Pan Tealight i Choinki Niebałamucone…

„Szły powoli, gęsiego, znacząc drogę igliwiem…

Lekko żółknące, lekko podsuszone, inne znowu pozlepiane niby ropnymi, żywicznymi grudami, które skrywają najgłębsze rany. Zbolałe jakby, dziwnie pochylone, zrezygnowane, obrzucone nierówno brązowymi, zmrożonymi liśćmi, ponakłuwanymi na igły nadgryzionymi owocami. Jakby brakowało im tylko dzwoneczków, krzyczących: uciekać, trędowate!!!

Pan Tealight zbyt dobrze znał takie jak one. Przemykające teraz ścieżką za Białym Domostwem, osłonięte troskliwie zbyt wczesnym, dziwnie opiekuńczym mrokiem, który odrzucił na tę chwilę demony, jakby nie mógł, nawet on, udźwignąć więcej bólu i strachu. Szły w ciszy. Bez szmerów i szumów. Te, których nikt nie chciał, nikt nie pragnął, co to nie pasowały do minimalistycznych wnętrz, zbyt były smukłe, zbyt rozłożyste, zbyt srebrne, zbyt zielone… zbyt starodawne, zbyt mało nowoczesne, nie bipkające, nie fosforyzujące, unplugged.

Nikt ich nie ubrał w migoczące światełka, nikt nie obwiesił bombkami, nie osłodził ich cukierkami, piernikami i szeleszczącymi wstążkami. Nie przemienił. Nikt nie zawiesił gwiazdki ni aniołka, choć też mieć wsadzonego na czubku pyzatego latacza, nie było najmilsze… ale jednak chciały! Chciały tego, marzyły niektóre… Nikt nie obrzucił perukami anielskimi, tymi ot treskami srebrzystymi, tupecikami, kłakami z łonowca nawet, klatowca czy z golonych na blask małżowin usznych. Nikt nie psiknął śniegu, waty nawet tradycyjnej bardzo, nie naćkał… Nikt nie dotykał, nikt nie wąchał, nikt nie prosił: siad, a teraz popilnuj prezentów.

Nikt…

A nawet jeżeli ktoś, nawet jeżeli się przydarzyło, nawet jeżeli już stało i miało być wszystkim przecież, to wygnali z domów tak szybko, niepotrzebne, bo może brudzą, bo nudno, bo ile można…

I tylko Wiedźma Wrona Pożarta ubierała je w co mogła. Te ścięte, ale niedopełnione. Te wcześniej zdobione, teraz śmieci… W liście i pióra, zagubione słomiane pęki i ostatnie stokrotki zmrożone, trawiaste liście im kładła na gałęziach i kamyki wtykała między korzenie. I tuliła… i tańczyła z nimi na kamienistej plaży, a one powoli ruszały się, żywiczne gałęzie rozgrzewały się. Odnajdywały ostatnią magię i powoli malały, ciemniały, popieliły się…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu książki przeczytane: „[geim]” – powieść może nie zaskakująca, może mnie, człeka raczej w statusie „unplugged” nie do końca porywająca… ale pożarłam w jeden wieczór. Jakoś mnie wciągnęła, choć przyznaję, że język doprowadzał mnie miejscami do pasji, nie tylko szewskiej. Jakiś taki niekonsekwenty, tłumaczą oczywiste, tajemnicze pozostawiają googlom?

Ale pożarłam. Wkurzyła mnie ludzka głupota, zdumiała bezmyślność i idiotyzm ludzi… no w moim wieku! I chyba kolejny raz udowodniłam sobie, że świata nie rozumiem. Gra grą, to już było, nic nowego – spiski i szaleństwa, pragnienie władzy i durnota wszechobecna, dla mnie o wiele lepszym wątkiem jest życie naszych bohaterów.

Ale nic Wam nie powiem, bo wsio spojler!

„Ulubione rzeczy” – intrygująca, bolesna, wkurwiająca każdą kobietę… Powieść z jednej strony piękna, docierająca do końca, do pierwotnego jestestwa, budząca wkurwa babskiego. Z drugiej jakże udawadniająca, że świat wciąż durny. Że przemoc, gwałt, to wstyd… bo sama tego chciałaś, czyż nie?

Łączące się wątki, choć od razu rzucają w twarz odpowiedź, mącą tak, ze człek wątpi w siebie. Ale przeczytać powinien! Bez recenzji, bo powiedzieć o tej powieści cokolwiek, to zdradzić zbyt wiele!

Dołują mnie niechciane choinki, ścięte i nie zaspokojone… bolą te wywalone za wcześnie, co wciąż chcą cieszyć, śmieją się gałęziami. Dlatego moja własna wciąż świeci. Wciąż się bawi i taka pozostanie… jak tylko Wiosna Niekoniecznie Radosna przyjdzie, zmieni status z chodzącej w doniczce, na stąpającą w Wyspie!!!

Znaczy do ogródka!

A na Wyspie wykańczają Święta. Ktoś je dorwał i skopał. Przecenił, oznaczył jako zapakować i do schowka. Ale ja nie mam jescze dość!!! Się nie naświętowałam, więcej jeszcze chcę. Nie było bałwanów i nie było mrozów i jeszcze śnieżyc, co zostają nie było… i brak mi ich.

I tęsknię!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Tunell Krasnalli…

„Chochel, chochlik pisarski niższego stopnia Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, potakiwał głową tak mocno i z takim natężeniem komicznym, że Pan Tealight zaczął się zastanawiać, czy Ojeblik, mała ucięta główka, nie zyska równego sobie wzrostem przyjaciela… ale należało się upewnić. Bo i po co na ten dziwny, mlaszcząco-kropelkowy dzień, wysnuwać się spod koca:

– Czerwoną? –

Widać naprawdę czerwoną. Nie ma się co kłócić, sprawdzić jednak trzeba. Wiedźma Wrona zamotana w czerwoną pelerynkę – pewno z Zasłonek, bywają nader przekupne – z koszyczkiem i przerażającej zawartości, skradająca się w górę rzeki Robiącej O, była niepokojącą zmienną na Wyspie. I gdzież mogła iść w owych kamuflujących barwach… W taki dziwnie słoneczny dzień, jakby obniżkę na świeczki zrobili na błękitnym niebie, w tak mokry, błockiem zdobiący, tak dziwnie chrzęszczący zagubionymi poprzez Mróz czarami… Gdzie mogła iść? I to sama? Ot otulona w sprzeczny z jej życiowymi poglądami kolor, cichaczem, bez rozgłosu? I po kiego grzyba?

W końcu to zima, są ino pleśniaki i krasnale brody.

Cóż, sprawnie zamknąwszy przeszkadzających w Białym Domostwie, Pan Tealight, totalnie nie chcąc, udał się za nią. A że sprawniejszy fizycznie w swych odcieniach szarości, dorwał Wiedźmę za trzecim Mostkiem Przejściowym. Tuż przed wodospadem Ruchliwym Inaczej, przed tunelem, w którym jeżeli stąpnąc na znany sobie kamień, można iść dalej, ale jeżeli stąpnąć na ten inny… czas mógł się zacząć przeciągać i zbroić i cierpliwość. Poszła do Krasnalli. Tylko dlaczego? Wszyscy wiedzieli, że męski rodzaj o wzroście mikrym – a niskiej Wiedźmie, wiekiem żywicznej, serio łatwo było w tej gestii dogodzić – to ona toleruje wyłącznie w formie piniaty. Albo przydrożnego świątka o romantycznym wejrzeniu. Tudzież kołka w płocie.

Fakt jednak przemawiał głośno i dobitnie, Wiedźma Wrona w formie rdzawo-karmionowej kroczyła nie bacząc na wodę i błocko, umorusana jak stworzenie permanentnie diabelskie, do Tunellu Krasnalli. Gromady stworków, co to o azyl polityczny i religijny prosiły na Wyspie. Tuż przed końcem roku pojawiły się z mgły. Sponiewierane ciekawie, ale też dziwnie niepozorne, a przerażona Sylwestrem Wiedźma nie zaintrygowała się ich losem. Dostali od razu kąt i robotę, coby Wyspa na podatkach oszkwapiła Wyższych Liczących Na Innych… ale nikt ich jeszcze tak naprawdę nie poznał.

Dlaczego więc ona właśnie właziła do ciemnego tunelu? Dlaczego czerwona i z tym babskim koszyczkiem?

Dlaczego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Syreni śpiew” – powieść, która mnie zawiodła. A dokładniej znudziła. A przecież nie powinna no! Czegoś jej brakuje, czegoś ma w nadmiarze. Intryguje otwartością złoczyńcy i nuży tzw. dobrymi… Korci, coby w końcu walnąć nią w ścianę, ale jednak człek czyta dalej…

Czyta, ale się wkurza. Opisy i drobiazgowość nie pozwalają się skupić na zbrodniczej części powieści. Doktor Hill też jakoś dziwnie nieruchawy… ale człek i tak czyta, więc coś w tym jest. Coś więcej niż zło, obrzydlistwo, zwłoki i posoka.

„Miasto zagubionych dusz” – czasem powinno się wiedzieć kiedy ze sceny zejść… dla tej serii chyba powoli nadchodzi ten moment. Oj pewno, że postacie wciąż żwawe i żywotne nadzwyczaj, szczególnie owe demoniczne w smaku, ale jednak coś już skostniało. Coś skrzypi, nawet oliwienie nie pomaga…

Ale nadal bohaterowie kapitalni. Dialogi żwawe, rytm się nie łamie… każdy wciąż zdaje się być sobą, ale czegoś brakuje.

Książki na dziś – całkiem niespodziankowe – a i całkiem mocno chciane!!! Super prezent poświąteczny!

Dziękuję!!!

A dziś spojawiło się słońce i, mimo zapowiedzi Pogodynki, waliło dzionek cały, a nie ino do 12tej!!!

Ha!

Wiedziałam, że to kłamliwa dzioucha dziwa musi być ta Pogodynka – i nie chodzi o zazdrość, o nie, wcale a wcale nie, wcale… Gorzej jak ona jest jakiś ukryty chłop. Znaczy co, dziw dziouch?

Bynajmniej stwory i potwory wylazły na ulice, ścieżki i dróżki, by podziwiać świat poświąteczny. Zaśmiecony petardami i frajerowerkami. To tu, to tam przemykają się szeleszcząc i mlaskając błockiem ci, co to pragną zrzucić kilogramy… znowu tam skradają się ci, co też żałują, że nażarci, ale jednak biegać nie mają zamiaru…

A ja czołgałam się w kurhanach… bo niektórzy żywią się inaczej. A Babcia mówiła, że głodnych trzeba nakarmić!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Jabłuszko…

„Wyspa szalała z Wiaterami. Cudacznie i grzesznie, barwnie i rozpustnie, nie bacząc na konwenanse i błagalne, jątrzące nawet nieczułe zmysły, łkanie Wiedźmy Wrony Pożartej o śnieg! Kołysała się i bujała, załączała karuzelę i mąciła ciała oraz zmysły. Bawiła się, bo świat się nie skończył, a ona kredytów nabrała… więc cóż jej tam zostało, jak nie zabawa, co się nigdy nie skończy?

Pan Tealight w ostatnich dniach nader oszczędnie spacerował. Jego szara eminencja, w płaszczyku – pelerynie i z Ojeblikiem u stopy, wolała nie narażać się na te powietrzne przemieszczania i pomieszania. Zresztą właśnie się przeprowadzili. Powinni to jakoś uczcić, ale nikomu się nie chciało. Biały, potężny dom wchłonął ich i utulił. Każdy znalazł swoje miejsce, nawet lekko jeszcze tchnący spalenizną Smok z Komina. Chyba byli w domu, domu z mostkiem, rzeczką, widokiem na pola, las, morskie otchłanie i pluskające odmęty… i tylko pod schodami, ot tuż przy frontowych drzwiach, coś szeleściło nader niepokojąco. Niby kupka zbrązowiałych do cna i przemokniętych liści mogła wydawać takie odgłosy, ale w tym miejscu musiało być w tym coś więcej… coś groźnego może? Coś bardziej nieprzewidywalnego?

Zło wcielone w pojesienny marazm?

Lekko popychany laskami, miotłami i kijaszkami z osiki, Pan Tealight podszedł do kupki liści i nie oddychając, nie patrząc, ogólnie udając, że tu go nie ma, trącił ją starym kapciem w różyczki, wyciągniętym w drżącej dłoni…

Wieść po komunie niesie, że podobno wtedy ten, który nie uciekł, ten jedyny odważny, albo ten wiecie na ciele i umyśle głupi, albo może mało ruchawy, no ten jedyny mógł usłyszeć szeleszczący szept, jeżeli tylko istniał…

Ten szept jadący lekko zgnilizną:

– Najpierw ogryzła mnie jakaś Śnieżka, wcześniej zmacała paskudna królowa, byłem i złote i czerwone, ale zzieleniałom z zazdrości na wieść o tym, że istnieją ananasy! Byłem sobie mądrością, ale Ewa przyszła, no i zamiast zeżreć oddała mnie mężczyźnie… niemota straszliwy to był, miągwa rolowana po prostu prostacko! Jako nagroda dla najpięknijeszej, było trochę ubawu, ale co tam, przeszłość stara nader bardzo. Teraz ino zdowotnością mnie mienią… ale najczęściej kwitnę, rosnę, mienię się woskami, a potem opadam i gniję.

Marny los…

A gwiazdą byłem!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Grzech aniołów” – szkoda wielka, że kurde domyśliłam się zakończenia, a i środka niestety też!!!

Tak naprawdę, to nie sądzę coby to była wina autorki. A może? Może jednak zbyt wiele ujawnia od początku… a może to tylko ten mój zeżarty przez książki umysł odnajduje schematy? Bynajmniej powieść dobra. O miłości, wyborach życiowych, stałości uczuć i kompromisach.

Oraz o rodzinnych tajemnicach, które w końcu zawsze z szaf wyłażą!

Wiatery na Wyspie panują niepodzielnie od miesiąca. Można mieć nawe, silne, nieuchronnie zbliżające do pawia, wrażenie przeniesienia choroby morskiej z wody na ląd. Zresztą ląd tyż niebzyt suchy.

Nie ma to jak zacinające deszcze!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i 2013…

„Właściwie to nie tak, że nie mieli nic do roboty… wiecie jak to jest, niby dzień wolny, poleniuchować by można, niewolnictwo pogonić, kogoś do lizania stóp przysposobić, ale nie. Nie w tym miejscu i nie w tym, jakże specyficznym czasie. Nie na Tej Wyspie! Bo oto nastał i był, ten jedyny pierwszy dzionek, ot osesek 2013. A to oznaczało wiele: poniżenie, ubaw, psychiczne i fizyczne nękanie, oraz wszelaką, kompletnie bezpodstawną i żałosną rozrywkę!

Czas więc wstać i grzeszyć więcej!!!

Zresztą on sam się dopraszał. Świat istniał już od tak dawna… TAK DAWNA, a jednak on wciąż to robił. Wciąż pojawiał się świtem – tym razem wersja mokre ciacho z nader lgnącą wilgocią włoszką, oraz ogólnym wietrznym zamętem. Miał na sobie jakieś pelerynki, woale i szale, jakieś tam cuda nader może kiedyś wida, obecnie przezroczyste i cmokająco słucha, haleczki i togi, może i pończoszki, właściwie przez zaparowane okienko Kuchni Chatki Wiedźmy, nie do końca można było stwierdzić co zacz dokładnie miał na sobie tym razem. Zresztą nie oszukujmy się, lepiło się i był to raczej pokaz mokrego podkoszulka, niż jakieś wietrznie opływowe romantyczne jednwabne uniesienia. Ale cóż, robił to. Nie bacząc na rzucane – kiepsko może i celnie, ale jednak – przez Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki pomidorki z Hiszpanii i ziemniaki z KopcaZakopca i nader silnie nadpsute, krwawiące karotenem marchewki ze Starej Poszewki. On tańczył. A dokładniej zdaniem Ojeblika, małej uciętej główki, miał jakiś atak. Może i wylew, bo lewa strona jakoś tak mu się pociągała.

Kompletnie nie bacząc na problem braku fonii, w rytmie pykających popkornowych groszków, ekipa lekko moknącego Sklepiku z Niepotrzebnymi, gapiła się na owo błazeństwo.

– I mówisz, że on się jej chce przypodobać? Ale dlaczego? Dlaczego tak i dlaczego jednak JEJ? –

Nikt nie odpowiadał na te pytania, ale pytania kotłowały się w każdej z głów. A dokładnie gdzie to tam na nie miejsce miał. Nie dyskryminujmy tych bezgłowych! Nieładnie by chyba było, co nie? Tym bardziej, że on naprawdę się starał. Młodziutkie ciało się gięło i wyginało, podrygiwało i potrząsało. Jako, że młode i jędrne, nie oklapywało, ale raczej jędrnie ocierało się o przestrzeń… czasem było w końcu samo. Dopiero po rozmiękłym gumowcu, który wirując minął jego twarz o milimetry, zaginając jednocześnie przestrzeń, chyba doszedł do jakiegoś wniosku. A może to dlatego, że Wiedźmie Wronie kończyła się amunicja, a na obiad miały być pyrki?

Nie wiadomo, ale nagle jedwabie, aksamity, koronki i hafty, szyfony, oraz co tam jeszcze może i metr bawełenki, no opadły… i męskość Nowego Roku 2013 stanęła w pełnym pełnego krasie, przyrodzeniu. Znaczy ten jeden rok poszedł na całość. I był na pewno męski. Pan Tealight zakrył oczy Ojeblikowi, a raczej taki miał zamiar, ale niestety jego szara eminencja została drapieżnie i łapczywie usunięta, przez drapieżnie śliniące się Wiedżmy z Pieca, Miotłę, Wygódkę… znaczy się żeńską część obserwujących. Czasoprzestrzeń sama wygięła się tak silnie i nieprzewidywalnie, że wszystko było możliwe przy takim stanie rzeczy… a on NIM kręcił. Machał i kółeczka tworzył, a i trójkąciki, no i pyrki wygotowywał… a one tylko patrzyły.

Nikt nie zauważył jedynego, schludnie i przewidywalnie ekshibicjonistycznie znającego się na TAKIEJ rzeczy Chochela, chochlika pisarskiego, który siedział w kącie pod stołem, i trzęsąc się niemiłosiernie, starając się jednocześnie wydłubać sobie z głowy oczy, oraz te wszelkie inne elementy widzące, kołysząc się niczym kobra na boki, jęczał muzycznie na znaną wielu nutę…

– I mawiali, że gdzieś istnieje,
że istnieje takie pole…

Moglibyście myśleć, że tym razem się udało. Że nie znosząca zmian Wiedźma Wrona dała się przekonać zadziwiającemu spektaklowi, w końcu była babą… no miejscami. Ale jednak ona tylko chrząknęła, uśmiechnęła się pod nosem i musnęła palcami wiszący na szyi wishingujący, srebrny szałwiowy listek…

I świat zaczerpnął powietrza i już tak pozostał.

Na długo…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Skrzydła gniewu” – drugi tom cyklu C. S. Friedman. Fascynujący!!!

Powieść się rozrasta, a dokładniej, to jakby ustalona kula świata puchła gdzieś od środka, prowadząc całkiem nieprzewidującego tego czytelnika, w mroczne i jątrzące zakamarki przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Odkrywa tajemnice, robi miejsce na nowe, intryguje i nęci, by potem z hukiem i kompoletnie bezczelnie odebrać nam bohatera, którego zdążyliśmy pokochać.

Takie fantasy wielbię!!!

I wielkie wiatery męczą moją cudowną Wyspę i deszcze zacinają… i tak sobie myślę, że gdyby to wszystko zamrozić, oj piękna zima by była… ale się nie da. Oj takie Snestormy by się wzajemnie ze sobą zabawiały, takie piękności mroźnie by czarowały, takie śnieżne czapy składały na ciemnych gałęziach, łkających w tym deszczowym zacięciu. I po co mi tyle wody, no po co?

Zawilgnę i skrzypieć jeszcze zacznę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Bal tylko dla Bogów…

„Pomimo przeprowadzki, wciąż migającej statusem „w toku”, coroczny Wielki Bal Wyspy, czyli oględnie mówiąć wybitnie snobistyczna imprezka lizusowska pod tytułem: Bal tylko dla Bogów, musiał się odbyć! Tym razem za scenę nowych sojuszy, kłótni, machlojek, gier żywym inwentarzem i obgadywaniem każdego z każdym, miało robić wciąż malowniczo zaorane Horyzontalne Pole mieszczące się tuż przed Seniorem Windmillem.

Tajemnica, terroryzująco-zaczepna połowica Windmilla, łaskawie zezwoliła na takie zbeszczeszczenie, koronowanymi w końcu głowami, jej przestrzeni osobistej. Zresztą nie oszukujmy się, dostała nie tylko catering, ale i koncesję na ambrozję i nektary wszelako procentowe. Była ustawiona! Na wszelki wypadek Wiedźmy z Pieca przekupiły ją dodatkowo specyfikiem toczonym przez Korniki Wnętrzne. Serio, to lepiej nie wiedzieć na czym to wszystko polega i nie pytać o skład, oraz domagać się wyjaśnień, dlaczego pachnie TAK, a nie INACZEJ, jednakowoż tych bardziej dociekliwych zapraszamy, promcja!!!

Naprawdę działa!!!

Bogowie zjawili się licznie i podług starszeństwa. Aczkolwiek z powodu pewnycb zawirowań czasoprzestrzeni, nie wszyscy na dokładny czas. Pan Tealight podejrzewał, że zwyczajnie chcieli ją wkurzyć. Nie znosiła dwóch dni w roku. Pierwszym był Dzień Matki, z wiadomych powodów. Któż nie znał historii o Złej Królowej, ale drugim był Sylwester. Nie wiadomo było do końca dlaczego? Czy to wyłącznie z powodu swojej niechęci do ogólnej radosności, dużych spędów i zgromadzeń, przymusu odziania się w miarę po babsku, a może zwyczajowej niechęci do samego Sylwestra… może coś nabroił kiedyś? W końcu zdenerwować Wiedźmę Wronę nie było trudno!

Ale jednak wszystkim było wiadomo, że Rok co roku miał jej to za złe, przez wszystkie pozostałe dni!

Bogowie jednak nie czekali chyba na nikogo. Od razu zabrali się za ostre partowanie! Wyłączenie świata na ową chwilę wymagało od nich wiele siły i samozaparcia, oraz parcia na szkło, najlepiej dmuchane. Wykorzystywali tą drobinkę wakacji na full! Choć te dziwne spojrzenia, tu i tam rzucone trzecie oko – niektóre wylądowały w martini Trolla spod Mosu, tego zakochanego w Havfrue Morskiej, co to wiecie nigdy do końca nie mogli, bo ona słona, on słodki i alkoholowy… bynajmniej, po imprezie będzie szukanie gałek, młotków, piorunów i innych boskich atrybutów. Naprawdę bawili się na całego! Ale jednak owe spojrzenia, te chichoty… Ojeblik, mała ucięta główka, dziś boska jak i chochlik pisarski  Chochel, lansujący się w nowych, odprasowanych i chyba skórzanych gaciach Chowańca – podejrzewali najgorsze.

I Najgorsze poczuło sie zaproszone na bal!

„Gods just wanna have fun!!!
Ołooooo!!! Just wanna have fun!!!”

– Tatuś?!!! – Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki jak zwykle spojawiła się na balu oczekiwana, ale nie zapowiedziana. I tym razem trafiła na czas… bez pantofelka i w marnej dyńce w formie taczki, ale jednak!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie robię podsumowań. Co dziwaczne dla wielu, nawet nie mam pojęcia gdzie znaleźć jakieś statystyki… ja czytam i piszę, bo muszę, bo inaczej się nie da, bo tak żyję, tym oddycham i się karmię; więc nie powiem Wam ile stron, książek, czy rolek papieru toaletowego – a tak mam taki opisany – w 2012 roku przeczytałam.

Powiem za to, że czytać będę dalej. I nadal nie będę liczyć… bo nie widzę w tym sensu. Z nikim nie konkuruję, chyba, że z samą sobą, a jest w końcu nas trzy w jednej ludzie-wiedźmie. Nikomu nie muszę niczego udowadniać… bo jestem wolna i jakoś taka mimo ciągłej ewolucji dokończona. I też wiecie, no całkiem możliwe, że jestem za stara i wychowana w czasach, gdy inteligencji i oczytania nie opisywały cholerne statystyki… ale najczęściej rozmowy, czyny i te strasznie szybko postępujące wady wzroku!


Z cyklu przeczytane: „Trafny wybór” – czysta droga nie przez jedną mękę, ale przez ich wiele. I nie, nie porównuję tego „dzieła” z innymi Autorki. Nie spoglądam na nią przez pryzmat Pottera.

Raczej przez dzieła innych, piszących o angielskiej prowincji. Jak Jan Karon, czy nawet dalej stąpając w pomroczności duszy ludzkiej, sama Agatha Christie. Rowling wydaje się być w tym tomie nie dość, że nudna, przerażająca opisami, które nic nie wnoszą poza rzutem ochłapów, to jeszcze jadem syczącą, pragnącą naturalistycznie, a nawet obscenicznie odgrywać Voldemorta! Za wszelką cenę chce przedstawić świat prawdziwy i brzydki, bo w jej mniemaniu to współczesność – może to nowość dla Pani, ale my wiemy, że on taki jest! Nie trzeba nam przypominać! A próba odcięcia się od magiczności – grzecznie mówiąc kiepska. Takie powieści już były… BUUUUU, nuda!!!

I słowo do wydawcy – „skucha zezulce”!!! Tłumaczenie przerażająco straszne i brak korekty zupełny!!! Pomijam subtelny fakt recenzji co to sie zrodziły na długi czas nim książka była dostępna… seriously? tosz nawet szczotek nie było!!! Bardzo brzydacka kampania reklamowa!

A tańczcie sobie Bogowie, bawcie się… w końcu czas upływa, ludzie wierzą mniej, lub co gorsza budują nowych Bogów, co to z chęcią zajmą Wasze miejsce… więc bawcie się ile wlezie i po dziurki we wszelakich otworach!

Ave Wiedźma Wrona!!!

Ave JA!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Zaginiona Noga…

„Zlecenie-jęczenie dopadło Ojeblika, małą uciętą główkę, gdy ta toczyła się podskakując radośnie cmentarną alejką w Gudhjem. Lubili ją tutaj. Wprowadzała uroczy zamęt i wszelakie barwności, gdy gubiła zamotane w długie włosy ozdoby o dość specyficznej definicji zdobienia. Gdy tak piskliwie i radośnie obijała się o nagrobne stelle i torturowała kwiatki. Gdy podskakując bawiła się z rosnącymi dookoła wierzbami i osobliwie pomysłowo straszyła bardziej składnych, i pełnych w wymiarze, ludzi, wyskakując na nich zza cmentarnego murka i krzycząc rozpaczliwie i żałośnie, jednocześnie jodłując: Oderwałam ci się!!!

No i mała, ucięta główka, była nad podziw pomocna. Nie dość, że zębami wyciągała drażniące wrażliwe trupie powierzchnie chwasty, to jeszcze pluła na tych, co zapomnieli o zmarłych… ot na zlecenie. Bo mogła. Śpiewała też bardzo nieskładnie, a i za płaczkę robiła za dodatkową opłatą w muszelkach. Ale jednak tym razem zlecenie ją zszokowało. Napłynęło z góry. Z ponad kamieni i pni, z rozświetlonego zimowym, ostrym słońcem nieba. Ze splątanych, nagich gałęzi… od buta.

Pan SzykBut Lewy prosił tylko o nogę… a dokładnie o stopę lewą, żeby nie było, nie był łapczywy i chciwy. Tą samą, która tak bezczelnie go porzuciła. Początkowo zaoferowało się kilku świeższych cmentarnych gości, ale nie dość, że większość ciałopalna, to na dodatek but pragnął wyłącznie swojej nogi. Chciał zemsty. Tchnął nią z podeszwy i cholewki, wrzał spomiędzy dziurek na sznurowadła i syczał nimi samymi. Podskakiwał w objęciach gałęzi i wrzeszczał ze szwów i załamań. Straszył pośród nocy białą podeszwą, ćmił dzień granatowym poblaskiem. Pragnął ziemi. Podłoża, które mógłby ugniatać i nogi, której mógłby skopać dupę… za to, że tak okrutnie go porzuciła. Oddała na pastwę wiatrów i deszczów, słońca i mrozów. Że ptaki srały mu pod nosek, a dwie dżdżownice chrapały donośnie w zagłębieniu pięty.

Choć ostatnio marzyła się mu i główka, na którą mógłby spaść nagle… niespodziewanie wpasować się w wymyślną koafiurę i zdeptać umysłowość. Sznurowadłami zacisnąć się na łatwo łamliwej szyjce, końcami wbić boleśnie w oczy, nie podejrzewające istoty ożywionej w bucie…

Może i Ojeblik nie podzielała jego woli zemsty, nie do końca rozumiała jak człowiek może żyć bez nogi i jak jedna może porzucić drugą, choć jej zdaniem bez głowy żyć się da, w końcu głowa to wiadomo, byt istotnie niepowtarzalny… Czuła się jednak zleceniem odrobinę zaniepokojona, a nawet lekko zdenerwowana, wkurzona, wpieniona, poirytowanie wybuchowa insynuacją, że jeżeli ona żyje bez ludzia, to niby i inni mogą. Przecież była jedyna taka! I nie kolekcjonowała części ciała innych ludzi, no przynajmniej nie ona. I jakoś nie wydawało się jej, że taka sobie noga lewa mogłaby krążyć po świecie. No sami pomyślcie, bez sensu…

Nie, pewne rzeczy są aż nazbyt dziwaczne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Szewc z Lichtenrade” – bardzo fajna antologia; co ja mówię, nawet bardzo, bardzo, bardzo fajna! Pilipiuk ponownie budzi swoich ulubionych bohaterów, których znamy, aczkolwiek zwykle nie do końca, i pakuje ich w przygody. Przemyca nie tylko bogactwo historycznych perełek, ale też intrygujące osobowości, historie i troszkę tzw. mądrości, coby dopełnić tomu.

Zaskakująco warto! Dla ptaszków, magii, gawędy… dla owego subtelnego uroku tego, co nazywamy przeszłością.

I dla naprawdę dobrych opowiadań!

A oto i nasz bohater, Pan SzykBut Lewy. Osobnik podstępnie, okrutnie porzucony, oddany na pastwę żywiołów, złożony w ofierze, nadmiernie dyndający i wypatrujący głowy, której mógłby w czerep przydzwonić. Ot tak, by zrobić sobie samemu lepiej, ale i uwolnić się niczym dojrzałe jabłuszko… ino lekko jadące gumą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Ciemność…

„Właściwie, choć mogła wszystko, była wolna i tak dalej, to jednak tego jej nie było wolno… no dobrze, było to raczej niewskazane z powodów genetycznych, biologicznych i ogólnie dziwacznych innych, zwykle pomijanych – przerażających! Znaczy inni się ich bali, a ona o tym nie myślała, chuyba? Nawet jej znaczy nie wolno było i tyle, ot basta, amen! Ale wiecie, z wiedźmami tak już jest, że gdy tylko powie się NIE… one od razu wsadzą w owo NIE swój duży nochal. Ogólnie oględnie mówiąc, to dlaczego akurat zmysł powonienia był tak widoczny u wiedźm?

Zastanawiał się ktoś? Zrobił badania, pomiary, wydolność organu? Może magia zapachem się kręci?

No mniejsza…

Nie wolno jej było tam chodzić, więc to zwyczajnie i raczej przewidująco chyba, zrobiła i to w sam Jul. Pomijając fakt kompletnie niemożliwego i totalnie filuternie mission impossible, to było miło, tylko ciemno i mokro. I grunt lekko ruchawy. I duchy ociekające. Ale ona lubiła ciemno i ociekanie. To ciemno, które nie było miękkie i ciepłe jak skórka z nagle, drapieżnie i oczywiście świeżo pozbawionej serca zwierzyny, ale jak mrocznie coś ostrego, coś drążącego zmysły i drapiącego strupki. Więc też coś obstrukcyjnie przyjemnego, zakazanego i grzesznego. Ale ona lubiła to, co grzeszne. No i zakazane, dlatego chyba spacerowała właśnie tam. Spacerowała z zamkniętymi oczami, gdzie nie tykał jej wiatr, ten dziwny, ten zbyt ciepły, ten mącący dusze i gdzie nie padał deszcz, co odmówił bycia śniegiem… i nagle się potknęła.

Ot wypadek.

No każdemu mogło się zdarzyć, znaczy każdemu na tyle niezdarnemu i ślepemu i szalonemu, by spacerować akurat po morskim dnie. Się kotwicy jej zachciało. I kamyczków po ćmoku!!! Ale jednak wypadeczek. No przypadek, ot się zdarzyło. Przecież nie rozmyślnie. No gdzież tam! Bez planu, bez jakiejkolwiek bezmyślnej przemyślności… no potknęła się. Zahaczyła nogą.

Prawą, więc jakby co, lewa kryta!

No nagle prawa została w tyle, lewa szarpnęła, ból rozdarł Wiedźmę Wronę Pożartą na pół, na dodatek na kompletnie nierówne połowy, potknęła się… niby wydawało się, że nic się nie stało, że prawa wraca do lewej, że coś ciągnie, ale potem owo coś puściło. I zapadła cisza w podmorskiej ciszy.

I rozległo się donośne UPS.

Ten Jul został nazwany Czarnymi Świętami. W odróżnieniu od tych, kiedy to Wiedźmie Wronie się zaklęcie śnieżne omsknęło i nadmiernie obsypało… Światło odeszło, Wiatry objęły władzę i odmówiły kręcenia prądu! A znajomi nie chcieli pożyczyć! Spisek!!! Wam mówię spisek, ktoś nogę Wiedźmy Wrony wziął i zerwał morski kabelek… przeraźliwie podstępnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Trucizna” – naprawdę pełne zaskoczenie. W znaczeniu, że nie jest źle!!! Jest inaczej, Wędrowycz dorósł… aczkolwiek pozostał do końca, każdego końca, sobą!!!

Ubawiłam się. Oj pewno, że to nie jest ten Jakub W., ale też jest to wciąż ten sam Jakub. Świat dookoła mu się zmienia, ale on wciąż daje radę. Zmaga się z każdym dziadostwem, co to się zalęgnie i ulęgnie. Nasz bohater przeszedł lekki lifting, w pewnym sensie dojrzał, jak niezły samogonik, ale też to wciąż on!

Podobało mi się miejscami!

Śpiewają i życzą sobie białych świąt, ale nie, przecież Wyspa nie może być aż tak przewidywalna… więc wyłączyli nam w sam JUL światło. Dokładnie, to awaria serio wprost z morza, ale przecież wiatr wiał, prąd się robił, dlaczego więc nie? Dlaczego nie przełączyć się na nasze procenty świetlno-cieplne?

Podejrzewam spisek!!! Spisek polegający na wymuszeniu na ludziach Wyspy stosunków bliższych, zbliżających wzajemnie poprzez płomienie świec i wiecie tam, w zakamarkach plączące się straszliwe, straszące BUUU cienie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Obowiązki…

„Tym razem Chochel, chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej wyglądał naprawdę żałośnie. Miał na sobie lekko tylko trzymającą się wątków poszewkę w barwie niezbyt smacznej brązowatości i nadmiernie nowe, czerwone gacie z Mikołajem i reniferami… a jego mina roztrzaskiwała serca na drobne i nie wypłacała ni reszty ni odszkodowań! W oczach czaiła się mu litość, robiąc dziwaczne miny i machając jęzorem. Za plecami migotały skrzydełka, zakoszone na Samhain dwa lata temu Przerośniętej Wróżce Szczebruszce… a wargi, znaczy te od twarzy, drżały. Po policzkach, zdobionych różem z posypką lukrową w formie mysich bobków, płynęły słone strumienie… grudy tortowych kreacji toczyły się w dół drogi.

Pan Tealight go nie oczekiwał. Właściwie wszyscy przygotowywali sie do przeprowadzki, więc poza zestawem samych Prawych Pomocnych Dłoni, nikogo nie oczekiwano. Ale jednak on przyszedł. I toczył te czekoladowe łzy.

I był upierdliwie dołujący.

Trzeba było coś z tym zrobić. Dlatego Pan Tealight zawinął się w pelerynę, rzucił Ojeblikowi, małej uciętej główce, czapkę z jadowitymi frędzlami. Zabrał ze sobą kawał liny, mocnej i niebieskiej, dwa sekatory, maść na odciski, pudełko bombek oraz worek zeszłorocznego anielego włosia, co się ostało po Zbuntowanych Aniołach. I tak wyposażeni w trójkę poszli wykupić Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, którą znowu, chyba szósty raz w tym tygodniu, w czapę śnieżną wsadziły choinki za nadmierne obmacywanie i zachowania iglaście seksualne…

… niektóre uzależnienia były niepokonane!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Śnieg padał noc całą, budzę się i co… zniknął!!! Bezczelność. Podejrzani to banda Czekoladowych Mikołajów – część widocznie nadżuta od strony czapeczki! Widziałam te ich sreberka malowane w dziwaczne twarze i dziarane trupimi czaszkami.

Widziałam Was Mondzioły!!!

Brak śniegu mnie dołuje… to takie niegrzeczne nagusieć tutaj w postaci kory, gałęzi i dziwnie porzuconych, nadmiernie zbrązowiałych liści, bez okrywki i posypki. I jeszcze ta kosmicznie zielona trawa? Serio? Czuję się taka oszukana!!! Ale za to w nocy tańczyłam w płatkach i kulkach, zimnych macankach i poszturchiwankach zawsze zakończonych topnieniem…

Mhmmmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Koniec Świata…

„Koniec Świata był chudym, dziwnie obcisłym i pozbawionym łagodnych płaszczyn, zmaltretowanym, niskim i dziwnie fizycznie pokręconym mężczyzną, o rzadkiej brodzie i nierówno rozprowadzonych grudach żółtawego żelu na silnej łysinie. Co najmniej dwa machy i nie będzie ni włoska, ale na razie grunt to trzymać połysk… Przede wszystkim był jednak znerwicowany i cierpiał na chroniczne bóle w lędźwiach, z powodu ciągłego wywoływania do odpowiedzi… Ktoś mu kiedyś powiedział, że jego czas nadejdzie tylko raz, ale się mylił.

Narodził się wraz z Początkiem, bliźniaczą siostrą, strasznie upierdliwą i zadufaną w sobie. Obnoszącą się ze swoim dokonaniem, tą całą kreacją, przemianami, pomysłami i dokonaniami… czuł się przytłoczony od dnia, w którym Matka, Wielka Kosmiczna Zupa, wypchnęła ich ze swego łona. Bo on miał tylko jeden pomysł, a dokładnie wiele pomysłów na jeden czas. Problem w tym, że Początek nie zamierzała go dopuścić do głosy, ale też przebiegle i umyślnie, by potwierdzić swoją najwyższą pozycję, oraz mydlić oczy opinii publicznej sortującej jej życie rodzinne, od czasu do czasu łechtała jego zasuszoną, zakurzoną, zasnutą pajęczynami wolę tworzenia. I pozwalała wysunąć kawałek nosa, by potem boleśnie mu go utrzeć tarką o małych oczkach. Od dawna jako zakładników trzymała w swoim pałacu Trzech Jeźdzców Apokalipsy – miniaturowawe wieczne pudelki Końca Świata, więc i tak było wiadomo, że nic z tego, a jednak… zawsze dawał się nabrać na te jej siostrzane obietnice.

Chciał żeby Matka była z niego dumna, znaczy z niego też…

To dlatego Pan Tealight zaprosił go tym razem oficjalnie na Yule, no szkoda mu było tej galopującej łysinki. Ot takie święta w wiedźmowym stylu, w pełni wolności braku krzesł, stołów i obowiązku objadania się, w przestrzeni świata i czasu, bez reguł i z prezentami… w końcu od przyszłego roku Sklepik z Niepotrzebnymi przeprowadzał się do nowego domu! A Koniec Świata mieszkał w Księżycowym Kokonie w Niewidzialnej Zatęchłej Piwnicy, gdziekolwiek Sklepik przebywał. Cóż, z powodu zaproszenia kutego w kamieniu, stylizowanym na kalendarz pewnych Majów zbyt wielu wydawało się, że są zaproszeni, ale co tam…

Trzeba było czytać dokładnie, a nie tylko zakładać, że jesteście tacy ważni!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zabójcy bażantów” – powieść straszna, brutalna, okropna i odzierająca ze wszelkich złudzeń krainę zwaną… Danią.

Jussi Adler-Olsen to pisarz cholernie niewygodny! Dziwię się, że jeszcze nikt go nie uciszył. Naprawdę. Mimo wszelakiej wolności panującej w Danii, on wciąż naciąga owe utrzymujące go w stanie pisarskim sprężyny i męczy, wyciąga sekrety, mota, opowiada się za tym, co strasznie niewygodne. Porusza tematy, których większość unika stosując tzw. poprawność polityczną.

I jest świetny.

Dobitny, prawdziwy, wprost naturalistycznie brutalny. Ten tom ponownie porusza kamienie zwane: wolność, równość, rasizm, przyjaźń, odpowiedzialność… i wiele innych. A wszystko zaczyna się wiele lat temu, gdy grupa uprzywilejnowanych dzieci zamotana zostaje w sprawę pewnego morderstwa. Teraz, jako władający światem nie chcą by pewne sprawy wyszły na jaw. Ale czy w rzeczywistości chodzi tylko o tę, pozornie rozązaną sprawę, a może za nią kryją się inne sekrety? I kim jest dziwna żebraczka? Kto ukrywa się w stertach cuchnących szmat?

Kto tak naprawdę jest ofiarą, a kto złem wcielonym…

Merry Jule dla mnie!!! Wiedzieliście, że wiedźmy posiadają jedyną w świecie umiejętność rozciągania tzw. świąt zimowych w czasie i przestrzeni? Czyli ja w osobie własnej trójosobowej, ciągnę od 1 do 21 grudnia, co najmniej!

Najlepszego!!! Pluszowym i innym gatunkom też, a co! Oby napadł na Was Duch Świąt i by nie skopał Wam zbytnio tyłeczków i innych części ciała! I oby nie był to ten od Dickensa!

Straszny jest na serio!!!

Wyspa życzy wszystkim, by zaczęli naprawdę czuć, widzieć, słyszeć… żyć. Tak w pełni wolności, którą każdy tak naprawdę posiada. Choć niektórzy będą musieli nieco ją odgruzować, ale warto!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Dymna…

„Bała się.

Tak po prostu, zwyczajnie i nad podziw normalnie. Wyrażała obawy trzęsąc się panicznie, rozrzucając litery, całe zdania, a nawet i strony. Zamykając mocno oczy wierzyła, że nie widziane oznacza nie istniejące… Ale też nie zostawiała wszystkiego na ostatnią chwilę. Nie czekała. Dmuchała na zimne i choć tykała żar, dobrze wiedziała, że parzy się, bo podobają jej się blizny.

Ale z Wyspą było inaczej. Ten związek wymagał ochrony…

To był pierwszy raz. Pan Tealight i Chowaniec zanieśli to co chciała na Plażę Dusz, a Chochel ten jeden, jedyny raz, miał na sobie więcej niż jedną część garderoby. Zabrała ze sobą wspomnienia i siły, marzenia i intuicyjne drżączki. Nie zauważyła nawet Ojeblika, małej, uciętej główki przystrojonej w ostatnie dzikie jagody i jabłuszka… ociężale toczącej się i nie umykającej przed falami. Ktoś będzie się musiał wysuszyć. To była jej pierwsza Yule Eve w Gudhjem i nie chciała widzieć nikogo poza Wyspą. Nikogo poza kamieniami i ziemią, piaskiem i korzeniami… konarami i drzewami, splątanymi w uściskach zakazanych uczuć krzakach i trawach. Nikogo poza domami i mostami, drogami i ścieżkami. Nikogo poza szałwiowym dymem. Tylko w tej postaci, dziwnie poszarzałej, lekko niebieskawej, lotnej, ale i skupionej wokół jakiejś dziwnej komórki, przetrząsała i macała Wyspę u jej atomowych podstaw. U tych najmniejszych i najbardziej dowcipnych, umykających naukowcom, wywalających jęzory i chichrających się po kątach załamanych płaszczyzn nieznanych Wszechświatów; tych nieistotnym dla niezbyt wysokich, co mimo to nosili głowy w chmurach. Niemożliwych do pojęcia dla zwolenników chwiejnych morskich fal, zbyt ociekających podróżowaniem. Bzdurnych dla budujących kościoły z piasku i pozwalających im osuwać się w odmęty religijności. Zbędnych dla tych, którzy patrzyli tylko w przeszłość i tych, którzy zapominali o przyszłości… a teraźniejszość, cóż, miała i tak niewielu zwolenników.

Jako Dymna Wiedźma, wciskała się wszędzie i poznawała każdy sekret, aczkolwiek niekoniecznie z własnej, nieprzymuszonej woli… w końcu zachowania seksualne sąsiadów nie zawsze są intrygujące, a podglądactwo nie leżało w gesti ślepej Wrony. Ważne było to, czego mogło dotknąć, a to też zmieniało podglądactwo w coś bardziej niebezpiecznego. Higiena!!!

Widziała mackami lotności wszelki ból i wszelkie niebezpieczeństwo. Zatapiała niechciane i wyciągała upragnione. Łatała dziury i odgruzowywała zatory. Budziła zaspanych i usypiała tych, którzy burzyli się przeciwko przymusowemu odpoczynkowi… nuciła nawet kołysanki, choć to naprawdę przerażało. Nuciła tym pod kurhanami. Tym, których nikt nie chciał obudzić…

… jeszcze.

I bała się, że czegoś może nie dopatrzyć, o czymś może zapomnieć. I drżała. Łaskocząc Wyspę od totalnych podstaw!

… a Wyspa się śmiała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie podoba mi się to, w jaki sposób media, a i pewne jednostki trudne do określenia jako zbliżone do ludzkich, zarażają wszystkich strachem.

I po co? Czy nie lepiej rozśmieszać… albo choć nie rozrzucać na wszystkich swoich własnych smutków?

I robić prezenty!!! Kocham robić prezenty i przyznaję, że kocham je dostawać… i kompletnie, totalnie i niezbyt pruderyjnie jestem niecierpliwa!

Bo i na co czekać?

Czekanie jest przereklamowane… a przynajmniej w niektórych sprawach. Po prostu wszystko jest takie nieprzewidywalne. Trzeba być szczęśliwie radosnym teraz, a przynajmniej próbować i jakoś tam umieszczać swoją własną gburowatość i granicach nie bolących innych… Bo nie warto być kimś innym, kimś dziwacznie wymyślonym przez kogoś innego, kimś, w kim się ani nie mieścimy, ani nam nie pasuje, koszmarnie uwiera w granicach genitaliów, a na dodatek dziwnie pachnie!

Zwyczajnie nie warto! Nie warto czekać na koniec świata. On tak naprawdę ma nas serdecznie gdzieś.

… jeżeli będzie chciał zrobić se jakieś fajerwerki, to zrobi takie, jakie będzie miał w kieszeniach!

Bo tak naprawdę jak nie miała początku, bo była zawsze, Wyspa nie ma końca. Radośnie niewielka, a jednocześnie potężnie ogromna zmienia postrzeganie odległości tych, którzy zdecydują się na jej klasztorne mury.

I o to chodzi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz