„Cóż…
… każdy ma swoje zadziwienia i obostrzenia, zboczenia i natręctwa. Wstręctwa i ogólne wymiotniki, przylaszczki i klakierstwa. To, że Wiedźma Wrona Pożarta przodowała w ich wszelakiej produkcji, przechowywaniu i pieszczotliwym: nie opuszczę cię też i po śmierci… nie było niczym dziwnym. Jakoś wszyscy do tego przywykli i prześcigali się w odnajdywaniu nowych w jej codzienności, ale… widzicie czasem i ona musi być względnie normatywna. I wtedy wkracza Bogini Aviomarina i nietuzinkowy, wciąż nie akceptujący swej wyższości, Bogów Władca Clona. Szczególnie, gdy w grę wchodziło podróżowanie. Oj tak, Wiedźma Wrona zawsze miała problemy z mostami i wodami, niezależnie od ich stanu wburzenia. No nawet ze zwykłą kałużą, od razu musiała w nią wleźć, przejść dookoła, czy przeskoczyć nie potrafiła. Ale samochody i łódki sprawiały, że wszystkie książki chciały z niej nagle wyjść i obejrzeć sobie jej zewnętrze… dlatego pomoc mocy wyższych była niezbędna. Nawet nie chodziło o to, że to przecież one same ją pożerały, więc… czyż owe wymioty nie powinny być…
Mniejsza o szczegóły…
A jak się bogowie do niej zabierali?
Dziwacznie oczywiście!!!
Najpierw coś w nią wcierali, potem trzepali srebrnymi trzepaczkami w diamencikach, poili ją wywarami, by w końcu jakoś tak… no nią pookręcać i już była gotowa. Podbno. Tak naprawdę nikt nigdy nie podejrzał owego dziwacznego występu, znaczy się tam mszy czy innej celebracji, jak zwał tak zwał… Nie żeby było zakazane, nikt nie bronił, ale i nikt nie spraszał nazbyt, po prostu… to nie było do końca nienormalne. Znaczy było nienormalne kompletnie, ale jednak w pewnych granicach rozumowania ów obrządek był… specyficzny w wymiarze tego przeczucia, które kazało ci być jednocześnie trzema małpkami w twej jednej osobie. Znaczy wiecie: nic nie widzieć, nic nie słyszeć i serio nie krzyczeć!!! Bo jeszcze na tobie to potrenują i co wtedy?
Po takich przygotowaniach przy użyciu wyższych sił, wszystko nagle cichło i następowało odliczanie. I już można było z Wiedźmą Ptaszydłem udać się w podróż. Oczywiście, trza było pilnować jej, żeby nie zasnęła gdzieś jakoś tak po drodze, na przykład wpatrując się w wystawę, czy coś? Albo nazbytnio się rechocząc nagle nie osiągnęła stupory Żony Lota… wiecie tej Kini od Solanki, nie… albo, co było najgorsze, nagle na widok nadmiaru ludzi nie zaczęła latać.
Z tym to był zawsze największy problem. Jak to wytłumaczyć?
Tym razem jednak bogowie dobili dobrego targu z jej cielesnością, bo chociaż umysł w niej ogromny i ciekawski wciąż wiercił się i kręcił, ciało wyglądało dość ludzko i dało się zabrać w podróż. Poprzez morze i most i dwa kraje… i więcej jeszcze. Ale bez obawy i wrony i sroki i kawki wciąż jej pilnowały. Ale i tak Wyspa nie chciała jej puścić. Robiła wszystko, ale w końcu, no musiała. To miała być przecież tylko chwilka!!! Jakoś wytrzymają bez siebie. Zresztą i Wiedźma wzięła kawałek Wyspy i Wyspa kawałek Ptaszydła. Na wszelki wypadek. I dzięki temu przez cały czas jedna drugą głaskała…
Jednak mimo wszystko świat odetchnął, gdy znowu się połączyły…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Wszyscy określają to jako dziczenie…
Wiecie: wiejskie wychowanie, oddzielenie się od większej grupy ludności. Po prostu życie bez tego, co specjaliście od marketingu uznają za niezbędne. Mieszkanie na obrzeżach miast często zostaje uznane za plemienną inność. Za nie do końca ucywilizowanie. Oj tak jak kiedyś nazwanie kogoś „wieśniakiem” oznaczało tego, który nie wie jaki koniec sznurka wsadzić do gniazdka, tak teraz… no właśnie, jak to jest teraz? Czy wciąż istnieje „wieśniactwo”? Tak zwana małomiasteczkowość, dla wielu utożsamiana z głupotą i naiwnością? Dlaczego tym wielce cywilizaownaym i miejskim nie przychodzi do łba, że abu przeżyć gdzieś poza ich światem, trzeba korzystać z mózgu, znaczy tego, czego im reklamy i gadżety dawno spod czachy wydepilowały?
Ale co z tym dziczeniem?
A to, że obecnie ludzie starają się uciec cywilizacji. Ona ich goni, pięty podgryza, łapie na lasso, dołki kopie, wnyki zastawia i sidła, ogólnie mówiąc nęci i chęci, a jednak… wciąż jej uciekają. Cóż to za czasy, że ucieka się od cywilizacji? I to nie ucieka się od mądrości, od umiejętności pisania i czytania, od uczenia się, współżycia z naturą w mniej, lub bardziej, dosłowny sposób, ale właśnie od niej… samej pipkającej ajfonami cywilizacji. Bo ta cywilizacja to zła kobieta jest. Serio, to musi być baba… baba, co się bardzo chce naparzać z Matką Naturą, ale ta walczyć nie chce. Patrzy na Panią Cywilizację spod byka i grzywki, a może to koza jest, żeńska, bo ją doi, więc patrzy i lekko się uśmiecha, mruży oczy… Pani Cywilizacja na to, że przecież ty się nie znasz, hamujesz postęp i tak dalej, ale kozę wydoić trzeba, więc Matka ino dalej do roboty się bierze, no i swoje wie. Możecie nazywać ją Wioskowym Głupkiem… proszę bardzo, zaboli, ale z drugiej strony kto się wyzywa… ten mówi o sobie…
Jakoś tak ostatnio wielka to obelga powiedzieć, że hamujesz cywilizację, że osz taki zaściankowy jesteś, nie znasz się na postępie, no i że te nowoczesne odzieże, co są z plastiku i parzą, to tak naprawdę moda jest, a ty się nie znasz, boś wieśniak i tak dalej. Dzikus pieruński właściwie…
Dzikus.
Choć nie goły.
Jestem dzikus.
Dzikus zdziczały na dodatek i ogólnie mówiąc… intrygujący przykład cofnięcia się w rozwoju. Bo nie dość, że piszę ręcyma!!! ha ha ha, to jeszcze umiem czytać ze zrozumieniem. Ale nie potrafię używać telefonów, laptopów, czy innych technicznych cudów. Sodoma z Gomorią ze mnie, bo książki mam w papierze i w ogóle. Podobno to nawet oznacza, żem nieekologiczna… bo widzicie ta Pani Cywilizacja głosi, że plastik jest lepszy, bardziej ekologiczny itd. itp…
Tiaaa…
Mieszkając na Wyspie człowiek nie zauważa aż tak mocno owego swego zdziczenia. Wiecie no, większość tutaj lekko poddziczała, a i owej większości ogólnie maleje. Ile to jest 40 tysięcy żywych dusz? Nosz maleńko! A i spada ta liczba, chudnie i ogólnie mówiąc marnieje, więc… No dobra w sezonie nas więcej, ale i sezon króciutki przecież. Nawet zderzając własną zdziczeniowość z wymuskanością Turyścizny, jakoś tak… nie kłuje po oczach. Jakoś tak chyba i Turyścizna lubi sobie tutaj zdziczeć. Nie zwracać uwagi na marki, chłeptać smaczną kranówkę, sprzątnąć po sobie, w lesie zaś ptaków słuchać. Spacerować i oddychać…
Niestety, gdy nagle, po raz pierwszy od lat wielu człowiek, czyli ja, musi udać się w wielki świat – czyli stolica – zdziczenie ukazuje się w swojej całej i okrutnie nagiej postaci. Po prostu staje przede mną i rechocze jak wioskowy głupek. A co, do tego macha przyrodzeniem i robi miny, by zwyczajnie wydać się jeszcze bardziej rąbniętym… Ekhm. Wyjechałam. Dwa promy jeden most w dwie strony i dwa kraje. A tak, z Wyspy wyjechać, a i dojechać na nią, trudno. Telepie cię i miota po pokładzie Villuma Clausena. Niby szybki, w końcu Poul Anker, cięższy, mniej bujalny, płynie ponad dwie i pół godziny… Villuś tylko półtorej. Śliczniochne te promy takie, domkowe. Sklep mają z cukierkami i procentami, nosz żyć, nie umierać! Dają też jeść, można zrobić siusiu, a na dole w rdzewiejącym brzuszysku twój własny samochodzik sobie drzemie. Bo wiecie autka morskiej choroby nie mają… Po pływaniu jazda oczywiście. Drogi i mijające autka. Dookoła pełno wszelakich tam centów handlowych, jakby życie tylko na tym polegało? Okrutne myślenie?
W końcu stolica, a co pięć minut w stolicy światła i rowery, które tylko czekają, by po prostu zamieszać ci egzystencję. Jakby im było wszystko wolno, jeżdżą jak chcą… czy jesteś autem, czy chodzącym ludziem, uważaj!!! Znaczy rowery jeżdżą, bo światła nie dostępują błogosłwieństwa Zielonej Fali. A i wszędzie samochdy. Parkują jak im się podoba, bo w końću ludzie na rowerach, więc nie bój żaby, jeżeli nie masz jak Jetson pakowanego atka w neseserek, to nigdzie nie staniesz. Wleczesz się więc przerażony, przypominając sobie co to jest korek, a i pieszy zamulony telefoniczny, a w końcu w dzielnicy wykwintnej znajdujesz Konsulat… i tyle męki tylko po to? No cóż. Dziczenie we mnie oczywiście chowa się w każdym cieniu i załomie myślenia innych. Po prostu. Słuchawki pomagają. I aparat. W końcu serio jak się jest wariatem, warto i jak wariat wyglądać. Spódniczka z liści palmowych nie zrobiłaby więcej, wiecie taka ta moda cywilizacyjna dziwna… więc teraz czas na zabawę, na pączek pierwszy od wielu lat… na most, pizzę i IKEA’ę, która z drewnianej zrobiła się plastikowa.
Widzicie…
Świat się zmienia, ale nie na lepsze. Ta cała cywilizacja to kicha. Moje zdziczenie jednak zmusiło mnie do przypomnienia sobie starych lęków: ścisku domów, nadmiernej ludzi ilości, krzyków, wrzasków, hałasów. Idę i się chowam, jadę i robię to samo, niewidocznieję się… nie wiem gdzie jestem, nie wiem po co. Tak naprawdę nagle to, za czym trochę tęskniłam jest… nie tym, co zapamiętałam. Niby smakuje tak samo, ale nagromadzenie kobiet w chustach i mężczyzn o ciemnej karnacji, dziwnie groźnych, wulgarnych i głośnych… sprawia, że zdziczenie ryczy jak lew i zmusza mnie do stania się płytką chodnikową. Albo takie wielkie centrum handlowe. Po co to? Kto to kupi? Dlaczego dbanie o rzecz nie pomaga i cholerstwo i tak się zepsuje po roku lub dwóch latach? Żeby kupić więcej? Więc chodzi tylko o to cholerne kupowanie? Zdziczenie, które jest znowu tylko mną, nie wariatem przede mną, nie rozumie, nie lubi kupowania, na szczęście znalazło świeczkę pachnącą poziomkami, więc wącha ją siedząc na podłodze, całkiem niewidzialne. Bo może. Bo wie, że w końcu wróci na Wyspę… i będzie mogło być sobą, jak inni. Nie zważającym na szyk noszonych ciuszków, na odpowiedni uśmiech i telefon, na brak etyczności i savoir vivre’u. Po prostu będzie mogło być cudownością własną w kompletnej bezreklamowni…
… i raczej, nawet jak się skończy poziomkowa świeczka, chyba nie wyjedzie zbyt szybko. Potrzebuje natury. W leśności łatwiej znaleźć drogę niż pomiędzy wyładowanymi koszmarkami regałami…



