Pan Tealight i Źródło Pierwotnej Mocy…

„Bulgu bulgu bulgu… put put put, blop blop blop… pitu pitu pitu ćwirrlllll świrlll… szumu szumu szumu, plusk…

Właściwie fajne, takie zabawne dźwięki, co nie? Z drugiej strony co tam dźwięki, jak się właśnie zgubiło połowę portek z siebie i obtarło piętę. Prawą na dodatek. Strasznie i boleśnie się teraz więc krwawi i psyka na każdym zakręcie, więc co zrobić można? No co? Trzeba jakoś sobie poradzić, nie można się przecież poddać… zresztą. No przecież kto by tam potrzebował w dzisiejszych czasach Źródła Pierwotnej Mocy? Co? No kto? Ktoś się zgłasza? Oj gdzież jest ów las rąk drgających? Oj gdzie… Zresztą, przecież się nie może woda marnować. Chłodna taka i cudowna, lekko błękitna, słodka niczym nektary i ambrozje, lekko gęstawa, jakaś taka woskowa. Jakoś gdy milusio się tak po obmywanych, moczonych małych wiedźmich stópkach przelewa, to wprost to jest cudowne… magiczne może i nawet, albo ino złudne? Zwodnicze może? Aj pewno i tylko jest to magiczne, ale w tej chwili chodzi o coś innego.

O ból i jego zanikanie. O chłodek, co aż coś w dupsku rwie… co dociera do dziwnych miejsc w Wiedźmie, o których zapomniała stara sklerotyczka…

A więc siedziała Wrona Wiedźma Pożarta i moczyła girasy w owej zapomnianej świętości. Bezeceństwo i świętokradztwo. Aczkolwiek Sakrum i Profanum, co to strzec mieli czystości miejsca i dbać o obiaty wszelakie, już dawno nawiali przecież z roboty… Podobno zatrudnili się w Burger Kingu czy innym tam KFC. Uzależnieni od tłuszczy i słodzików, leczą się po godzinach na wszelakiej maści opryszczenia. Więc co w tym złego, że ktoś tu zawita, przecież nie niszczy, przecież mówi: proszę i dziękuję. Ot magia to, nic dziwnego w tym miejscu przecież, a Wiedźma i tak kocha i wyznaje wszystko… tylko, czy to bezpieczne? Poprzez chwileczki nawet jej paznokcie z odłażącym, czerwonym miczym krew z cegłówek, lakierem zyskały jakieś moce… supermany i himany, a moż nawwt i genetyczne transformacje, ale po chwili wszystko się uspokoiło. Znaczy miejmy taką nadzieję, bo jakby co, to przecież czy potrzeba nam zmian więcej? Zresztą nawet jeżeli, to przecież na niej chyba i tak znać nie będzie, co nie?

Wymoczona, wciąż stękająca, dowlokła się do tej swojej ukochanej Chatki, a za nią szły krople. Wielkie i dziwne, z odnóżami w różnych miejscach i otworami, co to zdawały się ino częściowo gębowe. Bo wiecie, tak naprawdę to źródła bywają sobie w różnych miejscach i nie zawsze woda w nich czysta, a nie stojąca, czy coś… i wiecie, czasem to nie one odmieniają, ale my je…

… nikt nie wie co lepsze…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6346 (2)

Z cyklu przeczytane: „Trupia główka” – … jedno cmentarzysko. Nie żeby nie byla w stanie, nikt tego nie powiedział, ale jednak CAŁE cmentarzysko. Do tego bardzo dziwaczny i niemiły zleceniodawca, a za tym wszystkim stara wampirczyca, brak seksu i wszelaka pamiętliwość własnej przeszłości. A i jeszcze wróżki na dokładkę, bo czemu by nie… po co się kurde ograniczać! A! Sorry, bym zapomniała, przecież jeszcze jest prastare zło ukryte gdzieś tutaj i strzeżone i ogólnie nie oszukujmy się, ale lepiej coby ono siedziało, gdzie siedzi i się nie uwolniło…

Więc to tak gwoli zarysu. Cała reszta skupia się oczywiście wokół Egzekutorki, jej dwóch facetów, chociaż wiecie chodzi ino z jednym, ale nadal zero seksu, znaczy pewno, że to nie jest łatwe, aczkolwiek… no mniejsza, chodzi o zombie. Ożywienie sporej ich ilości zdaje się być lekko problematyczne, ale Anita stawia ostatnio na wyzwania. Tylko, czy zderzenie się z nader przebiegłą, starą wampirzycą nie będzie czymś, co w końcu ją, a nawet Jean Claude’a… przerasta? Czy sobie poradzą? I czy nadal ona stoi po stronie dobra? Naciąganego, ale jednak…

Pasjonująca przygodówka grająca na emocjach. Bohaterka rozwija się, zmienia, jej moc fluktuuje, a jednak… są momenty, gdy jest tylko i wyłącznie małą dziewczynką, wspomnieniem siebie samej, własnym koszmarem, demonem. Tą samą, która stała przy matczynej trumnie. Może tak naprawdę tym, co ją hamuje, tym czym tłumaczy swoje postępowanie jest dzieciństwo? Nadmierna psychologia? Jeżeli chodzi o powieść, nie bój żaby! Tutaj jak zwykle bitwa, zombie, wilkołaki, wróżki i inni, dziwnie mało identyfikowalni. W końcu w tych książkach mity to codzienność, a baśnie… czymś wziętym z życia, tudzież porannych wiadomości.

IMG_5948 (3)

Pomału trawy się kulą. Żółkną, brązowieją, kolczaste ramionka krzaczków oblepiają jagody i znowu… znowu spod traw wyglądają kamienie. A wraz z nimi przeszłość woła. Kamienne kopuły zdają się skrywać pod sobą fantastyczne żółwie skorupy. Albo brzuchy wielce brzuchatych trolli, które seryjnie uwielbiały jeść. Po prostu siedziały i jadły, żarły i młóciły. Nic więcej nie robiły, a że wiecie jeść mogą wszystko i wszystkich, nie wybrzydzają jak co poniektórzy… no i nie wydalają. Znaczy nie tak dziwnie i śmierdliwie jak ludzie, więc to się serio opłaca. Po prostu je karmić. Tylko że kiedyś, dawno nader dawno dawno temu ktoś o tym zapomniał, a trolle przespały zbyt długo i wiecie co, no po prostu dlatego świat kiepsko działa, bo się trolli nie karmi. A one tylko czekają, by je w pępuszki posmyrać, obudzić, tylko czekają by pożreć wszystko: szmatę starą, buty nie do pary i skarpety, starą kapustę i ziemniaki z odrostami i ocywiście te gazety, kolorowe podobno smakują poziomkami… a potem wypuścić z siebie ów cudowny efekt przemiany trollej materii. Owe przepiękne, cudowne, barwne i lekko porkęcone, sprzeczne z wszelkmi fizykii i chemii zasadami… bańki. A w każdej z nich maleńki człowieczek. Idealna sprawa, serio serio serio… sprawa idealna, darmowa idealna sprawa. Znaczy jako pomoc domowa, niewolnik cudowny, sprawca wszelkich wrogów potknięć i w ogóle… po prostu zabawny, niskopienny ale i człowiekokształtny ktoś. Niby skrzat, niby krasnal, ale choć może słabo urodziwy, to jednak miluni niczym jakiś puchaty zwierzaczek, ale też bez łupieżu, nic z tego. No i sam się sobą zajmuje, sika gdzie mu mówisz, a i mądrością potrafi zachwycić i śpiewać umie. Chociaż akurat z tej ich umiejętności nikt raczej nie korzysta. No wiecie, ludzie to rozmaite mają upodobania.

I widzicie jak to świat stracił na niekarmieniu pierwotnych cudów ziemi i natury? No i jest jeszcze to coś, ta dziwna plotka, że to właśnie owe bańki wybuchami swoimi po jednej z takich nader burzliwych degustacji spowodowały jakieś Atlantydy kłopoty, czy coś? Podobno podtopienia były, no ale przecież serio?

No nie, na pewno nie ich to sprawka!

IMG_6255

Szwendając się po Wyspie jakoś tak człowiek nie myśli… no nie myśli. Znaczy no dobra, myśli może ale jakoś tak inaczej. Bardziej to jest jak wielka dwunożna gąbka, znaczy jak już się zasapie, to podpiera się czym tam może, więc wiecie… nie liczmy języka i uszu… Chodzi o to, że naprawdę wchłania się opowieści. Dziwne opowieści, zaskakujące, niektóre nawet może i obrzydliwe, ale wiecie, w naturze wiele jest spraw, które za takie można uznać. No kupy na przykład, co nie? Kto tam lubi segregować koprofitki? Kto zakłada im albumy, tudzież jakieś klasery, czy coś? Mniejsza, bo przecież nie wszystkie opowieści są o kupach, co nie? Niektóre są o miłości, chociaż akurat to też może być bardziej mdłościopędne. Ale przecież opowieście bywają i o innych sprawach. Na przykład o zapomnianych umiejętnościach, o ziołach, które odrzuciły swoją potęgę, o zawiedzionych nadziejach i kłamstwach, oraz o tym jak to kiedyś ludzie mieli skrzydła u uszu, ale wiecie… strasznie im przewiewały zatoki, więc…

Opowieści na Wyspie są super i tak naprawdę nie we wszystkie uwierzycie. Znaczy nie uwierzycie od razu, bo z czasem, spoglądają na owe różnorodne kamyczki, na drzewa poddające się wiatrom, albo te wciąż sie im sprzeciwiające…

… to w końcu uwierzycie. I problem to właściwie nie owa buzująca, mydląca fakty niewiara, owa wolność nieistnienia, bo przecież jak nie wierzysz, to nie ma, co nie? Tak jak z głową pod poduszką, bo jak ja nie widzę, to i mnie nie widzą, co nie? Ale… problemy zaczynają się, gdy w końcu wszystko do was dotrze. Gdy zrozumiecie, że kurde fiołek alpejski!!! To wszystko prawda? Żesz no!!!

IMG_6835

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Źródło Pierwotnej Mocy… została wyłączona

Pan Tealight i Małe Ostateczności Okruszki…

„Zostawiają je… może i nieświadomie, może i całkiem bezmyślnie, a może okrutnie i z premedytacją? Pozbywają się jak misia, któremu odpadło oko i już nie jest taki miękki jak kiedyś, jak figurka, która wyblakła, a w której, pustotą własną wezbrani, mało koorowej, ale wciąż będącej sobą, nie są w stanie ogarnąć cudowności wspomnień… pamiętać bez jarmarcznych barw…

Porzucone.

Pozostawione na pastwę wszystkiego i wszystkich, nieznajomych i zapomnianych, okrutnych i niewidzialnych, znośnych i tych… o których nikt nie dba. Maleńkie takie, niektóre jeszcze tak słodko puchate, krągłe i maciupcie, niektóre jeszcze noszące ślady tulenia i cierpliwych pieszczot, łez i innych wydzielin, z tymi oczkami, szklistymi, błagającymi… Małe Ostateczności Okruszki. Tak po prostu zostawiali je. W jakimś momencie urlopu, gdy Wyspa naprawdę wtargnęła w tożsamość przedstawiciela Turyścizny, gdy naprawdę wiedziała już co z tym kimś zrobić, jak go przerobić i wykorzystać, naprawdę odsączyć oni jakoś, całkiem podprogowo, całkiem podejrzanie, naprawdę tuzinkowo… zrzucali je. Maciupeńkie kawalątka własnych tożsamości. To, czym byli, ale już nigdy nie będą, ale też i te niespełnienia, niespełnione marzenia i zawiedzione nadzieje… Po prostu to tak zwane niepotrzebne, co jednak tak naprawdę, było esencją nadmierności. Straconym złudzeniem.

Odziana w swoje nowiutkie, różowiutko cukierkowe, lekko niby fuksjowe, niby coś tam zabieklony karmin adidaski, Wiedźma Wrona Pożarta brała koszyczek i wybierała się… nie, nie na grzyby, ale właśnie na Okruszki.

– Wygląda jak silnie postarzony i zmodyfikowany genetycznie Kapturek Posiwiony… aczkolwiek w wersji trzydzieści lat po wilku – chichotał Chochel, który ostrożnie i uważając, by nie przydepnąć kulturalnie kulającej się u jego kostek małej, uciętej główki, Ojeblika, niósł wielki, wyłożony najbardziej nową bawełnianą ściereczką koszyczek. Po ostatnim porwaniu i dziwnych spotkaniach, do jakich oczywiście Wiedźma Ptaszydło miała wyskokowo wybitny talent, Pan Tealight postanowił, iż zawsze, w każdej sytuacji Wrona musi mieć kogoś przy sobie. Na szczęście w łazience zawsze siedział Bulgot, więc z tą sferą małej tajemniczości, było okej. Nie trzeba chyba nadmieniać, że wszyscy odetchnęli. Jednak co innego spacerować razem, a co innego się wzajemnie kurcze podcierać, co nie?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki – znowu na odwyku – zbierała je. Tak po prostu, w owym dziwnie matczynym odruchu dosercoprzytulania i kotka i pieska, włochatej dżdżowniczki i maciupkiego ptaszka. Po prostu brała łkające, popiskujące kłębuszki, głaskała, całowała we włochate, maleńkie uszka, ocierała smarkowe noski i łzawiące oczka i pakowała do koszyka. A w koszyku się tuliły one do siebie, nie bacząc na to skąd który pochodził, z jakiego ludzia odpadł, wiedziały, że teraz to już dobrze będzie, bo tutaj to chcą każdego… A Ojeblik, mała ucięta główka nuciła im kołysanki o „Wojtusiu, co Czarownicy dobrze smakował” i o „Łykowatej Małgosi, co się w tort zmieniła”… bo wiecie, słowa nie są ważne, nie zawsze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kości są wieczne” – … antropologia. No lubię, nic na to nie poradzę. Chociaż tak wiele mają do opowiedzenia ludzie w owej luźnej postaci, są tak cudnie cisi i dziwnie zrezygnowani, wzbudzający matczyne uczucia nawet we mnie… że po prostu kocham kości. Dobrze objedzone jednak.

Czy to wciąż człowiek, gdy już go podobno nie ma? Materiał biologiczny ino, czy jednak opowieść? Tylko zbrodnia? A może jednak historia czasów, ludzi i ich dziwacznych często, marzeń? A może pył i nicość…

Tyle prawd ilu zwolenników, a przede mną skończona ostatnia powieść Kathy Reichs. Jak dla mnie najbardziej przewidywalna i niestety dziwnie pusta, potraktowana po macoszemu, chociaż co do faktów wiadomo, przyczepić się nie można… jednak co do fabuły, ekhm, aż nazbyt bardzo!

Znalezione zmumifikowane, ale i świeże, szczątki nowonarodzonych dzieci od razu wprowadzają zamęt pośród badaczy i policjantów. Maleńkie ciałka zdają się skrywać tak wiele tajemnic, ale czy rzeczywiście prowadzą tylko do jednej, zwyrodniałej matki… no bo przecież nie można myśleć inaczej, czyż nie? (Wiem, że jestem paranoicznie czuła na tym punkcie, ale tak, ja myślę inaczej i może dlatego od razu dochodzę do sedna sprawy, a cała reszta jest drogą przez mękę?) Do tego dwaj, cieleśnie także znajomi naszej bohaterce mężczyxni, pakowanie się w nie swoje kłopoty, jeden zadziorny malec, który serio „staruszką” podbił moje serce i… świat. Świat zamkniętej społeczności i wielu tajemnic. Oczywiście nasi bohaterowie wepchną się tam na siłę starając się zbawić świat… więc… skupiłam się na kościach, a te chociaż małe, intrygujące. I do tego skały, rozprawy dotyczące kamieni, też i tych bardziej świecących, ekologii, praw ludzi i ludzi pozbawionych owych praw… Po prostu wszystko i nic w tym maleńkim tomie. Nadmiar wieści historycznych, które każdy myślący mógłby sobie wyggoglać i zbytnia oczywistość faktów… To nie to co „Deja dead”.

Akcja się mota i ślamazarzy, dokładnie wiadomo kiedy i kto wpadnie w jakie tarapaty, a już wstawki patriotyczne w tej części zebrały we mnie wymiotną falę… nie polecam.

Słońce jest takie dziwnie ociężałe i w jakimś pokrojonym humorze chyba. Wcale się mu zresztą nie dziwię. Przez tydzień padało, temperatury nastostopniowe, a teraz mu nagle znowu każą wyłazić i palić? No po prostu zbrodnia!!! Pewno już sobie zaplanowało Słonko jakieś wakacje, ale nie, wyrwali je z hamaka i zagonini do nadgodzin! Ech! No świat jest okrutny widać i dla samego siebie. Jakiś kurcze Grey z niego, czy inne szaleństwo klepania się po pupci bacikiem? Widać może i świat ma normy jakieś do wypełnienia. Musi się pokazać przed Radą Wielką Światów i przed Głównym Kacykiem? Wykazać się może i musi, nie wiem, pobrylować, dać łapówkę? A może mu dodatacje cofną na nowe szaty drzewne? Albo jak nabroi, to dorzucą mu ludzi, tych takich mniej interesujących, owych upierdliwych, co to ino oddychać umieją, aczkolwiek nie do końca sobie sz tego zdają sprawę… co nie przeszkadza im oczywiście oceniać innych. Bo i czemu nie. Wszyscy przecież tak robią, czyż nie?

Biedny ten mój świat. No współczuję mu, jeżeli przed innymi musi się tłumaczyć z kup stworoznych innymi dupami, piórek nie tak opadniętych, rzeczek nie tak drążących sowje własne korytka, zajęcy skakających nie przez tę samą nogę, a może i wron, które postanowiły dziś nie krakać? Kto to może wiedzieć? Zwykle… zwykle ostatnio to najmądzrzejsi w danym temacie są ci, co owego tematu nigdy nie tykali. Ci jednak, co to słyszeli, więc od razu są pewni tego, że winni się wypowiedzieć… Bo przecież każdy ma swoje zdanie. Ale ze zdaniem jak z religią i penisem. Fajnie je mieć, ale machać nim przed cudzym nosem już chyba raczej nie do końca, co nie?

Podchodzi do mnie ktoś i mówi mi oczywiste… wiecie co robię? Już nie tłumaczę. Już nawet nie zwracam uwagi, wkładam słuchawki w uszy i udaję, że mnie nie ma, że to nie ja… że tak naprawdę, jeżeli nie widzę i nie słyszę, to tego nie ma, no nie może tego być. Jeśli nie utrwalę na zdjęciu, to się nie spęłniło, no bo przecież jak by miało? Nie mogłoby, co nie? Nie mogło… Nazwali mnie wysoko noszącą nos, brodę zadzierającą? Wywyższającą się? Nic to, popłaczę pod stołem i będę unikać kolejnych dróg. Serio się da, naprawdę… w końcu wielu i tak woli tylko siedzieć, a nie chodzić.

Wyspa też kurcze ma takich, co to niby o niej wszystko wiedzą, a jak tylko sezon się kończy, to kurna na Majorkę… Zdrajcy!!! Może i ona jak ja, czasem udaje, że jej nie ma. Uśmiecha się, bo przecież wpojono jej to durne wrażenie, że wszystkim kurna dobrze ma być… a sama potem weźmie radosną pigułkę i już… nie będzie jej lepiej, ale przetrwa. Ten dzień i następny, aż się skończą dni i noce przejdą też. Bo w końcu Wyspa, poza owymi czadowymi mocami, to nie różni się miejscami wiele od typowej baby. Takiej wiecie dość starego sortu. Kiedy to jeszcze wolno było oczekiwać, iż nazwą płcią słabą, otworzą drzwi, koniem podjadą pod ganek i zanucą balladę, albo wspinać się będą po wieży, gdzie nas zamknął przebiegły ojciec, co córek miał osiemnaście i serio musiał jakiś sposó na reklamę lepsiejszy wydumać i… po prostu porwie. Powie, żeśmy ukochane i tak dalej, żeśmy jedyne i piękne… nawet wtedy, gdy zasmarkane, zakaszlane i ogólnie mówiąc zapryszczone, wcale nie mamy zamiaru takowymi się nawet zdawać…

Może i Wyspa czeka na jakiegoś księcia? Nie żeby nie miała dobiegaczy jakowyś, bo przecież i ma, wciąż jest jakaś taka rozkochanie zakochana… ale czasem rzeczywistość wymaga wzmożonej działalności snów! Może to właśnie jest taki czas, w którym trzeba chociaż duchowo umknąć owym Kapłanom Wszystkowiedzącym, owym Bohaterom Zwańczosamym… tych im wielkachnym ego umknąć, owym podszczypującym kanaliowym cnotom wszelakim, co się ostatnio dziwnie znoszone, zmurszałe, jakieś numrowane stają…

Może to czas?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Małe Ostateczności Okruszki… została wyłączona

Pan Tealight i Tajemniczy Żeglarz…

„Przybył o tym dziwnym świcie, gdy mimo pewnej jasności, wszyscy wciąż, albo dopiero cokolwiek, śnili… Tak po prostu przybył. Bez zapowiedzi, fanfar i wszelakich zgniłkowatych, fałszywych powitań. Zauważony tylko przez stadko mew na skałach, zażywających kropelkowej burzanów kąpieli i kilka Wron Strażniczek, które oczywiście w ciszy, jakze zaskakującej, nieskrzeczącej, od razu poleciały zgłosić ów fakt Panu Tealightowi. Niezbyt zaciekawił jednak kogokolwiek. Trolle w porcie całkiem odruchowo pomogły mu skryć jasną, lekko miedzianą łódź na wolnym miejscu. Cumy rzucono, kotwica jest gdzie być musi… ale co z nim? Czy zejdzie z pokładu? Czy się odważy? A może na kogoś czeka… może jednak ktoś przybędzie?

Wysoki, szczupły, w dziwnie nadmiernie poddających się wiatrom, pstrokatych szatach. Jakby wszystkie krajki i wstążki wszechświata zleciały się tylko po to, by okleić jego wysokie, chude ciało. Nawet w długich, rudych włosach miał wplecione, bardziej srebrzyste, bardziej złociste, bardziej połyskujące… Wszystkie razem plątały się, ale też i pozostawały tak oddzielone, tak specyficznie autonomiczne. Tworzyły całość, ale też i pozostawały sobą. Przykrywały, ale zarazem coś innego odkrywały, pokazywały wszystko i skrywały to samo. Tylko dlaczego?

Tylko co?

Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała więcej niż zdradzała. A jak zwykle małomówna, dziwnie skryta, sprzecznie zmarszczona… tylko dziwnie zagryzała wnętrza ust. Jakby coś kombinowała. Coś większego, niż codziennie, coś bardziej bolesnego może, a nawet… coś niereformowalnego? Podpatrywała przybysza drżąc w owej oszukańczej jasności, lekko zezując i pomagając sobie aparatem fotograficznym. W jej stanie wzrokowym zoom był doprawdy wszystkim.

Czy on wiedział, że go podglądają? Może? Zresztą nawet jak wiedział, to przecież nie powinno mu to było przeszkadzać, chyba? Zresztą, cóż w tym złego, takie tam nieszkodliwe przecieć, zwyczajne antyczne nawet podglądactwo i wyobraźnia, nieco wybujała… ale nagle coś zabłysło, coś się schmurzyło dziwnie przy powierzchni, a potem… Wiedźma Wrona już nie była sama.

Stanął przy niej niczym pojarany, świecący wampir. Wiecie… nie wiadomo dlaczego, odruchowo jakoś, rozwarła więc paszczę i w stupor wpadła. A on szarmancko dłoń wyciągnął, przymknął jej lekko oślinioną żuchwę i szepnął:

– Na imię mi Sindbad. Sindbad Żeglarz!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Grzeszne rozkosze” – … mrał!!! Oto i jest początek. Ot ino takie wiecie tchnienie emocji… coś, co się dopiero rozkręci, co zacznie żyć, stanie się częścią was. Oto jest przygoda, którą czeka wiele zmian, zaketów, wiele niewyobrażalnych cząstek i fascynujących postaci… oto jest opowieść o Egzekutorce.

W świecie nie tak odległym czasowo, w całkiem znajomych teraźniejszościach życia coś się zmieniło. Wampiry, zombie, wilkołaki, wróżki i co tam jeszcze się wam marzy żyje i nawet jest pod pewną ochroną. Ale oczywiście też i rozrabia, więc jeżeli chodzi o całkiem zgodne z prawem, ostateczne uśmiercanie wampirów, to poznajecie właśnie tę, co się wie jak z kołkiem obchodzić – i nie tylko z kołkiem. Anitę Blake!

Oto jest początek serii niesamowitej. Pasjonującej, lekko sensacynej, lekko kryminalnej, ale i pojawi się w niej miłość, a co… Może i zaskakująca przeżywalność niektórych bohaterów daje do myślenia, ale co tam! Prawda jest taka, że do tej serii można się aż nazbyt przyzwyczaić, a gdy zerknie się na date pierwszego wydania zrozumiecie… skąd wielu współczesnych czerpało pomysły na swoich bohaterów.

To dość niesamowite zanurzyć się w świat z przyszłości, który opisanych został jeszcze w XX wieku. W świat całkiem dla nas zwyczajny, chociaż nie wszystkie gadżety jeszcze mają. Świat, gdzie aż nazbyt wiele jest możliwe, a śmierć… to seryjnie może być dopiero wszystkiego wielce początek!!!

Lubię tak patrzeć przez okno. Niby niewiele widać, ale za to ile słychać. Znaczy w ciszy oczywiście… bo jak się mieszka w Mniejszych Krańcu Świata, przez wielu przewoźników i wszelkich kurierów zwanym, całkiem swobodnie i bez nadnaturalnej kozery: Narnią, to tak jest. Po prawej jednorożce. Nie żeby nadmiernie za nimi przepadała, ale są. We wszystkich kolorach, jak się im widzi, jak się im marzy, to takie są!!! A i krowy co dają czekoladowe mleko i owce, co to runo mają jak wata cukrowa, albo takie mięciutkie czadowe niczym kocyczki. Niczym takie włoski delikatne, niczym puchy… bo i ptaki też są, jakie co się wam zamarzy, jakie co się wam z baśni przypomni. Żar ptak naparza się z jakimś takim dziwnym, wielkim dinozaurowatym, który to właśnie jajo zniósł. I to nie tyle złote, co bardziej jakby diamentowe, a w nim… znaczy z niego się wykluwają małe, przesłodkie, czyściuchne śnieżne kule, na takich cudnych, misiowych łapkach. Ale przemisiowe!!!

W wodzie to już w ogóle bogactwo! Syrenki i sarenki, jedne w toniach inne znowu na brzegu. Jelonki i walonki, no wiecie, jak kto lubi, jak kto chce, jak się komu widzi. Wszystko tutaj znajduje schronienie, każde wypowiedziane marzenie się spełnia. I chociaż jego stworzyciel dawno o nim zapomniał, dawno już go nie potrzbuje, po prostu już istnieć nie powinno, to tutaj ono jest i żyje i oddycha i pieje. Oj tak, bo ta chatka na kurzej łapce też jest. Aczkolwiek niektórzy mówią, że łapka z rosołu i strasznie lubczykiem w chatce trąci, ale komu to przeszkadza. No to do wody wracamy, bo utopniki mają tam dziś inspirującą zabawę. A pod mostem jak zwykle u trolli w knajpce zjeść coś można. A pewno, że magiczne… a pewno, że odlotowe!!!

Bo tutaj każdy po prostu może być… jakby Wyspa tak naprawdę posiadała miliony miliardów wersji swoich, dla każdego inną, dla każdego odpowiednią, dla każdego jedyną i najbardziej dopasowaną. Ale nie uciska!

Sierpień.

Ktoś by pomyślał, że jesień co jak co, po tak wrzącym lecie, to będzie jakaś czadersko bardziej kolorowa, a tutaj powrót lata zapowiadają. Jak tak można? Ja się na liście już przygotowałam, na owe wszelkie kolorowatości, na te cudowne, może i słoneczne, ale jednak nie nadmiernie wrzące dni, na owe wieczory długaśne, pełne jabłek i jarzębin i jagódek, a co… Znaczy nie dostanę moich fajowskich, zwodniczych podróżników wietrznych, owych bajecznych, tęczowych łódeczek? A co z tym całym aromatem jesiennym, owymi nocami lekko deszczowymi… ja tego potrzebuję! To jest moje i super, moje cudo przed zimą! Cudną zimę, nadzieję mam.

Czekam na kolorowe drzewa, na szelesty pod stopami, w końcu trawy połamane, na powrót nagie wszystko i te kształty… gałęzi kształty znowu takie pokręcone. Znowu takie czarowne. Dziwne wiadomości wysyłające do moich komórek, jesiennie mózgowych. Jakby wszystko to tworzyło jakąś opowieść, co roku nową. Co roku inną całkiem, co roku niesamowitą i dziwnie zmienną… gdy tylko wiatr przywieje. Gdy tylko ciemności poranka ponownie wszystko zmienią. Zeżrą tego bohatera, albo tamtego, z tym to pójdą w weki, albo w coś innego… pieczony, smażony, może jednak ciasto, nadziewany, luzowany, a może w polewie i posypce?

Zmienność jesieni, poddana o wiele mocniej świetlnym konceptom, które latem tylko bredziły o gorącu… urzeka mnie. Nostalgiczna dla wielu, dla mnie jest tylko i wyłącznie aktywnością ducha i ciała. Znowu człowiek może malować, jakby go kurna odetkali, czy coś. Przeczyścili może nawet, albo lewatywka, transfuzja z jagód, przeczyszczenie liści, lekki pilling z zaspanych pesteczek…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tajemniczy Żeglarz… została wyłączona

Pan Tealight i Prysznic Niewinności…

„Niby zwykła codzienność.

Niby całkiem nic.

Niby… niezwracalnauwagowość, a jednak…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki kochała swój Prysznic Niewinności. Nie był on dla niej nigdy wyłącznie grzaniem i schładzaniem, myciem i swej cielesności oporządzaniem. Nie było to miejsce, w którym po prostu się szorowała, myła, skrobała i łuszczyła w najbardziej obrzydliwe sposoby. Nie była to wyłącznie jasna, zwykle raczej preferowalnie naturalnie mroczna przestrzeń wstydliwej nagości i pokrzykiwań: pająk, pająk, pająk!!! Nie było to tylko mieszkanie szczoteczek do zębów wprowadzających do atmosfery opętanie seksualniej wariackości, kończących się pachniuchów i tych, które dopiero miały rozpocząć swoje życie. Nie było to też tylko miejsce naokiennego fiołka, strasznego zboczeńca i ekshibicjonisty, który serio lubił mieć odrywane listki, miętolone płatki, kwitł, gdy mu się tak podobało zwiastując cudowną, czaderską i oczekiwaną zmianę, ale też i rolek papieru toaletowego, co to uwielbiały toczyć się parami i macać się po wewnętrznych rolkach. Ani nawet nie było to tylko królestwo pewnego Tronu Małozwyczajnego i Panny Umywalki, która tak naprawdę nie wiedziała kto gdzie ciec powinien, komu co myć i w ogóle uwielbiała pachnące mydło w psiku. Były tam sprawy intymne i mniej wstydliwe, te skrywalne i te bardziej zewnętrzne, oraz Paplące Lustro i Bulgot oczywiście… był i kosz na śmieci i tajne całkiem, aczkolwiek w widoczny sposób jawne, Bractwo Świętego Gizmo Utensylia. I preSzczotka lubiąca głęboko i nie było żadnego grzebienia…

Ale to wszystko nie miało wiele sensu, gdy Wiedźma wtaczała się do swojego dołka, a Bulgot pederasta, tyjąc cmokał ją w piętę. A ona… po prostu stała i spływała, opływała i się kropliła. Spadające lekko pobolewającym uderzeniem krople tłoczyły w nią dziwną, dziwaczną, miejscową niewinność… bo jako jedyne w tym miejscu, tak zamurszonym szaleństwem, tak miejscowo kłótliwyn i rzucającym talerzmi, wrednym czasem nawet, zawsze bardzo przerażonym, gdzie nawet pluszaki wolały zombie i wampiry od miłych, włochatych wombatów, a i świetnie wiedziały jak wyżreć z ciała wątrobę, by cała reszta nazbyt szybko nie poszła na marne… on był tylko niewinnością.

Czystością ponad pojmowalne definicje. Naiwnością nie tyle dziecięcą, skazaną z góry na bolesną zagładę, ale ową pierwotną, świadomą tego, iż jest to jedyna droga, by egzystować. Pełną owego cudownego, magicznego niezagrożenia… jakbyś narodził się wiedząc, że wszystko dookoła pochodzi od ciebie, może być sarkastyczne, ale jednak będzie tylko i wyłącznie twoją naiwnością.

Krople ze srebrzystej rączki opadały, stukały o lekko zbrązowioną poprzez lato, wiedźmią skórę poznaczoną bliznami i pieprzykami, aczkolwiek szóstego palca, czy trzeciego sutka nie miała, Bulgot sprawdził wielokrotnie… tak na wszelki wypadek!!! Niektóre odbijały się i leciały w swoje strony, ale większość wtłaczała się w ową dziwną osobowość. Była to jedyna wilgoć, którą wykarmiona tomami Wiedźma Wrona, była w stanie tolerować. Najpierw letnia i mydlinowa, potem znowu bezczelnie, drażliwie, skutecznie wrzeszcząca i boleśnie szczypiąca lodowatość…

… dla młodości, dla urody…

A potem zwykle następował wrzask, po którym ktoś z wyznaczonych uprzednio, z łapanki wydzielonych, całkiem niechętnie, ale znając następstwa lenistwa i sprzeciwu, chwytał za przygotowany notesik i zapisywał dziwne słowa, co to oczywiści jak zwykle przyszły jej do głowy wtedy, gdy nie mogła ich zapamiętać…

… niewinności?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Cyrk potępieńców” – … i tom trzeci. Seria się rozwija, trzeba przyznać. I chociaż czytam ją tak dziwacznie, chociaż nie wiem już od czego zaczynałam i dlaczego tak od końca… nie przeszkadza mi to! Wciągnęłam się… a co dowcipne pamiętam, że naście lat temu nie mogłam jakoś przywyknąć do tej serii, a teraz… Może to potrzeba rozrywki, a może odkrywam coś więcej, coś nowego w tych książkach? Tych bohaterach, sprzecznościach i świecie…

Anita Blake jak zwykle ma problemy. Naznaczona, a jednak wciąż się sprzeciwiająca Mistrzowi Miasta tak naprawdę jest tylko pracą. Nic dziwnego, że szybko wpada w nowe problemy. Nie dość, że przemęczona i lekko już wyprana z emocji, coraz bliżej stania się potworem, przed którym tak długo stała się siebie samą uchronić… ma przed sobą nie tylko dziwne śmierci, nie tylko złe decyzje, ale też nowego mistrza, który serio może jej dopiec. No i jest jeszcze nowy pracownik… Larry. Cóż… problem chyba cały w tym, że nie może sama uratować całego świata.

Egzekutorka z kompleksem boga, wierząca, a jednak łatwostrzelająca. Ponownie jazda bez trzymanki, wiele trupów, co więcej, niektóre wyglądają lepiej niż ci, określani jako żywi!!! Cóż, zdarza się. I do tego jedna niska dziewczyna, która zwyczajnie wali prosto z mostu, nie tylko słowem… i kulą.

Spoglądając teraz na trzeźwo, na większą już wydaną część serii… po prostu nie mogę się doczekać kolejnych tomów!!! Bo jak niewiele bohaterów, tutaj naprawdę postacie ewoluują. Co dziwne… nie zawsze tak jakby czytelnik podejrzewał i nie zawsze tak, jakby czytelników ów… chciał! Dlatego warto! Dla zabawy!

Po zwyczajowym rozgwardiaszu sezonu, w końcu odnajduje się z łatwością ciszę na Wyspie. Oj pewno, że wciąż mamy turystów, ale dzieci wracają do szkoły!!! Człowiek serio z czasem spogląda inacze na przymusową edukację! Zaczyna ją kochać do cna, do owej zawszonej gąbki, którą łaziło się zamoczyć, moczyło się długo i wyraziście, by jak najpóźniej wrócić do klasy… owej białej i pylącej kredy – ta niepyląca w dziwnym papierku była niesmaczna! No i tablic. Były takie zabawne! Ech… no więc dzieci do szkoły!!! A to oznacza ciszę i spokój przynajmniej kilka godzin dziennie! Zresztą miejscowe maluchy nie łażą po lasach, a całą reszta jak już, to odnajduje się w dziczy wyłącznie w święta i weekendy, więc kąpię się w ciszy. Rozpoznaję ją znowu, czuję jaką tęsknotą byłam wypełniona i jak bardzo starałam się ją wyciszyć…

Cisza.

Fale podrosły znowu, deszczowatość wisi w powietrzu, a dookoła pysznią się jabłuszka i jarzębinki, wszelkiej maści jagódki i inne cuda. Wiadomo, że nie każde jadalne, a raczej jadalne niektóry tylko po raz pierwszy… a jednak, owa pyszna bujność poraża. Koniec sierpnia, a tutaj wystarczy wyleźć na zewnątrz i od razu gołąbki do gąbki. Znaczy gębowego otworu… nie no, żeby nie było, może i mamy sporo dzikich gołębi na Wyspie, ale nie są aż tak chętne, by samobójczo kłaść się na ludzkich talerzach, nic z tego, won do sklepu!!! A jednak takie tam jeżyny, pysznią się soczystością. Człek lezie na skały, a tam ciągną go za nogawki, kolcami rozdzierają świeżo wymuskaną skórkę, wydepilowane łydki znowu krwawią!!! Ból jak nie wiem co, zdają się aż muskać nerwy i nagły skurcz w kolanie sprawia, że mocniej się uginasz i już nic nie jest ważne. Ani te skały takie piękne, poranione bielą żył kryształowych, ani owe miniaturowe kwiatki, porostki, wszelkiej cudowności zielenie tak zmienne… ani cała wzniosłość stania na skale i możliwości wglapiania się w otoczenie. Otoczenie jakże płynnie poddające się cieniom i światłością rozkołysanych nade mną chmur… Nie!

Dla mnie są tylko one…

Jeżyny. Niepozorne takie. Błyszczące, połyskujące cudowności.

Właściwie to jakie alieny chyba, może Borg? Bo wiecie, niby to jedna jagódka, a zlepieniec z tak wielu innych uleczek. Niby sklejone winogronka. W owej czarownej bordowej czerni, która zdaje się najpierw zanikać, zniewalać owymi lustrzanymi powierzchniami, stawać się jednak jednocześnie nieistniejącą… powierzchniach, w których spokojnie możecie obserwować własne garniturki zębowe, by potem z lekkim zaskoczeniem, spowolnieniem, ową twardą jakże skórką, z sykiem, mlaskiem, wybuchać ową bordowa, buraczkową, specyficznie jagodową czerwienią w ustach. Jest w jeżynach jakaś tajemniczość, jakaś sekretność i zagadkowaść. Jakaś zwodniczość i ułuda. No nie ma to tamto, zwyczajnie to cuda z baśni!!! Pełne zaklęć, które tylko czekają, aż poddacie się bólowi, aż kolce porwą wam nie tylko szmatki na skórze, ale i ją samą. Aż dotrą do krwi, by po prostu położyć was spać na zawsze. I może się wam wydawać, że wciąż żyjecie, że wciąż wszystko to samo, powtarzalne tygodniami, ale tak naprawdę…

… śnicie.

Nikt o tym nie wie? A może wiedzą wszyscy? Ale z jeżynami jak z poziomkami i malinami, jak z jagodami przyciemniającymi kusząco uśmiechy, jakże podejrzliwie wydającymi na jaw nasze słodkie łakomstwo… baśniowość i magia. Leśna i dzika rozpusta smaków. Owa kwaskowatość i słodycz. Ale która będzie jaka? Jaka będzie którą? Czy ta wielka okaże się być słodką, a może cierpką, kwaśnie wykręcającą twarz?

Cokolwiek będzie… i tak warto!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Prysznic Niewinności… została wyłączona

Pan Tealight i Jarzębinowy Odpał…

„Są.

Pomiędzy zielonkawo-słonecznymi, nakrapianymi gwiezdnym blaskiem, wąskich skudlonych, krętych czasem liści wyzierają one. Ot wiecie, jagódki. Jagódki w tej czerwieni, co łudzi, że jest cegłą, lub dachówką. Czerwieni krwi bardzo świeżutkiej, dziwnie gorącej wciąż, jakby otwarte żyły wciąż jeszcze nie odczuwały bólu, jakby wciąż jeszcze nie dotarło do nich, że ktoś je otworzył, wtargnął w ich szum. Zbeszcześcił owe zamknięte, podskórne, śpiewające, szemrzące dla wewnętrznych organów potoki, a może uświęcił po raz pierwszy? Rozkuł z kajdanów? Może tak naprawdę dopiero teraz zacznie się dla nich życie? A może tylko przygoda?

Świat dookoła nanizał sobie na sznurek korale i pyszni się bielą swej łabędziej szyjki. Ach! Jakimżem piękny i zgrabny, jaki ze mnie naj naj naj świat jest! Bezimienny może, ale przecież niesamowity! Tylko co to za nowe uniesienie ma pod skórą, cóż za dziwne łachotanie pod jesienną już warstwą traw i liści… nie wiedział. Nie wiedział jak co roku, bo tak musiało być po prostu…

Pysznią się jarzębinki na gałęziach. Jedne w grupach, inne znowu samotnie, tamte do dopiero związały się w niezłe stadko, a te, podobno z jednego plemienia, ale dziwnie autonomiczne? Jedne okrywają się wstydliwie listkami, inne mają krętę, świnkowe ogonki, ale nic to… wszystkie mają jedno pragnienie. Od zawsze i na zawsze, wypełnić swoje empiryczne przeznaczenie! Do końca. Dobrze znają swoje obowiązki. A jednak, rumienią się tak dziwnie jednakowo, jakby były pewne tego, że po prostu im się uda, że zwyczajnie, w taką pogodę, obdarzone ostatnimi, późnoletnimi nasłonecznieniami, zmęczone parną lepkością i dobrze napojone tygodniem nocnych deszczów… są pewne pójścia do jarzębinowego nieba. Tylko jedno musi się stać, tylko jedno musi się wydarzyć, owo jedno dzieli je od wieczności i odrodzenia… ludzka dłoń.

Ludzka dłoń zbliża się i maca. Głaszcze i pieści, a one się cieszą, uśmiechają owymi gwiazdkowatymi zakończeniami. Niby mikroskopijne jabłuszka, w których ktoś wytępił owłosienie tamtych okolic. Niby obietnice i grzechu i wybawienia zarazem, a tak naprawdę haj i ochrona na zimowe ciemności. Maleńkie, wesołe, krwiste światełka, które zapewnią ochronę, jeśli tylko dasz się im przekonać, odpowiesz na zagadkę i uwierzysz… a może tylko pozwolisz, by garść kuleczek poszła za tobą, do domu?

Prawda jest taka, że już samo powietrze wokół jarzębinek nabiera dziwnej mocy, wcale nie przerobowej… tej zwodniczej raczej, procentowej, owej, co to nagle daje nam kopa w bebechy i zmusza do olania spraw, do uśmiechu, a nawet potępieńczego rechotu, do skakania, chociaż cycki o czółko uderzają. Nagle tańczysz i wiesz, że jest to normalne, nagle śpiewasz i chociaż zdajesz sobie sprawę z tego, że fałszujesz, to jednak wcale a wcale nie wydaje ci się to szkodliwe, a co tam szyby, się naprawi… a ten czas zdarza się przecież raz do roku…

Mawiają, że Jarzębinowy Odlot był darem od Śniących Bogów dla pewnej niezbyt młodej damy, której ofiarowano tylko strach. Bogowie poczuli się marnie z powodu przeznaczenia, jakie jej narzucili i postanowili to, po pijaku oczywiście, schlali się na smutno, zmienić. Dlatego ofiarowali jej korale. Ale dziewczyna w wieku średnim spojrzała tylko na nie, leżące na zmrożonym śniegu niczym krople krwi z zamrożonego mamuta, któremu nagle się w zamrożeniu kichnęło nie z tej dziurki, znaczy wiecie z dziurki od grota… i tyle. Sięgnęła po nie, tak po prostu, zadziwiona. Podniosła je, zaskoczona, że nie przywarły do podłoża i zabrała je do domu… Do wiosny coś się stało ze sznurkiem spinającym koraliki i rozsypały się po ogrodzie. Wyrosły z nich oczywiście jarzębinki, ale poprzez boską interwencję obdarzone dziwacznością taką, co to nie do końca wymaga procentów, aczkolwiek i z procentami są super…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Taniec śmierci” – … bo tańczy. Bo ona tańczy, w końcu jest oną nią. Więc sobie tańczy z kosą tą swą? Ekhm… no tak mi się jakoś rymuje no!!! Po prostu tak dziwnie, po tym cyklu człowiek ma inny stosunek do umierania, albo raczej nieumierania?

Oto tom o namiętności. O decyzjach, podejmowaniu ich i życiu z tymi podjętymi… czyli ogólnie mówiąc: seks, krew i nadmiar sierści między zębami, oraz pewne zlecenie. Oj maleńkie, aczkolwiek suma zawrotna, dla tego kto zabić zdoła niesamowitą, a i zawsze na to gotową, Anitę Blake!

W tym tomie odnajdziecie znajomą, a jednak jakże inną nekromantkę i ostrzegam, wcale się wam owa inność nie musi spodobać!!! Bo Anita w końcu podejmuje wybór, w końcu, po owych miesiącach ganiania pomiędzy wampirem a wilkołakiem… decyduje się na coś. Ale nie tylko serce wybiera, bo i umysł też. Egzekutorka w końcu staje się też nekromantką, a moc rośnie…

Kolejny tom, jak zwykle futro lata, kły szczękają, ale… tym razem ponad zwrotami akcji są wybory jej i ich. Bo przecież nawet jeżeli świat się wokół niek kręci, to oni też mają swoje demony, a dokładniej chyba bestie? Oto nadszedł czas na podjęcie kilku decyzji, na prawdziwe stanie się Ulfrykiem i lupą… i oczywiście na wampirze sztuczki, bo nowy Mistrz Miasta też się ujawnia… Oto od dziś gramy w otwarte karty, ale pamiętajcie, z tym też trzeba będzie żyć… więc stay tuned!!!

Słońce wróciło. I ciepło.

Może nie zaskakujące, dominujące, ale ciepło wróciło. Dziwnie niskie, dziwnie ciężkie, jesienne takie, pachnące liśćmi i jabłkami. W wodzie tylko desperaci starają się brodzić. Jakoś tak po zimnej nocy skwapliwie unikają moczenia. Liczba namiotów zmalała jedynie do tych, najbardziej wytrwanych wielbicieli zieleni. Ale spokojnie, znajdziecie jeszcze na polach jakieś samochody. Bo przecież turyści są, ale wolą już domki i pokoje, w których można się schować i z bezpiecznej, wygodnej suchości podziwiać wschodzące i zachodzące słońce, sącząc na balkonie piwo wdychać inność Wyspy.

A Wyspa? Pierun wie co robi… ale ma w zwyczaju raczej nie zdradzać zasłyszanych ploteczek i wydobytych z innych wiadomości. Widać taki egoistyczny jest i jak najbardziej go rozumiem. Bo świat dookoła tak naprawdę musi wiedzieć niewiele. A już nie na pewno o tym, co całkiem mu do oddychania niepotrzebne jest. Nie oszukujmy się, czyż rozmiar tyłka jakiegoś celebryty sprowadzi nam chleb na ziemię? I to chleb, od którego nic nikogo wzdymać nie będzie? I masło ze zwykłej krowy, a nie mutanta roślinnego… albo czegoś, co nawet chemik wytrawny nie jest w stanie opisać…

Wiecie co, ale dobrze jest. Ludzie robiąc zdjęcia jedzenia z knajpek, a ja biorę fotkę i znajduję wszystkie produkty na półkach sklepowych. A co! Zero inwencji. Może i wszystko potrzebuje gościa od „it’s fucking raw”? By sobie uświadomić, że żyjemy w jakimś popierdoleństwie? No serio… bo wychodzi na to, że teraz nie ma twórców, nawet kucharzy, a tylko mistrzowie wkładania garów do zmywarek, oraz ci, co potrafią otwierać opakowania jednym machnięciem scyzoryka. I to się nazywa sztuka, nawet tuaj… sztuka kulinarna. Ale za to jakie ceny!

Myślę, że z chęcią bym sobie pozrzędziła, ale jaki to ma sens? Ludzie ludzi traktują jak śmieci, ale bądź pieskiem, czy kotkiem i od razu będzie lepiej. Usz taka niereformowalna jestem, czyż nie? Płody do przodu, a co z żyjącymi? Co z dorosłymi, oraz tymi, którzy chcieliby godnie dotrwać do końca? Co z nami? Kolejne numerki na żółtyk, plastikowych karteczkach. Dla ubawu teraz mamy i żółte i niebieskie, ot takie tam dowody osobiste. Jeden do okazania tutaj, a drugi, no cóż, na owe zagramanice. Czyli dla innych… I po co to komu, w tak ekologicznym światopoglądzie?

Mniejsza… wiadomo, człek za głupi na te wynalazki i widać sensu w nich nie widzi. Ale może gdyby się w reklamach wyedukował, wiedziałby więcej? Nosz sama sobie winną jestem, bo nie mam telewizji! I nie tęsknię za suką!

Na Wyspie wszystko ostatnio kręci się wokół świnek i żubrynek. Te ostatnie podobo wygenerowały 80 tysięcy turystów więcej w tym roku. Nie wiem w jaki sposób i nie mam pojęcia jak to wyliczono. Czy pytano przy promie: czy pan do żubrów? A może jakieś pikacze wmontowali przybywającym? A może to jednak magia? Bo stworzonka wolno i godnie, płodząc się szalenie, kroczą sobie wolne po lasach… i zobaczenie ich wymaga umiejętności i rozwagi. Sorry, jak nabroisz to zwyczajnie zrobi ci pan Żuber kuku, bo tak. Tak się powinno robić, jak atakują… broń się. A świnki? No świnki przesrane mają. Jechały sobie ciężarówką, niedogodnie, przeładowanie, do Polski sobie jechały i co… i nie dojechały. Się okazało, że napakowano ich tam tyle, że już żadne normy tego nie obejmują. I tak za ściśnięte świnki kierowcy 11 tysięcy kary, a temu co firmę miał 25! A co!!! Fajne mamy mandaty Wam powiem. Bardzo skutecznie oduczają łamania prawa, ale nie oszukujmy się… tylko tych skąpych, no i biednych.

Usz te wyspiarskie rozrywki, a ryb to nie ma komu łowić!!! Ale może jak foki się utuczą, przejdziemy na polarne misie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jarzębinowy Odpał… została wyłączona

Pan Tealight i Tajemnicza Osobowość Wyspy…

„Od kilku miesięcy, nawiedzana dziwnymi, drażniącymi przymusami pobudliwego łażenia w te i wewte, a potem i z powrotem, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki coś czuła. Jakieś zawirowania mocy, tańce połamańce niewiadomych i nieznanych… owe krążące w powietrzu zapowiedzi, ślubne i nieślubne, owe wizje, przepowiednie, nieograniczoności… Ale w tym miejscu czuła coś jeszcze. Przechodząc przez niezbyt widoczny, niezbyt wyrazisty mostek, zawsze czuła, że powinna zrobić coś więcej, ponad niewielką, zwyczajową opłatę mostową, ot trochę uczuć dla Mostowych Trolli… ale nie wiedziała co. Wpatrując się w ową ciemność  za barierką, splątaną, kamienną, nieszumną, czuła, że jednak nie powinna… więc odchodziła. Do dzisiaj. Bo dzisiaj, spomiędzy lekko już opadniętych liści, zmurszałych trawek i niższych pięter roślinności, coś do niej zaszeptało. Więc odpowiedziała, tak jak tylko ona potrafi… spojrzeniem i lewopoliczkowym uśmiechem… I już wiedziała, że jest tam coś, co przyjdzie jej jesienią, Porą Gołych Gałęzi i Ziemnych Liści, odkryć.

Coś, co się przebudziło, dojrzało i uświadomiło sobie, że nadszedł czas na wyrazisty ekshibicjonizm pni i dusz. W swojej kamienistej czułości, w owej ciemnej, zwodniczo samotnej głębokości, owo coś, niedefiniowalne jeszcze, śniło. Śniło o kimś, a może o czymś, o zlepieniu przed i po, o tym co będzie i co jest. O tym, co go dotknie i przywróci dawne marzenia i troski, o tym, co w końcu wygładzi jakże dziwnie, wciąż ostre kamienie dna rzeki. O niewiadomej, co niesie w sobie odpowiedzi na wszystko… na każde niewypowiedziane pytanie, a i na to, co nigdy nie zostanie zadane.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kleopatra. Biografia” – … i biografia. Ot spisane życie. Czasem się zastanawiam, co by powiedzieli na swoje biografie ci, którzy już nie żyją? Czy by się uśmiali? A może poczuli mile połechtani? Może lekko wkurzeni, albo po prostu strasznie byliby źli? Czy to prawda w prawdzie, czy tylko fakty, które każdy przecież interpretować może inaczej…

A Kleopatra? Cóż, ona to by dopiero miała czytania! Ja mam przed sobą kolejną jej biografię, tym razem autorstwa Stacy Schiff, której udało się… jednak jeszcze bardziej przybliżyć mi Kleopatrę. Dziwnie się czułam przez całą lekturę, jakbym nie tylko oglądała film, ale miała też dostęp do jej serca! Do jej myśli, postanowień, czuła jej wahania i ból, owe niepewności i ciernie codzienności. Ową pasję, miłość do Egiptu, tak bardzo nierozumianą przez wielu… a dla niej, tak naturalną.

Wiecie co jest dla mnie najważniejsze? Nie sama opowieść, nie owo odnalezione w niej znane i nieznane, nie owa płynność czytania, dyskretnie umieszczone cytaty, esensja popularnonaukowości… ale pytania. Bo jak się okazuje, wcale nie wiemy tak wiele o naszej bohaterce. Tak naprawdę wiemy jakże mało, a to pozostawia mi nadzieję na kolejne, pasjonujące odkrycia. Bo przecież przeszłość, nawet ta najodleglejsza, wciąż jest życiem. Wciąż jest tym samym, co przeżywamy my! Pasją, potęgą, potrzebą życia, marzeniami, nadziejami i powolnym zdobywaniem wiedzy…

Przeczytajcie! Warto!!!

Wyspa.

Jest w niej tyle tajemnic, tyle nieodkrytych miejsc, tyle owych czarownych, czy przerażających tajemnic. Są takie miejsca, gdzie naprawdę można pójść tylko raz. Z których się ucieka, w których nie pragnie się pozostać na zawsze. Ale są i takie, dziwnie obojętne. Które nie przerażają od razu, albo też nie przyciągają niczym karmelowy ulepek… Takie dziwnie oczekujące. Dopiero się wykluwające, a może po prostu czekające, świadome swojego czasu i miejsca.

Wyspa…

Właściwie zdawałoby się, że mała. Że tak serio, to wcale nieciekawa. Ot domki małe, chatynki takie, do tego skały, trochę drzew, kilka wodnych dziur i oczywiście linia brzegowa, a jednak… a jednak wciąż odkrywam w niej nowe i umacniam się w przekonaniu, że odkrywać ją można nie przez jedno, ale wiele żywotów. Gdyby tylko można było tak… zastygnąć i po prostu patrzeć?

Nie żebym była takim zboczeńcem jakimś, czy coś, ale no… tak sobie myślę, że to wszystko jest takie piękne i takie inne w zależności od tak wielu zewnętrznych i wewnętrznych czynników, że czasem więcej by mi chyba nie było trzeba…

… chyba.

Jesień, czy nie, mnie coś w kościejach łamie. Ale nadzieję na wielce śnieżną zimę, wciąż w sobie mam, a co! Siadam pod czereśnią, starając się serio nie zabrać ze sobą z powrotem pająków, które ze wszystkich sił chcą się wprowadzić na posezonie, i wpatruję się w codzienność zasłaną pestkami. Wrony zeżarły czereśnie w mgnieniu oka. Nie podzieliły się małpy wielkie! Ale co im tam będę marudzić, dobre czereśnie, samorosnące takie, więc wspólne dobro…

… bardziej ptasie niż ludzkie…

Czasem tak siedzę, a raczej chodzę, bo nie usiedzę dłużej w nieruchu, no nosi mnie… i myślę sobie, że to miejsce, to jakoś bardziej zwierzęce i dzikie jest, niż człowiecze. Bo i zwierzaków mamy troszkę, a i natura zaśmiewa się z ludzkich utyskiwań. Bo u nas to jak Wyspę głowa boli, to wszystkich boli, nawet te pierzone sroczki młode, jak wiatry ma, to wszyscy z nią razem mamy… lepiej wtedy nie oddychać zbyt mocno, serio! A jak wesoła jest, to wszystkim nadmiernie odbija, bo w niektórych to się owe wyspowe uczucia namnażają. Naprawdę można zaszaleć!

Ziwerzęcość sprawia też, że Tubylców nachodzą zwierzęce namiętności. Ale miłość, to pikusiek przy tym wszystkim. Ot ta pani z tą panią w gik amok, tamten znowu nurkuje w porcie, temu serio odwaliło i nadużył… a na dodatek ostatnio dziwnie babom odbija i bandy tworzą. Ja już nie wiem co z tymi ludźmi. I wiecie co, chyba nie chcę wiedzieć, wolę myśleć, że Wyspa jakoś przemówi nam do owych szczątkowych rozumków. Bo przecież potrafi, czyż nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tajemnicza Osobowość Wyspy… została wyłączona

Pan Tealight i Kotlina Kamiennych Dusz…

„Po raz pierwszy… mimo mieszkania tutaj już tak długo, mimo wściubiania nosa we wszelkie miejsca, szczeliny, kałuże i krzaczaste niedostępności… po raz pierwszy. Po raz pierwszy Wiedźma Wrona Pożarta udał się do Kotliny Kamiennych Dusz. Do miejsca, w którym czuć tylko niepewność i pustkę, tylko dziwną niedopełnioną nieobjętość, która pozostaje po wybrzmiałych egzorcyzmach. Gdy już przejdą słowa, zaschnie krew, której nawet robaki nie chcą tknąć… gdy wyschną i skruszeją zaklęcia, oraz spłyną łzy i krople potu. Udała się tam, wcisnęła tam siebie i swoje książki, swoje marzenia i wszeli nadmiar myśli… i Chowańca i poza nimi nikogo więcej. Cała reszta, łącznie z Pluszowym Plemieniem puknęła się i odmówiła towarzystwa. Zresztą, tłumaczyli rzucając dziwne, szklane spojrzenia, przecież czasem pada. Przecież może padać za chwilę, albo za chwil kilka?

Wycieczka prowadziła przez Podmokłe Miejsce, dziwnie płytkie zwodniczo, pełne niewyrośniętych zombieżabek, potem Kamienne Zakola, Polankę Zapomnienia z Brzózkami Strażniczkami Historii, aż w końcu dotarli do Kotlinki. Chociaż, czy była to kotlinka? Miejsce wyglądało raczej jak dziura wykopana łopatką nader małej, a jednak gigantycznej istoty. Jakby… wyjęte stąd połacie kamieni, dla kogoś ot ziarenka piasku, miały być nowym zamkiem, zestawem babek w kształcie żółwi i kwiatków, fosą i tradycyjnie zwyczajną posypką. Jakby z owej stykającej się Mostowyn Portalem z Dwukolorową Morskością ziemistej, skalistej samotności… ktoś uszczknął coś. Ale, czy było to możliwe?

Przez cały czas Wiedźma czuła się źle. Jakby nie tyle nagle wzbogaciła się o kilka ton nadwagi, ale raczej coś postanowiło przysiąść na jej mostku i spróbować wdusić go do środka. Ot tak, dla zabawy. Nawet Zajęczy Strażnik, ten sam, który pilnuje Kotlinki Kamiennych Dusz, a norkę swoją ma w rdzewiejącej w przepięknych odcieniach pomarańczowej krwistości koparce, nie dodał jej odwagi. Mimo iż się jej pokazał. A nawet co więcej, wysłał jednego ze swoich żołnierzy, o cudownie rdzawych uszach i czarniawej reszcie puchatego ciała, nie zmienił tego uczucia. Może tylko się bała? A może jednak miła rację? Może ktoś od dawna podprowadzała dusze?

… nikt nie spytał. Ponownie nikt nie zadał pytania, a Ona czekała na nie. Na owo jedno, maleńkie, niepozorne pytanie… DLACZEGO?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Uśmiechnięty nieboszczyk” – … się śmieje? Znaczy może ta cała umieralność, jednak czasem jest też zabawna? A może jednak nie? W końcu można się od kogoś dowiedzieć… na miejscu są i zombie i wampiry, wailkołaki i wszelakiej innej maści łaki, a nawet inne stworzenia. I jest ona… Nekromantka!

Kolejna powieść z cyklu o egzekutorce, Anicie Blake. Jak zwykle wciągająca, szybka, pełna miejscami dorbiazgowych opisów, by potem nagle pozostawić nas z jakąś tęsknotą. Tęsknotą, któa pocieszyć się może tylko kolejnym tomem. Miejmy nadzieję, że wydawnictwo będzie wydawać cykl dalej, bo ja się uzależniłam. Z jednej strony pewno, ot sensacyjna, lekko kryminalna powieść, z drugiej trochę thriller, miejscami horror, gdzie niegdzie oczywiście fantasy… ale cały bajer w tym jak autorce udało się to wszystko połączyć. Tutaj niczego nie można być pewnym, poza tym, iż nasza bohaterka dojrzewa, a my nie rozumiem jak kurde jeszcze żyje?

Może i trochę cliche… ale to książki napisane w zeszłym wieku! Spodobają się wielbicielkom nadprzyrodzonych istot i lekko romantycznych porywów. Ale nie ma boja, w końcu nasza bohaterka jest… wierząca. Aczkolwiek po tym wszystkim chyba sama zaczyna wątpić. Miejmy nadzieję, że jednak nie w siebie…

Czytam te tomy tak raz od początku, potem nagle koniec i wiecie co? Nie gubię się. Wyrywają mnie z codzienności i zaludniają moje sny fantastyczną codziennością. Pozwalają odpocząć. Czasem nie dają się oderwać, by potem nagle przerazić myślę… że kończą się, a ja nie mam kolejnego!!! Bohaterka może wkurza swoimi próbami umoralniania każdego i ratowania wszystkich, by potem zwyczajnie strzelić im w czachę, ale co tam… lubię ją! W końcu sypia z… pingwinkami!

Co Wiedźma dostaje od Chowańca na kolejną… ekhm, nastą rocznicę ślubu!? A książkę. Ale nie byle jaką. Oto niesamowite wydanie „Studium w szkarłacie” z ilustracjami wykonanymi przez duńskiego artystę – mieszkającego na Bornholmie!!! Po prostu cudo! I to z autografem malarza!!!

To dopiero prezent!!!

Słońce przegania deszcz, by potem deszcz je pogonił. Znaczy nadepnął mu na ogon. Czy raczej na promień? No nie wiem. Bynajmniej pogoda nie tyle w kratkę, co w jakiś patchwork! Zaskakuje głębokim, dziwnie zimowym światłem i chmurkami w owym romantycznym odcieniu błękitnej bieli, w owych kształtach miejscami nawet grzecznych. Po prostu… tutaj niczego nie można być pewnym. Poza tym, że jeżeli możesz stać przez kilka godzin w jednym miejscu, możliwym jest, iż załapiesz się na serio niesamowitą fotkę. A tak! Ludzi też mniej, więc możesz stać… albo biegać, albo co ci tam się marzy w odnóżach. Warto. Bo takie specyficzne klimaty sprawiają, że nie zauważa się gryzącego wiatru, potem nagle potliwego chucha słońca, deszczu, a nawet kałuż.

Może i koniec sierpnia oznacza mniejszą ilość turystów, ale nadal są. Szczególnie w miejscach, gdzie sklepy jeszcze bywają otwarte nawet w niedzielę. A wiecie, u nas takie otwrcia, to niezbyt oczywista sprawa, więc korzystają wszyscy. Zmęczeni, dziwnie zmurszali Tubylcy wytykają noski ze swoich chatek. W końcu nie muszą się już bać nadmiaru wyluzowanych, chowanych nader bezstresowo milusińskich! To nawet my w końcu możemy załapać się na lody w porcie, spacer wydeptanym szlakiem, czy też odwiedziny miejsc, których nie widzieliśmy od miesięcy. Od owych parnych, dusznych i wrzących miesięcy. No sami wiecie… lato było.

Czy lato się zmyło? A może wyskoczy na mnie nagle zza rogu, po tym chłodnym, milusim tygodniu? Po owej cudnej deszczowości, która sprawiła, że znowu woda w strumieniach i rzekach szumi, znowu wodospadów mamy całą masę, nawet tam, gdzie byś się ich człowieku nie spodziewał…

Cokolwiek będzie… wiecie, się zobaczy! Na razie mamy imprezkę, znaczy Wonderfestiwal, więc ludzie się bawią, nawet jak w błotku, to wiecie, zabawa tym bardziej przednia!!! Reszta, niezbyt zaintrygowana śpiewem i tańcem, po prostu wpatruje się w fale, w ciszę, w świeżość… i może czasem wypisuje kartki do znajomych? Szwenda się po muzeach, zajada lody i cukierki, wyżera jagody ze stoisk i oczywiście podgapia co tam znowu mewy knują. Bo co jak co, ale mewy to mamy najcudaczniejsze na świecie. Nie dość, że kurde lingwistki, to na dodatek tak ładnie się nauczyły prosić… a moze grozić? o jedzenie, że po prostu nie można się im oprzeć. Podchodzi taka i płacze, a jak tutaj odmówić płaczącemu, jeszcze młodemu mewiemu paniczkowi? No nie da się! I ona o tym wie. I to jeszcze JAK kurcze wie!!! Cwaniaczki! Czasem mi się wydaje, że one to z matek wysysają, a może mają jakieś kursy pod tytułem: Jak się obżreć by nie nalatać? I nie namoczyć piór? Kto je tam wie? W gruncie rzeczy, mimo kontaktów, podejrzewam je o tony sekretów i tajemnic złożone w jakiejś jaskinii pod smokiem!

W gruncie rzeczy poza ptakami wszelakimi, zającami i jeżami, to pogadać chyba daje się wyłącznie z bąkami ostatnio. Jakoś tak kolesie brzęczą, oczywiście cały czas w robocie są, ale od czasu do czasu daje się zamienić z nimi słów kilka:

– Jak tam w domu?
– A wiesz, no żona w połogu.
– Znowu? Cudownie, ale odmalowałeś kuchnię, jak jej obiecałeś?
– Tak, na miodowy. Dzieci kochają ten kolor? A jak u was?
– Wciąż czekamy… Zapasy zrobione?

A potem dziwne milczenie i już wiadomo, że więcej gadania nie będzie. Niczym za jakimś podłączonym w skrzydle telefonem, bączek odwraca się i machając przepraszająco mechatym kadłubkiem… odlatuje. Może wróci? Ech, no na pewno wróci, przecież zioła się tak rozrosły, że ma po co… Ale czy pogadamy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kotlina Kamiennych Dusz… została wyłączona

Pan Tealight i Kościelny Korzeń…

„Dni się schłodziły. Jakoś tak nagle żar i gorąc zniknął z powietrza, ale chociaż już nikt nie pocił się chcąc-niechcąc, to jednak podświadomość wciąż próbowała przekonać wszystkich w Białym Domostwie, że zewnętrze jest latem. Że wciąż jest żarem i wyłazić nie trzeba. Że tam piec…

Ale czy wciąż nim było?

Ciemność zwyczajna późnej jesieni i zimie, już się spojawiła odbierając długość dniom. I chociaż wiecie, mawiają, że rozmiar nie ma znaczenia… to kurcze, no ma! No jak nie wiem co, ale sorry!!! MA!!! Dlatego wieczory w okolicach antycznej dobranocki, zmieniły się w gawędziarki. W owe godzinne pogaduchy i dziwne historiowania. Osz… nie no, pewno że współczesność odrzuciła baśniorobów i zwykłych opowiadaczy. Wypleniła ich geny, zakopała, spaliła, prochy zasypała wapnem palonym, potem beton i żelazobeton, klątwy trzy, pod morze to… a i tak, jakoś kurcze wciąż się odradzały chyba? A może to tylko tutaj, no nie wiem… dziś była zielona herbata z żurawiną i malinami oraz dziwna opowieść z niedawna, ot spoza dwóch lat, może trochę więcej, niezbyt stara, nie pokryta patyną, może przez to bardziej straszna?

Wiedźma Wrona Pożarta przyjęła kubek z napisem I LOVE GUDHEJM i siorbając lekko przestudzony napar bez cukru, zaczęła… pleść. Pleść opowieść, która mimo iż bez obrazków przerażała. Mimo że bez sław aktorskich, oszałamiała. Opowieść sprzed dwóch lat o korzeniu pod Chatką. O walce, w której liczyła się nie tyle wygrana, co przetrwanie. O klątwie, o któej zapomniało tak wielu, do której świat się aż nazbyt przyzwyczaił… i o zwykłej wiedźmie skąpego wzrostu. I o Chowańcu Wiedźmy i gromadzie pluszaków, stadku obrazów, plemieniom książek i… wielu, wielu, wielu innych. Bo wiecie, najlepiej się słucha… o samym sobie!!!

A potem, gdy już słowa wybrzmiały, gdy ciemności szarości przemieniły się w zwyczajną głębokość nocy… gdy wszyscy poza tymi dwoma zasnęli spokojnym mniej lub bardziej snem, wymuszonym przez pewne ziółka, ale kto by tam szarości Pana Tealighta podejrzewał o takie zabiegi… więc dopiero, gdy nie było już nikogo, kto poza nimi mógłby usłyszeć te słowa ona się przyznała. Do strachu, który odczuwała i wciąż odczuwa, i do zapachu, który napotkała znowu na swojej drodze. Okazuje się, że Kościelny Korzeń, źródło wszelkiego zwątpienia, odrzucenie samego siebie i zaprzeczenie naturalności, jednak nie zginął. Chociaż… prawdę mówiąc wydzielał zawsze tylko zapach. Niczym ochłeptany krwią wampir, dziwnie niepasujący do światła dziennego, zawsze mroczny, ale nie w filuternie seksualny, skrywający małe wady zewnętrzności, sposób… ale w ten, od którego gęsia skórka się robi, przypominający o końcu dobrego. Nie wypływało z niego życie, nie było roślinności… tylko smród starej, spleśniałej, kościelnej, niepasującej do świata kruchty, która utraciła swoją wszelką świętość. Zbrukanej człowieczeństwem i wstydliwą boskością…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Starszy pan musi umrzeć” – … i się podobało. Po prostu się mi poodobało. Nadal nie do końca trawię bohaterkę, ale wiecie… może to sprawa włoska? Bo jednak ona jest inna, dziwna czasami. Jakoś może i mi bliższe są te dziewoje bardziej z Północy, co nie całują się z każdym? Że rozwiązła? Ale nie, no wcale… kurcze no! Widzicie, po prostu inna.

Drugi tom serii o włoskiej pani doktor – wciąż jeszcze się uczącej – której wścibski nos, a i nadmierna ciekawość sprawiają, że wpada w każde morderstwo. Ale to tak jest, jak lubisz trupy rozbierać na części składowe. Podobieństwo do serialu Bones widoczne, ale… nie każdemu psu Burek, a i nie każdemu Burkowi pies. Tak naprawdę to ciekawa, wciągająca, lekka seria, która jednak często zaskakuje sympatyczną głębią. To opowieść o przyjaźni, człowieczeństwie popełniającym błędy… i o młodości. No i miłości, ale wiecie, bez momentów. A raczej z momentami, którym słów, opisów, nie potrzeba.

Dla kogo? Dla każdego, kto po prostu czytać lubi i ma świadomość tego, że ludzie noszą w sobie urazy do czasu. Że wiecie, w pewnym momencie coś puszcza i zwyczajnie uśmiercamy sprawcę naszych żalów… Przede wszystkim seria jednak nie intryguje zbrodnią, ale swoją filuterną „włoskością”. Owymi innościami, śliczną egoztyką, jakąś taką baśniowością. No człek sobie nie zdawał sprawy z tego jakie te Włochy inne niż reszta Europy. A może zdawał?

W tej historii jednak nie tylko chodzi o trupa, śledztwo i młodą lekarkę… raczej o to więcej zamknięte w życiu pisarza i jego rodziny. To opowieść o wkurzaniu swego świata i podejmowanych wyborach, o decydowaniu o tym, że dopieszczenie własnego JA jest najważniejsze… tylko, czy też najlepsze? Bo jeżeli wybierzecie siebie, możliwe, iż stracicie resztę świata… czy to wystarczy?

Powoli cichną odgłosy kombajnów.

Jeżeli chodzi o traktory, to jak już się spojawiają, wielkie i ogromne i cudnie kolorowe, to wloką za sobą błotnistości i kupne wyziewy. oj tak… przyszedł czas na bezeceństwa. Na nagość pól… i pomyśleć, że to dopiero koniec sierpnia? Ech!!! No nic nie mówię, cieszę się ową zimną aurą, a co. 15 stopni może być, jeśli o mnie chodzi. I tak w wodzie morskie bałtyckie chełbie, więc jak dla mnie koniec kąpieli. A może i nie było jej zbyt wiele, jakoś tak człowiek wciąż ostatnio nazbyt zajęty, by się zabawić, ale co tam… i tak pięknie było. A zielone kapustki, sałatki i inne jadalne liściowości, w granatowych falach, są po prostu niesamowite!!!

Powoli Wyspa odzyskuje siebie… dla samej siebie. Przejmuje miejsca wysiedziane i wyjeżdżone. Te, w których kotwasiły się zakochane pary i te, które po prostu stały się miejscem wypadku… te dziwnie wciąż zaskoczone tym, co się im przydarzyo, ot dziewice zdarzeń i te nadzwyczaj już nie dbające o nic. Po prostu wybierające z traw chusteczki i papierki po cukierkach, głaszczące najmniejsze, pogięte roślinki i przywołujące wszystko do starego porządku. Ale najlepsze jest to, co się dopiero wydarzy. To coś dziwne i magiczne zarazem. Oszałamiające i niemiłosiernie niewyobrażalne… bo oto z krzaków i głusz, z pogiętych i dziwnie splątanych zarośli, wyłaniają się Te, Które Nie Chciały Być Widziane. Ponownie wzgórza znaczą kamienne ostańce. Z kurchanów na wierzch wyłażą Zombie Codzienne i Duchy Przedawnionych. Znowu co krok to kamienny krąg, a co skrzydeł machnięcie, to inkantacja przywołująca innych wspomnienia i sny… bo tutaj w końcu, i tylko tutaj, zimuje wszelkie niewymowne. Wszystko to, w co nikt już serio nie wierzy… ma swoje miejsce.

… w końcu gdzieś musi.

Nie no… oczywiście, że sezon wciąż trwa. Wciąż jeszcze na rowerowych pasemkach ruch względny, aczkolwiek lekko przerażony tym deszczowym tygodniem, burzami dziwacznym i całkiem nieproklamowanym panowaniem chłodów. Jak ten diabeł z pudełka nagle, z dnia na dzień, a raczej z nocy na dzień spojawiła się tutaj Jesień i już chyba zostanie? Zostanie, co nie? Bo ja mam dość tych upałów trwających właściwie od maja! Po raz pierwszy od początku roku wykorzystałam całe ciepło pod prysznicem! A serio, jest to nader łatwa sprawa na tak maleńki podgrzewany pojemniczek! No i o wiele fajniej się spaceruje, gdy powiewa i można założyć coś więcej na dupsko…

Tylko jaka to będzie Jesień. I pan z onynejgo, czy jednak pani? Bo po owej rozlazłej Wiośnie, to Lato serio było wpienione i skryte. Znaczy wrzące, ale jednak tak bliżej menopauzy, niż namiętności nastoletnich oparów snów… Oj no sami wiecie. Kolorów mi się chce. Owych jesiennych wybuchów dziwacznych często, trudnych by w nie uwierzyć, niewyobrażalnych, a jednak… wszelako naturalnych. Bo, jak natura ostatnio stara się mi do łba wbić… w niej wszystko jest takie, jakie być ma i musi! Naturalne! Ważne i istotne! Domagające się pokłonów, a i salt może?

I tylko gdzieś głęboko, gdzieś nawet nie pod skórą, ale pomiędzy wewnętrznymi narządami wewnętrznych narządów… tli się we mnie strach, a może tylko flirtująca z moimi emocjami niepewność? No mniejsza… w moich wnętrznościach siedzi jakieś niepokojące zadziwienie. A może nie niepokojące? A może jednak to nadzieja na śniegi, snestormy, burze, białych płatków tańce, wietrzne porywy i rozdzierania… owe wycia jedynych w swym rodzaju wiatrów? A może…

… będzie w końcu zimowa Zima?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kościelny Korzeń… została wyłączona

Pan Tealight i Niebiańskie Homunkulusy…

„Właściwie, to Chochel myślał, że to będzie taki gołąbek, co nie? No wiecie, potrawa w liściu, z intrygującym nadzieniem… albo może takie tam ciasteczko z zaskakującym środeczkiem i powalającym finiszem? Polewką, posypką i może jeszcz ekruszonką i lukierem może… albo takimi finezyjnymi cudami, co to nie wiadomo jak je robią, a smakują jak… radość w cukrze. Nic na to nie mógł poradzić chochlik pisarski stopnia najniższego, że głodny był po tych truchtach w strugach deszczu, zdyszany, mokry, spocony i zdeszczony… ogólnie skapcaniały, markotny i szczególnie silnie podenerwowany… a ona leciała z powrotem. On już widział owe obiecujące czerwoności ceglane dachu Chatki Wiedźmy, już czuł sok w lodówce, cierpki może, ale odświeżający i prysznica chłodek i miękkość dziwną podłogi chociaż… a ona leciała z powrotem? Co robiła? Zwariowała? Nie, no to już się zdarzyło, więc…

Tylko Wiedźma Wrona Pożarta zauważyła upojoną lotem i deszczową rosą jaskółkę, co wiosny nie uczyniła, ale która w totalnym upojeniu przypierniczyła w białą ciężaróweczkę. A widziała ją oczywista przez obiektyw, jak zwykle lepiej. A jak zobaczyła ów opadający nieorła lot, to oczywiście najpierw ją zamurowało, a potem zaczęła działać… w mało sporawym liściu zerwanym przy drodze przytargała z życia narażeniem, ciepłe wciąż ciało. Nie czując kpiących uśmieszków tworów szczególnych, mniej lub bardziej, zaczęła myśleć, aż iskrzyło. Co miała zrobić? Jeżeli umiera, to dobić? A może nie umiera… ale jeżeli umiera, to przecież… co zrobić ze śmiercią, do kogo przyszyć tego ducha, komu za koszulę wrzucić odpowiedzialność?

I potoczyły się łzy wiedźmie, słone, zmieszane z kremem do twarzy, deszczem, potem i siuśkami psotnych cherubinków – znowu widać obcięli w niebiosach dotacje na dopieluszenie fruwaczy – i opadły na dziwnie granatowe i brzoskwiniowe piórka. I otworzyły się czarne, przerażone oczęta… i mimo, że stuknięta dwoma samochodami, to jednak jaskółka ożyła. I wzleciała, nie podziękowała, po prostu umknęła z dziwnych niewielkich, spoconych dłoni.

Od wiedźmiego, siąpiącego nosa…

A wiecie, że wszystko zaczęły Niebiańskie Homunkulusy? Bo wiecie, chmurznie jest ostatnio na Wyspie. Ale chmurznie nie oznacza, że to co widzicie w górze, to jest ino puchate coś. Jakieś takie cudne takie, niby wata cukrowa, niby puchate te dmuchane marynarzyki pianki, no wiecie, co je smażyli w „Ghost Bustersach”! Ale nie u nas zamiast cumulusów… znaczy tam tych chmurków, to są homunkulusy. Bo przecież po co się ma przestrzeń marnować. A i to różne są różniste, z wyraziście zaznaczonymi elemntami płciowymi, niegrzeczne, wypięte i zaokrąglane w specyficznych miejscach. Jakby się jakiemuś niebnemu magowi słoiki z pomocnikami potłukły. I one wiecie, takie naguśkie z nich wyleciały, rozlały się i rozbiegły i od razu do żarcia się zabrały i rosnąć oczywiście zaczęły… a jak zaczęły, to nie mogły tego zatrzymać, to w końcu nie „Alicja po drugiej stronie lustra” i ciasteczek nie było, więc… wypchnięto je na niebo. Ot by se żyły tam. Wielkie, ogormne i cudacznie świntuszne…

No i im robiła Wiedźma Wrona zdjęcia. Pogaduchy też uskuteczniała, nagle jakiś plan miała, nagle coś ją w nich zafascynowała, a nie jak wszystko po prostu sprzeraziło… i dlatego zauważyła ową jaskółkę… i dlatego płakała…

A może wszystko to sprawka nadmiernej czytliwości opowieści o zimbiach i zombich? A może teraz Zombiskółka nocą się pod oknem kołacze, może i chociaż skórka się jej łuszczy powoli, to wciąż wie kogo mózgu chce sobie uszczknąć? Ekhm. Może jednak Chochel nie zdecyduje się na ten obiad. Podobno głodówka nie jest taka zła. A i gołąbki… ech, jak je zrobić bez utensyliów?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Klątwa Tutanchamona” – … i nie żyją. I on i ona, a nawet ten, który tam był, ale go nie było… Jednak prawda to, czy ino złudzenie? Czy klątwa istaniała? A może tak naprawdę wciąż istnieje karmiąc się dziwną chciwością współczesnych i dziwnym postrzeganiem świata? A może tak naprawdę nigdy jej nie było? Może nic nie jest prawdziwe? Albo…

Joyce Tyldesley mierzy się z tematem „oklepanym”, uznawanym w egiptologicnzym świecie za ten „celebrycki”, za ten, którym się nikt zajmować nie powinien, jeżeli pragnie być prawdziwie naukowcem. A jednak ona postanawia się z nim zmierzyć. Jednak tym razem nie jest to tylko opowieść o faraonie i Egipcie, ale przede wszystkim o tym jak współcześni, nasz świat, zareagował na odkrycie jego tajemnicy. Opowieść o dziwnych mechanizmach, które wprawiła w ruch złota maska i o ich następstwach. Bo odkrycie owego grobu, dziwnie w miarę całego, tak naprawdę rozbudziło w tak wielu wiarę w coś… neinamacalnego. Wiarę w dorosłą baśniowość. Zrodziło mity i legendy, pobudziło opowieści…

Autorkę poznałam uuu… wieki temu, jeszcze buszując w jej oryginalnych dziełach. Zakochana byłam w tym jej sposobie pisania, w owej łatwości docierania do czytelnika. Owej cudownej mocy łączenia faktów, bycia wciąż naukowcem, a jednak… też umiejętności docierania do odbiorcy. Po prostu. Zwyczajnie. Jest w niej owa miłość, ukochanie tego, co się robi, owa elektryzująca pasja, ale też i naukowość.

A Klątwa? Cóż, oto macie fakty i dywagacje… sami podejmijcie zdanie. A nawet jeśli nie klątwa, to poczytajcie o młodym władcy, który… może byłby jednym z największych swych czasów… gdyby nie to, że tak naprawdę odkryto go dopiero…

… po śmierci.

Aaaaa… Człowiek zna takich fajnych człowieków. Najpierw mój Boski Elfu, a teraz Dwie Barw Dwu Siostry…

No kochają mnie, czy co? DZIĘKUJĘ!!!

Wietrznie nadal.

Po wielce tajemnym trzęsieniu, Wyspę chłoszczą dziwne burze i podkątne, walące, ociężałe ulewy. W ciągu chwili wszystko płynie i płacze, łka wrzeszczy i drze szaty – najczęściej i tak marnej jakości. Ryk rozdziera ciszę, a potem nagle wszystko cichnie. Wydawałoby się, że wszędzie powinny być kałuże, ogólnie mówiąc nagłe potoki, strumienie i wyrzygiwania, ale nie. Poza wybitą kanalizacją, cudnie zwaną tutaj po prostu… kloaką!!! to nie. Wszystko wysycha. Dziwnie nagle, wprost za zmrużeniem oka, znika. Przed chwilą za oknem kuchni roztwarły się wrota do źródeł Mississippi, a teraz znów czarniawa, a nie… już szarawa droga. Nawet błotko nie pozostało, ani szkielety Utopców zdają się być całkiem nieistniejące, więc… ale jak to?

Świat albo tak szybko pije, albo… albo to wszystko to złudzenie. Ale w takim razie, czy owe wynaturzone grzmoty też mi się przewidziały? Nie zrozumcie mnie źle, w życiu człek przeżył ileś tam burz, ale do czas przeprowadzki… szybko się nauczył, iż tutaj burz nie ma. Ot od czasu do czasu coś tam zagrzmi, ale to pewno znowu wojskowe manewry. A w tym roku, jakoś tak po prostu codziennie, no od tygodnia, się coś przewala. Nie wiem, czy tam na górze grają w kręgle, czy też raczej robią jakiś remont? I co z tymi światłami? No błyska się, jakby po prostu mieli zbyt wiele na plusie i postanowili zużyć więcej, coby na podatkach zaoszczędzić. Tylko, czy owa tajemna Góra w ogóle ma podatki? Ech, co ja tam mówię… wszyscy mają podatki!

Nie oszukujmy się!!!

No przecież to zło jest dla wszystkich. Chyba nikomu nie udało się umknąć Panience od Poatkowej Zdzirowatości? A może?

Po ulicach szlajają się dziwne stwory. Jakieś takie błyszczące, zakutane, czasem z ino dziwnie białymi nóżkami wyglądającymi spod owych specyficznych naskórnych tworów. Jakze zabawnie błyszczące i szeleszczące w powiewach szarpiących wiatrów. Nie mają kaloszków, ale mają w rękach parasolki, ale i tak się im po grzbietach leje. Dopiero po bliższym się z nimi zapoznaniu widać, że to jednak ludzie. Bidulki Turyścizny, które za wszelką cenę chcą mieć coś z tego urlopu!!! Bidulki. Jakoś tak serio mi ich szkoda. Jak jeszcze mają spędzać noce w namiotach… posrałabym się ze strachu, szczerze!!! Na dodatek woda w morzu znowu nabrała zwyczajowej sobie temperatury, więc nie pocieszą się w falach. A i same wycieczki nie zaowocują czadowymi zdjęciami, bo jak sobie trzasnąć dobre selfie, jak chmura postanowiła padać tylko na moją grzyweczkę?

Nagle temperatura spadła. Nie zrzędzę… wprost przeciwnie, w końcu mogę oddychać, ale jednak… W powietrzu coś się czai. Coś większego od tego trzęsienia ziemi, coś strasznego, może nawet okrutnego. Coś, co wymaga serio zastanawienia się nad sobą samym i nad tym, czy jest nam choć troche dobrze, czy jednak wcale, a wcale to nie!? Nad tym wszystkim, co nas otacza, oraz tym, co jest w środku nas… a potem spakowaniu tego w plastikowe pudełeczko z Hello Kitty na wieczku, zawiązanie w papier z zeszłorocznych prezentów Julowych i wysłanie do Abudabi, czy w jakieś inne dżungle. Na zawsze. Bo wiecie co? Bo ostatnio to wszyscy tak wszystko wiedzą i w ogóle tacy są oczytani i tyle mają tych gurów i mistrzów, że chyba sie każdemu zapomniało, że sami w sobie mają już to wszystko. Wystarczy siegnąć, no i może tak przez żołądek do serca, wiecie pogmerać w tej mądrości…

… to do roboty!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niebiańskie Homunkulusy… została wyłączona

Pan Tealight i Trząsawki Pierdziawki…

„No ale jak to? Przecież Wiedźma Wrona Pożarta od dawna już mawiała, że Wyspa tańczy! Że Wyspa chodzi, że kołuje, że pływa, że przemieszcza się w te i wewte i nazat, no i w zad też. Że tak naprawdę, może i niewielu to czuje, ale ona oddycha i bąki puszcza, wiatry pożera i wielkiego smoka pod sobą, owymi dziwnymi organami do łachotania… zapamiętale łachoce. Ale nie, jej to się nie wierzy, co nie? Za to w gazecie jak napiszą, to wielkie tam halo i Alleluja! Że niby trzęsienie ziemi? Tutaj? Oj na Wyspie? Ale jak to w ogóle możliwe jest?

Ech… małej wiary wy czytelnicy. A jest możliwe. I przepis jest seryjnie całkiem prosty… bo widzicie ma Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki marzenie takie. Coby w ogródku sobie kamienie tańczące i portalik postawić. Wiadomo kamulce muszą być odpowiednio zmenhirowane i ogólnie mówiąc wielkie raczej, więc łatwo nie będzie, ale jaka z tego korzyść będzie! W końcu na swoim terenie bez obaw o podpatrywanie, się będzie mogła nieboga religijnie rozchełstać. Ale wiecie, kamulce wielkie i chociaż by można pomyśleć, że no za darmo, to dociągnąć ich się nie da ot tak na plecach biednego jedynego Chowańca, z pomocą Pana Tealighta i Ojeblika… więc jak na razie Wiedźma Ptaszydło to ino sobie o tym marzy…

Co to się ma do trzęsienia?

A no nic, ale jak będzie się ustawiać, to na pewno komuś coś na odcisk spadnie, więc wiecie, będzie trzęsło! Wracając do temtu zagajenia… to nie wiemy co było!!! Na razie. Bo małe trzęsienia, ot pierdnięcia, wybrzuszenia struktur spowijających Wyspę welonów, czy nawet gazy zwykłe, się zdarza każdemu, wiecie, ale jak Panna Marple mawia – damy błyszczą, się damy nie pocą!!! Bynajmniej trzęsło. Nagle niczym zemsta raptowna i nieoczekiwana Olbrzyma z Christiansø w Chatkę Wiedźmy uderzyła piącha powietrzna. Jakby po prostu coś miała na sumieniu, a może zwyczajnie ten wywalony jęzor i syk, co to Wiedźma myślała, że nikt nie patrzył, to piąchę uraził, czy coś. Wiecie teraz tak łatwo się wszyscy urażają, biorą wszystko do siebie, a nikt nawet nie myśli, że ta niska z kolczykami nadmiernymi w uszach, to ogólnie mówiąc, no słabo cokolwiek widzi, a co dopiero ich… I że tak serio, to ona wie, że się świat kręci ino wokół niej, a nie wokół was moi niedrodzy! No więc najpierw dziwny huk, a potem obrazy zaczęły tańczyć na ścianach i dziwny, obciążający, duszący strach opadł na postawione w pozycji: wącham nie waruję ciało… znaczy wiedźmi korpusik, wcale nie senny choć Północ właśnie cichaczem się wybiła i miała zamiar omotać ją, jak zwykle przez książkę pożeraną… a nie, dwie książki to były!!! No rozpustnica!!! Nie dla niej monogamie…

Całe trzęsienie trwało jakieś pół minuty, ale prawda jest taka, że poprzedziły je dziwne wizje, sny i ogólne przerażenie. Że coś się w Wiedźmie Wronie potargało, a może i nawet porwało… Coś ją zmusiło, by zaklęcia sprawdziła, by kilka z nich zmieniła, bry krwawe strzępki znowu zaciągnęły u niej długi, a pozpłacane wartości ponownie postanowiły wystąpić o pożyczkę… Bo magia, to nie zawsze to samo, ale najczęściej całkiem coś inaczej.

Niektórzy mawiają, że to tylko Smok pod Wyspą zły sen miał, a sama Wyspa… ona sama milczy, dziwnie ostatnio w siebie zasłuchana. Jakoś tak wszystkim jest dziwnie i nie po kolei… jakoś pośpiesznie i leniwie zarazem. Jakoś na nowo, od nowa, od razu i na trzy kęsy. Jakoś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Przebudzony mag” – … nieźle. I intrygująco całkiem. Oj może i się domyślić można zakończenia, może i kontynuacja już tak nie powala jak tom pierwszy, ale przecież polubiłam bohaterów. I to wiecie, chyba wszystkich. No może poza tym wszawcem jednym Willerem, ale… bez niego nie byłoby takiej opowieści!

Czyż nie?

Nasi bohaterowie: Gar, Asher i ich przyjaciele, stają w obliczu przepowiedni. Tak naprawdę prawa władające tym światem biorą w łeb i wszystko się wali… ale nie tylko za sprawą zła, które powróciło i osiadło w kalekim teraz ciele… raczej za sprawą tego, co w końcu musiało się wydać. Że Doranie nie są świętymi i zbawcami Olków, że tak naprawdę i jedni i drudzy mają te same prawa i umiejętności. A nawet może i większe? Spoglądając na powracającą w ręce Olków magię, można spodziewać się wszystkiego. I tylko jedno pytanie drąży nas i przeraża… czy nasi ulubieńcy przetrwają w całości ostateczne starcie z Morgiem? Czy im się uda… i czy miłość zwycięży?

Karen Miller stworzyła intrygującą krainę i niesamowitą ofiarowała jej historię. Ale to chyba bohaterowie są jej najmocniejszą stroną. Silni i niesamowici. Zadziorni i wyraziści, a jednak… jakże różnorodni. Każdy kryje jakąś tajemnicę, każdy zdaje się być tak pełny siebie, a przecież nie dane nam będzie poznać każdego z nich osobno… jaka to by musiała być dopiero historia! Nie, autorce udaje się zachować dyskretną równowagę i chociaż do końca nie wiadomo kto jest jej bardziej ukochanym tworem z postaci pierwszoplanowych – Gar czy Asher – to jednak nie można ich nie docenić. Są prawdziwi… tak bardzo, że to aż przeraża. Naturalni, ludzcy, skomplikowani.

W drugim tomie obserwujemy dyskretną ewolucję. Zdaje się, iż od początku spotkania z Asherem, tak naprawdę cała kraina się zmieniła, jednak przecież nie wszyscy uważają, że na lepsze… no i jest jeszcze przepowiednia, magia i miłość. I do końca nie wiadomo… co się stanie, co zostanie wybaczone, a co po prostu potoczy się własnym rytmem. Naprawdę dobre fantasy!!!

Wiatr przyniósł ze sobą jakieś nieznajome szaleństwo i wszystko teraz pachnie zimą. Albo nadzieją i straconymi marzeniami… nie wiem do końca. Pewna jestem tylko jednego, Wiatr jest dziś ciężki.

Jakby wszelkie moce psychiczne pozbierał z bardziej poszarpanych umysłowo krain i użył Wyspy jako składowiska na doły, wądoły, depresje, uadi, zakola, łysienie, ciąże spożywcze i cellulit. I jeszcze może na stany lękowe. I te fałdki, co mimo wszelkich mocy i potów, boleści i diet, nie chcą odejść w zapomnienie. I zwisające skórki i rozstępy… no i może jeszcze piperzyk, co powinien być tam, a go nie ma, bo wędrujący jest. Wiem, zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi, ale ten Wiatr tak ma. Ciężki, dziwnie otępiający, zrzuca wszystko ze skarpy, a gdy już zdążysz pogodzić się z losem, z upadkiem i rozstrzaskaniem, z owym bałaganem, który posprzątają pewnie ino mewy i wrony, a może i kormorany, kto to wie… widziałam niezłe stadko ostatnio… no to wtedy Wiatr cię podnosi i znowu wpycha na szczyt. I wtedy ładuje się ta nadzieja, szepcząca, że jednak bólu nie będzie… a potem oczywiście wszystko od nowa. I wiecie co jest najgorsze? Że za każdym razem wierzycie w to wszystko. No człowiek to się kurde nigdy nie uczy!!! Pewno sprawka śmieciowego DNA, jakoś tak mi wychodzi!!!

Wyjść na zewnątrz się nie da. Nie tylko chodzi o to, że od razu człowieka rozbraja, rzuca na glebę i pacyfikuje, ale nagle, z nienacka całkowitego, co to jest co prawda za Wyspy zakrętem, ale ostatnio statki tam nie docierają i podobno słonie i foki tam panują, więc Nienacek stał się synonimem nieistniejących Demonów i Złów… no to z niego chyba wyskakuje i wali po nerach wielkimi kroplami pieruńsko zimnego deszczu. A ja się na taki shower to nie pisałam, oj nie, a i oblewać się publicznie nie będę. Bo jak potem schnąć? No jak? Przywiązać się do gałęzi Czereśni Strażniczki i powiewać… A może rozbić za sygnalizacyjną chorągiewkę?

No nic… poszłabym powąchać ziemię, ale mnie zwieje… a tak fajnie ziemia świeżutko poruszona pachnie. Jakoś tak opowiada o rzeczach, które można znaleźć tuż pod wierzchnią, cieniutką warstewką skórki, ot nabłonka, no brudu nawet bardziej… ale nikogo to nie obchodzi. Bo obecnie jak się ludzie do czegoś rwą, to od razu tunele ryją, a potem jęczą, że oni mają takie marzenia, a nikt nie chce za ich marzenia płacić… Nosz kurna chatka cioci od Toma! Za moich czasów tak nie bywało… oj wiem, „za moich czasów”, ekhm, starość i tyle Matko Wyspo! Ale nie, że ja o Tobie, alesz nie, ja tylko o sobie, Ty to piękna i zwiewna młodość, ot dziewca nawet nadobna…

Już nie wiem, czy to jesień, czy wiaterowe powiewy, a może coś całkiem innego, ale serio… melancholia, mimozy i kasztanowy deszcz bolesnych doznań skórnych! Gubię się gdzieś pomiędzy owymi trącymi i napuchującymi twory innych upałami, a tą chłodną, przykrywalną jesiennością… zabrakło mi Dnia Pomiędzy. Takiego wiecie przejścia, lekkiego chrztu nawet, może i podszczypnięcia… takiego: wszystko będzie dobrze, oj przetrwasz człowieku! Takiej chwili zastanowienia się nad tym, co będzie, bo w końcu o tym, co było, to serio lepiej czasem nawet nie pamiętać! Po co rozpaczać nad tym, co se ne wrati? I nad tymi dniami, opisanymi jako owe: najszczęśliwsze? Może lepiej zaakceptować fakt, że owo najlepsze wciąż przed nami. I jak nie będzie tak wiało, to może nawet się do nich dożyje jakoś?

Słonko wyjrzało zza chmur i robi mnie w balona. No po prostu nie mogę z tą pogodą! Przecież lało tak strasznie i boleśnie… to jak? Wyjść, czy nie? Może wyjdę? Ale jak mnie zleje… ech te decyzje wyspowca!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trząsawki Pierdziawki… została wyłączona