Pan Tealight i Inna Królowa Śniegu…

„Podobno były trzy… zresztą, czyż nie zawsze tak jest.

Kobity, to lubią występować albo pojedynczo kumulując w sobie wszystką moc, mając jedno ciało dla wielu dusz, albo silnymi trójkami: ta od przeszłości, ta od teraźniejszości i ta od przyszłości. Ta co plecie, ta co tka i co przecina. Ta, która chce, która bierze, i która zwyczajnie nie do końca jest wszystkiego pewna.

Ona była tą Inną Królową Śniegu.

Nie oną piękną, poważną, powalającą spojrzeniem, wokół której wibrowały ułamki Tajemnego Lustra. Nie tą, która władała Mrozem, Śnieżycą, Szronem, Szadzią i innymi twórcami… ona była tą, która po prostu korzystała i bawiła się, gdy tylko temperatura spadała poniżej cholernego zera. Wiecie, tą, która konstruowała te takie sopele o kształcie… ekhm, nadmuchanych nożyczek. No wiecie, dwie kulki i armatka i zagadka. No i tą, która barwiła sopele na żółto, by odstraszyć i skonfudować innych i oczywiście tą, która tworzyła najbardziej seksualne snestormy, bo przecież to czas na seks i zwyczajność, bo przecież zaciemnione, a jednocześnie zajaśnione okna, to odpuszczenie grzechów wszelakich…

Inna uwielbiała zwyczajnie się bawić. Nie poddawać się jakimkolwiek prawom, a już na pewno nie ciotce Królowej. Wiecie tej od Kaja, co to lubi małych chłopców i ma awersje do mniejszych dziewczynek. Może i wydawało się jej, że rządzi wszystkimi z prawa starszeństwa i wszelkiej tam normatywnej doskonałości robienia wielu rzeczy wielokrotnie, ale… też nie słuchała Wielkiej Królowej Śniegu. Tej milczącej. Podobno pradawnej bardziej niż lodowce i plamy na fartuszku kucharki. Bo po prostu nie. Bo dlaczego miałaby…

A może… zwyczajnie była inna?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_2266

Z cyklu przeczytane: „Naznaczeni śmiercią” – … wielka promocja. W końcu to kolejna powieść autorki Niezgodnej. Trylogii przeniesionej na wielki ekran, posiadającej niezłą grupę zwolenników. Ale czy to powieść podobna do poprzedniej… eee, no tak i nie, wiecie. Znowu mamy młodych, znowu przeciwne ugrupowania, trochę Romea i Julii, no wiecie, trochę tak jak zwykle. Dzieci chcą ratować świat, bo wierzą, że wszystko można ułożyć inaczej…

Tym razem jednak znajdujemy się na całkiem innej planecie, podzielonej pomiędzy dwa ludy. Ci pierwsi mieszkają na lodowej jej części, ci drudzy… do końca nie wiadomo, ale wszystkich łączy nurt i dary, jakimi są dzięki niemu obdarzani. Wiecie, ten nic nie czuje, tamten czuje zbyt wiele, ten wie wszystko, a tamten znowu potrafi każdemu poprawić humor. Czyli, to już było. Do tego są wyrocznie i coś na kształt Zgromadzenia Planet, które jednak niczym nie przypomina tego ze Star Treka, bo kurcze… Bo widzicie, w tej powieści zabrakło opisów i tak serio to nie wiemy nic. Ni jak wyglądają domy, ni jakie świat ma podstawy społeczne. Masa dialogów, zbyt mało przemyśleń, a jeśli już, to powtarzają się one planetowe truizmy…

Powieść jest… jak innych wiele. Może i to nie dystopia, ale czy do końca, bo mi się wydaje, że ten wiat się wali. Jeśli jeden świat może robić wszystko, a inne nie reagują, to kurcze coś jest nie tak. Na szczęście nie ma maślanych oczu i nadpobudliwie zakochanych nastolatków, za to są młodzi ludzie, którzy jeszcze wierzą – ot przywilej młodości. I są tajemnice, bo wiecie, gdy książka – pierwszy tom dylogii – się kończy, nagle okazuje się, że nic ni jest takie, jak się wydawało.

Czyta się to szybko, a raczej omija podobne do siebie sceny. Ta powieść miałaby w sobie jakiś potencjał, mogłaby przedstawić rozwój osobowości bohaterów, gdyby tylko czytelnik wiedział, gdzie tak serio się znajduje, a tak… a tak wie tylko, e gdy kupi w przedsprzedaży, to dostanie epilog do poprzedniej powieści Roth.

I tyle…

img_4125

Śnieg!!!

Boski i cudny i wszelako jak zwykle poziomo padający. Zaczęło się w sobotę, ale dziwnie nieśmiało, jakoś tak skromnie, przy miło spadającej temperaturze… ale bez szaleństw oczywiście, na pewno nie przekroczyliśmy – 10. Chyba? Mniejsza… zaczęło się i trwało. Może płatki były malusie i człowiek przez cały czas bał się, że stopnieją, że zanikną i nagle, na chwilę odwrócił głowę i już było. Zabielone. Czadowo i niesamowicie… nic to, że już nadbiegał wieczór, oj nic to. Przecież można wyjść na spacer, czyż nie?

Kto mi zabroni?

… więc wychodzę. W śnieg i lekką zawiejkę. W całą oną niebieskość, bo przecież wieczorem, nad morzem, wszystko jakoś tak się niebieści. Ta biel też zdaje się być niebieskawa. I drzewa, choć te bliższe granatom. Najpierw kawałek miasteczka, potem las i pola… przejście przez rzeczkę, która lekko się omroziła i w górnych rejonach dziwnie odstaje od czarniawej wody. A potem morze. Oczywiście, że musi być morze, bo przecież… śnieżna plaża to taka rzadkość. Tak ogromna rzadkość. Zwykle wiatr spędzał śnieg ze zmrożonego piasku, ale nie dziś. Dziś plaża niebieskawo-bieleje. W oddali ciemnawo-granatowe morze. Wyrazista linia między jednym i drugim. Zrozumienie. Pogodzenie sie z losem. A na morzu… kamienie z białymi czapkami. Nieruchome, a jednak bardziej w taki dziwny sposób, w który starają się nie zrzucić ich sobie z głów. Jakby to było najważniejsze. Utrzymać śnieg na sobie jak najdłużej. A nadbrzeżne trawy i wierzby przy rzece… ośniezone, spokojne, dziwnie w końcu nieruchome…

I lampy.

Bo przecież choć Wyspa ciemnawa i oszczędna, to jednak wczesnym wieczorem lampy przy ulicy się świecą, niczym żółtawe słoneczka, a może świecące żółtka jajek stworów z całkiem innej planety? Kto to tam wie te lampy. Wyglądają tak niezakłócająco, jakby nie chciały nawet naruszyć onego bezwietrznego spokoju. Bo w końcu zawiejka ucicha. Dziwnie zaskakująco. I cicho jest i tylko skrzypienie śniegu coś mówi…

img_6881

Morze szaleje w tej swojej spokojności, a lekko skostniali ludzie po raz kolejny przypominają sobie czym jest zima. Jedni trzymają kciuki, by śnieg dotrwał do jutra, a inni znowu obiecują sobie przespać wszelaką mroźność…

Ja wyjdę jutro na spacer i pójdę w las.

Tam, gdzie ślady zajęcy i sarenek, gdzie obciążone wysokie iglaki dumnie nosza swoje białe nakrycia, a cała reszta liściastych golasków robi im za zaskakująco kolorowe tło. Bo przecież gałęzie ponownie zaskakują odcieniami bieli, szarości, rdzawości i granatów. Nie mam pojęcia jak to robią, ale robią. Czarująco. I będę chodzić i myśleć i odmalowywac sobie w głowie te wszystkie obrazy. Owe oddalenie od wszelkiej cywilizacji, one zamarznięte lekko wszelkie wodne zbiorniki…

Zima.

Na Wyspie to zawsze zaskoczenie. Od czasu wzmożonej oszczędliwości nie oczyszcza się już dróg bocznych, wyłącznie główne, co oznacza, że wszelacy mieszkający w gårdach osobnicy bardzo marudzą i sami muszą się zająć swoimi podjazdami. Na pewno ucieszyli się, że w poniedziałek śnieg od rana zaczął topnieć. Nie dość, że temperatura podskoczyła, to na dodatek jeszcze zaczął padać deszcz, a w powietrzu rozeszła się wilgotność, która byłaby w stanie doprowadzić do wzrostu nasionko rzucone w powietrze. Tak wiecie, w mgnieniu oka. Śnieg się skończył, ale obiecują kolejne mroźne dni i wszelaka kratkowatość aury. Ponad zerem i poniżej zera. I mokro i sucho. Wiecie, co się tam Wyspie zachce, co tam wiatry jej przywieją.

I fale… nie zapominajmy o falach!!!

Ja tam się cieszę, że śnieg był. Może nie tak fascynująco skąpany słoneczną mroźnością jak rok temu, ale jednak człek się pomoczył!!!

img_6034

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inna Królowa Śniegu… została wyłączona

Pan Tealight i Oblodzony…

„Pojawił się nocą.

Granatową i mroźną… może niezwyczajną, bo przecież Wyspa raczej stroniła od nadmiernej mroźności, może i wysoce mało prawdopodobną? Taką, o której Mała Wiedźma marzyła zawsze, a Wiedźma Wrona Pożarta tego w sobie nie zmieniła… nie do końca śnieżną, ale zapowiadającą biały opad, nie do końca ruchliwą, bo każdy krok zdawał się dopuszczać do ciała więcej lodu… Fascynującą, przed którą wody wzburzone morza dookolnego podniosły się ponad wszelką miarę, a sama Wyspa miała dość materiału, by tworzyć cuda z lodu…

Przybył.

Bardziej przypominając dzieło cukiernika niż kuter. Serio, aż się chciało polizać. Niesamowicie granatowy fondant dookoła, czerwony, najczerwieńszy stateczek z białymi barierkami, a może raczej ino oblany lukrem. Lukrem specyficznie formowanym, spływającym tutaj swobodnie, tam znowu muśniętym wiatrem, dziwnie uczesanym, malowniczo falującym… Tutaj zwisały, niczym grzeczne, karne żołnierzyki równiutkie sopelki w niewielkim wzroście, a tam znowu, jakoś tak pochyleni, miejscami byli wielcy i poskręcani niczym warkocze, te odrzucone przez żądne spolegliwie noworocznych zmian Syrenice…

I się spotkali.

Wiedźma Wrona i Lukrowy Kuter. I się sobie bardzo wzajemnie spodobali. I już, ale to po prostu już ona wyciągnęła dłonie, miała przekroczyć nie do końca szeroką czerń czarniawej, morskiej lecz portowej wody i wleźć na niego i dać się porwać i po prostu nie wracać… I już on ją miał chwycić, omotać tym słoneczkiem zimnym, które trzymał na uwięzi i sopelami specyficznie ruchliwymi, chwytnymi… I już jej miało nie być, a on miał w końcą jakąś ją mieć… i już się w siebie zapatrzyli, ona zauroczona formami słono-lodowymi, i już miało się stać…

… gdy Chowaniec, instynktem kierowany, a może Wyspy podszeptem chwycił swoją wiedźmę i popchnął lekko w całkiem inną stronę. Gdzie beton, budyni, gdzie klombiki teraz śpiące i działko gotowe by wystrzelić, mimo zaczopowania…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3013

Z cyklu przeczytane: „Sacrifice” – … film. Oglądałam, a jednak… kurcze książka to nie film. Więcej elementów, więcej niespokojności, większe napięcie!!! Niby podobne, baza wspólna, a jednak kurcze, całkiem inne.

Nasza bohaterka pragnie dziecka. Ale teraz musi odnaleźć się w innym świecie, w innym domu, nowej pracy. Będą się z mężem starać, ale jednak może przez chwilę powinna zwyczajnie zająć się nową teraźniejszością dookoła siebie? Cóż, wszystko się zmienia, gdy wykopuje na własnym polu zwłoki. Kto to? Dlaczego pochowano ją na jej polu? Co wspólnego ma jej śmierć z nią samą?

Dziwne wyspy, dziwny nowy świat.

Dziwni ludzie. Mocne, kobiece bohaterki i pokręceni faceci. Śledztwo, ale i masa legend. Oj tak, legend ta powieść jest pełna. Legend wciąż żywych. Świadomych i bliższych religii niż tylko starym opowieściom. Historia jest szybka i choć – tak oglądałam film, więc mniej więcej wiedziałam jak się to skończy – mniej więcej wiedziałam, co mnie czeka, to mnie zaskoczyła. I to całkiem mocno. Bo książka, to jednak coś innego. Opowieść o ludziach, o wspólnocie, o naturze. O specyficznym miejscu, w którym nie kazdy może sie odnaleźć, żyć, a tym bardziej założyć rodzinę.

img_8495

Oblodzone.

Statek chyba z Dziwnowa. Oblodzony maksymalnie. Noc, w górze granat dzięki mocnej lampie na statku, kilku panów starających się choć obskrobać ociężały od lodu pokład… ciekawy, niczym wywleczony z jakiejś całkiem mroźnej bajki. Gdzie Inna Królowa Śniegu ma swoja wyspę, całkiem prywatną, wyspę, którą pokochała i całkiem z niej wszystkim może władać. No wiecie… czyste dzieło sztuki, które zniknie, gdy na nie się chuchnie!!! Wiecie, mocniej chuchnie, dmuchnie suszarką do włosów, nazbytnio przegrzeje. Dzieło, które dostępne jest tylko w określonej temperaturze, całkiem słone, całkiem niesamowite. Ugładzone wiatrem, ułożone falami, tutaj skroplone, tutaj zlewa się soplami, tam znowu grudy zgromadzone na pokładzie.

Czysta opowieść o podróży…

Przez morze…

Morze rozszalałe i przepełnione. Tworzące z płynności stałość, wcale tak nie kruchą przy takich warunkach. Czasem i śmiertelną.

Czasem…

Nie wiem, czy to tylko przez to, że mieli zapaloną lampę na środku, czy dzięki jakimś magicznym, krakenowym podświetleniom od dołu, trochę ta jednostka przypominała mi porzuconą Pannę Młodą. Wiecie, tą, której ktoś obiecał wszystko, a ona uwierzyła. Ubrała się w swoje wyśnione ciuszki, suknię białą, welon z chmurek… a potem, a potem czekała. I właściwie nadal czeka, a dookoła niej po prostu świat się przesuwa, bo jego nic to wszystko nie obchodzi. Bo przecież cóż tam ból jednej duszy, złamane serce sztuk jedna, gdy wszystko dookoła i tak się wali. Bo przecież pewno sama chciała, czyż nie? Nie trzeba było wierzyć i ufać. Ktoś tam rzuci, że chłopy to samo zło, a w ogóle biel wyszła z mody… zwykły statek, a raczej kuter rybacki na czterech chłopa i nadzieję na połów i powrót do domu, a tak wiele w nim historii. I pierniczonego człowieczeństwa, które zamiast zajmować się najpierw tym, co dookoła niego, szuka innych problemów.

Panna Młoda w porwanej sukni, wilgotnej, miejscami się skraplającej. Już nie czekająca, już wiedząca, że nic z tego nie będzie, ale jak ma zdjąć z siebie suknię? W końcu i tak stała się już pośmiewiskiem świata, więc lepiej jej na morzu. Pośród fal i wody, która wszystko wybacza, obmywa rany, szczypie, ale i leczy…

… która słucha, a potem ucisza na zawsze.

img_6776

Bo sople potrafią być tak niesamowite.

I słone!!!

Gdy człek tak w końcu, wciąż jeszcze kłaniając się wiatrom, podejdzie do portu, w którym wciąż troszkę więcej wody, to może sobie je pooglądać. Dziwy nad dziwami. Dowód na to, że sól zamarza. Na to, że świat potrafi tak pięknie się utrwalać. Tak wiecie, do końca, na zawsze. Ale nie tylko sól, bo przecież w wietrzności unosiły się drobinki piasku, które postanowiły stworzyć nietypowe klejnoty. Pełne najdroższych kamieni, cudowności, choć mikroskopijnych. Cząsteczek kryształów, muszelek, bursztynów i kamieni, których nazw nawet człek boi się wymówić, bo co jeśli, ten promień czerwieni to granat?

A to labradoryt?

A tym czasem, wiecie, w okresie onych wiatrów i wszelkiego zagrożenia, pojawił się u nas ptaszek ze śródziemniomorza…

Hihihi, daleko zaleciał?

Może woli zimno? Czy to góropatwa czerwona, czy kuropatwa, czy jednakowoż, no wiecie, coś w ten deseń, to jednak, jakoś tak nadal nie wiadomo skąd on. Bo sam chyba jakoś tak nie przyleciał, co nie? Prawdopodobnie ktoś sobie zakupił ptaszka, a ptaszek oczywiście zrobił wielki coming out i wyprowadził się z posesji. Tylko, czy znajdzie się właściciel? A może jednak ów ptaszek troszkę pobaraszkuje z naszymi wyspowymi i będziemy mieli domieszkę genetyczną?

Kurcze… a już przez chwilę było śródziemnomorsko.

Z najnowszych wieści… między innymi strajk na lotnisku, ale pracują nad tym. Wiecie, problemy jak w całej reszcie świata.

I wiecie co…

… w końcu spadł śnieg!!!

img_6428-2

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Oblodzony… została wyłączona

Pan Tealight i Morskowanie…

„Wiedźma Wrona Pożarta się morskowała.

Obiecała, że to zrobi tak długo, a jednak dopiero teraz, nie przez przypadek, ale z pełną świadomością to zrobiła. Przebiegła przez zdumione zimowe fale.

Oj tak, fale były aż nadmiernie zdumione. Aż im się czubeczki najpierw zaszpiliły, a potem dziwnie zatrzęsły. Oj oczywiście, że od razu do niej doskoczyły, gdy tylko do nich podeszła, przecież podeszła, zawsze to robiły, nic dziwnego, a jednak ona się tym razem nie cofnęła. Gorzej, po prostu przebiegła, przez zimowe fale i pozwoliła im się nader dość dokładnie… obmyć, miejscami intymnie. Zaraz po tym odskoczyły, nie wiedząc co o tym sądzić, nie wiedząc dlaczego i po co?

Podejrzliwie.

Bo przecież… ona to w końcu zrobiła. Niby obiecała, niby robiła podchody, ale tak niczym młody jelonek przebiec przez zimne fale… znaczy jelonek niski i nader wiecie, ociężały, chociaż akurat w tamtej chwili, jakoś tak wyglądała jak ona długonoga syrenka, ale wiecie, cóż z falami mogą zrobić złudzenia optyczne, to wszystkie głowy małe, nawet te ususzone… Do domu dotarła nawet się nie trzęsąc, jakby nic się nie stało i mroźny wiatr wcale jej nie chłostał. Jakby po prostu… nic się nie stało.

Kompletnie.

Nic.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_8503

Z cyklu przeczytane: „Pomniejsze bóstwa” – … bajuszka. Wiecie, o tych zapomnianych, o tych już niewzywanych. O tych wszelako zbędnych już, przytłoczonych nauką, całkiem nowym bóstwem i oczywiście o mnichach. I o czasie, który kurcze nie jest taki, jakim nam się zdawało.

I o żółwiu.

I o bogu…

Bo w końcu czyż nie jest to jedno i to samo?

Jedna z najbardziej przenikających mnie osobiście części „Świata Dysku”. Czy przez to, że z wiarą u mnie inaczej, czy może dlatego, że wierzę we wszystko, co ino C14 zlicza? A może po prostu szkoda mi tych bogów i bóstw? Wiecie, zwyczajnie i po ludzku. No mniejsza, to też część „mnisia” serii, a z mnichami to nigdy nie wiadomo. Wiadomo, że są mistyczni, i że jest w nich coś więcej, ale poza tym… cóż, wszystkiego można się spodziewać, że tylko przycinanych gór.

Po prostu książka do przemyślenia, tym razem jednak bardziej w środku siebie, wiecie, bardziej w misiu.

img_9548

PS. Czyli moje książkowe zakupy. Część z nich BARDZO, ale to BARDZO BARDZO wyczekiwana…

img_5319

Siłę wiatru mierzy się u nas w pelikanach…

Nadal nie wiem dlaczego, ale takie jest powiedzienie, tutaj artykuł, i tak serio niewiele wyjaśnia poza tym, że pelikan to orkan. Ale dlaczego? No i czemu w takim razie jest on miarą i wiatru i deszczu? A może to zależy od człowieków. u jednych pogoda pod psem, innym pelikany spadają? Może po prostu każdy ma wietrznego zwierzaka, na jakiego zasługuje, czy coś w ten deseń?

No mniejsza…

Ze spraw ważniejszych: chorowania… 

Czyli wiecie, taka tam mała epidemia. Tak właściwie, to co to jest? A no wiecie mól żołądka, wymioty, sraczuszka i ogólne zlewka totalna. Norovirus, Norwalk disease, tudzież norowirus i tyle. Podobno w małych społecznościach typowe dla okresów zimowych, a jednak kurcze, jakoś dopiero teraz się o tym dowiaduję. No cóż, wiecie, jak na Wyspę jest afera, odizolowali grupę ludzi i ci sobie tam w samotności własnych osobowości… eee srają, znaczy się leczą. Tudzież odpoczywają ino i tyle. Wciąż mnie jednak intryguje, że nic nie wiedziałam o takiej chorobie. O bornholmskiej tak, ale o dziwnej aferze z Roskilde nic a nic. Kurcze!

Miejmy jednak nadzieję, że jakichś zarazków nie wysłaliśmy do Nepalu. No wiecie, z tymi ciuszkami dla maluchów kochających piłkę nożną. Musicie przyznać, że to urocze. prosta sprawa, a jednak jakaś taka nadzwyczajna. I nic to, że reklamówka biura nieruchomości, co to ma za znaczenie? Żadne. A może takich reklamówek ten świat potrzebuje więcej? Wybudujcie domy bezdomnym i trzaśnijcie artykuły o tym, że taka a taka firma miast wydawać raut dla tych, co aż zbyt dobrze co jeść mają, zbudowała schronienie tym, co mają nic.

Proste, co nie?

img_8440

Popowodziowo u nas wiecie, zwyczajnie.

Przetrwaliśmy wodę.

Czy były to dwa metry – może w niektórych miejscach nawet były, czy nie… wiem jedno: straty są, ale Wyspa sama je naprostuje. Plaże trochę poniszczone, ale wyrównają je kolejne sztormy. Zresztą już zapowiedziano następny na przyszły tydzień. Nie oszukujmy się, taki czas i tyle. Za to przez kilka dni ludzi spoglądających na wybrzeże była cała masa. Jakby każdy musiał wyleźć z domu i sprawdzić. Oną pierwszą tak podwyższoną wodę od stu lat. A może… a może tak naprawdę tylko zapowiedź tego, co nadejdzie? Bo przecież jeżeli temperatura na północy się podniosła, to nie ma w tym nic dziwnego. W jakichś pokrętnych lekko blogach znalazłam wiadomość o ponad dwustu trzęsieniach ziemi, niewielkich i jakichś dziwnych siłach kosmicznych walących w ziemię. Może to i Wenus, która świeci tak, że człowiek nie wie co o tym myśleć, a może słoneczna nadaktywność, albo księżyc… kto to wie.

W końcu wszyscy jesteśmy jednym Kosmosem?

Woda podniesiona była jeszcze wczoraj, ale oczywiście już nie tak jak przedwczoraj. Znowu widać mostki i porty. Znowu widać kamienie, szalenie oblodzone, bo w końcu nas trochę przymroziło… wyglądające jak kolorowe, dokładnie olukrowane pączusie… i te sopele! Kurcze, każda trawka w lodowej obwijce. Pewno, że to takie penisowe pola, ale i tak człowiek napatrzyć się nie może. Jakby nagle kryształy wyrosły mu przed oczami, i jeszcze to słońce… nagłe i silne.

Wszystko to zdaje się kumulować w sobie miliony tęcz…

Wciąż jeszcze sporo ludzi.

Jakby chcieli sprawdzić, czy wszystko minęło. Czy to tylko lęk, czy jednak zwyczajna ciekawość? A może jak mnie fale ich wołają? Tak wiecie, dziwnie, atawistycznie, jakby ktoś nakazywał mi powrót do wody? Jakby to bieanie i zanurzanie się do gaci zimową porą nie wystarczało już… jakby w końcu skrzela się w nas otwierały i wiecie, błony poszerzały między palcami!!! No co!!!

A czemu nie?

Przeżyliśmy wielką wodę, ale chyba trzeba przemyśleć podniesienie falochronów i wszelakie wzmocnienie wszystkiego, bo przecież może to dopiero początek? A co, jeśli będzie gorzej? A co, jeśli tak naprawdę wszystko się zmieni?

img_8446-2

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Morskowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Wypierdziałek…

„Zdarzał się raz na wiek, a może i kilka wieków. Kto to tak naprawdę wie? W końcu przecież nikt nie pamiętał legend, opowieści i wszelkich mitów o Wypierdziałku, o onym jedynym w rodzaju dni: Dniu Dniów!

Tym…

… który potrafił w jeden jedyny sposób odmienić nawet Poniedziałek. Albo nudną Środę, kiedy tydzień tak się dłuży. Gdy wszystko zamraża się w czasie. Albo ten Wtorek, a nawet Czwartek, albo Piątek, choć kurcze przecież to prawie weekend, albo sam weekend, przemienić z pracowitego i nudnego w coś…

No właśnie.

Cały problem w tym, że nikt nie wiedział o co chodzi z Wypierdziałkiem. Na co tak naprawdę zmienia czas? I czy na lepsze? I czy lepsze oznacza lepsze dla każdego, czy tylko dla wybranych? A właściwie, tak w ogóle, to dlaczego teraz, tak nagle się objawił, wyskoczył z kalendarza sprzed kilku lat i… powiedział, że to jego czas, że mu się należy i że to będzie dobra zabawa… bo co z tymi, dla których tak naprawdę dni tygodnia nie mają żadnego, ale to żadnego znaczenia.

Tak jak Wiedźma Wrona Pożarta?

No co?

I tak pracowała codziennie… może i miała w weekendy Chowańca naprawdę tylko dla siebie, przynajmniej na dłuższą chwilę, ale jednak… cóż mógł jej tak naprawdę, do końca i w pełni, dać Wypierdziałek?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_7178-3

Z cyklu przeczytane: „Czarny klucz” – … trylogia. Miała być tylko praca, a wyszło, no właśnie, co właściwie wyszło? Opowieść o miłości, czy kolejna historia tego, że świat można naprawić jeśli się chce, ale… przecież to tylko i wyłącznie utopia. Czy tym właśnie jest trylogia Amy Eving? Naprawdę tylko tym, czy jednak opowieścią o miłości?

A może historią o zmianach?

Wiecie, o tych, którzy przybywają i niszczą zastaną cywilizację. Do pnia, do końca, a jednak… ona nie umiera. W końcu podnosi głowę i krzyczy: NIE!!!

Trzeba przyznać, że gdyby tę powieść napisać lepiej, gdyby po prostu się do niej przyłożyć, gdyby ją poszerzyć, wzmocnić, lepiej opisać bohaterów i świat… wyszłaby ogromna trylogia, a jednak wtedy, czy przeczytaliby ją nastolatkowie? Ci, którzy najczęściej dokonują zmian? Rewolucji? Choć, czy w dzisiejszych czasach? Ech nie wiem. Na pewno nie jest to opowieść o miłości, raczej o magii i walce o to, co najważniejsze, wolność. Może i prosta historia, może i przewidywalna, miejscami nielogiczna, ale jednak porwała czytelniczki… nie tylko z powodu pięknych okładek.

A przynajmniej tak mi się wydaje.

img_0114

Wieje…

Takie, to trochę powtarzanie się, ale dawno nie byliśmy czerwoni. No wiecie, dookolnie czerwoni. Oczywiście chodzi o siłę wiatru, ale też i o poziom wody, który może wzrosnąć o jakieś dwa metry. I tak sobie myślę… niby takie dwa metry, no ile to jest? Niezbyt wiele, ale jeśli masz domek na onej malowniczej, piaszczystej płaszczyźnie, to dużo. Rok temu telewizja pełna była filmików, które pokazywały walące się domy. Nie u nas, dzięki za granit i gnejs, ale i u nas podmyje mocno wiele posesji letnich. Będzie dużo sprzątania i odnawiania. Będzie po prostu masa roboty.

Ale…

No tak, będzie ale… widzicie od pewnego czasu odbywa się wkurwiająca mnie wycinka drzewek naskalnych. Tych przytulających się do wód. Co za tym idzie pojawiają się doniesienia o naciskach szmalownych osobników, którzy chcieliby mieć domeczek wiecie, z widokiem. A najlepiej to przy wodzie. A jeszcze to pod skałami to niech plaża będzie, a w ogóle, to może wszystko wyciąć i wymienić na hotele i pałacyki, a w ogóle co to jest ekologia? No i człowiekowi po takich artykułach ciśnienie wzrasta. Nie wiem jak was, ale mnie uczyli w szkole nie tylko o biblijnym niebudowaniu na piasku, ale przede wszystkim coś tam było o wędrujących piaskach i oczywiście meduzach, ale też i o wydmach wędrujących, które powinny mieć trawy i takie tam korzenne, trzymające je w miejscu. Potem było coś o erozji… Na pewno było też o głupocie ludzkiej i w tym miejscu człowiek już wie, że ona nie mija i jest totalnie niewycinalna z ludzkości.

Gdy tak wieje, człowiek wie, że poddaje się naturze.

Że nie da się z tym walczyć, że musi no jakoś się trzymać i tyle. Bo przecież będzie jeszcze mocniej, paczki znowu zostaną na kontynencie, poczty nie będzie, kurcze no… jak ktoś se zamówił ważny prezent, to sorry, będzie improwizował. Znajomy Chowańca na wszelki wypadek przyczepił do rynny ponton. Wiecie, mieszka trochę, niżej, więc jakoś tak próbuje się… no zabezpieczyć.

Bynajmniej.

Spoglądając na tych mądrzejszych, znaczy czytając wypasione opowieści o tym całym nas wodowaniu, to ma być tak: najpierw będzie wiało z północnego zachodu i przeciśnie wodę przez Kattegatt, a potem z drugiej strony i przeciśnie, a raczej dołoży wody z Bałtyku, i podobno to się tu spotka i nas podtopi… kurna ludzie, wydarzenie stulecia. Sto lat! Jej! Wiecie co, ja to muszę zobaczyć. Ino jakoś ostrożnie. Z kamieniami w kieszeniach, albo z kaftanikami dmuchanymi, ale nie z jednym i drugim. Ekhm.

Co nie?

img_6694

Kocham jak wieje.

Nawet jeśli to jest ten psychiczny wiatr wiem, że jest lepszy niż ta dziwaczna cisza, która czasem otula Wyspę i sprawia, że boisz się kichnąć, bącznąć, czy jednakowoż zrobić coś bardziej wyskokowego. Tak kocham fred og ro, ale to coś innego. To ona spokojność lasu, w którym ciągle coś grzebie w krzaczkach, coś tam szeleści, a wrony jak zwykle mają zbyt wiele do powiedzenia. Chmury jakoś tak głośno przewalają się w górze, a własne obuwie robi hałas… dziwaczny. A gdy nadchodzi cisza, cóż…

… nawet kroki przestają brzmieć.

Wiatr wiatrem, promy w porcie, łódki wyciągnięte na brzeg, a mnie korci… korci wyleźć w ta wietrzną noc. Tak bardzo. Wyjść, zagłębić się w nią. Tak po prostu stać się częścią całego tego przedstawienia. Poczuć je na własnej skórze, po prostu tchnąć w nie trochę siebie samej i być w końcu częścią czegoś prawdziwego. Dzikiej, nieokiełznanej natury… ale czy do końca dzikiej. Czy znowu ktoś czegoś nie wybuchnął, nie dobrał się do gazów, nie kopnął zbyt głęboko i wiecie… nie spowodował onej wzmożonej aktywności fal? A może to tylko stopione lodowce? Ale jeżeli one, to oznacza, że woda może być niebezpieczna i całkiem mało czysta.

Natura…

Czy ona jeszcze istnieje?

Naturalna natura? Czy tak naprawdę walczy z nami? Wiecie, z tą ekologią opakowaną w foliowe woreczki, tymi warzywami w foliowych torebeczkach, foliowymi zawieszkami, plastikowymi tagami i wszelakim, dziwnie mnie parzącym świństwem? Czy my możemy z tym walczyć? Bo ja próbowałam i stanęłam pod ścianą. Kupujesz, albo nie jesz, a jak nie masz własnego kawałka ziemi, to nie jesz… a w dzisiejszych czasach ten własny kawałek ziemi i to jeszcze pod niebem, które tak wieje, albo parzy, to wiecie, trudna sprawa. No chyba, że serio zaczniemy „kuszać szyszki”. Może i nie będą złe. Te nasionka orzeszkowe wyglądają tak smakowicie, a wiewiórki maja od nich milunie, błyszczące futerka, a jakie ogony!!!

img_7179-4

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wypierdziałek… została wyłączona

Pan Tealight i Nowy Rok…

„No właśnie…

… to było w nim najdziwniejsze.

Wiecie, takie maksymalnie zaskakujące. A nawet i szokujące tak mocno, że kilka z Księżniczek zemdlało z wrażenia. Pewno tych mniej najedzonych, ale kto tam wie. Z nimi nigdy nie wiadomo. W końcu, przecież nie była to az tak dziwna sprawa. Dziwaczna, czy sprzeczna z wszelakim pojęciem definicji? Chyba nie? Nieprawdaż? A może była? Nawet Ojeblik – mała, ucięta główka nie była na to przygotowana. Wyglądała na tak wstrząśniętą, że aż ktoś podał jej stołeczek, by jednak nie stała na podłodze…

… by była wyżej.

Nikt nie był.

Pan Tealight słyszał kiedyś o tym, a może raczej czytał, mówiła o tym jakaś legenda, ale nie pamiętał dokładnie która… Czytał ją, a może jej wysłuchał przy trzaskającym ognisku, przy niesamowitych powiewach wiatru i morza poszumie. A może to on sam ją stworzył? Z jednej strony pamiętał wszystko, ale z drugiej, zaczynał czasem w siebie wątpić. Oczywiście przez nią. Wiedźmę Wronę Pożartą… ale z drugiej strony, któż mógł być na to przygotowany. Któż mógł zobrazować sobie tę wizję? Wiedzieć…

O tym, że Nowy Rok był stary.

No dobra.

Wyjaśnijmy to od razu.

Może nie jakoś bardzo w podeszłym wieku, wiecie nie miał laski, czy chodzika, ale jednak kurcze szpakowaty, szczupły mężczyzna, o dziwnie wojskowym spojrzeniu, może i sylwetka wciąż prosta, ale jakoś częściej musi siadać i długo nie może biegać. Zmarszczki nadały jego twarzy lekko wysuszony wyraz, ale wieczyście dwudniowy zarost sprawiał, że na pewno spodobał się paniom, w każdym wieku. Ubrany w końcu był porządnie, chociaż nie przesadnie. Biała koszula i kamizelka, do tego ciemniejsze dżinsy i sznurowane buty. Miał też szalik, dziwnie rozwiany… chyba nie było mu zimno, ale…

Nie dało się nie zauważyć, iż był Starym Nowym Rokiem!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_1144-4

Z cyklu przeczytane: „Arena 13. Rytuał” – … drugi tom kolejnego cyklu Josepha Delaney’a. Opowieści o walce i przyjaźni, o wyzwaniach i pragnieniu bycia najsilniejszym, ale tym razem historia jest odmienna. Bo sezon walk się skończył…

Leif może odpocząć, a to oznacza, że wyruszy do krainy swojego ojca. To, co go tam czeka może tak naprawdę odmienić go na zawsze. I nie tylko jego. Teraz już nie odwaga i walka są najważniejszymi, nie umiejętności władania klingą, czy kijami, a inteligencja. Umiejętność widzenia wszystkiego w szerszym spektrum.

I oczywiście wybory.

Ten tom jest poważniejszy. Widać, że nasz bohater dorasta, widać, że musi stawić czoła czemuś jeszcze większemu, czemuś poważniejszemu, co tak naprawdę trzyma ten świat w pewnych ryzach. Jednak, czy jest on na to gotów?

Ten cykl jest podobny i odmienny od Kronik Wardstone. Z jednej strony znowu walka, przyjaźń i dorastanie, młody adept i mądry mistrz, a z drugiej, coś więcej. Coś bardziej politycznego, coś niesamowicie poważnego. Coś, co sprawia, że cykl mimo młodych bohaterów zdaje się bardziej dorosłym. Bardziej dojrzałym…

img_0115

Aaaaa….

Słonko wylazło drugiego stycznia i tego samego dnia, prawie popłynęłam. Bo dlaczego nie. Nagle się okazuje, że bieganie w morzu – na razie tylko bieganie – tak zwaną zimą, to całkiem przyjemna sprawa i cholernie wyzwalająca. Spróbujcie czasem przestać robić to, co wypada. To, co inni robią, tudzież inni od was wymagają. Słuchawki na uszy, uśmiech na ryja i lecicie. Śpiewanie na głos też wypada!!! W końcu co? Ta dwójka z Turyścizny, którzy mogli mnie podpatrywać serio poczuli się zgorszeni? A nawet jeżeli, to co? Mogli zamknąć oczy… przecież mogli się odwrócić. Dlaczego to zawsze ja mam to robić… ustępować, kłaniac się pierwsza, płaszczyć się…

Bieganie w morzu zimą jest super!

Nie no, pewno, że nie mamy kry i człek se stóp nie porani, ale piasek między palcami sprawia, że nie czuje się zimna. Jakby człowiek przypominał sobie lato. Jakby miał wpasowany w siebie jakiś element pamięciowy, który nie dopuszczał do głosu prawdziwej, odczuwalnej temperatury. Dziwna sprawa. Ale w końcu pierwszy spacer w tym roku. Bez patrzenia na innych, bez muszę i nie mogę. Bez całej tej mało zabawnej, mocno skatalogowanej i niewolniczo przemyślanej szufladki: kobieta. Naprawdę można być sobą. Bez zakupów na Aliexpress, a potem jęczenia, że kasy nie ma, bez szukania wielkich sal na przyjęcia kościelne… a tak, mona być powalonym, jedynym w swoim rodzaju nasieniem totalnie pogańskim.

Można.

Jestem tego przykładem. Oj pewno, że czasem mnie jeszcze trzepie i czasem jeszcze ktoś mi dosra, najczęściej po polsku, bo widać tej nacji wolność jest najbardziej obca – historycznie to mocno pokręcone – ale nie bójcie się, Duńczycy też potrafią. Dlatego, serio postuluję przesianie znajomych na FB, wypisanie się z Twitterów i tak naprawdę, powrót do samego siebie. Wyspa uczy tego najlepiej. Nawet jeżeli potem suszysz swoje gacie, nawet jeżeli w butach chlupocze, jak wracasz, nawet jeśli i tak nikt nie rozumie i w końcu wiesz, że nie chcesz nikomu wyjaśniać… Wyspa rozumie. Nie pyta i uczy, że popawność naturalna jest jedyną normalnością.

Łącznie z pływaniem na golasa!!!

img_1118

Morze piękne…

… kobaltowe z jasnymi, białymi aż błękitnymi grzywami. Rozbija się o skały, których kolory właśnie teraz są najbardziej wyraziste. Człowiek czasem nie ma pojęcia jak bardzo szaleńcze mogą mieć barwy kamienie. Wiecie, te zwykłe, zwane nieszlachetnymi. Granity, gnejsy, zwykłe zlepieńce, a nawet piaskowce pełne magicznych drobinek. Odłamków bursztynów i muszli, a nawet kamieni szlachetnych. Ale te większe skały, tak mocno żółtawe, miejscami nawet pomarańczowe, sienna bardziej, niż zwykła jednorodność. Coś, co przepełnia czerwień, ale skryta pod warstwą głazu. Albo ten kamień, niczym zamrożony kawał mięsa. No udziec no… albo ten zielonkawy. Zielonkawy głaz, okragły dziwnie, idealnie prawie.

Wiatr nadchodzi. A raczej więcej wiatru, a jednak człowiek jedyne czego pragnie, to wyleźć na zewnątrz. Nie ważne, że ciemno, nie ważne, że nawet jeśli słońce, to jednak będzie tu tylko przez chwilę. Nawet jeśli tylko jest szarawo… jakoś chcesz wyleźć i iść. Iść w Wyspę. Po prostu. I nie wracać. Kompletnie.

Na dziko.

Co jest takiego w tym kawałku lądu, że nie można mu sie oprzeć. Te wielobarwne skały, zielone pola, kobaltowe morze, a może jednak tylko ten miejscowy błękit nieba? Albo kształty gałęzi, trawy wciąż jeszcze miejscami wysokie. Przełamujące się przez to wszystko słońce oszałamia. Sprawia, że kształty opowiadają bajki… Może dlatego tak bardzo chce się wyjść i ich słuchać. Nawet jeśli aż tak wieje, duje i nic już nie trzyma człowieka na powierzchni… unosisz się i lecisz. Bo przecież Wyspa to nie tylko ziemia i skały, ale i to co nad nią i pod nią!!! Może i o to chodzi, by w końcu polecieć? Wiecie, tak do końca, na zawsze, nie wracać… patrzeć na ten świat tutaj w dole, tak naparzający się po wzajemnych mordach i…

Nie wracać?

No widzicie, wiatr nadchodzi i człowiekowi znowu odbija. Główka szaleje, zatoki napierniczają, a na dodatek jeszcze kurcze spać nie można.

No co za czasy?!!!

img_1102

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowy Rok… została wyłączona

Pan Tealight i Druga Gwiazdka…

„Nie jest za późna, wcale nie, zwyczajnie o niej zapomnieli. O świętowaniu, o tych tańcach, o kolorach, światełkach. O uczcie… o prezentach, o piosence śpiewanej jej na zewnątrz, nawet jeśli mrozi, o wyczekiwaniu na nią, oną prawdziwą i najważniejszą.

Zapomnieli.

Ludzie.

Pozwolili sobie wmówić, że ważną jest tylko ta jedna, ta pierwsza. A przecież ona była tylko próbą. Tylko i wyłącznie czymś, co chcieli wiecie, przypasować do nieba. No spróbowac, sprawdzić jak wygląda. Wleźli na te swoje kosmiczne drabiny, powiesili ją, a potem zeszli, tylko że to trwało. Może dla niektórych nawet wieki. Może i tylko lata, ale jednak… to jej przypisuje się wszelaki magiczne moce i umiejętności. A nie właściwej. Zwanej Drugą Gwiazdką.

Nikt już nie pamięta jakie cuda miała sprowadzać na świat, zresztą, czy to teraz ważne. Wyobraźcie sobie jak się czuła za pierwszym razem, a za drugim… Za pierwszym była zaskoczona, bo przecież tamta replika, papierek posrebrzany wciąż tam wisiał i to do niej się ludzie modlili, a za drugim… za zdrugim miała nadzieję, że już posprzątano. Że w końcu będzie mogła wypełnić swoją powinność, swoje marzenie, swoją magię, ale… Ona tam wciąż była. Dziwnie umocniona wiarą tak wielu ludzi tam na dole.

Jej już nikt nie potrzebował.

Wprost przeciwnie.

Ci co wiedzieli zniszczyli opowieści, legendy i mity wspominające o niej. Zburzyli malutkie, kamienne świątynie z kryształowymi okienkami i wykonanymi z rzeźbionej kory okiennicami. Wymazali ją z pamięci… oczywiście nie każdej. Bo przecież ta jedna, ta jedyna zawsze wiedziała, jakby miała to wpisane we własne ciało i sny, a jednak… co będzie, gdy i ona odejdzie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_6127

Z cyklu przeczytane: „Kroniki Gwiezdnej klingii. Nowy Mrok” – … bo tęsknili? No tak naprawdę, to dlaczego? Bo „Kroniki Wardstone” tak bardzo podbiły serca wielu? Bo bohater to nie rozpuszczony dzieciak, a nauczyciel ma sam wiele za kołnierzem, na dodatek wątek miłosny, ech ten wątek, w rzeczywistości nie wali po gałach… A może dlatego, że przecież nie wszystko wyjaśniono. Przecież tak naprawdę nic się nie skończyło.

Zło wciąż istnieje.

Wszędzie.

„Kroniki Gwiezdnej Klingii” to kontynuacja Kronik… opowieść o Tomie Wardzie, który po śmierci swojego nauczyciela obejmuje jego stanowisko. Tylko, że on nie jest Johnem. Nie posiada doświadczenia swojego mistrza, ani wprawy, a na dodatek w jego życiu pojawia się dość specyficzna uczennica… Jenny. Tym razem pamiętnik Stracharza dzieli się na dwie osoby. Młodego Mistrza i uczennicę. Ale co ze starymi bohaterami? Co z Alice? Czy rzeczywiście stoi po stronie zła, a Grimalkin?

Jakie skrywa sekrety?

Wciąga nadal!!!

img_0113

I co? Podobno nowy, a wygląda jak stary, co nie? A może wiecie, recyclingowali ino jakiś z poprzednich. Może nigdy nie jest nowym naprawdę?

Ech, nie wiem, a może to tylko jednak wielka ściema. A może to sprawka jakiegoś Wybitnie Corocznie Inaczej Pokręconego Maga? Wiecie, wariata totalnego, który naprawdę chciał imprezkę, ale nie miał pojęcia dlaczego i jak i po co ją wywołać i na co spraszać ludzi… więc wymyślił Sylwestra. No coby swoje imię uczcić, wiecie taki egocentryk z niego był.

Strzelanie?

Trochę było, ale za to jakie kolejki w sklepach przed srzelaniem? Nie macie pojęcia!!! Turyścizny z Niemiec w ilości wielkoogromnej. Serio. Wielkogigantycznej. W zeszłym roku tylu ich nie było. Pierun wie skąd ich tyle przywiało, może i jakaś promocja była na bilety na prom, a może jednak coś tak wola w ciszy i spokoju, w fal poszumie? Może i sommerhusy jakoś ostatnio bardziej ludziny spragnione, no złożyły się na życzenia do Świętego i on je spełnił? I sprosił? Pomógł im ich nadgonić? A kto to tam wie. Tutaj wszystko jest mocno magiczne.

W sklepach po prostu jak w innych miejscach świata, ale ludzi mniej, no i oczywiście trochę ciszej i bez jakiegoś takiego nadęcia, zadęcia, ale z brakami na półkach. No i fajno. Ważne, coby było coś do gara wsadzić, po co jakieś frykasy i ananasy? I jeszcze wiecie, te tam zasypki i polewki. I może brokaciki… no i czapelutki. no dobra, kapelutki muszą być. Dwa dni przed Nowym Rokiem nasi niesamowici sprzedawcy we wszystkich prawie instytucjach noszą na głowach one czapki. A raczej one wszelakie nakrycia głowy… wiecie czy wstążki, czy kapelutki wszelakie, czy zabawkowe, czy jednak coś bardziej standardowego, albo, co mnie wczoraj rozwaliło maksymalnie – papryczki. A tak, w Kvickly obsługa miała na głowie papryczki. Ech, no wiecie, dla każdego coś miłego!!! Dla każdego coś szaleńczego, tudzież, zwykłe coś!

img_6044

No nic, przecież akurat na to nie mamy wpływu.

No na czas.

Niezależnie od tego ile będziemy czekać, albo się spieszyć, ile zegarków zabijemy a ile ich przyśpieszymy, w rzeczywistości, czas… ma nas gdzieś i se biegnie. Dlatego serio nie rozumiem powiedzenia: senne mieściny. Serio. One wcale nie są senne. One są takie jak wszędzie, są takie same, ale jednak trochę cichsze. Okna w nich są takie jakieś bardziej poszarzałe, drzwi zdają się być nieużywane. Schodki napuchły, jakby dawno już nie dźwigały ciężarów ludzkich, a cała reszta, znaczy no wiecie: mury i drogi, tak sporadycznie były używane, że aż dziw że ich jeszcze ktoś nie zwinął. No jak w tym kawale, co to ten sołtys z Wąchocka dbał o nawierzchnię.

A za oknem… znowu wiatr.

Podobno to ona wietrzność tak bardzo zniechęca ludzi do zamieszkania tutaj. Nie wytrzymują. Kupują domy w lecie, gdy wiecie, właśnie się wysmażyli na plazy, gdy wszystkie sklepy są pootwierane, internet działa. Kupują, a potem wielce jęczą coś o depresjach i wszelakich niepokojach. No sorry, ale idiotów Wyspa nie potrzebuje. Nieświadomość tego, że tutaj wciąż więcej natury, niż nowoczesności, to raczej straszne porąbaństwo. Że by się naprawić idzie się tutaj na skały, w las, lub skacze w nawet lodowatą wodę. Że macha się stojącym kamieniom, składa ofiary, pozostawia coś dla podziemnego ludu… że żyje się tak odtelewizorowo. Niewielu jest w stanie atawistycznie dać się porwać przeszłości. I może o to właśnie chodzi? Że moja cudowna Wyspa nie jest dla każdego. Że jeden nie może bez niej żyć, a inny znowu, całkiem szaleje, gdy choć stawia tutaj stopę.

Bo znowu wieje…

Ale nic to, może mniej postrzelają?

img_7180

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Druga Gwiazdka… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmorożec…

„No bo… hormony.

Syf na czółku, może jakieś tragedie promieniotwórcze? Któż to mógł wiedzieć? Azaliż wyprysk jeno, czy też działanie sił nieczystych, się niekąpiących, nie dbających ni o ciało ni o ciuchy, a już zeby… no wiecie, rotten hell. A może klątwa? Może i w końcu na nią przyszedł czas? Może się nie osłoniła, a może li odsłoniła nazbytnio? Któż to teraz wyczuje i oceni, opisze…

Kto?

Bynajmniej, wyglądała jak taki Wiedźmorożec. Niski i krępy, bez ogona, z grzywą wzburzoną i oczywiście postrzępioną, no i tymi ciuszkami, znowu czarnymi, ni tchnienia różowatości, czy błękitów i pasteli. No i jeszcze ten wzrok. Dziwnie rozbiegany, dziwnie roztargniony, dziwnie… poplątany. Nie mający w sobie nic ze Skittelsów, czy innych tam memensów. Wiecie, szarość, mroczność i wszelaka pogarda dla barw wiosennych i letnich, pragnienie błotności zimowej, oraz śnieżnej bieli… Ale przecież, czy i pośród jednorożców nie ma onych renegatów?

Innowierców?

Może i ona była pierwszą?

Może?

Nie…

… śmiech nie był na miejscu, ale gdy się pojawiła w Białym Domostwie, jakoś tak nie mogli się nie roześmiać. Nie turlać po podłodze, nie pokładać na powierzchniach płaskich i pochylonych, nie zakrywać twarzy dłońmi, lub tymi, co przed nimi. Ależ nie, wcale nie chcieli sprawić jej przykrości, ależ nigdy, zwyczajnie tak się stało jakoś. No nie miało to może cudownego obglądu, ale jednak… Śmiali się. Do końca. Do najbardziej osłoniętej części siebie, do niehappy endu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_8459

Z cyklu przeczytane: „Julia i miłosne tarapaty” – … oj. Z tą książką mam wielki problem, bo w Julii się zakochałam. W jej naturalności, w tym jak potrafi opowiedzieć wszystko o życiu przed 15 rokiem życia. O miłości, szkole, rodzinie, niepewności, dojrzewaniu…

Niby to nie pierwsza opowieść spisana w formie pamiętnika, nie pierwsza, zdobiona zabawnymi rysunkami, nie pierwsza, której bohaterką jest silna bohaterka, a jednak… inna. No wiecie, normalna taka, nastoletnia. Popełniająca wpadki, które w tym wieku nie są serio zabawne, a potem próbująca to naprawić… ale co zrobić, jeśli do twojego domu wprowadza się przystojniak, a twój chłopak wybywa do USA i będzie mieszkał z czirliderką?

Tylko oszaleć z nadmiaru teorii spiskowych, czyż nie?

Szczególnie, gdy ma się prawie czternaście lat, a niepewność to mianownik i dopełniacz twojego życia!!!

img_0112

A ja już mam!!!

Egzemplarz recenzencki oczywiście. Książka planowana na 17go stycznia, więc wielbiciele autorki już niecierpliwie zacierają łapki. Do tego epilog jeśli kupicie w przedsprzedaży, więc… nic, ino zaglądać na stronę, a potem do Empiku!!! 

Na stronie można też przeczytać wywiad z Veronicą Roth.

img_4126

Nadmorskość jest skąpana w słoności…

… a podobno nasze morze ma małe zasłonienie. Mało słoni na centymetr kwadratowy, czy sześcienny? Znaczy soli, no co mi z tymi słoniami? A może to jednak słonie? Słone słonie, co to wiecie, się rozpuszczają, albo nie?

Legend o tym dlaczego morze jest słone jest cała masa. O łzach kilka i statkach, które zatonęły i dziwnych pojemnikach. Właściwie, to przecież każdy może sobie stworzyć własną, więc w mojej niech będą słonie, niebieskie oczywiście, wiecie, jak sztormowe morze, ale takie oświetlone światłem od góry, co by to wszystko ładnie się odbijało. I one słonie się buntują, bo im sie rozpuszczanie znudziło.

I co im zrobicie?

No nic?!!

Gdy tak człek człapie sobie po wilgotnych skałach i stara się nie spaść w one odmęty wciąż się telepoczące, choć na chwilę wiatr ustał, to nagle sobie uświadamia, że kurcze, no znowu cisza go obtacza i znowu słyszy siebie. A chociaż człek gadalny i ze sobą lubi konwersować, to jednak jakoś tak, słyszeć się w pełni, no wiecie, lekko niefajnie. Jakoś nagle ma się nadmiar samego siebie i rozumiem, dlaczego tak bardzo pragnęło sie zdzielić onego osobnika, który mi nagle spokój robienia zdjęć zakłócił. Wyobraźcie sobie pięknie morze, kobaltowo-błękitne, na nim młodzieńca łabędziego, co to gotowy jest, by rozpostrzec swe skrzydła, a ty trzęsiesz się na nadbrzeżu, ale wiesz, że fokus jest, zoom odpowiedni, że się uda i nagle… ten skurczybykański Turyściźniec zaczyna do ciebie gadać. Że miś polarny, że wieje… Nosz przecież. Oczywiście, że zdjęcie nie wyszło, łabądź totalnie też zawiedziony, a mnie trzęsie. Bo przecież no durnie tak teraz kogoś zarżnąć, nawet jeśli ciepłota ciała świeżo rozpłatanego mogłaby ogrzać ręce. Nosz kurcze, to by dopiero było sprawa kryminalna na całą Wyspę. Ech… jak nic opisali by mnie we wszystkich gazetach, ale może moje obrazy i zdjęcia w końcu ktoś by kupował, a nie kradł ino?

No sorry, ale gdy wiatr ucicha, wraca człekowi ono ludzkie myślenie. O tym, co do gara włożyć, czy na podatki będzie, czy jednak pozwolą, a może wywalą, czy dadzą podwyżkę, a może w końcu dadzą szansę w lepszej robocie? Wiecie… zwyczajność wzmaga bezwietrzność, ale nie ma boja, kolejny sztorm już za rogiem!!!

Znowu do głosu dojdą baśnie i mityczne stwory!!!

img_8499

Ludzi na ścieżkach spacerowych pełno.

Wiecie, w końcu u nas sporo firm ma wolny cały tydzień, więc ludziska albo wyjedżają gdzieś na narty, albo zwyczajnie spacerują. Bo przecież natura rozpieszcza słonkiem, choć nie śniegiem. Może i ten nasz sławetny stok zaśnieżą, ale jak na razie… czekamy. W końcu kolejny tydzień ma przynieść ona wyczekiwaną mroźność. Ciekawe, czy prognozy się sprawdzą, czy jak zwykle dadzą ciała? Wolałabym mocny i wyrazisty mróz, ale wiecie, wątpliwą jestem.

A może jednak ten wiatr, co to już skrzydła na zewnątrz rozciąga, może przyniesie zimowość? Wiecie, no tak w prezencie!? Mógłby przecież.

Oczywiście Sylwester u nas oznacza idiotów. Idiotów wsadzających fajerwerki i bardziej twardą wybuchalność w skrzynki pocztowe, czy – co gorsza – niszczących defibrylatory. Wiecie i nazywających to zabawą. Są też tumany latające z kremem do golenia. Niby nic, ale wyskrobać to cholerstwo z zamków, czy wyczyścić z drzwi, wcale nie jest zabawne ni łatwe. Tak serio, co to do cholery jest za zabawność? No tak serio? I co? Tak wam zbywa na kremie, cóż, w penym wieku on sie przydaje, ale z tego co pamiętam dzieci inteligencyją przyszłościową nie grzeszą. Zresztą… wiecie, w Danii jest taki fajny obrządek z kremem migdałowym. Joanna Chmielewska kiedyś go opisała w jednej ze swoich książek i się przyznała do pożarcia migdała, ale w końcu krem był migdałowy, to co się miała dziwić… a bajer polega na tym, by wyżerać krem, wyżerać, a jak ktoś migdała znajdzie, to wiecie wygrywa, winien go pokazać i odebrać nagrodę. Potem chyba może go zjeść, ale kto tam wie, może i w tym jest jakiś konik? Mniejsza. Okazuje się, że rodziny przestają się w to bawić, bo dzieci przegrywają i jest to dla nich szokiem wielkim. Psycholodzy trąbią, że dzieci należy uczyć przegrywania, że przecież to zwyczajność losu, ale… kolejna tradycja odchodzi w niepamięć. Straszne to wszystko. Dzieciak już nie wie, że upadek boli, bo przecież ma tyle ochraniaczy, nie wie, że nie zawsze się wygrywa, bo rodzice przewrażliwieni…

Ten świat jest popierdolny. I to niezależnie od tego o jakiej szerokości geograficznej mówimy. Sorry, ale świat jest okrągły, choć Dyskowy bardziej by mnie bawił, no i wszyscy dostają po równo jeśli chodzi o pewne nowości. Jedni wcześniej, inni później. Kiedyś zabrali oceny, teraz zabierają konkursy… co następne? Może na przykład wmówicie wszystkim, że są tacy piękni i mądrzy i nagle idioci zapatrzą się w swoje durności?

Może…

img_8452

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmorożec… została wyłączona

Pan Tealight i Kamień Wiedźmozoficzny…

„Leżał tam.

Oczywiście niebieski, jakby w przypadku tej wiedźmy inny nawet nie był brany pod uwagę. Niezbyt duży, ale totalnie nierówny. Taki jakby wciąż zmieniający kształt, a może to było tylko światło? Bo w końcu leżał na innych kamieniach, skąpany tym rodzajem sztormowego, złotawego morza, nad którym unosiły się mewy, a które ocieniał stojący dumnie na skałach Hammershus.

Czekał na nią.

A ona oczywiście przybyła.

Wygibasowała się na nadbrzeżu, trzymała ziemi, starała się nie dać porwać falom, utrwalała i światło i świat, i Wyspę i czas… I oczywiście wszystko to, co ponad nią i to co obok niej. Ale coś spod tej kamiennej, ugładzonej wiatrami i falami skałowatości przemawiało do niej. Chciało, by sięgnęła po ten kamień. Tak niewielki, tak dziwnie niewidoczny dla innych… no nie oszukujmy się, przecież każdy by chciał taki kamyczek. Czyż nie? Każdy!!!

Szeptało.

Śpiewało i nuciło.

Chciało, by wzięła go…

… a ona, a ona po prostu jakoś tak go na początku nie zauważała. Jakby światło odbijało się od niego i zamazywało obraz. Jakby ktoś je ocieniał tak, by wydawało się jej, że niczego tam nie ma… Może ono coś naziemne uważało, że ona nie jest na niego gotowa, może tak naprawdę wiedziało, że na nic on kamień jej, a jednak, kurcze, w którymś momencie prawie po niego sięgnęła. Tak, w pewnym momencie już go głaskała, tuliła do siebie. Prawie się poślizgnęła na kamieniach, prawie on wpadł w jej dłoń, a może chciał tak naprawdę wciągnąć ją w swoje wnętrze? Bo czy tak naprawdę, to czy on miał być dla niej, czy ona dla niego…

Pan Tealight widział to wszystko i zrobił coś, co robił bardzo, ale to bardzo bardzo rzadko… zmienił i czas i miejsce. Jej dał zdjęcia, a kamień przesunął w sobie tylko znaną skalistość, gdzie wtopił go, by czekał, aż czas będzie bardziej odpowiedni.

Choć trochę bardziej odpowiedni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_7001

Z cyklu przeczytane: „Nethergrim. Kostuny” – … drugi tom cyklu. Powrót do znajomych bohaterów, specyficznej łagodności świata, bo ta książka to jednak historia dla trochę młodszych nastolatków, a nawet… czytelników przed 10 rokiem życia. A przynajmniej tak myślałam o poprzednim tomie: „Otchłanny”. Bo z „Kostunami” jest już trochę inaczej.

Ta książka…

… ta opowieść wcale nie jest łagodna. Jest przygodą, ale i walką o własny świat. Jest pełna niesamowitych postaci, szokujących nawet, ale przede wszystkim jest historią o przyjaźni. O tym, jak ona zmienia i udowadnia, że w pojedynkę wcale nie lepiej żyć. Że pewne uczucia przekształcają się w coś większego. Uczy odpowiedzialności za swoje czyny i tego, że każdy może w sobie odnaleźć cząstkę, która pozwoli mu uczynić coś wielkiego…

Dobra historia dla młodzieży. Może i lekko wtórna, ale jeśli ktoś dopiero zaczyna swoją przygodę z literaturą, na pewno doskonała.

img_0116

Nie no pewno… wiało.

Duło i tak dalej.

Ale lądowania SASa chyba nie przebiło. Zobaczenie sporego jak na nasze warunki airbusa, w którego walnął piorun i musiał lądować awaryjnie, to dość dziwna sprawa. Oj pewno, że tylko przez kamerkę zamontowaną na lotnisku, ale jednak… egzotyka jak nic! Z drugiej strony, dobrze, że się to tak skończyło i tego się trzymajmy. No i zdążyli nim Urd poszalała. Powaliła kilka rzeczy, przemeblowała trochę, przechyliła choinki… no wiecie, pobiła w dachy, poduła, pomiotała, ogólnie mówiąc noc była przerażająca, więc trza się przespać. Za to dzień, oj kurcze, pewno przez tą całą wietrzność oczywiście, dzień mieliśmy słoneczny i z niebem błękitnym, więc Tubylcy wybrali się oglądać fale…

Temperaturka niby 8 na plusie, a jednak zjazd do Hammerhavnu od razu uświadamia człowiekowi, iż odczuwalna to coś na kształt minus 18. Jak nic! Nagle tęskni człowiek za rajstopami i może jeszcze kołdrą i kożuchem z piecem, czy czymś… ale zdjęć nie da się robić w takich ubrankach, więc zwyczajnie zaciskasz zęby, zapierasz się i pstrykasz. A jest co. Kurcze, jest co, bo udało nam się dotrzeć tam akurat wtedy, gdy połowa morskości dojrzała sepią, a druga połowa kobaltem. Coś niesamowitego. Z prawej ten spory kamienisty klif, o który fale rozbijają się, ale też wpadają w dziwny ciąg i wybuchają niczym czarowny gejzer a jakimś takimś różowawym pobłyskiem. Szum, szaleństwo, hałas, a jednak i fascynacja i ten zapach przeczyszczający nie tylko pory zewnętrzne, ale i wewnętrzne. Wszystkie na amen!!!

Za to po lewej.

Wiecie, tam, gdzie zza specyficznej mglistości barwnej miejscami, bo tęcze rozbijają się w onych mżawkowych mgiełkach na części składowe, i po prostu zwalają z nóg. No dobra, z nóg zwala wiatr i fala jak podejdziesz zbyt blisko, a przy robieniu zdjęć często zapominam o bezpieczeństwie, dlatego mam Chowańca, więc… no wiecie, jest się na kim oprzeć, jest sie o kogo zaprzeć, a przede wszystkim jest ktoś, kto w końcu złapie cię za połacie ciuchów i ściągnie z powrotem.

img_0158

W oddali na skale ruiny Hammershusa.

Otacza je bursztynowa, wilgotna, słona mgiełka.

Fale na dole harcują jak szalone. Bałwany i wszelakie burzaje po prostu urastają do rangi monsterów. Ale pięknych takich, Ich kropelkowane otoczki mienią się wszystkimi kolorami, nie tylko tęczowymi, jakby skradły jakieś magiczne kryształy z głębin morza… a może tylko je wypożyczyły? Za to zwyczajowy deptaczek jest nie do przejścia, wiecie ono molo, oddzielające niewielki, płytki port od reszty morza chłostają niezłe połacie wody. Oj pewno, że znalazło się kilku samobójców, ale udało im się umknąć i już więcej nikt nie próbował, a nad wszystkim…

No właśnie nad wszystkim bursztynowo-złoto-mleczna mgiełka, a w niej mewy. Jakby serio miały tam coś mega do żarcia, nie odpuszczają. Unoszą się, coś łapią, mokną, a jednak nie chcą odejść. Te większe kamikadze siedzą na falochronie i za nic sobie mają pukające je fale. Ale no serio. Wiecie, skulone takie, żadnych łapek ino takie kuliste kształty ciasno dość zbite, skrzydło przy skrzydle, ale jednak… kurcze, że nie spadają. Przecież ślisko tam!!! A może jakiś zakład mają? No wiecie, kto pierwszy zmuszony do odlotu, ten kurczak skubany? Do tego ta miodowość bursztynowa, ono podświetlenie niesamowite, bo w końcu udało mi się trafić w światło. Niesamowicie idealnie nawet. I gdyby tylko tak wiatr mną nie tarmosił, to cykałabym te zdjęcia z kilka godzin, ale nic z tego. No nie da się. Nie dość, że nie utrzymasz aparatu, to na dodatek jeszcze wszystko zdaje się poruszać, miotać i kroplić i…

Trzeba uważać. Ale za to ono powietrze jest po prostu MEGA!!!

I wiecie co…

… jak tylko znajdziecie miejsce osłonięte od wiatru, ale nasłonecznione… co nie jest łatwą sprawą, podobnie jak kibelek, bo wszystkie pozamykane!!! To zrobi się Wam cieplutko. Może i na chwileczkę. Może i na momencik, czasu okruch, ale jednak. Warto skorzystać, gdy przestaniesz się wglapiać w oną mglistość wodnista, dziwnie, niczym duchy morskie wspinającą się w górę klifu… Bo to tak wygląda. Jakby ta mgiełka przybierała kształty człowiecze i wspinała się w górę. Może i naprawdę one morskie duchy o tej porze roku powracały na Wyspę? Na ląd?

img_0396

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamień Wiedźmozoficzny… została wyłączona

Pan Tealight i Nagłe zZombienie…

„Zielona.

Serio, na dodatek w tym odcieniu zieleni, który sprawia, że przypomina ci się, co jadłeś tydzień temu, i że ten właśnie posiłek mocno ci nie przypasował… i nagle, ponieważ i ty mu nie przypadłeś do gustu, no to chce się z tobą rozstać. I to od razu. Teraz, w tej chwili, nie bacząc na to, że patrzy na ciebie spora grupa ludzi, że masz na sobie wyjściowe ciuszki, a tych welurowych bucików, to już na pewno nie doczyścisz…

Zielona była.

Niczym ona wiosenność najwcześniejsza. Wiecie, ta, która wydaje się być totalnie jadalną, najmiękciejszą, najbardziej soczysta i pełną ułudy, która zdolna jest wyleczyć właściwie wszystko. Kompletnie wszystko, dlatego gryziesz, mielesz ozorem, żujesz nie zważając na smak, nawet go nie zauważając…

Wiedźma Wrona Pożarta była zielona. Właśnie tak. Gdy doturlała się do Białego Domostwa stanowiła dziwaczną, choć mniej owłosioną, formę Grincha i to było jednak całkiem na czasie. Właściwie można by było ją dodać do wystroju wnętrza, albo zewnętrza, dorzucić kilka bombeczek, fajne buciki z wywiniętymi noskami, może jeszcze czerwoną kurteczkę i koniecznie czapeczkę z pomponikiem! Wyglądałaby niesamowicie. Wiecie, tak lekko off top, a jednak znajomo…

Zielona…

Z tego wszystkiego, to nawet nie zapytali jej, co się stało…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_9183-4

Z cyklu przeczytane: „Królobójczyni” – … drugi tom. Podobno zwala na kolana okładką i rzeczywiście, coś w niej jest. Jakaś niepewność, elegancja. Magia, ale też i zwyczajność człowieczeństwa, które musi… walczyć.

„The Witch Hunter” została przyjęta z naprawdę sporym odzewem. Opowieść o Elizabeth Grey, młodziutkiej łowczyni, której życie nagle wywraca się do góry nogami nie jest może nowatorska, ale jakoś zaskakująco zaintrygowała czytelników. Z jednej strony nie do końca podobało im się czytanie o kolejnej młodziutkiej bohaterce, z drugiej… nagłe jej przejście na stronę, z którą miała walczyć, konflikt wewnętrzny, przygody, klątwy i czarownicy, wiedźmy, piraci… zaintrygowały ich. Wciągnęły. Nagle pokochali i bohaterów i specyficzny świat, przygody, postacie… dziwy i niemożliwości.

Oj tak, w tej trylogii jest wszystko i drugi tom nie odbiega od swego poprzednika. A nwet może… bardziej jest rozwinięty? Bo przecież jest miłość, walka o uczucie, ale i konflikt, który może wszystko zmienić. Mimo młodego wieku, tutaj przeszłość może zniszczyć naszą bohaterkę w mgnieniu oka. I dokonać kolejnej zmiany.

Ostatecznej…

img_0117

Nazwali ją Urd.

Znaczy właściwie jeżeli to sztorm, to, czy nie powinien być on, a to przecież ona. Jedna z Norn, czyli winimy za nejming Norwegów. Norny im podpadły? Boginie przeznaczenia… północne Mojry zsyłające koszmary nocne? Mieszanka ras, jeśli wierzyć mitom, w trzech osobach: Urd – przeznaczenia odpowiedzialnego za przeszłość, Werhandi – teraz, teraźniejszości, stawania się i Skuld – obowiązek, przyszłość, ciachu ciach. Mieszkające przy korzeniu Yggdrasila poiły go… ze studni zwanej Urd. Hmmm… czyli co? Przypadł nam Wyrd? Ona runa, która pozwala stać się wszystkiemu? Ech, zezwalanie sztormowi na to, jeśli w ogóle można mu czegokolwiek zakazać, to lekka niesubordynacja myśli. Dziwność…

A może li szaleństwo?

„Urd zwie się pierwsza, a druga Werdandi
-rytowały w drzewie – Skuld na imię trzeciej,
Postanawiały losy, zakreślały żywot,
Ludzkim istotom stwarzały przeznaczenie.”
(Wieszczba Wolwy)

Z drugiej strony, przecież nie powstrzymasz wiatru, więc zostaw na trawie przewróconą choinkę, nic jej nie będzie. Już jej nie przewrócą, a cała reszta nie ma znaczenia. Nie uciekniesz od wiatru, nawet za murem wciąż będziesz go czuł, będziesz wiedział, że on tam jest, że wali w ściany, dach i drzwi. Że chce wejść, a może… tylko odwraca twoją uwagę? Byś nie uświadomił sobie, że on tutaj już jest. Zawsze jest, ale teraz jest mocniejszy. Wlazł nie tylko między ściany, okna, drzwi i garnki. Zawinął się pomiędzy swetrami i skarpetkami. Cicho przycupnął pod pudełkami, a cząstka go wlazła w ciebie… i się tam telepie.

Bo wiatr ponad 30 km oznacza, że psychika ledwo dyszy. Niczym śnieg w szklanej kuli coś nią majta. Coś sprawia, że nie trzyma się norm i widzi i czuje więcej. Magiczna mocniej jest i dziwnie aspołeczna. Jakby wiedziała, że dziś może i gryźć i przypalać i… Podobno w niektórych miejscach wiatr to wytłumaczenie zbrodni większych i lżejszych potknięć. Wiatr to wymówka, ale i prawdziwy sprawca tego, że nie jest się do końca samym sobą. A może właśnie o to chodzi, że nie jest się samym? W ogóle? Bo wiatr włazi w człowieka, zagnieżdża się w nim i miesza.

img_9975

Ogłosili pomarańczowy alarm, więc poniedziałek mamy radosny. Niby najgorsze jeszcze przed nami, ale lepiej sprawdzić zawartość lodówki. Lepiej nie ryzykować. Jakoś tak… może i jest to nauka z przeszłości dalekiej, która przyzwyczaiła mnie do braku prądu i wszelakich produktów. Może i to tylko wspomnienie w świecie, w którym podobno jest wszystko, ale… Lepiej serio nie ryzykować. Coś do zjedzenia na zimno, coś do picia, kołdra i kocyk…

Lubię wiatr.

Pozwala wytłumaczyć każde własne, aczkolwiek wiecie, ino ono nieszkodliwe szaleństwo. Gadanie do siebie i kompulsywne zakupy przez internet. Czytanie nagle książki, której się nie lubiło i marzenie o cudach, na które tak naprawdę nie ma się ochoty. Ot taki to wiatr. Taką ma moc, gdy osiąga prędkość zdolną człowieka lekko odfrunąć. A może by tak, może pozwolić sie porwać? No wiecie, zaniesie mnie ten wiatr gdzieś tam, gdzie wielu rzeczy nie ma, a za to są inne rzeczy, a krasnoludki, to nie mit, za to jednorożce są mistrzami w wybielaniu plam ze wszelkich tkanin i robią cudowne torty, ale zawsze zdobią je rózowymi rózyczkami? Tam, gdzie słonie skaczą na trąbach, bo są takie malutkie, a ich trąby takie wielkie, no i oczywiście, tam zawsze jest śnieg w którymś miejscu. W którymś ważnym miejscu. I wiecie, grzybki tam rosną czekoladowe, a gorące źródła wypełnione są serowym fondue i obrośnięte grzankowymi krzaczkami…

No co. Wiatr nadchodzi, to się już czuje. Nie można od tego uciec i udać, że nic się nie stało. Zwyczajnie się nie da. Tutaj pogoda, to nie jakaś tam barwa powietrza na zewnątrz, ale coś, co wpływa na ciebie. Na Wyspie nie uciekniesz od natury i tak jak kręci cię pełnia, na wskroś i to boleśnie, tak też i pogmatwa cię dziwna, pozioma deszczowość, albo zwyczajowy sztorm. I choć mógłbyś się schować w jakiejś jaskini i udawać, że cię nie ma, to jednak, nie, nie uda się. Nawet jeśli otoczycie się wszelką nowoczesnością, to i tak się nie uda…

Nic z tego.

Nadchodzi wiatr…

Sztorm imieniem Urd.

img_9955

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nagłe zZombienie… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma dla Kapłana…

„Nepal…

Znaczy chyba Nepal.

A może tylko dziwne wyobrażenie go? Pokręcone, pomędlone, dziwacznie przekształcone. Może i wybrzuszone, może i zagięte, tutaj nadmuchane, tam znowu ktoś z niego spuścił powietrze? No wiecie: mieszanka marzenia, zdjęć nieznajomych ludzi i tego, co zwyczajowy człowiek wyciąga z książek. Wyobrażenie pełnych świątyń skał, wiecie, takich w nich rzezanych, razem z masą zdobień, nastroszonych, dziwnookich bóstw i zwierzęcoczęściowych baśniowości. Po prostu barok, misterium, cudowność. Dzieło rąk ludzkich, które tworzyły to powoli, nie spiesząc się, bo przecież nie mieli dokąd się spieszyć. Wiedzieli, że to jest plan ich życia, więc…

Mieli czas.

I ona tam była. Stąpała po stopniach wytartych milinami wszelakich podeszw i nagich stóp. Kolan i dłoni, które zawsze czegoś szukały… bo tak, w tym miejscu należało coś odnaleźć. Na szczęście, na zawsze, na dobrą prognozę. I ona coś znalazła. Tak po prostu błysnęło jej pod nogami. Lekką perłowatością, ale i brązowawym przetarciem, wszelaką nierównością, ale i dziwną gładkością połysku…

Skamielina z zębami.

To ją znalazła. Wiecie, jakby ktoś was zatopił jak Harrisona Forda, ale z otwartą paszczą, na stojąco tak, że widać ino te ząbki, nic poza nimi. Tak od góry… cyk… Znalazła je i oczywiście były dla niej. Nie żeby miała je wykopać, wydobyć, czy wykilofować, ale od dziś należały do niej. Pełne uzębienie, ale młodziana bez mądrościowych szkietów. Pogłaskała je, przyklęknęła, zamyśliła się i wtedy zobaczyła maciupki ślad dinusia odciśnięty w kawałku wapienia. Ten był dla niej.

Na zawsze, by wzięła go do domu… ale po co?

… a potem wszystko się zmieniło.

I w świątyni bez dachu, za to ze zdobionymi kolumnami, których autor pełen był horroru vacui, Kapłan stwierdził że to Wiedźma dla niego.

I tyle…

… miała tam zostać już na zawsze, ale… pojawił się mężczyzna z dziwną bransoletką i wsunął jej ją na rękę. Przyciasną i całkiem nie w jej guście, ale gdy chciała zaprotestować, poczuła, że nie powinna, a nie pałała do tego uczucia pozytywnym uczuciem, więc spojrzała tylko na Kapłana, a ten powiedział, że choć żon nie biorą, bo to oznacza ten drobiazg z przydrożnego jarmarku, to dla niej wciąż mogą zrobić wyjątek i musi tu zostać. Na zawsze. Pomiędzy sklepikami ze suwenirami i wszelaką kamiennością…

Gdy Wiedźma Wrona Pożarta się obudziła, wiedziała, że do tamtego świata lepiej jej jednak już nigdy nie wracać. Bez urazy dla mężczyzny, który chciał ją poślubić – nie pragnęła haremu – ni do Kapłana szaleńca, któremu zamarzyła się Wiedźma Boginka… zwyczajnie, za dużo tych skamielin, a ona to jednak archeo!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_7360-2

Z cyklu przeczytane: „Sekta” – … Duńczycy. Oj Duńczycy w tej opowieści wyglądają nader… prawdziwie. To już nie milusie skrzaty wyznające „hygge”, najszczęśliwsze na świecie – a w ogóle kurna, kto i jak te badania prowadzi, bo ja jakoś onej szczęśliwości nie widuję – ale ludzie.

Nawet potworowe.

Nasz bohater, to właściwie gliniarz po przejściach. Wiecie, ten, co go w robocie już nie chcą i nie wie co ze sobą robi, więc pije… Nic nowego. Ona nie żyje, on nie może się uporać ze stratą, wie, że coś gdzieś go pędzi, ale… Na szczęście dostaje zlecenie, ale dość dziwne. Odnaleźć syna przebogatego gościa. Dorosłego. Fanatyka. Sekciarza. Jakie tajemnice może kryć taki osobnik? I co się stanie, jeśli go znajdzie?

Oto i jest kolejna opowieść napisana dokładnie pod szablon kursów pisarskich tak obecnie popularnych w Danii. Skacowany bohater główny, łódź i pies, do tego kobieta, jeszcze bardziej niesamowita. Sprawa, oczywiście mocna, dobrze poprowadzona, chociaż i miejscami dziwnie nielogiczna. No i trauma, bo przecież nasz bohater nie mógłby żyć bez nie, czyż nie… Przyznaję, że czytają czułam się, jakbym JUŻ TO CZYTAŁA!!! I to tak słowo w słowo. Jakbym znała już takiego bohatera, taką łódź, psa nawet… nosz kurcze no! Tak wtórnego kryminału nie czytałam dawno!!! A już cała prawda o Duńczykach mocno mnie rozbawiła, bo zwykle autorzy starają się… jej unikać, by zatrzymać oną prawdę o szczęśliwych Duńczykach.

Ha ha ha!!!

Nie polecam.

img_8493

Na dworze wieje…

W porcie chwieją się choinki. Nauczeni wcześniejszymi problemami ludziska mocują je coraz mocniej i mocniej i mocniej… ale ta w Nordhavnie jakoś się trzyma. Stoi dzielna, wpatrzona we wzburzone fale. Pod nią zielona trawka, na niej te czadowe pseudoświeczkowe lampeczki.

Spokojność… może i zjechała podobno do nas masa Niemców, sommerhusy pozajmowane, ale idąc sobie ulicami Gudhjem sporadycznie spotykacie żywą duszę. W oknach, ale też rzadko, jakieś wiszą ozdoby, czy stoją świeczniki. Gdzie niegdzie ktoś zaszalał i poobwieszał swoje krzaczki, ale poza tym cisza i spokój. W porcie w Gudhjem aż nazbytni. Na przystanku zatrzymuje się niebieski autobus, potem znowu żółciutki, jakby jakieś niewidoczne całkiem osobowości wciąż nimi podróżowały… Jakby może i transportowali nissenów z miejsca na miejsce, bo przecież na tych malutkich nóżkach, to sporo im czasu zabiera takie podróżowanie, no i wiecie, zakupy. Taka pani nissenowa też musi zrobić przedświąteczny shopping, tym bardziej, że przeceny u nas już się zaczęły i Chowaniec kupił mi cudowny wieniec na drzwi, wiecie się w oczy rzucający, który oczywiście będę na nich trzymać cały rok, bo jak się doda kwiatki, albo wstążki, to przypasuje nam do każdej pory roku…

Co nie?

W końcu i tak ze mnie dzikie pogaństwo, więc… czemu nie? No kto mi zabroni? Jakaś policja obyczajów pororocznych?

A niech spróbują!!!

Na dworze wieje!!!

Wspominałam o tym, że święta mamy mieć nader wietrzne, co wzmóc może totalne, Wyspowe Szaleństwo i jak nic ono wylezie ze swojej nory i sprawi, że albo oszalejemy na wesoło, albo serio wcześniej skończą się zapasy prochów i alkoholi. No cóż, zobaczymy. Najważniejsze, że zaczął się tydzień wolności. Duńczycy wklikują sobie powiadomienia na mejle, coby wszyscy wiedzieli, że nie, nie odpowiadam, bo przecież są święta i odpoczywam! Szynki w piecach, choinki ubrane. Nie ma co, tylko uwalić się i robić ono Mityczne Nic!!! Nawet Wyspowe Szaleństwo nam przecież w tym nie może przeszkodzić.

Nie może!!!

img_7239

Gdy wiatr tak macha Chatką, to kurcze człowiek wdzięczny jest za dach nad głową. Zresztą, nie oszukujmy się, ja tam wdzięczna jestem za niego codziennie. Tak to jest, jak ktoś czego nie ma. Jak wyrósł w ciągłych przeprowadzkach, właściwie bez swojego miejsca, bez możliwości go znalezienia, spokojnego wypróbowania… wiecie, no tak jest. Wiem jak to jest gdy cię nie chcą, wiem, jak to jest się bać tak, że znikasz, oraz czuć głód, który sprawia, że nie możesz zasnąć… Wiem… dlatego dla mnie zawsze najważniejszy będzie ten dach nad głową i szafka, w której jest jedzenie. Miejsce, w którym można się schować, miejsce, które można nazwać swoim. Może i Chatka nie jest moja, bo tylko wynajmowana, ale kiedyś w końcu musi się jakoś obrócić ono fortunowe koło na moją stronę… choć to koło, więc jak się obróci, to kurde, pewno znając mnie, to na plask upadnie i tyle z tego będzie. Jak nic mi na nogę!!!

Ludzie, którzy od zawsze mają dom, możliwość powrotu w rodzinne pielesze, pod opiekę rodziny w większości nie mają o tym pojęcia, jak bardzo wdzięcznym można być za wszystko, mocno wdzięcznym, płaczliwie. Czy chcę coś powiedzieć tymi słowami… chcę, ale chyba lepiej jeśli tego nie zrobię, bo przecież poprawność polityczna, co nie?

Cóż… jak to mówią God Jul!

Najedzcie się, nabawcie, serio nie żałujcie sobie. Naprawdę bądźcie w końcu rozpustni. Bo tak. Bo przecież szczęśliwości malutkie, ten kawałek czekolady, paczka cukierków, leżenie pod światełkami… nie zdarzają się codziennie. A tak serio, ostatnio to chyba kurna ino raz w roku!

img_7196

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma dla Kapłana… została wyłączona