„Zdarzał się raz na wiek, a może i kilka wieków. Kto to tak naprawdę wie? W końcu przecież nikt nie pamiętał legend, opowieści i wszelkich mitów o Wypierdziałku, o onym jedynym w rodzaju dni: Dniu Dniów!
Tym…
… który potrafił w jeden jedyny sposób odmienić nawet Poniedziałek. Albo nudną Środę, kiedy tydzień tak się dłuży. Gdy wszystko zamraża się w czasie. Albo ten Wtorek, a nawet Czwartek, albo Piątek, choć kurcze przecież to prawie weekend, albo sam weekend, przemienić z pracowitego i nudnego w coś…
No właśnie.
Cały problem w tym, że nikt nie wiedział o co chodzi z Wypierdziałkiem. Na co tak naprawdę zmienia czas? I czy na lepsze? I czy lepsze oznacza lepsze dla każdego, czy tylko dla wybranych? A właściwie, tak w ogóle, to dlaczego teraz, tak nagle się objawił, wyskoczył z kalendarza sprzed kilku lat i… powiedział, że to jego czas, że mu się należy i że to będzie dobra zabawa… bo co z tymi, dla których tak naprawdę dni tygodnia nie mają żadnego, ale to żadnego znaczenia.
Tak jak Wiedźma Wrona Pożarta?
No co?
I tak pracowała codziennie… może i miała w weekendy Chowańca naprawdę tylko dla siebie, przynajmniej na dłuższą chwilę, ale jednak… cóż mógł jej tak naprawdę, do końca i w pełni, dać Wypierdziałek?”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Czarny klucz” – … trylogia. Miała być tylko praca, a wyszło, no właśnie, co właściwie wyszło? Opowieść o miłości, czy kolejna historia tego, że świat można naprawić jeśli się chce, ale… przecież to tylko i wyłącznie utopia. Czy tym właśnie jest trylogia Amy Eving? Naprawdę tylko tym, czy jednak opowieścią o miłości?
A może historią o zmianach?
Wiecie, o tych, którzy przybywają i niszczą zastaną cywilizację. Do pnia, do końca, a jednak… ona nie umiera. W końcu podnosi głowę i krzyczy: NIE!!!
Trzeba przyznać, że gdyby tę powieść napisać lepiej, gdyby po prostu się do niej przyłożyć, gdyby ją poszerzyć, wzmocnić, lepiej opisać bohaterów i świat… wyszłaby ogromna trylogia, a jednak wtedy, czy przeczytaliby ją nastolatkowie? Ci, którzy najczęściej dokonują zmian? Rewolucji? Choć, czy w dzisiejszych czasach? Ech nie wiem. Na pewno nie jest to opowieść o miłości, raczej o magii i walce o to, co najważniejsze, wolność. Może i prosta historia, może i przewidywalna, miejscami nielogiczna, ale jednak porwała czytelniczki… nie tylko z powodu pięknych okładek.
A przynajmniej tak mi się wydaje.
Wieje…
Takie, to trochę powtarzanie się, ale dawno nie byliśmy czerwoni. No wiecie, dookolnie czerwoni. Oczywiście chodzi o siłę wiatru, ale też i o poziom wody, który może wzrosnąć o jakieś dwa metry. I tak sobie myślę… niby takie dwa metry, no ile to jest? Niezbyt wiele, ale jeśli masz domek na onej malowniczej, piaszczystej płaszczyźnie, to dużo. Rok temu telewizja pełna była filmików, które pokazywały walące się domy. Nie u nas, dzięki za granit i gnejs, ale i u nas podmyje mocno wiele posesji letnich. Będzie dużo sprzątania i odnawiania. Będzie po prostu masa roboty.
Ale…
No tak, będzie ale… widzicie od pewnego czasu odbywa się wkurwiająca mnie wycinka drzewek naskalnych. Tych przytulających się do wód. Co za tym idzie pojawiają się doniesienia o naciskach szmalownych osobników, którzy chcieliby mieć domeczek wiecie, z widokiem. A najlepiej to przy wodzie. A jeszcze to pod skałami to niech plaża będzie, a w ogóle, to może wszystko wyciąć i wymienić na hotele i pałacyki, a w ogóle co to jest ekologia? No i człowiekowi po takich artykułach ciśnienie wzrasta. Nie wiem jak was, ale mnie uczyli w szkole nie tylko o biblijnym niebudowaniu na piasku, ale przede wszystkim coś tam było o wędrujących piaskach i oczywiście meduzach, ale też i o wydmach wędrujących, które powinny mieć trawy i takie tam korzenne, trzymające je w miejscu. Potem było coś o erozji… Na pewno było też o głupocie ludzkiej i w tym miejscu człowiek już wie, że ona nie mija i jest totalnie niewycinalna z ludzkości.
Gdy tak wieje, człowiek wie, że poddaje się naturze.
Że nie da się z tym walczyć, że musi no jakoś się trzymać i tyle. Bo przecież będzie jeszcze mocniej, paczki znowu zostaną na kontynencie, poczty nie będzie, kurcze no… jak ktoś se zamówił ważny prezent, to sorry, będzie improwizował. Znajomy Chowańca na wszelki wypadek przyczepił do rynny ponton. Wiecie, mieszka trochę, niżej, więc jakoś tak próbuje się… no zabezpieczyć.
Bynajmniej.
Spoglądając na tych mądrzejszych, znaczy czytając wypasione opowieści o tym całym nas wodowaniu, to ma być tak: najpierw będzie wiało z północnego zachodu i przeciśnie wodę przez Kattegatt, a potem z drugiej strony i przeciśnie, a raczej dołoży wody z Bałtyku, i podobno to się tu spotka i nas podtopi… kurna ludzie, wydarzenie stulecia. Sto lat! Jej! Wiecie co, ja to muszę zobaczyć. Ino jakoś ostrożnie. Z kamieniami w kieszeniach, albo z kaftanikami dmuchanymi, ale nie z jednym i drugim. Ekhm.
Co nie?
Kocham jak wieje.
Nawet jeśli to jest ten psychiczny wiatr wiem, że jest lepszy niż ta dziwaczna cisza, która czasem otula Wyspę i sprawia, że boisz się kichnąć, bącznąć, czy jednakowoż zrobić coś bardziej wyskokowego. Tak kocham fred og ro, ale to coś innego. To ona spokojność lasu, w którym ciągle coś grzebie w krzaczkach, coś tam szeleści, a wrony jak zwykle mają zbyt wiele do powiedzenia. Chmury jakoś tak głośno przewalają się w górze, a własne obuwie robi hałas… dziwaczny. A gdy nadchodzi cisza, cóż…
… nawet kroki przestają brzmieć.
Wiatr wiatrem, promy w porcie, łódki wyciągnięte na brzeg, a mnie korci… korci wyleźć w ta wietrzną noc. Tak bardzo. Wyjść, zagłębić się w nią. Tak po prostu stać się częścią całego tego przedstawienia. Poczuć je na własnej skórze, po prostu tchnąć w nie trochę siebie samej i być w końcu częścią czegoś prawdziwego. Dzikiej, nieokiełznanej natury… ale czy do końca dzikiej. Czy znowu ktoś czegoś nie wybuchnął, nie dobrał się do gazów, nie kopnął zbyt głęboko i wiecie… nie spowodował onej wzmożonej aktywności fal? A może to tylko stopione lodowce? Ale jeżeli one, to oznacza, że woda może być niebezpieczna i całkiem mało czysta.
Natura…
Czy ona jeszcze istnieje?
Naturalna natura? Czy tak naprawdę walczy z nami? Wiecie, z tą ekologią opakowaną w foliowe woreczki, tymi warzywami w foliowych torebeczkach, foliowymi zawieszkami, plastikowymi tagami i wszelakim, dziwnie mnie parzącym świństwem? Czy my możemy z tym walczyć? Bo ja próbowałam i stanęłam pod ścianą. Kupujesz, albo nie jesz, a jak nie masz własnego kawałka ziemi, to nie jesz… a w dzisiejszych czasach ten własny kawałek ziemi i to jeszcze pod niebem, które tak wieje, albo parzy, to wiecie, trudna sprawa. No chyba, że serio zaczniemy „kuszać szyszki”. Może i nie będą złe. Te nasionka orzeszkowe wyglądają tak smakowicie, a wiewiórki maja od nich milunie, błyszczące futerka, a jakie ogony!!!




