Pan Tealight i Praktykantka…

„Dobra, przyszli oglądać ją wszyscy…

… w końcu to trochę dziwaczne i dziw nad dziwami by chcieć być przedwiecznym i wiecie, tak na zapas, i gdyby świat miał się zakończyć, pobierać nauki. A dodatkowo dziewucha była niczego sobie. W typie księżniczki, złotowłosa i biuściasta, taka, że Królewny i Księżniczki po Best Before od razu się obraziły i zajęły swoje wieże zasuwając kotary i zatrzaskując wymownie okiennice w różyczki i motylki, tęcze, jelonki i wszelakie tam krapowate, słodkie do wymiotu pawiowego cudowności. Te mniej obraźliwe chciały podpatrzeć w co była ubrana i jak uczesana, co nosiła i czym pachniała ona Praktykantka Adeptka… wiecie, w końcu mieszkając na Wyspie czerpać mogły wszystko wyłącznie z internetu, a tutaj jego działanie plątała magia i Pan Tealight który nienawidził onego ustrojstwa, więc… Ale ona Praktykantka miała na sobie poza oną księżniczkowością tylko dziurawe , sprane, ale wciąż ostro czarne dżinsy i czarną bluzę z kapturem i napisem Death Metal…

… więc…

Za to Wiedźma Wrona Pożarta poczuła się najpierw zaskoczona, a potem najzwyczajniej w świecie bezczelnie oszukana. Wiecie, ona, taka jedyna pieszczoszka Szarego Przedwiecznego, nie tolerowała innych kandydatek do tego tytułu, więc… no ale, co miała zrobić. Smarkula, oczywiście o idealnej figurze i cudownych włosach rozbiła sobie ciepły namiocik przy Mostku i kłaniała się jej niżej niż kostki, co łamanej bólami krzyża Wiedźmie zdawało się dodatkowym szyderstwem. No i to ubranie. Przecież to Wiedźma Wrona kochała czerń!!!

A Pan Tealight?

Widzicie, w tym całym zamieszaniu chyba ktoś go zapomniał zapytać o zdanie, więc się ukrył. Nie wiadomo było gdzie, choć pewno, gdyby przydusić Ojeblika – małą, uciętą główkę, to spokojnie by go wywąchała… ale nikt jakoś o tym nie pomyślał, jakoś tak wygodniej było, więc… więc w końcu Praktykantka zwyczajnie wtopiła się jakoś w otoczenie.

I czekała.

Wszyscy właściwie jakoś tak czekali.

No musiał przecież Przedwieczny zareagować, bo już go głośno Wiedźma Wrona informowała o swoim obrażeniu i przeprowadzce do Szwecji. A wiedźmy Wyspa nie mogła stracić. Nawet takiej o marnych włosach i w wieku podeszłym. Z brzuszkiem, zwisami i ogólną degrengoladą w spojrzeniu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wolni ciutludzie” – … oni, malutcy. Ale nie lekceważcie ich, bo są wolni, co są sobą i waleczność ich jest legendarna.

Poznajcie ich, ich mitologię, ich Największą oraz… Tiffany Obolałą, bo to przecież poprawny początek jej historii. Dziewczynę, która po śmierci swojej babci przejmuje jej obowiązki właściwie naturalnie. Właściwie nawet nie myśląc, nie zauważając magii. Ale oczywiście wiedząc o nich…

I tutaj zonk.

Pamiętajcie, że istnieje inne tłumaczenie tych kilku części Świata Dysku i tak naprawdę warto przeczytać obydwa. Mimo wyższości Piotra W. Cholewy, to jednak naprawdę warto, bo ci piktyjscy wojownicy, choć mikrzy, to jednak rajcujący są. Mega są. I w ogóle chcę ich w swojej własnej okolicy, ale u nas kreda to występuje tylko na niewielkiej połaci Wyspy, a nie sądzę, że chłopaki chcieliby w granicie?

Chociaż może?

Jedna z najbardziej mocnych powieści cyklu!

Naprawdę.

I szarość i wietrzność.

Tak sobie myślę, że jeżeli komuś trafia się taka pogoda na wakacje, to rzeczywiśćie będzie już zawsze myślał o Wyspie dość mrocznie. Szczególnie w tym okresie, gdy w Gudhjem rozstawili stare ozdoby. A tak, już są, pojawiły się w piątek po południu. Co zabawne, jak biegłam na swój spacer jeszcze ich nie było, ale jak mnie przewiało, wywiało i tak dalej… i wracałam, to już były.

Koszmarki.

Wiem, że większość powie, iż lepiej to, niż nic, ale… mnie to smuci. Stare sześciany słomiane, które przechowują chyba od wieków. Lekko nadpleśniałe, strasznie cuchnące… oczywiście bdzie maciupki labirynt wkurzający tych grających w bule, będzie wyścig, dziaranie dyń… będzie, wszystko za opłatą, no przecież o to chodzi. Jak na razie sobota była szara i wilgotna, choć ciepława, więc nie było tak źle. Pewno. Na 100 procent są cukierki i czekoladki. Ostatnim dechem bulgocze lodziarnia już tak bardzo gotowa na to, żeby po prostu odpocząć. Trzeba będzie wybrać się na lody i uczcić nadchodzącą zimę. Nie mogę się jej doczekać, ale jak na razie – połowa października – jesień mnie zawodzi. Wieje, zrywa zielone liście, nie koloruje ich, jakby ktoś serio zapomniał na czym to polega. Nawet klony w większości strajkują.

Nie ma szurania liściami, nie ma spacerów po kolana w tej szemrzącej szaleńczości, nie ma… no nie wiem, jak nie ma, to co właściwie jest? No jest jeszcze wciąż zieleń. Za to morska jesień już zniknęła. Jeden sztorm, drugi i już nie ma traw, wodorosty posprzątane. Jeszcze czasem coś się trafi, ale to już wyłącznie wspomnienia. I nastał tylko błękit i granat i ona stalowatość, dziwnie zdająca się smaczną, gdy tylko słońce zajdzie, albo zacznie zachodzić… oj, wtedy ona stalowość staje się liliowa i już nie rozumiesz jak to wszystko działa. Znaczy uczyli cię w szkole, ale przecież jak takie niesamowite piękno wpisać wyłącznie w naukę?

No właśnie jak?

A może o to chodzi, żeby tego nie robić? Tylko czuć?

Ech…

To nie jest tak, że człek marudny i ogólnie dziwaczny, ale serio czekam na jesień. No jakoś mi jej tak mocno brakuje. Za to dzisiaj sprawdziłam głębsze połacie lasu i wiecie co? No zieleń tam ogromniasta, a kolejny orkan styrke się zbliża i co my z tym zrobimy? No znowu nam liście zwieje?

Ale pomiędzy oną zielonkawością oczywiście są pojedyncze gałązki, są i klony, które nieśmiało, ale jednak próbują coś z siebie szalonego wykrzesać. Ech, dumna jestem z nich jak nie wiem co. Za to grzyby – pewno przez wilgoć wszędzie się przebijającą, nowe strumienie tworzącą i oczywiście stojącą na polach – są. I dziwne są. Wiecie, niby człek od małego bawił się albumami o leśnej ściółce, ale jednak takich cudów w takich kolorach: niebieskich, szarawych stalowo czy buraczanych i fioletowych… to jeszcze kurcze nie widziałam. Do tego drapieżne ptaszęta siedzące na polach…

No dzicz!!!

Oczywiście w leśnych ostępach raczej pustka. Tu i tam ubyło drzew, tu i tam znowu przybyło młodziaków. Wszystko się zmienia, niestety, bo leśnych zmian nie lubię. Tych ludzkich. Zapatrza się człek w małe, leśne jeziorko, na one dryfujące po nim wszelakie liścieje i inne tam nasionka i jakoś tak się uspokaja. Bo jeżeli one się nie boją tak po prostu szaleć w ostępach onej dziczy wyspowej, to może i ja mogę? Wiecie, poszaleć? Chociaż nie. Kurcze, no za mokra ta ściółka, żeby po prostu tak się na niej uwalić. Nie, to nie przejdzie, do tego oblazły mnie robale i robiłam striptease!!! No tak mnie robale oblazły!!! I to wielkie takie!!! O co chodzi? Ja rozumiem, że nagle ciepło strasznie się zrobiło, ale to przejdzie, spokojnie, robale won z powotem spać. Nawet mrówki, w tych swoich gigantycznych, semi-termitowych kopcach wciąż jeszcze nie śpią. I nie chcą zjeść okruszków czipsów.

Hmmm…

Ciekawe…

Człowiek serio tak zwyczajnie spacerując widzi dziwy i szaleństwa. Oraz pierwsze Julowe słodycze w Lidlu i Netto!!! Hurrrrraaaa!!! Tak, jestem absolutną zwolenniczką christmasów przedwczesnych! Zresztą, jak dla mnie i tak późno! Ja zaczęłam już we wrześniu, zresztą, tak serio przecież… czy ja w ogóle kończę kiedykolwiek choć na chwileczkę? Nieeee!!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.