swoje zwykłe łowiska i wciąż… i wciąż mnie zastanawia, co z tą wodą z tych roztapiających się lodowców? Bo przecież miały się wody podnieść, bo przecież miało być inaczej… i to byłoby logiczne, a jednak, woda u nas jakby odpływa. Seryjnie, dookoła robi się płyciej!!!

I znowu kolejne drzewa wycięli…

Ech.

Kolejne dni, kolejny tydzień i nagle już połowa miesiąca. Styczeń pędzi jak cały poprzedni 2019 i człek już nie wie, czy się trzymać czegoś, czy upaść i łkać, bo nie nadąża za tym wszystkim. Naprawdę mocno. Nie dość, że się nie odnajduje w świecie, czy też świat wcale nie chce go zauważyć i depcze wciąż, to jeszcze…

… to jeszcze znowu będzie starszy i już nie wie o co w tym wszystkim chodzi. No bo serio, co ja czasowi zrobiłam, że tak mnie nienawidzi, no? Co? Że zegarów nie lubię, rany, przecież każdy ma jakieś wady, no błagam!!!

Helloł?!!!

Druga połowa stycznia, no nic to.

Bliżej do grudnia!!! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniany… została wyłączona