Pan Tealight i Niemoralne zachowanie…

„Abstrakcja.

Ale przede wszystkim odstępstwo i aberracja. Wszelaka nienormalność i silna osobliwość. Może nawet przeniewierstwo? Może i niewierność? Nie no… chyba nie aż tak bardzo? Nie aż tak mocno?

A może?

Może tak bardzo przyzwyczaili się do wszelakich dziwności, że coś, co niegdyś zwano by normalnością nie było przez nich dostrzegalne? Mogło się tak zdarzyć. Przytłoczenie wszystkim co niespotykane, a nawet jak i normalne względnie, to nagle określane innymi mianami i oskarżane o odstępstwa… w takim w końcu świecie żyli tutaj. W Białym Domostwie. W Sklepiku z Niepotrzebnymi.

Ale to?

Serio?

Wiedźma Wrona Pożarta zażądała od świata swego perfum!!! I to wiecie, nie tych zwykłych, co to się tam raz na jakiś czas psikała, ale czegoś różowego i w stokrotki i z kwiatami na flakonie i na koreczku i ogólnie… tak, na szczęście była przecena, ale ono żądanie? I te nagłe ciągoty do zapachów o takiej cenie? No oczywiście, że miała świra na punkcie świeczek pachnących, ale perfumy?

Serio?

I co teraz? Bielizna z koronki, makijaże i poprawność polityczna? Przecież od tego ino krok ku wszelakiej… Pan Tealight bał się nawet w myślach to wymówić… normalności innych cudaków. Tak zwali zwykłych, poprawnych ludzi. Nudnych, przewidywalnych i ometkowanych. Co jeśli zmieni buciory na szpilki, pończoszki i inne niemoralne ciuszki? Co, jeśli zapragnie kapeluszy, końskich wyścigów i tak dalej, łącznie z herbatką u królowej. Choć nie, u królowej to raczej kawa… co jeśli zacznie ją pić?

Co się dzieje?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje.

Wieje strasznie. Aż mózg boli, jakby nagle wiatr zyskał panowanie nad twoim ciałem i trząsł czym tam chciał w środku… choć obiecali, że będą przymocowane na zawsze. Ale mieszkając na Wyspie w końcu się uczysz, że wiatr może wszystko. Po prostu wszystko. I korzysta z tych swoich umiejętności we wszystkie strony…

Wiatry na Wyspie są różne. Jedne powodują w człowieku szaleństwo zabawowości, wszelaką radosność, jakby mataczyły przy serotoninie i innych tam cudach w naszych organizmach. Jakby potrafiły nam „dostrzyknąć” do krwi czegoś, co sprawia, że upajamy się życiem i każdym jego momentem, chwilą, cząsteczką…krótko, bo najczęściej trwają dzień, maksymalnie dwa, ale są. Inne… przechodzą obok tylko jakimś odgłosem sporadycznie klekoczącej skrzynki na listy. Tak, potrafią nawet grać na skrzynkach na listy. Serio… oj sami się przekonajcie jak nie wierzycie!!!

I są jeszcze te mentalne.

Jakby nagle ktoś zebrał wszelakie potępione dusze, wyjce, grzechy i przewinienia, wyrzuty sumienia, niespełnione sny i marzenia, i jakoś tak, po prostu rzucił to w domy i drzewa i kamienie, i oczywiście ludzi. Chociaż nie, w nas to zebrane coś wtłacza depresując niezależenie od tego, co tak naprawdę w tej chwili powinniśmy czuć. Co czuliśmy. Nawet ci najbardziej radośni, ci wesolutcy i zdrowi i co im się wiedzie… padają pod jego naporem. Bo on potrafi położyć najsilniejszego umysłowo…

I tego, który nie wierzy…

Bo są ludzie, którzy nie wierzą w wiatry i naturę. W jej moc, przewrotność i okrucieństwo. Są tacy, a ja wciąż nie rozumiem jak mogą tacy być… ale, tak, ten wiatr jest właśnie taki mentalny. Taki, że człek „chodzi po ścianach”. Jeden z tych, podczas którego najlepiej wziąć się za sprzątanie i wyrzucanie różnych rzeczy. Ja mam specjalne stare kubki przygotowane na ten czas. Wiecie, by przyjeb… w ścianę pod szopką, gdzie mogę się schować i nie oberwę skorupą.

Inaczej się nie da.

A…

… i pompki… wymęczenie się daje radę. Jedni biegają przed, inni znowu po, jeszcze inni próbują udawać, że nic się nie dzieje, ale większość stawia na jakiś fizyczny wysiłek. Mocny i boleśnie potliwy. Niestety w moim przypadku ból zatok skutecznie ono zmęczenie zmienia we wkurwa na powrót i trza zaczynać wszystko od nowa. Widzicie jakie to życie jest trudne!

… ciepło…

To dziwne ciepło i przebiśniegi, które przebiły oczywiście wiekuiście zieloną trawę, mnie dołują. A tak, oczywiście, że jestem inna niż wszyscy. Przecież każdy NORMALNY człowiek cieszy się na wiosnę, ino takie dupki jak ja marudzą, że mrozu nie ma, ciapai nie ma, że za ciepło, że bez śniegu, że sopele, lodowe rzeźby i szronowe rysunki… że się źle dzieje… oj tak, tylko tacy jak ja. A może tylko ja nie cieszę się przebiśniegami?

Pewno tak.

Zła kobieta i tyle. Nie da się niestety tego już zmienić.

Ale na razie ciepło.

Dziwne plusowe temperatury i wiatr sprawiają, że… wciąż mamy mokro. Za kija w mordę jeża urbanistycznego nic nie wysycha. Ja już nie wiem, co się coś obeschnie, to znowu pada. Spleśniejemy tutaj na amen we wszystkich pacierzach i tyle. Jak nic. Tak będzie. Jak zobacę jeszcze jakieś przebiśniegi, to serio… wybuchnę!

I tylko w lesie jakoś tak spokojniej.

Drzewa wciąż stoją, no przynajmniej w większości. Kamienie… niektóre też się poprzechylały. Jakbyśmy naprawdę mieli w końcu się rozpłynąć, zatopić, osiąść na dnie niczym kolejna Atlantyda. I wiecie, wszyscy o nas zapomną, a potem na nowo nas odkryją i tak dalej, ale wcześniej wyrosną nam skrzela, łuski i tak dalej… a seks będziemy uprawiać niebieskimi ogonami. Bo przecież jeżeli pogoda się zmienia, to czyż nie powinniśmy i my? Już mnie coś za uszami swędzi… a może? A może nie jesteśmy przewidziani w dalszym rozwoju? No wiecie?

Zbędne ogniwa? Ludzie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niemoralne zachowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Kanibalska propozycja…

„Dzień był może lekko szarawy, ale nie tak jak naprawdę potrafił. Gdzieś tam było słońce, które tworzyło na niebie dziwnie morskie szlaczki, które fale pozostawiają na piasku, jakby… wiecie, jakby znowu coś chciało udowodnić. Jednak nie było ciemno, a przynajmniej aż tak ciemno, jak bywało… jak wciąż mogło być, bo mimo ciepła oficjalnie wciąż panowała Pani Zima.

Naprawdę!!!

Ale na razie wiało.

Wiało dziwnie, ciepło i mocno, pokrętnie, wyrywając bezkorzenne choinki, usuwając światełka, mieszając w zeszłorocznych liściach, poniewierając falami, chociaż z tymi to nigdy nie wiadomo. Może miały właśnie taką fantazję seksualną? Może im się to podobało? I nagle przez szarość prześwitywała szmaragdowość i niebieskości. Wzburzone, z białawą grzywką, ale jednak…

Wiało w ten sposób, że od razu było wiadomo, że coś z tym się przywlecze. Coś innego, coś dziwniejszego, choć wciąż jeszcze mieszczącego się w normach. Coś na dywanie bajecznie kolorowym, bardziej arrasie w opowieści o smokach, królach pożartych, jajach wykluwających królewny, co nocą zmieniały się w dżdżownice tylko po to, by ogrodnikowi, w którym się kochały było lepiej… W opowieści o chwalebnych czynach i totalnych wpadkach. Wiecie, wielki był ten dywan, zawinięty na bokach i końcach bo w końcu w górze pewno latało się trudno, a i frędzle miał niesamowite. Zakończone koralikami i kryształkami, z paskami i sznurami… oraz czterema krasnalami w białych idealnie szatkach w wersji druidzkiej, które miały prośbę.

A może propozycję?

I bardzo chciały za nią zapłacić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wieża” – … intrygujące. Ale, skąd się wzięła osobowość, która zastąpiła tą zagubioną? Czyją ona była czyją teraz jest? I jak się tam dostała? I czemu jest tak mało zdziwiona i nie chce czegoś innego, co byłoby logiczne? I kim w ogóle jest? I dlaczego utrata wspomnień nie połączyła się z utratą umiejętności… no i przede wszystkim dlaczego ci, którzy wiedzą, tak ją traktują…

No serio?!!!

Przecież straciła TYLKO wspomnienia, nie moce?!!!

Nielogiczność tej powieści jest przerażająca. Tym bardziej, że dzieje się w Anglii i WCALE, ale to wcale nie jest nią nacechowana!

Istnieje taka książka.

A jednak się w nią wchodzi, bo człek chce wiedzieć jak autor z tego wybrnie. Jak pomąci? Jak sprawi, że organizacja niewidzialna dla świata, jednak ma protestantów, a dziwni Hodowcy są tacy źli… Tak w ogóle, to dlaczego są źli? No i oczywiście dostaniecie główną bohaterkę, którą zbyt często będziecie chcieli walnąć w łeb, a która oczywiście dziwnie z każdego wydarzenia wyjdzie cało i odkryje takie moce, że…

Znaczy co? Że znacie już przynajmniej ze dwie takie książki? Tak, znacie. I nie ma w tym nic nowego poza absurdem, nielogicznością i kompletnym brakiem dopracowania oraz marną wyobraźnią autorki i kijowymi opisami. No i… tworzeniem bohaterów pobocznych, których musicie pokochać.

Bo przecież…

Dla wtajemniczonych.

Ciepło…

Przyszedł ciepły wiatr, zabrał zimno, zabrał cudowny chłód, skradł ostatnie płatki śniegu i lodowe wstawki i oczywiście… po prostu zielone wyszło na wierzch i przypomniało, że nadal jesteśmy tak naprawdę podtopieni. Zrobiło się dziwnie. Jeszcze bardziej pleśniowo, jeszcze dziwniej szaro… niby wszelaka jasność zaczyna się wcześniej i trwa dłużej, ale słońce, to coś, co serio zdarza się wybrańcom. Chociaż mi udało się złapać dwa!!! A tak, dwa słońca, a co… Angole mogli mieć trzy nad polem bitewnym, Królotwórcę, no i wiecie inne tam takie, a ja dostałam sobie dwa.

I w końcu paczkę priorytetową z Polski po 3 tygodniach.

Cuda widać się zdarzają, ale pogoda jest nadal zwyczajnie dziwaczna. Męcząca. Nie wiecie co zrobić, nie wiecie co się dzieje, nie wiecie dlaczego kto, co i jak, i po kiego to zrobił, ale jednak… Jest ciepło. Wilgotnie niczym w jakiejś Amazonii, a jednak… nie tak gorąco. Zasadzacie cebulki kwiatów, czekacie na wiosnę, która musi zaatakować, chyba  że jedna mrozik wróci? Ale czy na pewno?

I mgła.

Ta dziwna mgła dzieląca Wyspę na dzielnice. Przesuwająca się za tobą, opływającą cię dookoła, ale jednak nie będąca w tobie, nie pozwalająca tobie wejść w siebie… mocno namokrzoną. Jakby wszystko było wyłącznie wodą. A przecież wieje, więc dlaczego wiatr nie wysuszy wszystkiego? Jak to się dzieje, że się nie dzieje to, co zwyczajnie dziać się powinno? Ale przecież wszyscy widzicie, że z naturą dzieje się coś innego, męczącego, sprawiającego, że wasze ciała się dręczą… Nawet ziemia już nie odpoczywa. Co jest z tym oraniem zimą? Widziałam nawet kolesia przycinającego trawnik, innego czyszczącego żywopłot?!! O co chodzi?

Czy już nie odpoczywamy w ogóle?

Nie pozwalamy nawet ziemi odsapnąć?

Spacerując po plaży rzadko bo rzadko, albo i nieczęsto, azaliż znowu nie tak sporadycznie, ale no ostatnio… bynajmniej, no możecie natknąć się na trupa. Nie mówię oczywiście o największej sensacji zeszłego roku, czyli rozczłonkowanych zwłokach, zwariowanym naukowcu od rakiet i dziennikarce do których należały członki… ale o ptakach. A czasem i przesuszonej rybce, albo wyłącznie szkieleciku. Może to tylko głowa? A może jednak tylko same ości przyczepione wciąż do kręgosłupa i ogona… Znajdziecie je. Bo to natura w końcu.

Jak mówiłam, nie zdarza się to często, bo po prostu wszystko szybko jest sprzątane przez ludzi, którzy poszukują takowych truchełek w celach artystycznych, tudzież przez same zwierzęta, które poszukują doznań smakowych… czy jestem dziwna, że je fotografuję? Możliwe, ale one są piękne i w końcu mogę je sobie obejrzeć. W końcu mogę poznać ich, może wyłącznie zewnętrzną, ale jednak urodę… pióra wciąż świeże, dziób zamknięty, a może rozwarty i te wypustki przypominając zminiaturyzowane, rekinie zębiska. Jakie to wszystko jest piękne, barwen. Takie podniebienie ptaka, którego rodzaju nawet nie rozpoznałam, bo w połowie leżał w piasku i wodzie… mieniące się różnymi barwami. Te pióra, jakby wciąż unoszące się na wietrze…

Śmierć i życie.

Jajko rozbite, w połowie zjedzone.

Natura… coś, do czego trzeba się przyzwyczaić. Po prostu. Bo inaczej zwariujecie. Oczywiście, że człekowi robi się przykro, ale nie możemy wszyscy żyć, którzy się narodzili. Nie ma takiej możliwości.

Nie ma po prostu takiej opcji…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kanibalska propozycja… została wyłączona

Pan Tealight i Podatek Ptaszkowy…

„Właściwie nie do końca podatek i właściwie nie do końca dotyczący wyłącznie wszelakich ptaszków… szczególnie tych zimowych. Tych wiecie czarnuszków i kolorowych cudowności, onych wszelakich dźwięków i głodności… Tych maluszków zmarzniętych, chociaż przecież pogoda była aż nazbyt znowu dziwacznie ciepła. Tych sikorek i wróbelków, oraz niesamowitych rudzików, no i wron. No przecież jak bez wron. Bez nich się nie da!!! I mew… bez nich może i by się coś tam dało, ale kto niby je o tym poinformuje? No kto taki odważny?

Ale, że o co chodziło?

A widzicie, o wszelakie nawożenie.

Chodziło o wszelaką sralność, kupkowalność i bobkowalność ptaszkowatości. No bo waliły nieźle i porządnie. I to wiecie… po tym dziwnym, sklepowym żarciu, którym wszyscy je karmili. A ono było co najmniej popaprane. Jak nie toksyczne. Nie oszukujmy się, większość ptaszków wcale nie chciała tego świństwa w zielonych, dziurawych woreczkach. Unikała go, spoglądała na nie podejrzliwie.

Ogólnie mówiąc…

Źle było.

Ale, że w TV mówili, iż tylko to, więc ludzie po prostu im się poddawali. Jakoś tak zwyczajnie. Nie gotowali, nie dzielili się odpadami, bo przeca zwierzątkom wsio szkodzi. Kurde… to co w takim bądź razie ludzie jedzą? To jak to jest? A może jednak to zmyłka? Bo śmietniska zawsze były pełne ptaszyn…

Ale… chodziło o kupy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sypiemy się…

Tego nie można już ukryć, zakryć, udawać, że się nie dzieje. Po prostu nie można. I sorry, ale już nawet nie chodzi o budowanie domów na piasku, co biblijnie uznane jest za głupotę… nawet biblijnie. Już nie chodzi o tę totalną wycinkę drzew, obsuwanie się ziemi dotąd przez nie trzymane, posmarowanie temu, czy tamtemu żeby pobudować sie bliżej… bo wiecie, te widoki!!! Widoki muszą być. Już nawet nie chodzi o rozkopane drogi, które takimi pozostają przez cały rok…. Chociaż czasem mi się wydaje, że oni zasypują to na noc, a potem odkopują znowu w ciągu dnia. Serio, coś się dzieje. I nawet nie chodzi o koszmarny stan dróg dotąd uchodzących za pomysłowo atłasowe. Nie… już właściwie nie wiadomo o co chodzi. O kolejne problemy, śmierci, o kolejne upadki, o nadzieje, które rzuca się ludziom w twarz nakazując: bądźcie hygge, bo my teraz to sprzedajemy na kontynencie. I tak ma być…

Już nie wiem o co chodzi.

Gdzie człek się nie obejrzy, to jacyś ludzie o coś się kłócą, żrą, puszczają im nerwy. Najnowszy problem to to, że ludzie nie myją się w publicznych – tak mi się wydaje – toaleto myjniach. No wiecie, po siłowni – chyba – artykuł był tak dziwacznie skonstruowany, że wyszło na to, że nawet jak się spocisz w drodze do sklepu, to powinieneś mieć przenośny prysznic i wiecie, tak publicznie się szlauchnąć. Jak po prostu… jak ktoś chce się śmierdzieć po siłce jadąc do domu, to czemu nie. Już pomijam kwestię grzyba. Lepszy własny znany, domowy grzyb niż coś wiecie, coś takiego obskiego spod siłowej kąpielowni.

Rozumiem ludzi, którzy nie chcą się kąpać w publicznych przybytkach. Rozumiem też dzieciaki wstydzące się swoich ciał i ubierające jak najwięcej na plażach, gdzie niegdyś po prostu wszyscy szli do wody Full Monty!!! No bo wiecie, plaża wielka, morze wielkie, tłok nie istnieje – poza plażami dziecięcymi, ale w tamtych czasach, jakieś 20 lat temu kąpanie się nago z dzieckiem nie było niczym dziwnym – więc czemu nie? Po chój zakładać te plastikowe wdzianka, które co prawda schną szybko, ale odparzają potwornie. Ciało nie oddycha, kompletnie nie absorbuje witamin i minerałów… ale, skąd te wstyd? Szczególnie u młodych? Czy to tylko strach przez YT, wiecie nagrają cię, puszczą w eter i wyśmieją… też byłam bullingowana, więc wiem jak to jest jak ci przylepią stygmacik. Jebaną szkarłatną literę. Na szczęście mnie często przeprowadzali, ale wspomnienia i strach przemieniły się w dorosłego z zaburzeniami takimi, że lepiej naprawdę w nie nie wnikać ino od razu prochy dawać!

Właśnie! Gdzie moje prochy?!!! Żesz cholera jasna!!!

Czyli wiecie…

Ale nie no, oczywiście wciąż jesteśmy najpiękniejszym, najcudowniejszym miejscem na ziemi z ludźmi tak szczęśliwymi, że z tego szczęści wylizują wszystkie maciupkie pojemniczki z próbkami alkoholi w każdym sklepie, a kupują najtańsze. Bo wiecie, znowu zwolnią 400 osób, ponad właściwie, bo o pocztowcach się nie mówi. Może przyjmą kilka setek, ale to tylko MOŻE!!! Na niecałe 40 tysięcy osób mieszkających tutaj na stale – sorry, ale wierzę w to, że są tutaj zameldowani, ale że mieszkają cały rok, nope never!!! Wystarczy przejechać się wieczorem. Popatrzeć pod iloma domami stoją auta na niemieckich numerach, bo przecież oni mogą sobie kupić domek, jak wykażą miłość i przyjaźń i będą mieli znajomości, ale nie korzystają z nich przez cały czas, więc… tak serio. Ni kutrów na wodzie, kilku rybaków i cebula z ziemniakami w piekarniku, bo każde inne warzywo sprowadzane spoza Wyspy – a innych nie ma – śmierdzi.

Po smrodzie, który zafundował mi zagramaniczny kalafior, ja przechodzę na wiekuiste żarcie pyr z Odensee i ekologicznych cebul z Jyllandii.

Że mnie w końcu wywalą z ukochanej Wyspy za narzekanie?

Cóż, mogą nie zdążyć, bo jak nic mam ochotę palnąć sobie w łeb. Jako jednostka nie tolerująca głupoty i bezmyślności, ja już nie mogę. Ale kto i tam broń da. No a z takiej dubeltówki, nawet jakby mi się udało sterroryzować gołymi cyckami jakiegoś rąbanego jegera – no tego tam, myśliwego – to i tak jest to tricky tak se strzelić celnie. Podobno ciągnie się dużym palcem za cyngiel, ale ja jestem krótka, więc może mi nie wyjść.

A może jednak?

Czasem się zastanawiam, czy jest dla rodzaju ludzkiego jeszcze jakaś nadzieja i wszystkie badania, znaki raz pierdnięcia wskazują, że nie ma, więc chwytajcie chwilę, moment, bawcie się, bo to się rozpadnie. Zaryje ryjem i obstawiać można ino twardość betonu ze żwirkiem po milionach kotów. Ja stawiam na zróżnicowanie. Wiecie, żeby były fajne znaczki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podatek Ptaszkowy… została wyłączona

Pan Tealight i No spadło…

„Nie dało się tego ukryć.

Spadło.

Opadło.

Osunęło się na ziemię, dachy, miejscami jeszcze nawet na gałązki, pnie, ostatnie brukselki, lekko woniejące kapustki i pola zaorane i te zieloniutkie.

Pojawiło się.

Nie żeby tracili już nadzieję, ale też nie oszukujmy się nie było tego aż tak wiele. Ot oprószyło. Tak leciutko, niczym kucharka skostniały cukier puder, który nie ima się sitka i trzeba go trochę szorować. Ale potem… potem Wiedźma Wrona Pożarta postanowiła pójść tam, gdzie chodziła rzadko, gdzie się go nie można był spodziewać i znalazła pola zabielone i rowy i jeszcze one zaorania, i oczywiście wszystko inne…

Ośnieżone.

Piękne, zimne, niesamowite.

I drzewa nagie w oddali całkiem się niewstydzące swojej nagości, jakby naprawdę było im wszystko jedno, a może umiały się przeglądać w onej białości, miejscami błyskające, w niebieskości jasnej, w onych różowatościach…

I ta chata z balami drewna i te krzaki wciąż z owocami, które przytrzymując zmrożone kryształy zdają się je chronić przed upadkiem, ale jednak… przede wszystkim ta świeżość. Nietknięta. Cudowna biel. Niesamowita. Wcale nie taka zimna, inna, a jednak całkiem przejmująca. Budząca baśnie i opowieści.

Legendy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Poradnik szukania śniegu.

A tak, należy w końcu wprowadzić coś takiego do obiegu, bo niektórzy na Wyspie potrzebują śniegu i tyle! Sorry. Po prostu. Połazić po nim, potarzać się nawet, zjeść trochę, a może i loda sobie walnąć? I wiecie co, w niedzielę się udało znaleźć go więcej, niż tylko to, co mam na trawniku. I to w dość zaskakującym miejscu, bo pomiędzy Gudhjem a Nexø. Zadziwiające to dlatego, że zwyczajnie teren górzysty, więc powinno wywiać, a jednak nie. Jadąc opłotkami było go nawet jeszcze odrobinę na choinkach i drzewkach wszelkiego rodzaju. Białe połcie, drzewne połaci, leśne połacie… Czasem tylko po prawej, czasem tylko po lewej, jakby jedni wykupili asygnatę na ośnieżanie, a inni nie, bo mają białego idealnie kucyka pony i wiecie, się im zabrudzi, czy co?

Ale… jeżeli chodzi o śnieg, to zwykle szuka się go namiętnie i podejrzliwie w Almindingen. Tam zwykle jest najzimniej. Tam są drzewa, które mogą go zatrzymać i atmosfera… ale jednak nie zawsze tam właśnie go znajdziecie. Bo zdarzyć się może, że lasy oprą się białości i tyle.

Odmówią!!!

Wtedy trzeba po prostu iść dalej.

Jechać dalej. Bo on może się skrywać w najbardziej dziwnym miejscu, miejscu, którego nie podejrzewalibyście o śnieżność. Miejscu, które uznalibyście za to całkowicie golutkie i tak dalej. Nie wiem jak to się dzieje, ale Wyspa sama decyduje gdzie i jak się zaśnieży. Gdzie i jak się bielą pokryje i jak będzie potem ją roztapiać. Ale… po tak wielu opadach trudno też z tą bielą żyć, bo przecież każda biel może być zmyłką, przykrywką dla głębokiej wody i nagle znowu jesteście mokrzy, ale nic to… znaleźliście śnieg i to jest najważniejsze. Teraz na kolana i zdjęcia cykać, jak się dobre światło zdarzy, bo i to się może zdarzyć. Naprawdę… jak dziś…

Szukanie śniegu to sprawa serca i duszy, naprawdę.

Jak ktoś jest tak porąbany jak ja na jego punkcie.

Bo plażowanie…

Ale ja chciałam na plażę.

Nie wiem dlaczego.

Bez urazy, pewno, że poczołgałam się trochę po niewielkim lesie, po iglakach oszronionych, po onych perełeczkach i kryształkach lodowych przyczepionych do gołych gałęzi. Po polach… dość mocno i wysoko noszących śnieżną pierzynkę. Bawiących się nią. A nad tobą błękit nieba i słońce idealnie wysokie i te pojedyncze drzewa i jeszcze te w oddali i ona nagość.

I jeszcze ten odgłos.

Kolejny stop to stara chatka.

Bo przecież te śnieżone owocki, te bele drzewne, te konary z poduchami, pierzynami, pnie, ta nietknięta powierzchnia, to wszystko… i jeszcze nikogo w pobliżu, choć potem się okaże, że w takie słońce wielu wyjdzie na dwór. Bo grzechem pewno nie wychodzić, co nie? Jedziecie nie do końca czarnawą drogą, śnieżność kończy się dookoła Nexø, ale potem powraca, jakby serio wolała tylko pola. Ale przecież jest jej trochę i w tych niesamowitych iglakach dookoła Dueodde. Jest jej trochę nawet na plaży, gdzie zdaje się być błękitna niczym upadłe niebo…

Nie wiem dlaczego to plaża mnie tak przyzywała, ale to światło, to lustrzane morze, te dziwne plamy wodnistości i ta trudność, bo całą drewnianą ścieżkę przed plażą pokryła woda. I to taka do kostek!!! W życiu tego nie widziałam. Widziałam późno wiosną wysoki poziom wody i żaby i skrzek, ale zalane wszystko i zamiast plaży, plamy wody, mierzeje, właściwie i baseny i nie do końca baseny, bo miejscami połączone z morzem… nagle wszystko znowu się zmieniło. I piękne to wszystko było z rudościami traw, śnieżnością i piaskiem i niebem, pojedynczymi chmurkami odbijającymi się w onej czystej nieruchomości wilgotności onych basenów.

Takie to wszystko niesamowite.

Piękne…

Wielkie muszle – jak na nas, kawałki drewna bardzo nieliczne, dopiero spotykane bliżej chatek i tych wszystkich zejść z plaży. Plaży właściwie naga, pokryta wyłącznie pojedynczymi pieńkami… wieżyczkami z piasku, rzeźbami natury, na czubeczku których kawałki drewna i kamienie… kładziesz się na onej zimności i robisz zdjęcia, bo to wszystko: ten błękit, lustrowatość, kształty na piasku, wieże z kamiennymi dachami, wietrzne pozostałości po korzeniach traw i baseny… to coś, co jest rzadkie, piękne i serio warte przewianego łba!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i No spadło… została wyłączona

Pan Tealight i Czerwone Drzwi…

„Pojawiły się nagle…

A może pojawiały się powoli kawałek, po kawałku w swej drewnianej deseczkowatości? W onej czerwieni miesięcznej krwi, zużytej, niepotrzebnej, ogłupiałej od niewypełnionych proroctw, od nienarodzonych dzieci… Tak naprawdę nikt tego nie wie, bo pierwszą, która je zauważyła była Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, a ta zobaczyła je już całe. Nawet z lekko pociemniałą miedzianą rączką. W żółtej ścianie dzielącej Zapomniane Pole na pół. To same, które kiedyś rodziło tyle kwiatów a teraz… nie wiedziało do kogo należy… i czuło się tak bardzo wykorzystane.

Zobaczyła je poprzez płotek z roślinek, na których skrzyły się kryształki lodowe, na których bawiły się ze sobą śnieżynki, gdzie panowała mroźność pewna swojej niepewności i krótkotrwałości. Zobaczyła je i zamyśliła się, bo po co i dlaczego w czerwienie. Nie żeby czuła zaskoczenie. Po prostu je zobaczyła i tyle!!!

Nie, nie przeszła przez nie. Samo Pole sprawiało, że jej własna Depresja i Strach Wieczny i Największy brali nogi za pas i chowali się gdzieś w oddalach jej umysłu zostawiając taką pustkę, która sprawiała, że nie mogła oddychać, żyć, egzystować w żadnej ze swoich pozycji, więc nie… nie przeszła przez nie. Nawet ich nie dotknęła. Nie zburzyła idealności śnieżno-kryształkowej żywopłotu chyba przypadkowego, nie zniszczyła śnieżności pola, po prostu niczego nie zrobiła…

Ale je zobaczyła.

A to im wystarczyło, by zaistnieć w pełni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jest źle…

Piar piarem, ale czasem coś wychodzi… coś wytyka nos, coś przeraża. Najmłodszy obiekt miał 13 lat. Dragi podobno można skołować w kilkanaście minut. A ja nie mam pojęcia jak zdobyć coś przeciwbólowego na bóle menstruacyjne? A sorry to jednak pięć minut. Nie da się ukryć, że mam zerowe, a nawet ujemne kontakty ze światkiem przestępczym. Kurcze no… może powinno się to zmienić.

Wiecie, zawsze byłoby o czym pisać, bo na razie… to tylko o biednych dzieciach, które biorą, bo bidulki takie są zestresowane, no i nie mogą mieć wszystkiego, no i wiecie szkoła je gryzie pewnie… Jaka jest prawda? Brak rodziny. Dzieci kilkoro, a każde ma innego ojca. Dumny facet, zapracowana kobieta, zrzucenie na szkołę obowiązku wychowawczego. Rodzina. W książka pełne hygge, na zdjęciach reklamowych, a i w ustach Duńczyków. Nie oszukujmy się, nikt się nie przyzna do tego, że ten kraj się wali w podstawowej komórce społecznej. I huku onego walenia nikt nie słyszy…

O czym ja myślałam mając 13 lat?

O szkole! Chciałam koniecznie dobrego liceum, studiach i pasjach. Chciałam odnaleźć siebie. Pewno, że dojrzewanie dawało mi w łeb, ale… kurde, jak myśmy przetrwali dojrzewanie bez You Tuba? Bez onych filmików, influencerów tłumaczących jak dojrzewać? Może i naturalnie? Może i każdy po swojemu? Może i czytając zbyt wiele, uciekając w świat fantazji i samotność.

Nic w tym złego.

Bo nie każdy musi być przecież rozrywkowy…

A jeśli wychować ma cię szkoła, to zostaniesz kolejnym użytkownikiem leków antydepresyjnych. A właśnie, zna ktoś dobrego psychiatrę? Przez skypa najlepiej? Podobno tak można. Bo chyba najwyższy czas zadbać o dobre papiery. Bo tutaj lepiej lekarzom nie ufać. Zresztą, czy w ogóle należy im ufać?

Może jednak ten diler to niezła rzecz? LOL No co?

A na razie… cisza i spokój.

Wszelaka zieleń na polach, fale uderzające o brzeg miałki i piazczysty, o ten skalisty, o zarośnięty i ten całkiem nagi. O gałązki się w nich moczące, o pnie, o konary, które rzeźbi powolnie i głazy, które zdają się być rozrzuconymi kulkai lodów. Wszystkie jednak chyba jagodowe albo truskawkowe… serio.

Oczywiście weekend na pewno ma wiele do rzeczy, ale jak pogoda się nie zlituje, to z rytualnych spacerów raczej nici. A ja potrzebuję spacerów, nie nici. Żadnego haftowania!!! Żadnego szycia, nic w ten deseń!!! Chcę na spacer, ale… kurde gdzie? Gdy nie masz szczudeł, a wszystko dookoła jest potencjalnym, wciągającycm bagniskiem, wtedy no sorry misie, ale jednak raczej się nie da. Gdyby można było latać? Albo chociaż unosić się? Bo w życiu jeszcze tak często nie szorowałam butów. Plus… pleśń atakuje wszystko. Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić jak bardzo różnorodna może być…

A może jesteście? To przykro mi.

No nic, miejmy nadzieję na lepsze, chociaż chętniej dorwałabym oną sukę i po prostu narąbała jej wymyślnie. Z igłami, szczypcami i jakimś dentystą. A co, taki stomatolog to przerazi każdego. Wiecie, zakrwawony gość wychodzący z modnego, minimalistycznego gabineciku… buuuuu!!!!

Świat jakoś chyba nieświadomy zimy, już planuje oczywiście sezon kolejny. Bo w końcu tutaj żyjemy od sezonu do sezonu. Zmiana armatora, problemy w lotnictwie… wszelakie kłótnie, a teraz na dodatek coś, o czym człek by w życiu nie pomyślał. Co mu się nie mieści pod kopułką. Poczta. A tak. Problemy już są, ale… widzicie, one problemy skończą się z końcem 2018 roku, kiedy to wygasa umowa i wtedy… nie będzie żadnej poczty. Nie będzie PostNorda, nie będzie Dansk Posta. No nic nie będzie, a podobno ustawowo być jakiś powinien, więc… więc przewiduję zmiany w ustawie, jak nic.

Wiecie co… jak nic wracamy do epoki kamienia. Pocztowego!!! Pratchett pewno by pomógł, ale i jego już nie ma.

Ale nic to, może chociaż zima wróci? Może chociaż to? Jakieś sopele, bałwany, śnieżyce, jakieś wiecie, normalności, bo co jak co, ale w tym świecie żadnej z normalności już człowiek nie uświadczy… poza przemocą, złem i tymi tam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czerwone Drzwi… została wyłączona

Pan Tealight i Kupa Szczęścia…

„No wiecie.

Naturalna sprawa to kupa.

Nie oszukujmy się, każdy robi kupę, co nie? Choć dziwnie tak pomyśleć sobie, że ryby pływają w swoich siuśkach i innych tam, to jednak my też, więc walenie robiące sobie dobrze… eeeee, może jednak zacznijmy od początku.

Wdepnęła w kupę.

Dobrze, to też nie było odkrycie roku tudzież cud wszelaki, czy coś, co nie zdarzało się już wcześniej. Naprawdę. Tyle razy ile znosiła krowie placki, końskie boby, psie śmierdziuchy, kocie koszmarki i oczywiście najmniej problemowe owcze bobki, nikt już nie liczył. To już nawet nie chodziło o to, że ich nie widziała, Wiedźma Wrona Pożarta po prostu miała już tak silnie, mocno koszmarnie dość wszystkiego, że lazła jak lazła… tam gdzie chciała. I byle gówno nie mogło jej powstrzymać.

No… chyba że ludzkie.

Z takowym mógłby być problem.

Ale tym razem.

Widzicie… niby dzień był zwyczajny, choć słoneczność zdarzała się bardzo sporadycznie ostatnio i mokrość wszelaka była obecna dosłownie wszędzie i przytłaczała swoją niezimowatością… a ona musiała łazić, bo przecież bez łażenia to ją telepało maksymalnie i w ogóle, to wdepnęła i wdepła. Wdepnęła butami, w których podeszwy były już starte, pozbawione swoich taktownych „traktorków”. Czarnymi, i tak obłoconymi, bo jakoś ostatnio błota nie można się było pozbyć z niczego właściwie. Wszędzie było, jakby narastało, jakby maleńkie golemy nocą tworzyły nie tylko sobie nową garderobę, nie tylko rodzinie bliższej i dalszej, nie tylko planowały podbój planety, ale i siebie samych odlewały, a ją mocno podlewały, śpiewały jej, nuciły, kołysanki może i nawet, bajeczki czytały…  i jak nic dodawały czegoś na szybszy wzrost.

No musiały.

I właśnie w golemową kupę wdepnęła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki… obecnie znowu na głodzie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zapisane w kartach” – … bo tak. Po prostu lubi się tę autorkę, albo nie. Umie się odnaleźć w nienatrętnym niebogactwie słów piękno jej opowieści i opisów, albo nie. I tyle. Ja ją uwielbiam. Za wszystko. Za świat, za nienachalność, za wszelaką prawdziwość inności, za zrozumienie tych, którzy nie potrafią żyć w dzisiejszych czasach.

Bo może to trochę na wyrost, ale dla mnie ta seria to odbicie naszej codzienności i głupoty. Naszych bolączek i błędów. I oczywiście tego, jak traktujemy innych, przyrodę, oraz samych siebie. jak trudno zrozumieć samego siebie.

Kolejna część. 

Niby spokojniejsza, niby pobitewna, a jednak lekki dreszczyk chce ciastek. Tak… ciastek. Oczywiście, że nasza główna bohaterka znowu będzie w opałach, ale nie tylko ona, bo wątki poboczne, w szczególności niesamowitego Kosiarza się rozwijają… I zawsze są Inni gotowi poznać ludzi. Lub ich zjeść. Cóż, to nie zawsze zależy od ludzi, ekhm… I jest miejsce, w którym naprawdę bym się odnalazła i kobieta, której przybycie można było przewidzieć… starsza pani. I jeszcze tak wiele!!! I tak wszystko się nie spieszy, daje rozmamłać w treści, rozpuścić w tych jeziorach, kucykach, naturze, żywiołach…

Jakże inna jest ta seria od seksualnych powieści Bishop. Jakże bardziej powolna i pozwalająca smakować wszelkie uczucia…

Jeszcze są płaty śniegu, zapowiadają i słonko i deszcz i wiatr. I człek nie wie czego może oczekiwać, ale łeb go boli, więc wiać będzie. Na pewno. Ale czy więcej śniegu i mrozu i jeszcze zimy jako takiej?

Pierun wie, na razie walki z nowym armatorem od promów. Wszystko oczywiście wyjdzie w praniu, jak zwykle, ale wrzesień może być naprawdę gorący. Zobaczymy. Na razie trzeba będzie przetrwać lato i kolejny sezon. Bo zima i wiosna to wiecie, nie wiadomo nawet czy ktoś je zauważy, chyba że nas jeszcze zaskoczą, a tutaj wsio możliwe.

Świat dookoła zwykle szarawy coraz częściej rozbłyska onym znajomym, typowo wyspowym światłem i znowu można robić zdjęcia, choć akurat, czy ja tam lubię gołe gałęzie. No dobra, czasem lubię. Coś w nich jest tak niewinnego, pięknego, niesamowicie wolnego i wyzwolonego, że aż się chce do ich tulić. Ale mokrawe są i meszki mają takie i porosty i potem pluje się, i w ogóle… ale nic to. Przetrwamy. A drzew nie da się nie kochać. Po prostu nie da.

Może i nagi, świat wciąż pełen jest szumu morza, przesypujących się piasków, tańczących i muzykujących falami kamieni. Zmiennej linii brzegowej i wszelakiego oczekiwania. To w końcu ten czas, w którym większość zwyczajnie wyjeżdża, abo wypoczywa, by potem w sezonie powrócić do uzeów i sklepów. Wakacje odbębnić gdzieś indziej. Robią niektórzy nawet remonty, malowania, wszelakie ulepszenia. Wiadomo, gdy na dworze pięknie morzem jedzie, ale jednak nazbyt wilgotnie lepiej siedzieć w domu. I oczywiście pleśń ganiać, bo tutaj taka pleśń to coś, czego za kija grzyba Wojtka jeża nie da się uniknąć. Ani na amen pozbyć. Naprawdę. U nas trzeba wymienić wszystkie drzwi, ale… jako że to nie nasz dom, więc wiecie, są problemy.

Pożyjemy, zobaczymy…

Spaceruję sobie dookoła wioski i tak se patrzę. Jeden odważny w gumowych gaciach, drugi odważny, ale nie… do wody nie włażą. A ja tak. Jakoś tak, wiecie no całkowity przypadek. Tego się trzymajmy!!! Łowienie oczywiście trwa. Jak tylko nazbyt mocno nie wieje stoją i moczą te kije, chociaż jeden wygląda…

… no sorki, ale on wygląda jakby morze mieszał. Pewno to jakaś fajowa technika zanęcania rybeniek, ale dla nie ubaw roku. Zresztą, ja dla niego pewno też ubaw, leżę na płachcie lodu i fotografuję pęcherzyki powietrza. Po leżeniu na zamarzniętych liściach czerwonych i zielonych wodnych lilii, nic już nikogo nie powinno dziwić, no ale… przecież wariaci są wśród nas, czyż nie?

Ale nic to.

Lekko zamarznięty piasek ugina się i nagle wpadasz po kolana, bo oczywiście jak zwykle piasek skrywał butwiejące glony i wodorosty. Mewy i wrony się ucieszyły, że człowiecze się gramolenie odkryło im jedzonko, no ale. Miło mi, że mogłam pomóc. Serio!!! Polecam się na przyszłość… nie. Wydobywam się na powierzchnię i oczywiście idę po tej linii która jest morzem i piaskiem jednocześnie. Zmoknę, ale co mi tam. Takie to jakieś wyzwalające. No przecież kto mi zabroni?!! I wolność dziwna w tej zimowej wodzie… więc w nią włażę. Myślę, że to porównywalne z pływaniem nago. Serio… jeśli znajdziecie się na niepublicznej plaży, albo wiecie, prywatnie oznaczonej, tudzież dla golasów i nietłocznej… spróbujcie. Coś w tym jest tak atawistycznego, że…

… odradzacie się w cząstkach, o których nie mieliście pojęcia.

Spróbujcie zimna.

Czy mogliśmy zapomnieć, że i jego bardzo potrzebujemy? Nie, nie mówię o nie wiadomo jakich temperaturach, ale jednak… zwykle zimno. Zapomnieliśmy o nim niczym o ciemności. Tej pełnej i prostej.

Odważycie się?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kupa Szczęścia… została wyłączona

Pan Tealight i Krowi Napad…

„Hmmm… tak właściwie, choć pewnikiem jej wydawało się inaczej, nigdy nie była sama. Wyłażąc gdzieś z Chatki, będąc w niej, obok niej, poza nią duchem, pierwszym ciałem, drugim ciałem, trzecim ciałem… zawsze ktoś jej towarzyszył. Zawsze ktoś za nią szedł, przed nią, obok niej. Może i ich nie widziała, czasem nawet nie czuła, bo w końcu istoty powstałe z ziemi, trawy i wód pachniały tym, czym pachnie Wyspa, więc nie dało się ich wyczuć osobno…

Nigdy nie była sama.

Zawsze ścigały ją liście, czepiały się jej gałązki, które często też zabierały się na darmowe przejażdżki na jej długim szaliku… kamyczki też zawsze za nią się turlały. A niektóre nawet na stałe zadomowiły się w jej kieszeniach. Dlatego trudno było mówić o samotności nawet jeżeli siedziała w lesie i wydawało się jej, że nikt nie widzi, że sika.

Nigdy nie była sama.

Właściwie, to nie wiedzieli, czy była tego świadoma?

Może i była i jej to całkowicie nie obchodziło? Ale co, jeśli nie była? Czy mieli jej powiedzieć? A może lepiej jednak nie? Może lepiej milczeć, jak w wielu innych sprawach, bo widzicie… widzicie, ona najczęściej i tak wiedziała, więc… może lepiej przemilczeć ono pilnowanie, śledzenie, wszelaką inwigilację i takie inne tam? No bo na przykład te psy, które zawsze chciały iść z nią, a nie właścicielami… poza tymi kilkoma, które chciały zjeść jej tyłek, bo widać wyglądał smacznie, no ale…

Ale tym razem były krowy.

Może i nieduże, włochate śliczniunio, jak pluszaczki najdroższe, loczkowane, z dużymi oczkami i uszkami i noskami błyszczącymi… i tym razem to one za nią ruszyły. Jakoś z osiem może ich było, może pięć, ale najbardziej polubiła ją ona myszowato szara o wyglądzie dziwnego koali. Naprawdę chciała z nią. Wiecie, jakby wiedziała, że jest przed Chatką kawałek trawniczka do wyjedzenia, no i trochę gałązek no i zioła oczywiście, pićku jakieś, no i osobliwość wszelaka… i jakaś taka pustka w życiu onego ekosystemu, który mogłaby wypełnić swoją milusiowatością…

No i w ten sposób, i tak skomplikowany i sporadycznie opisywany, świat Wiedźmy Wrony Pożartej PRAWIE wzbogacił się o krowinkę. Bo widzicie, niepewna tego, czy to krowinka czy byk, Wiedźma przerażona spieprzyła. Ale postanowiła kiedyś jeszcze wrócić i sprawdzić. Z Googlem. Bo zwierzak był przesłodki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A tutaj…

Niby mogło być, ale nie było to pewne…

Niby przecież zima, a jednak…

Śnieg.

Niewiele i od razu powoli topnieje, ale jednak ten wiatr i opad… gdyby tylko było zimniej, byłoby tak cudownie, taki snestorm!!! A tak… wylazłam z wyra i pobiegłam w świat. No co. Tak, wróciłam do domu mokra tak jakbym pływała, a nie brodziła w śnieżnym cudzie, ale jednak.

Śnieg!!!

No wiecie, tutaj to wydarzenie. Zdarza się sporadycznie, a jak już czasem to po prostu na maksa. Na razie od dwóch dni mamy troszeńkę śniegu. Oczywiście topnieje, bo ciepło, ale jednak to kapitalne zmienianie się pogody, wiecie raz szarość i sypią wielkie płatki, a potem błękit nieba, ostre słońce, takie wysokie, otoczone kolorami tęczowymi, mrozowymi pryzmatami… i trawa wybijająca się spod bieli…

A potem od nowa.

No cóż, świat tutaj naprawdę jest jedyny w swoim rodzaju. Tak bardzo bym chciała zrobić z Wyspy park narodowy. Taki, gdzie można uprawiać ziemię, ale wiecie bez blefujów, no i normalnie żyć, ale czysto i te krowy i owce luzem i te konie… ale oczywiście płotki o strony szosy, bo wiecie – bezpieczeństwo… Ale to marzenie ściętej głowy i to takiej dawno zgnitej. Niestety. Bo to co mówi superancki duński piar to jedno, a rzeczywistość sobie. Ścinane drzewa nadmiernie, obsuwy ziemi, Monsanto, które miało być zabronione, ale może jeszcze roczek, może jeszcze dwa… i sami ludzie zbyt leniwi by wyrwać chwasty z podjazdu, więc polewające je wszelakim szajsem…

Straszne to wszystko.

Życie.

Patrzenie, jak coś, co miało gigantyczny potencjał – upada, niszczeje. Zmienia się w odpad. Gdzie nikt nikogo nie słucha – mądrego, ale idiotów to wiecie wielbią. Taki świat jak wszędzie indziej poza jednostkami. Poza… tymi, którzy myśleli, że tutaj uciekną od złego świata a na potkali go ino w trochę niższej skali.

Ogólnie mówiąc świat jak wszędzie indziej. I u nas ból i strata najbliższych. I tutaj poszukiwania i… śmierć.

Trudno czasem w to uwierzyć, że tak pięknie miejsce może wciąż jeszcze być ludzkie. Zwyczajnie ludzkie… ale śnieg wciąż pada i jakoś tak człekowi lepiej, bezpieczniej na duszy. jakoś tak. Nie mam pojęcia dlaczego tak paranoicznie wprost kocham śnieg. Zimę w ogóle. Zimno, mróz, wszelakie szrony, szadzie i rysowania kry. Po prostu. Nie martwi mnie mokra dupa, ni brodzenie w lodowatym morzu. Za to na początku lata chwyta mnie zawsze skurcz w kostce! Jaka w tym logika? Może im zimniej tym lepiej?

Ludziska tutaj oczywiście jęczą jak wszędzie.

Jęczą, że opony, jęczą, że drogi… na dodatek one drogi tak rozkopane na północy, że cholery można dostać czekając aż się te światełka robót drogowych pozmieniają, a z na przeciwka pewno znowu nic nie jedzie. No ale, to już nie te czasy, gdy robili szybko. Ludzie pracujący się zmienili. Ci wykonujący najbardziej potrzebne, a dziwnie zwane zwykłymi prace. Śmieciarz w końcu zabrał obydwa worki… ale pewno kolejne problemy już w piątek. Więc stay tuned!!! Za to facet od montowania internetu był przemiły. Zawsze dziwacznie się czuję, bo tu im się nie robi herbaty czy coś, wsio mają swoje i ładne skarpetki, bo wiadomo, butki się zdejmuje niezależnie od pory roku i aury na zewnątrz. Taka wiecie szerokość geograficzna i tyle. Zresztą, ludzie są tutaj o wiele bardziej przypodłogowi. Może to jednak sprawa niskich sufitów?

Może?

Ech…

Śnieg przestał padać… ale może tylko na chwilę? Bo ja wciąż chcę więcej. A tak na weekend chcę i śnieg i słońce i zajebistą pogodę na zdjęcia. No weźcie no! Jesieni nie było, drogi się porozmywały, a teraz… teraz mam nie dostać też zimy?

Nie fair!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krowi Napad… została wyłączona

Pan Tealight i Grabarz Ostatni…

„Nigdy nie myśleli, że właśnie on się tutaj pojawi.

Śmierć była częstym gościem, niezależnie od tego, w której postaci występowała: żeńskiej czy męskiej, jakoś tak zawsze była zabawna, żartowna, piła herbatę z pięcioma kostkami cukru i zagryzała najtwardszymi ciasteczkami… ale on? Przecież jak to? Czyżby świat aż tak się zmienił? Aż tak, że nie potrzebował grabarza?

Ostatniego przy grobie?

Naprawdę?

Z drugiej strony przecież tutaj ludzie tak rzadko decydowali się na grób. Na cielesny pochówek. Na ów szkielet w pudełku sosnowym, tudzież czymś z wyższej półki jak dąb czy mahoń jakiś, złocenia, srebrzenia, wiecie pompa pogrzebowa… nie, tutaj pomp nie było, jak już coś, to na samochód i od razu w dziurę. Nawet żałobnicy w ciuszkach, w których przez cały dzień łazili. Jakoś nie celebrowali umierania ni rodzenia. Jakoś tak ogólnie, celebrowali wtedy, gdy im sie chciało. Ci pili ci biegali, a tam jeszcze ogólnie budowali domki na wodzie, a potem spierdalali… No wiecie, każdy świat jest inny, a Wyspa jednak była aż nad podziw specyficzna. Sama Wiedźma Wrona Pożarta życzyła sobie sproszkowania, pudełka, drzewka, a potem rozsypania szczypty tu i szczypty jej tam… Pan Tealight już jej zapowiedział, że się nie zgadza, no i nawet jeśli się sproszkuje, to on ją w golema sklei i jeszcze dodatkowo da jej ogon! I jeszcze wielki nos i będzie łysa totalnie, ale tylko na głowie.

Po takim dictum Wiedźma się obraziła, że się jej zabrania, a ona jest kobietą, no i psychiczną, no i w ogóle, i z rykiem uciekła w las.

Ale fakt faktem, Grabarz stał pod drzwiami i prosił o azyl. Dziwnie niegrabarzowo wyglądał, czysty mężczyzna w meloniku i z wąsem tak napomadowanym, że przyklejały się do niego cudze linie życia, kłaczki i papierki po cukierkach, które rozrzucała dookoła Ojeblik – mała, ucięta główka… Przyjęli go oczywiście, a on zdjął płaszczyk w krateczkę zieloną, odłożył czerwoną parasolkę i strzepnął swój melonik, pod którym miał masę kolorowych warkoczyków.

A potem…

A potem się zaczęło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jakby co to szukają grabarza w Gudhjem, ale…

Grabarz tutaj musi: służyć do mszy, obsługiwać zegar, wystroić kościół na mszę i po mszy, sprzątnąć wszystko, zamieść cmentarz i okolice kościoła, zamawiać maszyny i TAMTARARARAMMMM!!! być informatykiem, wydawać gazetkę, wysyłać faktury… ogólnie mówiąc nie będzie kopał grobu bo to robi firma, więc w Morde Dupy Jeża Gromowładnego, dlaczego wciąż szukaj GRABARZA?

Na dodatek obsługujesz ta naprawdę całą parafię, czyli dwa kościoły, w tym jeden ze zwiedzającymi, więc… i to się nazywa grabarz teraz? Nie wiem. Z czasem zdaję sobie sprawę, że świat tutaj przypomina mi ten, który znam z okresu dzieciństwa. Wiecie, nazywali to komunizmem czy jakoś tak. Ino półki odrobinę pełniejsze, ale i tak nie dostaniecie tego, co chcecie. Za to znajomy znajomego dostanie robotę, w firmach więcej dyrektorów niż pracowników, no chyba że zatrudni Polaka, to wiecie… a poza tym lepiej nic nie mówić, bo można zostać zjebanym przez media, a z tego się raczej nikt nie podniesie. Obserwowałam to na przykładzie sporego muzeum, sławnego oraz dużej restauracji… przegrali, więc nawet nie podskakuję. Milczę i patrzę. Kiwam głową i mówię, że nie mówię w tym języku, ogólnie w żadnym języku nie mówię, a to, iż mnie rozumieją to już ich problemy mózgowe.

Wariatom wciąż wybacza się więcej… ale jak długo?

Obecnie strach wielki padł na onych wszelakich sportowców. Wiecie: panowie z brzuszkami co to wciąż podobno biegają i jeżdżą na rowerach, a w pracy wpieprzają całe kage. Bo przecież nikt nie widzi, a Wielki Bożek Dyscypliności nie patrzy i sam wpycha sobie tłuszcze do paszczy. No więc oni panowie często są obolali i tak dalej, więc biorą ibuprofen. Zresztą  tym kraju nic większego nie dostaniecie, nic lepszego, jak chcecie się leczyć to do Polski, ale jak długo? Pewno krótko, ale… no mniejsza, w gazetach pojawiły się artykułów tym, i że ibuprofen zmniejsza poziom testosteronu. I kurna potomkowie Wikingów pobledli!!! Co przy dorosłych facetach wciąż w kolorze blond  wieku podeszłym nawet, co wygląda dziwnie… jest malownicze.

Co zrobią teraz?

Jak sobie z tym poradzą?

Ech…

Tak więc między młotem a kowadłem, ibupofenem a brakiem grabarza… jakoś tak czas nam przepływa. Znowu wiatry nadchodzą i deszcze, a zapowiadane słoneczne dni chyba jednak do nas nie doszły. Za to ciemność i szarość tak. I jeszcze problemy promowe. Serio, jeśli planujecie wycieczki po wrześniu, dokładnie czytajcie wszelakie wiadomości, bo cyrki takie odchodzą, że strach. Szczególnie jeśli w sobotni wieczór chcielibyście 0 jak zwykle 0 wrócić na Wyspę… po 16tej wam się nie uda.

Chyba że wpław.

Podejrzewam, iż o wszytko winić należy kaffe og kage, które są zawsze obecne na wszelakich spotkaniach. A jak mózg przeżarty, to wiecie, nie myśli, ino łapy podpisują co podsunęli. Nie rozumiem onego świata. Ale nic to. Pamiętajcie, że od teraz Niemców mamy więcej, wolno im też – pod różnymi warunkami – nabywać tutaj sommerhusy – oraz mają tańsze bilety i dłużej kursujący prom. Na który ma chrapkę, bo przecież Rugi świąteczna może być serio super, co nie? Co do reszty świata, to chyba dla Duńczyków nie istnieje poza Ameryką USAową, którą nadal kochają ponad wszystko…

I tyle.

To jak tam u was z testostereonem?

No ale… poza tym wszystkim serio wierzę, że jutro będzie słońce i jakieś fajne zdjęcia da się zrobić i w końcu jakąś kasę zacząć robić na tej całej sztuce, bo gryzienie betonu już mi się przejadło. Mam dość. Wyraziście i mocno. Chcę komercjalizmu i tyle. Wiecie, zakupów, torebek i tego tam całego popierniczeństwa. Nie wiem po co mi to, ale tego chcę i tyle. Nikt mi nie zabroni. No… chyba, że ten gość, co do stwierdził, że mamy przestać nosić bawełnę, bo to za drogo kosztuje i ciuchy mają być produkowane z plastików. Niech wsadzi fiuta w butelkę plastikową i tak chodzi, pogadamy po 24godzinach jak mu tam organ oddycha i czy jeszcze nie odpadł.

Ludziom odbija.

Serio…

A… czas polowań, więc i to we mnie wzbudza wkurwa. Oczywiście, iż rozumiem, że lepiej zjeść zająca, gdy ich tak wiele, a Wyspa taka mała, ale jednak zdjęcia z upolowaną dziczyzną? Pojebało was? A może rzeźnicy niech se porobią fotki w robocie? Jakoś chyba nawet jegerom by się nie spodobały, jak myślicie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Grabarz Ostatni… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Szron…

„Przybył.

Na chwilkę tylko, bo wiecie miał inne appointmenty. Inne rezerwacje, ogólnie rozchwytywany w tym okresie naprawdę mógł tylko na mgnienie oka. Tylko by dotknąć tego i tego. Tych kilku desek nad morzem, a których nagle wyrosły mikrolasy. Tylko kilku traw, które nagle się postarzały mimo swojej bursztynowości i zielenowości… onych kilku kałuż, ale wyłącznie płyciutkich. Nie mógł więcej, nie żeby nie chciał, bo nikt tak się nie cieszył jak ona z tego, co robił. Plasnął jej kilka plamek na trawnik, by chociaż sobie popatrzyła, ozdobił liście, a przynajmniej ich brzegi…

A potem podskoczył na Gråmyr i ostatnim tchem zamknął ruchoma powierzchnię stawu. Jakoś mu się udało nie tylko unieruchomić wodę, ale i liliowe liście, które teraz obsypane kryształkami wyglądały jakby były słodkie, lukrowane i ogólnie mówiąc smakowicie jadalne. Przynajmniej to mógł zrobić.

Właściwie, to łyso mu było, bo z chęcią zostałby tutaj na dłużej, bo go tutaj ktoś chciał, pragnął i umiał docenić. Podziwiał go, wstrzymywał oddech, by nie zniszczyć jego cudowności… robił mu zdjęcia, a on tak bardzo kochał pozować, przeglądać się poprzez swoje kreacje w źrenicach oczu tych naprawdę go oglądających. Po prostu uwielbiał. Bo przecież który artysta nie lubi, by go uznać, podziwiać, łechatać… no dobra, poza Wiedźmą Wroną Pożartą, ale to ona przecież go tak namiętnie kochała, więc wybaczał jej wszystko i nie rozumiał…

Dosadnie namiętnie.

Ale musiał uciekać, więc tylko musnął jej ucho skryte pod kapturem. Spojrzał na nią pochyloną nad kałużą z aparatem raz jeszcze. Na nią modzącą kąty i nachylenia światła, grożącą zachodzącemu słońcu, wyzywającą chmury… ech, umiała to robić, jak nikt inny na świecie, a świat przecież znał. Ale czas było na niego. Już był właściwie spóźniony, naprawdę, ale… w końcu, przecież był naturą, mógł się zabawić, więc wziął ją pod rękę i poszli na spacer. A pod każdym ich krokiem ziemia zmieniała się w kamień, a krople wody w kryształkowe diamenty…

I było pięknie. Nawet słońce musiało się poddać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W ciszy wszelakiego oczekiwania na wiatr człowiek nagle wyłażąc z domu zdaje sobie sprawę z tego, że ten wiatr tutaj jest, ale wieje tak, że w domu go nie słychać. Coś niesamowitego. Łapiesz pranie… wiecie, zwyczajne życie, więc je łapiesz żeby ci nie uciekło, bo przecież ucieknięte pranie tutaj zdarza się tak bardzo ciężko. Raz znajdujesz samotną skarpetkę, potem jakieś niewymowne, zdarzają się latające buty, bo po coś mają te sznurówki i języczki i dobrze hamujące podeszwy…

Czasem leci coś bardziej intrygującego, ale wiecie, udajesz, że tego nie widzisz, bo chociaż wszyscy i tak uważają cię za wariata, to lepiej nie umacniać ich w onym przekonaniu. Lepiej nie szaleć aż tak.

… więc jest wiatr.

Chociaż nie wali w okna i drzwi, chociaż nie męczy, nie wariuje twoimi własnymi myślami, chociaż wsio zdaje się być w miarę logicznie pokręcone, ale jednak jak na te tereny normalne, to jednak… wieje. Nie wychodzisz, bo czasem po prostu nie można, czasem trzeba posiedzieć w domu, tutaj domy bardzo potrzebują ludzi, nawet ten z koniem. A tak, jest taki dom przy wrotach do Almindingen jest ruina białego obejścia, wokół którego chodzi sobie biały koń. Nie jednorożec jak ten spod Svaneke, ale jednak biały, piękny rumak. Bo przecież u nas koni cała masa. I to nie tylko po to by sobie były i jadły trawkę, ale i by na nich jeździć, a czasem tylko brać je na spacer, ot tak, by szły obok ciebie przez las i ładnie nawiozły ściółkę.

Wiecie jak grzyby rosną na takich kupach?!!!

Wiecie pewno, bo przecież już o tym pisałam, ale… na psich nie rosną. Zwalam to na kamę, którą się w nie wciska. Dziwnie i psy i koty są tak maksymalnie ostatnio nienaturalne, jak pakowanie gówna psiego w torebkę w lesie, zamiast zakopanie onej kupy, a potem oczywiście powieszenie gówna w plastiku na gałęzi.

Taką mam ochotę niektórym po prostu podarować taką choinkę z gównami? Serio… nawet torebeczki pomaluję w kolorowe wzorki!!!

I nagle… tylko na plaży jest cicho…

To jakże często jet najdziwniejsze, że nad morzem jest cicho, gdy wieje. Wiecie, wieje z drugiej strony. Ten dziwny spokój wody i piasków, gdy po drugiej stronie szaleje sztorm, jest tak bardzo zadziwiający. Tak babski. No bo jak nie jak tak? Takie jesteśmy, z jednej strony możemy być tym, z drgiej tym, a czasami mieć w sobie wszystkie żywioły i jeśli tylko zajdziesz wysoko… wdrapiesz się na szczyt, w którym się stykają… zwieje cię, zmiażdży i ogólnie poturbuje.

Lepiej zostać na plaży. Poszukać fajnych patyczków, kamieni, po prostu pobyć sobie inaczej. Nie mierzyć się z żywiołami, bo przecież i tak przegramy. Nie oszukujmy się. Przegramy jak nic. Nic nas już nie uratuje… tam dam dam daaaammm… – spooky music in the background. LOL

No ale w końcu trzeba wrócić do domu.

Poprzez krowy podszczypujące mi tyłek. Może zachwyciło je to, że był taki mokry? Bo przecież jak być nad morzem i się nie zamoczyć. Rzeka mi nie może przeszkodzić, bo do mostu kawałek, a mi zwyczajnie nie chce się do niego iść. Poprzez fale, bo one jakoś tak garną się do człowieka. Jakoś go pragną, choć wolę myśleć, że tylko potrzebują. Nie chcą wciągnąć w otchłanie na zawsze i zawsze, bo ja przecież nie mogę tak zwyczajnie tylko w wodzie, czasem muszę do lasu, czasem na skły, w ruiny… ale tak bardzo ciągnie mnie ta zatopiona wioska. A tak, jest tam pod powierzchnią wioska, prawdopodobnie jedna z najwcześniejszych na Wyspie… ale nie powiem wam gdzie. Nic z tego. Jest moja, tylko i wyłącznie moja. Każdy naukowiec powinien mieć w końcu swoje bajorko, w którym może prowadzić badania. No worries, tylko powierzchniowe. Coraz bardziej zaczynam się zgadzać z teorią nie niszczenia, ale patrzenia, macania, a potem pozostawiania gdzie jest. Jakoś tak. I nie mówienia światu gdzie to jest, bo greedy świat od razu sprzedałby wszystko na Ebayu czy gdzieś tam…

Zmieniam się?

Mocno?

A może tylko dojrzewam do pewnych mądrości?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Szron… została wyłączona

Pan Tealight i Zimowy Motyl…

„Wleciał przez uchylone leciutko, wyłącznie w gestii przewietrzenia i dotlenienia, drzwi do Chatki Wiedźmy. Lekko przemarznięty, z dziwnymi dziurkami na skrzydełkach, takimi jakie mają liście, gdy odchodzą w niebyt, gdy robią się siateczkowate… Wleciał i nic nie mówiąc usiadł jej na monitorze. Na szczęście go zauważyła, ale co ma zrobić na wpół ślepa Wiedźma Wrona Pożarta z osobnikiem wymagającym dość osobliwego, delikatnego i ozdobnego, dokładnego haftowania? Może i była specjalistką od haftowania, ale w trochę innej dziedzinie, więc…

Ale on wleciał.

Mimo wiatrów i deszczowej pogody, mimo braku kwiatów poza kilkoma zamarzniętymi różami oraz mocno zieloną trawą i brązowymi polami… mimo wielkich ptaków zawsze krążących, gadających nad Chatką i dookoła niej. Mimo wszystkiego niewiadomego, a może jednak, może nosząc w sobie jakąś mądrość pokoleń onych motyli przed nim? Może jednak był czymś więcej?

Ale dlaczego wleciał?

Dlaczego teraz?

Niewielki był, ale piękny. Srebrzysto-szary, jakby pokryty szronem, szadzią i maciupeńkimi choineczkami z lodowej treści. Z lodowych historii, opowieści, treści wszelakich, które nigdy nie miały być spisane. I te czółki miał zakończone dziwnie szklistymi kulkami, tak podobnymi do jego oczu… dziwnie lodowobłękitnych. Wleciał i przysiadł na śnieżnej kuli, która połyskiwała tuż obok klikającej w klawisze Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Śnieżnym zaklęciu, pragnieniu i marzeniu. Przysiadł i cichutko rozglądał się dookoła. Może wiedział co tutaj znajdzie, może wszystko było dla niego tylko niespodzianką? Może? A jednak było w nim coś niepokojącego. Coś niosącego dziwną przestrogę, coś… strasznego?

Ona wiedziała, że znaki mogły by różnej wielkości.

Wiedziała, że te najmniejsze mogły nieść najbardziej przerażające treści, a jednak bardzo silnie coś ją do niego przyciągało. Coś ją w nim fascynowało. Coś, czego nie potrafiła do końca zdefiniować, a może się bała sama sobie powiedzieć o co chodzi… bo przecież wiedziała. Zawsze wiedziała. Motyl zaś dostał miseczkę z przesłodzoną, ciepłą wodą, porozglądał się, a potem odleciał pozostawiając kilka nietopniejących szronowych igiełek. Zachowała więc je.

Widać kiedyś będą potrzebne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „HEX” – … intrygująca. Naprawdę. Jakaś taka w końcu inna, chociaż problem ponadnaturalny. Chociaż ponownie to opowieść o ludzkich zachowaniach, o pradawnej biologii, o walcz lub giń…

A wszystko przez legendę i wiedźmę oraz miasteczko obłożone klątwą. Z drugiej strony, kto by im tak serio uwierzył. Ale czy nie jest egoizmem sprowadzanie do takiej mieściny własnych dzieci? Czy nie jest nim ich rodzenie, by zawsze były utaj zamknięte? I czy ten problem można rozwiązać? Ale co, jeśli odpowiedzią będzie wyłącznie nadzór i przemoc?

Dobra powieść.

Intrygująca.

Przejmująca.

Ponownie uświadamiająca nam, że człowiek się nie zmienia. Zawsze zaufa przemocy, zawsze zadba o siebie, a altruizm… cóż? Umarł śmiercią pradawną i nadmiernie nienaturalną. W tej powieści człowiek jest… bardziej zwierzęciem. Egoistycznym tworem, a może… może wyłącznie tym, który działa zgodnie z biologią?

Naprawdę ciekawe.

Zmrożona ziemia fajnie skrzypi pod butami, ale niestety jest to wrażenie wyłącznie miejscowe. W większości słonko walące przez kilka dni na powrót wszystko rozmoczyło i nowe deszcze nadchodzą, więc jak nic spłyniemy do morza. Na dodatek kolejne wycinki drzew, głupota, durnota i bezmyślność, przynoszą dziwną ziemi i skał ruchliwość, więc serio jest coraz bardziej niebezpiecznie. Tylko plaża zostaje sobą, ale na jak długo? Przecież te leżące pod polami zaraz zmienią się w malownicze, choć chłodne, uroczyska dla tych pragnących błotnistych kąpieli.

Naprawdę nie da się wyjść w dzicz.

Zwyczajowe kamienie, po których człek przeskakiwał zniknęły. Zaliczyłam załamanie przy jednym ze stojącym kamieni, którego zwiem Rycerzem o Dwóch Twarzach, bo nie wiedziałam, czy zjeżdżać na dupie do na wpół zamarzniętego Gramyra, czy jednak nie. Ale jednak… ona chociaż drobina zmarznięcia przyciąga mnie jak rąbany magnes z opakowaniem najlepszych – hmm, nie wiem czego, no ale czegoś dobrego i zieleninowego, bo ostatnio jestem nudna. Szukam ich. Onych zamarzniętych występów, maciupkich kałuż, większych, ale okrytych lodowym kożuszkiem. Szukam ich wszędzie… a raczej szukałam, bo dziś znowu deszcz i ciepło.

Jeże wyłażą, rodzą się i tak dalej, jakby znowu wszystko stanęło na głowie, a może po prostu nasz świat już nie ma porządku. Jeśli wypieprzyliśmy biologię na bruk i majstrujemy w czym się da, to czemu się dziwić? W świecie, który jest okrągły wszystko jest jednym, lekko zakurzonym, lustrem. Może to po prostu nowa normalność i należy do niej przywyknąć? Ale jak, gdy w DNA wpisane mam zaspy i wszelką zimność, która tak cudownie sprzyjała snom?

No jak?

Tak bardzo za nią tęsknię. Za tymi innymi zapachami…

… bo tak, świat niegdyś pachniał inaczej.

Nie odpakowywałeś kalafiora z dziwnej folii, a on wrednie nie zasmradzał ci śmiercią i zgnilizną rozkładającego się ciała, twojej całej kuchni. Nie… wtedy tak nie było. Nie było wciąż malusich marchewek, pomidory ze szklarni smakowały inaczej, ogórki podobnie, jak i róże, tulipany i oczywiście goździki… Widzieliście kiedyś pole goździków pod szklanym dachem. Takie niesamowite!!! Albo gerbery? Czy one w ogóle są jeszcze dostępne? A może już zapomniane?

Świat obywał się bez wszystkiego dostępnego przez cały rok. Bez poganiania twórców by pisali, malowali, tworzyli wszystko szybciej i więcej, wciąż nowe i nowe, by szybko to dostać, przełknąć, znudzić się po chwili i już pragnąć nowego. Świat bez cierpliwości, świat tak dziwnie pędzący, że wciąż jestem niewyspana, wciąż jestem skołowana, wciąż… wydaje mi się, że powinnam więcej…

No nic… jako zjadacz zieleniny cierpię. Serio cierpię, wiecie na toalecie. Kończę zbyt często na bułce z masłem, bo cała reszta powoduje u mnie na wspomniane wyżej problemy. Bolesne wyraziście. Bardzo. Nie mam pojęcia jak radzą sobie inni niemięsożercy. Stuff przywożony z Holandii, chociaż opatrzony naklejką EKOLOGICZNE, jest dziwnie zakonserwowany niczym ciała u balsamisty. Silnie. Kalafior niby mały i ciasny, wydaje się, że okej, a potem… tego smrodu nie daje się wywietrzyć przez kilka dni. W końcu wpieprzam kapustę, ale ile można. Na szczęście duńska, więc przynajmniej jakoś żywotna. Marchewki są koszmarne. Pewno, można sięgnąć po żarcie z puszki, ale oglądaliście je ostatnio? Po pierwsze go niewiele, podobnie z wekami, a zawartość cukru i dziwnwych ulepszaczy… po kiego muchomora dodają cukier do groszku w puszce?!!! Czemu trzeba polować na kukurydzę w puszce BEZ CUKRU?!!!

Nic… trze będzie iść i grzebać w korzonkach, są ostatnie, przemrożone owoce dzikiej róży. Jakoś dam radę. Ekhm, albo skończę na makaronie i to się na mnie zemści bardziej niż one biegunki. Eh, powiedziałam biegunka… no ale nazywajmy rzeczy po imieniu, nazwisku, tudzież numerze kierunkowym.

W końcu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zimowy Motyl… została wyłączona