Pan Tealight i Sraczka…

„Jej, no komu się nie zdarza, no?

Wiadomo, tym bardziej w czasach dzisiejszych, gdy wsio z Chin właściwie. LOL Wsio jakieś takie przemielone, dziwnie pachnące, jakieś pokrętnie obce, chociaż przecież wygląda jak to, co w dzieciństwie było jadalne. Ale teraz… no serio. Bierzecie pieruński groszek mrożony, a on do was gada w znaczkach, potem wyskakuje z wody, a potem jeszcze zaczyna pluskać, plumkać, rozmnaża się, wszelako szaleje…

I nagle to warzywa są waszym wrogiem, bo przecież nie żyjecie w tropikach, to wiadomo, Pan Awokado może wam dopieprzyć. I to mocno. Szczególnie, gdy na przykład weźmiecie się i zaczniecie mu uświadamiać, że tak długo płynął, że tak szpikowany chemią, że pawiany wybił… a on, że eko, vegan i tak dalej, więc to wy winniście mu skórkę masować by szybciej był rejpnięty.

Jakkolwiek dziwnie to przecież brzmi.

A nawet dość dwuznacznie.

Naprawdę, strasznie teraz te obce warzywa potrafią was wpędzić w depresję. Bo nagle, to wy jesteście ci źli. I oni pokrętni. I oni niecywilizowani. I wszelako… no wiecie, popierdoleni, bo przecież zez flołem nie lecicie.

Jak tak można?

A jednak, no właśnie. Brukselka z Hiszpanii, chociaż powinna być nasza, no bez urazy, ale szczególnie w tej aurze, to korzenne i kapuścine winny rosnąć szalenie. A nawet i pyrki, w końcu jeśli kwiaty i zieleń jak w zeszłym roku w maju, to dlaczego wszystko wciąż musi być skądś tam?

No dlaczego?

Potem sraczka…

Nawet po sałatce, a może szczególnie po niej, a po rąbanych frytkach z McDonalda nic ci człowieku nie jest. Poza absmakiem, który niegdyś tam wmówiły ci media, wymusiły w myślenie? No serio, jak to kurna jest?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kolejny sztorm, orkan, jak zwał tak zwał.

Pierun już wie, czy bać się brdziej powietrza, czy dziwnego promieniowania, do którego w końcu wszyscy się oficjalnie przyznają… a tak. Mamy coś nowego. I nie, nie chodzi o radon, chociaż nagle wszyscy zaczynają naciskać na badania, no i człowiek się zastanawia, czy to po prostu kolejny, wykupiony przez urzędasów dopłat do wakacji, powiązanie się z jakąś firmą, której reklamy mnie zasypują, choć trudno im mnie złapać… ale jednak nawet mnie się im udaje…

… czy jednak, coś jest na rzeczy.

A chyba jest.

Jeśli wierzyć własnemu ciału, to niesamowicie wiele się zmieniło w ciągu zeszłego roku. Bardzo wiele w naturze. I raczej zaczęło się to kilka lat temu, one zmiany, ale teraz, teraz wszystko to się nasiliło.

Bardzo.

Boleśnie nawet.

Słońce, powietrze, wiatr… nie są takie, jak bywały. Pożary, dziwne zjawiska pogodowe, niby wszystko można jakoś powiązać ze zmianami klimatycznymi, ale… no właśnie, to całe ALE wciska się tutaj i jęczy. I przypomina mi o onym trzęsieniu ziemi, które mieliśmy kilka lat temu. Koszmarne uczucie, a przecież to było li azaliż wżdy… ino muśnięcie piórkiem porównując zwyczajowe trzęsienia w miejscach na ziemi, gdzie one są stałą wystroju geograficnego.

I tyle.

Ale ten wiatr… i dziwne zmęczenie u wszystkich…

I te zachowania.

Wyspa oddziaływuje na człowieka.

Albo się jej poddasz, albo nie… lepiej się poddać. Problem w tym, iż poddanie się sprawia, że łączycie się z naturą i zaczynacie odczuwać. Coś dziwnego. Coś innego. Coś może i zapomnianego. Coś… co dla zaprzeszłych naszych praszczurów było całkowitą zwyczajnością i normalnością codzienności, ale jednak… nagle znowu łączycie się ze światem. Nie tylko gładzicie to drzewo.

Czujecie jak ono…

… oddycha.

Jak soki przepływają, jak się budzi, zasypia…

Niestety też, jak choruje. Czuje się źle. Nie ma czegoś. Jakby mu coś odebrano… jakby czegoś brakowało. Ktoś lub coś było trzymane jako zakładnik i niepozwalano mu nawet na wysikanie się i wodę z czerstwym chlebem. Jakby… nie wiem. Może to właśnie ono promieniowanie. Może to właśnie wyjaśnia to, iż słońce wstaje inaczej, niż zwykle o tej porze, że inaczej się zachowuje, że wszystko jest a wcześnie, bez czegoś… zimnego, bez onego odpoczynku… chociaż przy tym specyficznym klimacie Wyspy trudno mówić o jakimś porządku i stabilności…

Nigdy nie wiesz, czy lato nie okaże się być deszczowe, było takie jedno, kiedy wszystko pleśniało i to było szokujące…

Była też niegdyś zima.

Ale to co jest teraz?

Czy naprawdę tylko zakłócenia w poborze internetu sprawią, że ludzie zwrócą na coś uwagę? Że coś jest nie tak? Naprawdę? Tacy jesteście? Serio ludzie? Promieniowanie kij wie do końca jeszcze jakie, więc nawet nie wywalę moich teorii tutaj, bo po prostu… wystarczy wysłuchać starszyzn Innuickich czy tych z plemion Ameryki Północnej i wiadomo wszystko, tylko… kogo to obchodzi.

I co można zrobić?

Czy w ogóle?

Cokolwiek?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sraczka… została wyłączona

Pan Tealight i Lotto…

„Bo była tylko jedna.

No ta bułeczka z rodzynkami i chociaż Wiedźma Wrona Pożarta nie była nią kompletnie zainteresowana, to cała reszta jak najbardziej była. Nawet on sam, ON, który winien przecież być wzorem, czy coś takowego… Pan Tealight zaczął się zachowywać jak kilkulatek, stukać stopą, mazać się i ogólnie mówiąc, próbował zwrócicć na siebie uwagę, że oto on taki biedny i głodny, no szary przecież, a to, że wcześniej zeżarł ich piętnaście.. no dobra, reszta też je jadła, w końcu z nieba nie wiadomo dlaczego spadło kilkanaście worków, a w nich pudełeczka w stokrotki i żonkile, no a w onych pudełeczkach, twardotekturowych…

Bułeczki.

Z rodzynkami.

I nadzieniem czekoladowy.

Tak bardzo smaczne. Tak nawet możnaby pomyśleć, że uzależniające… mięciutkie, ale ze skórką chrupiącą, miejscami gnieciuchowate, takie rozpływające się w ustach i ciepłe… ciepłe przez cały czas, a przecież spadły z niebios jakoś tak w południe, a teraz mieli prawie wieczór. Prawie…

I Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… ona taka niż całkiem niezafascynowana. Co to nawet nie spróbowała żadnej. W ogóle. Bo jakoś tak jej nie kręciły one dziwne, pudrowane cycki z niebios…

Może winni byli w tym momencie pomyśleć o czymś, o jakimś podstępie, o wszelakiej wściekłości natury, ale jednak… w głowie mieli ino ono Lotto. Że to Lotto Szczęście, zaćpana chuda nastolatka w podartych kieckach haftowanych womitem, ona miała o tym zadecydować kto dostanie ostatnią.

Ona?

Nie wierzyli jej wcale.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okno.

Słońce…

Za oknem morze w niedalekiej oddali, pola, drzewka, droga, ale wiecie, jak coś przejedzie, to aż człek zaskoczony, że coś przejechało. Wali w te klawiszki, ale ciagle, kątem oka sobie zerka…

Nagle biała chmura opada na pole i plemię różnowiekowych mew…

… zaczyna się naparzać. Właściwie pierun wie po co tutaj przybyły, czy jeść, bo może jakieś robaczki rzucili, czy jednak się namawiać, na kogo tutaj napaść, na czyim dachu odtańczyć rąbaną Makarenę, albo wiecie, podlecieć, obsrać, a potem bezczelnie chcieć za to opłaty w żarciu.

Bo przecież, u nas resztki się nie marnują.

Nigdy.

Zawsze te dzioby zaglądają, wredne małpy stukają w rynny, zaczynają rytmicznie wrzeszczeć wzajemnie do siebie… tak, rytmicznie. Porażająco rytmicznie. Umieją tak. Umieją nawet więcej jeżeli w grę wchodzą i wrony. Bo przecież tak naprawdę i do końca, wciąż nie wiem, czy one tak ze sobą okay, czy jednakowoż nie? Gromada wron na polu zdaje się współpracować, ale odstawać od onych białych i szarych, gigantycznych kurczaków, ale… kurcze, czasem tak bardzo się mieszają.

Bardzo bardzo…

A wrony…

Ech, z nimi to jak zawsze, wiecie, inteligentnie jest.

Mamy taką jedną, oczywiście szarą, co to ciągle za nami łazi, a potem siada na balustradzie i domaga się jedzenia. No dobra, rzeczywiście dostała kilka razy, ale teraz oczekuje jedzenia cały czas. Fascynująca małpica LOL Nie jest głośna, ale wiecie, znalazła miejsce, z którego może patrzeć na mnie jak piszę i się glapi, potem przechodzi z wysoko uniesionym dziobem pod oknem/drzwiami tarasu w te i wewte, wskakuje na barierkę, a potem znowu. Potem na chwilę odlatuje, no i znowu od nowa ludowa…

Po prostu ubaw roku.

I nie wiem czy to moja Bazylia, chyba nie, bo to młodsza wrona i mniejsza, ale jednak, jakoś tak, znajoma. Zresztą, przy tak krótkim odcinku przeprowadzki ptaki się nam raczej nie zmieniły. LOL Nawet te dwuznaczne.

… więc za zwierzątka mamy wrony, mewy i wszelakie, pomniejsze ptaszęta, które tej zimy to zimy nie zaznały raczej. Nawet robaczki jakieś latają przez cały czas, więc wiecie, kurcze, no jakoś tak dziwnie.

No ale…

Przyjdzie sezon i wszystko się zmieni. Znowu wrony będą uciekać, bo Turyścizna to świnie i ich nie lubią, a mewy będą gadać językami i może rozgadają przyjezdnym, że ubiliśmy tam kilka fok. Wiecie, bo albo one albo zarybianie Bałtyku. Nie da się przy takiej populacji bestii niszczycielskich, które nie jedzą, a rozrywają rybki dla zabawy… przeprowadzić odnowienia wód.

Nie da się.

Tak wiem, śliczne foczki, no ale…

LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lotto… została wyłączona

Pan Tealight i Gra o Fotel…

„Widzicie…

Bo, nie oszukujmy się, ale te… wiecie, promowane przez media mało były wygodne, Na czaszkach wrogów też tak mało wygodnie, chyba żeby je przemielić, jakoś przekształcić, może zrobić z nich gąbkę jakąś? Może wtedy by się udało. Może wtedy jakoś tak, by się coś samo ugrało?

Pierun wie… nie chcieli próbować.

Bo był fotel.

Fotel przed największym, najlepszym oknem w Białym Domostwie, który tak szczerze należał do Pana Tealighta, ale, gdy on wychodził… się zaczynało. Bitwa, komitety kolejkowe, wszelkie pomniejsze walki, o których najwięksi nawet nie wiedzieli, zakłady i na dodatek wszelakie formy przekupstwa.

Ale jakiego!!!

Życie twego pierwowrodnego, za minutę w Fotelu, którą ci przyznano za ten kosmyk włosów, skradziony onej młodej blondyneczce, która była tutaj kilka lat temu i, z której magia uciekała, no i co to dziwne wizje spłynęła na Wiedźmę Wronę Pożartą… włoski, które Wiedźmy z Pieca na pewno użyją w niecnych nader czynach, tańcach i ku swej własnej, wszelakiej, konsumpcyjnej zapewnie, bardzo…pokrętnej i wielu zapewne szokującej, gdy ujawnionej, radosności.

Oj tak… gra była poważna i często krwawa.

A Pan Tealight o niczym nie wiedział.

Znaczy, zdawał sobie sprawę z tego, że czasem ktoś się usadza w Jego Fotelu, gdy go nie ma. Poduszka była nie tak, coś uwierało, znajdował nie swoje okruszki, ale poza tym, to tak serio nie kumał całej tej akcji.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie wiem.

Serio.

Dziś nie wieje. Znaczy, dokładniej mówiąc… cóż, będzie wiało, wszyscy o tym wiedzą. Wszyscy. I niby z jednej strony radocha, bo głowa nie boli przez chwilę i może lepiej jest i może… nie, wcale się człek nie przespał, wcale nie odpoczął, a łeb zaczął go boleć i tak, kurcze, no weźcie no!!!

No więc cisza jest.

Słońce wali.

Cicho jest…

Kurde, człowiek czuje się jak jakiś niedopasowany i pozbwiony jakichś mocy, czy coś. Jakby naprawdę czuł w sobie oną potrzebę ciągłego samobiczowania się i takich tam. Wiecie. BDSM i inne zabawy. Ale nie, że erotyczne, nie, bez przesadności, wiatry może i noszą ze sobą wszelakie pokrętne emocje, ale jednak… chociaż, jakby się tak zastanwoić nad tym, co się dzieje ostatnio, to może jednak?

Może w tych wiatrach są jakieś krzyki umarłych, jęczenia dusz pokręconych, no i jeszcze pokrętne pomysłowości…

Ale…

Fakt jest jeden.

Nie wieje.

Wiać zacznie może wieczorem, może dopiero jutro, a może rozejdzie się po kościach Matki Ziemi i wiecie, jakoś tak oleje wianie? Zwolni się z roboty, powie: pierdolę nie robię, opieki dentystycznej nie mam, manicurue na one pazury nie dajecie w zniżce i opiece zdrowotnej. Nie no…

I te podatki!!!

Weźcie no, wiać nad Danią, no przecież 50% od zarobku od razu zabierają, na maksa, więc…

Może odpuści?

Choć dudniące skronie krzyczą, iż nie, to jednak zawsze jest jakaś tam nadzieja, co nie? Zawsze? A może jednak… może zatrzyma się w IKEAi? No co, czy wiatry nie są łase na szopping jakiś? A może nową torebkę? Albo buciki jakieś, bo podobno ta wiosna na pewnika już nadchodzi, więc i wiatrom nowa garderoba może potrzebna? W końcu wiatrom na pewno często się gacie drą.

I nie tylko one.

Zapewne.

Nie żebym im zaglądała, ale jednak. Już człeka tak długo i ciągle one wiatry mprzewiewają, nim miotają, że czuje się, jakby tak było od zawsze, może i dlatego ona nagła spokojność, od tak dawna niewidziana, a nieczuta, wydaje się być tak bardzo nie na miejscu. Tak bardzo pokręcona.

O… krzaczkom główki zaczynają się ruszać…

Hmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gra o Fotel… została wyłączona

Pan Tealight i Myśl Przewodnia…

„Potrzebowali jej.

Poszukiwali jej.

Nawet plakaciki machnęli… naprawdę. Żeby nie było, w pełni ekologiczne i znikające po tygodniu, a potem pojawiające się znowu. Wiecie, czerpany papier z traw wszelakich i stokrotek całorocznych, bo wiadomo, że tutaj one to zawsze są, naprawdę zawsze… bardzo mocne i przeraźliwie wszelakie.

Nawet i poetyckością zalecieli, jeśli chodzi i o słowa i o grafikę. No po prostu, lekkie złocenia na brzegach, tłoczenia, foliowanie w najważniejszych miejscach i jeszcze oczywiście ona rymowanka. Nie tylko, że opis i jeszcze wymiary, ale wiecie, spokojnie, coby nie urazić, bo wiadomo, kobiety lepiej wymiarami nie podkręcać, serio, one tego zwyczajnie dobrze nie znoszą…

Ale ten wierszyk.

Że tęsknią i wsio wybaczają, że naprawdę im jej brakuje i nie mogą bez niej żyć i jeszcze, no oczywiście, coś o onym pustym miejscu w sercach tak wielu i pustkach w myśleniach i wszelakich… no lali wodę jak się dało.

Ale wciąż się nie znajdowała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Niektórzy ludzie piszą książki. Wiecie… piszą jak leci pokutując i wciąż obracając dookoła te same elementy, sytuacje, osobowości. Dobre, złe zakończenia, who cares? A inni… inni są kronikarzami…

Tymi, którzy są prawdziwymi kronikarzami. Sejfami wiedzy, legend, pieśni i opowieści z przeszłości. Jednym z nich jest Ania…

Ból głowy.

Brak snu.

Ale nic to, najnowsza afera Skandywnawska to to. Żeby nie było, reklama już zniknęła, repojawiła się krótsza, więc nie wiem nawet czy uda się wam kliknąć w to przekierowanie do kopii, ale…

Czy mam zdanie na ten temat.

No ba.

I to jeszcze pewno strasznie niepopularne, bo pomijając subtelny fakt, iż nawet nie wiem co to SAS, oczywiście zostałam uświadomiona, to wciąż mam mózgownicę w onych czasach, gdy inni ludzie byli normalnością, a nie tych życie ma znaczenie, tamtych to wiecie, nie ma, bo przecież… no i właśnie… BO PRZECIEŻ…

Ale zacznijmy od czegoś innego.

Po pierwsze jestem naukowcem, każdą sprawę rozpatruję od podstaw, szukam wszelakich korzeni, a tutaj… no no no one korzenie mam i to poparte tytułem naukowym, więc… ha ha ha! Możecie mi skoczyć. Seryjnie. Począwszy od zakończenie durnej reklamy linii lotniczych, która wali strasznie „Love Actually”… czyli tak po skandynawsku, więc ha ha ha… a zakończywszy na tym, że biali nie istnieją.

Według najnowszych badań wcale nie jesteśmy Cro Magnion, ale jednakowoż znowu – bo ta teoria krążyła wieki temu, mieszanką Neandertalczyka i Cro oraz… no właśnie, pochodzimy z jednego miotu. Bleee… Taka Adam i Ewa w wydaniu czysto naukowym. Byli. Trza zaakceptować do czasu pokazania się kolejnej teorii. I tyle. No ale, nawet jeżeli, wszyscy wiedzą, iż ewolucja człowieka od Homo Niewiadomo po Homo sapiens sapiens, który obecnie rozbijam na sapiens sapiens basic i sapiens nowinkus, to jakoś zapominają, że wszystko odbywało się w różnych miejscach, mieszało się i wszelako napierdalało wzajemnie.

I w Azji i tej Azji Mniejszej, onej kolebce wielkiej…

No wystarczy poczytać.

Ludzie, gdy tylko wody wysychały, gdy wyjedli wsio dookoła, gdy w końcu nauczyli się siedzieć w jednym miejscu, zmieniali się. Ewoluowali. Przystosowaywali się do otaczającego ich świata i poddawali się religiom…

Niestety.

I teraz…

Oto jest reklama o tym, że wsio co Skandynawskie zostało skradzione innym nacjom, więc Skandynawia jako taka nie istnieje. Buuuu… Ja po pierwsze przepraszam, ale czy wcześniej o tym nikt nie wiedział? No weźcie no? Kulki z mięsa lepili nasi tak starzy przodkowie, że strach myśleć. Podobnie z jebanymi ciastkami, które wciąż nie wiem czemu zwą duńskimi… No serio?

Ech…

Ignorancja w narodach.

Ale… zauważcie, że Norwegię tknięto spinaczem do papieru… wcale poza tym, w ogóle ktoś myśli o nich patrząc na spinacz? A tak serio, zjebano właściwie IKEAę… bidulka, spadną ceny klopsików. LOL A cała reszta, to mój prywatny ból dupy, czyli „Dzieci z Bullerbyn” nigdy nie istaniały a Pippi…

… jest chłopcem.

Nie mogę żyć w tym świecie.

Nie mogę.

Ale… w końcu białasy podniosły dupy i zaczęły krzyczeć, że kurna no o co chodzi?!!! Niezauważając, że jakoś świętości największych w reklamie, takich jak lagom czy hygge nie tknięto. Niezauważając, że one białe dziecięcia wyglądały jak zwykłe dzieci, a cala reszta miała na sobie oznaki religijności.

I to dosadne.

I teraz jestem w kropce, bo tak naprawdę, to po kiego grzyba podsycać to wszystko? Serio? Dlaczego nie możemy znowu być ludźmi? Wychowali mnie różni ludzie, kręgi naukowe i artstyczne. Bez urazy, ale były tam różne osobliwości i były cudowne i wyzwolone. Niespętane jakimiś normami. Ptaki, które ulatywały wszystkim przeszkodom durnym… Tak, byli homo. Były i już wtedy przypadki zmiany płci dość dosadne. Były kobiety wolące być nie kobietami zwyczajowymi, mające jaj tyle, by olać kinder, kirche, kuche… i te, co miały dziecko bez męża… wtedy to był szok!

Wtedy?

W latach 70tych, 80tych nawet…

A teraz, każdy chce podsysać one różnice, jakieś wyssane z palca, łącznie z Eurowizją. No serio, a co mnie obchodzi, że ona się urodziła jako chłopiec? Jeżeli XX umieścił się w XY to trza to naprawić i tyle.

O czym powinna być ta reklama? O bezpieczeństwie, ale wiecie, przecież wirus króluje, więc… he he he, trza odwrócić uwagę plebsu.

Zje wsio co maczane w poprawności politycznej.

PS. Tak, firma powiedziała, że był to atak hakerski, niestety problem w tym, że wcześniej się reklamą chwalili. Po drugie, serio, gadanie o przywożeniu prezentów z zagranicy w dobie wirusa… jest zwyczajnie pojebane!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Myśl Przewodnia… została wyłączona

Pan Tealight i Koniec Pieśni…

„Zwyczajny.

Koniec Pieśni.

Nawet z przytupem. Nawet z wydźwiękiem, onym brzęczeniem, które pozostaje w uszach na zawsze. I z tą nutą ostatnią, zawieszoną w powietrzu, która chciałaby zwiastować jakąś kontynuację, jakieś brzmienie chętne trwać i przekształcać się w kolejne brmienia i jeszcze… ale nie, nic z tego nie będzie.

Bo to już jest koniec.

Jej koniec.

Koniec Pieśni. Oto i on. Mały, niski, z zadartym nosem, niebieskimi, niewinnymi oczmi, piegami na skórze lekko zaróżowionej i grzywką nierówno przyciętą, niczym nożem, czy sekatorem nawet, cholernie tępym oczywiście, rwaną, wiecie… ktoś się nie przyłożył, albo znowu jakaś dziwna, pokręcona moda, której Pan Tealight nie zdążył jeszcze nadgonić. Bo wiecie, jak najbardziej starał się na nim być, znaczy z nim, choć Pan On Czas sam się przyznawał, że nie nadążał za biegiem swym, to Pan Tealight chciał być dobrym przyjacielem…

Nawet K-Popu słuchał.

A przynajemniej próbwał.

Mocno.

Niestety… ku uprzykrzeniu, zwęgleniu i wszelakiej niezgodności Wiedźm z Pieca oraz brechtowi wszelakiemu Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane… nabijała się z niego strasznie. I wcale nie chodziło o makijaż i te ciuchy dziwnego chłopca… no więc, gdy Koniec Pieśni przybył i zobaczył Pana Tealighta, to jakoś nie zakrzyknął Zioooomhej! Ino od razu dał nogę.

Aż trampka zgubił.

Z czaszkami…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pizga.

No serio, wianiem tego już nie można nazwać.

Zaczęło się z końcem października. Jakoś tak z ostatnimi dniami i wiecie, no nic w tym dziwnego, taka pora roku, wyspa i tak dalej, ale jednak… po tygodniu było to, ech, no zaraz przejdzie może, a potem…

Potem już się człek przyzwyczaił chyba, że wieje zawsze.

Tak naprawdę niewiejących dni od tego czasu mieliśmy chyba tylko kilka. Naprawdę niewiejących, bo wydaje się, że wieje cały czas. Ale… nie chodzi tylko o samo wainie, lecz o siłę wiatru. Dobijając do ponad 35 metrów na sekundę, gdy niegdyś 30 to już było nie wiadomo jak wiele i utrzymując się tak w powiewach przez tydzień, czy nawet dłużej… to naprawdę zaczyna być niepokojące. Nie tylko dlatego, że właśnie kupiliśmy dom i jego płot poleciał w kilka miesięcy po wprowadzce.

Serio.

I tak go tam nie chciałam, trzeba będzie żywopłota dosadzić i tyle. Skąd na to kasa… w ogóle, gdzie się skurczybyka kupuje? Wie ktoś? Pewno w ogrodniczym, ale u nas gdzie, no jak serio no…

Z wiatrem jest tak, że naprawdę wykańcza cżłowieka jeśli wieje z nie tej strony co trzeba, albo przekracza 30 metrów. Coś się psuje, coś sprawia, że stan wewnętrzny się sypie i… nie, nie można się do tego przyzwyczaić. Nie da się. Naprawdę. Tak, gdy wiatru nie ma jest za cicho, ale wiatr o takiej sile naprawdę człowieka niszczy od środka. Miażdży, telepoce, rozkręca…

Wieje…

Najgorsze?

Ten dźwięk jakoś mnie nie rusza. Po prostu. Może wyć sobie, może jakoś tak jęczeć i śpiewać, ale jak wali takimi wietrznymi pięściami, to już po prostu dawajcie leki!!! Serio. I to w sporej ilości. W jakiś pokrętny sposób wiatr dmuchający z prawej strony powoduje skręt mózgowych komórek lękowych… ale z lewej, to już nie. Jak to działa? Jakie energie miotają tym miejscem.

Tak wiem, że u nas przecina się cała masa onych magicznych kresek, ale jednak, no weźcie no… i co z wiatrami?

Pójdą sobie w końcu?

Pójdą?

Oczywiście, że tego już nikt nie wie. Powinno się było zatrzymać jakoś w grudniu i teraz zacząć od nowa, ale… przerwy nie było, żółciutkie żonkile wyłażą z ziemi, krokusy pogłupiały, a ranniki przekwitają.

Wiosna jak nie wiem co…

W mordę!

Czuję zię zimowo niedopieszczona. A to oznacza, że rok będzie naprawdę ciężki. Sorry, jestem człwoeikiem ssezonów, potrzebuję choć jednego śnieżnego dnia! Nic na to nie poradzę. A ciepłe wiatry mnie dołują…

Czuję się oszukana przez naukowców obiecujących w „Pojutrze” wiekuistę zimę. I tak, wiem, że to zwykły film. Nie dokument. Ale w tamtych czasach lodowce miały się roztopić i zrobić nam zimę, poczytajcie sobie.

Albo znajdźcie mema z dwoma okładkami NG.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koniec Pieśni… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Myśl…

„Była tak wielka, że kurcze… na szczęście umiała się zmniejszać, więc kieszonkowo też się dawało… ale jednak od czasu do czasu po prostu musiała być sobą. Wielką, ogromną, gigantyczną. Zatrzymującą dopływ powietrza, światła i pierun wie jeszcze czego, ale wiecie, jak tak wieje wciąż i wciąż, to kurde przydatna. A, że miała kryzys samoświadomości, co w przypadku myśli zdaje się być dość irracjonalne, to jednak, no wiecie, kurcze… dziwne to wszystko, ale miała.

Czuła to w onej wielkiej sobie.

Jednakwoż tutaj, w Sklepiku z Niepotrzebnymi, to jednak wiecie, wolno jej było być sobą, jaką chciała. Jaką czuła, czy nie czuła. W końcu Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane też znowu miała się inaczej… gorzej, lepiej, pokręcenie bardziej… nie wiedzieli, ale lepiej nie było jej nazbytnio eksplorować, więc tak siedziałą w cieniu i wyciszeniu onej Wielkiej Myśli…

I myślała za nią.

Bo wiecie, ona jakoś nie mogła, nie umiała przestawać, więc pasowała jej i rozmiarówka Myśli i jej dziwne… niedokończenie. No i wiecie, z jej wzrostem łatwo było się schować przy tak puchatej osobwości, która sięgała nieba, morza i rzek wszelakich… choć nie każdy był w stanie to zauważyć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wodospad.

Ale idziemy z drugiej strony. Serio, szczerze polecam tę ścieżkę, a nie tę, którą wybierają wszyscy. Znaczy nie, że spieprzacie z parkingu i idziecie mostkiem, wzdłuż szosy, by potem wleźć na ścieżkę – uwaga błotnista – ale idźcie wzdłuż parkingu i leźcie powoli, ścieżką szaroką, którą… jak się okazuje i oczyszczono i dodanow różnorodne plakietki i stojaki z informacjami o tajemnych drzewach, które, jak się okazuje… no rosną sobie tutaj. Serio fajne drzewka z zagramanic.

I idąc tędy, no dobra, rzeczywiście skos jest większy, jest trochę mocniej pod górę, ale onych odbić od tej ścieżki cała masa, można kluczyć, można się chować i siknąć za krzaczkiem. Można tak wiele.

Ale najfajniejsze jest to iście w prawdziwej lesistości.

I ona lesistość nagle się zmienia i pojawia się półalejka tych drzew czarownych z czerwonymi pniami, tych samych, co to rosną blisko domu Hansa Rømera. Coś na kształt tuj, ale jakichś takichś wielkich. Co im się pnie nie tylko czerwienią, ale też i dziwnie pasiasto odłupują, zrywają…

Piękne są, niesamowite. A towarzyszący im szum rzeki, bo przecież tyle padało, że mamy trochę wody, nawet więcek niż trochę i one wystające, wygładzone korzenie i te liście i zieloności dzikiego czosnku i zapach i dźwięki i jeszcze te wszelakie trele i wiatry gdzieś w górze i promienie słoneczne walczące z wieczną zielenią iglastych drzew. I jeszcze to coś… COŚ magicznego.

Nienazwanego.

I człek się wspina, w końcu woda tutaj spada 20 metrów w dół.

Nie żebym sprawdzała sama.

Ha ha ha!!!

I te jedyne w swoim rodzaju buczenie, bombardowanie i fale i kamienie… i jeszcze… nagle człek wychodzi na sam szczyt i widzi to wszystko, co w dole. I są tam i mostki i drzewka, na niektórych jeszcze liście jesienne i jeszcze pojedyncze osobniki, bo to sobota była. I jeszcze… jeszcze są jakieś byty, skulone, udające i drzewa powalone i kamienne, omszałe cuda. I jeszcze…

Kamienie na górze, po których woda spływa i się burzy, są niczym uśpione olbrzymy. Wyżej nich mostek, a za nim zwykła, cichsza dolina i rzeka. Może głęboka, może i nurt wartki, ale jednak… już TYLKO rzeka. Jednakowoż, czy tutaj coś jest tylko czymś? Tylko jedną rzeczą, osobą, sprawą?

Uwielbiam to miejsce.

Tutaj skały rozwalone zostały przez drzewa, które postanowiły robić za artstycznych architektów i Rivendell się chowa! To tutaj żyją elfy!!! I to te najwyższe!!! To tutaj dzieje się magia. A przycupnięcie na skale, dziwnie prostej, dziwnie zbyt dobrze ociosanej, jakoś tak zmusza człeka do refleksji. Do pytania: po kiego grzyba innych obchodzą życia onych celebrytów, jak tutaj taka magia?

A po prawej cisza, po lewej huk wodospadu. Rzeka biegnąca do morza. Trzeba wracać. Trzeba, ale się nie chce, więc krokiem chwiejnym idziemy oną drogą znajomą, zwykle wybieraną przez większość, lub prawie każdego, bo jak się okazuje, niewielu wie, że plączące się ścieżki otulają tę rzekę.

I dolinę.

I jest błotniście… i omszałe pnie i dziwnie wyczesane skały nam towarzyszą. I jeszcze te ławeczki malutkie, mokre, no ale… i w skałach twarze… tak ich wiele. Tak wiele, jakby zaraz miały przemówić, jakby się wysuwały ze skał… jakby naprawdę wszystko zatrzymało się, a może ci, którzy przemówić mieli, którzy prawdę chcieli powiedzieć, zostali zatrzymani.

Zostali unieruchomieni.

Wrócę tutaj…

Kiedyś.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Myśl… została wyłączona

Pan Tealight i Mag Doniczkowy…

„Się okazało…

Wiecie, bo to tak jest, jak się kupuje te doniczkowe rośliny, no zawsze może się ktoś przyczepić. Zawsze!!! Ziemia w końcu pierun wie skąd, plastikowy pojemniczek, mówią, że niby jedna cebulka, że hiacynt, a potem się okazuje, że nie dość, iż biały, a miał być czerwony, to na dodatek jeszcze, coś mu z boczku podczas kwitnienia zaczęło wyrastać… chrapiąc!!!

Na początku prawie nie było tego słychać, zresztą, wiatry wieją teraz takie na Wyspie, że szok, więc możliwe iż nie słyszała, bo tak… to oczywiście Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nabyła oną doniczkę. A dokładniej została nią obdarowana i dość radosna z powodu nie jednego, a kilku kwiatków wyrastających z jednej, grubej, zielonej łodyżki, po prostu…

… mogła usznie to ominąć…

A może nie…

Może na początku to on umiał się lepiej kryć, a potem to olał?

No i w końcu musiał dać jej Fantastyczną Bestię… bo to wiecie, wielce zakochany Mag Doniczkowy był, więc po prostu jakoś takoś chciał ją przyzwyczaić do swego nadejścia. Tak na Walentynki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I nowe… Powoli, w bólach i tak dalej, ale się człowiek uzbraja w książki. Z pamiętnego 5 tysięcy mam 50 sztuk… bolesne LOL

No dobra, 50 plus.

Niby wiem, że przecież liczba nie ma znaczenia, ale ilość tak. Szczególnie jak człek zbierał te książki na potem, znaczy przeczytane, ale wiecie, jakieś naukowe, jakieś ukochane, jakieś zczytane do cna…

Tym razem mam z powrotem HP, nie żeby był najważniejszy… tych najważniejszych, to wiecie, pewno nawet nie wznowią… ale jest. I nówki.

Wodospad.

Døndalen.

No dobra, dziwnie dawno mnie tutaj nie było i… jak tak mocno pomyśleć, a w myśleniu jestem super i tak dalej, to chyba wiem dlaczego. Chyba nawet na pewno wiem dlaczego… bo wiecie, u nas susza! Znaczy, nie że w tym momencie, no weźcie, teraz to raczej ciągle pada, popaduje, kropi i przede wszystkim…

Wieje.

No ale.

Nie było mnie tu przez ponad rok, albo i dwa nawet, kurcze, aż wstyd trochę. Z drugiej strony człek zgłębiał przecież inne części Wyspy, więc nie jest źle, a tutaj… się okazuje, że sie zmieniło. I to sporo. Aż człek zaskoczony tak, że kurcze, no nie wiem, nie wiem… Po pierwsze, to część całej doliny postanowiono pozostawić, wiecie, samej sobie. Tak coby ładnie gniło sobie, wsio naturalnie, no i tak dalej. Wiecie, dzicza. Omszałości piękne, powalone drzewka próchniejące, rzeźbione przez czas, zwierzątka i wszelaką powiewność od morza, solną i pachniącą taką…

No wiecie…

Tak, to nie pierwsze takie miejsce, rzeczywiście coraz więcej się u nas takich pojawia i przyznam się, że gdybym miała coś do gadania i ono gadanie byłoby słyszalne, to zostawiałabym więcej takich miejsc. Bo jakoś tak drzewa, dzikie zwierzątka, które u nas są takie mało dzikie, bo przestrzeń przecież mikra, więc i myszołów przy drodze chyba Zbigniew ma na imię… więc, coraz ich więcej. I zajęcy i saren. I chcę bardzo mocno by było ich więcej.

Drzew!!!

I zwierzątków oczywiście. Tylko drogi troszkę jakoś tak jak dla owiec odgrodzić miejscami i będzie grało!!!

No ale…

Idziemy na spacer!

Pamiętajcie, że do wodospadu można się dostać z dwóch stron i polecam obydwie. Serio. Dobre buty, pamięć o tym, iż kleszcze raczyły się już obudzić, a może raczej zwyczajnie cholerniki spać nie poszły, bo wiadomo, u nas pieruńskie tropiki się zrobiły i im pasuje. Jeszcze zaczną rosnąć i… chyba już jest taki horror, co nie? Jest na pewno!!! I nie jest to „Zmierzch” LOL

Ale.

Wejście od drugiej strony, ono trudniejsze, pozwalające na pójście wzdłuż rzeki ku morzu, zobaczyć pozostałości po pociągowej linii, przeskakiwać sobie przez drzewa, pieńki, poznać inne widoki, pól trochę i… naprawdę nie jest to super trudna droga, oczywiście zależy od pory roku, bo teraz jest wybitnie błotniście, więc nie polecamy tym mniej sprawnym, czy też tym co to boją się ubrudzić.

No ale, ci co się odważą na drugą stronę, parkingu nie ma, ale zjazd po drugiej stronie drogi jest, więc wiecie, że na zakręcie, no jej no, zdarza się no! Pomyślcie o tym, że idziecie prawie od źródła ku morzu. Jak oni pierwsi odkrywcy, co to się zagubili, a ciągnęło ich ku morzu.

Wiadomo.

No więc…

Idziemy?

Ale my od tej „poprawnej” strony, czyli wiecie, parking jest, droga malownicza jest, do tego ona plaża po drugiej stronie. Naprawdę warto tam zajrzeć. Teraz, gdy tam jesteśmy rozświetlona słońcem, bo akurat zdarzył się nam dzień ze słonkiem i w ogóle. Wiecie, nic z zimy, dookoła wonieje czosnkiem niedźwiedzim i fale niewielkie szumią i te kamyczki ta woda, do której człek nieprzyzwyczajony.

Idziemy… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mag Doniczkowy… została wyłączona

Pan Tealight i Czarodziejka…

„I to z Księżyca.

Podobno nie tego, ale tego trzeciego… no co, nie wiedzieliście, że jest ich więcej, czy co? No przecież mówię o Księżycach, nie Czarodziejkach, tych to wiecie na pewno, iż jest cała masa. Cała!!! I to w każdym rozmiarze i kolorze, deseniach, wypukłościach i oczywiście fryzurach. Bo wiadomo…

W końcu to Czarodziejki.

Wiecie… one wyposażone w moce wszelakich planet, często jeszcze nienazwanych, w one dziwne stroje, które to zawsze wydawały się być kompletnie niewygodne i zdalnie niepotrzebne oraz… no po prostu wydające dźwięki. Wiecie, takie wszelakie i bardzo mocne. Niekoniecznie do końca melodyjne, jeżeli chodzi o wszystkie z nich. Bo po prostu niektóre nie umiały dźwięczyć.

Ta nie umiała.

Ale wydawało się jej inaczej. I chociaż była z Księżyca, to jej wycie do Pełni było naprawdę i doskonale popierniczone. I nie mogli już tego wytrzymać. Serio… naprawdę. Dopiero co przybyła, jakieś minuty temu, co się opowiedziała i podniosła wypisaną prośbę o azyl i może jakieś schronienie wszelakie z herbatą i kawowywmi ciasteczkami… to zaczęła. Strasznie zaczęła.

Głośno zaczęła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Korona z Czarodrzewu” – … Tolkien. Tak… dawno dawno dawno temu był sobie taki człowiek, który poświęcił się własnemu światu i… niektórzy uważają, iż właśnie z niego zżyna Tad Williams. A w obliczu śmierci syna Tolkiena, jakoś tak dość niedawno, to wiecie… dziwnie to brzmi.

Ale…

Jeżeli chodzi o Tada Williamsa, to przeczytanie trylogii (u nas wydane w 4 tomach) „Pamięć, Smutek i Cierń” było dla mnie niesamwoitą zabawą. I bez urazy, było to wieki temu nim Tolkien został zekranizowany, usłyszałam, że ktoś tam komuś powiedział, że to świństwo, że ten Tolkien nie chce napisać czegoś jeszcze… Cóż, w świecie wampirów i zombich, to wiecie, może nie powinnam była się wtedy tak dziwić?

Ale to były wieki temu…

Teraz powiem wam, że Williams i to, co pisze, to fantasy.

I już.

W znaczeniu postaci, światów, zachowań i samej opowieści. Opowieści, która jak najbardziej jest kontynuacją jego najsłynniejszej trylogii, ale… chyba można czytać ją nie znając jej? Chyba? Nie wiem… tak naprawdę dla mojego mózgu to powrót w czasy, gdy człek rzucał się w bibliotece, że on tu tylko na chwilę, przerwę ma między wykładami i chce sobie poczytać, a co… no przecież jak rany, no.

Książkę.

Dla mnie te postacie są znajome, chociaż zapomniane. Nagle się oświeżają, kurz z nich opada i… okazuje się, że dorosły, gorzej, zestarzyły się!!! A niektóre odchodzą już w niebyt. Dodatkowo świat, który uratowali, znowu się zmienia… oczywiście w oną złą stronę. Byty umarłe powstają. Dobrzy zrodzili nie do końca pozytywne postacie, a ci źli, wciąż są… sobą. Neutralność jest tutaj zawsze niedopowiedzeniem, a świat dookolny jest po prostu fascynujący.

Dziki i niesamowity.

Oto… przygoda.

Nie wiemy jak się skończy, znamy jej przeszłość, znamy ból jaki naznaczył bohaterów, wielu, wiemy jak wszystko może się skomplikować, ale tak naprawdę nie do końca wiemy, co będzie dalej. I wszystko toczy się dość powoli. Epatując empatią głównych bohaterów, sprowadzając na was oną wewnętrzność psychiczną i naprawdę wciągając was w one swoje konflikty i koszmary.

Oto świat, w którym magia jest codziennością, bogowie chodzą po ziemi i śpią w namiocie obok, a postacie… cóż, powiedzmy sobie szczerze, jest w czym wybierać. Krasnolud czy elf… i to w różnych rodzajach! Tutaj istnieje i miłość i rasizm i wszystko to, co ludzkie… chciwość, samotność, odrzucenie, egoizm…

A do tego lekko średniowieczna posypka.

Mniam!

A to dopiero początek.

Miasto…

Miasto wieczorową porą.

Piątek dokładnie, bo wiecie, człwoeik w robocie, to dopiero wtedy może sobie pozwolić, a i wtedy musi spinać dupkę, bo przecież zaraz wsio się pozamyka, w końcu każdy chce zaznać swego weekendowego hygge, co nie? Znaczy no… nie oszukujmy się, coraz częściej zdarzają się osoby niemiłe.

Tak, na Wyspie, która zawsze była chwalona za onych miłych i spokojnych ludzi, się pogarsza. Naprawdę. Już wtedy było to mitem, wystarczało poczytać kronikę kryminalną, ale teraz… ech, wiecie, ludzie zmieniają się wszędzie i tyle. Młodsze pokolenie jest natarczywe lub zwyczajnie chamskie, nie oszukujmy się, możliwe, że są zmuszeni do tego, żeby mieszkać tutaj, a marzy im się świat wielki…

I roznosi się to na resztę.

I taka reszta zarażona przez jednego chujka w Netto, czy innym przybytku masowego zakupu żarcia i papieru do zadka sprawia, iż idziesz sobie do sklepu rozrywkowego, czyli Tigera i… natykasz się na ganiające się nastolatki. Ech… wiosna kurwa! No co, kląć już nie można… Tak wiem, też to robiłam. Tak, pamiętam te czasy. Tak, sorry wielce dorośli, bo pewno też mieliście tego dość, no ale… idziemy do skepu zez wszelakim badziewiem czyli Flying Tiger of Copenhagen, by się pobawić sam ze sobą. Albo do Normala. W pierwzym masa plastiku ale czasem serio da się znaleźć fajne rzeczy. I jeszzcze są słodycze świąteczne, brutalnie przecenione, więc serio…

Można tam wejść, by się podłamać jak wiele śmiecia się produkuje i kurna dlaczego się je w ogóle robi? No ale, te kolorki, te bajery, wiecie, czas księżniczowy tam teraz. Nawet łabęź mi się podobał, źle ze mną, boję się ich panicznie od czasów młodocianych dziecinnych, gdy mnie ganiały, bo kazali mi je karmić do zdjęć, no i wiecie… tak jakoś wyszło, że chyba mnie nie lubią… a jednak, taka bryła była dziwna, no i jakoś mi tak się durny plastik spodobał.

Uciekłam.

Źle ze mną.

Następne oczywiście muszą być Siostry.

Uwielbiam ten sklep chociaż, no wiecie, inspiracja innymi sklepami widoczna, do tego jeszcze ten plastik, ale poza tym jest metal, szkło i ceramika, i jeszcze farby i pędzle, i w końcu to coś, rysowane wyłącznie przez one siostry.

Dwie.

Może i większość jest taka sobie, ale wiecie co, niektóre elementy są naprawdę urocze. Zdarzają się im takie pomysły, że nawet moją sceptyczność ujmują za wątrobę. Szkoda tylko, że jakość do ceny nie przystaje. I nie, nie mówię tutaj o elementach sztukowych, ale o tym wszystkim, co zrobione w Chinach.

Niechlujnie.

Ale i tak lubię tam chodzić, bo to taka mała IKEA.

I pachnie fajnie… tylko muzykę mają czasem tak depresyjną, że mam ochotę pójść na dział z narzędziami ostrzejszymi i się pociąć w rejonie herbat, bo tam ślicznie tak pachnie. I chciałabym je wszystkie. Ale… mieli pluszaka. Ni to smok ni wiewiórki. Po prostu kompletnie nie wiadomo, ale wiecie jak to jest. Człek ma doła, na dodatek nie wychodził z domu od miesiąca, bo czasem się zastanawia po co, jak jego domek taki śliczny, choć wciąż pusty i wciąż nie jest pomalowany na biało tam gdzie zielony jest… a ja z zielonym niezbyt. No co…

Nie stać człowieka na farbę ni na życie ni na zakupy, ale przecież trzeba kupić srajtaśmę i jeszcze masło w promocji! YAY!!! A potem Normal! Dziwny sklep, w którym dają coś jak kosmetyki i chemia gospodarcza plus świeczki i herbaty i cukierki, ale takie, jakich w innych miejscach na Wyspie nie znajdziecie, no więc…

Fajno.

Człek idzie i się dziwuje jak w onych książkach, że tyle tego na świecie, a szuka ino plastra na nos coby mu wągry wyciągnął. LOL Serio no!!! Patrzy na te kolory swą gębą niemakijażowaną od nastu lat i tak się starzeje, bo tu maseczka od tego, tutaj od tamtego i chyba już rozumiem, cemu się tak męczę w sklepach za granicą. No wiecie, one są takie wielkie, a ja w onych skorupinach się gubię!!!

Zawsze!!!

Walić piątek, hamburger na stacji paliw i smoothie i już… proszę, kolacja na mieście. LOL Serio, jak ktoś się mnie spyta o to gdzie zjeść na Wyspie, to szczerze, wciąż nie mam pojęcia.

Kogo na to stać?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czarodziejka… została wyłączona

Pan Tealight i Bąk Przedwczesny…

„No trafił się.

Rany, każdemu się może zdarzyć, co nie?

Nie zdążycie i choć bardzo, ale to na prawdę nadmiernie, głośno i dobitnie wybitnie bardzo, nie chcecie publicznie, tudzież jakoś tak okolicy nie znacie, czy coś… no i się przydarza. Zwyczajnie, po prostu, ludzku nawet. Zaciskacie poślady, zęby, czy co tam macie, czasem i macką próbujecie udawać, że to spod pachy, albo zwalacie winę na krzesełko, że niby skórka badziewna, czy coś, a on, on był tutaj po raz pierwszy, a że ciepło było właściwie ciągle, bez przerwy żadnej, nie jak w szkołach uczyli, to wiecie, wygrzebał się i wyleciał…

Przedwcześnie.

Może i aura była ciepła, ale wietrzna i dziwnie pokręcona. Ni to wiosna ni jesień, na pewno nie zima… i ten wiatr, jakiś taki nie z tej części ziemi, jakiś taki obcojęzycznie wiejący, piaskowo, jakoś…

No wiecie, nie znał go.

Nie znał też tego świata, na który się tak przedwcześnie wyrwał.

Niczego już nie znał, ale był tutaj. Był tutaj i chciał, bardzo chciał się na coś przydać, bo po co tak bączyć bez obowiązków i wszelakiej aktywności, ale… co miał robić? Dobra, pewno… były i kwiatki, dziwnie wymęczone, niewyspane. Były i zielenie pól, lasów iglastych i trawników, ale czy to był czas?

Jego czas?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Deszcz i słońce.

Potem znowu wiatr i koniec stycznia… i luty, który nie przynosi zimy i już człek nie wie jak się zachować. Bo dla mnie zmiana pór roku to jednak był jakiś savoir vivre. Jakieś takie uporządkowanie mnie samej. A teraz, gdy wciąż ciepło, gdy naprawdę nawet ciemność już wcześniej odpuszcza…

Nie wiem co robić.

Nie wiem co czuć!

To wszystko staje się takie nieuporządkowane. Prawie 3 miesiące ciągłych wiatrów i wszelakiej dziwności sprawiają, że czlowiek nie wie już jak się zachować. Czas przecieka przez palce, wredne przebiśniegi zaraz przekwitną, jak tylko słońce bardziej przygrzeje… i co, znowu nie będzie wiosny? A może jednak będzie? Może w końcu będzie chociaż wiosna, taka pełna kwiatów?

A może nie?

Wszystko jest taką pełną niepewności mieszanką czyichś uczuć, że…

Ech! No zwyczajnie, życie na Wyspie jest jakieś takie inne. Pomijam fakt, że wrony i mewy chyba nie przędą najlepiej, co mnie dziwi, bo świntuchy jedne są tak upierdliwe, tak mega upierdliwe, że no nie mogę. Już nie chodzi o tuptanie po dachu czy walenie w rynny, ale raczej o usadzanie się na balkonie i zaglądanie mi w okno z poziomu tarsu! No weźcie no!!! A te kupy, to kto posprząta teraz?

No kto?

Hello?!!!

Dobra, moja wina.

Tak, kocham wrony, tak, dokarmiamy ptaki, niektórzy robią tutaj przez cały rok, więc wiecie, no ona bliskość ptasiej świadomości jest uderzająca. Patrzą się na ciebie, wiesz, że cię znają, wiesz, że one wiedzą co zrobiłeś i, że może będą milczeć… albo nie. Wiecie, ten sarkazm, ona lekka sprzeczność w kraknięciach i jeszcze…. ten szantażyk wiszący w powietrzu.

Rozbryzgujący się jak gówno…

Plask.

Czy będą milczeć?

A może, jeśli nie oddasz im tego pysznego, wyczekiwanego, oczywiście nabytego za ostatnie krwawe simoleony… ciasta, zwyczajnie polecą do prasy z donosem? Ale na co. Na które co? Jak?

Kurcze… No co! Z ptakami nigdy nic nie wiadomo. Tutaj w szczególności. One mówią!!! I to wieloma językami!

… więc karmimy.

Może i dla własnego bezpieczeństwa, a może jednak dlatego, że po prostu jakoś tak, to jedyna normalność w tym świecie. Znaczy w naszym świecie. Naprawdę. Bo nawet tutaj jakoś wsio się pierniczy.

Serio.

I to mocno.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bąk Przedwczesny… została wyłączona

Pan Tealight i Szłowikowa…

„Baba Szłowikowa była odbiciem wszelakich myśli, wyobrażeń i tego, co wtłoczyły w Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane one bajeczki rosyjskie oglądane i czytane za dzieciaka. Wiecie… chustka, pasiasta spódnica, biała bluzka, kamizelka do tego, druga chustka na ramiona potem jeszcze fartuszek. Niby przygięta do ziemi, ale jednak aż nazbyt rześka i ruchliwa. Zdolna zrobić wszystko i zapewne skrywająca Harry’ego Pottera w kieszeni oraz jej własną przenośną chatkę na łapce… no i to drzewko, co te jabłuszka trza mu było zerwać i piec, który trzeba było wyładować, bo aż cierpi od onego ochlebienia…

No wiecie.

Stereotyp.

I fajne to było.

W końcu coś normalnego. W końcu coś znajomego… i jeszcze na dodatek namiętnie piekła różnego rodzaju ciasta, ciasteczka, wszelkie rolady i inne takie, faworki smażyła, pączki, pierogi lepiła…

No po prostu skarb nad skarbami, a że banshee do tego, no jak rany, kto nie ma jakiejś wady niech pierwszy puści bąka!!! Te przypadkowe oczywiście się nie liczą i jeszcze na dodatek cichacze też nie. No sorry, jak już, to wyprodukuj jakąś taką małą bombkę atomową, zgrabnego grzybka…

He he he!!!

Ale nic to.

Szłowikowa się pojawiła. I chyba miała zostać. Przynajmniej na razie, wściekła na brak zimy jak sama Wiedźma Wrona, naprawdę nie chciała się ruszać ze Sklepiku z Niepotrzebnymi. Nie żeby była niepotrzebna, bo takiej kucharki, to serio, wiecie, pewnikiem ze świecą szukać, ale jednak…

Ale jednak…

Nie chciała iść do tego świata.

I bezy były w piekarniku, a że krzyczała sobie przy tym.

Wiecie, jakoś żadne ciasto nigdy jej od tego ie opadło, a że się komuś zgon jakiś zaliczył, no rany, może było mu to pisane!?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dlaczego ludzie przeprowadzają się na Wyspę?

Serio?

Jest cała grupa, nawet mają jakieś takie zjednoczenie, grupę utworzoną, no wiecie, stowarzyszenie… Nie wiem jak to funkcjonuje, bo gdy myśmy się przeprowadzali, wszystko robiliśmy sami, a raczej Chowaniec to robił. Genialny człowiek. Ale wiecie, jak coś ma być zrobione, to zwyczajnie lepiej jak zrobisz to sam i tyle. Podobnie z tym, gdy zlecasz coś komuś, to i tak sam czytasz wszystko…

Nie ufasz?

Nie wierzysz?

Nie, po prostu wiesz, że każdy to człowiek i tyle. Że lepiej więcej oczu na jedno niż zaufanie komuś, kto nie jest tobą, komu właściwie nie zależy. Dla kogo to tylko praca, nie życie, więc… no więc teraz jest to całe zgrupowanie i już. Zgłaszacie się, oczywiście po angielsku, nie oszukujcie się, że duński wyuczony gdzieś indziej przypasuje onemu świętemu bornholmskiemu…

Nic z tego.

Dostajecie spokojnie zaproszenie do szkoły, za darmo oczywiście i tyle. I niekoniecznie musicie umieć pisać i czytać. Tego też nauczą. Właściwie na początku przeprowadzą z wami wywiad i wtedy pokazujecie dyplomy i takie tam. No i oczywiście pokazujecie się sami. Ja puściłam pawia przed, ale wiecie…

To ja.

Czy to w ogóle ma znaczenie?

Nie wiem.

Ale dlaczego ludzie przeprowadzają się na Wyspę?

Są rodziny, które chcą wychowywać dzieci w spokojności.

Znajdziecie ich blogi i Instagramy spokojnie. Malownicze zdjęcia, ona natura wszędzie, ciągłe spacery… he he he!!! Nie, nie mówię, że pokazówka, ale z czasem, z czasem… z czasem wiele się zmienia.

Gdy nagle wasze dziecko zaczyna chorować, gdy dorasta i chce więcej, albo wy nagle rozumiecie, że do IKEA trzeba przez morze, bo nie wszystko można on line, zresztą przecież jakieś 10 lat temu nam poczty zlikwidowali, kilka lat temu w ogóle sprzedali pocztę duńską Szwedom, więc wiecie… teraz już pojawiają się one pudełka, które mają zlikwidować pomarańczowe samochodziki i będzie trzeba zapierdzielać do skrzynki po pocztę pod sklep… ale… żeby nie było. Wiecie, że ja nie mam telefonu. Po prostu nie mam… a te cholery otwierają się na jakąś rąbaną aplikację.

I jestem w zadku.

W ten sam sposób nie mogę korzystać z autobusów. Bo wiecie, rozkład jazdy jest też na kod… kurna. Nic ino się czipnąć?

No ale… jeśli nie wystarcza ci natura z onymi swoimi szaleństwami, to sorry, nie masz tutaj czego szukać. Bo dopadną cię tu i wiatry i sztormy i zbytnia cieplność. W sezonie nadmiar ludzi, a poza nim, choć nagle obiecują i bilety tańsze, to jednak przecież, jeśliś nie świetnie zarabiający blogger, vlogger, czy cokolwiek, to… praca, znalezienie jej tutaj, to problem. Zresztą, ostatnia afera z bidnymi Youtuberami, którzy w Danii są tak bardzo przepracowani i zestresowani i w ogóle biedni i… tak dalej, to nie wiem czy to dobry pomysł.

Chociaż…

Tutaj dbają o ciebie…

Jeśi się w Danii urodziłeś.

Nigdy nie pozwolą ci o tym zapomnieć, więc po co? Tak naprawdę? Po co? Bo kiedyś tu mieszkałeś, bo dziadkowie, bo za rok i tak możesz wrócić gdzieś indziej, bo… wymówek jest wiele. Mnie Wyspa opętała.

Choroba bornholmska, nie mylić z tą już istniejącą.

Albo egzorcyzmy trzeba…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szłowikowa… została wyłączona