Pan Tealight i Pretensja…

„No więc…

No więc ona miała tak tylko na imię.

Zwykła bibliotekarka, nawet wiecie z typu urody, słabego od dziecka wzroku i wszelakiej manii wąchania stron… przewrażliwiona strasznie na punkcie zadartych i zagiętych rogów, oraz wszelakich obwolut, co to z nich folia złaziła… Kolekcjonująca papierowe bardzo gazety, z których farba drukarska nie złaziła, i owijająca w nią każdą książkę. Każdą napotkaną, każdą, którą miała w swojej biblioteczce i w swojej bibliotece, aczkolwiek… tak naprawdę obydwie kochała tak samo.

Jednak ta jedna była państwowa, a druga tylko jej.

Nie, nie dzieliła się swoimi książkami i trzeba przyznać, iż tymi pracowniczymi też niezbyt lubiła, ale jednak, praca to praca, więc… zawijała je, obwijała i ogólnie mówiąc, najchętniej by spoglądała na łapy czytających, ale przecież… No dobrze, policja powiedziała, że to napastowanie, ale on wyglądał jak zaginacz stron!

Naprawdę!!!

Jeszcze do tego żarł chipsy!!!

To dlatego wlazła do niego przez okno, wywaliła kwiatek, nadepnęła na tą nadpsutą lekko figę na talerzyku z niebieskim paseczkim i kaczuszkami… i normalnie, najzwyczajniej w świecie, w tych swoich białych rękawiczkach, pierdolnęło go w ten cieknący kichol… Na szczęście skończyło się na…

Nieporozumieniu.

Bo widzicie, on przeprosił i pokazał jej…

Swoją biblioteczkę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Maseczki…

No dobra, nie będę się wykłócać o ich działanie, grzybienie, nieumiejętność zwyczajnego człowieka do ich wszelakiej obsługi ni o ceny… oj tak, o to najbardziej nie będę balladować. Naprawdę. Bo wiecie, większości nie stać na poprawne maski, większość ma z nimi problem, bo jednak, w dziwny sposób to jest jakieś tam ograniczenie swobód szczególnie po całym tym pierdzieleniu o burkach i zakrywaniu twarzy…

Ktoś pamięta?

Dla mnie to koszmar, ale ja jestem psychiczna, więc siedzę w domu i staram się posiadać z ludźmi kontakt zerowy.

I tyle…

Ale… czasem i ja muszę wyleźć z domu i kurna akurat jak mam wyleźć, to oni uchwalają, że od dziś nosimy maseczki? Sorry? Popierdoliło kogoś? Po pierwsze uno, to to, że maseczki powinny być już od czerwca, ale nie, bo przecież Turyścizna, bez urazy, wszyscy wiedzą, że to zwyczajne polityki i tak dalej, ale teraz kto oberwie po dupie?

Ten z izolacji.

Oj yes…

Szczerze mnie to wkurwia. Naprawdę. Bo do cholery, wpuściliście zarazy, pozwoliliście im latać, a teraz nagle obrywa się tym, co się z nimi nie stykali, i to tak dość paranoicznie wszelako, gadał z drzewami i tak dalej.

Oczywiście maseczek nie ma.

W dzień po ogłoszeniu, więc jeśli na przykład w robocie byliście dłużej, to wiecie, przesrane, no więc w dzień po ogłoszeniu masek niet i zostały się ino one chińskie z plastiku.

Szczerze, to jakby se torebkę foliową na gębę założyć.

I śmierdzi…

I tak, jak najbardziej po chińsku tam pisze, że to maseczki niesterylizowane i chirurgiczne. Naprawdę, każą chirurgom coś jak wata szklana na twarz nakładać? Serio? Plastikowe worki? Współczuję, szczerze. Ja w tym nie dość, że nie mogę oddychać bo jestem psychiczna, to na dodatek, to na dodatek kurna mam jeszcze trądzik różowaty, więc od razu mnie piecze.

Od razu kwalifikuję się na antybiotyki.

… i co teraz?

Nie no, pewno, mogę nadal, jak dotąd siedzieć na dupie, tak?

Ale co, jeśli człek musi Wyspę na chwilę opuścić, bo kraj Duński daleko, a Szwecja blisko, więc szczerze dwa kraje ogarnia, ale… z myślą, że w Aarhus najgorzej, może w stolycy jednak nie będzie… to jakoś tak znowu patrzy na tych Szwedów, takich bardziej wyluzowanych…

I już nie wie nic.

Poza tym, że rozumie tych, co to nie wierzą w pandemię.

Naprawdę.

Bo patrząc na to wszystko, widzę tylko politykę. Politykę turystyczną, aspołeczną i ogólnie, wiecie, popierdzieloną. Politykę nieprzemyślaną i bezduszną i na pewno… tak wiem, czegoś takiego nie było, ale tak naprawdę, weźcie no…

… było…

Przecież było…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pretensja… została wyłączona

Pan Tealight i Usiadła…

„Usiadła i ją ugryzło.

Potem znowu i ją użarło…

… przestała się dopiero z tą szanowną, oną własną wielce nadmiernie rozrośniętą, pchać, jak w końcu urąbało jej kawał dupska… i tyle. Ale wciąż o tym myślała, wciąż chciała, kombinowała. Wciąż coś robiła, wciąż planowała, wciąż wszelako knuła, jakoś tak się wierciła, nosiło ją…

No i…

Naprawdę bardzo chciała, naprawdę miała plany i jakoś takoś, wiecie, nie żeby wierzyła, nie żeby nawet miała nadzieję, ale po prostu… nie mogła tak ot odpuścić. No po prostu nie mogła. Nie chciała sobie na to pozwolić. Nie mogła być jedną z tych ze słomianym zapałem, ona chciała go mieć z żelazobetonu i ze stali i diamentów i jeszcze oczywiście kamieni, jakiś tam mocnych, wiecie…

Ale co rusz jak siadała.

Bolało.

Sumienie.

Jak przystawała, to ją swędziało, to jakoś ją tak mocno niepokoiło i wszelako niebiańsko wcale nie, nadmiernie podpierdalało jej myśl każdą, codzienną. Jakoś tak… naprawdę, po prostu musiała wciąż…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gorąco…

Kurde, a tyle pieprzyli o tym, że już nie będzie, że ogólnie tragedia narodowa i tak dalej. A co mamy, gorąco, nieruchome morze, przy nim nieruchome ludzie… ogólnie mówiąc, to wszystko jakieś takie nieruchawe. Jakby nagle przestało chcieć żyć ino stweirdziło, że życie patelniarnej flądry jest the best ever!

Szczerze?

No dobra, ale tak wszyscy nagle jednomyślni?

Hmmm…

Co mnie tam, jak na razie dochodzę do wsniosku, iż ono całe plażowanie i się smażenie wzmaga w ludziach one, wiecie… kuchenne rewolucje i serio, co gdzie człek nie spojrzy, to nowe burgerownie! No jakby się zmówili. Jedni robią je na piwie, inni po staremu, jeszcze inni z wielkim mięchem, a jeszcze inni to juz tak szaleją, że szok. Pewno, że cała ta bornholmska kuchnia ostatnimi czasy przeżywa jakąś rewolucję… dobra, tutaj przerywnik, jeśli mówię BORNHOLMSKA KUCHNIA, oznacza to żarcie, które jest jak w innych miejscach, ale choć jeden składnik, wiecie, wyrósł na Wyspie. Może to być krowa, może być marchewka…

Choć z tym trudno.

Szczerze…

I ogórków gruntowych brak…

Ale, tak było zawsze, nic ino kukurydza, zboża no i raps… hmmm, nie wiem dlaczego. No i czasem wiecie, kwiatki. Te to akurat uwielbiam, ale, jakoś takoś, no nie do końca rozumiem dlaczego wsio… znaczy dobra, rozumiem, że Dania to świat świaniami pędzony, ale chyba coś do świnki musi być?

Co nie?

Czy nie?

Ech….

Ale.

Wiecie, przynajmniej ludzie już nie marudzą, że ino ryba, aczkolwiek kultura ryby z frytkami wciąż jednak w powijakach. Niby jest, ale jakoś wiecie, dostępna, lecz do końca nie bangla… no nie wiem. I tak w ogóle, te ryby, to jak się to ma do zakazu połowów? Bo tego jeszcze nie rozgryzłam.

Pewno by mi ością w oku stanęło.

Wiecie, nadmiar wiedzy…

Można kupować, ale łowić nie.

I teraz, czy ma to szczerze związek z problemem foczym, jaki mamy, czy też ryb nie ma, czy może jednak są bardziej niż niebezpieczne z powodu promieniowania i onych dziwnych odczytów, które pojawiły się jakoś miesiąc temu?

Nie wiem.

Ale mnie to przeraża.

Po prawdzie, to wiecie, duńskie dzieci poszły do szkoły, social distancing niby nadal mamy, ale przyjezdni mają go w dupie. Czy są zachorowania? A bo kto to wie? Tutaj wiele informacji się ukrywa. Nie podaje nazwisk, wiecie, lepiej nie mówić, niech wierzą, że jest okay, a że im skrzela wyrastają, toż to będzie ino lepiej.

No i może to wina morza?

Po prostu natura…

Dziwne LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Usiadła… została wyłączona

Pan Tealight i Ofiara Znajoma…

„W odróżnieniu od onej, pamiętnej Ofiary Nieznajomej… która szczerze była gigantyczną suką popapraną, a myśleli, że taka wykształcona będzie, z zagramanicy wiecie ją przyciągnęli, zapłacili tyle, komplikacje jeszcze były, więc wiecie, no mieli prawo myśleć, że taka wyopiniowana będzie, ogólnie mówiąc doskonały egzemplarz z najlepszej szkoły… zapłacili za nią…

Nie była za darmo!!!

I co?

I kicha.

Nieznajoma narobiła im takich problemów, że naprawdę się zastanawiali się nad tym, czy w ogóle ryzykowć znowu. Ale przecież, no trzeba było, bo jak tutaj utrzymać image istot nieokiełznanych? Jak inaczej być oną świadomością, która popiera, wspiera, wszelako jest za i w ogóle, a czasem przeciw…

Odpoczęli od ofiarnych mszy i spędów wszelakich.

Od szat i tych tam…

… kapturów.

Ale w końcu trzeba było się zebrać. Przecież już i jesień szła. Powoli, bo powoli, ale czuli już jej aromat… nie tylko na plecach. Chociaż Wiedźma Wrona Pożarta twierdziła ostro i niezmiennie, że poczuła Zimę, to jednak…

Zima mówiła, że jest na innej diecie, więc jej nie czuć.

A Jesień?

Była spakowana i miała na sobie serio wystrzałowy strój… wersja taka Dexter zmieszany ze stacją epidemiologiczną.

Ale w listki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

On wczesna czterdziestka…

On drugi w połowie swych lat pięćdziesiątych.

Pierwszy zaatakował drugiego młotkiem.

Wynik marny, pacjent w stanie ciężkim przewieziony do Kopenhagi, nie wiadomo, czy przeżyje, ale oskarżenia młodszego były mocne. Zatruwanie, nękanie… czy mam rację, że jest w tym czterdziestoparoletnim osobniku choroba psychiczna, no weźcie, to ja… oczywiście, że mam rację. Ale czy moje podejrzenie dotyczące zaniedbań, które się wyraziście i mocno pogłębiają jeśli chodzi w ogóle o zdrowie mieszkańców tutaj, jest prawdziwe… no wiecie…

Eeee… z własnego przypadku… tak.

Czy będzie gorzej?

Już jest.

Karetki jeżdżą jak szalone. Słyszałam już tyle syren, że wystarczyłoby na dziesięć lat co najmniej. Psy ujadają… a jeszcze kilka lat temu było to nie do pomyślenia, szaleniec z helikopterem sprowadza człowieka do poziomu gówna…

I każe się mu z podeszwy zlizać.

To nie tak, że jest źle, jest koszmarnie.

Tragnicznie nawet jeżeli chodzi o coś takiego, jak człowieczeństwo. Wiecie, one wszelakie normy moralne, nawet zwyczajową grzeczność. Powinnam powiedzieć, że może tylko ja to tak widzę, bo przecież łagodnie ujmując jestem stuknięta, ekhm, chronicznie i klinicznie, ale jednak, no weźcie no… empatia… a ja „zupa z Azji”.

Hmmm…

Co ja tu robię i gdzie moja planeta?

Nie mam pojęcia co się dzieje ze światem.

A może tak było zawsze?

Nie no, kogo próbuję oszukać?

Nie bójmy się prawdy, to, co kiedyś było wyłącznie, piętnowanym wszędzie, złem internetowym, jakoś tak przeniosło się na zewnątrz. Ludzie są straszni, okrutni, pazerni i wycofani egoistycznie… hmmm, chyba powinnam się zacząć zajmować nazewnictwem czynności i zachowań homo sapiens novinkus. Naprawdę… jak już ich nazwałam, to czemu mam się nie pobawić antropologią kulturową onego wybitnie, szalono pokręconego gatunku?

No kto mi zabroni.

LOL

Przecież i tak nikogo to nie obchodzi.

Kompletnie, nie oszukujmy się. Każdy chce chce chce… niszczy i miażdży, wszystko jest na sprzedaż, pewne rzeczy nawet już nie uznaje się za prywatność, a codzienność, która winna być lżejsza, jakoś tak przysnęła i zmieniła się w koszmar.

Koszmar tych zwyczajnych, pracujących, spoglądających na większość mającą wszystko w dupie, tudzież innym otworze anatomicznym, w końcu nie możemu dyskryminować nikogo… to na pewno jest dziwaczny trend. Nie dyskryminuj zabijajacego, nie dyskryminuj kradnącego, pedofile, biedne małe owieczki, sarkazm to wszelako nader smutno zapomniana sztuka…

YAY.

Mam ochotę zmienić się w potwora zwyczajnego, co to serio wali wszystko.

Bejzbolem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ofiara Znajoma… została wyłączona

Pan Tealight i Podstępek…

„Zwyczajowy, jeszcze nie wyrośnięty…

Przycupnął sobie na doniczce, w której mieszka wielka palma.

Mieszka na zewnątrz… na tarasie.

Niby chcieli ją wywalić, znaczy poprzedni właściciele, ale jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane stwierdziła, że nie… że jak zostawili, to niech rośnie, niech się trzyma, niech będzie, jeśli chce…

I ona chciała.

Bo czemu nie.

Jeśli tylko będzie po jej stronie, to szczególnie już w tych czasach, naprawdę winno się jakoś tak, zauważać one stworzenia i dopingować je i jeszcze dokarmiać czasem, tym bardziej, że im wystarcza opowieść, czy nawet żart, krótka historyjka, czy pioseneczka i gdzieś mają twój głos, łamiący się strasznie…

Strasznie!!!

No i słodki był.

Wiecie, typ niewielkiego skrzata, ale z bejzbolówką, okularkami przeciwsłonecznymi, dziwnymi, białymi butami, w typie ciżemek i rękawiczkami, równie białymi i oczywiście maseczką mini zwisającą mu z ucha.

I te spodenki z łatami na kolnkach kończące się w połowie łydki, jakoś tak, wiecie, no i skarpetki w paseczki wysoko podsunięte i jeszcze kubraczek, taka kamizelka, ale włochata i koszulka pod nią, z jakimś napisem, ale dojrzenie go… no i to, że on na pewno wciąż się zmieniał, tego Wiedźma Wrona była pewna…

A poza tym, tyle miała na głowie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Najpierw karetka…

Cicha, ale przecież często tutaj po prostu przyjeżdżają by zrobić zastrzyki, czy coś w ten deseń. Przecież to dzielnica raczej ludzi starszych, przecież… więc człowiek się nie dziwi. Po tylu nasygnałowych karetkach jakoś tak, jakoś tak nie ruszyło człowieka… jakoś tak nic nie pocuł, zresztą, wcześniej, w niedzielę, przyjechał koleś kosić trawę za ulicą, więc wrząca spokojność wszelakiej dzielnicy już była zamieszana…

Już wiadomo było, że nic z tego nie będzie.

Że jakoś jednak nagle ogólna, wrząca cisza niedzieli jakoś została kompletnie zakłócona. Co możesz zrobić? Tylko włączyć zimne dmuchanie i po prostu przeczekać. Oddychać i pić ile się da, więc i sikać, oj tak. Tak się robi, gdy ono dziwne wrzenie uderza w Wyspę. Nie można inaczej.

Choć nie, można się wkurwiać na tych wycinających drzewa…

Można.

Ja mogę.

I na to gówno, co poobgryzało mi drzewka, młodziutkie świerki i brzózkę, która przecież właśnie tak pięknie wyrosła…

Mogę…

Okropny turkot kosiarki do trawy przebija się przez wrzenie, dźwięk zimnego powietrza, które dziwnie wcale nie jest jakoś zimne i przez pot i uczucia…

A potem ucicha.

I nagle człowiekowi lepiej.

Nagle…

Nie ma dźwięków, nie ma onego rzężenia, onego dziwacznego buczenia i jeszcze powrzaskiwania młodego zwolennika krótkiej trawy, co to przyjechał z tatą. Bo przecież to niedziela, gorąco, więc mały posiedzi se na ławeczce, poczeka…

A może, nie, znowu brzmi kosiarka, czyli koszenie nie tylko rekreacyjnego kącika… też zabiera się za którąś z posesji. Może miał taką umowę, a może tak naprawdę robi to co tydzień, ale przecież susza taka okropna, więc, no wiecie, więc może zwyczajnie człek jeszcze nie zaadoptował się do tych powtarzalnych dźwięków…

Może?

Nie wyłapuje ciszy…

Zapomina o karetce…

Chowaniec zauważa przyjeżdżającą policję. I teraz, teraz nagle wszystko się zmienia. Kompletnie. Impreza poprzedniego dnia, może ktoś przypił, no wiecie jak to jest, czasem się zdarza, czasem nawet i więcej, wiadomo, ciepło, ludzie szaleją bardziej, niż wiecie… zwykle…

Ale najpierw odjeżdża karetka.

Bez sygnału.

Potem policja po godzinie, może dwóch…

A potem dziwnie cichy facet od kosiarki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podstępek… została wyłączona

Pan Tealight i Firanka…

„Widać, nie, wcale nie widać.

No może trochę widać, ale tak właściwie, to kurna świństwo tak zaglądać komuś w okna, no chyba… no chyba, że się podziwia właśnie ją. Tylko i wyłącznie. Ją. Ten splot, one refleksy, te cienie rzucane, oną sztukę prześwitywania, prześwietlania i zabw wszelakich ze światłem i odbiciami…

I jeszcze oczywiście biel.

Chociaż podobno istnieją takie kremowe, czy jakieś tam barwne, prawda jest taka, iż Firanka Prawdziwa winna być wyłącznie biała. Biała śnieżno biała, wprost wpadajaca w one zimne odcienie niebieskości wszelakiej, lekko sztywna, dopiero z czasem może i gnąca się pod każdym podmuchem powietrza…

Pachnąca.

Właściwie, podobno ich rasa, podzielona na plemiona, wcale nie dba ni o okna ni o ludzkość wszelaką, czy wiecie, jakieś tam widoki. Są tak zapatrzone w siebie, że nie potrzebują innych, pewne togo, iż ich piękno i misja bycia i niebycia zarazem, naprawdę jest oną enigmą, której wyjaśnienie, rozwiązanie… cóż, dostępne jest jedynie onym wielce oświeconym…

Czy raczej, zakamuflowanym?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Znak kości” – … dopiero czwarty tom… A może już czwarty tom? Bo wiecie, nigdy nie wiadomo. Czasem niektóre pomysły to sprawa kilku odcinków, ale znowu też są i takie, które naprawdę…

Ech…

Bo w tym świecie, idealnie wykreowanym, ale nie opisanym od razu, do końca wyjaśniony w pierwszym tomie, dzięki czemu autorka może wszystko… pojawiają się nie do końca nowości. Mamy wampiry i wikołaki oraz… mamusię. Ekhm, po poprzednim tomie, raczej wiecie dlaczego… Nie chcę wtopić, więc przyznam tylko, iż nasza bohaterka jest raczej w kiepskiej formie.

Ale na szczęście ma przyjaciół.

I to na dodatek i starych i nowych… tylko, czy na pewno wciąż przyjaciół?

Opowieść jest dość pokrętna. Dostajemy masę czynników, które się ze sobą mieszają, kręcą, ogólnie mówiąc do siebie nie przystają, a jednak jakoś tak, no uzupełniają puzzle. Puzzle życia Mercedes Kojocicy, która właśnie jest w dość kiepskiej formie. Szczerze. Ale sobie poradzi, wiecie, jak zwykle…

… kto, jak nie ona?

Tylko ona!

Nie wiem w jaki sposób, ale autorce się udaje wciąż w tym świecie znajdować coś nowego, wciąż coś odkrywać, wciąż włazić głębiej, poruszać bardzo ważne tematy, bolesne nawet, nie cukrować, a jednak… przede wszystkim opowiadać o wspólnocie. Dziwnej i bardzo skomplikowanej, niesamowicie zróżnicowanej, która wciąż gotuje się na zmiany, a jednak… a jednak jakoś sobie radzi.

Wot takie odbicie naszej codzienności…

W przeności…

Choć, może…

Metamorphose by Arne Ranslet…

Rzeźba.

Wracam do niej, często, czasami, bardzo często w myślach… jakoś tak. Jeśli nie wiecie, jest to siedząca przy drzewie, na kamieniu, pod bokiem kościoła skrzącego się swoją żółtością w słońcu tak oczojebnie, że aż mdli…

Czarniawa, ale tak naprawdę skrząca się niebeiskościami i zieleniami…

Starsza pani z torebką i skrzydłami.

W pantofelkach z kokardkami, lekko zamyślona, z włosami zwiniętymi w koczek, taki wyżej, nie na karku, wiecie, spokojny, przedziałek, jakoś taki układny, ale jednak i zrobiony na odwal. Wiecie, jak wtedy, gdy już macie taką super wprawę, iż nie musicie bardo dbać o ruchy… i choć dłonie starsze, może i drżące, to jednak jakoś łatwo tak… bo znacie akurat to uczesanie już od tak wielu lat, że naprawdę…

Ona wciąż ma ramiona, ale po wyrazie twarzy widać, że jest już bardzo wszystkim zmęczona. Lekko skrzywione usta, oczy podkrążone… sukienka zakrywa kolana, ale jakby wstała, byłaby dość krótka jak na ten wiek…

Do tego te pantofelki…

Czyżby czas metamorfozy wymagał właśnie najlepszych, ale i najwygodniejszych ciuchów i włosów mocno przylizanych do czaszki?

W końcu, jak ma się latać…

No właśnie…

Bo przecież ona zaraz poleci!

Wzbije się w ten cały niebyt i odejdzie, w końcu może w miejsce, gdzie może biegać ubrana jak chce i wciąż mieć skrzydła i mieć ostatnie zdanie i jeszcze pogodę taką, jakiej chce, pragnie, jakąś kocha… w miejsce, gdzie będzie królową.

Może i naczelną smoczycą, ale jej to nie przeszkadza.

Wprost przeciwnie.

Kamienie jej nie uwierają, jakby siedziała na puchatych poduchach, a może, po prostu już jest jej tak wszystko jedno gdzie jest, gdzie czeka, może w końcu wie, że to się zaczęło, że się dzieje, więc nie zwraca uwagi na takową niedogodność?

Może…

Nie wiem, ale uwielbiam ją.

Nie znamy się, ona znosi moją obecność i to, że ktoś jakiś czas temu uszkodził jej jedno ze skrzydeł… na szczęście już naprawione. Jakim mutantem popromiennym trzeba być, by uszkodzić taki cud. Siedzącą mądrość, staruszkę, która w końcu staje się sobą. Prawdą i istnieniem dokończonym.

Istotę wszystkiego?

No, jak można było?

Ludzie to tumany kurzu…

Serio… ale ona jakoś tak przynosi nadzieję, że w końcu, jeśli tylko komuś się uda dożyć, co może być trudne spoglądając na ostatnie wydarzenia…

Może się jednak uda…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Firanka… została wyłączona

Pan Tealight i Barachlo…

„Przywlokło się Barachlo…

Jak zwykle definicyjnie i w pełni świadome wszystkiego, zbarachlone, kompletnie nieposkładane, wiecie: ręka tu, noga tam, oczko prawe się lekko jakkoś takoś nie żeby wypadło, odpadło, czy coś, ale ino lekko tak jakoś oderwało, obydwie brewki haftowane krzywo, drugie oczko dyndająco wisi komicznie przy uchu, niczym jakiś, wiecie, moderny wypasiony kolczyk.

Na pewno pieruńsko drogi Szanel jakiś czy cuś.

Kieckę miało na sobie, jakby wiecie, ktoś masę szmat na nim położył, może i miejscami dokleił, czy jakoś tak, zszywaczem do tej jasnej skóry, trupiej lekko… a potem je sznurkiem takim do snopowiązałki, ale bazianym farbkami, wiecie, coby pasowało do tego całego wystroju barachłowego zewnętrza…

Choć, może i wewnętrza, bo wiecie…

Te zszywki.

No ale Barachlo było cudem wszelakim, które kochało Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane i jeszcze z wzajemnością. Naprawdę!!! Tak jak się jej wiedźmia dusza z nikim nie mogła jakoś takoś, wiecie, życiowo i namacalnie dogadywać, więc jakoś to było zaskakujące, iż mocno żeńskie, barwne i wszelako niepoukładane i mające to szcerze gdzieś, zawsze dobite i smutne… Barachlo sprawiło, iż złamała swoją introwertyczność.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra…

Od jakiegoś miesiąca media spekulowały, że nie dość, iż najzimniejszy to lipiec, to ogólnie mówiąc lato się skończyło. W ogóle nic już nie będzie, wiecie, żadnych upałów, ten wiatr nie ucichnie i wszelako już jesień i chyba… i chyba natura słuchała prognoz, bo ptaki zaczęły tworzyć klucze, a liście się żółcić…

A jednak…

A jednak przez ostatnie kilka dnia jakoś tak gorąco i obrzydliwie.

Wiecie, człowiek czuje się oszukany, bo przecież mu powiedzieli, że wsio będzie cudownie i chłodno i tak dalej, a tutaj nagle znowu żar i duchota. I jak tu kurna wierzyć tym mediom? No jak? Seryjnie… nie da się wam mówię, naprawdę się nie da. Ale nic to, trzeba przetrwać i tyle. I chociaż te informacje o jakichś tam radioaktywnościach wciąż w człowieku tętnią, to jednak… no jakoś poszedłby popływać, bo i wiatr ucichł i jakoś tak ino lekka bryza sobie od czasu do czasu zawieje, i jakoś nic poza tym, więc wiecie…

Nie ma fal.

Możnaby popływać, ale jednak…

Coś człeka od morza odpycha. Coś przeraża, coś naprawdę muli, myli, konfunduje… jakoś tak mocno bardzo, jakoś tak silnie. Jakoś tak… jakby wszelako przepiękne, cudowne i fascynujące, jednak mówiło: nie właź, bolę…

Może ma rację?

A może to ja tylko, tylko ja?

W Szwecji mają takie szaleństwo…

… „kräftskiva” czyli specjalne imprezki z morskim żarciem.

Oto wyjaśnienie onej nadmierności dziwnych przedmiotów w sieci slepów ICA. Czyli wiecie nożyków, szczypczyków i czapeczek, wszelakich serwetek i dziwnych rzeczy w raki? Czy to serio są raki?

Nie mam pojęcia, tak wyglądają, ale…

No właśnie, ale… jak czegoś nie wiem, wtedy oczywiście lecę w internety, bo wiecie, książki mi spleśniały… i czego się dowiedziałam, że te raki żyjące na północy i w Europie to raki szlachetne i te zwane sygnałowymi. Podobno skurczybyki roznoszą raczą dżumę. Matko Wyspo! To dopiero nazwa, dwie choroby w jednym. A wiadomo, Bałtyk małosolny, więc wiecie, sygnałowy staje się inwazyjnym produktem z USA… co dziwne, dość niedawo sprowadzonym, w połowie zeszłego wieku!!!

Kurde bele no!

Naprawdę?

Jest jeszcze rak błotny, ogólnie wiecie, rodzina dość skomplikowana, ale… co oni tak serio jedzą? Zwie to się rakiem, ale łapane jest w morzu… wielkie pudła, znaczy się klatki takie zdobią nabrzeża… czasem coś w nich się jeszcze rusza, a czasem… wiecie co, nie wiem o co chodzi. Nie wiem jak to smakuje.

Naprawdę.

Ogólnie mówiąc odpycha mnie mięsowatość, więc mam przegibane.

Szczerze! Ale same raki, jak i wszelakie inne morskie „potwory” mnie fascynują. Nie na tyle by pływać z meduzami, ale jednak…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Barachlo… została wyłączona

Pan Tealight i Kendimen…

„No kurna…

I to w dziurawych portkach, czapce z daszkiem i takim woreczkiem, jak wiecie, noszą ci, co to wybierają się w dziwne podróże. Takim co nie przemoknie i za kija nie wiesz co on tam ma… może torbaczem jest i dziecię swoje nosi…

W końcu to nie człowiek.

Nie… to twór zagrożony wyginięciem.

Może jest ich ze trzech… i chyba jedna babeczka… więc wiecie, trudno się jakoś powiększyć w społeczność, no ale… może i się starają, może i nie każdy chce wiedzieć jak, po co, gdzie i w których otworach, no i czy z papierkiem. No sorry, ale żart z papierkiem jakoś tak zawsze się rzuca sam.

I z lusterkiem…

A tak, lustereczko, lustereczko…

Czyż tam dziwak z cukrzycą boczy się na mnie, nieco?

Chodziło o to, że on szczerze miał dość tej swojej popularności, wzywania i tak dalej. Szczerze. Co to on, Bloody Mary, czy co? Zresztą, jeżeli o nią chodzi, to była na niego wściekła, że wykorzystuje tę samą metodę.

Naprawdę.

A wkurwiona baba, może i duch, ale jednak, wciąż bije mocno…

I boleśnie.

Bo w ogóle, dobra, lubił miętusy i toffee, ale poza tym był introwertykiem i miał Aspergera. Wolał swój świat i siebie samego i… Pan Tealight pozwolił mu na pokój w tym wymiarze Sklepiku z Niepotrzebnymi, gdzie, wiecie, nic się nie odbijało. Kompletnie i dosadnie nic. Mat rządzi!!!

Oj, Wiedźma Wrona Pożarta naprawdę go rozumiała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Żółte pole…

Słońca niczym Lucyfer z nieba zrzucone, wiecie, takie nie do końca widać były doskanałe, czy coś… albo… po best before?

Naprawdę?

Tak to wyglądało.

I cóż to były za kwiatki? Nie wiem… czarne środki z żółtymi okręgami i otaczające je długie, żółciutkie płatki. Wyrastające tak dość wysoko, do kolana… jakoś je znam, znam ten zapach, który wzmaga się wraz z zachodzącym, muskającym je słońcem. Z onymi promieniami, z tym ciepłem, takim nadgorliwym lekko. Aż trzy żółte pola, widać, że nie zasiane tego samego dnia, bo tu już całkiem zdechły, tam jeszcze się trzymają, a tu, obok gospodarstwa, tak przy wjeździe, wciąż świeżutkie…

… i ścieżka między pola…

Inny świat.

Jakieś leśne zagajniki, jakieś krzewinki… i cisza…

Ale… pierwsze pole przylega mocno do niedosć ruchliwej drogi, większej polnej drogi, więc wiecie, mijają je ludzie. Czy kolory zauważają? Nie wiem… drugie zauważyć już trudniej, jakby się chowało, jakby chciało zostać dzikie i odkrywane wyłącznie przez wybrańców, a ono trzecie, ono trzecie przylepione do głównej drogi, oj, nie da się do niego dotrzeć, ale wiecie…

Zoom…

I gra gitara…

Upadłe z nieba słoneczka lekko drżą w cieple i raczej mocnym, dziwnie nie pasującym temperaturowo, wietrze…

Bo wiecie, znowu ciepło się zrobiło.

Nawet bym rzekła, że kurna gorąco.

Według tak zwanej prognozy pogody miało być 22 stopnie, według Google 27 a nawet może i więcej… no i… zgadnijcie kto wygrał… blech, obleśność aury, doprawdy kosmiczna. Naprawdę. Żar z nieba, duszność i tym podobne, ale podobno ma się skończyć wieczorem, więc się zobaczy. I tak szczerze, jakoś tak powiem, chłodna bryza w powietrzu doprawdy szokuje zmysły…

W domu duchota, przeciągu się nie da zrobić, ale wiecie…

Jakoś trzeba to przetrwać.

Tak się człek zastanawia, jak to on żył bez tych zimno dmuchających ustrojstw, ale co tam, pewno młodszy był i w wodzie, balii przed domem się taplał, a potem, jako nastolatek, udawał, że go to nie dotyczy… wiecie… buntowniczy etap jednak. No a później, hmmmm… zawsze były jakieś mury czy cienie, ale tak szczerze, teraz i tutaj, znalezienie zimnych murów to ciężkie jest. A nawet jeśli, to pewno one i tak pokręcone, wiecie, no zadżumione jakieś.

Yyyyyy…

Nie oszukujmy się, Wyspa ma problemy ze szczurami, mrówkami i pleśnią.

I wszyscy o tym wiedzą.

Czy coś robią? A co można z tym zrobić? Nie wiem dlaczego, ale jakoś to seryjnie trudne do wytępienia, więc taka z nas Santa Maria czy inny wielki statek… może i dobrze, że te szczury wciąż na Wyspie są, a nie z niej spierdalają…

Może…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kendimen… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Niepoznaki…

„Dla niepoznaki nałożył kostium maskujący, ale kurde, chyba kupił go w tym no, burdelu, albo nie… zaraz, sklepie dla dorosłych? Tak to się chyba nazywa? Pan Tealight nigdy nie był, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane też nie dysponowała odpowiednią wiedzą, więc… byli lekko zaniepokojeni i obydwoje cieszyli się z problemów wzrokowych…

Ojeblik – mała, ucięta główka za to miała ubaw!!!

I zarąbała mu biczyk!

No tak od razu, wiecie, ona jakoś nie ma ni uprzedzeń, ni pojęcia o wszelakiej własności czy też przestrzeni osobistej… wiecie, urwała się, odcięła od reszty i dokazuje. Bez kary, bo kto skarze główkę?

No szczerze?

Kto?

Ale… cała ona niepoznaka w tej boskości naprawdę nie miała sensu. Bo nadmiar wyrazistości walił po oczach i innych częściach ciała, niekoniecznie onych widzących, jak kurna… wiecie, ten piorun kulisty, z niebios zesłany, boskością wszelaką nasączony… i może o to właśnie chodziło?

No wiecie, że w tej nieoczywistej oczywistości był właśnie niebiańsko pomijany wzrokiem i ona cała niepoznaka, wszelaka jego moc, piękno, błogosławienie i cały ten szum… no wiecie, to wszystko było…

Oczywiste.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mrok…

W końcu robi się ciemno w okolicy 22giej.

Znaczy wiecie, takie nasze ciemno, nie oszukujmy się.

Najpierw coś się robi z niebem, horyzont lekko zamiera, czasem pojawiają się chmury, a czasem… kolory, ale najpierw… lekko wszystko ucicha, na chwilę, moment nawet, jakby grzecznie się kłaniało, a może uświęcało chwilę? Może? Kto to wie z tą całą naturą, no kto to wie? Tak naprawdę? Jak to z mrokiem jest?

Czasem niebo po prostu mrocznieje…

Czasem zwyczajnie ciemnieje, przechodzi przez wszystkie etapy niebieskości, przez one, ukochane przeze mnie, nie oszukujmy się… kobaltowości… pprzez wcześniej ton po tonie błękity wszelakie i jeszcze… aż człek nie wie, czy te kolory to naprawdę, czy jakoś tak mu się w oczach mocno mieni? A może jednak to nie niebo, nie ciemność, a kołdra jakaś, a może welon i ślub co noc się odbywa, a człek nawet o tym nieinformowany…

A może?

A może jednak coś w tym innego jest?

Bo przecież i zapach się zmienia, i ona chłodność, tak bardzo nie przystająca do zwykłych lat tutaj, męczących, jakie mieliśmy przez ostatnie lata…

A czasem dzieje się na niebie więcej…

I więcej…

Bo czasem niebo jaśnieje, na chwilę, więc jeśli tylko to zauważycie, od razu trzeba rzucać wszystko, inaczej przegapicie.

Serio.

Czasem trwa to rzeczywiście trochę dłużej, ale najczęściej to naprawdę chwila… i gdy jeszcze są chmury, one podświetlenia wzmagające ich puszyte kształty, bo wiecie, o chmurach można wciąż tak mówić, wciąż jeszcze…

I różowieje wszystko i pozłoca się i jeszcze zażółca, jakby chciało coś pokazać, ale jednak, wiecie, słońce zachodzi gdzieś indziej, my dostajemy tylko kolory, tylko one odblaski niesamowite, one kształty i cienie, one wrażenia, smaki nawet. Powoli ciemniejące, powoli się zmieniające, przechodzące przez symfonię fioletów…

Czasem by zniknąć, nagle, bez żadnego ostrzeżenia…

A czasem, czasem możecie obserwować jak ton po tonie kolory się przemieniają. Nie znikają, nie, raczej zwyczajnie dojrzewają, dorastają może… może i nawet się starzeją? Czy starzenie się to niebieskości czy fiolety? A może jednak różowości? Bo nie mroczność… bo mroczność do ciepło i bezpieczeństwo dziwne tutaj…

A przynajmniej teraz tak się je odczuwa.

Mroczność… odpoczynek od nazbytniego rozświetlenia.

W końcu… dostępne.

Tak, mamy w końcu jakąś noc. Nie żeby długo, noc trwa teraz ile, 3, 4 godziny? Raczej nie dłużej… oczywiście spanie powinno trwać dlużej, ale czy się da, gdy tak od rana, przedwczesnego rana od razu słonko znowu zaczyna swoje niebiańskie wszelako show kolorowe…

I nie, nie jest takie jak zachód…

Hmmm… nie jest też odwortne.

Magia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Niepoznaki… została wyłączona

Pan Tealight i Babcia Śliwa…

„Babciu Śliwo

Babciu Śliwo…

Poruszasz gałązkami, przyznaję, całkiem żywo… ale wiem, że próbujesz udawać, że mnie nie słyszysz. No wiesz co, to już jest seryjnie obicach no, przecież nie mam w sobie już niewygodnych pytań. Wiesz, tych o małe śliweczki i kwiatki i pszczółki i dlaczego nie mam korzeni. Dlaczego mam dwie nogi, a poza tym nie wiem skąd się wzięła połowa mnie… nigdy mi tego nie powiedziałaś.

Ale nie mam ci za złe.

Naprawdę.

Babciu Śliwo!

Ja tylko chcę posiedzieć w cieniu i po prostu schować się przed światem, bo wiesz co, on jest koszmarny. Już nie tylko trudny czy brzydki, ale po prostu koszmarny. Nie do zniesienia, nie do łyknięcia, przełknięcia… on zwyczajnie jest większą pestką i jeszcze nim cokolwiek, to stwierdza, że cień, czy nawet odgłos mego nadchodzenia mu się nie podoba i wali drewnem…

Kamieniem…

Bo wiesz, Angole to tak pestki nazywają…

Kamykami.

Dziwni, co nie? Podobnie jak ta pogoda, co dusi i jeszcze brak deszczu i nie wiem, czy jak płaczę, to nie uszkodzę ci korzeni, choć z drugiej strony zawsze to jakaś woda, co nie? Zawsze coś…

Babciu Śliwo!

Dlaczego już nic nie mówisz, tylko szumisz, otulasz mnie liśćmi, przyciskasz do pnia i nie pozwalasz… co wiesz…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szwecja.

Otwarta!!!

Co to oznacza? Ech, no właściwie wciąż ostrożność wszelaką. Ale wiecie, można już wjeżdżać do niej tak na poważnie, a nie tylko przejeżdżać, bo mieszkasz przy Szwecji, widzisz ją, ale żeby dostać się do swojego kraju musisz najpierw ich granicę przeskoczyć, bo tam mają most… ten sławetny, serialowy most, no wiecie…

… więc Szwecja.

Jeśli o to chodzi, to sorry, ale pierwszą rocznicę posiadania naszego cudnego, wciąż nieumeblowanego domku… ale wiecie, się to teraz minimalizm nazywa, więc nikt nam nic nie może powiedzieć.

Możemy być na przykład super ekologiczni, czy coś…

No i podłogi są takie wygodne… LOL

Dobra, co do mebli, to z pustego i Salomon, ale za to Salomon mógł przyłapać tanie bilety jednodniowe i pojechać znowu do Kivika, gdzie miał biznes archeologiczny do załatwienia. Tak, znowu siedziałam w grobie, więc teraz, jak cokolwiek palnę i dorzucę over my dead body, to mi Chowaniec odpyskowuje, że w grobie właśnie byliśmy, więc nic z tego, ma być tak i tyle…

Nosz ci faceci, ja nie wiem… LOL

Ale… oczywiście pewnego rodzaju obostrzenia na promie są wciąż i wszyscy jadą gorzelnią. Ale za to na odwagę nadal można sobie pociągnąć z dozownika. Że próbowałam? Nie… No ale… wiecie, spokojnie, ino się nachylacie, zerkacie, czy nikogo nie ma i tak dalej i jedziecie… Powinno dać radę, seryjnie. No ale… potem, nie, tutaj nie sprawdzają paszportów. Spokojnie jedziecie sobie, a Kivik pełny Turyścizny i pachnie jabłkami. Ja piernicze, jak oni cudownie pachną jabłkami, an dodatek mają chyba sezon na raki albo lobstery, bo w ICAy są te wszelakie rakowe utensylia, jakieś szczypczyki i dziwactwa, nie znam się, a chcę je, bo słodkie takie i małe i czerwoniutkie i w ogóle egzotyczne jakieś tak mega…

Jabłka mają tam czadowe.

W końcu to takie miejsce, same sady i morze i grób i kamienne pozostałości po tych, co już dawno z powrotem i wapieniem i jeszcze gwiazdami i powietrzem…

Tak naprawdę tylko o to nam chodziło, zresztą, wiadomo, człek woli unikać tłumów. Ale posiedzieliśmy jeszcze na plaży, między bunkrami, więc koszmar. Nie polecam… jakieś takie krwiste powietrze, dodatkowo, pogoda porąbana, zimno i gorąco, czasem w tym samym czasie i już nie wiesz, czy to ty, czy pogoda przekwita…

A może to juz ta jesień?

Choć nie, piszą, że ma być gorąco, jakaś fala, czy coś…

… zobaczymy.

Wolałabym nie… wolałabym ten chłodek, który mamy i coby mi dziwne stworznei adrzew nie zżerały. No zjadają mi choinki, a raczej odłamują gałązki. Świnie… ale, nie dokończyłam wycieczki. No więc w Kivik jest też sklep, w którym macie różne takie dobrodiejstwa very fancy i w ogóle dla ryb grubych, czy coś tam… wiecie, w dobie wirusowej oczywiście ruch jednostronny. I fajno, tak powinno być, bo jakoś cała ludzkość przyjezdna zapomina o wszystkim.

Ale nic to…

Wiem jedno, muszę tam wrócić znowu, w sezonie, gdy świeci to uparte, wrzące przerażająco słońce, by połazić po uliczkach miasteczka, po ulicy pirackiej… serio taką mają i popodglądać one architektury. Kurde, mimo wczesnego wyjazdu i późnego powrotu, to jakoś tak człek nie ma czasu na wszystko. A może za wiele chce? Nie wiem, przecież bylam tam już trzeci raz…

I super było…

… i sorry, że nie wiedzieliśmy, że tam stoicie i czekacie aż wyleziemy z grobu…

… kolejka się ustawiła… no skąd miałam wiedzieć, Chowaniec mówił ciągle, że mogę siedzieć, nikogo nie ma, no nie ma, sterczą jak należy w odstępach… Ale wtopa. Chowaniec nie czuł się ni trochę zawstydzony. Zeżarł swojego nibygofera i zadowolony. Ech… po raz pierwszy od… hmmm, nigdy, siedliśmy w malutkiej restauracji, przy białych stoliczkach i udawaliśmy ludzi. Wiecie, w miarę normalnych, z pluszowym niedźwiedziem na stole…

A powrót, na szczęście morze w obydwie strony płaskie.

Dzięki Morskim Duchom!!!

Oczywiście kontrola graniczna nadal. Jak za komuny, ino inaczej, bo jak widzą numery znajome, to tylko żółta karta… ale i tak stresujące.

Potrzebuję wakacji z książkami… ale mnie nie stać i zapisana jestem, się znaczy, no wiecie, zarobiona maksymalnie!!! Nie mam czasu. Nie dam rady… lepiej mieć zajęcie niż zbyt wiele myśleć, co nie?

Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Babcia Śliwa… została wyłączona

Pan Tealight i Kosiarz Bez Zmysłów…

„No bo właściwie, to po co mu one niby miały być?

No tak szczerze?

Sami pomyślcie…

Miał po prostu chodzić, czyli mieć nogi zdolne, bo to nie był traktorek, do tego buty jakieś, portki może, wiadomo… kleszcze. A może i koszulkę jakąś i korpusik, główkę, ale całą reszta? Może wzrok okay, dotyk i ruchliwość, ale cała reszta, a już te tak zwane wyższe uczucia i pierdoły to na co mu?

Miał ino kosić.

Biedne trawki i tak już niskie, przesuszone, one kwiatuszki niebieskie, maciupkie i jeszcze dekapitacja stokrotek… miał nie czuć ich bólu, żalu, wszelakiego jakiegoś poczucia, uczucia, smutkowania…

Nie miał…

Miał ino kosić.

Bo do tego go stworzono. Kiedyś, dawno temu nim jeszcze ogólnie w planach były te trawniczki, idealnie wyfryzurowane połacie z dołkami, czy wiecie, jak to się tam teraz zwie… kiedy to było. Z jajka wylazł, od razu gotowy, ale odpowiednie dla niego maszyny stworzono późno, więc…

Był raczej znudzony.

Chyba…

W końcu te uczucia w nim były dość wątpliwe. Nie można było powiedzieć, czy na pewno będzie, był, a może i jest teraz… Nie dbał o dzień święty i nieświęty, ino mocny deszcz go zniechęcał, jakby był metalowym drwalem i nie współżył dobrze z rdzawością wszelaką… albo też i… miał inne problemy?

Miał jednak ino kosić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jeść…

Miało być o żarciu, więc będzie.

Przyznaję, iż w ciągu jakichś 20 lat jedzenie na Wyspie się zmieniło. W znaczeniu nie tyle dla samych Tubylców, co dla wszystkich. W końcu cały ten turyzm właśnie wtedy zaczął nabierać skrzydeł. Właśnie wtedy nagle odkrył ją na nowo świat. Ech, co to musiał być za czas? Pamiętam pustki i ludzi, którzy tutaj mieszkali…

… mieszkali naprawdę…

Bo teraz, teraz, to już nie wiadomo czy ktoś w ogóle tutaj naprawdę mieszka. Tak wiecie, do końca, na amen i tak dalej. Nie wyjeżdża co chwilę, nie czaruje, nie mąci, nie spędza połowy roku gdzieś indziej, na jakieś daczy na wyspach pierkaraibskich czy innych Bahamach czy jak to tam zwą…

… no wiecie, ciepło tam jest.

I większe robale.

Chociaż… rany, miało być o jedzeniu.

No więc nie, nie musicie jeść koniecznie Sol over Gudhjem. Czyli onej, jak się wydaje, przerażającej wędzonej ryby podawanej z surowym żółtkiem i szczypioreczkiem, no wiecie, że niby ziemia ta ryba, trawka, i słonko… ekhm… nie mam pojęcia kto to wymyślił i obiecuję, że jakoś sprawdzę. Jakoś… chociaż nie wiem, czy za takie pytania nie wywalają z Wyspy. Wiecie, trzeba być ostrożnym…

… bardzo ostrożnym.

Ale… tak, wędzarnie mamy. Są w nich ryby, są i inne owoce morza sprowadzane z różnych miejsc świata, na przykład homary z Kanady, czy coś tam. Nie jem, więc wiecie, nie stać mnie, nie interesuje mnie, chociaż podobają mi się one ich muszelki. Te muszelki, co zostają po jedzeniu. LOL

Możnaby z nich fajną sztukę zrobić.

Popularne stały się też w wędzarniach tak zwane ‚fish and chips’.

Najsłynniejsze wciąż w Svaneke, gdzie gadają do was po polskiemu…

Ale…

Przede wszystkim mamy masę knajp, nawet lekki orient na przykład w Gudhjem. Nie byłam, ale wiecie, na zewnątrz jedzie koreanką, znaczy się no tą no, zupką chińską. Czy to wyznacznik dobrego, egzotycznego żarcia?

Nie wiem…

Mamy w Gudhjem też naleśnikarnię, ale piekarnię niestety taką, wiecie, mocno zamkniętą od kilku lat. Jest też kilka zwykłych knajp, które… które serwują jedzenie. No, trudno mi o nich coś więcej mówić, bo przecież mnie tam nie było, ale menu jest przed wejściem, więc oznajmiam, że drogo, ale jak usłyszałam o cenach nad morzem polskim, to wiecie, już nie wiem czy takie drogie.

Właściwie, to chyba w każdym większym, ekhm… mieście, znajdziecie coś na kształt jadłodajni. Albo na przykład czegoś specyficznego. Nie wiem, gdzieś tam stoją przy sklepie jubilera, przy złotych zzegarkach, lodówki z lodami… są miejsca takie, gdzie następuje specyfikacja. Co ja godom… no specjalizacja. Na przykład na Wyspie produkuje się i kombuchę i piwo i one mocniejsze trunki. Robi się kiełbasy, też w Svaneke, tak teraz się zastanawiam, że tam i cukierki i czekolady i chleb pieką, chyba jeden z najlepszych chlebów, ale…

To kosztuje, a spora część z osobników przybywających tutaj raczej chce na żarciu przyoszczędzić, więc…

… polecam chleb z Lidla.

Na zakwasie!!! Lidl znajdziecie w Nexø i Rønne. Ogólnie mówiąc żarcie z Netto czy Kvickly naprawdę nie jest złe. Mają zestawy jedzeniowe, a każdy camping ma kuchnię, no chyba że one dzikie, to nie wnikam.

Wkurwiają mnie.

Sałatki i soczki dostępne tyż.

… więc tak, jest jedzenie inne niż ino te ryby z żółtkiem… LOL I w wielu miejscach mają fazę na wszelakie burgery. No mówię wam, magia!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosiarz Bez Zmysłów… została wyłączona