Pan Tealight i Książę Jajko Niespodzianka…

„No nawet ona sama o tym zapomniała.

Jak mogła?

Jak śmiała?

Jak w ogóle można było, tak po prostu O NIM zapomnieć, odrzucić ową łaskoczącą myśl, po prostu przestać pamiętać? Jak? Jak wiedźma może po prostu wszelkie symbole, wszelkie wskazówki, wieczorne łaskotanie w piętę, nocne chrobotanie w kieszonce plecaka, drzucić, jakoś tak… nie słyszeć? A może raczej należało zauważyć jak się ona, znaczy w końcu, jak się postarzała… Ale wiecie, jak się trzaska te zaklęcia na prawo i lewo, to widać można. A chodzi o niego. O Księcia Z Niejednej Bajki. O Pana Wszelkich Słodyczy. O Jego… wymarzonego, zawsze wyłaniającego się z chmury dymu, ze stukotu końskich kopytek, szczęku broni o zbroi, z owego lęku i dziwnego zagubienia, które tak często i ją otaczało. Wiązało, zniewalało…

Widzicie…

… w pewnym momencie swojego życia, jakoś tak pomiędzy samą sobą, samą sobą i samą sobą, no się stało. Zapomniała Wiedźma Wrona Pożarta o Księciu Jajku Niespodzianku. Szczupłym, wysokim, twardym i stojącym, i plastikowym z nierówno rozlaną farbką na ciele. Wielokrotnego użytku, zawsze w miaturowej postaci gdzieś przy ciele chowanym, ale oczywiście… gdy się go pocałuje w intymne miejsce… wiecie, wzrastającym!!! Nawet nie pamiętała dlaczego, nie raczej kiedy go stworzyła. Kiedy to było? Dlaczego? Czyżby jej świat wewnętrzny tak bardzo potrzebował przenośnego księcia, że nie do końca poinformował ją: dlaczego?

Bynajmniej wykorzystała do zaklęcia księcia z jajka niespodzianki. Wiecie, kinder surpise czekoladowe i z białym środeczkiem mlecznym, i z ową tajemnicą w owym mlecznym, białawym środeczku! I z nim… mrugnął do niej, gdy tylko otworzyła jego miejsce zrodzenia. Gdy ową swoją bladością, nierównie rozłożoną na twarzy, jakoś się do niej uśmiechnął. Wiedziała… że to on, że po to i że czas nadszedł.

Tylko… dlaczego teraz nagle powrócił?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9933

Z cyklu przeczytane: „Granice szaleństwa” – … jest moc. Moc i siła. Jest pomieszanie z poplątaniem, aż w końcu wyłazi z tego sam sens… I oczywiście są okolice Nowego Olreanu, a to oznacza bagna, moczary i aligatory!!!

Gdy nasz ulubiony agent FBI odkrywa, że śmierć jego małżonki nie była przypadkowa, coś się w nim zmienia. Nagle ten zimny, dziwny blady mężyczna, trzyma w dłoniach ogień. I bardzo pragnie w końcu kogoś spalić, zabić, a najlepiej jeszcze wypatroszyć. O tak, takiego pokazu emocji nie spodziewalibyście sie po nim. Do śledztwa oczywiście dołącza jego policjant przyjaciel, a po pewnym czasie i jego ukochana… Gotowi na wszystko, a może w jej przypadku wciąż niezbyt pojmujący kim, czy też może nawet CZYM jest agent Pendergast…

Najgorsze jednak jest to, że wszyscy tak naprawdę do końca nie wiedzą, kto pociągnie za spust? Kto trafi w serce…

Pierwsz a trylogii o śmierci Helen, cudowna, pełna niesamowitych zwrotów akcji, wspomnień, ułamków przeszłości Pendergasta, klocków, które w pewien sposób obogacają naszą wiedzę o nim, ale też wyłamują drogę dla nowych pytań. I to nie tylko o zmarłej Helen, ale naturę bytu, jakim jest… agent FBI. Jak zwykle świetnie napisana, mieszająca naukowość z fantastyką, wciągająca historia. Z jednej strony kryminał, z drugiej czysta sensacja z krwawym rozbryzgiem, a pomiędzy tym nutka nostalgii. Oczywiście… też jak zwykle elegancka. Przygotujcie sobie więc i ciuszki na błotne wyprawy i takie na kolacje przy swiecach. I bądźcie gotowi na wielkie tajemnice, które odkrywane rodzą kolejne… aż w końcu nic nie jest pewnością…

IMG_4928

Jedno z moich ukochanych zdjęć z dzieciństwa. Siedzę na ziemi, a może na jakimś kawałku drewna, w ciemnej sukieneczce… żeby nie było fotka biało-czarna, więc podejrzewam, że krótka kiecka odsłaniająca mi wszystko była raczej granatowa z jasnymi wstawkami… i śrę kogiel-mogiel. Tia, u mnie to zawsze był i kogiel i mogiel. Utarty spracowaną ręką Przyszywanej Babci. Kubek jest metalowy, wiecie taki, w którym wciąż większość z nas gotuje jajka. Łyżeczka mała, moja morda ucieszona… a ziemia rozdrapana przez kury. Właściwie, to gdziekolwiek widać jakieś piórka i dzioby. Nie wiem, ale nie myślałam wtedy o tym, że pożeram ich dzieci. Wolna byłam od jakiejkolwiek idiotycznej degrengoladzkiej indoktrynacji. Jadło się w końcu to, co było. Nawet jak to coś było z karaluchami, to się jadło. Bo widzicie, kiedyś nie można było wybrzydzać, żarłeś i już! Jak nie żarłeś, to umierałeś… a świat był aż nazbyt ciekawy, by tak zwyczajnie z niego zrezygnować. Dlatego się jadło. Najpierw kochało się małe, żółciutkie kurczaczki, a potem jadło ich jajeczka. Uch! Czysta perwersja, czyż nie? Nie myślało się o tym, że te osrańce grzebią w ziemi, że błotko się do nich przylepia. Oj nie. Myślało się tylko o tym, by jajka podebrać na czas, a i te schowane w pokrzywach też jakoś wydostać. Nie wiem skąd to wiem, bo co do kur, zawsze stosunek miałam uciekający. No boję się ich jak gęsi! Znaczy gęsi bardziej… syczą i gęgają no!!! Straszne są!!!

Łabędzi też się boję.

Ta dziewczynka z kubkiem, siedząca w totalnym ziemskim nieładzie bała się całkiem innych rzeczy. I chyba z czasem nie zaczęła tracić strachów, raczej się jej one nawarstwiały. Nowe dochodziły, stare robiły im manto… ot wszystko według jakiejś tam etyki. Ale co do religii, to miała jej mniej. W szkole jej nie było w ogóle, a w domu wiadomo ino jedna była. Nie było ni wegetariaństwa, ni ekoaństwa, wyznawania wyłącznie braku glutenu, ale bezdzicstwa. Albo lepiej. Wyznawania wielodziecstwa, mięsojedztwa i wielkiego bożka Grande Celebryta. No i są jeszcze teraz te religie lecznicze, ale serio nie mam już do nich głowy. Bo widzicie czasy mamy teraz takie religijne bardzo. Każda moda zmienia się od razu w ruch wyznaniowy. Niezależnie od tego czy chodzi o portki z kupą w kroku, czy ino dziary na oczach… od razu do tego i księga i bożek i berło i jabłko…

Religia na Wyspie chyba istnieje. Serio widziałam kiedyś pogrzeb. Ale tak ogólnie chyba wszystko zamyka się w krótkim ogłoszeniu w gazetce… Oj pewno, że mamy kościoły. Serio to są takie nowsze i starsze, są ino ruiny i kamienne kręgi.

IMG_4612 (3)

Dla każdego coś miłego.

Są kościoły, które były domami i takie, które się zaraz nimi staną, może po krótkim remoncie. Najbardziej szokuje jednak to, że tak tych kościołów wiele. Że szkoły zamykają, ale kościoły wciąż sobie stoją. W każdej większej osadzie jest wielki, ogromny, przytłaczający… no może poza okrąglaczkami, ale cała reszta trochę straszy. Bo ludność tutaj wierząca… ale w Wyspę. A może w nic nie wierzą, kurcze trudno za społecznościami i ich zachowaniami duchowymi nadążyć ostatnio…

Tutaj ważniejsze są przecinki.

Religia nieobrażania, niesmędzenia, niewyróżniania się na wieki wieków. A tak, we wszechświatowym dążeniu do poprawności politycznej postanowiono też uhonorować leniów. Wypierdzielamy przecinki i nakazem odgórnym wszyscy mają się porozumiewać wyłącznie przez internety i to w krótkich zdaniach. Nie, nie żartuję. Ale za to mogę w końcu zawrzeszczeć, że czuję się DYSKRYMINOWANA. Bo przenośniami już nie można, aluzjami tyż nie, a sarkazm to wiecie, zapomniana sztuka jak flirt… Albo takie daty przydatności do spożycia. Znaczy wiecie, te najlepsze jest przed… Nagle odkryto, że przecież po tej dacie to wciąż nie truje, więc nie ma reklamacji. Żryjcie i po dacie najlepszego smaku! Oj pewno, że do tego jest cała ideologia, co się zwie ekologia. Znaczy nei wyrzucaj dobrego jedzenia… ale… No właśnie ALE. Może by tak nie kupować, co?

Może by tak zwyczajnie, po staremu, całkiem za darmo tak… no wiecie, MYŚLEĆ?

Panująca religia, zdobywająca coraz więcej wyznawców, członków i serio wyraziście namacalnych modlitewników… to NIEMYŚLENIE. Nie wiem dlaczego tak bardzo wszystkich nęci jej dekalog? A ja, ta mała dziewczynka z grubiutkimi nóżkami – nóżki wciąż mam grubiutkie – jedząca kogiel-mogiel i mająca na uwadze tylko ten smak, słodycz i naiwną, cudowną błogość, wierzyła w nowości i odkrywanie. W moc purchawki pod zielonkawą, zagubioną trochę ławką. Lekko odrapaną, mało odwiedzaną, stojącą w otoczeniu starszych, ciasno spojonych gałązkami swymi iglaków… w siłę uśmiechu, moc czekolady spod stołu i czarowność palmiarni w Sanatorium, wierząca, że będzie, że się stanie… ta dziewczynka się nie zmieniła i nie pasuje do tego świata. Nadal woli dzicz błotka, nadal zjadałaby kogiel-mogiel, tylko że on jakoś ostatnio dziwacznie smakuje… no z kurami by nie chciała, ale z drzewami pewno. Nadal gada do krzaków, całkiem niepłonących i nadal jest sobą. Wierzącą we wszystko, co dla innych jest niemożliwe… i wiecie, nigdy i nigdzie nie miałam na imię Alicja…

IMG_9913

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.