Pan Tealight i Galiony…

„Stały na progu nazbyt zachęcająco, prostodusznie rozwartych drzwi. Choć nie, nie stały, one raczej się prezentowały, niczym na wybiegu dla nazbyt wybujałych, nietuzinkowych dam. Poddane wiatrom, które zdają się bawić ich skromnymi szatami, włosami, załamaniami… Bujne, kuliste, krągłe i widocznie określone w swojej seksualności. Ktoś mógłby wyszeptać: ot zwykłe, pacykowane drewniaki… i wyszeptał ten ktoś i oberwał drewnianym lokiem, i choć miał rację, to jednak była w nich moc, niezaprzeczalna, szeptana. Moc zdolna prowadzić przez morza i oceany, kłaniać się falom, dzielnie trzymać dziób, by zaraz wypłynąć na powierzchnię, wygrywając za każdym razem… Były przecież tak bosko niezatapialne. W większości blondynki, mimo braków elementów dolnozwisających, dziwnie powalały urodą. Odbierały dech i tłumaczyły tajemnice morskich otchłani.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki ogólnie, permanentnie i doprawdy kamiennie, nie lubiła bab.

Niezależnie od sposobu ich rzezania, rozmiaru, koloru, kształtów, barw wojennych, ale i nadmiaru plastycznej chirurgii, tudzież i szpachli, ubrań, fryzur, toreb i butów, stóp i dłoni… Nie, nie chodziło o ową jej niepewność seksualną, ową lękliwą kobiecość, która przecież musiała tam gdzieś w niej siedzieć, co nie? No, zwyczajnie nie wiedziała jak z nimi postępować. Wiedziała doskonale jak przytulić drzewo, by pięknie szumiało, jak ucałować kamień, by zabłyszczał oszukańczym blaskiem, jak ścisnąć kotka, co się sam przypałętał, by kiełbaska we flaku zaskakiwała aromatem… wiedziała. Ale jak być babą? Nie wiedziała. Dlatego się bała. Dlatego zdziwiona, z brwiami niezmiernie zobligowanymi, by znaleźć wyższe czoło, gapiła się na owe drewniane, cycate bujnie, bardziej od niej kobiece baby na progu swojej Chatki. Na te złocenia, loki… oj kompleks włosów!!! oj!!! na owe suknie zapraszająco rozwarte na elementach bliźniaczej kobiecości, na owe oczy wyraziście podkreślone, ale i na owe kornikowe kółeczka… oj tu cię mam. Na te lekko nadgniłe, dawno już nie macane morską bryzą ciała. Na owe niechciane, niepotrzebne, nie wzbudzające emocji w świecie, w którym baba na morzu już nie była przekleństwem, a i same żaglowce odrzuciły owe osobiste boginie powodzenia, na rzecz ogólnie pojętej nudy i braku wyrazistości.

Ech! Życie!

I co zrobić z elementem, nazbyt dowcipnie wtapiąjącym się w słowa: Captain’s log? Co zrobić z misternymi rzeźbami, z owymi mniej kobiecymi maszkarami, które na morzu były wszystkim, a na lądzie tylko wzbudzały odruch wymiotny? Co zrobić z reliktami świata, któy już nie powróci? Z wyobraźnią, która powołała je do życia, a teraz zwyczajnie się na nie wypięła? Przecież nie mogą tak tutaj stać? Zlecą się robale i ciszy nie będzie wcale! Ale gdyby znaleźć im miejsce, jakiś park, w którym mieszkają drewnożerne robale gustujące w dobrze dojrzałym papu? Nie, no nazbyt to niegrzeczne, chociaż?

Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała, że nie może tak zwyczajnie spuścić ich w klopie. Nie zmieszczą się! No i jakby nie patrzeć, może ktoś da się przekonać, że owe DZIEŁA SZTUKI są przydatne w miejsce innych krasnali ogrodowych? Wynajmij sobie laskę na godziny?

Nazbyt dosłowne!

Panienki do towarzystwa? Może i nieruchawe, ale przecież zawsze, w dobrym oświetleniu… łuczywo oraz krzesiwo w zestawie. Ech! I to akurat w dzień, gdy naprawdę było okej, by postawić w ogródku gigantyczne ognisko i w spódniczkach ze skoszonej trawy tańczyć dookoła, pobrzękując stanikami z kokosa. Sct. Hans objął w swoją władzę Wyspę. Ta naprawdę nie miała chyba nic przeciwko zabawie, a jednak w powietrzu wyczuwało sie napięcie. Dziwne napięcie. Jakby wahanie, a może tylko lekką obrazę. Foch? Tudzież tylko próbę wyłudzenia kolejnych prezentów?

Co zrobić z Pannami Galionami? Przemalować, przemianować, przeinaczyć? A może zwyczajnie wypuścić w morze, niech sobie radzi, jego one w końcu!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Piratika 1” – opowieść morska… choć wcale się na taką początkowo nie zapowiadała. Ot młoda dama zamknięta w poprawnej, angielskiej szkole nagle uświadamia sobie, że zapomniała. Zapomniała swoje dzieciństwo, matkę, odrzuciła prawdę tylko dlatego, że jej świat się zawalił… i teraz, nagle, z przejmującym bólem uderzenia wszystko powraca. Ale czy młoda kobieta, już nie dziecko, jest w stanie przywołać dawne czasy.

Znowu być piratem?

Wolną, oblaną blaskiem chwały legendarnej matki? I co właściwie jest prawdą? Czy jej życie to tylko teatr? Masa pytań, a powieść całkiem niezła. Zgrabna, nieprzewidywalna, taka JAKAŚ. Bohaterka odważna, bezkomrpomisowa, a świat na pół nasz i nie nasz… naprawdę nieźle się czyta!

„Piratika 2” – tom drugi opowieści o córce Piratiki Art. Tom trochę inny, bo i nasi bohaterowie dorośli, a dokładniej nagle stali się dorośli… choć może nie do końca? Jednak po przygodach, po wielkim ułaskawieniu, ślubie i całej tej otoczce spokojności i wyuzdanej poprawności politycznej, zdaje się pełzać robal niecierpliwości i drapać i smerać i gilgać. Oj tak, naszej bohaterce marzy się powrót na morze i nie oszukujmy się, dopnie swego, tym bardziej, że ma tam kilka nierozwiązanych spraw… tylko, co z miłością?

Barwna i wciągającą, znowu powalająca skocznym językiem, opowieść o pasji. O życiu, którego nie da się wtłoczyć w owe bolesne klatki… i o skarbach, bo przecież dlaczego nie? W końcu pirat skarby mieć musi!

Nie umiem się bawić, gdy nagle nadchodzi czas zabawy. No wiecie te wszelkie święta, sylwestry i inne cyrki nakazane przez Świątobliwy Niewymierny Kalendarz. Czuję presję, zapieram się racicami, ogon mi chlaszcze… no nie czuję tego roka! Nie czuję się w nastroju! A może mi się zwyczajnie nie chce? Może mam luki w wyposażeniu DNA w miejscach odpowiadających za czystą rozrywkę… no nie wiem. Może tylko za tą nader grupową? Może? Bo przecież zabawić się umiem? A może jednak kurna nie? Może owe moje „rozrywki”, to tylko natręctwowe szaleństwo, może…

… o żesz w cholerę z tym, nie tańczę wtedy, gdy gra muzyka! Ja tańczę, gdy mi w duszy gra to, czego inni nie słyszą… no schiza psychol no!

Tak mnie naszło, bo w końcu Noc Świętojańska, Sct. Hans jak nie wiem co. Lud nad grillami przypala sobie brwi, rzęsy i ogólnie wszelkie owłosienie zanika przerażone perspektywą krematorium. Niech im będzie, mi jakoś nie do skakania. Skakałam, gdy czułam, że mnie nosi. Dupsko moczyłam w mrożonych falach pierwszej letniej nocy… obraziło się na mnie za to i teraz nader smętnie zwisa mi tam, gdzie zwykle zwisa, ale wyraziście smętniej. Ale wiecie, obrażone! Żeby nie było. Obwarowało się plakatami: Molestują! Uwlonić Dupę! Pośladek tyż człowiek! Nie wiem, czy nie zacznie się domagać praw jakowyś, może prawa do głosu, ot emancypację wyprowadzi…

… ech! Pewno nie rozumie, że połączeniśmy forever! Musi z tym żyć, a ja z nim i bawić mi się na ciepło nie chce!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Galiony… została wyłączona

Pan Tealight i Koń…

„Ktoś robił Wiedźmę Wronę Pożartą w konia.

Chociaż zdawałoby się, owym logicznym bardziej niemożebnie, iż podkucie pazurów jest niemożliwe, to uświadomiła sobie ów fakt przemiany, gdy zaczęło ją wkurzająco swędzieć za… kopytem. Jej krótkie dotąd włosy, dość marnej jakości, nagle nabrały wściekłego, karego połysku, grzywa się jej wzburzyła odmawiając posłuszeństwa, poddana wiatrom, a cieniutkie warkoczyki zakończone chwostami i dzwoneczkami, skutecznie zaczęły rozpraszać ów cały magiczny szajs. Gdy zaczęła obdarzać nadmierną atencją marchewkę i to od owej zielonej naci strony, zaczęła się zastanawiać… mocniej niż zwykle, nad ową potęgą ludzkiej myśli, ową obrzydliwą insynuacją.

Nad owym zapewnieniem, w które tak dziwacznie, po starodawnemu, w imię: zrobiłam, więc jest pewne… wierzyła i innym, bogata w swoje nadmierne w rozmiarze natręctwa i nagminności, dziwactwa i nerwowości, nie biorąc kompletnie poprawki na współczesny tok rozumowania: komputer mi się zepsuł, mejl nie dotarł, nie bywam na Facebooku… To znaczy, nie jest to prawda?

Prawda?

Nigdy?

Ot naśmiewali się ludzie z łatwości chłostania Wiedźmy Wrony Pożartej wymówkami. Dobrze im z tym było, wierzyła. Naiwna taka… tosz przecież ino wiedźma, żadna tam wróżka jasnowidzka! Nosz się nie domyśli, a nawet jeżeli, zawsze można odwrócić kota ogonem. A odwrócony ogonem kot to dziwny widok. Nad podziw niesmaczny, estetyczny w prostocie przekroju podłużnego, a jednak nie do końca kot. Straszący otworem, w którym nie jeden pierścień uległby zutylizowaniu, podniesiony ogon, niczym bicz chłostający niewiernych… choć gdyby wywrócić go na drugą stronę, byłoby ciekawiej może? Tak współcześnie artystycznie w owym świecie gloryfikującym brzydotę?

Może i robią w konia, kurde, ale ja się ujeździć nie dam! Pomyślała Wiedźma Wrona i pokłusowała przez pola, bez derki, bez siodła, z tym metalowym czymś w ustach, co wciąż przeszkadzało, bez jeźdzca, ale z dziwnym przeciążeniem. Stępa pod Wiatrakiem, poprzez rzeczkę, mijając zdziwionych turystów gdakających do swoich telefonów, wzywających pomocy, Bosz Mój Jeżu Najkolusieńszy u bram Stajenki, na który Boska Stopa nadepnęła i wrzasku narobiła… przecież Jeźdzcy Apokalipsy nie powinni się rozdzielać nigdy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Gdański depozyt” – zaskakująco liryczny, pięknie napisany i powalający owym językowym smaczkiem, tymi słowami z epoki. Tymi damami w pończochach, owymi kostkami wzburzajacymi męskie pragnienia… no i tak, jak najbardziej jest tutaj i owa kryminalna intryga, ale mnie najbardziej ujął rys epoki!!! Oddany bajecznie! Wysmakowany w szczegółach najmniejszych. Owe postacie, jakby żywcem wyrwane z przeszłości… ten przedwojenny Gdańsk, poprawność w zarządzaniu uczuciami, owe stopniowania ważności… honor, Bóg, Ojczyzna? Sama intryga, słaba, ale cała reszta ach!

… to naprawdę się czyta pięknie!

„Triumf” – autora przedstawiać chyba nie trzeba, Sharpa podobnież. Ot, większość twierdzi, że typowe męskie czytanie… a mnie urzekło. Oj wiem wojna, bitwy, armaty, rozpisane kolejności dziobania w armii… miał człowiek w szkołach belki, ale niczego nie pamięta… a jednak kręci. Może to przez język, ową subtelną nieposłuszność głównego bohatera, może przez opis postaci, jakże rozmaitych, jednych honorowych, innych zwyczajnie podgarniających tylko do swojego gniazda… a może to jednak Cornwell, który do czegokolwiek się nie zabierze, zawsze pięknie pisze?

Nie wiem, ale warto. Panowie i Panie! Ot ważna lektura, historyczna opowieść, a tyle w niej człowieka!

Żar się leje z nieba, a i ziemia zdaje się buzować oparami nadmiernej ciepłoty. Wyspa roztapia się, delikatnie wpasowując w siebie kolejne ślady. Owych turystów, co to tylko chcieli pojeździć na rowerach, owych biegaczay i kłapaczy i nader letnim obuwiu. Te szczeniaki zabrane na pierwszą w życiu wyprawę i dzieci, nadmiernie znudzone, gdy tylko lekko podrosną.

Świat poddaje się Latu. Wściekły wiatr targa włosami, ponownie pragnąć Vidal Sassoon tym razem 2013. Namioty rozkwitają, niby nazbyt wiele skrywajace tajemnic rosiczki… a ponad tym wznosi się czysta pieśń, której jeszcze nikt nie narzucił ni słów ni rytmów. Sezon w pełni! Kto tym razem spali plecki, a kto nazbyt wyraziście zaszaleje… obaczym Wyspo? Obaczym!

Najważniejsze, że w końcu można rzucić się w owe otchłanie morskie. Lekko skołowane temperaturą utopce tym razem może nie pociągną w głębiny, spragnione ludzkiego towarzystwa. Ot nic z tego, iż owo towarzystwo puchnie z czasem, że kiepsko wygląda… nic nie poprawia humoru tak jak turyścizna z wodorostami. Taka na rozgrzanych kamieniach sprawiona, albo lepiej, wędzona nad nadmiernymi, rozbuchanymi wymaganiami przyjezdnych.

My lubimy Wyspę taką, jaką jest, to zwykłe uzależnienie Panie Turysto! No dobra, niech ci będzie… fanatyzm! A teraz bądź grzeczny i racz podać tamten zestaw noży, Tubylce tyż mieć do jedzenia coś muszą!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koń… została wyłączona

Pan Tealight i Anons…

„Coś dziwnego działo się z ludźmi naprawdę, do końca i namacalnie wyraziście poznającymi Wiedźmę Wronę Pożartą. Gdy w końcu udało się im ją przekonać, zanęcić, podejść, okłamać i przerazić, by wyszła spod stołu, wyłupała się z grubej skorupy, odkryła z bandaży, wyplątała z sieci, otworzyła wszystkie drzwi, rozplątała łańcuchy, oddała kłódki, taśmę klejącą i materiały wybuchowe, by przestała syczeć… by pokazała się w zakrytej co prawda częściowo, ale jednakowoż jak na nią ekshibicjonistycznej, formie… Gdy po długim okresie czasu, mierzonym dla wszystkich w erach i eonach, wiekach, przesuwających się płytach tektonicznych i naznaczonym milionami skamielin, stykali się z nią. Gdy w końcu ona na nich spoglądała i doprawdy się otwierała, szarpiąc zamek błyskawiczny, zestaw rzepów i trzaskając dookoła drewnianymi guziczkami… gdy rozpościerała skrzydła, rozdzierała ciało i prezentowała nieśmiało wnętrzności, łącznie z nerkami, brakiem wyrostka oraz innych elementów, nadmiarem w okolicach wątroby – ach te lata studenckie – i wszelkie zagmatwane w malownicze kolonie, składowane gdzieś w okolicach płuc, przetrwalniki cholery, śledzionką piszczonką, owym dziwnym nienazwanym i zaskakującym barwną wypustką Czymś Dziwnym, potem sercem, dziwnie spłaszczonym i jelitami…

Oni… Znikali.

Tak jakoś pomiędzy słowami: tak sobie ciebie wyobrażałem, a: ale ty jesteś całkiem inna… Najpierw tracili kolory, potem zamazywały się im kształty… by w końcu zwyczajnie zniknąć. Na amen z hosanną i allelują! Zaraz po nowennie, nie czekając ni na deser ni nawet nie wąchając aromatu głównego dania, po prostu, bezczelnie, nie żegnając się, nie zostawiając po sobie ni pyłku ni zapachu – choć to może akurat in plus! Znikali! Jak reklama preparatu na odchudzanie, w którym gruba dama zmienia się w apetyczną kościaną zabawkę dla szczeniaczka. Niczym nadzieja na to wszystko, co ci obiecali w dzieciństwie… jak fakt, że możesz być każdym, a nagle wcale nie jesteś w stanie hodować szponów jak wolverine!

Znikali…

Dlatego w prasie lokalnej pojawił się anons:
Wiedźma pozna człowieka,
który nie ucieka.
Który się wronm kłania,
ale ich nie dogania.

Co nie krzyczy orety!
Gdy bić trzeba kotlety.
Niezależnie od wagi,
nie wymagam odwagi,
na nic mi twe błękitne oczy,
chyba, że deszcz nas zaskoczy.
Na nic mi zewnęrzne wdzięki,
chyba że ku mamonie prędkiej.
Po prostu nie znikalnego,
poznam człowieka macalnego!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Triumf owiec” – czyli pełnych wełny przygód specjalnego plemienia, ciąg dalszy, znaczy tom drugi dokładnie. Przerażająca miejscami, lekko filozoficzna, mityczna nawet historia, która sprawia, że gdy człowiek po przeczytaniu styka się z tzw. dziką codziennością gromady owiec za płotem… zaczyna zbyt bardzo, zbyt wrząco myśleć. Bo przecież… jeżeli one są takie, jak opisano, a być inaczej nie może, to doprawdy należy zmienić postrzeganie owych sweterków na kopytkach.

Znowu owce, znowu morderstwo i śledztwo prowadzone przez nie same, ale przede wszystkim intrygująca pasterka, która czyta i rozumie potęgę runa. Która sama często pachnie jak owca. Dodatkowo jej mamusia – nie pachnie jak owca na szczęście, przyczepa, szafa, pastwisko, zima i inny świat. A wszystko przez śmierć i spadek, które otrzymało… no właśnie stado. Witamy we Francji! Tutaj owce z zagramanicy zmierzą się z wilkołakami, chirurgią plastyczną oraz… kozami, których nie ma. A dokładniej są, ale ich nie ma… cóż, wiecie nie każdy może być pewny, czy naprawdę jest!

„Ostatni legion” – to doprawdy klasyk powieści historycznych, spajający w sobie dwie legendy Europy. Arturiańską i umierającego Cesarstwa. To fascynująca przygoda, rys historyczny, bohaterowie jakże prawdziwi, honorowi, oraz wydarzenia, którym nie zawsze pisany jest happy end. I choć pewnych elementów się domyślicie, bo w końcu nie mogą zakończyć się inaczej… i tak pasjonuje. Ową świeżością, przygodą, porywa prostym językiem, pełnym owych fascynujących słów nęcących przeszłością, miłością i pasją tych, dla których najważniejsza była przysięga, przyjaźń i kodeks.

Ale oczywiście można czytać jako swoistą powieść fantasy, bo czemu nie… zapomnieć, że pewne elementy naprawdę zabłysły na nieboskłonie tej Ziemi.

Nazywają to małą falą upałów. Nie do końca rozumie. Fala oznacza, że przejdzie. No wiecie wespnie się na szczyt, a potem jej opadnie… ale przecież to już właściwie lato! Jakoś nie do końca rozumiem, bynajmniej w powietrzu nad Wyspą wisi sobie ciepełko. Ciepełko lekko popycha człowieka w kierunku morza, ale człowiek się wzbrania, no wzbrania owym cudownym zwyczajem nie karmienia utopców przed 21szym! Choć niektórzy mówią, że 24tym… więc może jednak wskoczyć do wody jutro? Może się skusić, bo i czemu nie? Któż mi zabroni, jeżeli intuicja w srodku Wiedźmy się wierci i krzyczy: TAK POPŁYWAJMY, PO[PŁYWAJMY, POPŁYWAJMY!!!

Aż boję się rozejrzeć, bo wydaje mi się, że dookoła w krzakach siedzą rozmaite stwory, mewy na kamieniach dziwnie na mnie patrzą, a wrony na czubkach drzew rechoczą, aż im się dzioby kołyszą… jakby robili zakłady. 10 ziaren, że wlezie, 15, że zaraz wybiegnie w fal z wrzaskiem, 25, że na pewno zapomni stroju, co znaczy, iż turyści będą mogli poznać podstarzałą nimfę szuwarkowo-bagienną w pełnej, mokropodkoszulkowej krasie… Hmmm? Może i sama powinnam na siebie postawić?

Bo przecież się nie oszukujmy, włażę do wody w najmniej odpowiednich momentach i raczej nie wtedy, gdy robią to inni… taki typ.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anons… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmologia stosowana…

„Pan Tealight zdawał sobie dokładnie sprawę z tego, że badania nad Wiedźmą Wroną Pożartą, które prowadził już od kilku dobrych lat, i które wypełniły już nadmierną ilość dziwnie smutnych i łkających bez powodu notatników… Badania wnikliwe, szokujące, wymagające od niego częstych pryszniców, oraz dodatkowej ochrony przed promieniowaniem i opadem wiedźmoaktywnym… powinny były go przygotować na coś takiego. Na ową gigantyczną zmianę, ów przewrót czerwcowy, ową mnogość przemian w niewielkiej wzrostem Wiedźmie… A jednak czuł się zaskoczony. Siedząc w wysokiej trawie, grając w chińczyka z kleszczami, odganiając się od Ojeblika, która marzyła o naprawdę dużej, kwietnej koronie i starając się nie patrzeć na podnieconego otwartym Wiatrakiem Chowańca Wiedźmy, oddychał. Czasem zwyczajnie tylko to można było zrobić, widząc znajomy tyłek wyrastający ponad zieleniejące się jeszcze nie do końca kłosy zbóż. Ponad owe maki, jakże wycinające swą czerwienią rzeczywistość z codzienności i bławatki, ze swoimi rożkowatymi płatkami. Ponad ową przeciętność, z której jej umysł był w stanie wysnuć tylko to, co nadzwyczaj niewidzialne, nienamacalne dla całej reszty potrzebnego świata.

Ponad ścinające nie tylko krew w żyłach, ale także wszelakie inne, dostępne cielesnością wydzieliny… oraz duchoplazmy, bądźmy otwarci na doznania, okrzyki dochodzące z krzaków, w które ponownie zaplątał się zestaw wiedźmowych kolczyków, uwięził ją tam ze śliniącą się radością, i za wszelką cenę postanowił odegrać wszystkie trzy tomy odcieni szarości… Oj tak, krzaki jeżyn, malin, oraz innych mutujących w kłącza czepliwe, nienazwanych roślin, zabawiały się całkiem nieźle, grupowo i nader rozmyślnie, ignorując zasady znanej natury oraz grawitacji. Widać, że końcu czytanie w przyrodzie się opłaciło, jednakowoż, kto dostarczył im literaturę? I dlaczego decydował się wyłącznie na owe, podstępnie określane jako bestsellery, tomy? Jakże okrutny potrafi być świat dla tych, którym odebrano książki?

Którym nagle życie się zatrzymało, nad spragnionym krwi urwiskiem, tęskniącym za ostatnim krzykiem, które potem można spokojnie i bez dodatkowych tantiem, powielać w kolejne, złudne echa… Gdy nagle zabrakło owego drukowanego powietrza, pokarmu dla ciała, duszy i innych, zwyczajowo krążących dookoła takich osób światów równoległych, w których postacie nagle zatrzymały się na skraju owego samego urwiska, bo po co marnować takie, jakże malownicze i użyteczne miejsce?

Doprawdy, czasem lepiej pozwolić Wiedźmie Wronie czytać, tylko i wyłącznie czytać, ot wyłączyć ją z teraźniejszości, nie popychać, nie zmuszać do znanego zwyczajowym jednostkowm życia… które serio byłby dla niej o wiele bardziej spokojne i określone… przynajmniej ma czym zająć dłonie i wyobraźnię. Inaczej, chrońcie nas Zapomniane Bóstwa i Matko Wyspo przed tym, co umysł uwolniony spod władania fikcyjnych bohaterów, jest w stanie wymyśleć?

I dlaczego owe myśli… żyją?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Smok Griaule” – jest w tej powieści coś czego nie rozumiem. W tych opowiadaniach składających się na historie religijne, przygodowe, specyficzne, przewrotne… zawsze zazębiające się o ową poczwarę, legendarną, mityczną, a może tylko złudny miraż? Smok w opowiadaniach Sheparda jest tłem, niewidzialnym sprawcą, lub zwyczajną baśnią. Nigdy nie występuje w pierwszej osobie, ale jednak widocznie wpływa na mieszkańców owej specyficznej krainy. Na ich życie, postępowanie, czy dojrzewanie. On ich zmienia, kształtuje, lub zwyczajnie jest ich częścią. Niczym bóstwo, czasem namacalne, a jednak wciąż nie do końca realne. Niczym pasja, do której wstyd się przyznać, lub wymówka…

Nie istnieje tutaj czas i wszystko jest możliwe, nie isteniej moralność, a jednak ludzie poczuwają się do podporządkowania się pewnym prawom… ot zwyczajny świat, jakich wiele, w którym gdzieś jest smok.

Na pewno zbiór nowel, które warto przeczytać, aczkolwiek nie powieść do poduszki. To raczej wielka podróż poprzez umysły, która zmusza nas do odpowiedzenia sobie na pytania dotyczące człowieczeństwa. Jego podporządkowania się religjom, czy też dziwnym prawom. Owemu braku naturalności. „Smok Griaule” to powieść, którą w pewnym momencie rzucacie w kąt, by do niej powrócić, o swędzi…

Ugina się Wyspa pod naporem turystów, tu coś jej strzeliło w granicie, tam znowu się piaskowiec osypał, tutaj pachnie dziś trochę inaczej, a tam… cóż życie. Poddająca się nie tylko naturalnej okresowości zmian w przyrodzie, owym pączkom, kwiatkowm, owockom i przemijaniu, Wyspa wkracza w okres turyścizny. Natrętnej, puszącej sie swoim obyciem w świecie POZA. A ja? A ja tylko zza przymrużonych oczu patrzę. Bo dla mnie to zwyczajna piąta pora roku, zazębiająca się o trzy zwyczajowe. Owa pora, w której dwunożni stają się materiałem, którego warto unikać i tyle. Bo się lepią. Pragną tak bardzo opowiedzieć swoje historie, wytłumaczyć tubylcom jak należy żyć, tudzież zwyczajnie marzyć o tym… że zamieszkają na Wyspie.

By potem z widoczną ulgą, ale i nowymi marzeniami, wrócić do swoich miasteczek, domków i odetchnąć z ulgą…

Oj tak… życie na Wyspie jest też realne. No dobra, może nie do końca dla mnie, dla kogoś, kto opracował okopywanie się i osłanianie, kamuflaż pierwotny do perfekcji. Dla tych odrobinę bardziej zwyczajowych człowieków. Życie, w którym nie ma gigantycznych sklepów, McDonalda, czy innego gromadnego, znajomego szajsu, tudzież możliwe, iż nie dostaniecie ulubionych gaci w swoim rozmiarze… ale za to mamy Wyspę. Cóż, nie każdy może budować rozrywkę na spędzaniu kilku godzin na przekopywaniu plaży w celu odnalezienia najfajniejszych kamyczków.

Tutaj mamy ciszę, no i wielu sobie ją ceni, może poza moim dziwacznym, wiecznie młodym sąsiadem, który upodobał sobie muzykę przenikającą ściany? Pierun go wie… raczej z tego nie wyrośnie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmologia stosowana… została wyłączona

Pan Tealight i Klaser Mordercy…

„Był raz sobie Seryjny Morderca. Ot nic specjalnego, każdy sobie przecież może mieć hobby, czyż nie? Zawsze uważał, że zajęty człowiek, to lepszy człowiek, tylko życie wypełnione pasją można uznać za naprawdę szczęśliwe… przynajmniej dla niego. Miał swój intrygujący modus i był ogólnie mówiąc operandi, choć raczej spóźniony w swoim best before. Lubił swoje ofiary, czcił je ponad wszystko. Doceniał ich cierpienie i strach, które potrafiły wyrazić na tak różne sposoby, owe wydzieliny, owe tajemnice skrywane w gorących wnętrzach, tę nadzieję, którą obrazowały tak radośnie, gdy im tłumaczył, że nie zabije, że to nie o to chodzi, że wypuści, bo przecież nie jest potworem, tylko zwykłym człowiekiem, co potknął się na skraju swojego życia o ten wybrzuszony dziwnie dywan… Zabijał przecież tylko swoim Widzimisiem, ale i tak był nadzwyczaj skuteczny. I pewien, że nigdy go nie złapią, choć sławę zachowa. Problem właściwie był jeden… nie w braku dostępności do ofiar, nie w owym wzrastającym, wymyślnym toku pomysłowości, by bronić się pieprzem, solą, nożem, a nawet dezodorantem… choć masaż taką kulką, naprawdę super sprawa! Problem był w nim, w owym specyficznym, dziwacznym, pokręconym świecie…

… który zarzucił używanie lizanych znaczków pocztowych!

Gdy zaczynał, ot to był szał. Najpierw pierwszą turę ofiar wypuścił w formie biało-czarnych wariacji na temat znanych dzieł sztuki. I malarstwo i rzeźba, tkanina i biżuteria. Wszystko sprowadzone do kilku kresek bieli na czarnej, lekko chropowatej, węglistej powierzchni, szał dla kolekcjonerów. Unikatowe komplety osiągnęły zawrotne ceny, a więksi od niego szaleńcy, albo wot niedomyślne prosiaki, zwyczajnie lizały i naklejał na kartki z wakacji to, co kiedyś było człowiekiem dopisują: Jest pięknie, szkoda, że cię tu nie ma, tęsknię Bronisława. Tudzież bardziej desperacko: Miśkę pogryzły komary, doślijcie kasy na przeszczep. O tak, te pocztówki były sławne. Potem nadszedł czas na kolorowe wariacje. Każdy ze znaczków był jedyny i niepowtarzalny, jak załoga pewnego samolotu, o którym naprawdę nikt jakoś nie pamięta… Te znaczki występowały tylko w wersji lizalnej, dostępnej na miejscu wraz z karteczką w delikatne, popielate myszki. Lizali jak szaleni. Wysyłali do kogobądź, a najczęściej do siebie, by potem radośnie pochwalić się znajomym, że oooo oni to dostają kartki od znajomych, no tacy są wielbieni, tacy sławni i kochani! No i w końcu pamiętny szał serii Ptaki Zatopionego Miasta. Cały pakiet wykupiono w ciągu kilku godzin.

To były czasy, gdy nie nadążał z robotą. Ofiary same pchały mu się w ręce. Pragnęły być elementem jego sztuki. Owymi miniaturowymi cudami, którym ząbki cierpliwie sam, ręcznie wycinał. A przynajmniej tak sobie tłumaczył ów nadmiar tworzywa. Pchali mu się do ogródka, zaczepiali go na polnej drodze, na totalnym odludziu, podwozili gdzie tylko chciał… jego twarz wzbudzała zaufanie, albo też i raziła naiwnością i prostodusznością, ale cóż twarzy się nie wybiera, chyba że ma się wujka chirurga plastycznego, wtedy jakby można…

Potem, nagle, wszystko się skończyło. To jakby zachłysnąć się flaszką czadu, zamiast bąblowanego, słodkiego napoju, na który miało się taką wielką ochotę od kilku dni. Jak czekać na przesyłkę, celebrować otwieranie pudełka, by zwyczajnie przekonać się, że przez pomyłkę dostało się zestaw wielkich gaci babci… która nie żyje od dwóch lat. Zwyczajnie zatkało go… a na poczcie pojawiły się najpierw pieczątki, potem znaczki samoprzylepne, aż w końcu ludzie całkiem zarzucili pisanie kartek, listów, a nawet pogróżek. Uwierzcie mi, trudno przepuścić zwłoki przez internet, nawet takie cieniutkie!

Dlatego musiał zrobić to, co zrobił, swój ostatni numer, popisowy pokaz, śmiertelny krzyk… którego nikt jednak nie usłyszał!

Pan Tealight przerzucał strony grubego klasera, a wokół niego unosił się dziwny zapach prawdziwego, spełnionego życia… ale nawet on już nie pamiętał, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodziło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pozaświatowcy” – czyli opowieść jakich były miliony, a co gorsza pewno i będzie jeszcze więcej. Nihil novi, zwykły quest. Chłopiec dostaje się do tajemniczego, innego świata i of course musi go uratować, bo w końcu od czego są mali chłopcy – no dobra, nie aż tacy mali. No dobra, do pomocy ma dziewczynkę, a dziewczynki potrafią być straszne i jest jeszcze zło w postaci władcy owej krainy, oraz słowo, które go zniszczy, ale które po sylabie trzeba wyrwać z rąk, dusz, tudzież innych członków dziwnych postaci. Miejscami intryguje, ale strasznie trzeba być zauroczonym, by nie domyślić się co będzie za zakrętem… choć wyobraźnia autora rzeczywiście bohaterów tworzyć, nadmiernie ekspresyjnych, potrafi!

Przez cały czas kołatało się we mnie pytanie: co wszelkie organizacje wspomagające dzieci i młodzież na ów wyzysk prowadzony przez magiczne magiczne krainy? Czy tym biednym dzieciom, co to wlezą gdzie nie trzeba, do szafy, hipopotama, czy w inny Hogwart, to nie należy się jakaś wypłata za bycie wiekuistymi bohaterami? Nosz każdemu może się przecież zdarzyć jakis portal?

Świetna opowieść na pierwszy raz, dla tych, co nie czytający…

Słonko, nieba błękit, ptaków może nie tyle śpiew, co lekkie powarkiwania na uczące się latać latorośle… fale chlupoczą, niektórzy potem też spryskują okolicę, ot raj! Ludzi się zjechało na wielkie spotkanie, cóż demokracja jak nie wiem co! Bornholm przeżywa najazd folków. Dobrze, że to tylko kilka dni, bo gdy nagle ilość ludzia się na Wyspie podwaja, no to Wyspa zdaje się zwyczajnie tego wszystkiego nie dźwigać. I się nie dziwię. Ciężkie są ludzie, topornie rzezane, niektórzy to nawet mają ostre krawędzie… i każdy oczywiście uznaje, że natura to jego własność…

… więc pokazuje natura co może, co potrafi.

A autochtoni? No cóż, sprzątają, koszą trawkę, żyją. Bo przecież coś co dla większości jest wakacjami, to dla reszty robota. I jak tu się zabawić, co? Wszyscy się bawią, a ty jesteś w domu, co oznacza ni mniej ni więcej codzienność…

… ale żeby nie było, czas na ogniska nadchodzi. Czas, gdy na stosach płoną niechciane myśli i przetrawione, zbolałe marzenia. Czas na oczyszczenie i imprezki pod gołym niebem, w owe jasne noce, nadchodzi, nawet dla tubylców!!! Ktoś chętny na bycie kukłą na Sct. Hansową nockę? Podgrzewane, główne miejsce w jedynej loży, już czeka!!! A dokładniej pnie się w górę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Klaser Mordercy… została wyłączona

Pan Tealight i Patelnia Wiedźmy…

„Domy posiadały patelnie, podobnie jak kraje schrony przeciwatomowe. Ot bo trzeba, na wypadek wszelaki, bo przecież nigdy nic nie wiadomo, a i wystroje wnętrz tak się zmieniają, że warto czymś zabłysnąć… Ale ta, której dotykać mogła wyłącznie Wiedźma Wrona Pożarta była nadzwyczajna. Wielka, ogromna, potężna, ale i lśniąca. Dopasowana do dziwnie niewielkiej dłoni, choć nadpobudliwie też rwąca się do pracy. Zadaniowa taka, lekko może i pracoholiczka, ale kto by tam narzekał? Masywna i wzbudzajaca podziw…

Niczym jedyna właściwa nagroda dla Mistrza Kuchni Totalnej Okupacji. Stworzona przez firmę „Natenczas Wojski” ta patelnia miała tylko jedno zadanie. Nie smażyć, nie odmawiać przywierania, nie być lekką, tańczącą baletnicą podrzucającą racuchy i naleśniki, nie tą, co nie ochlapie, obleje, opryska… Miała uderzać celnie i boleśnie. Nie wyślizgować się z pożądającej jej mocy dłoni. Dlatego obito ją srebrem i złotem, kamyczkami, których krawędzie nigdy nie miały się stępić, wypustkami, złudnie masującymi i wgłębieniami łaknącymi wypełnienia, platyną miejscami sztukowano, granulkami pierwiastków zdolnych krwawić wzajemnie z ofiarą, mozaikami z najpiękniejszych marmurów, bo lans też miał znaczenie… albo raczej uniknięcie pozwów o komplikacje po spotkaniu Wiedźmy Wrony? Mało to teraz istotne. Inkrustowana cierniami z miliona koron, ściśle dopasowanymi, ćwiekami, które rozpromieniały boleść po krańce człowieczeństwa i wydobywały skowyt z obiektu, bliższy zwierzęcemu, niż czemuś na kształt humanodia… Ale Patelnia Wojskiego miała też dźwięk, no bo czymże innym mogłaby się szczycić taka firma… to po to była ta platyna, owe czepliwe włoski roznoszące wibracje, owa drewniana, smukła rączka, inkrustowana nożami z epoki przed epokami. Owa idealność koła, ta wysoko, sztywno postawiona otoczka, lekko pochyła, podkręcająca cios, owe ryty na powierzchni i w głębiach niewidocznych nawet alienim okiem…

… gdy uderzała, Patelnia Wojskiego grała.

Grała pieśń o wyzwoleniu sił i mocy, o wielkich guzach i barwnych śliwkach, o łamiących gnaty machnięciach i zerwanych ścięgnach, co to biegły, pracowały, by zmusić ciało do ucieczki. Nic z tego, Patelnią można było też rzucić i lepiej niż mot Thora, wracała zawsze cała i zdrowa. Nakarmiona krwią i krzykiem. Radosna ową celnością wyrażonych wrażeń. Zmasakrowaną głupotą. Grała „Odę do owej chwili”, gdy zwyczajnie chwytasz co masz pod ręką i uderzasz, bo przecież inczej nie można. Bo się zwyczajnie już nie da żyć i pomijać i uśmiechać i wymijać i czekać i kiwać głową… tosz nawet głowa się urwie! A jednego Ojeblika na świecie starcza!

… a każdy musi komuś czasem zwyczajnie, po ludzku i naprawdę prosto od serca, no przypierdolić!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Czarne południe” – to siódmy tom sagi o Soplu/Śliskim. Problem z nią taki, że szóstego jakoś za nic dostać nie mogę! Ale nic to, przecież wiem o co chodzi, no przynajmniej miejscami, a jak nie wiem, to sobie dopowiem… Zresztą toż to znajomy mroźny świat i grupka pacanów, co sobie umyślili nad nim panować i tajemnice i bohaterowie… nowe problemy.

Tak, mam nowy problem. Cała seria zmieniła się w cholerną grę. Quest z questem questem pogania. Tu pociagnij tego za brodę, powie ci to, a tamtemu daj tamto, dostaniesz coś zupełnie ci niepotrzebnego. Jakoś tak chyba się temat wyczerpał Panie Autorze. A szkoda, bo lubię Sopla i Przygranicze! Tak mi tam dziwnie domowo! Oj, ja to muszę mieć specyficzne postrzegania domowości.

Czasem serio się zastanawiam dlaczego w dzisiejszych czasach nie można komuś przyłożyć. Znaczy wiecie, cieleśnie. Dzieci się już nie piorą, bo to wiadomo takie nieludzkie!!! no i rodzic od razu pozew do sądu i można oberwać. Kiedyś przyłożyło się w mordę i byłą cisza. Przykładajacy odczuwał satysfakcję, bo i wcelował, a i uszło z niego napięcie, niczym kupa po tygodniu zaparcia… a pobity głaskany był przez dostępną kobietę. Świat był jakiś taki bardziej zrozumiały…

… dziś nawet jak baba chłopu przywali, to on się idzie poskarżyć. Oj sirjesli? Dokąd ten świat zmierza?

Na Wyspie ludzie swoją natarczywą, szczególnie jak cieplej się zrobi, turystom odbija, no napiętość ową postępującą w zwojach, wywalają na kosiarkach. Rżną tę biedną trawkę, ze stokrotek i mleczyków krew tryska… albo podchodzą do spraw namacalnie, pierwotnie, jakowo drzewiej wiecie, bywało. Ile to razy się biją, leją, piorą, naparzają… no właśnie, wiecie, że częściej policja rozdziela baby? Jest coś fascynującego w tej kobiecej złości. Oj to rwanie za kłaki, okładanie małymi piąstkami, wydrapywanie oczu… nosz czysta poezja. Atawistyczny szał!!!

Milusio!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Patelnia Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i NieWiedźmy Męskości…

„Popiskiwały w krzakach przy polnej dróżce, biedne, porzucone, jakże zbędne w tym świecie, mało modne takie zbyt old-fashioned Męskości. Nikt się nimi nie zajmuje, nie podniesie, nie utuli, aj nikt nie popieści, nie muska, nie trze, nie doprowadza do wrzącej potęgi czystego szaleństwa, nie pozwala uwolnić pasji… Popiskują wypuszczone na wolność Męskości, te, co to uciekły z niewoli człowieka i graniczących z nadmiernym okrucieństwem, przyciasnych slipków ze sztucznych smrodliwców, potliwych, zrzędliwie swędzących… materiałów, którym bliżej do pracowni chemicznej, niż zwykłego odzienia… Duszą się tam, zmiażdżone, w klatkach hodowane… Nic w tym ekologicznego, nic w tym wspaniałego, ot molestowanie, męczenie zwierzątka!

Wypuszczone na wolność Erekcje Męskości jakoś tak od razu wyrywają się z dotychczas zwykłej codzienności, bez łez opuszczają swoich dotąd doczepionych nekromantów, zombie podążających za cudzymi wzorcami, owych wstrętnych macaczy, dziwnie głuchych na wszelkie aluzje pomocników w egzystencji… przyszytych do owych organów, od których wymaga się tak wiele. Tych zadziornie zawsze stojących na baczność, twardych. Wyprostowanych! Tych co to jeszcze nie wiedzą, jak z czasem trudno głowę nosić wysoko! Jak trudno…

Krzycząc swymi otworami oddechowymi, nucąc: Stayin alive, I am free, catch me if you can!!! Biegną Męskości przez pola i lasy, potykają się o powalone drzewa, zaplątują w krzaki… Są gołe takie, choć owłosione, tuptając szybciutko jajeczkami, na wpół tocząc się, podskakując, w końcu mogą robić co chcą!!! Nikt im nie narzuci już gumowej zbroi, nikt nie powie jak się mają zachowywać, nikt o poranku na ową zadziorną ich baczność nie zarzuci kotarki milczenia!!! Biegną Męskości wyrwane z gentycznie uwarunkowanej niewoli. Świat jednak dziwny jest. Mało miękki, taki drapliwy. Czasem zdarzy się, że nawet ktoś nadepnie. Jeszcze pikuś jak tylko traktorową podeszwą masażyk zafunduje, ale jak ze szpilki dociśnie, pomiędzy szpary w płytach chodnikowych wciśnie, krew wydusi, życiowe soki zmiażdży… Nic nie zostaje z Męskości. Nawet wspomnienie, ni pominka nie postawią. Nic więc dziwnego, że wyrwane na wolność, zachłyśnięte ową świeżością w powietrzu, ową wilgocią morskich fal, na których mogą się unosić, bawić się ze ślimakami i domy wynajmowac skręcone… wolą się schować. Przeczekać. Może deszcz jakiś spadnie, może zmyje kurz ze skórki nadmiernej, napręży codzienność, łatwiej się będzie wspiąć na te ściany, może znaleźć jakieś miejsce by przeczekać, w kącie jakimś może, w zapomnianej szparce?

Ale są też owe Męskości w wersji dzikiej. Co to wyrywają się i od razu wiedzą czego chcą. Wiedząc gdzie iść, co zrobić z wolnością, zerwaną uprzeżą i zrzuconymi kajdanami. Nie biegają jak połamane, nie potykają się, nie krzyczą, nie piskają, nie pytają i nie proszą o nic nikogo, one nie chowają się po krzakach. Aplikują sobie od razu grzybkowe wywary i w otchłaniach leśnych czekają, tam, gdzie zwabione pustką, ale też ciężkością pęcherza turystki zmierzają, co to Tojtojek boją się panicznie. Gdzie obniżają wdzięki, muskają pośladki trawami… i atakują!

Jednak te jęczące, owe dziwnie przymilne, niczym łyse kotki, zagubine w mleczach i bławatkach, w łanach żółtych rzepakowych pól, błękitów fal, te stroniące od człowieka, ale przecież z drugiej strony tak dziwnie samotne… co z nimi zrobić? Któż Męskości przygarnie? Owe na wakacjach porzucone zwierzaczki. Ot te, co się ich pragnęło, ale jednak za nic wychować nie mogły faceta?

Kto przygarnie niechciane Męskości?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Czarne sny” – czyli znowu zimno… Znowu świat dziwny, pełen magii, pełen potworów człekokształtnych i inno kształtnych. I oczywiście Śliski, znaczy Sopel, wraca ponownie tam, gdzie go poznaliśmy. Koniec z życiem po drugiej, cieplejszej stronie mocy. Oj nie. Coś się przebudza w facecie. Coś go pociąga w przeszłość, a co gorsza, rodzą się w nim nowe umiejętności, nowe moce kotłują się pod wygoloną głową. I nowi wrogowie stają na drodze!!!

Powieść może nie tak dobra jak poprzednie cztery. Może nie aż tak powalająca, bo układ jej prosty, tylko dojście do celu dziwnie poskręcane. A cała reszta, cóż, rozwija się! Układy po tej stronie zmieniły się. Nagle odmieńcy atakują, a nowa siła w postaci Gospodarza, może pomieszać szyki nawet Soplowi.

Czysta rosyjska fantastyka. Brutalna, męska, a jednak intrygująca!!! Jakaś taka inna. Bardziej naturalna, taka, co to nie pozwoli spojrzeć po staremu na Dziadka Mroza i zaspy śniegu!

Tak wiem, oj te erekecje, oj owe męskości… Na Wyspie publicznie seksu uprawiać nie można, zresztą nie oszukujmy się czasem człek myśli, że serio te męskości są w zaniku! Bo jakoś tak facet, to już nie brzmi dumnie. Czy są jeszcze mężczyźni w pojęciu honorów i sił witalnych? Bo ja tam nie wiem czy nawet nadzieję jeszcze mieć można na to… I w ogóle, to jacy mają być ci mężczyźni? Wielcy pakowani, czy wprost przeciwnie, w lansie najnowszym, chudziuńkie wypłoszki, nóżki zapałki…

… czyż nawet męskość to przemijająca moda?

Jak tak dalej będzie, to Szwecja nakaże nie tylko sikanie na siedząco wszystkim, ale jeszcze zrobi z nas wszystkich pierniczone Keny! Albo odwrotnie? A ja se nie dam męskości przyczepić! Bo co wolno wojewodzie, to wiecie, ot Wiedźmie nie przystoi zwyczajnie!!! Mieć powinna swojego Męskościa Wiedźma i tyle. Miło by było, gdyby taki był odczepialny, no wiecie, ot do użytku bez tego przyrośniętego do niego człowieka, ale ten człowiek też świetny, no niech juz zostanie, jak już trzeba, no jak już musi, no przecież Chowańca Wiedźma mieć musi!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i NieWiedźmy Męskości… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Malowana…

„Wielu zdaje się, że świat jest otwartą księgą. Tak bardzo otwartą i nagminnie, ekspresyjnie, natarczywie wdzierającą się w naszą codzienność – jakby kiedyś obcą być mogła, że właściwie nic nie zostało do odkrycia. Nie warto, więc nawet z niej wstawać, nawet na drugi bok się obracać. Wielu uznaje, iż nie dość, że pożarli wszelkie rozumy za płodowych dni, co nie wpłynęło dobrze na ich obecną kondycję fizyczną i zaburzyło naturalną perystaltykę jelit, ale przede wszystkim też unieruchomiło ich w mało rozwijających codziennościach, to jeszcze na dodatek narodzili się doprawdy jako wcielenie, reinkarnacja najczystsza Upierdliwego Wszystkowiedzącego… więc sami wiecie, rozumiecie.

Codzienność dla wielu składa się z dnia i nocy i rzeczy, oraz spraw, na które można pojęczeć i opowiedzieć mało tym zainteresowanym, jak ową bytność na padole słodkich łez ulepszyć. Nawet podglądać już się nikomu nie chce, bo też i po co? Goła sąsiadka w oknie łazienki nie wymaga już teleskopu, lornetki i noktowizora, a rozmowy za ścianą szklanki czy stetoskopa… ot przecież i tak każdy zrobi zdjęcie i wklei w internet. Taki to ten świat odkryty teraz.

Nic nie zaskakuje.

Nic nie wzrusza.

Nic nie przejmuje.

Wszystko wiem, widziałem i czułem… ale oczywiście kolejna tragedią za Wielką Wodą to taki wstrząśnięty jestem. Bo przecież współczujący jestem, ot grosik do puszeczki, oj wymodlę zbawienia… zapomnę.

A za zielonym płotem, za krzaków kupą i rozwrzeszczaną głodnymi młodymi wronami Czereśnią Strażniczką… w pożałowania godnej, aczkolwiek skomplikowanej, rozłożonej pozie na kanwach Wiedźma Wrona Pożarta obraza kładzie. Bo i obraz to niezwyczajny. Nie tam jakieś płotno, nie bawełniany otoczek, czy lniane giezełko. Na sosnowy kwadrat desek człowiek nałożony, wybebeszony ekologicznie, z użyciem każdego szczątka, z tego dzwonki będą na przykład, nawietrzne takie, krągłe symbolicznie… suszy się. Włoski z niego ogolone, do wyłożenia gniazd jak znalazł, wnętrzności na Jul czerwienią zbryzgane, z kosteczek się potem amuleciki dla turystów zrobi, ogniem się znaki wypali, powie się, że ot takie toto na poczet przyszłego zagubienia się w przemyślanej ekspansji religijnej innych, wiecie ta tam ochronka. Ciuszki akurat na kukłę na Sct. Hansa będą. Nic się nie zmarnuje, wot i ekologia. A skóra z takiego przybysza ładna. Biała jeszcze, słońcem nie skalana, a i nadmiernym wysiłkiem fizycznym widać też nie. Trafił się jakiś bogatszy. Widać, że kremami pielęgnowana, wot chyba przepłacił w przyszłość spoglądając optymistycznie, ale merci za troskę! Nic to, wszystko ma swój cel, nieprawdaż. Aczkolwiek nie zawsze obiekt z celu może być zadowolony. I ducha się uwiąże do obrazu, zawsze to zabezpieczenie, coby ze ściany nie spadł, lepliwy taki bardziej, do tynku przywiera i łoskotu się boi narobić. Miły człowiek był…

Skóra napięta, możnaby rzec, że w sprawie wiecznej młodości wygrał, no ni zmarszczki! Teraz tylko pędzel i zebrać te jego wspomnienia, marzenia, przeżycia, teraz już niczego nie istotne i nasadzić na wierzch. Niech popatrzą, no niech poczują! Namacalne będą mieli całe życie. Wszystkie pomyłki, wtopy i wpadki. Wszelkie potknięcia i zawieruchy. Ale i te wesołe chwile, których tak nie pamiętał za życia. Te przemiłe, dobre, jakże barwnie ewoluujące… które zmiażdżył.

Dobry to obraz, ludzki taki. Na zwykłej codziennej skórze, co za życia służyła trzymaniu tego, co w środku i wyglądaniu odpowiednio, arcydzieło w końcu się narodzić może. Idealne i przejmujące każdy oddech, co mu na drodze stanie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Ucho od śledzia w śmietanie” – właściwie to fajnie żyć na prowincji. W posiadłości, domu, w którym zamieszkać by mogło kilka wiosek, a tamtą galerię spokojnie można by przerobić na tor saneczkowy, albo nie, na lodowisko! I tak nieużywane. Tylko, że nagle pojawia się Cyganka i kolejne dziwne sprawy dorosłych wychodzą na światło nocne i dzienne. A wszystkimi pokieruje jak zwykle Flawia de Luce i zestaw specyfików z tablicy Mendelejewa.

Powieść jak zwykle zaskakująca, przenikliwa. Autor umiejętnie prowadzi swoją gwiazdę, z jednej strony rażąc ją nieprzeciętnym intelektem, z drugiej, wciąż pozwalając jej być TYLKO dziewczynką, która pewnych rzeczy nie rozumie. I nie zrozumie, dopóki nie dorośnie…

„Tych cieni oczy znieść nie mogą” – ostatni tom opowieści o rodzie de Luce. O trzech dziewczętach, ojcu, zaginionej matce i społeczności, która w dziwny sposób, wraz z ekipą filmową, zmieści się w posiadłości… Nie oszukujcie się, oczywiście, że wydarzy się smaczne morderstwo. No jakże by inaczej! Tylko kogo i jak ubiją tym razem? I czy czasem nie naszą ukochaną bohaterkę? W końcu ta to dopiero potrafi na odcisk nadepnąć!

Na razie szykujcie się na Boże Narodzenie, które nie przewiduje choinki, za to eksmisję w przyszłości, ogólną ruinę i może ze dwa sluby oraz narodziny… choć może i nie? Któż to może wiedzieć. Humor na pewno będzie obecny!

Ludzie jakby przestali być bardzo ciekawscy. W ogóle nudna jakaś ta turyścizna, a może jeszcze zwyczajnie nie pora na ową bardziej rozgarniętą? Bo czasem to aż się chce robić za owo zwierzątko w zoologu dla niektórych, a czasem… cóż, ma się takich turystów na jakich się zasługuje, czy co?

Tacy jakoś mało barwni ci turyści, jakoś mało zaskakujący, zadziwiający, fascynujący. Ot może i cały świat na zewnątrz obecnie taki przewidywalny? Może zdziczenie w osobowości postępuje w ludzkości? Może się już zwyczajnie i nikomu nie chce być sobą? Biorą tylko te gotowe szablony i wpychają swoje niepasujące ciałka. Tu przystrzyc, tam znowu się podwiąże, tu podłuży, tam przytnie, tu zgrubnie, tu schudnie, a tutaj dowali się z jakiegoś implancika…

Strach wyjść na zewnątrz, Wam powiem. Bo te jednako wyglądające roboty mogą przecież zaatakować. Na pewno mają guzik jakiś, wspólną, przeraźliwie jednomyślną oną świadomość… EXTERMINATE!!! Exterminate, exterminate… A Doktora ni widu ni słychu. Tardis dawno już zwolnił się z zajmowanego stanowiska i zmienił w starego walonka z kożuszkiem.

Onuce included!!!

Choć nie na zmianę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Malowana… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma po sąsiedzku…

„Właściwie pewne niepokorne serca, te co to wiele krzyczą, ale zawsze uciekają, jak trza uzgodnić które dobrowolnie i z zaszczytami ma iść na ofiare… to uważają, że Wiedźma Wrona Pożarta mieszka w dziczy. I w pewnym sensie mają rację. Ot ani tutaj infrastuktury wielkich szopów, ani skajdrapaków, ani wrzaskunów reklamowych, ale jednak są ludzie. Znaczy bywają tutaj. Niektórzy dość codziennie, nie wszyscy nader chętnie. Niekórz wracają do swoich domów dość podejrzliwie, lękliwie, dziwnie drżąc, zerkając co rusz za ramię, za plecki – wygimnastykowani tacy, czy im się tam coś nie przykleiło, czy ten rozdwojony cień, dziwnie chwiejnie pełzający po drodze, to na pewno ich własność?

Ale CZY na pewno?

No pewno, że na pewno, no tosz to Wyspa.

Jako taka z geograficznego, naukowego i rozmyślnego powodu, wyznacza dla większości ostre granice. Wiedźma akurat lubiła taką granicę, nawet wielbiła i dobrze się czuła… taka odcięta. Usz, ale problem w tym, iż bycie sobą w jej przypadku nastręczało natręctw zmuszających do podglądania innych rzeczywistości, tych wszelkich równoległych peirdół i innych fizycznie niemożliwych. Takoż więc raczej był tłok. Tłok, gdy uświadomimy sobie przeludnienie Białego Domostwa, Trolla pod mostem, zakochanego w Havfrue, Diobły i Utopce, zarazem, morskie, rzeczne i te nijako deszczowe. Skrzaty zajmujące wszelkie poziomy roślinności, oraz duchy, dusze i przemieńców, odmieńców, podmieńców… i wielomieńców, łaki i legendarne heroiny z herosami. Wróżki, zwierzynę mitologiczną, łącznie z tymi odrzutami, co to o nich nikt ogólnie nie chciał nigdy pisać… Hobbitów nie było, na razie? Był i Bulgot i wrodzona osobowość Wiedźmiej Chatki, był Chowaniec, Chochel i Ojeblik… misie i obrazy… i tak, no tak, trzeba przyznać, tosz nie ma się czego wstydzić, no byli i owi nadzwyczaj nie do końca przecież, bo to niemożliwe, ludzcy Sąsiedzi!!!

Ciekawe, czy oni zdawali sobie sprawę z jej istnienia?

Bo ona jak najbardziej z ich bytności tak. Z Rodzinnej Mafii, która na jej ulicy najmłodszego – Sąsiad Krztuszący – przymuszała do pracy fizycznej, ciężkiej i okresowo stałej. Z Cholernego Zaczarowanego Ogrodu, zaglądającego jej w okienko Kuchni, w którym Paskud Paskud Mitoman trzymał w niewoli ponoć nadmiernej urody Ostatnią Dziewicę, ale wiecie, kto by tam w to wierzył. No i była jeszcze Gruntowna Rodzinka, tak po prawej, no i Soprano Dansk, of course, że spokrewnieni, właściwie strach myśleć kto z kim nie był? Był i Wkurw Meloman, który nie dość, że jeździł ciężarówką, w którą spokojnie każdy zboczeniec, lub zwykły student w potrzebie, pakował co najmniej trzy trupy na drogę i dwa worki brudnych ciuchów, to na dodatek zawsze słuchał głośno muzyki… asz może i ciekawej, ale akustyka okolicy rzucała w Wiedźmią Chatkę ino to całe „łup łup łup”. I był jeszcze i Malarz i Nagabywacz i Para z Lodami, oraz ci nieznajomi bardzo… Byli ci, których trza kiedys odkryć i nazwać, oraz ci, bez których na pewno da się żyć…

… a ponad wszystkim krzyczało Wronię Plemie.

Może więc i była to dzicz, ale jedyna w swoim i innych rodzaju!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Badyl na katowski wór” – czyli tom drugi opowieści o Flawii de Luce. Troszkę potrwało nim dorwałam kolejny tom, asz no prawie rok, ale nic to… było warto czekać. Bo przy powieściach Bradleya się jakos tak odpoczywa. Nie no wiem, że o trupach jest i zwłokach i umieralności, ale poza tym o miasteczku, powojennym dochodzeniu do siebie, specyficznej rodzinie, oraz zmyślnych dziewczętach, z których jedna, najmłodsza chemią się para…

… para na tyle, że atomówka, prosz! Ale przede wszystkim mała jest, więc widzi wszystko, łatwo wiąże to w całość i wykrywa winnych, podpisując ich pod chemiczne wzory, fajnie gdy wybuchowe. Policja doprawdy ma z niej pożytek, co do rodziny, to wiecie, ach te znaczki! Ale poza tym oto jest Anglia małego miasteczka, zaskakująca, zadziwiająca i historycznie doprawiona!

Humor included!

Nie wiem do końca jak to jest z tym sąsiedztwem na Wyspie. Nie no pewno, umarli są jak najbardziej czuli, opiekuńczy i aż nadzwyczaj ciekawscy, ale żywi, cóż, to troszkę skomplikowane, gdy się ich zwyczajnie unika. Doprowadziłam ową umiejętność szczerzenia ząbków – w moim przeświadczeniu nadzwyczaj drapieżnie, choć inni zwą to roztkliwiającym uśmiechem – do perfekcji. Kiwania głową i umykania, w przypadku zderzenia z żywą materią…

… więc nie mi oceniać. Jedno wiem na pewno, nic nie jest pewne. Kiedyś mi mówiono, że trzeba się najpierw zapowiedzieć, wyszło, że kłamisze, do niedawana nawet jaj sobie nie można było wzajemnie użyczyć i takie tam, ale jaka jest prawda? Nie wiem. Specyfika badanej grupy, owa intrygująca wtapialność owych napływowych opętanych przez Wyspę, zakłóca wyniki badań.

Nawet gdy ich nie ma…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma po sąsiedzku… została wyłączona

Pan Tealight i Homo Pytajniusy…

„Siedzieli dookoła stołu,

przy pochyłej sośnie,

zadawali tylko jedno pytanie:

Kim będziesz, gdy dorośniesz?

Na nic były kręcenia,

na nic tam wahania,

każdy raz do roku

miał odpowiedzieć na nie.

Jedni rzucali cokolwiek,

inni przemyśliwali sprawę,

dla jednych był to obowiązek,

inni szli w zabawę.

Jedni bali się przepowiedni,

inni wzruszali ramionami,

nikt nie widział Parek,

co za sosną strzygły nożycami.

Staruszków było czterech,

obok nich ze trzy Pytie,

pod okrągłym jednak stołem

na pewno ktoś jeszcze krzyknie.

Raz w roku masz tylko powiedzieć,

kim będziesz, gdy dorośniesz,

tam przy okrągłym stole…

tam przy pochyłej sośnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „ZOO – City” – po prostu ZAJEBISTA!!! Z jednej strony, ot zwykły kryminał, z drugiej egzotyka Johannesburga, sangomy, magia naturalna, wpleciona w codzienność… i zwierzęta. Wszelakie. Zbroiłeś, dostaniesz jednego. Od razu wiadomo, że coś z tobą nie tak, gdy wisi ci u boku na przykład leniwiec. Podobno są tacy co mają tygrysy i lwy, ale czy widział ktoś słonia?

W tej powieści wiele trzeba przemyśleć, na wiele się otworzyć i co nieco wiedzieć o subtelnych połączeniach pomiędzy zwierzętami, a ludźmi. Niczego nie dostajecie na tacy, raczej trzeba wejrzeć w siebie samego, by zrozumieć… to, czego tak naprawdę nie opisano, nie opowiedziano. Ale poza tym ot śledztwo, ot kobieta obdarzona specjalnym darem i trochę inny świat. Magia jest, ale nie nagminna, ot gdzieś tam sobie istnieje… zwierzę sprowadza was do najniższego poziomu osobnika człekokształtnego, a cała reszta, cóż zawsze ma do czynienia z duszą, więc trzymajcie swoje na uwięzi. Bo podobno dusze zaczyną teraz esemesować!

Wyspa zadaje pytania bez przerwy. Nie zważając na to, czy właśnie kładziecie się do łóżka, czy wprost przeciwnie, postanowiliście, za delikatną namową kiszek, odbyć dłuższe posiedzenie w wykafelkowanym M1. Nie obchodzi jej wasze przygotowanie do egzaminów, ani czułość i celność odpowiedzi… Wyspa raczej pyta, by zwyczajnie sprawdzić specyficzną łączność!

… tak wiecie, na wszelki przypadek możliwego niestety pomniejszenia waszej wydajności sapiensowatej!

Pyta Wyspa i pyta. Zaskakuje pod prysznicem, oraz w momentach reakcji wzajemnie cielesnych. Nie ma wstydu, kompletnie, a może to wyrazista desperacja? Dla niej czas zawsze jest odpowiedni, przecież nie będzie pukać, ani umawiać się na wizytę, no nie Ona!!!

Jak nie odpowiecie, nie wiadomo co się wydarzy… może tylko spadnie wam cegła na głowę z błękitnego nieba, a może zatrzęsie się rabatka z wyżartą przez ślimaki rzodkiewką? Nie wiadomo. Czy warto ryzykować?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Homo Pytajniusy… została wyłączona