Pan Tealight i Nowy Rok…

„No właśnie…

… to było w nim najdziwniejsze.

Wiecie, takie maksymalnie zaskakujące. A nawet i szokujące tak mocno, że kilka z Księżniczek zemdlało z wrażenia. Pewno tych mniej najedzonych, ale kto tam wie. Z nimi nigdy nie wiadomo. W końcu, przecież nie była to az tak dziwna sprawa. Dziwaczna, czy sprzeczna z wszelakim pojęciem definicji? Chyba nie? Nieprawdaż? A może była? Nawet Ojeblik – mała, ucięta główka nie była na to przygotowana. Wyglądała na tak wstrząśniętą, że aż ktoś podał jej stołeczek, by jednak nie stała na podłodze…

… by była wyżej.

Nikt nie był.

Pan Tealight słyszał kiedyś o tym, a może raczej czytał, mówiła o tym jakaś legenda, ale nie pamiętał dokładnie która… Czytał ją, a może jej wysłuchał przy trzaskającym ognisku, przy niesamowitych powiewach wiatru i morza poszumie. A może to on sam ją stworzył? Z jednej strony pamiętał wszystko, ale z drugiej, zaczynał czasem w siebie wątpić. Oczywiście przez nią. Wiedźmę Wronę Pożartą… ale z drugiej strony, któż mógł być na to przygotowany. Któż mógł zobrazować sobie tę wizję? Wiedzieć…

O tym, że Nowy Rok był stary.

No dobra.

Wyjaśnijmy to od razu.

Może nie jakoś bardzo w podeszłym wieku, wiecie nie miał laski, czy chodzika, ale jednak kurcze szpakowaty, szczupły mężczyzna, o dziwnie wojskowym spojrzeniu, może i sylwetka wciąż prosta, ale jakoś częściej musi siadać i długo nie może biegać. Zmarszczki nadały jego twarzy lekko wysuszony wyraz, ale wieczyście dwudniowy zarost sprawiał, że na pewno spodobał się paniom, w każdym wieku. Ubrany w końcu był porządnie, chociaż nie przesadnie. Biała koszula i kamizelka, do tego ciemniejsze dżinsy i sznurowane buty. Miał też szalik, dziwnie rozwiany… chyba nie było mu zimno, ale…

Nie dało się nie zauważyć, iż był Starym Nowym Rokiem!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_1144-4

Z cyklu przeczytane: „Arena 13. Rytuał” – … drugi tom kolejnego cyklu Josepha Delaney’a. Opowieści o walce i przyjaźni, o wyzwaniach i pragnieniu bycia najsilniejszym, ale tym razem historia jest odmienna. Bo sezon walk się skończył…

Leif może odpocząć, a to oznacza, że wyruszy do krainy swojego ojca. To, co go tam czeka może tak naprawdę odmienić go na zawsze. I nie tylko jego. Teraz już nie odwaga i walka są najważniejszymi, nie umiejętności władania klingą, czy kijami, a inteligencja. Umiejętność widzenia wszystkiego w szerszym spektrum.

I oczywiście wybory.

Ten tom jest poważniejszy. Widać, że nasz bohater dorasta, widać, że musi stawić czoła czemuś jeszcze większemu, czemuś poważniejszemu, co tak naprawdę trzyma ten świat w pewnych ryzach. Jednak, czy jest on na to gotów?

Ten cykl jest podobny i odmienny od Kronik Wardstone. Z jednej strony znowu walka, przyjaźń i dorastanie, młody adept i mądry mistrz, a z drugiej, coś więcej. Coś bardziej politycznego, coś niesamowicie poważnego. Coś, co sprawia, że cykl mimo młodych bohaterów zdaje się bardziej dorosłym. Bardziej dojrzałym…

img_0115

Aaaaa….

Słonko wylazło drugiego stycznia i tego samego dnia, prawie popłynęłam. Bo dlaczego nie. Nagle się okazuje, że bieganie w morzu – na razie tylko bieganie – tak zwaną zimą, to całkiem przyjemna sprawa i cholernie wyzwalająca. Spróbujcie czasem przestać robić to, co wypada. To, co inni robią, tudzież inni od was wymagają. Słuchawki na uszy, uśmiech na ryja i lecicie. Śpiewanie na głos też wypada!!! W końcu co? Ta dwójka z Turyścizny, którzy mogli mnie podpatrywać serio poczuli się zgorszeni? A nawet jeżeli, to co? Mogli zamknąć oczy… przecież mogli się odwrócić. Dlaczego to zawsze ja mam to robić… ustępować, kłaniac się pierwsza, płaszczyć się…

Bieganie w morzu zimą jest super!

Nie no, pewno, że nie mamy kry i człek se stóp nie porani, ale piasek między palcami sprawia, że nie czuje się zimna. Jakby człowiek przypominał sobie lato. Jakby miał wpasowany w siebie jakiś element pamięciowy, który nie dopuszczał do głosu prawdziwej, odczuwalnej temperatury. Dziwna sprawa. Ale w końcu pierwszy spacer w tym roku. Bez patrzenia na innych, bez muszę i nie mogę. Bez całej tej mało zabawnej, mocno skatalogowanej i niewolniczo przemyślanej szufladki: kobieta. Naprawdę można być sobą. Bez zakupów na Aliexpress, a potem jęczenia, że kasy nie ma, bez szukania wielkich sal na przyjęcia kościelne… a tak, mona być powalonym, jedynym w swoim rodzaju nasieniem totalnie pogańskim.

Można.

Jestem tego przykładem. Oj pewno, że czasem mnie jeszcze trzepie i czasem jeszcze ktoś mi dosra, najczęściej po polsku, bo widać tej nacji wolność jest najbardziej obca – historycznie to mocno pokręcone – ale nie bójcie się, Duńczycy też potrafią. Dlatego, serio postuluję przesianie znajomych na FB, wypisanie się z Twitterów i tak naprawdę, powrót do samego siebie. Wyspa uczy tego najlepiej. Nawet jeżeli potem suszysz swoje gacie, nawet jeżeli w butach chlupocze, jak wracasz, nawet jeśli i tak nikt nie rozumie i w końcu wiesz, że nie chcesz nikomu wyjaśniać… Wyspa rozumie. Nie pyta i uczy, że popawność naturalna jest jedyną normalnością.

Łącznie z pływaniem na golasa!!!

img_1118

Morze piękne…

… kobaltowe z jasnymi, białymi aż błękitnymi grzywami. Rozbija się o skały, których kolory właśnie teraz są najbardziej wyraziste. Człowiek czasem nie ma pojęcia jak bardzo szaleńcze mogą mieć barwy kamienie. Wiecie, te zwykłe, zwane nieszlachetnymi. Granity, gnejsy, zwykłe zlepieńce, a nawet piaskowce pełne magicznych drobinek. Odłamków bursztynów i muszli, a nawet kamieni szlachetnych. Ale te większe skały, tak mocno żółtawe, miejscami nawet pomarańczowe, sienna bardziej, niż zwykła jednorodność. Coś, co przepełnia czerwień, ale skryta pod warstwą głazu. Albo ten kamień, niczym zamrożony kawał mięsa. No udziec no… albo ten zielonkawy. Zielonkawy głaz, okragły dziwnie, idealnie prawie.

Wiatr nadchodzi. A raczej więcej wiatru, a jednak człowiek jedyne czego pragnie, to wyleźć na zewnątrz. Nie ważne, że ciemno, nie ważne, że nawet jeśli słońce, to jednak będzie tu tylko przez chwilę. Nawet jeśli tylko jest szarawo… jakoś chcesz wyleźć i iść. Iść w Wyspę. Po prostu. I nie wracać. Kompletnie.

Na dziko.

Co jest takiego w tym kawałku lądu, że nie można mu sie oprzeć. Te wielobarwne skały, zielone pola, kobaltowe morze, a może jednak tylko ten miejscowy błękit nieba? Albo kształty gałęzi, trawy wciąż jeszcze miejscami wysokie. Przełamujące się przez to wszystko słońce oszałamia. Sprawia, że kształty opowiadają bajki… Może dlatego tak bardzo chce się wyjść i ich słuchać. Nawet jeśli aż tak wieje, duje i nic już nie trzyma człowieka na powierzchni… unosisz się i lecisz. Bo przecież Wyspa to nie tylko ziemia i skały, ale i to co nad nią i pod nią!!! Może i o to chodzi, by w końcu polecieć? Wiecie, tak do końca, na zawsze, nie wracać… patrzeć na ten świat tutaj w dole, tak naparzający się po wzajemnych mordach i…

Nie wracać?

No widzicie, wiatr nadchodzi i człowiekowi znowu odbija. Główka szaleje, zatoki napierniczają, a na dodatek jeszcze kurcze spać nie można.

No co za czasy?!!!

img_1102

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.