Pan Tealight i Glutowy Problem…

„Dzień wstał jak zwykle okropny.

Serio… jak tak można tylko to ciepło, gorąc właściwie, żadnych chmur, noce jasne, wyspać się porządnie nie można. Nie no! Tak się nie da żyć. Plaża pod nosem, Turyścizny jeszcze nienazbyt wiele. Koszmar, co nie? Z piekarni dochodzą zapachy poszerzające tkankę tłuszczową… nic ino leżeć pod brakiem chmurki i żreć. Lody, bułeczki, duńskie ciastka, które wciąż nie były w stanie mi wytłumaczyć dlaczego tak je ktoś nazwał. Karmel gęstnieje w powietrzu, cukierki się zwijają, a z czekoladowni bucha kakao…

Tak źle się dzieje na Wyspie!

Tak źle!!!

I nie ominęło to też jej. Ni Pana Tealighta, ni wszelakich niepotrzebnych. Trudno to było jednak zdefiniować… no źle było. W ogródku Chatki Wiedźmy ogólnie to coś źle też się działo. I na dodatek działo się całkiem źle wiecie, bez certyfikatów, wyszkolenia, wszelakiego obycia w zawodzie! JAK TAK MOŻNA?

Po pierwsze ktoś zjadł ogórki! Nie bacząc na jej fantazje erotyczne z nimi związane, zwyczajnie wziął i je zeżarł. Zeżał ich przyszłość i dziwne przygody, no spożył, strawił pewno, zmienił na dziwne kroki w swym życiowym tańcu… Pewno, że dopiero z nasionek się one wydobyły, no ale jednak kurcze, jak można tak życie ledwo poczęte skonsumować? No jak? I co? I będzie teraz Wiedźma Wrona Pożarta żyła w swym cąłym bezogórkowiu! I będzie jęczała i stęczała i wzdychała za nimi… za skórką zieloną, za lekką szorstkością i tymi małymi kolcami. Za czubeczkami zakończonymi zwiędłym, pomarańczowym kwiatkiem… A poza tym Dekapitatorka Stokrotek wzięła, pufnęła i…

… zdechła w dymnej aurze.

Oczywiście ogródek postanowił nagle wykazać swoją antropomorficzność, nazwać się Bizumiał Stawienny i pójść na całość. Nawtykał wszelkiego zielska, trawek i rdzawych kwiatków, czerwonawo-burgundowych zielsk i oczywiście tych Psychodelicznych Margarytek. Co jak co, ale podejrzanym było nagłe zniknięcie Stokrotek… może się zmutowały, może wyewaluowały, a może to one je wiecie… zżarły?!!! Pierun wie, ale trawy wybuchły, dmuchawce wraz z nimi, wszystko postanowiło olać wrodzone wysokości i poszło na całość. Rosło, telepało się w bezwietrznej aurze, a na dodatek umożliwiało wszelakie się lęgnięcie wszelakiemu robactwu…

Ale do czasu! Mruczała sobie pod sporym nosem Wiedźma Wrona i wkurzała się na Solsorty, które wyżarły jej sadzonki choinek… No serio źle się działo w całym świecie, a na dodatek i nosie niskiej Wiedźmy! Gluciło ją!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0233 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niemy krzyk” – … i tak i nie? Serio. Z jednej strony intrygująca opowieść, kryminalność lekko zalana psychologicznością i to po obydwu stronach: ofiary i detektywa, ale… Widzicie, czasem historii nie wystarczy wymyśleć, nadać jej imię, wyrysowac drogę, ochrzcić bohaterów… trzeba ją też umieć napisać.

Naprawdę napisać.

Oto historia, która zdaje się być odbiciem dzieciństwa naszej głównej bohaterki – zakochanej w motorach – Kim Stone. Policjantki, która nie potrafi się zatrzymać, nim nie doprowadzi sprawy do końca. Nim nie znajdzie tego… kto zabił. Ale sama też mierzy się ze swoimi demonami codziennie. Nie dziwota, że woli zakryć nadmiar myśli i wspomnień pracą. Gdy tylko zaczyna rozumieć, że dziwne morderstwa mogą być czymś więcej, postanawia nie czekać na pozwolenia.

Od razu chce dowiedzieć się prawdy.

Intrygująca fabuła, gorsze wykonanie. Za nic nie można polubić głównej bohaterki, wejść w jej życie, w jej skórę. Nie do końca też „widzimy” co się dzieje, bo opisy pozostawiają aż nazbyt wiele do życzenia… z drugiej strony natłok obrazów, płytkich, a przecież pełnych emocji, sprawiają że sie człowiek gubi. Do tego krótkie rozdziały, okrojone słowa… Ta powieść mogłaby być naprawdę niesamowita, gdyby napisał ją ktoś inny. Ktoś, kto naprawdę umiałby wejść w tę historię.

Czy warto? A czemu nie!? Jeśli wytrzymacie początek, potem już poleci, pomogą pewne wewnętrzne przemyślenia jednego z bohaterów. A wina i kara? Cóż, gdy czyta się historię molestowania nieletnich, zawsze chce się komuś przypier…

Czyż nie?

IMG_8142 (2)

Czasem człowiek wiecie…

… nie tyle że tęskni, chociaż może i tęskni, ale jakoś tak no kisiel mu się skończył, a i po drugiej stronie morza też mają fajne ryty naskalne, więc… wsiada w proma. W, nie na, bo zwyczajnie w niego bardziej wjeżdża od dziwnej strony i tam pozostawia swoje autko. Nie no, pewno, że można z buta i bez auta, ale czasem zwyczajnie się nie da, gdy przypomnisz sobie, że w IKEA nie byłeś już wieki… więc wsiadasz, i starasz się nie myśleć o tym razie, jak Leonora zaczęła przeciekać, albo o tym, gdy nagle, ciemna nocą, zimową, wysiadła energetyka – też na niej – i wszystko było ciemnością, azaliż kurcze, na pełnym morzu ową ciemnością było wielką, pełną i nader silnie bujającą, budzącą lęki atawistyczne, całkiem zapomniane, przez cywilizację rozmyte… Nie myślisz, bierzesz pigułki i zastanawiasz się jak rozwiązać problem strachu.

Leonora jest serio całkiem zgrabna, chociaż szybka, to sorry, ale Australijczycy nie robią statków na morza północy! Buja, psuje się często i fale robi Szwecji, ale jednak… jako szybsza i zapłacona milionami, więc musi pływać. A człowiek w niej. Bo raczej nie na niej, jest dość szybka, więc nie dość, że wieje i mało bezpiecznie, to jeszcze wiecie, pacnie kogoś ryba, syrenica jakaś, czy co…

Mniejsza… siedzi sobie człowiek w promie i zastanawia się nad tym, co tu robić. Może czytać, może sie zdrzemnąć, zjeść coś, wypić, ale… może też pójść do sklepu, a wolnocłowy u nas jest intrygujący. Niczym prom nie opuści wód duńskich, czekolady nie dostaniesz, a potem to wiecie, problemy z pićku. Śmieszne to wszystko, ale co jak co, opłaca się zabawić sie w tym niewielkim miejscu. Dlaczego? Bo tutaj jest większość rzeczy, których nie możesz dostać na Wyspie. Nagle te dziwne wycieczki promowe niegdyś pomiędzy Polską a Danią, nabierają sensu. I już jakoś człowiek rozumie dlaczego Rzygolot z Kołobrzegu nazywa się… no jak się nazywa. Ale serio, wejście do wolnocłowego dla człowieka przyzwyczajonego do braku zbytków we własnym spożywczym, to coś niesamowitego. Wiedzieliście, że oni mają tam takie rózne rzeczy, pachnące, kremujące, zaskakujące, modelujące i na przykład wielką torbę Skittlesów!!! Ostatnio po raz pierwszy ich spróbowałam i kocham! He he he! Nie ma co… ale nawet na starość człowiek może sobie znaleźć nowe zboczenie…

A może to tylko wina promu, strachu i niebycia na ziemi… Wiecie, woda jest piękna, niesamowita i potrzebna, jest częścią nas, a jednak jakoś tak, tak jakoś strasznie przeraża. Bardzo strasznie.

IMG_0063

I Szwecja…

Szwecja to w ogóle wygląda jak Wyspa. No przynajmniej w tych miasteczkach przylegających do nabrzeża od naszej strony. Nic dziwnego, że kiedyś pływał fajny stateczek do Simrishamn. Pomijając fakt bujania, to musiało być to intrygujące, serio. Tyle morza, mała łupinka – no dobra, nie taka mała, ale jednak. Od lądu do lądu. Z jednej strony niby widać tę Szwecję, ale jednak po wodzie całkiem to długo. Ale wiecie co, chyba raczej warto. Na przykład po to, by posłuchać Szwedów. Bo oni tak cudnie śpiewają! No serio, zapodajcie sobie szwedzki, czyż to nie niesamowita muzyka. W porównaniu do duńskiego wprost poraża lekkością i melodyjnością. I wiecie co… nawet można coś zrozumieć znając odrobinę duński. Nawet można się dogadać, chociaż po ichniemu szkłod to lód… znaczy no wiecie glas…

Wielkie miasta niestety przerażają wielością ludzi, wszechobecnymi rowerami i wszelako rowerowym przymusem. Nagle już przyjemność staje się nakazem i jakoś tak no mało nęci. Ale ja i tak z buta, to co mi tam!? Tuptam sobie po Malmö, Lund, Simrishamn… i tyle tego. Będzie. Teraz IKEA! Ale wcześniej dziwne spostrzeżenie… Pamiętacie czasy jak Szwedzi porażali wolnością? No kąpali się nago i wychowywali się bezstresowo. Cóż, wynik tego taki, że teraz powala ich własna poprawność polityczna, a ich młodzież nie ma wjazdu do wielu miast Europy. Bo tacy wolni są i w ogóle… robią co chcą, co im się podoba, no i jak im ino wygodnie nie hołdując żadnym ideom poza swoimi. Nie ma już SZWEDZKOŚCI. Łosie mają oklapnięte łopaty i ogólnie… nawet na kiblach nie ma oznaczenia, że to kibel. W końcu obecnie każdego coś obraża.

KAŻDEGO!!!

Dziwny ten świat. Zamiast sklepów z pamiątkami, sztuką, tudzież szwedzkim rękodziełem taki niedzielny turysta jak ja widzi ino te wszelkie sieciówki, sklepy z garnkami, czy inne tam niepotrzebne. Na szczęście znalazł coś w Ystad!!! Polecam CINNOBER! Serio, strasznie przesłodki sklepik! No niestety, ale ja muszę mieć łosia i magnesa i kartki jeszcze oczywiście!!!

Przebiegając przez IKEA miałam wrażenie, że jestem w Maroku, czy innej tam Afryce, ale widzicie. Takie mamy czasy. A gdzie dzieci kukurydzy?

IMG_0076 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Glutowy Problem… została wyłączona

Pan Tealight i Biesy w Maszynie…

„Deusy się skończyły…

Nie można ich było nigdzie dostać, a nawet nigdzie spotkać. Po prawdzie nie do końca wiadomo jak one powstawały: rodziły się, pleniły, ulęgałkowały na drzewach i krzakach, wykrztusiwały się z jamy jakiegoś potwora, który miał wiecie, problem z zatokami, z łona wielce zwiastowanego, tudzieź z pryszcza na dupsku wieloryba. Wiele było teorii. Nikt nie widział, chociaż pewnikiem Pan Tealight tylko udawał, że nie wie. Wiecie, z nim to tak zawsze. Trzyma to wszystko w sobie, nie wypuszcza, a potem jak co do czego to… BUUUUM! No wiecie…

A jednak bez deusów kurcze trudno się robiło te wszystkie teatrzyki w podziemiach. Pośród połyskujących mchów, zbyt wielu statystów i wszystkich serdecznych zaciekawionych, którzy wydali garść koron, by coś zobaczyć. Wiedźma Wrona Pożarta oczywiście miała pomysł i zapytała biesy, czy byłyby zainteresowane… były. Problem w tym, że nie do końca się do tego wszystkiego nadawały.

Po pierwsze biesy były bardziej włochate i ich kłaczki wkręcały się w wirówki, śrubeczki i inne, mniej identyfikowalne trybiki. Po drugie miały problem z nietrzymaniem moczu na miejscu, a po trzecie… cóż, one zwyczajnie były aż nadmiernie wystrzałowe. Nadmiernie chętne do pracy i ogólnie nadgorliwe! I jakoś tak nie chciały z niej wychodzić. Dobra, robiły dźwięki, zgadza się biedny wybraniec zwalał się na scenę i kończył akcję z wybuchami i dziewicami, ale… widzicie, one nie kończyły!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0277

Z cyklu przeczytane: „Komornik” – … nie. A tak bardzo się napaliłam na tę książkę. Nie macie pojęcia jak bardzo. No bo koniec świata, cała ta apokalipsa, która się Bogu mocno spierniczyła i koleś – heros. Ale… ech nie.

Nie sięgnę po kolejną część.

Oto jest apokalipsa. Aniołowie mordują nieźle, chociaż dziwnie miło. Ogólnie mówiąc wychodzi na to, że są… idiotami. I jest on. Nasz bohater, który przyjmuje posadę komornika, bo w końcu coś robić trzeba, a i przecież jakie miał inne wyjście, gdy stało się TO… gdy to zobaczył.

Świat w rozsypce, ruiny, wszelakie niedobitki.

IMG_0707

Ale tak to bywa przy apokalipsie, czyż nie? Pewno. Najpierw nikt nie wierzył, że to koniec, że naprawdę… a teraz to już trochę poniewczasie. Co nie znaczy, że niedobitki nie będą próbować. Będą… w końću człowiek jednak przypomina karalucha, czyż nie? Wystarczą relikwie, więcej klęczenia, a może… magia?

IMG_0708 (3)

Problem?

Cóż… bohatera znielubiłam od samego początku, bo był tak dziwnie kalkowaty.  No nic w sobie nie miał nowego. Czegoś, coby sprawiło, że odcinałby się od innych. Najpierw biegał, potem przez większość stron skakał, bił się, przeżywał… wiecie, on mało śmiertelny jest, więc ma z góry. Do tego te anioły, którym chce się przypier… Ile można tak tylko patrzeć jak on kogoś napier… No, może niektórzy tak lubią, ja chyba jednak potrzebuję więcej treści i sensu. Czegoś więcej zwyczajnie. I trochę innego języka. Kurcze, ależ ze mnie wymagający czytelnik!

IMG_0706 (2)

Jasno…

Kurde, ale jest jasno.

Zamykasz oczy, a tu jasno, wszystko wyłączone, a wciąż jasno… Jasno jak… w no tej no, ech, nie wiem no jasno. Noc oznacza jasno, ale takie przez ciemne okulary, wiecie, wiesz że jasno, wiesz że to cię wkurza, ale jednak starasz się to przetrwać. No bo niby jakie masz inne wyjście? Nie da się tego wyłączyć, nawet za zasłonami wiesz, że ta jasność wciąż tam jest. Ptakom się miesza pod kopułkami, rzuciły się na moje sadzoneczki choinek, wredne latawice. Nie no… pewno, że łatwiej znaleźć coś smacznego w miękkiej wilgotnej ziemi, niż zapierdalać na pole, ale co tam, po co się poświęcać dla rodziny? Lepiej wyżreć moje piękne, centymetrowe choineczki!

Wkurzające solsorty!

Jest gorąco.

Strasznie gorąco nawet. Gdyby nie ten lekki wiaterek, bryza cudownej wilgotności, to słonko jak nic by na wypaliło na wiórki. A głupio by tak było się sfajczyć przez tym cyrkiem zwanym Folkemodetem! Powiem Wam, że Allinge to oblepili kablami. Wszędzie jakieś gniazdka, a drzewka mają WIFI. No ja nie wiem jak oni z tym wszystkim zdążą, ale na razie wszelkie roboty drogowe wstrzymano. Drogi w tamtym rejonie już użyteczne, aczkolwiek powiem Wam, że warstwa kurzu na oknach i ścianach kamieniczek i domków jest ogromna. Gruba niczym kożuszek Rosjanina… wiecie, takiego z brodą i saniami… no prawie Died Moroz! Wszystko wygląda dziwnie poszarzale. Zwyczajowe kolorki zdają sie być posmutniałe i zamyślone… czekają na deszcz jak nic, no i na kogoś, kto umyje ścianom okna!!! W końcu Folkemoded to jednak święto, czyż nie?

Policja w pogotowiu.

Burmistrz Wyspy też… szczególnie po ostatnich problemach z Rosjanami. Coś serio nazbyt nad nami latają, a na dodatek przyjeżdżają na Wyspę, bo podobno to ONI MAJĄ tutaj jakieś świętowania? Tubylcom krew zawrzała, co przy tych temperaturach nie było trudne, ale… Winni nie pojawiła się na świętowaniu Rosjan. Jakie będą konsekwencje tego, pierun wie, ale Rosjanie ogólnie trudni są w temacie II wojny światowej. Wystarczy spojrzeć na historię Polski.

IMG_0173

Wspominałam już, że gorąco?

Zieleń bucha i pufuje, a na dodatek kwitną te krzaki, co to tak strasznie śmierdzą. Wiecie, małe, białe kwiatuszki, zebrane w takie kupeczki… aromat przypomina stare skarpety, stojące, zmieszane z moczem po szparagach i pierdem po bigosie. Serio… taki ze mnie kurna koneser!!!

Susza miażdży wszystko, ale co do deszczu, zdania są podzielone. Raczej go nie będzie, ale jednak wiecie, niektórzy mają nadzieję. W końcu już mamy czerwiec, a to oznacza wzrost zmotoryzowanych na drogach. I to tych, co jeżdżą pieruńsko wolno!  Jakby im się wydawało, że poruszają się po trasie widokowej, z maksymalną prędkością 20 kilosków na godzinę! A przecież tak nie jest. Po prawej stronie przekwitnięty czosnek niedźwiedzi, po lewej kwiaty Królowej… margarytki oczywiście. Środkiem zaś ponownie gnają motocykliści. Kurcze… czemu tak głośno?

Przy drodze już można nabyć pierwsze tegoroczne cuda. Oczywiście stoją obok fantazyjnie zapakowanych przetworów. O czym mówię? No o ziemniaczkach. Maleńkie skurczybyki, ale cudownie smaczne i takie niewinne, a jednak spragnione wrzątku i odrobiny masełka. Może i koperku, no jak kto woli! Ciekawe, czy w ogóle zdarzą się jeszcze jakieś nowalijki przy tym całym przesuszeniu i oczywiście żertych zwierzakach. Po kiego tu siać i sadzić, gdy one i tak wszystko zeżrą? A na dodatek kurde… jasno.

Tęsknię za normalną nocą.

IMG_0170

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Biesy w Maszynie… została wyłączona

Pan Tealight i Miny Chowańca…

„Pan Tealight to w ogóle początkowo myślał o tym projekcie jako o galerii. Pewnej wystawie, jakiejś tam kwintesencji rwącej się grafitowej kreski i drobinie karminu, no różu może jednak, tego nie przemyślał, wszystko na białych ścianach, całkiem bez ram, ale jednak na czerpanym papierze… ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki się nie zgodziła. No co kurde, co jak Chowaniec to odkryje? Niby był świadomy tego, w jakim świecie żyje, niby… wiedział, prawda?

A co, jeśli On wciąż nie wiedział? Jeśli tak naprawdę wydawało mu się, że to wszystko, to tylko gadanie dziwnej kobiety, z która sczepił go los? A może przeznaczenie, albo gorzej… magia? Może nie wiedział? A może tylko udawał? Tylko jak się go o to zapytać, by jednocześnie nie ujawnić zbyt wiele?

Jak?

Może pomysł Pana Tealighta, by oddać to wszystko grafitowym rysikiem i skołować na tym trochę kasy był warto rozpatrzenia? Ale czy tajemnice mogą się uchować w świecie? Chyba nie? Na przykład teraz… siedzi Chowaniec w internetach, wali w klawisze, chociaż co dziwne, nie szybciej niż ona sama, a jednak… jakoś się czuje, że ma oczy też i na plecach, albo z tyłu głowy, albo gdzieś tam, gdzie jednak dobrze się widzi. No i wciąż, czy warto? Może jednak niewiedza jest dobrem? Złotem, srebrem, kamieniami szlachetnymi i czekoladą na waniliowych lodach z posypka i tymi fajnymi gufami, których wszedzie pełno było na Wyspie? Może?

A może to On ją wymyślił?

Czy możliwe byłoby nieistnienie Wiedźmy Wrony Pożartej?

Serio?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2026 (2)

Z cyklu przeczytane: „Korona” – … koniec? Znaczy, ale co? Na pewno? Bo przecież najpierw miała być tylko trylogia, potem doszły opowiadania, a teraz… Może coś jeszcze napisze? Oj, chyba napisze, ale raczej już nie w tym temacie.

IMG_2011 (2)

Nie z tymi bohaterami.

„Korona”, to tak naprawdę drugi tom dylogii Eadlyn i koniec. Tak jak „Rywalki”, „Elita” i „Jedyna” to opowieść o jej matce, tak ona otrzymała dwutomową historię swojego zakochiwania się. Czyli jak najbardziej: oto jest historia o marudnej, wkurzającej księżniczce i… miłości na czas. Bo wiecie, ona w końcu ma ino naście tych kolesiów do wyboru, nie jak my. Szkoła, życie, imprezy… albo brak imprez, biblioteki i tak dalej. O nie Eadlyn musi wybrać z garstki swoich podwładnych i oczywiście… wybierze, do tego ma niepokoje w swoim świecie i garść rodzinnych sekretów. Poradzi sobie? Kurcze, a co, jeśli nie? Na dodatek „Następczyni” skończyła się w dość mocnym momencie, serca wielu wielbicielek Kiery Cass zamarły, nie dziwota, że pragnęli… pragnęły się dowiedzieć, co dalej.

IMG_2034

Co dalej…

IMG_2012 (2)

A dalej…

… miłość, władanie światem i marudna księżniczka. Czyli prosta opowieść, w której brak wiele, a jednak tak wielu się ona podoba! Nawet kolorowanki o tej serii powstaną! NAWET! Ech… wciąż chcę mieć tiarę i rozterki w stylu: w co sie ubrać przed telewizor. Bo widzicie, w Illei cała królewskość dawkowana jest publice przez TV. Nieźle, co nie? Czujecie takie cotygodniowe pogadanki z Pałacu Prezydenckiego? Mniejsza… rozterki ma nasza bohaterka dziwne. Czy ta tiara, czy tamta. Kochać, czy nie?

IMG_1962

No nic tam. Oto kończy się kolejna seria dla nie każdego. Bardziej dla tych tęskniących za pałacem i księciem, niż współczesnych i silnych dziewcząt. Oto seria dla… Dla wielbicieli. Choć w jednym większość się zgadza, iż ta okładka jest raczej kontrowersyjna. Raczej wiecie, straszna… Coś w niej jest dość przerażającego.

Sorry!

IMG_2013

Lato jak nic.

Kurcze, powiem Wam, że Wyspa szaleje z temperaturkami, zieloność bucha i skwierczy, w morzu można już spotkać wrzeszczące nagusy – nie dziwota, w końcu woda raczej opiera się grzaniu, no chyba, że na Balce, ale tam to zawsze jest ciepła! Wychodzi na to, że to już lato. Ech! Jakoś trzeba będzie przetrwać i tyle. Inaczej się nie da. Byle do jesieni! Winter is coming… I hope so!!!?

Zieleń przeszła z tej wczesnej, dziwnie naiwnej formy w coś, co przytłacza. Co oszałamia i mocno i zmusza do przyklęknięcia i odklepania, całkiem nie szybko, całkiem w lekkim zachwycie, pięciu liściowych zdrowasiek. Bo ta zieleń zdaje się być potegą. Niedługo znowu się zmieni, gdy słońce będzie wyłącznością, a żar odbierze jakąkolwiek wilgoć codzienności, ale… na razie zieleń ta ostro lawiruje pomiędzy odblaskowością mundurków robót drogowych, a odblasków na dziecięcych plecaczkach. Sklepiają się nade mną niczym ruchoma i śpiewająca, kościelna kopuła. Kurcze, idealna i wiecie, za darmo. Ptaki robią za dźwięki, a modlący się mało klęczą, więcej chodzą…

Cudowne jest spacerowanie w tym czasie po Wyspie, ale… no właśnie, lepiej trzymać się dróżek. I to serio tych bardziej ubitych. Zieleń wszelaka rośnie, wzrasta i się rozpościera. Nie da się już normalnie wysikać w krzaczkach, bo nagle pomiędzy nogami wybija ci mleczyk i przez chwilę jakoś tak coś w tym nie gra. Trawy osiągają swoje górnowiejne wzrostowości, pysznią się swoimi grzebieniami pełnymi pączkujących nasionek… no i dmuchawce. Pochylasz się i już dmuchnąłeś sobie… na szczęście.

Aczkolwiek odradzam dmuchanie, gdy się sika…

Zieleń wszędzie, rzepak w okolicy Ronne przekwitł właściwie w jednym i tym samym momencie. Znaczy wiecie, pola były żółte, a potem po chwili już nie. Jak nic robota Alienów, ale co tam… przecież musieli mieć jakiś powód, co nie? No musieli, może artystyczny? Może nie?

IMG_2012

Bornhack… obóz dla hakerów na Wyspie. Serio, kompletnie nie wiem co o tym myśleć. Nie żebym jakoś, no dobra, mam Chowańca. Mam Chowańca i istotne w Nim jest to, że jest informatykiem, bo dzięki temu ja nie muszę się nazbyt wyznawać na tym wszystkim. Sorry, ale ja nadal uderzam kamieniem i podkręca mnie myśl o wynalezionym kole… A On… wie o co chodzi w tych komputerach. Widzicie jaka byłam przewidywalna te naście lat temu. nosz kurna heblowana Pytia! Ale mniejsza, jakkolwiek mam swoje normy i w większości poddana jestem wszelkim prawom, to hakerstwo… mnie nie oszałamia, więc dlaczego nie wiem co o tym myśleć…

BO KUŹWA U NAS CZĘSTO ZASIĘG SZALEJE!!!

Znaczy go nie ma. Dlatego tak mnie luzuje robienie tutaj takiej imprezki. Jak się owi przypięci do maszyn wybiorą w las, toż przecież zaginą. Pod drzewami nic nie działa. Lepiej! Są takie budynki, które w dziwnym sposób tworzą wokół siebie czarne, internetowe dziury. A może tam je zbudowano, kto to wie? Może na Wyspie są kamienie odpychające wszelakie wynalazki?

Może?

I serio… co ci hakerzy będą hakować? Może w końcu ktoś ekologicznie zabierze się za chwasty? Wiecie, haczki w dłoń i do roboty! Niech w końcu ktoś z tej całej komputeryzacji wniesie powiew świeżości w życie! Z drugiej strony, może będą gry jakieś? Wiecie, gęste larpy, przebieranki i takie tam? Ech! Kto to wie? Z trzeciej strony to mocno ciekawe. Robić taką imprezkę tutaj. Znaczy co? Komputerowcy zjechani, w otoczce swej połyskliwej aury bielistej, niczym ten wampir wiecie, ten co zmierzchał, wylezą na plażę? Jakoś tego nie widzę. Ale tutaj wsio jest możliwe, co nie?

Ciekawe jak bardzo będzie gorąco?

IMG_7476

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miny Chowańca… została wyłączona

Pan Tealight i Ekologiczna Mrażalnia…

„Po prostu.

Podziemia chłodne i ciemne, może i nazbyt ciemne, a w nich wielka studnia, szeroka, głęboka, przepastna i dziwnie niewilgotna… Prowadzą do jej wnętrza śliczne, ślimaczkowe schody. Srebrzyste, może lekko nazbyt filuternie sterylne, ale dlaczego nie? W końcu obsesja to obsesja. Jeśli pozwolisz się im poprowadzić, dotrzesz do ogromnej sali z kandelabrami i setką kryształowych trumien. W różnych rozmiarach z rozmaitymi zdobieniami, z okuciami w szlachetnych metalach, kamieniami, które nie wątpią w swoją szlachetność…

Oto Przechowywalnia Śpiących Królewien. Tak, znajduje się pod Sklepikiem z Niepotrzebnymi, bo widzicie, zatwardziałych dziewic już nikt nie chce. No, chyba że na żony, ale one nie do końca były zorganizowane, no i kto by tam brał laskę, co z mikrymi, a jednak twardymi facecikami mieszkała… więc, widzicie, kończyły tutaj. Oni je bałamucili, ale nie do końca, to wpływało na smak, a potem. MNIAM! Wiecie… milusio, chłodno, troszkę sceneria jak z Kryształowej Komnaty w Wieliczce, a do jedzenia mrożone laski nadziewane jabłkami! Aczkolwiek to ostatnie  było do uzgodnienia. Bo widzicie, truć je można było czymkolwiek! No dobra… nie do końca truć, zwyczajnie trza je było uśpić, coby się owocki lepiej w tych miękkich, białych ciałkach fermentowały.

Delikatnie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0794

Z cyklu przeczytane: „Nieznany ląd” – … szósty. A miała być trylogia! Szósty tom nowej serii Johna Flanagana, więc nie ma co się dziwić, co nie? Zwiadowcy też wciąż rosną! Kolejne tomy z cyklu „co było przed” już się rodzą.

Tchnące Wikingami przygody młodych to oczywiście opowieść o przyjaźni i podejmowaniu decyzji. Dorastaniu, walce i beztrosce. O wyprawach, o udowadnianiu sobie, że się może, mierzeniu się z przeciwnościami… a wszystko w otoczce owych morskości i pradawnych bohaterów.

Przyjemne, niesamowite. Z jednej strony to już było, a z drugiej… Flanagan dotarł do tak wielu młodych czytelników, że musi mieć w sobie coś specyficznego!!! Naprawdę dobra lektura dla wczesnych nastolatków i tych, którym jeszcze do nastoletniości troszeczkę brakuje. Prawdziwa i wciagająca.

IMG_1981

Tupta sobie człowiek po Wyspie i się zachwyca, bo wiecie… tutaj zawsze się znajdzie coś nowego, coś innego, coś, czego jeszcze nie widziałam, jak te bagna w Almindingen. Dziwne, mroczne, lekko rechoczące i pełne błękitnych ważek. Ścieżki w tym miejscu dziwnie bardziej zarośnięte, mniej uczęszczane, a może tylko unoszą sią nad nimi duchy tych dziewic w wodach pochowanych, albo dziewiców? No i wiecie, stukotają owe duchy swymi złotymi i inaczej metalowymi ozdobami i nie dusza ni trawy ni kwiatów purpurowych, nie naruszają młodziutkich drzewek. Więcej, one to nawet nie potrzebują tych mostków wąziutkich, kurcze… jak po tym iść, by nie wpaść?

No jak?

Tupta sobie człowiek i patrzy na tą całą dzicz, a potem na gacie Chowańca, długie oczywiście, które dla lepszego efektu – jasne są. Patrzy na nie i widzi swymi ślepiącymi ocżetami owe mikropunkciki. Czarne, poruszające się kropeczki. I nagle uświadamia sobie, że kurna, może to nie był dobry pomysł na takie spacerowanie? Może w rzeczywistości dla nas, ludzkich i krwistych, pozostały już ino szosy? Ale dziś one zajęte bicyklarzami, to co ma zrobić ten, co chodzi?

Tupta sobie człowiek. Tu kamień, tam głaz, wąziutka ściezynka wije sie pomiędzy kolejnymi pniami, które niczym baldachimki zwisają sie romantycznie nad nami… ekhm, no i założę sie, że jakiś robal mi z nich spadł na głowę. Założę się, że już mnie skurczybyk gryzie! Nosz kurcze!!! Dlaczego w tym czasie, późnowiosennym, jakoś tak wszystko uważa, że jestem aż nadmiernie smaczna?

No dlaczego?

I nagle… Camping dla chmurkowych.

Z jednej strony las, rozgrzane sosny i świerki, z drugiej widok na mokradła. Wielkie palenisko, kibelek i trzy spore, drewniane schronienia. Właściwie, gdyby były wyższe i wstawić szybki, to stykało by na niezłe wille. A to tylko camping dla tych, którzy wolą w dziczy – ale jednak nie całkiem daleko od uczęszczanej drogi. Którzy chcą ogniska – miejsce jest, ktoś na ławce zostawił plastikowego węża – dzięki za mały zawał serca, serio wdzięczna jestem za ten przepływ krwi, jak nic rozpuścił jakiekolwiek zakrzepy i popędził ich strzępki gdzieś tam… W domkach oczywiście możesz tylko leżeć we własnym woreczku, śpiworze znaczy, może usiąść, gdy spoglądasz przez okienko, którym też się wchodzi… Zbudowane z bali, jakoś tak zdają się być miejscówkami z całkiem innego świata…

… z całkiem innego.

IMG_0714

Tuptam… i zostawiam te dziwne domki, chatynki płaskawe dla Turyścizny, myśląc o prawach… Bo widzicie, na Wyspie nie wolno tak ot sobie rozpiąć namiotu gdziekolwiek. Może to robić tylko w kilku wyznaczonych miejscach i nie tylko dlatego, że ludzie zwyczajnie brudzą, ale przeszkadzają też zwierzętom i niszczą rośliny. Zresztą, są obrzydliwie głośni!!! Ale bez boja, jest kilka miejsc dla namiotów, są i takie wyczesane domki, więc… kto chętny?

Zagłębiając się dalej w mokradła, mają po prawej dusze potopionych, a po lewej tych, co to uwierzyli nie w tego boga, co trzeba i sami skończyli w tym miejscu, mimo iż wczesniej to oni topili… grzeję się nadmiernie. Widzicie, strasznie gorąco się zrobiło, a potem na tamtej ścieżce dziwnie zimno i mroźno prawie. No nie dogodzisz. Tutaj sosny, tam młodziutki brzózki, pamiętaj by nie zboczyć ze ścieżki, bo kurna, jak nic skąpiesz się. Może ci się zdawać, że owe zarośla to sucha sprawa, ale nic z tego. Patrz, przecież to wiklina! Nie łaź tam… bul bul bul.

Dlaczego polazłam w mokradła? A bo widzicie, u nas wyścig kolejny… rowerowy oczywiście. Kiedyś człowiek myślał, że ci co się sportują i jedzą warzywka, to są mili i grzeczni… ale nie są. Za to jak najbardziej ostatnio są wkurwiający. Miało być wkurzający, ale to co ostatnio tutaj odchodzi woła o pomstę do nieba. Nagle się okazuje, że wiecie, jak w Polsce pociąg się powinien ZATRZYMAĆ przed przejazdem, kurna, ludzie chyba fizyki w szkole nie mieli, tak i rowerzyści są ponad prawem i winni… no właściwie dziękować rowerzystom za to, że oni żyją. A zawsze mi się wydawało, że to takie fajne. No rower. Od małego uczyli, że należy uważać na samochody, respektować prawo, obracać łbem na prawo i lewo, machac łapami… W dzisiejszych czasach prawo drogowe odnosi się widać wyłącznie do obcisłych ciuchów. I okłamywania innych użytkowników drogi. Bo widzicie, przed wyścigiem wydają broszurkę co będzie zmaknięte… więc człowiek się godzi – nie nie idzie na piechotę, bo już niejednokrotnie oberwał od rowerzysty – wsiada do auta by dojechać w ciszę i dzicz i… orientuje się, że w żaden sposób to co obiecali, odnosi się do broszurki.

Dlaczego teraz ludzie tak się dzielą? I podzieleni warczą na siebie… Weganie i wegetarianie, biegacze i rowerzyści, ćwiczący i leżący… chyba tylko piwosze nie warczą na siebie? Ale, może nie mają siły? Ja już chyba nie mam, więc sorry, ale wolę drzewa i mokradła. Nawet jak w cholerę wyssają mnie te kleszcze! Ja tam dobrze nie znoszę pyskówek i ludzi próbujących wmówić we mnie swe „mądrości”. Serio… poczytajcie, naprawdę, to wszystko już było, nie ma w was nic nowego. I pomyśleć, że kurna wsio winno być jakoś ZEN. Czy tam Zenon, no cokolwiek. Cisza, spokój, myślenie, niebycie, mokradło… może lepiej dać sie mu wciagnąć.

Ono jest nie tylko pociągające…

Nie tylko. W końcu czego człowiek może szukać na wyspie Wyspie? No czego, spokoju przecież kurna!!!

IMG_0841 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ekologiczna Mrażalnia… została wyłączona

Pan Tealight i Plac Zabaw…

„… w lesie.

Dość głębokim, z dala od ścieżek, choć niezbyt daleko od morza. Z trzęsącą się łodzią, czy tam statkiem miniaturowych Wikingów, z dróżką pełną przeszkód i chwiejności, z… takim zagubieniem, dziwnym przymusem w eterze. Odległy i dziwnie bliski, zaskakujący, ale czy naprawdę to ona go znalazła, czy w jakiś dziwny sposób to Plac Zabaw znalazł Wiedźmę Wronę Pożartą?

Właśnie była na spacerze, niczym ten piesek, wypuszczona w dzicz za przyzwoleniem, niby wolna, a jednak… na smyczy, bo przecież Wyspa nigdy by jej nie puściła. Chociaż, czy na pewno? Kto ją tam wie? Ale co z tym Placem Zabaw? Pustym, na którym pomiędzy drewnianymi ustrojstwami stały, mocno zakorzenione, sosny. I żadnych, ale to kompletnie żadnych dzieci. Tylko te ścieżki, wąskie, słabo widoczne w brązowawym poszyciu i mrówki, wielkie, ogromne właściwie, a ta jedna, na prawo od Wiedźmy właśnie targa kogoś do góry. Mocuje się z ciężarem wiekszym, niż ona sama, ale się nie poddaje. A potem, może zauważyła ją, może coś jej na drodze niewidzialnego przystanęło… może… jej ciężar upadł, ona za nim… Spróbuje raz jeszcze.

Jednak…

Na co komu drewniany plac zabaw w środku lasy? Plac… placowego imienia? Na co komu heblowane deski, sznurki, chwiejności i wszelkie cuda-wianki? No na co? I dlaczego Wyspa doprowadziła ją do tego miejsca? No dlaczego? Czy po to by ta skakała? Czy może jednak dlatego, żeby coś sobie przypomnieć? A może zapomnieć…

A może chodziło o coś całkiem innego?

Bo widzicie, rankiem okrył Wyspę Havgus…

Havgus, bo wiedźma się przebiera? A może zakryć trzeba coś, co właśnie zaraz się wydarzy, za tym zakrętem, za tymi drzewami… no, chyba że Wiedźma Wrona znowu zrobi siku w krzaczkach i zmieni zdanie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3041

Z cyklu przeczytane: „Pamiętnik Zuzy Łobuzy” – … ubaw po prostu. A stara jestem!!! No więc dlaczego ten tomik tak mnie bawi? Bo widzicie… pewno i nieświadomie, w końcu dzieciak tego nie wyłapie, ale może jeśli nie, to świadomie… znajduje się w nim cudowna krytyka współczesnego bytowania.

Nasza bohaterka to Zuzia. Nietrudno zgadnąć. Zuzia, która ma mamę, tatę i dwóch braci – bliźniaków. I flet, nie zapominajmy o flecie! Widzicie. Chociaż Zuzia jest bardzo rezolutna i inteligentna, jakoś tak wierzy, że jej flet jest zaczarowany… Dlatego zabiera go na wycieczkę rodzinną. W góry. Góry całkiem spore, do ekologicznego gospodarstwa, gdzie mają też… Zuzię, ale czworonożną!

Cudownie ilustrowana, zabawna przygoda, aczkolwiek mam jedno, wielkie ALE… odnoszące się do tłumaczenia. Nie da się przełożyć Kasprowego na inne góry. Na Kasprowym nie występują takie zwierzaczki. I co ma teraz powiedzieć matka, która zabiera dzieciaka na wycieczkę?

Kłamać? A może sięgnąć po poprzednie tomy tej autorki?

IMG_1991

Karambol…

Trzy samochody, a może pięć. Wyspa mała, ale i tak jakoś nie moga się dogadać co do szczegółów. Gdzie tak pędzili? Kto ich wie? Jest oczywiście afera i dziwne myśli mi po łbie biegają, myśli kogoś, kto nigdy nie jest kierowcą, zawsze za to pasażerem, że… Ludzie kurna teraz jeżdżą jak bezmyślne pifrugowce. Sorry, cokolwiek te pifrugowce są, a musi być to coś obrzydliwego, oni są ich gorszą częścią. Jakby zwyczajnie dostali kluczyki, auta i cały ten kram, ale jednak nie zdawali żadnych egzaminów. Jakby po prostu teraz, w czasach gdy nikogo do niczego zmuszac nie wolno, prawo pisane jest na falach, a wszystko wszystkich obraża… nie musieli mieć praw jazdy. Bo serio, widzieliście jak oni prowadzą? No serio?!!! Albo jadą powoli jak żółwie nie korzystając z kierunkowskazów, albo lepiej, pędzą jak strusie pędziwiatry i oczywiście olewają wszelakie światełka, oglądania się na innych, tudzież te błyskające rzeczy co mają nad czołem i po bokach… wiecie, no lusterka!!! Jakby to były ino ozdoby.

Nie wiem dlaczego ludzie tak bagatelizują bezpieczeństwo na drogach. Wjeżdżają na ścieżki rowerowe, a potem Wyspa buli miliony na wyciąganie ich z dziwnych, ciasnych miejsc. Turlają się wprost do morza, bo chcieli bliżej, bo bardziej, bo lepiej, bo wszystko wiedzą… bo przecież to durne prawo. Durne prawo mówi nie skręcaj, nie zbliżaj się, nie pal przy benzynie… To prawo jest dlatego, bo wy sami nie potraficie już myśleć. Nie jesteście logiczni. Widząc otwarty kurek gazu, sprawdzacie zapalniczką, jak tam mu leci. Zwyczajnie. Bo wiecie lepiej, co nie?

Dlatego dobrze, że jest havgus.

Havgus cierpliwie przykrywa wszystko.

Sprawia, że Wyspa zwalnia. Że kolory mieszają się w jedno. Zwyczajnie. Litościwie ukrywając ludzką głupotę, bo przecież mimo swej wielkiej mocy i inteligencji Wyspa to wciąż miejsce, gdzie żyją ludzie… tacy sami jak gdzieś indziej. Totalnie tacy sami! Dlatego należy się czasem Wyspie taka pokrywa z białości. Na kosmicznych fotkach serio wygląda to… kosmicznie. Biel, niczym wielka czapa śniegu, ostrożnie skrywająca, a może oddzielająca, a może w rzeczywistości, gdy mglistość morska nadchodzi, jakoś tak niezwyczajnie, wstyd się zmniejsza?

IMG_7005

Widok z góry… prawie góry.

Wiecie, nie latając ptakiem, czy samolotem, ale raczej… stojąc trochę ponad wszystkim. Ponad polami, kolorowymi paskami, ponad lasami, morzem, jeziorami, domami. Po prostu, zwyczajnie. Niby to tylko prawie Allinge, niby tylko trochę nad poziomem morza, a jednak inaczej. Patrzę i widzę porty, fale, dziwne zamroczenia, bo havgus szaleje. I te słodkie chatki, maleńkie plamki, które są łodziami. Jakąś niepewność taka, jakieś dziwne zmiksowania. Jakieś… zbiegam chodnikiem z tej wzgórza i znajduję dom, który jest jednym z tych trzech mrowiących mnie gdzieś pod duszą. Mocno mrowiących. Bardzo mocno.  Ten w Tejnie taki spory. Stoi na sporym wzniesieniu, z beczułkowatym dachem, a może to prawie sklepienie namiotowe? Choć nie, zaokrąglone, więc łódź bardziej. Ale nie tylko dach mnie spowalnia za każdym razem, gdy go mijam. To jego wysokość, dziwna dostojność, ale i filuterność w tych cudownych oknach, biel przepołowiona czernią i oczywiście ten trawnik, ten podjazd stromy…

Dom ma może dwa piętra, ale wysoka podstawa, może i piwnica, w której waro rozbić jaskinię Alladyna, albo wiecie, średniowieczna to piwnica z winami, tudzież coś lepszego, przechowywalnia Śpiących Królewien? Wiecie… milusio, chłodno i mrożone laski nadziewane jabłkami?

A drugi dom? A trzeci… może później?

Zieleń zrobiła się taka puchata. Nie mogę się na nią napatrzeć, na te gałęzie, krzaki i trawnik, który rośnie w najlepsze, bo Śmiercionośna Kosiarka zwana też Pomroczną Ostatecznością Stokrotek, wyzionęła ducha na amen z przytupem. I dymnym pierdem. Dlatego otacza mnie puchata zielonkawość przetykana dmuchawcami i pierwszymi margerytkami. Tymi wielkimi, wiecie królewskimi. Dopiero pączkują, jeszcze się nie roztwarły, ale już je czuć…

Królują. Ale, to przecież Dania!

IMG_7082

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Plac Zabaw… została wyłączona

Pan Tealight i Pszczoły…

„Ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta zaprzyjaźniła się silnie z pszczołami i bączkami. Znaczy tymi włochatymi ze skrzydełkami, nie informacją aromatyczną ze swych własnych, ubogaconych wnętrzności. Czy trzewi, czy czego tam, co miała w środku… Te poprzednie użądlenia jakoś tak wyblakły, chociaż ból, osłabienie i takie tam serio wciąż pamiętała, ale jakoś tak…

Tak naprawdę to dla nich siała i sadziła te zioła. W końcu wcale ich nie suszyła, czasem zjadła trochę tej zieleniny, ale nic poza tym. Robiła to dla nich, bo tak. Bo śmiesznie bzyczały, a ten Bąk, no ten wiecie, co wygląda jak pluszowy miś, przychodzi do niej co rano i bzykając sadowi sie w rogu okna i… bzyka. Jakoś tak inaczej niż zwykle. Melodyjnie szalenie i jeszcze te skrzydełka ma takie, niczym kryształki i wszelakie rosy tchnienia. I to futerko cieplutkie takie… mechate i włochate, miękkie zaskakująco, wiecie w okolicach dupeczki krąglusie miło. I ten spokój bycia z kimś, kogo zwyczajnie mógłbyś zabić samym zagryzieniem zębów, mocniejszym wydechem, a może i pierdem… Jakoś takie to było dziwne, sprzeczne z zasadami, jakieś nienaturalne, a jednak. On przylatywał, wołał ją specyficznym bzyczeniem, krygował się przez chwilę, za każdym razem udawał, że nie umie wylecieć, że nie widzi wcale tych nowych żółtych kwiatków i jeszcze tych puchatych stokrotek, które miała w nowym pojemniczku na tarasowym stole… Że go tu nie powinno być, a gdy tylko Wiedźma Wrona Pożarta przysuwała się do szybki, cichł i lekko może wulgarnie… nadstawiał się.

I głaskają się wzajemnie.

Serio… tylko to, żadnego bzykania!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8227

Z cyklu przeczytane: „Wyspa powrotów” – … boska! I to na dodatek ze wszystkich stron. Jak ten pierniczony łyk świeżego, ożywczego, literackiego powietrza! Nie mam pojęcia dlaczego, bo przecież pewne zabiegi narracyjne nie są niczym nowym, a jednak… A może to sprawa wyspy?

Oto opowieść z innego świata, prawdziwej egzotyczności, choć bez palm. Świata, w którym ludzie wciąż starają się pamiętać o swoich korzeniach i trwają. Ale nawet w takim miejscu może się wydarzyć… morderstwo. Na zamkniętej właściwie przestrzeni winna może być tylko ona – żona. A jednak, może nie?

Jeśli wydaje się Wam, że bohaterką będzie ona, to mylicie się. Oto jest on – Sime. Mężczyzna po przejściach, glina, który nagle, pojawiając się na tej skale znajduje na niej swoją własną przeszłość. Wraz ze śledztwem on sam, porażony bezsennością zderza się nie tylko z własną przeszłością, ale doświadcza bolesnej przeszłości swojego własnego przodka. Tylko dlaczego?

Powieść współczesna, ale też i doskonały obraz brutalnej przeszłości. Właściwie, nie oszukujmy się, to się w człowieczeństwie nie zmieniło, bogacie i biedni. Niewolnicy i ci, którzy wybierają baty, a jednak… jest w narracji Petera Maya coś głębszego, coś bardziej przerażającego. Prawdziwy ból, koszmar, ale i miłość. Bo przecież bez niej nie można przetrwać… A może nie warto?

Cudownie napisana, pełna i przejmująca historia wielu pokoleń. Thriller i kryminał, ale też zwyczajne człowieczeństwo, które uświadamia sobie, że korzenie, przeszłość i działania innych tak naprawdę wciąż są w nas. Że to co uczynili ci przed nami, wytworzyło całych nas. Może i tabula rasa, ale jednak w książce Maya człowiek jest przede wszystkim sumą wielu przeszłość.

SZCZERZE POLECAM!!!

IMG_8153 (2)

Nowe jedzonko!!!

Znaczy wiecie, lekko pracownicze, ale przyznaję, że bardzo oczekiwane. I śliczne takie… może i ludzie dziwnie się patrzą jak leżę w porcie cykając książki, gdy oni po raz pierwszy tego roku skaczą w fale, ale co tam!

IMG_1942

I zakładki!!!

IMG_1933

Powietrze wieczorami dziwnie mroźne, ale bez boja, tylko po mojej stronie Wyspy. Na moje wielkie szczęście różnica temperatur pomiędzy Rønne i Gudhjem to często nawet 10 stopni!!! Serio, wolę moją, chłodniejszą część Wyspy. Z tym granatowo-niebieskim morzem i błękitem nieba, które nad falami rozcieńcza się dziwnie i jakoś tak omdlewająco się rozcieńcza…

Wychodzę przed dom, gapię się na nie i jakoś tak mnie tam cięgnie. By pójśc i pogapić się w ów minimalizm dzisiejszy. By usiąść na białawym piasku i patrzeć w horyzont. W ową ciemniejszą część dolną i jaśniejszą górną. Może nic nie przeleci, nic nie przepłynie, może jakoś tak będzie niezmiennie. Jeśli tylko się nie odwrócę, to przecież nie będzie ni drzew, ni rzeczki, ni… nierówności.

W tej linii, tak wyraziście dziś dzielącej niebo od wody… ziemi, jest coś takiego uspokajającego. Coś takiego normalnego, regularnego, coś, co pozwala wstać i w końcu zjebać tych, którzy sobie na nas używają. Choć może nie? W końcu czy warto? Może lepiej poćwiczyć, pobiegać, poskakać i jakoś tak zrzucić to z siebie. Pójść na spacer, gdy wieczorem słonko przestaje naparzać jak szalone i nie myśleć. Pewno, że później trzeba będzie wrócić, ale…

Chyba dojrzałam do jakiejś wycieczki poza Wyspę? Chyba… Nie żebym ją przestała nagle kochać, sorry nic z tego, w tym wymiarze nadal przekręca mnie pełny fanatyzm, ale… spoglądając na Turyściznę, myślę, że na chwilę moge udać się w ten inny świat. Świat, który większość uznaje za normalność, a ja… za pierniczoną Matplanetę! A wiecie, czasem trzeba obejrzeć to coś, co nas otacza, by móc mocniej i bardziej świadomie pławić się w swojej bezcennej dziwaczności.

Wróbel właśnie zajrzał przez drzwi na taras… znaczy on zajrzał do środka, do mnie, a ja… chyba się już przyzwyczaiłam. Kątem oka zauważam te ich piękne brunatne ciałka i wiecie co… dobrze mi!

IMG_0082

W rozwrzeszczany ptasimi ariami wieczór wkracza cudowna, łagodna chłodność… w końcu można oddychać!!! Oczywiście jest pieruńsko jasno. Właściwie… chyba znowu Noc jako taka wzięła wolne. Wakacje ma i tyle. Robi je sobie co roku. Na kilka miesięcy, a może bardziej tygodni, kurcze nigdy nie wiem, ale czekam na ciemność. Znowu mi jej mocno bakuje. Serio zaczynam się zastanawiać nad odwrotną wersją lampy. Wiecie, na Północy mają je, gdy Noc zabiera im wszystko i pogrąża w czarności. Tylko na czarno. Na mocno ciemny granat chociaż, albo węglistość?

21:34 nadal jasno. Wiecie, jak w pochmurny lekko dzień… ptaki trelują, fale zdają się być tuż za progiem. Ciekawe jak wygląda teraz Snogebæk? Czy na długim, wżerającym się w morskość pomoście stoją ludzie? Może ktoś się jeszcze kąpie nie bacząc na chłód? A może jednak tylko łodzie kołyszą się… dalekie mocno od plaży. Od lądu. Bo przecież tutaj dookoła tak płyciutko. Biały piaseczek, morskość przypominająca trochę rąbane Hawaje, czy inne Malediwy.

I do tego ta niskopienność wszelaka i najsłodsze domki letniskowe. Serio… najsłodsze. Gdy staniecie na jednym końcu, możecie popatrzeć na Nexø z drugiej strony świata, i na Balkę oczywiście. Możecie się też przejść. Tak po prostu… pójść po owej bieli piaszczystej i nie odwracać się. Możecie też zostać tutaj, na miejscu. Zjeść lody, zajrzeć do czekoladowni, możecie po prostu połazić i popodziwiać te niesamowite architektoniczne perełki, te płotki, te czadowe maleńkie domki: drewniane, ceglane i wszelako mieszane. Te ławeczki i fotele czekające na ludzi…

Teraz jeszcze pustawe wszystko, wkrótce tętniące życiem… i może Bo Bendixen. Strasznie lubię ten sklep, strasznie mocno tu pasuje… mam nadzieję, że go nie zamkną, bo sorry, ale u nas z czasem jakoś tak wszystko się kończy. Jakby co, to chcę wszystko i ręcznik oczywiście! I może kubek do kompletu? Może? Jak wygram w totkolotko, albo wiecie, spadek… albo zaczną mi normalnie płacić za pracę…

Może?

IMG_7248 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pszczoły… została wyłączona

Pan Tealight i Pan T….

„Pan Przemian…

Transformers jebany. Bo wiecie, ostatnio OnaOn Śmierć jako taka, znajoma wszystkim ikonograficznie, zmiennopłciowa, gdy spojrzymy na kraje, całkiem szkieletowa i z kosą… zapragnęła nagle wyrównującej, wyszczuplającej plastyki kości i jakoś tak zwyczajnie domagała się dłuższych wakacji. Oczywiście je dostała, bo przecież wielu próbowało Śmierć zniekształcić, zabić i spowolnic, czy to kusząc ją szpikiem z kości, czy inaczej ją czarując, ale wiecie, zawsze wracała, więc się nauczyli tego i tamtego. Nie ryzykowali. Nikt już nawet nie myślał o usunięciu jej ze świata, zresztą miała tak zniewalające poczucie humoru i pełny usmiech, że no… jakoś nie można było nawet o tym myśleć. No ale chciała wakacji, więc Pan T. się zgodził objąć jej posadę. I oczywiście… wszystko się popierniczyło.

Nikt nie wiedział jak ma na imię, po prostu był Panem Te! Zwykłym, codziennym, całkiem jakoś tak znośnym, z jednej strony nie narzucał się, z drugiej jakoś tak przeszkadzał. Serio, nie do końca nawet każdy wiedział jak wygląda. Raz był dziwnie otyły, potem znowu wysuszony, krótki, długi, owłosiony i nie, ciemną miał skórę i dziwnie bladą… naprawdę tylko był. Ale podobno miał plan na usprawnienie tego, co dotąd było umieraniem…

Transformery!!!

Uważał od zawsze że umieranie to sprawa całkiem przekitrana, przestarzała i passe. Dlatego wymyślił nowy sposób na Niecałkowitą Utylizację Umartych. Opracował plany, dostał nawet dotację i jakąś nagrodę. Ale tak do końca nikt nie wiedział o co w tym wszystkim ma chodzić… Podobno nie chodziło o całkowite umarcie, podobno trzeba było wypełnić masę papierków i w ogóle, ale jednak jakoś tak nowe spotkało się z oporem wszystkich. Nawet tych, co nie mieli w planach umierania.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0849 (2)

Z cyklu przeczytane: „Eryk” – … miniatura. Geniusz przerażający. Coś, z czego własciwie kade wyięte zdanie jest chrzanioną mądrością… jak to znieść? Jak nie wrócić do codzienności i być znowu sobą?

Nie da się?

To najmniejsza część Świata Dysku. Czytam ją wtedy, gdy pozwoliłam sobie na jej zapomnienie. Na niepamiętanie owej sprawy Rincewinda i Eryka. WIELKIEGO… eee demonologa? No wiecie, czegoś w ten deseń. Osobnika, który doprawdy wie czego chce: piękne dziewice, daniny od świata i oczywiście władza, oraz może i jej więcej, tej władzy, panowania i królewskości z pokłonami. Nic dziwnego, że musiał wyrwać jakiegoś demona. Znaczy wiecie, ekhm, wywołać go. W końcu jak inaczej doprowadzić do własnego szczęścia u boku piękności? No jak? Problem w tym, że zamiast demona jest Rincewind. Ale bez urazy, radzi sobie mag!

Przerażająco znośnie…

Genialna i tyle.

Jak zwykle opowieść z tą całą masą przemyśleń na temat: religijności, świata, no i w ogóle. Ale jak zwykle… widzicie, nie rażąca nimi, oj nie. Tutaj te wszystkie przemyślenia i mądre słowa jako tak wpychają się nam pod czaszkę jakimś zawoalowanym podstępem, smarując drogę miodem, czy tam masłem, jak kto woli… Czyli wiecie, Genialny Pratchett i tyle w temacie!!! Genialny…

IMG_2793

Cisza…

Zastanawiam się czasem jak bardzo ludzie są przyzwyczajeni do głośności… Jak często naprawdę wyłączacie telefony, telewizory, radia, wszystko poza lodówką, nawet WiFi? Jak często jesteście tylko i wyłącznie z drugą, może i chrapiącą osobą? Jak często jesteście tylko ze swoimi myślami i marzeniami, wątpliwościami i tak dalej?

Jak często?

Tak naprawdę jesteście tylko Wy, dom, może ten ktoś w domu, może burczący brzuch? No wiecie… Jak często? Bo spoglądając na świat dookoła, na moją Wyspę, zaczynam się zastanawiać ile osób zniosłoby ciszę. Miejsce, w którym serio niczego dziwnego nie słychać. Nic, kompletnie, nic. Może tylko koń piernie, gdy Was mija, albo rowerzysta, ekhm, albo my sami, co nie? Albo może stuknie szklanka, turlająca się po stole, bo przecież nie ma nawet zegara bijącego, przerażają mnie one… Auto jako takie zdarza się sporadycznie, gdy tylko jesteście z dala od owej głównej drogi. Poza sezonem, nawet w jej pobliżu… cisza, spokój. Przechodzący jeż.

Ale cisza wcale nie przejmująca.

Cisza specyficznie bezpieczna, która, gdy ją ktoś zakłóci, boli hałasem. Zwyczajnie. Bo cisza tutaj jest nadspodziewanie ważna. Cisza nocy, cisza wiatrów, cisza wszelkiej nieruchliwości, cisza śpiewających ptaków, rozpukujących się pąków kwiatów, albo… cisza sztormowego morza. Bo przecież tak naprawdę hałas to tylko to, co nie pasuje. A w takim miejscu nie pasuje hałas elektryczny, mechaniczny mocno, hałas wrzaskliwy, hałas… który nie powinien tutaj być.

Hałas… to też jednak nazbyt dużo myślenia, szczególnie jeśli nie przywykliście do siebie samych i bycia ze sobą. Bo tak jak istnieje masa rodzajów hałasów, tak i przebierać można w rodzajach ciszy. Serce potrafi tak głośno bić na Wyspie…

Tak bardzo głośno.

IMG_5235

Port w Svaneke jest jednym z tych, których nie możesz oominąć…

Główna droga, płaskujący się teren. Kolorowe kamieniczki, domki, zapach frytek z jednej strony, z drugiej knajpka i jedne ze słynniejszych lodów, co to ostatnio zmieniły nazwę by odciąć się od żelków. Gdzieś tam wyżej życie, drogi, rynek, a tutaj w porcie zawsze sporo łodzi i tych czaderskich tęczowych skrzynek na ryby. Wiecie, tych co nie są do sprzedania, ale mają takie napisy, że mało kto ich nie umie zauważyć. Kolorowych niczym klocki Lego, ale w końcu jesteśmy w Danii.

Port jest spory, jak na Wyspę nawet ogromny. Szeroki, z tym dziwnym parkingiem, który ciągnie się kawałek az do wędzarni… i te domeczki, te widoki, stukot fal uderzających o wielkie głazy. I ta latarnia w oddali. Może i dom to teraz, może i odczuwa się tęsknotę za światłem, za czymś, co było, ale jest… I ta zieleń po prawej, kolejne domki, chatki, pojedyncze cuda i park. Stojące kamienie i droga… Płaszczyzna zalewowa, a jednak kurcze się trzyma. I ludzie na niej. Okna, w których odbijają się tylko wody i fale. Tak po prostu. Tak jakoś zwyczajnie… Dla nich to codzienność.

W niewielkim drewnianym bungalowie sprzedają cukierki. Ich słodycz roznosi się na wszystko dookoła. Na wędzone ryby, na frytki i lody, na ludzi i zwierzaki, na mewy czekające na okazję. Na wszystko. I na ludzi skaczących ze srebrnej trampoliny, na tych, którzy zaglądają do niewielu sklepików, na innych, którzy po prostu tylko są i wolą jakoś tak się nie uwidaczniać.

Tutaj zawsze jest sporo ludzi, a zimą tworzą się najwspanialsze cuda na betonowych stojakach na cumy… pewno to się inaczej nazywa, ale… widzieliście je zimą? Takie oblodzone wieże, ino skuć lód, a już na pewno jakaś białogłowa się tam znajdzie. Albo może i białogłów? No co! W końcu w dzisiejszych czasach obydwie płcie poszukują miłości. Naprawdę!!!

IMG_5683 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan T…. została wyłączona

Pan Tealight i Zarazek Dorosłości…

„Właściwie, to kurcze nie była wcale taka bitna. Oj, może i w snach obrywała głowy i wyłupywała oczy, które potem robiła na ostro w wekach i zeżerała, a one słodko pękały pomiędzy jej siekaczami, może, ale poza tym to nie… Serio, pluła jadem z oczu, ale najczęściej tak się bała, że uciekała, zamiatała ogonem swym i z krzykiem umykała, lub… udawała, że jej nie ma. Tak, lubiła to. Zatkane uszy, głośny śpiewa i zwyczajna gra aktorska niskiego pędu…

Tak było i już.

No sorry, ale istnieją jakieś powody, dla których Wiedźma Wrona Pożarta mieszkała na Wyspie. By nie spotykać ludzi, by łatwo się przed nimi chować, by zawsze udawać, że tak naprawdę dopiero się tutaj zmaterializowało, ale… najważniejsza była ucieczka od Zarazy… Zarazy Wyględnej Dorosłości. Bo serio, napatrzyła się na nią zbyt wiele, na jej ofiary, na wszelkie, wiekuiste męki… wiedziała, że to nie dla niej, ale jednak… Widzicie, no przerażało ją ocena innych. Rodziny, która nie potrafi dostrzec w tobie wystarczającej dorosłości, by przekłuć sobie uszy, czy zdecydować o nieposiadaniu dziecka. By jakoś tak nie tyle akceptować, co wpuszczać w swoje ścisłe myślenie inność, możliwą. A i religia, oj tak… z religią było jej nie po drodze. Zresztą nawet tutaj dostawała potówek, gdy przekraczała odległość 100 metrów od najbliższego kościoła. A przeciez na Wyspie kościoły były raczej wymarte, zmienione w małe wille… a jednak działały.

Uświęcone ziemie…

Powinnaś.

Musisz…

I tak to się stanie, to cię dopadnie.

Dorośniesz…

Ażesz we wśiórności ni chuja!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2357

Z cyklu przeczytane: „Dom na wzgórzu” – … ech, nie do końca. Jakoś z jednej strony okay i wciąga, ale z drugiej, jakoś tak tylko duchy, żadnej głębi i szperania w papierach? Albo… Aaaa… No bo widzicie, to kolejna opowieść o tym, jak to rodzina kupuje dom. Zmieszanie filmu „Skarbonka” z czymś w rodzaju… każdego horroru o nowym domu!!! Czyli coś tu straszy, ale się nie wyprowadzimy, bo nas nie stać.

I tyle…

A jednak człowiek czyta i jakoś go wciaga. Bardziej głupota ludzka, niedowierzanie… bo w końcu poszukiwania odpowiedzi to tutaj brak, a jak już ktoś się za owo poszukiwanie bierze, to no… Do tego kilka osób, które żyją mniej lub bardziej i tyle. I jeszcze ten sposób pisania, bez ozdobników, sucho i mało opisowo.

Ekhm nie, chociaż troszkę straszy miejscami!!! Może i odrobinę mroczne, ale przy skąpych opisach mroczność nie straszy mocno… i w pewnym momencie już jakoś człowiekowi nie zależy by się dowiedzieć, czy ktokolwiek przeżyje.

A mi się wciąż marzy dom…

IMG_8148

Zielono, zieloniutko…

Światło, które przesącza się przez młodziutkie liście jest jedyne w swoim rodzaju. Dziwnie ogłuszające, zniewalające… Konary i pieńki wciąż jeszcze zdają się drzemać tak naprawdę, ale w iglastych lasach unosi sie owa cudowna, żywiczna duszność. Zachwycająca. Na ziemi stare szyszki, bardzo stare już bez nasionek, czekające na to, by zmienić się w… ziemię. Pogodzone z losem, a może wiedzące…

Na modrzewiach pojawiły się te powalające mięciutkie pędzelki, a brzózki przemykające między iglakami zdają się przypominać zielonkawe chmurki. Wiecie, takie niby pierdy Hulka, czy ja się ten wielki zielony zwał… Shrek? Poszycie zdaje się wciąż na coś czekać, może na wzrost tych jagodzińców, a może na rozpad pojedynczych liści? Wszystko się jakoś tak sprząta w lesie. Wiecie, samo. Po pniu, w górę, biegnie sobie mrówka wlokąc za sobą truchełko. Jak zbliżycie nos do jej trasy, może usłyszycie historie prawdziwej miłości i Złej Królowej, która zapragnęła tego uczucia dla siebie. Ale z samego pragnienia nie ma miłości, dlatego postanowiła ukraść uczucie, wraz z Mrówczym Księciem… oczywiście skończyło się to śmiercią Księcia, a Księżniczka, z rozpaczy postanowiła pogadać z Nekromantami. niestety mieszkają na samym czubku Wielkiej Starej Sosny. I… trochę to daleka droga… Oooops… Księżniczka i truchełko spały z drzewa. Czy wrócą na ściezkę? Czy ona spróbuje raz jeszcze?

Mrówki na ziemi mają gdzieś rozpacz tej jednej Księżniczki. Właściwie, to mają ją gdzieś i tyle. Zajęte są tylko swoją pracą, bez moralnych rozmyślań o tym, czy powinny to robić, czy nie, czy ukrócić życie rannego robaczka, choć ten się opiera, czy jednak niech pięć Wojowniczek rozerwie go na strzępy i wyżywi mrowisko? A może jednak ten patyczek, a tamte okruch… nic to, że większy od piętnastu mrówek, najważniejsze, to doprowadzi pracę do końca…

Na wciąż jeszcze gołej gałęzi siedzi sobie zięba i treluje. Kurcze… chyba ma głośniki, a moze to tylko ta cisza i havgus? Ciężka mglistość opadła całą Wyspę, ale najbardziej widać ją nad wodą, gdzie błękit nieba nie istnieje, a odgłosy statków, dających znać o swoim położeniu… buczą okropnie. Może to właśnie ta dziwna wilgotnośc, a jednocześnie paskudny żar powietrza sprawiają, że ciężko jest…

IMG_0062

Żółciutko.

Mleczyki co prawda zmieniły się w srebrzyste pola o zielonkawych dywanikach i fascynujących główkach, ale rzepak wciąż wali, bez obrazy. Wydaje się, że jest go trochę więcej w tym roku… może to zabieg przemysłu rolniczego, może zwykła zachcianka, a może ukłon w stronę niebiesko-złotawych horyzontów, ale… jakoś tak to powala. Wiecie, taka to w końcu zwyczajność, a jednak wciąż się za nią tęskni.

Na zielonkawych krzakach poruszają się żółte bombeczki, takie to oszałamiające, bo poza tym, że wszystko sie żółci, to na dodatek jeszcze kurcze pachnie. Nie wiem już co tak zniewala aromatem, i chyba już nie chcę wiedzieć, tylko wącham. Bo przecież to jest za darmo. No… w pewnym sensie.

Na horyzoncie tylko havgus. Tak naprawdę chłodność dziwnie pomroczna opływa wszystko i wszystkich, ale samo powietrze wprost wrze gorącem. No i jeszcze jeden, maciupeńki fakt… przejedźcie sie na północ, będzie chłodniej, zajrzyjcie na środek Wyspy, a już się pieczecie. Dla każdego coś miłego… Na ulicy masa rowerzystów, ciekawe, czy dotarło do nich to, co rozgłaszała nasz Policja Kochana? A tak, rowerzyści się rozbestwili. STRASZNIE! W dziwny sposób wieść gminna chyba gdzieś na ich wsiach niesie, że tutaj rowerzysta dyktuje prawa drogowe. Nie wiem jak się poczujecie, gdy ściągnę z was ułudę… bo nie. Rowerzysta ma się poddać zwyczajowym prawom o ruchu drogowym, a na ściezkach rowerowych pamiętać i tym, że ludzie potrafią też chodzić!!! Pamiętajcie o tym, bo serio o wypadek łatwo bardzo, szczególnie, gdy słońce wali i odbija się we wszelkich szybach i odblaskach…

Pamiętacie ową kreskówkę…

… Pluto? Nie, to Goofy chyba… co to najpierw był pieszym, potem kierowcą i odstrzeliwał pieszych? Cóż, Wyspa wygląda tak aż nazbyt często w sezonie z tą różnicą, że kurcze rowerzysta zwyczajowy to rąbany JekyllHide! Naprawdę. A już szczególnie, gdy złazi z rowerka i ładuje się do spożywczego w tych swoich wypasionych bucikach, co to tak rytmicznie niczym szpilki stukają… Co się dzieje z tymi ludziami, co to podobno tak zdrowo żyją? Rowerzyści i biegacze szczególnie zdają się nie nabierać łaskawości w kontakcie z przyrodą. Jeśli chodzi o niesamowitych gościach na motorach i wiecie, owych kurtkach skórzanych… oni zawsze są sobą!!! LOL Że nie wspominam o pieszych? A wiecie, tych ostatnio no jak na lekarstwo…

IMG_5457

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zarazek Dorosłości… została wyłączona

Pan Tealight i Zagubiona Dusza…

„Przyleciała.

Wiecie, niby taki maciupci homunkulusik, ino bez pieluchy i wstążki na głowie, wyraziście żeński… jeśli można tak powiedzieć, ale jednak. Lekkie, rudawe włoski pierścionkami łopotały nad dziwnie kragłą, tłuściutką główką, zresztą wszystko w nim było tłuściutkie, w niej może raczej… Jak reklama szynki na święta. Albo i gorzej? Wiecie te wałeczki i fałdki i wszelakie zgrubienia… Nie, no raczej na pewno niej, chociaż określać płeć w dzisiejszych czasach jest już bliższe więziennym kratom niż zwykła kradzież, więc może jednak o tym nie mówić nawet?

Przyleciała.

Nie czekali na nią, nie było żadnej przepowiedni, tudzież ostrzeżenia. Niczego nie było, poza tym nocnym deszczem, który jednak nie napoił nikogo. Nic nie zapowiedziało przybycia Tej Duszy. Podobno miała na imię Apolonia, ale Wiedźma Wrona Pożarta postanowiła, że ma to w dupie i zatrzasnęła okno. Dusza jednak nie dała sie tak łatwo spławić. Opadła na Czereśnię Filemona i czekała…

Tylko na co?

Lub na kogo?

Najgorsze było to, że nocą Ta Dusza uprawiała jogę i grzechotała żwirkiem pod Chatką Wiedźmy. Naprawdę wkurzające! Łazi taki wyględny, tłuściutki bobas i narusza nocną ciszę. Niczym te wkurwiające ptaszki, co to z zaćmą okresu płodzącego nic ino trelują i to oczywiście wtedy, gdy Wiedźma sobie zaśnie… I to jak głośno. Dźwięki te wkraczają pod kopułkę czaszki, obijają się od tych fajnych pomysłów, które oczywiście budzą sie wtedy, gdy się zasypia i serio nie ma mocy, która byłaby w stanie zapisać coś na karteczce… Zresztą, nawet jeżeli, to i tak nie będzie to to…

I jak tutaj spać, gdy dusza jakaś plącze się pod domem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0041

Port za portem… pomyśleć, że na Wyspie to nic dziwnego taki port, ale chyba ten w Gudhjem ujmuje mnie najbardziej, za każdym razem. Zniewala. Może to przez te kamieniczki, przez szerokość morskości, przez płaskość i wszelaką górowość powiązane ze soba… bo tutaj za plecami coś masz, górskość miasteczka, wzgórze Bokul, wszelaką kamienistość i te drzewa w większości karłowate… I ta ogromna kolorowość domków, kamieniczek i chatynek. Te braki płotków i nagły ogródek pomiędzy nimi. Wąskie uliczki, miejsca, gdzie więcej ptaków niż ludzi… i ta wielka, bardzo dorosła magnolia majacząca przekwitającym kwieciem…

Ale port… tutaj jest inaczej. To dziwne bezpieczeństwo, nawet jak stoisz na betonowej platformie dotykającej wody, opadającej w dół, nawet jeżeli fale są ogromne i dobrze wiesz, że to co robisz to idiotyzm, ale tak ci z nim fajnie… Tutaj jest bezpiecznie. No może poza tym mostkiem małym, boje sięgo… mocno. Może to zasługa lodziarni w porcie i sklepu z czekoladkami? A może jednak czegoś innego?

W maju wciąż niewiele parkujących łódek, wciąż sporadycznie tylko coś zaśpiewa w masztach, ale oczywiście jest ten basen. Wiecie, to coś co pozwala statkom zaparkować na chwilę, zrzucić ludzi, a potem wybyć znowu w swoją dal… znaczy na Christiansø, ale i tym potem. Choć może teraz? W końcu to jedno z tych miejsc, skąd widać ten dziwny ląd… a właściwie kilka nich. Rozrzucone skały z domkami, których dachy sprawiają, że miraż to serio namacalna sprawa. Wiadomo, że z północnej części widać Szwecję, ale tylko stąd, stojąc ponad portem możesz zobaczyć ową dziwność namorską. Świat pomiędzy światami, który istnieje i nie, otoczony przez wodę i jej pozbawiony. Miejsca zesłania,  a jednak i dom dla niewielu… dziwny i specyficzny, na pewno nie dla każdego. I kiedyś… goniła mnie tam żaba!!! Mówię Wam coś się jej pomerdało, jak nic to była baba! Faceci ganiali mnie wtedy troszkę inaczej… LOL

Odwracasz się plecami do morza i widzisz ścianę domów, skał i pojedynczych drzewek. W powietrzu sól i morskość miesza się z czekoladą i lakridsem, ktoś niesie wielkie lody, a Ty zaczynasz myśleć o tym, że świat można postrzegać inaczej…

IMG_7526

Może w życiu właśnie o to chodzi, że nie uczy się nas patrzeć… własnoręcznie. A może raczej własnogałkowo? Każe się nam dostrzegać to, co inni widzieli, nazywać tak, jak inni nazywali, odbiera się nam wolność zakrztuszania się ze śmiechu, gdy dziwna mewa zaczyna miauczeć, albo wkurzać się na to, że stojący pod ścianą palacz zaburza nam linię zdjęcia, które chcemy właśnie zrobić. Może w tym cały problem.  Może nie umiemy patrzeć tak ot… sami?

Odwracasz się plecami do domów i czujesz ciepło. Skały i beton szybko się nagrzewają, ale jednak wody, które je opływają sprawiają, że nic nie parzy. Tutaj jakoś tak nie czujesz się na patelni… Raczej jak na lekkim grillu. Prosze nie dmuchać, właśnie pracuję nad przyrumienieniem tej strony!!! Że sosu za mało mam w sobie? Ależ pan mnie obraża, psze pana!!! OBRAŻA!!! Pan spojrzy na siebie! Gdzie z tymi węgielkami do mnie! Ja tu ino się rumienię, nie przypiekam…

Zamiast ławek są drewniane bele na łapkach, niczym wiecie, takie morskie twory, które to wylazły z wody jednego dnia i jakoś tak zapomniały wrócić. Siadacie na nich i patrzycie jak świat się porusza bez was. A może z Wami, tylko dziwnie to Wy w końcu wiecie… więcej? Wiecie, że możecie dać sobie z tym wszystkim siana i zwyczajnie, najzwyczajniej w świecie wypuścić z siebie lenia! A czemu nie? W końcu i jemu się należy odrobina rozkoszy i prazenia… no, chyba że wieje, to wiecie, jeśli lenia macie niepasionego, to lepiej go jednak do siebie trochę przywiązać. Ale gdy wieje i ta warto tutaj posiedzieć. Gdy fale są wielkie, gdy wszystko zdaje się buzować. Z jednej strony otacza nas szarość, z drugiej owa szarość ma tyle kolorów i te wody, jakoś dziwnie błękitnieją, choć wkurzone takie…

I to światło…

Tutaj jest takie specyficzne. Takie bardziej i mniej, pasujące i psocące. Takie dziwne, jakby serio mogło tak wiele, ale mu się nie chce. No wiecie, w tej chwili nie chce… O KUTER!!! Ha ha ha! Kuter przytrafia się sporadycznie, ale z czasem załapujecie się na ich rytm i kolory. Zaczynacie je rozpoznawać… śledzić mewy, które oczyszczają jego kilwater. Wspiąć się wyżej i patrzeć jak na falach się bujają, buj buj buj.,.. Przepraszam, mój żołądek! Ekhm, to nie dla mnie, serio. Ale kolory kuterków są cudowne. Te czerwienie radosne, usteczkowe takie, które plątają się z błękitami, zielenie i żółcienie.

Takie to na miejscu.

IMG_6983 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zagubiona Dusza… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie Internety…

„Właściwie…

Wiecie, serio u niej te całe Internety były inne. Jakoś każde pudełko miało w sobie więcej trolli i gnomów, więcej skrzypień, zakłóceń i dziwnych jęków. Jakby może trzymała tam jakieś dusze niedotępione? A może… może jednak prawdą było, że ostatnio śniła o miniaturyzacji? Hmmm, w końcu Chowaniec zdawał się być niższy ostatnimi dniami, a sporo przedmiotów w dziwny spoósb zniknęło… A może jednak zwyczajnie, nawet i to zwiedźmiła? Kto to wie? Mniejsza, jedno było pewnością, Wiedźma Wrona Pożarta Internetów nienawidziła jak… nic innego. Po prostu mocno i nadgorliwie, wykrzykując i wytupując wściekłość gdy ino była sama… Wieść Gminna, ta wymalowana w skórzanej miniówce i tlenionych włoskach, niosła, że pokochała Chowańca serio i mocno, ale jednak wiecie, wyszła za mąż bo on miał w stosunku do Internetów… no całkiem zgoła odmienny stosunek!!!

Korzystała, bo innej rady nie było, ale wciąż narzekała, że działają marnie i powoli, że prąd im można wyłączyć, że nie szeleszczą, nie karmią jej, a już przede wszystkim nie pachną dobrze i okładek im brak. No cóż… archeo!!! Co do telefonu, to owinięty owczą wełenką leżał gdzieś tam, gdzie go nie widziała, całkiem w sferze ICE, a ona o nim nie myślała. Chociaż ostatnio zrozumiała, że czegoś ludzie wszelacy doświadczają, czego ona nie ma… no wiecie, porno!!!

A tak, Chowaniec jej nie wysyłał zdjęć przyrodzenia! Może i to sprawa wieku, może wychowania, ale jednak… nie wysyłał!!! A ona… kurcze, siedziała w lesie, skryta młodymi listkami brzóz i nazbyt wiele myślała… znowu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8166

Z cyklu przeczytane: „Adept” – … Bez słów. Serio, po prostu Autor mnie lekko powalił, potrząsnął mną i obutymi butkami zbałamucił. No bo się nie spodziewałam, że powieść, która serio powinna być raczej męska, tak mnie ujmie, zaintryguje, a potem nie pozwoli się od siebie oderwać!!! ZAJEBISTA JEST!!!

Cała rzecz dzieje się we wcale nie tak dawnych czasach, gdy to Polska i Wielkie Mocarstwo Mikołaja II nie były w onych najlepszych stosunkach – ekhm, lekko mówiąc, zwyczajnie nas rozpirzyli i tyle. Nasz główny bohater to Polak, aptekarz, a może jednak alchemik. Niby należy do Gildii, ale gdyby go kto zapytał… z Samarinem poznają się w enklawie. Dziele dziwnych mocy, które pojawiło się w Warszawie, Moskwie i Petersburgu. Obczyźnie otoczonej murem zbrojonym srebrem, z której alchemicy czerpią, ale i miejscu, które oddzielone od świata „zwyczajnych” cennym metalem…

… tylko czeka…

Przyznaję, że gdzieś w połowie zajrzałam na koniec książki, ale tylko po to, by się upewnić, czy to tom pierwszy! Książka bardzo wciąga, bohaterowie nie tylko dają się lubić, ale do końca coś ukrywają… Tak naprawdę z jednej strony czegoś się spodziewamy, prawie jesteśmy pewni, ale wciąż coś się dzieje, coś nowego… i w końcu rozumiemy, że wszystko prowadzi do czegoś WIĘKSZEGO. A ci, którym ufaliśmy… kłamią.

Adam Przechrzta wymiata. Nie powinno mnie to dziwić, bo znam trochę autora, chociaż większości jego książek nie udało mi się zdobyć, jednak… Tyle, wymiata. Tak serio, cokolwiek powiem nie ma tutaj sensu. Facet potrafi pisać, potrafi wciągać w historię, omiatać ją światłem ale i utrzymywać dostateczny cień… tworzy niesamowitych bohaterów i nie stroni od humoru, więc…

Na co czekacie?

IMG_8147

Lekkie ochłodzenie, ale słonko zagląda… niesamowita niebieskość na niebie. Bzy zaczynają kwitnąć i czeremcha i wszelkie inne zapachowe cudo pomiędzy trawami. Pachnie cała Wyspa, chyba że akurat traficie w ekologię… to pachnie mniej.

Nagle, już na ostatnią chwilę wszystko dookoła trochę ucichło. Nadmiar samochodów na razie nam nie szkodzi, ni rowerzystów nieobeznajomionych z prawami ruchu drogowego i ścieżkowego. Spokój, cisza, milusi chłodek, kilka kropel deszczu… mogłoby tak już zostać, co nie? Dlaczego nikt się ze mną nie chce zgodzić!? Zimno jest takie milusie… w wodzie odbijają się telepoczące sie na wietrze łódeczki kolorowe, po prawej woda, po lewej murek, a na nim oczywiście owe dziwne, portowo-rybackie ustrojstwa, o których mam nader mgliste pojęcie. Wiecie, jak ta małpa na gwiazdach, choć znając małpy, to one wiedza wszystko, ino nie chce im się zniżać do ludzkich wymagń i tłumaczeń. Zwyczajnie, wolą w nas klockami porzucać, pewno łatwym jesteśmy celem… i zabawnym na pewno. No serio… taka Jane G. na pewno może o tym opowiedzieć.

Cisza i niesamowite niebo. Najpierw ciężkie, grafitowe chmury, potem znowu błękit, kilka białawych linii, kresek i obłoczków. Port w Melsted taki niesamowity. Po prawej bzy burgundowe, białe i jasne, fioletowe… po lewej ino fiolety, którym niespieszno by się rozwinąć. Do tego ten mur wychodzący w morze i przylegająca do niego kładka…. idziesz, idziesz, idziesz i jeśli nie wystraszyła cię ta ogromna mewa pikująca dokładnie w stronę twojego łba, to się nie skąpiesz. Jeśli nie wpadłeś do wody na widok wylatujące gdzieś spod kamiennych umocowań wrony, dotrzesz do miejsca, gdzie jeszcze tylko krok i morze. To prawdziwe, głębokie, prowadzące w dale w tak wielu wymiarach. Chcesz zrobić ten krok, słonko nagle przygrzewa mocniej, pot zbiera się w zagłębieniach łokci, ale… jakoś nie możesz. Ostatkiem sił opierasz sie o murek i odwracasz się powoli… i widzisz jeden z najbardziej intrygujących widoków…

Domki nad morzem.

IMG_0655

Kolorowe chatki, w większości niezbyt młode, no i te kominy wędzarni. Białe, wybijające się w błękit, jakby serio chciały dymem aniołki nakarmić. Bo wiecie, aniołki by latać, to dym żrą zamiast śledzia, czy makrela. Tutaj coś czerwonego, tam znowu białego i te dodatki, płotki i framugi w różnych kolorach, dachy i ogródki przydomowe, drzewka, głównie jabłonie i te skały po prawej. Po prawej skały, a po lewej biel plaży, ale czad!!! No serio, sami spójrzcie!!!

Na dotąd niemrawej ziemi wzrosły trawy, bielą się stokrotki, złocą mlecze, tam jakiś niesamowicie karminowy krzak, tam znowu drzewo, w którego zieleni więcej kanarkowości, niż w klatce u śpiewaka. I ta cisza i spokój i znowu owe ustrojstwa rybackie… no na co im te sieci, które nie są sieciami, aino niezbyt dobrze zwiniętymi, włosowatymi niciami? Albo te boje… niby człek wie, ale kurcze, czy to zawsze się je zostawia, a co jak uciekną? Albo to, cudownie różowawo-fioletowe okularki do nurkowania. Bardziej cukierkowe niż garderoba zwolenniczki sukienkowej codzienności… czyżby księżniczki też rybiły?

A może to Syrenice?

Nagle jakoś już nie mogę wytrzymać w tym miejscu zbyt oddalonym od domu, muszę iść. Mijam całą masę łusek, kilka kropel dziwnych cieczy i kałużę, w której odbija coś, o czym nie chcę mieć pojęcia. Wracam do domu mijając domki, puste ogrody, zapowiedzi wakacyjnych grilli i wszelakiego się leżakowania… wracam do domu, w którym… kurcze, właściwie mogłabym to robić dzień w dzień, tylko że czasu szkoda.

Wiecie, serio uważam, że mieszkanie w tak zwanym miejscu wakacyjnym… nie opyla się tym, którzy mieszkają tutaj na stałe. Oczywiście, że wolno nam się wakacjować i każdy z nas wskakuje do wody gdy chce, czy idzie na lody, ale jednak… spędzić cały dzień na leżaku? Kurcze, a może to tylko ja tak nie potrafię? Może wszyscy sie wylegują, a ja mam braki w gentyce się prażenia?

Może?

IMG_6967

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie Internety… została wyłączona