Pan Tealight i Praktykantka…

„Dobra, przyszli oglądać ją wszyscy…

… w końcu to trochę dziwaczne i dziw nad dziwami by chcieć być przedwiecznym i wiecie, tak na zapas, i gdyby świat miał się zakończyć, pobierać nauki. A dodatkowo dziewucha była niczego sobie. W typie księżniczki, złotowłosa i biuściasta, taka, że Królewny i Księżniczki po Best Before od razu się obraziły i zajęły swoje wieże zasuwając kotary i zatrzaskując wymownie okiennice w różyczki i motylki, tęcze, jelonki i wszelakie tam krapowate, słodkie do wymiotu pawiowego cudowności. Te mniej obraźliwe chciały podpatrzeć w co była ubrana i jak uczesana, co nosiła i czym pachniała ona Praktykantka Adeptka… wiecie, w końcu mieszkając na Wyspie czerpać mogły wszystko wyłącznie z internetu, a tutaj jego działanie plątała magia i Pan Tealight który nienawidził onego ustrojstwa, więc… Ale ona Praktykantka miała na sobie poza oną księżniczkowością tylko dziurawe , sprane, ale wciąż ostro czarne dżinsy i czarną bluzę z kapturem i napisem Death Metal…

… więc…

Za to Wiedźma Wrona Pożarta poczuła się najpierw zaskoczona, a potem najzwyczajniej w świecie bezczelnie oszukana. Wiecie, ona, taka jedyna pieszczoszka Szarego Przedwiecznego, nie tolerowała innych kandydatek do tego tytułu, więc… no ale, co miała zrobić. Smarkula, oczywiście o idealnej figurze i cudownych włosach rozbiła sobie ciepły namiocik przy Mostku i kłaniała się jej niżej niż kostki, co łamanej bólami krzyża Wiedźmie zdawało się dodatkowym szyderstwem. No i to ubranie. Przecież to Wiedźma Wrona kochała czerń!!!

A Pan Tealight?

Widzicie, w tym całym zamieszaniu chyba ktoś go zapomniał zapytać o zdanie, więc się ukrył. Nie wiadomo było gdzie, choć pewno, gdyby przydusić Ojeblika – małą, uciętą główkę, to spokojnie by go wywąchała… ale nikt jakoś o tym nie pomyślał, jakoś tak wygodniej było, więc… więc w końcu Praktykantka zwyczajnie wtopiła się jakoś w otoczenie.

I czekała.

Wszyscy właściwie jakoś tak czekali.

No musiał przecież Przedwieczny zareagować, bo już go głośno Wiedźma Wrona informowała o swoim obrażeniu i przeprowadzce do Szwecji. A wiedźmy Wyspa nie mogła stracić. Nawet takiej o marnych włosach i w wieku podeszłym. Z brzuszkiem, zwisami i ogólną degrengoladą w spojrzeniu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wolni ciutludzie” – … oni, malutcy. Ale nie lekceważcie ich, bo są wolni, co są sobą i waleczność ich jest legendarna.

Poznajcie ich, ich mitologię, ich Największą oraz… Tiffany Obolałą, bo to przecież poprawny początek jej historii. Dziewczynę, która po śmierci swojej babci przejmuje jej obowiązki właściwie naturalnie. Właściwie nawet nie myśląc, nie zauważając magii. Ale oczywiście wiedząc o nich…

I tutaj zonk.

Pamiętajcie, że istnieje inne tłumaczenie tych kilku części Świata Dysku i tak naprawdę warto przeczytać obydwa. Mimo wyższości Piotra W. Cholewy, to jednak naprawdę warto, bo ci piktyjscy wojownicy, choć mikrzy, to jednak rajcujący są. Mega są. I w ogóle chcę ich w swojej własnej okolicy, ale u nas kreda to występuje tylko na niewielkiej połaci Wyspy, a nie sądzę, że chłopaki chcieliby w granicie?

Chociaż może?

Jedna z najbardziej mocnych powieści cyklu!

Naprawdę.

I szarość i wietrzność.

Tak sobie myślę, że jeżeli komuś trafia się taka pogoda na wakacje, to rzeczywiśćie będzie już zawsze myślał o Wyspie dość mrocznie. Szczególnie w tym okresie, gdy w Gudhjem rozstawili stare ozdoby. A tak, już są, pojawiły się w piątek po południu. Co zabawne, jak biegłam na swój spacer jeszcze ich nie było, ale jak mnie przewiało, wywiało i tak dalej… i wracałam, to już były.

Koszmarki.

Wiem, że większość powie, iż lepiej to, niż nic, ale… mnie to smuci. Stare sześciany słomiane, które przechowują chyba od wieków. Lekko nadpleśniałe, strasznie cuchnące… oczywiście bdzie maciupki labirynt wkurzający tych grających w bule, będzie wyścig, dziaranie dyń… będzie, wszystko za opłatą, no przecież o to chodzi. Jak na razie sobota była szara i wilgotna, choć ciepława, więc nie było tak źle. Pewno. Na 100 procent są cukierki i czekoladki. Ostatnim dechem bulgocze lodziarnia już tak bardzo gotowa na to, żeby po prostu odpocząć. Trzeba będzie wybrać się na lody i uczcić nadchodzącą zimę. Nie mogę się jej doczekać, ale jak na razie – połowa października – jesień mnie zawodzi. Wieje, zrywa zielone liście, nie koloruje ich, jakby ktoś serio zapomniał na czym to polega. Nawet klony w większości strajkują.

Nie ma szurania liściami, nie ma spacerów po kolana w tej szemrzącej szaleńczości, nie ma… no nie wiem, jak nie ma, to co właściwie jest? No jest jeszcze wciąż zieleń. Za to morska jesień już zniknęła. Jeden sztorm, drugi i już nie ma traw, wodorosty posprzątane. Jeszcze czasem coś się trafi, ale to już wyłącznie wspomnienia. I nastał tylko błękit i granat i ona stalowatość, dziwnie zdająca się smaczną, gdy tylko słońce zajdzie, albo zacznie zachodzić… oj, wtedy ona stalowość staje się liliowa i już nie rozumiesz jak to wszystko działa. Znaczy uczyli cię w szkole, ale przecież jak takie niesamowite piękno wpisać wyłącznie w naukę?

No właśnie jak?

A może o to chodzi, żeby tego nie robić? Tylko czuć?

Ech…

To nie jest tak, że człek marudny i ogólnie dziwaczny, ale serio czekam na jesień. No jakoś mi jej tak mocno brakuje. Za to dzisiaj sprawdziłam głębsze połacie lasu i wiecie co? No zieleń tam ogromniasta, a kolejny orkan styrke się zbliża i co my z tym zrobimy? No znowu nam liście zwieje?

Ale pomiędzy oną zielonkawością oczywiście są pojedyncze gałązki, są i klony, które nieśmiało, ale jednak próbują coś z siebie szalonego wykrzesać. Ech, dumna jestem z nich jak nie wiem co. Za to grzyby – pewno przez wilgoć wszędzie się przebijającą, nowe strumienie tworzącą i oczywiście stojącą na polach – są. I dziwne są. Wiecie, niby człek od małego bawił się albumami o leśnej ściółce, ale jednak takich cudów w takich kolorach: niebieskich, szarawych stalowo czy buraczanych i fioletowych… to jeszcze kurcze nie widziałam. Do tego drapieżne ptaszęta siedzące na polach…

No dzicz!!!

Oczywiście w leśnych ostępach raczej pustka. Tu i tam ubyło drzew, tu i tam znowu przybyło młodziaków. Wszystko się zmienia, niestety, bo leśnych zmian nie lubię. Tych ludzkich. Zapatrza się człek w małe, leśne jeziorko, na one dryfujące po nim wszelakie liścieje i inne tam nasionka i jakoś tak się uspokaja. Bo jeżeli one się nie boją tak po prostu szaleć w ostępach onej dziczy wyspowej, to może i ja mogę? Wiecie, poszaleć? Chociaż nie. Kurcze, no za mokra ta ściółka, żeby po prostu tak się na niej uwalić. Nie, to nie przejdzie, do tego oblazły mnie robale i robiłam striptease!!! No tak mnie robale oblazły!!! I to wielkie takie!!! O co chodzi? Ja rozumiem, że nagle ciepło strasznie się zrobiło, ale to przejdzie, spokojnie, robale won z powotem spać. Nawet mrówki, w tych swoich gigantycznych, semi-termitowych kopcach wciąż jeszcze nie śpią. I nie chcą zjeść okruszków czipsów.

Hmmm…

Ciekawe…

Człowiek serio tak zwyczajnie spacerując widzi dziwy i szaleństwa. Oraz pierwsze Julowe słodycze w Lidlu i Netto!!! Hurrrrraaaa!!! Tak, jestem absolutną zwolenniczką christmasów przedwczesnych! Zresztą, jak dla mnie i tak późno! Ja zaczęłam już we wrześniu, zresztą, tak serio przecież… czy ja w ogóle kończę kiedykolwiek choć na chwileczkę? Nieeee!!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Praktykantka… została wyłączona

Pan Tealight i Obski Bożek…

„… a podobno znał wszystkich, nawet tych co mieli być wymyśleni dopiero w tym tygodniu, przyszłym miesiącu, czy tych, którzy zawładną umysłami przyszłej ery. Nie żeby mieli być jakoś wybitnie interesujący, tudzież już zaciągnęli u niego jakieś długi, ale Przedwieczny Pan Tealight wiedział zwyczajnie takie rzeczy. Zwyczajnie i niestety. Pospolicie stara już Wiedźma Wrona Pożarta dziwnie też wiedziała… ale wiecie, to całkiem inna kwalifikacja czynu. Zresztą, ona nie lubiła się do tego przyznawać, bo rozmowa z człowiekiem, który wie… jest straszna.

Dlatego lepiej nie wiedzieć.

Ale on się pojawił.

Obski Bożek.

Całkowicie nieznajomy, jak nic z innego wymiaru i czasu i przestrzeni, i jeszcze na dodatek odmiennej silnie specyfikacji stylistycznej. Czy też, powiedzmy to dosłownie – goły był, ale wiecie, w kolorowych, lekko pastelowych, z ciemniejszymi wtrętami, koralikach. Chyba drewnianych i ceramicznych, sądząc z brzęczenia i dręczenia, paciorkowych, owiniętych dookoła jego grubiutkiego ciałka nie do końca niemowlaka, nie jeszcze starca… pojawił się. W sandałkach typu Jezuski Duo. Z torebeczką z ręku i berłem, oraz dziwnym wisiorkiem w kształcie lampy oliwnej, ale nie miał w sobie nic z dżina.

Oj, oczywiście, że od razu wiadomo było, że gość z boskiej generacji, ale jednak i on i ci patrzący na niego – rumieniący się bardziej lub mniej, w tych, czy innych granicach cielesności i myśli – nie do końca wiedzieli, czy to jego czas. I dlaczego akurat tu jest, przecież żadnej bożnicy ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta nie pobudowała… tak, zdarzało się jej tworzyć takowe. I po co w ogóle jest i ile może i co za to chce, i czy obecność jest obowiązkowa?

A może są zwolnienia lekarskie chociaż?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „W północ się odzieję” – … i się skończyło. Wszystkie tomy kioskowej serii wydane. Naprawdę ładne, estetyczne, jeżeli spoglądacie tylko na to, co dobrze wygląda na półce, to jak najbardziej! Twarda okładka, kolorki, a jednocześnie wciąż ten stary posmak.

Śliczny papier w środku… kremowy, grubszy, w końcu nie rozmazują się literki jak w pierwszym wydaniu. Ech, pamiętam te wydania, zeszytowe takie, kupowane we Wrocławskiej Składnicy Księgarskiej… ech nostalgia…

Ale, treść?

No taka sama!!!

Jak zwykle wiedźmy, jak zwykle te starsze i te młodsze, jak zwykle magia… zaskakująco prosta głowologia, ale też i ta, która powala na kolana. Ta, której nie daje się wytłumaczyć ściemą i placebo. Magia prawdziwa, która nakazuje ci się pokłonić i wyznać grzechy, a potem, jeśli tylko były głupiutkie, wyśpiewać je, wypić, zabawić się… W roli głównej oczywiści Tiffany Obolała, Kreda i Nac Mac Feeglowie oraz zło, z którym trzeba sobie poradzić. Tylko, czy ona już do tego dorosła?

A może aż za bardzo?

Jak tak bardzo wieje, najbardziej zaskakujące jest słońce.

Pojawia się nagle, wyłazi spoza ciężkich chmur, szarawych, albo tych granatowych, które nie zdarzają się tutaj często… i atakuje. Nagle cały ten Armageddon na zewnątrz wydaje się być totalnie nie na miejscu. No bo przecież jak tak, przy słońcu? No jak on śmie? Przecież może i wieje, ale ona światłość jest aż nazbyt radosna. Może i po drugiej stronie Wyspy mają ogromne fale, ale nie tutaj.

Nie…

Tu mamy światło.

Może czasem się chowające, może czasem znikające, może czasem i całkiem niemożliwe, ale jednak. Tu je mamy. A może to nie słońce, ale dziwne światło skumulowane ponad chmurami, które zdaje się od czasu do czasu przeciekać z tej czaszy, w której ją umieszczono? A może to worek? Wiecie, taki dziwnie pierwotny, z jelita czy innej tam skóry, długo czyszczony, szyty, woskowany. Całkiem zdający się być niezniszczalnym… Ale przecież nie, to nie może być.

Nie może… przecież zapowiedzieli sztorm.

Po takim dniu zwykle wychodzisz przed dom i zbierasz rozmaite elementy wystroju, które jednak pofrunęły – jak kosz na śmieci – i znowu dziękujesz sobie, że nie zgodziłeś się na jakiekolwiek wiszące, ozdobne roślinki. Oj, oczywiście, że wyglądałyby niesamowicie i pięknie by rosły, ale pomyśl sobie jak daleko teraz musiałbyś szukać tych doniczek. Nie. Zbyt wiele roboty. Zbyt wiele. Lepiej pozostać bliżej podłoża i zainwestować w gigantyczne klomby. Ciężkie i nieruszalne, ale mieszczące tyle kolorów!!! Bo widzicie, tutaj wietrzności to codzienność. Wiesz, że będą połamane drzewa, wiesz, że będzie masa sprzątania i ogólnie wszystko będzie przez co najmniej dzień wracała powoli do normalności powietrznej, ale wietrzność, to też normalność.

Tylko trochę inna.

A teraz znowu słońce.

Może trzeba zakładać już więcej warstw na siebie, ale nadal się da pływać. Naprawdę. Tak, woda to wszelaki szok na początku, ale ciało szybko się przyzwyczaja, a męczenie się rozgrzewa mięśnie i nagle… już nic nie czujesz i boisz się tylko wyjścia z tej wody. Onego momentu nim ręcznik dotknie twojej skóry, nim zdejmiesz mokre stroisko. Nim znowu wleziesz w jakąś określoną temperaturę.

Tak wiem, mory zwykle tylko wchodzą do wody i wyłażą, ale ja nie jestem morsem, ja muszę pływać, ruszać się, coś robić, bo inaczej wariuję, nawet w morzu. Ale oczywiście tylko wtedy, gdy nie ma wielkich fal.

Ale wróćmy do świata dookolnego, a nie moich dziwnych zachowań. Oficjalnie zaczynają się ferie, czyli też oficjalnie zaczyna się czas wzelkich dyniek, słomianych kostek, dziwnych kukieł i pragnienia nagonienia Turyścizny. Ciekawe czy się uda. Podobno pogoda powinna dopisać, więc może rzeczywiście… tylko dlaczego? Tak serio, nie możemy wymyśleć czegoś swojego. Muszą być te dynie? Potem gniją przez dłuższy czas… niby logiczne, że natura i przemienią się w pryzmę ziemi, ale jednak… jakoś mi z  nimi smutno. Tak jak z choinkami, tylko one, w nich jest coś więcej. Są jakby miejscowe, a te dynie dziwnie nieprzynależą do tego świata. A przecież mamy co pamiętać. Spaloną JĄ iegdyś. Oskarżono, on ją zadenuncjował, a może ktoś inny…

Dlaczego nie pomyśleć o NIEJ.

No nie wiem.

Ale jednego jestem pewna. Znowu będzie tak samo, no i znowu większość sklepikarzy oleje to wszystko, więc lekko powieje smutkiem. Tak jakoś. Ale na szczęście las wciąż stoi, więc wiecie, zamierzam spędzić ten czas tam, w ukryciu. Może i powinnam zająć się ogródkiem, ale walić ogródek. Może zrobi się sam?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obski Bożek… została wyłączona

Pan Tealight i Zarobkowanie…

„No sprzedaż ciała to nigdy chyba nie wchodziła w rachubę, nawet jakby miało być na części, w młodości może i w całości, to wiecie… Tak naprawdę nigdy nie byłoby dostępne psychicznie i ogarniościowo dla wszystkich mentalnie niestabilnych… może tylko dla onych nadzwyczaj mocno specjalnych zwyrodnialców. Naprawdę specjalnych. Takich od krzywizn, zwisów, blizn i dziwnych pętli czasu, które sprawiały, że nie zawsze było wiadomo, czy to noga, czy ręka, czy sztuczna szczęka Pradziadka, o którego istnieniu Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nigdy nie wiedziała. Takich, którym albo nie przeszkadzało, albo co bardziej chyba przerażające… wiecie, bardzo właśnie tego pragnęli. I tylko i wyłącznie tego.

Serio…

A już teraz i wiek nie ten, a te części, kurcze, zeszmacone jakoś. Wiecie, wszystko jakoś mocniej dziwne, mocniej porąbane, mocniej zawoalowane światami równoległymi i wszystkim tym, co zwane jest codziennością. No ale, czyż nie wszyscy się zmieniamy? Oj wszyscy… nawet chirurgia plastyczna nie sprawi, że czas się zatrzyma. Nawet jak ci ryj się nie rusza, to umysł…

O tak, ten jej sporawy i działający we wszystkich niemożliwych wymiarach, oraz możliwych czasem też, mózg można by przehandlować na coś ciekawego. Bardzo ciekawego nawet, ale kto by się odważył? No wiecie, kto by naprawdę był pewien swych pragnień, by go używać, tudzież chociaż jako relikwię trzymać… oj tak, pewno na relikwie by się nadawała, to dlatego Ojeblik – mała, ucięta główka tak ostatnio ryła w książkach i internetach wszelakich. Zaglądała w światy równoległe przez Bardzo Zbite Lustro i zastanawiała się nad religijną użytkownością Wiedźmy Wrony Pożartej. W końcu stworzyć teraz religię nie było czymś trudnym.

Zresztą…

… nigdy nie było. A religia od zawsze była doskonałym sprawcą finansowego dobrobytu. Albo nadmierności jaj, kur i gęsi. Tudzież krowiej tuszki, czy świńskiej, czy jednak wiecie, wszelako dzikiej. Bo przecież od zawsze ci kapłani, ci władcy umysłów, oni pastorzy, papieże i inne tam kardynalskie głowy, zawsze były dobrze ustawione. Taki szaman może miał gorzej, ale wiecie, jak się miesza uczciwość i religię, to raczej nigdy się na tym dobrze nie wychodzi.

I magię…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A tak w ogóle… w końcu pochmurnie.

Wczoraj pogoda, jak to mawiali „drut”.

Mocne słonko, szaleństwo czyste, światło niesamowite, więc wiecie, leżę w lekko podśmiardujących już wodorostach, coby złapać oną morską jesienność… bo widzicie, w końcu morze posprzątało i zabrało stare wodorosty, a naddało nowych. Wielkie są niektóre, drzewa czy tez krzaczyska prawdziwe. Aż człowiek zastanawia się nad tym, co w głębinach. Widzieliście kiedyś mapkę dna morskiego dookoła Wyspy? Zachwycająco-spooky!!!

No więc leżę i myślę o tych całych głębokościach, o onych ogromnych lasach wszelakiej roślinności gdzieś tam w zagłębiach skał i innych tam jaskiniowatości. Myślę o onych potworach, bo przecież jakieś muszą być, inaczej wiecie, trochę byłoby to marnowanie przestrzeni! No więc… co ja robiłam? No leżę!!! Leżę i robię zdjęcia. Staram się złapać i to i tamto i wszelako jeszcze coś innego. Tak wiem, wszystko wygląda jak obraz, ale przecież o to chodzi. Nie chcę zwyczajowych zdjęć, nie chcę pozowanych mord… kompletnie!!! Chcę czegoś więcej. Nieba odbijającego się w glonach i glonów odbijających swoje barwności, o tego bursztynowości, czerwienie i żółcienie i w ogóle…

Piękne to, choć pachnie nie do końca.

Nawet wiecie, jak przewiane i przesztormowane. Jak już posprzątane i poukładane. Jak już morze się wzięło za układanie po wakacyjnym rozgardiaszu. Powoli zwijają mola, wiecie, żeby kolejny sztorm znowu ich nie zniszczył, to lepiej serio je zwinąć. Podobnie niektóre ławki. Może to i śmiesznie brzmi, ale przecież w zimnie i tak nie będzie nikt siedział, a i tak kilka stałych zostaje, więc wiecie, miejscowi wiedzą dokładnie co, gdzie i kiedy! A przyjezdni… może i Niemcy mogą cały rok od przyszłego roku, ale jak znam życie, to to wszystko się jeszcze zobaczy. Może mi się uda w końcu zobaczyć oną północ Niemiec? Całkiem fajnie tam było. Choć nie, przecież nie mogę nie mieć corocznego, nowego stenbuczka. No nie mogę.

Kocham je!!!

Listonoszowe sprawności fizyczne.

Trzeba to im oddać.

A już szczególnie po wczorajszej listonoszce w formie kostka lodu… serio, babka przyjechała w krótkich portkach, bez rękawiczek i to na motorku. Nie no… pewno, że było słonecznie i ślicznie, ale też i pizgało nieźle. A jeszcze ten pęd motorynkowy! Przecież no padnie nam kobieta!!!

Ogólnie mówiąc wiadomo, po krętych ścieżynkach i uliczkach jakoś tak im łatwiej. Biorą ono ustrojstwo między nogi, poczta do bocznych i przednich toreb… i gra gitara!!! Radzą sobie. Wdzianka mają śliczne, ale strasznie często je mieszają niezgodnie z pogodą. A może to takie wishful thinking? Wiecie, pragną ciepła, rozbierają się i wierzą, że magicznie wsio się rozciepli? A może uwierzyli pogodynce, która zapowiada na przyszłe tygodnie, że będzie nawet 15 stopni!!! Ha ha ha!!!

No zobaczymy, wtedy może uwierzymy.

Może!!!

Oczywiście w ferie byłoby cudnie mieć słońce, a nie jak przez ostatnie kilka lat same deszcze i wichury. Miło byłoby w końcu mieć coś świecącego, na drzewach wciąż jeszcze liście kolorowe. Wiecie, takie tam proste przyjemności. Niech już będą te dyńki, niech już będą te wszelkie straszydeła… niech już se będzie. Ale jakoś tego nie widzę, bo na razie zapowiadają sztorm kolejny i totalne urwanie głowy. Czując moje własne zatoki powiem, że całkiem możliwe, iż mają rację.

PS. Aktualizacja w sprawie ronda, mającego umrzeć drzewa i sztuki… Po tym jak obrażono zmysły estetyczne większej części Wyspy wyszło na jaw, że coś w stylu prawa i porządku drogowego odmówiło pozwolenia na postawienie owego cudactwa, zwanego u nas smerfowym domkiem, z powodów wiadomych. Że coś takiego sprawi, że ludzie będą włazić pod koła, że przecież to nie miejsce… ale zmienili zdanie. Tak, widać ktoś posmarował i tyle, więc zdaje się mi, iż coś dziwacznego tutaj się dzieje. Przecież kurde no, nic się nie zmieniło z cholerną sztuką. Nie stała się prześwitująca. Ja wam mówię, że tutaj jest jakaś wielka afera!!! Ciekawe kiedy wsio pyknie i wysypią się karniaki…

Pewno nigdy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zarobkowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Dziwny Kolejny Problem…

„Ogólnie mówiąc, by rozpatrzeć ów problem, należy najpierw sobie uświadomić, że Wiedźma Wrona Pożarta nigdy nie miewała względnie normalnych problemów. Wiecie, nudnych takich, totalnie nierozwiązywalnych bez upuszczania krwi, ofiarowania dziewicy na rozstaju dróg, tudzież bez złożenia ofiary z piętnastu białych byków i trzech czarny trzech krów. Bez szantowania zaklęć, wszelakich nagich tańców, no i koniecznie rozpalenia co najmniej pięciu czarnych świec oraz dwóch białych. Wiecie, trzeba mieć klasę. Ale jeżeli chodzi o Wiedźmę Wronę, to nie. Jej problemy od razu musiały przybierać formy pokrętnie cielesne, najlepiej dość dziwaczne, miejscami nawet rozczłonkowane, z brakującymi częściami i dziurami wypchanymi pakułami… z dziwnymi mowami, pieśniami, albo gorzej, dźwiękami, które najpierw trzeba było rozcyfrować, a ile można starego Champolliona z grobowca wywoływać? No ile. W końcu chłopak się wkurzy mocniej i nie zmumifikuje człowieka, jak będzie potrzeba. A wiecie, taka potrzeba na pewno się pojawi.

Należy też zrozumieć naturę Wiedźmy Wrony, która z jednych rzeczy robi problemy wielkie, a reszta świata, w ogóle nie zauważa onych problemów, nawet pod mikroskopem elektronowym, oraz to, iż dla niej problem, to coś bardziej zmyślnego, i szantażującego jej umysł, niż u innych. Ona zwyczajni nie olewa problemów.

Niezależnie o ich rozmiarów.

Sorki!!!

Przejdźmy jednak do onej natury Problemu, która niestety zdawała się by aż nadmiernie ekshibicjonistyczna. Nie dość, że łaził za Wiedźmą wszędzie, nie dość, że wprowadził się jej do Chatki, nie dość, że wkurzał wszystkich i ogólnie powodował niesnaski, to na dodatek… to na dodatek robił to na golasa. Serio… i jeszcze chodził w taki sposób – tłumacząc się problemami z kręgosłupem – że wszystko mu powiewało, kręciło młynki i ogólnie mówiąc było widoczne. Naprawdę było źle.

Naprawdę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Skrzywiona litera” – … nie. I to z tak wielu powodów, że aż mnie telepie. Nie z powodu tekstu w stylu: ale to już było. Nie z powodu nielogicznych bohaterów i ogólnie nie!

Opowieść na wskroś amerykańska, zahaczająca o przeszłość poniewolniczą, o one związki mieszane i przyjaźnie kolorowe. Byłoby okay, gdyby zbrodnia i kara, jako nastąpiły, ale one, widzicie, one serio postanowiły zastrajkować. Podobnie zresztą postacie. Coś w nich szwankuje. Może i główny samotnik jest intrygujący, ale mam wrażenie, że coś takiego już czytałam, a jego były przyjaciel… nosz nic tylko zdzielić przez łeb durnia.

Ogólnie… książka może być ciekawa, może się spodobać, ale brakuje jej tego czegoś. Czegoś, co wciąga, co sprawia, że nie możecie się oderwać, co pozwala wam mieć nadzieję na inne zakończenie tej powieści, że jednak nie domyśliliście się zakończenia. Że może… ale nie. Tego wszystkiego zabrakło. Zabrakło też dobrego pisania. Takiego od serca, z duszą, takiego ludzkiego. Osobistego. Mocniejszego. Mniej rozlazłego i nie tak obrzydliwie topornego. Bo tak naprawdę wszystko wiecie o tej powieści prawie od początku. I to strasznie wkurza.

No, przynajmniej mnie wkurzało!!!

Wieje…

We wszelakiej cichości Wyspy oczekującej na kartoflane ferie powoli liście drzew zmieniają swe barwy. Jakoś tak pojawia się zapach, ten jesienny i ten zimowy, wiecie jednocześnie. Temperatura spada poniżej 10 stopni, więc jest dość nieźle chłodno jak na nasz urodzaj pogodowy. Ale jak zaświeci słonko, to serio cudownie jest. To niskie światło, dziwnie jaskrawo błękitne miejscami, odbijające pierwsze kolory, starą zieleń i oczywiście morskość.

Oj tak, morskość ma się super.

Piękna jest.

Nadrabia brak kolorowości na drzewach, ale musicie ją złapać. Bo wszystko to kolorowe trwa tylko chwilę. Jeden sztorm lub dwa i znika kolorowość. Będą oczywiście wodorosty zielonkawe i burgundowe, ale już zwiędnięte. Mniej onych drzewek pływających, dziwnych, przypominających w wodzie jeżyki cuda, które wyjętę wyglądają jak zwiędnięty… ekhm!!! Ludzie przechadzają się brzegiem, albo biorą łódki i płyną pierun wie gdzie… Jest w tym tak maksymalna wolność, choć wiesz, że też płacą za parking i leją beznzynę w bak… no chyba że kajaki, tak ci to muszą mieć w ramionach, nogach i kręgosłupie, co nie? No więc ci są raczej sporadyczni o tej porze roku, ale wciąż… przecinają słońce. Zachód słońca, wschód księżyca. I choć pływanie w ciemności nie jest bezpieczne przybrzeżnie – pamiętajcie, że dookolność wilgotna Wyspy najeżona jest skałami i tak naprawdę nie zawsze wiesz, która akurat się wynurzyła, a która nie. Wiecie… niczego nie można być pewnym. No i zawsze mogą was porwać Syrenice, Krakeny albo Morskie Trolle. Może i to miłe towarzystwo, ale przy tej temperaturze lekko hipotermiczne. Tym bardziej, że nocki dobijają już do 5 stopni!!!

Ale i tak kocham oną morskość. Chociaż czasem muśnie człowieka wodorostem, a ty już masz w głowie obrazy ze wszystkich morskich horrorów, które oglądałeś i jesteś pewien, że to to, bo przecież nic innego… więc… boisz się. Podrywasz nagle, skaczesz niczym delfin i przypominasz sobie, dlaczego gatunek wylazł z wody.

Zwyczajny atawizm, nic więcej, uwierzcie mi!!!

Albo lepiej nie. LOL

Wschody i zachody.

O tej porze roku w końcu można się załapać na perfekcyjne wschody słońca od naszej strony. Naprawdę powalające. Zmieniające niebo w płomienny pokaz, w one błękity jedyne w swoim rodzaju, a wodę w mleczność i różowatość dziwną. Albo te granaty, albo chmury, a i nie zapominajmy oczywiście o cudownych złotościach pojawiających się na piasku. Opłaca się nie tylko marznąć tyłek, ale i inne części ciała, bo przecież zdjęć nie da się robić tylko na stojąco. A przynajmniej ja widzę…

… wszystko inaczej i więcej.

Niby mogę to wszystko spróbować namalować, ale jednak po co? Może warto zmienić aparat na zawsze z pędzlowej miękkości? Ale czy da się całkiem wyrzucić z siebie farby? Na razie, nie oszukujmy się, nie mam miejsca. Chatka jest malutka, wypchana i ma dywany. A choć dywaniki, tudzież raczej wykładziny, sztuczne są maksymalnie, parzą mnie w tyłek i nogi i raczej łatwo się z nich plamy wywabia, to jednak… wkurza mnie to, że brudzę. Że nie mogę rozłożyć i farb i pędzli i tak naprawdę nie wiem ile i jakie je mam. Zapominam o kolorach i… motam się jak wariat. Motam się między sztuką a nauką. Dorwawszy ryty z Ameryki Północnej, które naprawdę tłumaczą moją tezę, nie wiem co teraz zrobić. Może zwyczajnie odpuścić? Bo co to zmieni? A może jednak… tak, tego chcę… wyjechać na dłużej do Szwecji i grzać się, a może raczej zimnić, na głazach tam.

I wiecie co, zrobię wszystko, by spełnić każde swoje marzenie, bo tylko to ma znaczenie. Zwolnienie, odrzucenie tego cholerstwa, które czepiło się człowieka, a człowiek dobrze wychowany i nie umie powiedzieć NIE, a powinien to wywrzeszczeć… i rzucić to. Rzucić w końcu po 10 latach? Ale skąd wtedy kasa? Choć marna, to jednak namacalny pieniądz. Choć przerażająco skromny, to jednak… wolność jakaś.

Jaką wolność wybrać?

Umysłu czy czystych, nowych gaci?

Pisania listów i kartek do znajomych, bo przecież kocham pocztę, a znowu podrożeje, więc… kurcze, ino walić łbem w ścianę, albo znaleźć sponsora. Ktoś chętny? Pamiętajcie, że wszystkie zdjęcia z blogów (www.snebamse.dk www.gallerikobaltowawrona.dk www.bornholmdifferent.dk) i stron na Facebooku: IBornholm, Kobaltowa Wrona, Miś Śnież – wolność dla pluszaków… jest na sprzedaż. Sprzedaję je jako pliki, bo druk tutaj i przesyłka załamują każdego. Koszt to 150DKK, płatne na paypal. Otrzymujecie plik w pełnym wymiarze i drukujecie jak chcecie. Możecie też walnąć sobie tapetę na jakiekolwiek urządzenie.

Możecie zrobić i to i to…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziwny Kolejny Problem… została wyłączona

Pan Tealight i Kula z wiosny…

„Dostała ją.

Nie zimową, nie letnią, nie jesienną. Dostała z okazji wszelakiej i wielkiej, mocnej i niesamowitej. Dla wielu tak niemożliwej nawet do wyobrażenia sobie, nawet jeśli im się zdaje, że po prostu tak ot… się to ni zdarza.

Dostała ją.

Wielką.

Ogromną i gigantyczną.

Na czarnej, prostej podstawce, jakby potrzebowała całej siły i przestrzeni ciemności, by stać w miejscu, by się nie przechylić, nie stracić z nią łączności, nie odtoczyć się… nie zwiosennić tego, co ma być latem, jesienią, czy zimą. Nie zmienić kolejności, bo przecież co by to było, a w środku…

A w środku miała zielone krzaczki i błękitny strumyczek omiatany jasnym, radosnym światłem. Miała też wiśniowe drzewa obsypujące je płatkami przekwitających kwiatów, wszystko zatrzymane w chwili, wszystko połyskujące pyłkami i magią, i gdyby tak tylko ją otworzyć, na pewno można by poczuć zapach wiśni. I przejść się po tym srebrzystym mostu, łukowato wygiętym, przerzuconym ponad strumieniem, może i zostać tam, usiąść na nim, zabawić się a misie-patysie, a może i poczytać, wypić szklankę soczku, zanurzyć palce stóp w zawsze lodowatej wodzie… jakby ta cała strumienność, była znakiem wiekuistej zimy, a ten mostek lata, a znowu srebrzystości w powietrzu jesieni, a jednak kula przecież była wiosną, czyż nie?

Była wiosną…

No więc Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki dostała kulę pełną wiosny. I miała teraz władzę, o którą całkowicie nie dbała, bo co jak co, ale ona nigdy nie chciała władzy. Nigdy nie pragnęła by królową i nienawidziła odpowiedzialności. Strasznie jej nienawidziła, więc zwyczajnie tylko czasem nią poruszała. Wzbijała ruchem kolistym płatki, spoglądała na one srebrzystości, różowatości, na strumyczek, krzaczki radośnie zielne i te misterne gałązeczki i jeszcze…

Tylko patrzyła, a mogłaby…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ostatnio coś chora chyba jestem. Chyba bardzo, bo nie mogę czytać. Nie też, że miałam co… sorry, miesięczny odwyk, ale jednak, kurcze, co się dzieje? Może człowiek jednak powinien udać się do lekarza?

Nawet te słodkie nowości mnie nie ruszyły… Może jednak. No weź no kobieto wybudź się z onego marazmu bakteryjnego, wirusowego, czy kto wie czego – jeszcze wczoraj coś mnie użarło no!!! Hmmm… jak nic wampir, bo dwie dziurki!

I co teraz?

Szumi…

Kładziemy się do łóżka, czy tam ukochanego swego barłożka, no co kto lubi, co ma… łoże fakira, podłoga, karimata nawet. Jest ciemno. W końcu jest normalnie ciemno, różnica między dniem a nocą jest namacalna i zauważalna. W końcu człek odpoczywa od nadmiaru światła. Wszystko zdaje się oddychać rytmicznie poza Chowańcem, który od samego położenia, chrapie jak orkiestra wojska alienowskiego… no jak zwykle. Mniejsza. Kładziesz się i słyszę je – nawet przez ono chrapanie, przez wszelakie wiatry, księżyca pełni szemranie i dziwne szepty…

Morze.

Szumi.

Niby jednostajnie, a jednak wcale nie.

Niby ciągle, a przecież zatapiam się w tym odgłosie i wcale mnie nie wkurza. Nie jak buczenie kompa czy telewizora, jak dziwne dźwięki lodówki, czy innych tam rzeczy i spraw podobno wyłączonych… Jakoś zatapiasz się w tym odgłosie i pozwalasz mu się zgrać ze swoim wewnętrznym ja i tym zewnętrznym. I pierun wie czym jeszcze. A może tak naprawdę nie mam wyboru? No wiecie, przecież go nie wyłączę!!! Zresztą, co za wariat chciałby wyłączyć morze?

Idealne i cudowone.

Zawsze zaskakujące…

W końcu to morze.

Zawsze imponujące. Z jednej strony przeraża ogromem wody, z drugiej przyciąga i chce cię dla siebie, w sobie zatopić. Esencja pierwotności, może i pełna plastiku, ale kto z nas nie jest go pełen? Nagle i Dania odkryła, że plastik pijemy i jest wielkie halo! I tak sobie ponownie myślę, że znowu? Że serio? Mniejsza… zatopić się w onej pierwotności… choć czekajcie, dla jednych to pierwotność, dla innych obrazo burczy tekst. Wiecie co? Gdzieś to mam co sobie myślicie, wy macie prawo do swych opinii i ja mam. Wy możecie mieć swojego wieloryba kosmicznego, czy Potwora Spaghetti, który, przyznajmy, z sosem czy bez, jest bardzo intrygującym bóstwem.

Pociągającym mocno.

Zróżnicowanym.

Choć nie wiem… czy obejmuje też kluchy?

Bo wiecie, kluchy są ważne. Jak kopytka, czy leniwe i jeszcze pierogi. Niby prawie to samo ciasto, więc serio? Jak to jest?

Morze…

Zawsze przypomina mi się ten pierwszy raz na Wyspie, pierwsza noc… człowiek myślał, że kurcze to drzewa, no musowo drzewa, bo przecież nad namiotem wysokie sosny filuterne, a jednak… nie, to było ono. Morze.

Czadowe, pełne włochatych kamieni.

I ta plaża…

Człowiek nigdy nie myślał, że morze tak na niego podziała. Wiecie, tak go uzależni i zmieni, pozwoli oszaleć a jego punkcie, naprawdę i do końca. Szukać kamyczków, muszelek, zachwycać się piaskami i ich różnorodnością, eksplorować to ono całe wybrzeże, przedzierać się przez drzewa i skały, moczyć się i bać… ale jednak wciąż do przodu i obejść Wyspę tak dookoła.

Tak po prostu.

Bez żadnych wyzwań, startów i met, zmuszania, przyspieszania, z daniem sobie czasu na zmacanie jej każdego kawałeczka, jej każdej cząstki, z tą wiecie, powolnością, która… która sprawia, że chłoniesz w siebie wszystko. Kompletnie wszystko. Każdą roślinkę, drzewinkę i krzewinkę, każdą ścieżkę, nawet taką zapomnianą, pamiętaną tylko przez pewną sarnę, która zdaje się być starsza od wszystkiego i wszystkich, ale ma to gdzieś i nie zgadza się na status bóstwa. Wiecie, ofiary zawsze dają jej kijowe, nigdy to, co chce, czego pagnie, no i lubi być sama, a tacy wyznawcy to i śmiecą i głośni są i wszelako upierdliwością wobec niej i lasów grzeszą.

Morze… tak, morze to zrozumie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kula z wiosny… została wyłączona

Pan Tealight i Szumi jej…

„Ogólnie mówiąc Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki uzależniona była od tak wielu rzeczy, że trzeba by stworzyć listę jakąś by to wyjaśnić, ale komu by się chciało. Bynajmniej morze wiedziało, że jest na niej i to w kilku miejscach, pozycjach, oraz oczywiście formach. Jako mrożone i płynne, jako stojące i się ruszające, jako wszelakie wodorostowe i kamienne, szczególnie to z grzywkami. Jako falujące… oj tak, jako ono brzmiące falami uderzającymi o brzeg i siebie na wzajem, tańczącymi z kamieniami, mającymi gdzieś prawa fizyki i wszelakie wymyślone przez ludzi definicje. Tak… Wiedźma Wrona była uzależniona od brzmienia morza. Od jego śpiewów, pień, tańców i wszelakich pomruków. Nawet pierdy Krakenów i Syrenic jej odpowiadały, naprawdę. W tym wymiarze nie miała obiekcji. Lubiła ono morze nawet stojące i lekko zalatujące, które tworzyło najpiękniejsze obrazy z błękitu obijającego się od góry w wodzie i świeżych, kolorowych wodorostów.

Tak… była uzależniona od morza nadmiernie.

Na tyle mocno i dziwacznie, że gdy miała przejechać przez środek Wyspy, zamykała oczy, nerwowo odliczała kilometry do ukazania się wilgotnej linii, i nuciła wkurzające mantry. A gdy ładowała się lasom w serce, miała zawsze przy sobie szum zamknięty w słoiczku i wodę w woreczku. Ależ oczywiście, że odwrotnie byłoby łatwiej, ale przecież nie o łatwiej chodziło, czyż nie?

Tak już było…

A gdy tylko morze ucichało, bo i ono czasem po prostu chciało posłuchać czegoś innego, wcale przecież nie było aż tak egoistycznie nastawione do swoich wszelakich, namacalnych i nienamacalnych dzieł, i wiecie, miało też zmysł artystyczny przekierowany na innych wykonawców, więc by nie zagłuszać, cichło… kładło się płasko, ni smuga nie niszczyła onego idealnego błękitu i zszarganej w swej opinii niebieskości, szczególnie o wschodach słońca, zimą… wtedy wiecie, Wiedźma Wrona Pożarta przychodziła sprawdzić, czy ono wciąż istnieje i czy tylko znowu słuchawki ma na uszach. Wiecie… wolała, znaczy z doświadczenia wiedziała, że czasem lepiej najpierw sprawdzić, niż krzyczeć niczym chłopiec od pożaru, że ktoś nam morze zajumał. Budząc tym przy okazji pół Wyspy. Drugie pół było świadome jej szaleństwa i nic onego nie budziło. Z czasem do wszystkiego można się przyzwyczaić, wierzcie… ”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Strażak” – … no cegła. To jest pierwsza myśl. I pomarańczowa, więc wiecie, wpasuje się w element dyniowy, obecny teraz aż nadmiernie, jak nic.

Oto jest powieść o zarazie. Pięknej, gdy spojrzy się na nią jedynie jak na sztukę pojawiającą się na twojej skórze, ale też i śmiertelną, jeżeli się jej nie zrozumie. Coś nie do wyleczenia, ale… może do przeżycia? Bo przecież nie może to być historia kompletnie bez nadziei, prawda? Nie może!!!

Właściwie mimo jednej głównej bohaterki mamy tutaj cały zestaw niesamowitych osobowości różnie reagujących na zagrożenie. Jedni zwracają się do istniejących bogów, inni tworzą sobie nowego, tworzą sekty, a jeszcze inni po prostu… strzelają. Nam dane jest obserwowanie społeczności, która uczy się panować nad nową chorobą. Przeżyć. Po prostu nie umrzeć. Nie spłonąć. nie zostać ludzką pochodnią. Ale czyż nie łatwo wykorzystać takich ludzi? I czy wykorzystani nie zmienią się w zło, które ich zaatakowało?

Czy utopia jest możliwa?

Czy życie ogniowych ludzi jest możliwe?

Niesamowita psychologiczno-socjologiczna rozprawa. Przewidywalna, aczkolwiek też i miejscami mocno zaskakująca. Pokazująca jak szybko się dorasta, tudzież i jak szybko można się zmienić pod wpływem… innych ludzi.

Nadziei.

Wiary.

Książka, która może przerazić objętością, ale świetnie napisana czyta się nazbyt szybko… i uczy się, by nigdy nie wierzyć, tak naprawdę. Nigdy. Bo choć to kolejna opowieść o zarazie, choć zdaje się być odbiciem tych gry o zombi, aż nadmierną, to jednak… jest w niej więcej mądrości. Więcej człowieczeństwa, więcej… wszystkiego.

Znowu pada.

Szmer kropel uderzających w okna jest tak dziwnie uspokajający. Dziwnie jakoś normalny. Zwyczajny. Starodawny. No dobra, przynajmniej tak dawny jak szklane szyby, czyli lekko niezbyt… kropel, które zdają się pragnąć tak bardzo wleźć do środka, ale człowiek, człowiek wie, że nie może im pozwolić. Nie, że nie są słodkie, ale jednak wiecie, pleśń, mokrości… i tak dalej. Człowiek stara się zatrzymać ciepło, ale wie dobrze, że już niedługo się podda i włączy ogrzewanie. No przecież nie ma innego wyjścia.

Tudzież nie będzie go miał.

A na razie popatrzmy na jeże przemierzające trawniki i kolejne posesje, starając się dostać do miejsc, do których tam planują się dostać. Choć dawno nie widziałam naszego zająca, to jednak wciąż wypatruję tej sarny z małym. Ciekawe, czy uda się ją znowu złapać – oczywiście na zdjęciu. Ustrzelić wiecie. Ekhm… tak bardzo dziwnie chce się człowiekowi do lasu, ale przemoknięcie, nie, na to nie może sobie pozwolić, no chyba że po prostu już wskoczy do tej wody, wtedy to ma jakąś logiczność. Czy coś w tym stylu. Wszyscy tak naprawdę czekają na ferie kartoflane a potem na spokój, przerwany jeszcze tylko wszelakimi marketami świątecznymi.

Nie mogę się ich doczekać.

Ale to już przecież październik!!!

Czas pędzi tak, że człowiekowi zaczyna się wydawać, że kompletnie nad niczym nie jest w stanie zapanować, więc sobie odpuszcza i goni kasztana, którego znalazł na drodze. Albo pigwę. No ale o pigwie już było. Była sobie kiedyś Genowefa o takim nazwisko, ale chyba już nie żyje. Czas pędzi i zabiera tak charakterystycznych ludzi, a nam zostaje co, Bieber? Podobno bidulkowi nikt nie chce chaty wynająć, osz jakże mi przykro!!!

Wyspa ma się serio dobrze.

Z tym jesiennym morzem, z tym czekaniem na kolorowe liście i wszelką, bogatą w nadzieję kiełkowania wilgotnością. I ostatnimi różami. Pięknymi, niesamowitymi, za którymi tak tęskniłam przez te dwa lata totalnej suszy.

Nic tylko rozpalić w kominku, ale nie mam.

Tia, brak jakiegokolwiek drewnowego systemu ogrzewania na Wyspie to rzadkość. Niestety tutaj czegoś takiego nie zaplanowano, a sam to sobie zrobić raczej chyba nie możesz. Dlatego piromanię uprawiasz tylko w świeczkach, dobrze wiedząc, że to nie to samo, ale światło jest. I ciepło jak zbliżysz nos do ognia i dziwny smrodek palonych włosów… uważajcie! A już w szczególności na dziwnie wybuchające ostatnio zapałki. Nie wiem co się dzieje, ale nie są takie jak za moich czasów… He he he!!! Nigdy nie rozumiałam tego powiedzenia, bo co to ma znaczyć: „za moich czasów”? Co to mój czas już się skończył i gadacie z uchem, czy jednak po prostu wciskam wam kit?

No serio?

Cóż… jak widać pełnia.

Jasno wszędzie, aż człekowi się zdaje, że mógłby tak przestać spać i pracować dwadzieścia i cztery na dobę. Oczywiście, gdy tylko księżyc skrywa się za chmurą, zaraz mu ochota do pracowitości nadmiernej i niezdrowej odchodzi, no ale jednak… przecież czyż nie o to chodzi światu. By się ludzie na śmierć zapracowali? W końcu oni najbogatsi będą mieli wszystko i dobrze wykonaną robotę i szybko wykonaną i na dodatek ludzkość wcześniej wymierającą. Nie oszukujmy się, przecież i tak nikt o nas nie dba. Pierniczą te mindfulnesowe teksty – a tak, tutaj też. Nagle odkryli, że w pracy należy i pochodzić i jogę potrzaskać, i może jeszcze kolorowanki i medytacje po pracy… Powiem wam, że śmiech na sali. Wystarczyłoby pracować sumiennie, wtedy stresu by nie było, świat by działał, a po robocie można by do rodziny…

Bo o niej tutaj to chyba dawno już zapomniano. Tylko wiecie, ba reklamach się ona lansuje. Ino patrzeć zimy, gdy na krowych łódeczkach wszystkich powyżej czterdziestki będą, ale oczywiście humanitarnie – odsyłać na wiekuisty i chłodny spoczynek. Ja tam przeciwko chłodnemu nic nie mam, ale… po kiego robicie tyle dzieci, jak nie myślicie o ich wychowaniu? Ogólnie w końcu świat w dziadków ubogi, a tutaj to już w ogóle, więc za rodziców nikt tego nie zrobi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szumi jej… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Kiblowa…

„Dokładnie to Wielka Mistrzyni Kiblowych Dam, no ale… kto tam pamiętał jej pełne miano… W pewnym czasie Niebieskie Skrzynki przejęły jej świat, zawalczyły, stały się wrogiem, a potem oczywiście wyzwolicielem i spisującym historię bohaterem, który w końcu zrodził nowego przywódcę i już ich nie było… Kiblowych Dam. Ale ich Mistrzyni się ostała. Przekleństwo nieśmiertelnych. Świat się im wali, a oni tylko patrzą, a potem jęczą, albo gorzej… Ostała się samotna, zapomniana, dziwnie niepotrzebna, w zbudowanym na wydmach domku z czerwonej cegły, z prostą wieżyczką, białymi oknami, widokiem na wszelakie pofałdowania piasków, mchy, porosty, wrzosy swą porą i wielką płaszczyznę morskości…

Właściwie Wiedźma Wrona Pożarta nawet nie zdawała sobie sprawy z istnienia Wielkiego Muszlowego Zakonu, wszelakich obrządków i wiecie, umiejętności krojenia toaletowego na jak najmniejsze, a jedna wciąż jeszcze użyteczne kawałki. Oj, oczywiście, że pamiętała czasy papieru, który można sobie było poczytać. Oddawało się gazety, a dostawało lekko ino miękciejszą podcierkę do pupy. I te malownicze wieńce papieru toaletowego na sznurku od snopowiązałki. Niegdyś wiele dam oddałoby to, co jedyne, za takowy przedmiot oddania męskiego, biżuterię jedyną w swym rodzaju… ale czasy się zmieniły. Tojtojki niczym Wielcy Eksterminatorzy wybili Babcie Kiblowe i ona sztuka uległa zapomnieniu, ale ona… pamiętająca czasy jaskiń do wynajęcia i krzaczków do wysadzania się, nadal trwała.

Oczywiście na Wyspie.

I może Wiedźma Wrona w drodze na Wielką Piaskową Patelnię – obecnie chłodniejszą – przeszłaby obok tego domku, gdyby nie charakterystyczny zapach, gdyby nie jakieś przeczucie, że kryje się za tym jakaś wielka historia. Gdyby nie smutna starsza pani w poliestrowym fartuszku w odcieniu zdechłego błękitu… i chustce na głowie kartkująca krzyżówki na małym, drewnianym stołeczku. Gdyby nie ono uczucie w pęcherzu, które miała już uwolnić w podcieniu starszych sosen i krzewinkach, podpatrywana przez czarniawego królika.

I tak poznała prawdę o małej i dużej sprawie. O walczących kobietach, o ich magii i przekleństwach… wielką prawdę codzienności, do której każdy chodzi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I słońce i wieje i deszcz…

Cudowna patchwokowa pogoda. Raz robisz pranie i wyłazisz na wszelką łazęgę, a w drugi dzień pracujesz przez cały czas. A co. W końcu trzeba korzystać. Ale jesieni nadal brak, aż zaskakujące. Liście twardo stoją w zieleni i tyle. Czadowa zmienność natury. Człowiek spogląda na oną wszelaką zieloność, zaorane pola i wszystko to niehalloweenowe i jakoś mu tak dobrze jest. W koc się zawinie i po prostu może odpuścić. Wyłączyć internet, załączyć muzykę, albo tylko szum uderzających o szkło szyby fal deszczu. Bo to znowu jak ze szlaucha puszczają…

Cudowny te deszcz.

Po dwóch latach wszelkiej suszy w końcu jakoś namakamy. Oczywiście, że będą podtopienia, ale czy na pewno? Przecież w rzekach wciąż niewiele tej wody, wciąż jeszcze jej brakuje, chociaż na polach pojawiają się te tymczasowe jeziorka. Odbijające niebo kiedyś w końcu, wszelako połyskujące srebrem przebijających się poprzez liście słońca. Zielone wciąż, zielone. I choć jagód wszelakich wciąż masa cała, to jednak nadal mało jesiennie poza morzem…

Bo morze ma teraz pobrązowione, pomiedzianowane brzegi. Piękne, niesamowite wodorosty zdają się zastępować kolorem liści nadrzewnych. Tych wszelakich pływających traw, liści, wszelakich roślinności jest cała masa. A kolory mają od czerwieni, przez różowatości i fiolety – i to takie ostre, razem z purpurami, po wszelkie żółcienie i brązy we wszelakich odcieniach. Po prostu coś pięknego. Jeśli załapiecie się  na bezwietrzny, lekko tylko falujący dzień, słoneczny, to możecie złapać na fotografiach całe obrazy. Niesamowite i jedyne w swoim rodzaju. Do tego jeszcze ten piasek pełen maciupkich patyczków w różnych kształtach i jeszcze… no śmieci niby, a jednak, tu łupiny orzecha, tam znowu kokosa, a tutaj pierun wie co za roślinki z cieplejszych krajów…

Może popływać?

Oczywiście jest też owrzosione wciąż Dueodde, gdzie trawy wyblakły, wciąż są ostre, dziwnie niebezpieczne, niczym wstydliwe mieczyki, które jednak chcą skosztować twojej krwi. Wybierając się na spacer w niedzielę, oczywiście spotkacie z kilka osób, ale przez większość czasu… jesteście sami.

I tylko ten piasek niczym cukier puder, albo miałka sól i kamyczki wydmuchane przez wiatr, czy raczej, piasek pod nimi wydmuchany w takie wieżyczki. Nikt tego nie zniszczy, więc takowa sztuka zostaje na dłużej… niesamowita, minimalistyczna, bo tutaj jakoś tak ni kamieni ni wodorostów, dwie maciupkie meduzy, które powaliły mnie swoi pięknem… w końcu pustka czarowna. W końcu coś takiego, coś spokojnego, wszelako mocno niedepresyjnego. Mimo onej pustki, z jednej strony napływa morskość, środkiem sól i piasek który oczywiście wciśnie się wszędzie i jeszcze oczywiście te sosny. Gdzieś tam chroniące sommerhusy. Może puste teraz bardziej, może wszystko to bardziej ciche, ale o to chodzi… A! Jeśli chodzi o sommerhusy, to nadejszło nowe prawo i jeśli się zestarzejecie, możecie sobie spokojnie w takowym mieszkać. Znaczy wiecie, na emeryturze przestaje was obowiązywać prawo mieszkania w domu całorocznym.

I fajno!

Jestem za!!!

Bo ten piasek na Dueodde taki ubity, więc na starość nie będzie trudno spacerować sobie od czasu do czasu. Chociaż na własną starość, to ja poproszę raczej u siebie, w Gudhjem, bo ja bez skał nie mogę. Lepiej mi się tutaj i chodzi i żyje i pływa i nawet pigwę znalazłam… przy pomocy pomyślunku, ale w końcu może i pigwę będę miała. Na starość jednak trzeba będzie jakieś zdrowotne naleweczki, czy coś, co nie?

Ekhm… może i teraz by się zdało?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Kiblowa… została wyłączona

Pan Tealight i Bazowy Potwór…

„Musi by taki, wiecie, niczym wzorce z Sevres…

… tego tam pod Paryżewem. To jest i on. Bazowy Potwór. Taki, którego modyfikujecie według swego uznania, takie już dobry, ale przecież nie będziecie się opierać wyłącznie na nim jednym. Taki… okay, ale jeszcze ząbki, uszka, jedno oczko i może w łapie, pokaźny oczywiście, rachunek? Albo włoski, lub zamiast nich te pająki i węże, węgorze i jeszcze kilka kleszczy wielkości pięści. Skaczących takich w formie zapinek wsuwek i wszelakich kokardek. I jeszcze… może tak odgłosy. Wiecie, łańcuchy jakieś i płomienie i jeszcze plucie kwasem, choć to podobno obłożone jakimś patentem jest, czy czymś…

Nie wiadomo.

Wszystko przecież zależy od nabywcy. Jak mawiali Starożytni Rzymianie: nasz klient, nasz pan!!! Chcesz kolorków, dostaniesz je, pięć diodek w tyłku, nie ma sprawy, ma się zginać i mieścić w szafie, pod łóżkiem, oraz w ścianach… da się zrobić. To tylko projekt wstępny. Można wyginać, można przycinać, można doszyć, dokleić, no wszystko z nim można, bo on taki spolegliwy.

… dość miał tego wszystkiego. Wiecie, naprawdę miał dość. Tego macania, tych nieprzystojnych dowcipów, no i jeszcze wszelkich ocierań się, a niektórzy, byście wiedzieli tylko, co oni z nim robili, a przynajmniej próbowali. Nim uciekł do Wiedźmy Wony Pożatej, by skryć się w jej Szafie Do Innych Światów. Postanowił poprosić o pozycję odźwiernego. Nie żeby był potrzebny taki osobnik, ale jak jest chętny, to czemu nie? Zresztą Wiedźma Wrona dostatecznie się bała Szafy, by mu na to pozwolić. I jeszcze na więcej oczywiście. No szkoda jej się go zrobił, gdy taki okrwawiony, w prawej łapie jakiś język, w lewej noga i wątroba wciąż świeżutka, wciąż żelaziwem tchnąca silnie, kapiąca, przybył pod drzwi Chatki i poprosił o azyl mocno religijno-polityczny. Nie mogła powiedzieć: NIE!!!

Zresztą, przy jego błagających, załzawionych oczach? Pierun wie, czy to od gazu pieprzowego, czy serio tak bardzo już miał dość wszystkiego, ale jednak. Dała się… nie mogła odmówić. Zresztą obiecał nie hałasować i ogólnie być właściwie niewidocznym, czyli tak jak ona sama, więc… chyba się polubią?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „ZOO” – … jak ja się naszukałam tej powieści. No za kija grzyba nie mogłam jej dostać, aż w końcu… i zaskoczenie, bo o serialu wiem nic. I zrozumienie, a już zakończenie tej książki… po prostu w końcu prawda!!!

Dobra, powieść jest niesamowita. Przeraźliwie prawdziwa, ludzka i dopracowana. Rzeczywiście gotowy scenariusz na film czy serial. Bo aż nie chce się uwierzyć w ludzką głupotę. Aż zwyczajnie się nie chce. To, że natura w końcu się burzy, buntuje, że wyraża to dosłownie i namacalnie, brutalnie i wrednie miejscami to jedno, ale poboczny wątek pewnej utopijności, ech…

… czy umielibyśmy?

Oto powieść kolejna o człowieku.

O tym, że takowy nie potrafi się zjednoczyć, a już w USA jest tak rozleniwiony i poszeregowany kasowo-klasowo, że łeb pęka!!! Oto kolejna historia o tym, że już przegraliśmy, więc serio, bawmy się. Bo długo już tak nie pociągniemy. Może nie będą to zwierzęta, może nie dziś, nie jutro, ale dążymy do zagłady. Strasznej i brutalnej. Bolesnej i dziwacznie wciąż ZASKAKUJĄCEJ.

Tak… powieść o człowieku. Człowieczeństwie. O homo sapiens sapiens, któremu jedno sapiens już gdzieś ucięło. Wspaniała. Przewidywalna, a jednak, do końca będziecie mieli nadzieję, zapewniam was. Bo też jesteście ludźmi. No, chyba że nie? Jesteście w końcu, czy nie? Zresztą, co tam, nie oceniam. LOL

POLECAM

Chyba chodzi o historię i jakąś etykę…

To musi być to, bo gdy sprowadziliśmy się na Wyspę, dzieciaki jeszcze latały 31go… ale teraz. Teraz już nie. No i tak serio, dziwne to trochę takie łażenie po mieście i pukanie/walenie w drzwi, do ludzi i domaganie się cukierków, bo jak nic nie dasz, to kurna w dzisiejszych czasach jak nic, to wpierdol. Znaczy psikus, ale kto może być tego pewnym? No wiecie, pierun wie jak to jest z tymi psikusami. Zresztą, Wyspa ma swoje łażenia, ale wtedy wprost chcą kasy, a ja udaję, że nie istnieję…

Oj pewno, jakaś, czyjaś tradycja. I kiedyś to miało sens jakiś, ale teraz? Tak serio? Jeszcze szczególnie w czasach, gdy każdy na coś uczulony i ogólnie cukierki to nie jest coś dozwolonego… spoglądanie na dzieci cieszące się z małych pudełeczek rodzynek, serio człowieka jakoś nie cieszy.

Naprawdę.

Ale dynie będą. Jak zwykle. Czy coś z tego wyjdzie, czy będzie pogoda? Czy wszyscy będą mieli wolne i czy zmarnują je na sprzątanie w ogródkach? Pierun wie. Jedno wiadomo na pewno, pogody to nikt nie przewidzi. Serio, kompletnie nikt. Nie wierzcie pogodynkom, ni telewizyjnym prorokom, Płanetniki działają nad Wyspą w szczególny sposób. Podejrzewam, że szukają człowieka, zaglądają mu w myśli, jaka mu się tam pogoda marzy i spełniają jego życzenie.

Pewno… ludzie podobni do siebie, więc wiecie, dopasują się do większej części lub mniejszej, ale jednak, nigdy nie wiadomo. Niczego nie można być pewnym. Ni słońca, ni burzy, ni wichrów. Niczego.

Na zewnątrz wieje i duje.

Malutka sroka grzebie mi w trawie… po prostu rąbany raj. Oczywiście trawa przycięta na przepisową wysokość, ale co do sroki, to nie wiem. Czy ona jest przepisowa? No wiecie, takie srocze normy europejskie? Może i srokom narzucili długość i barwę skrzydełek, układ dzioba, wszelakie odgłosy?

Na zewnątrz duje i wieje, i wiecie, cudnie się siedzi po drugiej stronie szyby. Dziś nie mam ochoty na tańce pod chmurami, na wszelakie się namakanie, oj nie. Nawet nie wysadzę tego, co mam. Niech poczeka. Może. W końcu trzeba się nauczyć bycia typowym Duńczykiem. Wiecie, zwalniającym, korzystającym z wszelkich udogodnień, otwartym w swym bólu wszelako i biorącym wolne w robocie na każde dziecko. Wiecie, ludzie się pytają, czy znamy Polaków do roboty, bo by z chęcią zatrudnili. Ekhm… a podobno niewolnictwo nie istnieje. He he he! Ech świecie, jakże się okłamujesz każdego poranka. Jakże prosto we własny ryj.

No dobra, zwalmy te moje refleksje na wszelką deszczowość. Ślicznie spływającą po szybach, krople łączące się w strumienie, jeziorka, stawy i wszelakie rzeczki. Pojedyncze pozostające pojedynczymi mimo tych wszelakich wietrzności, niedające się temu przymusowemu gromadzeniu. Takie niespływające. Zbuntowane. Pewno czadowo by wyglądały z choinką w tle, no ale… tak wiem, jako jedyny osobnik na świecie, ja od września zaczynam świętowanie!!!

A co!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bazowy Potwór… została wyłączona

Pan Tealight i Stary Grzyb…

„Z Grzybową Pan Grzyb, pochodzący z całkiem dziwnego miejsca, którego nazwy nikt nie potrafił wymówić, zamieszkali w gårdzie o żółtych ścianach, żółtych myślach i wspomnieniach, żółtych pokojach, żółtych jaśniej ścianach i ciemniej pociągniętych oknach… Miejscu o żółtych legendach i mitach całkiem słonecznych, o jasnopomarańczowych duchach i mikrych pomocnikach z dziwnie nagietkowymi twarzami. Obsadzonym słonecznikami dookoła, ale całkiem niewidocznymi pośród tej całej żółcieni…

… oraz ze wściekłym, kompletnie żółtym kogutem.

Tam, gdzie i płot był w ciemnych odcieniach żółtego drewna, a słoma na dachu tylko wspominała swoje złotawe czasy. No i oczywiście komin żółty był i kury, dwie krowy, dwa konie, oraz całkiem żółty wóz, którym wozili nie tylko siebie wzajemnie. Gdzie myśli nagle stawały się dyniowe, a wszelaka myśl brzoskwiniowa, mandarynkowa i pomarańczowa w tej jaśniejszej, sokowej odsłonie.

Zamieszkali.

Sprowadzili się bez żadnego zawiadomienia, żadnej żółtej kartki ze złoceniami oznajmiającej, iż Pan i Pani Grzybowie mają zaszczyt zaszczycić swoimi zaszczycającymi osobistościami Wyspę. Zwyczajnie nagle się pojawili z tymi meblami lekko lecącymi stęchlizną, starym ciastem drożdżowym, babką piaskową bez lukru i żółtym psem o trzech oczach oraz klapniętym ogonie. Zawsze nieszczekającym, bo i po co, już sami właściciele dziwnie odstraszali.

Oczywiście Pan Tealight pomyślał przez chwilę o tym, że może powinien jednak się do nich przejść, w końcu to sąsiedzi przez lasek i drogę, ale w końcu stwierdził, że gdyby tylko droga, albo tylko lasek to by jeszcze wypadało, ale obydwie te rzeczy ich oddzielające, jakoś tak zwalniają go z obowiązków głębokosąsiedzkich. No i w końcu to on był tutaj najstarszy, więc chyba oni powinni? Z drugiej strony, kto tam dzisiaj poza Wiedźmą Wroną Pożartą dbał o jakiekolwiek konwenanse?

I miał z tego powodu wyrzuty sumienia?

No serio…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Następna dziewczyna” – … po pierwsze. Nienawidzę porównywania książek do bestselerów. Wiecie, obecnie każde grubsze trochę fantasy to „Gra o tron”, co nie? Kilka klapsów w książce, już Grey…

Ale… co do książki, to jest średnia. Żeby nie powiedzieć iż słaba. Mamy porwaną dziewczynę, zbuntowaną nastolatkę i matkę, która wyrzuca sobie, że nie jest dobrą matką i która oczywiście uważa, że jej córka nie ma żadnych tajemnic. No po prostu serio? Znowu to samo? Kiedy w końcu dorośli przestaną myśleć, że kontrolują swoje dzieci? Helloł? Nie pamiętacie jak to było?

Serio?

Mniejsza.

Tak naprawdę w tej powieści nic się właściwie swej kupy nie trzyma, a postacie są nie tyle papierowe, co właściwie nie istnieją. Są imieniem i nazwiskiem, są oczywiście określonym przydatkiem: matką, córką, gliną… Są tym wszystkim, ale niczym poza tym. Brak w tej powieści jakiejś głębi, brak w niej tak wiele, że zdaje się być śmietnikiem. Gdyby wywalić z niej i to i tamto, może coś by z tego było, potem lepiej ją napisać, lepiej skleić i dorzucić kilka opisów, może… Intrygujący element matczynych lęków tutaj został sprowadzony do ogromnej wady!!! Cała rodzina ma jej za złe, że ta jest chora. Że ma stany lękowe!!! Serio?!!! Tak chcecie postrzegać tę chorobę? Czy autorka w ogóle wie co to znaczy bać się i zwyczajnie nie móc?

Naprawdę?

Oj nie polecam.

Piękna pogoda.

Serio!

Nawet polazłam sobie wiecie, popływać. Oczywiście, że dziwnie to wygląda, gdy reszta świata nosi kurtki zimowe, ale nic to. Tak serio, tego zimna w wodzie wcale się nie czuje. Znaczy wejście do morza to lekkie wyzwanie, al akurat był zachód słońca, jeden z najpiękniejszych jakie widziałam, z pomarańczami szalonymi, bez czerwonowatości, tylko właśnie z taką dyniowością nieboskłonu… musiałam wleźć do wody. Zresztą i tak podobno prawie wszystkie meduzy wywaliło w Kołobrzegu, więc czemu nie. A te, które znalazłam u nas, zrobiły zajebiste fotki!!!

Pięknie pozowały…

No więc wlazłam do tej wody i po chwili, zwyczajnie jakoś tak… popłynęłam. Pewno, że lepiej nie zanurzać wody i nurkowania nie będzie, bo przy wietrze zimnym jak otworzona zamrażarka łba lepiej nie przewiewać przy wyjściu i… planując potem jeszcze wyjście na zakupy, no ale. Z mokrymi gaciami też dobrze się robiło shopping. Tak wielkich dyni nie miałam nigdy. A pływanie… Pomarańczowy zachód słońca, czyściutka woda, po prostu jak pływanie w płynnym złocie. Ino mniej gęstym… muszę to powtórzyć. I to koniecznie. Olać konwenanse, przecież są panie, które robią to przez cały rok. A pomijając wielkie fale i wichury, czemu tego nie robić?

Czemu?

Dlaczego się tego zabrania jakoś tak dziwnie.

Znaczy poza Wyspą oczywiście. Bo u nas miejscowi to robią. Robią wiele rzeczy, o których nie wspominają szerszej publice, bo i po co? Wiecie, czasem lepiej milczeć. Co ja tam gadam, częściej, a właściwie zawsze lepiej milczeć i opinie swoje zachować dla siebie i się nie wychylać za mocno, bo raczej nie…

Bo można oberwać.

Bo wieczorem po Rønne chodzą grupy imigrantów i zaczynasz się bać… ale do wody przecież nie wlezą, co nie?

Zachody słońca, siedzenie na plaży…

Teraz, po sezonie, a jeszcze przed feriami kartoflanymi, jakoś tak można po prostu sobie samotnie… poleniuchować. Jeśli tylko sobie pozwolicie na coś takiego. Nie oszukujmy się i tutaj wszyscy zapracowani. I choć pewne prawa są inne, nie oznacza to, że niektórzy nie wykorzystują ich maksymalnie, a ty musisz za nich zapierdalać. Wiecie. Każdą lukę wykorzystają… ludzie wszędzie tacy sami. Ino tutaj troszku dziwnie mniej obrotni. Tak jakoś dziwnie…

Zepsuła się nam ciepła woda.

No wiecie, ta maszynka ponownie wysadziła korki – jak w 2013 – i woda się skończyła. Oczywiście w niedzielę nikt nie przyjedzie, a nawet jeżeli, to człowieka zwykłego na to nie stać, więc przypomniał sobie jak to jest gdy trzeba się umyć w mikrej misce w kilku czajnikach wrzątku i zimnej wodzie. Jakoś poszło, ale… ale w poniedziałek ktoś przyjechał i wiecie co? He he he… ponieważ na nie uwierzyli, że wiemy co się stało, więc oczywiście osobnik, któy przyjechał nie był w stanie naprawić Grzejącego Wodę Smoka. Oj nie. Trzeba było wezwać elektryka. Oczywiście z drugiego końca Wyspy, ale nic to… powiedzcie mi jednak jakie wykształcenie miał osobnik, który do nas przyjechał, bo ja chyba nie do końca rozumiem? Co, myślał że serio żadne z nas nie umie wymienić pierniczonego, wyskakującego bezpiecznika?

He?

W Danii serio od każdego, najmniejszego zajęcia jest osobny osobnik. Nie jak w Polsce, gdzie jeden facet zrobi ci wszystko, a większość chłopców i dziewcząt potrafi nie tylko zlutować, zaszpachlować, pomalować, ale i opierniczyć jak należy. Niby to ma utrzymywać oną równowagę płacową i to rozumiem, ale jednak… chyba nie rozumiem tego do końca. Tego niemyślenia. Jeżeli usterka już była i zdarzyła się ponownie i wiadomo, że zdarzy się znowu, to kurde…

Co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stary Grzyb… została wyłączona

Pan Tealight i Jesiennie…

„Już zacząłeś to czuć w powietrzu.

Już pojawiły się dynie w sklepach, a ty wciąż nie rozumiesz jak można się podniecać dyniowym smakiem, bo seryjnie tobie nie podchodzi… Już czekasz na te liście, a one nie nadchodzą i nie rozumiesz dlaczego, bo tak bardzo kochasz ten czas. Nie jak zimę, no ale jednak. I ten chłodek. I zioła ścinane raz ostatni i znowu kwitnące róże. I zaorane pola pokazujące kolory ziemi…

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki naprawdę już była w tym nastroju. Znaczy wiecie, julowym. No co? Każdemu wolno zaczynać kiedy mu się podoba i tyle!!! A wiedźmom to już w ogóle. Z nimi nie wygrasz, nawet nie próbuj, zresztą, co ci to szkodzi, że ona się już kolęduje? Przecież po prośbie z tacą nie chodzi!!!

Może i Wyspa kalendarzowo czuła się już jesiennie, to w kolorach wciąż jeszcze się je ubożyło. Jakoś nie spieszyło się jej do zmycia z siebie onej zielonkawości. Jakoś tak jej się nie chciało za szmatę chwycić, gąbeczki wyszykować, michę z bąbelkami czerwoną na ziemi postawić i po prostu wrócić do kolorów. Bo widzicie, w tym roku Jesień była… niebieskim krasnalem z fioletowym nosem, uzależnionym od wina pędzonego na powidłach śliwkowych. I to wiecie, wyłącznie węgierkach. Nacjonalista kurcze, czy coś? Nie wiadomo, ale ni dogadać się z nim nie można było, wiele wydusić też się nie dawało… a w ogóle rozmowa jakakolwiek z nim… serio, no nie pachniał konwaliami. Naprawdę!!! Walił jak stary i przepity, niemyty stary dziad.

Ktoś musiał zająć się oną porą roku w tym roku, bo z tym gościem raczej niczego nie osiągną… ale jak tak samemu? Ale jak tak bez pomocy? Ale jak… wiadomo, że człek tych jesieni przeżył sporawo, ale wciąż ale. I wiecie, chętnych raczej nie było. Każdy jakoś dziwnie zajęty nagle, a to włosy myje, a to okna szoruje i łaty łaci, a może jednak nie tyle zajęty, tylko wiecie, nie chciał nikt wziąć na siebie odpowiedzialności? Bo co jak zawali sprawę? I będzie na niego?

Tylko i wyłącznie?

No na kogo zwali?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kości mojej siostry” – … pokręcona. Wojenna, a jednak nie do końca. Może i przewidywalna miejscami nadmiernie oczywista, ale jednak intrygująca i głęboka.

Kate i Sally, to równoznaczne bohaterki tej powieści. Jedna to reporterka wojenna, która wraz z (oczywiście) nieodłączną traumą wraca do rodzinnego domu. Sally – jej siostra, jako nastolatka zaszła w ciążę i jest alkoholiczką. Śmierć matki nagle ponownie je spaja, a może wyłącznie spoiwem jest ono pokręcone szaleństwo? Bo przecież czy to tylko trauma wojenna, czy jednak coś więcej? Genetyczna choroba, a może nieumiejętność radzenia sobie z teraźniejszością, którą na przegraną skazała przeszłość? I… której siostry kości ułożyły tytuł powieści.

Książka jest mroczna i przyciężka miejscami, ale też dziwnie koślawa. Niedomyślenie się tego, co się dzieje, to serio wyczyn. Zło objawia się od razu. Jest dziwnie logiczne, a seksizm przejawiający się w zachowaniach policji razi koszmarnie. Powieść jest koszmarnie „amerykańska”. Wiecie, każdego ruchu można się spodziewać. Tych się boisz, tych nienawidzisz, ona wyszkolona grzeczność, rąbana poprawność polityczna… nie. Nie wiem, czy autorka po prostu chciała uczcić przodków, czy jednak przekazać coś więcej, ale nie do końca wyszło. Jako pełen zakłamania portret dwóch sióstr – powieść bardzo dobra, ale cała reszta, ta wojenna otoczka zdaje się być dodana na siłę.

Bo taka wiecie… moda teraz.

Siedzę, gapię się w ciemność i słucham szumu morza.

Wiecie, dziwny to szum, gdy wiatr nie wieje, a fale są. Jakby miały specjalne zasilanie, albo płaska ziemia w rzeczywistości miała na krańcach syrenice, co to się lubią czasem ogonami powachlować… i dlatego są fale. Trzymają się krawędzi, zaglądają na oną spodnią stronę, po której maszerują całkiem inne ludki, bardzo światowe i sobie ogonami dyrgają. Bo co innego mają do roboty. I w ten sposób mamy fale…

A tak, świat ostatnio stał się tak bardzo porąbany, że człek już nie wie co bogie, co diabłem, a co polityką ino. Kiedyś chyba było łatwiej. I nie, nie oznacza to, że Dania jest wolna od takowych zachowań, oj nie. Oni tutaj po prostu bardziej i lepiej się kryją. Każdy od razu rodzi się z Oskarem Akademii Filmowej… i udaje. Wszystko. Strasznie to brzmi, ale czy źle na tym wychodzą, jeśli w to wierzą?

Przegraliśmy właśnie walkę o tak zwany domek smerfów. Wiecie, oną obleśną kopię kościoła rotundowego, która ma stanąć na jednym z rond… kij by jej było w oko, bo to darowizna, gdyby było tam puste miejsce, ale piękną lipę dla tego szkaradzeństwa pokrętnego wytną… dla onej pseudosztuki, więc myślący podnieśli raban, że dość mają onych różnych rupieci i śmieci na rondach – patrz szrot rdzewiejący przy wyjeździe na Gudhjem, że należy w końcu jakąś może krytykę ustalić, a nie traktować wsio jako wielką sztukę… ale przegraliśmy. Si, byłam przeciwna. Teraz na rondzie będzie stała kopia czegoś, co zobaczyć se możesz kilka kilometrów dalej w miłych okoliczościach przyrody i całkiem historycznie.

A nie coś co daje tlen i piękne jest.

Przy okazji tak zwany zarząd od sztuki obraził większość Wyspy, wyzywając nas od durniów, chłopków roztropków, co to się na sztuce nie znają, co pojęcia nie mają o wyższych sferach, na pewno nie niebieskich… i ogólnie nadają się ino do szorowania chodników. A jak o chodnikach mowa, to znowu smoki chodzą. Wiecie, w kraju z najwyższymi podatkami ekologicznymi, walczy się z roślinkami między płytkami chodnikowymi dmuchając na nie ogieniem. Oczywiście nic to nie daje, ale koleś obchodzi swoje, traci gaz, wydziela co wydziela i ogólnie śmierdzi… na mnie dziabiącą roślinki starymi, grubymi nożyczkami patrzą dziwnie. Ale tutaj na kolanach pracują ino Polki, Tajki i oczywiście ekhm… o których się nie mówi.

Duńczyk musi mieć urządzenia.

W Knudskirke nowy kamień runiczny.

I dzięki temu imię jego jest czterdzieści i jeden. A może czterdzieści? Nie no, pewno że wielkie halo jest, bo leżał se cały czas, ale nikt go nie zauważył, no ale… czyż nie większość odkryć właśnie tak się dzieje. Przecież owo sławetne: iż należy w końcu wykopaliska zrobić w muzealnych piwnicach i wszelakich skarbcach, czy szopach zwykłych, nie wzięło się znikąd. Tak wiele jest odkryte i wsadzone w pudła, że łeb mały…

Ino opracować nie ma tego komu.

Ale może w dzisiejszych czasach to i lepiej? No wiecie, przyjdą jeszcze i zniszczą, jak ostatnio niszczą menhiry w UK? Bo przecież tych naszych nikt nie pilnuje. Sztuka pradawna dostępna jest dla każdego. Czy stojące kamulce, czy dolmeny, możecie poganić się na całego. I jest to szalenie niesamowite. Ale ludzie… się zmienili, więc może będzie trzeba przemyśleć stworzenie parku runicznego? Choć szkoda by było… Te samotne kamienie stoją niczym pradawne znaki olbrzymów, które miały manię nie do końca prostych linii i smoków czy węży. Piękne są. Intrygujące. Te pod kościołami, wiadomo, od razu jakoś inaczej się widzi, a te na kościelnych ścianach mnie przerażają, ale ja dymię po wejściu na poświęconą ziemię, więc pewno to ino mój problem. LOL A te wmurowane. A tak, takie też są. Nosz przecież łatwiej poskładać kamienie z okolicy, niż wlec je z i tak niedalekiego kamieniołomu… tak było na całym świecie, nie tylko tutaj. Z drugiej strony, co się ludziom dziwić…

Czy da się żyć i jednocześnie utrzymać oną cudowną zaprzeszłą przeszłość w całości? Chyba to jednak utopijne życzenie. Jeżeli nie poważasz własnego dziadka czy babci, to czy będziesz oną dalszą przeszłość? Ech… stara jestem i tyle.

I za dużo morza słucham. Po kompletnym ćmoku. Ono miesza człowiekowi pod deklem nadmiernie. Bardzo mocno. Człowiek się uzależnia gorzej niż od innych używek. Jak tylko cichnie, nagle wpadasz w panikę i nie wiesz co ze sobą zrobić.

Strasznie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jesiennie… została wyłączona